Z Iwieńca i Stołpców

Wydawnictwo: Mireki
6 (4 ocen i 0 opinii) Zobacz oceny
10
0
9
0
8
0
7
0
6
4
5
0
4
0
3
0
2
0
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788364452154
liczba stron
192
język
polski
dodała
Ewa

Wreszcie lekarze zezwolili na mój wyjazd i 4 marca 1944 r. ruszyłem ze Stołpców do miejsca postoju oddziałów, w asyście plutonu kawalerii i kompanii piechoty. Dowiedziałem się od chłopców, że zawieszenie broni między nami a Niemcami trwa już od grudnia 1943 r., że Niemcy przydzielają broń i amunicję, żywność i obuwie, że oddziały się rozrastają, bo wciąż przychodzą ochotnicy lub uciekają z...

Wreszcie lekarze zezwolili na mój wyjazd i 4 marca 1944 r. ruszyłem ze Stołpców do miejsca postoju oddziałów, w asyście plutonu kawalerii i kompanii piechoty. Dowiedziałem się od chłopców, że zawieszenie broni między nami a Niemcami trwa już od grudnia 1943 r., że Niemcy przydzielają broń i amunicję, żywność i obuwie, że oddziały się rozrastają, bo wciąż przychodzą ochotnicy lub uciekają z sowieckiej partyzantki do nas wzięci l grudnia do niewoli byli nasi żołnierze, że 6 stycznia 1944 r. został zabity koło Derewna przez swoich uciekający z sowieckiej partyzantki Henryk Aleksandrowicz, że koło swego folwarku Nowinki poległ jego właściciel Henryk Łysniewski „Długi”. W Rubieżewiczach pierwsza potyczka z Sowietami, w której brałem udział. Poległ wówczas 35-letni plutonowy „de Gaulle”. Wzięto do niewoli dwóch sowieckich partyzantów, z których jeden był ranny w udo. Na polecenie plut. Niedźwieckiego zrobiłem rannemu opatrunek. Miał 19 lat i pochodził z Briańska w ZSRR. Za Rubieżewiczami na górce po prawej stronie był las, koło którego zatrzymaliśmy się. Tu na polecenie plut. pchor. Bronisława Piwowarczyka odbyła się egzekucja wziętych do niewoli, której chciałem przeszkodzić. Wówczas plut. pchor. Piwowarczyk zapytał mnie: „Po co kolega przyszedł do oddziałów?”.

l sierpnia 1944 r. około godz. 1900 wyruszyliśmy w kierunku Warszawy, by zaatakować lotnisko na Bielanach, na którym stacjonowały samoloty myśliwskie. Do pokonania było 20 km po piaszczystych drogach puszczy. W strugach ulewnego deszczu doszliśmy do miejscowości Łuże nad ranem 2 sierpnia. Pododdziały ustawiały się w czworobok, by wysłuchać zadania, które relacjonował kpt. „Szymon” (Józef Krzyczkowski), dowódca VIII rejonu. Nasza II kompania była środkową w ataku na lotnisko. Ruszyliśmy około godz. 400 nad ranem, wychodząc z kotliny na pole pokryte stojącym na pniu zbożem. Szliśmy na czele w poczcie dowódcy. Po pokonaniu 500–700 m zobaczyliśmy wóz pancerny, a obok niego kilkunastu zdziwionych żołnierzy niemieckich. Odległość od nieprzyjaciela mogła wynosić 100 m, gdy huknęły strzały. Za pocztem dowódcy kompanii szedł z granatnikiem strz. Dzienis, który wymierzył pocisk z granatnika wprost w otwartą klapę wozu pancernego, w którym poczęła się rozrywać amunicja. Dowódca kompanii wydał mi rozkaz: „Sanitariusz 30 metrów do tyłu”. Naprzód poszła tyraliera i pluton cekaemów. A deszcz lał. Zostałem niedaleko samochodu pancernego, który płonął. Około godz. 800 z lotniska poderwały się samoloty myśliwskie i rozpoczęły atak na szturmującą piechotę, przelatując tuż nad ziemią i siejąc z karabinów maszynowych. Ja strzelałem do Niemców biegających po dachu dużego murowanego budynku, z którego prowadzony był ogień z broni maszynowej. Wtem krzyk „sanitariusz” i biegnie z ręką podniesioną do góry kpr. Anisimowicz, rzucam się za nim bez trzewików (chwyciły mnie skurcze obu nóg – poprzecinałem sznurowadła i odłożyłem trzewiki), by go opatrzyć, ale on biegnie w pewnej odległości ode mnie i chowa się za snopkiem zboża. Dobiegam do niego, rozkładam torbę sanitarną, chcąc zrobić opatrunek, ale on się zrywa i biegnie za snop położony niżej w odległości może 7–8 m od poprzedniego, gdy pocisk padający w poprzedni snop przykrywa nas ziemią. Opatrunku nie zrobiłem. Ranny uciekł do sąsiedniego lasku.

Szaleje ostrzał artyleryjski. Widzę odwrót tyraliery i zamieniające się stanowiska cekaemów. Było chyba południe, gdy doszedłem do lasku, w którym rozwinął się punkt sanitarny dowodzony przez dr. Banisa. Jest matka. Roboty z rannymi mają sporo. Mnie dr Banis każe zawieźć naszych rannych do szpitala w Laskach – poprowadzi jeden z żołnierzy batalionu por. „Janusza”. Batalion ten poniósł znaczne straty: około 30 zabitych i ponad 50 rannych, podczas gdy nasz batalion miał 10 zabitych i ponad 20 rannych. Ze zwiadu konnego II kompanii poległ Mieczysław Dolecki. Pochodził z Łodzi. Przed ruszeniem do ataku częstował kolegów wódką, której cały litr trzymał w ręce. Mówił, że ostatni litr trzyma w ręce w swym życiu. Jakby przeczuwał!

 

źródło opisu: Treść książki

źródło okładki: Zdjęcie autorskie

pokaż więcej

Brak materiałów.
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Dodaj dyskusję
Dyskusje o książce
    Obecnie jeszcze nie ma dyskusji powiązanych z tą książką.
Sortuj opinie wg
Opinie czytelników (0)
 Pokaż tylko oceny z treścią
Brak opinii. Napisz pierwszą opinię!
Przeczytaj także

Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading
Zapisując się na newsletter zgadzasz się na otrzymywanie informacji z serwisu Lubimyczytac.pl w tym informacji handlowych, oraz informacji dopasowanych do twoich zainteresowań i preferencji. Twój adres email będziemy przetwarzać w celu kierowania do Ciebie treści marketingowych w formie newslettera. Więcej informacji w Polityce Prywatności.
Cytaty z książki
zgłoś błąd zgłoś błąd