6,88 (369 ocen i 76 opinii) Zobacz oceny
10
13
9
22
8
76
7
141
6
66
5
29
4
13
3
5
2
3
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788365157997
liczba stron
232
język
polski
dodał
artur2233

Czy śmierć weszła na świat przez zawiść diabła? A może wiara w nadnaturalne pochodzenie Złego i zła jest zbyteczna? Bo ludzie i tak sami potrafią zdobyć się na każdą niegodziwość? Co do tego nie mam ostatecznej pewności. Jednak to właśnie te dwie myśli bezustannie prześladowały mnie podczas pisania Preparatora. Po raz pierwszy w Polsce, 30 marca, w ręce czytelnika trafia seria powieści...

Czy śmierć weszła na świat przez zawiść diabła? A może wiara w nadnaturalne pochodzenie Złego i zła jest zbyteczna? Bo ludzie i tak sami potrafią zdobyć się na każdą niegodziwość? Co do tego nie mam ostatecznej pewności. Jednak to właśnie te dwie myśli bezustannie prześladowały mnie podczas pisania Preparatora.

Po raz pierwszy w Polsce, 30 marca, w ręce czytelnika trafia seria powieści dokumentalnych, gatunek literacki, który zyskał światową sławę dzięki słynnemu dziełu Trumana Capote "Z zimną krwią" z 1966 roku. Rzeczywiste tragedie, prawdziwe historie i zbrodnie, które naprawdę popełniono, stały się kanwą dla fabularnych powieści, porywających czytelnika w świat tamtych wydarzeń. "Preparator" rozpoczyna serię powieści dokumentalnych "Na F/Aktach", inspirowanych autentycznymi wydarzeniami z ostatnich dekad, które napiszą cenieni polscy autorzy, m.in. Wojciech Kuczok (głośna historia romansu i morderstwa na Podlasiu), Łukasz Orbitowski (historia seryjnego mordercy z Bydgoszczy) oraz Janusz Wiśniewski (zabójstwo Andrzeja Zauchy).

 

źródło opisu: https://www.facebook.com/events/1419191371715799/

źródło okładki: http://www.instytutksiazki.pl/zapowiedzi-i-nowosci...»

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 1087
malena | 2018-04-22
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 20 kwietnia 2018

"Myślenie odtwórcze"

Kolejna książka z serii "Na F/aktach i kolejny niewypał, choć niewypał, co warto podkreślić, całkiem nieźle skonstruowany. Że Hubert Klimko-Dobrzaniecki umie pisać, to wiedziałam już po zapoznaniu się z dwoma jego opowiadaniami: "Krysuvik" i "Dom Róży", "Preparatorem" tylko to potwierdza. Ale co z tego, że umie? Wojciech Kuczok też umie, a popełnił "Czarną". Sam fakt, że obaj, nie najgorsi przecież pisarze ponoszą porażkę, o czymś świadczy. Początkowo myślałam, a raczej winą obarczałam: i ich, i siebie. Ich - za to, że możliwości pisarskie nie pozwalają na udźwignięcie tematu, siebie - że jestem chodzącą encyklopedią polskiej kryminologii i wszystkie te opisywane zbrodnie są mi bardziej lub mniej znane, przynajmniej na tyle, że łatwo mi oddzielić fikcję literacką od autentycznych wydarzeń. Wytłumaczenie całkiem zgrabne, ale nie do końca satysfakcjonujce. Mamy przecież "Inną duszę" Łukasza Orbitowskiego. Oczywiście, można by to podpiąć pod zasadę: wyjątku potwierdzającego regułę. Można by, ale to byłby jedynie zgrabny i niepotrzebny unik, tym bardziej że chyba już wiem, co jest nie tak z tą serią, a że coś jest nie tak, to nie ulega wątpliwości. Skąd taki wniosek? Ano stąd, że czytając "Czarną", czytając "Preparatora", czytając "I odpuść nam nasze..." Janusza Leona Wiśniewskiego (pomijam w tym miejscu odmienny styl) mam wrażenie, że czytam jedną i tę samą książkę, więcej: czytam książkę, która wpisuje się w jeden z dwóch ogólnonarodowych światopoglądów, wykrystalizowanych na przestrzeni kilkunastu lat i którym to trzeba z maniakalnym uporem się dzielić wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe, a nawet tam, gdzie to jest niemożliwe. Chyba muszę w tym miejscu zaznaczyć, by zostać dobrze zrozumianą, że nie odbieram nikomu prawa do własnego, czy nie do końca własnego, ale z takich czy innych powodów przyjętego, a może narzuconego odgórnie światopoglądu. Nie obchodzi mnie to, w co, kto wierzy, kogo popiera, przed kim klęka na kolana, a do kogo odwraca się plecami. Sięgam po te książki, naiwnie wierząc, że autorzy są na tyle samodzielni intelektualnie, że nie potrzebują uciekać się do propagandy (a w tych kategoriach postrzegam nakreślone tła tych opowieści; tła, które spychają właściwy temat na boczny tor lub całkowicie go wykolejają), zwłaszcza że podejmowana problematyka tego nie wymaga. Wymaga jedynie porządnego zgłębienia dostępnych materiałów (już samo to, że autor może wcielić się w policjanta, prokuratora, sędziego, psychologa sądowego, dziennikarza śledczego jest przecież samo w sobie fascynujące, a przynajmniej takie powinno być, zwłaszcza dla osoby spoza tego kręgu zawodowego), wyobraźni i warsztatu pisarskiego na przyzwoitym poziomie. Tylko tyle, ale wychodzi na to, że aż tyle. Po co zgłębiać, po co, niezglębialne uzupełniać własną wyobraźnią, jak można czytelnika poczęstować sieczką propagandową. W końcu ci z przeciwnego obozu też tak robią, więc siłą rzeczy grzechem byłoby nie skorzystać z okazji. I w ten sposób (zarówno jedna, jak i druga strona) częstuje czytelników coraz bardziej trudnymi do przełknięcia zakalcami. No bo ileż można czytać, o tym samym i to niezależnie od tego, czy jest się klerykałem, antyklerykałem, ateistą, agnostykiem, katolikiem, zwolennikiem tej czy innej opcji politycznej etc., etc. Takie taniutkie i zupełnie niepotrzebne szukanie, uwypuklanie i wyolbrzmianie różnic między ludźmi, dzielenie ich na wrogie sobie obozy i próby przeciągnięcia ich na swoją stronę, bo "swoja" równa się jedynie właściwa.

Klimko-Dobrzaniecki - jak podkreślił w jednym z wywiadów - chciał pisać o zupełnie innej sprawie, ale ze względu na utajnienie dokumentów musiał zrezygnować i tym sposobem jego wybór padł na Adama D., brutalnego mordercę z Łodzi (wnikliwych czytelników zachęcam, jak zwykle zresztą, do zapoznania się z artykułami prasowymi, na ich podstawie spokojnie można ustalić, co jest fikcją, a co dokumentem, a co za tym idzie zobaczyć, ile autor włożył wysiłku w przedzieranie się przez przebogaty materiał źródłowy). Zbrodnia jak to często bywa, ale jak to często trudno ludziom zaakceptować (zazwyczaj chcemy dostać odpowiedź na pytanie: dlaczego?), niczym szczególnym się nie wyróżniała, spośród innych podobnego typu zbrodni. No, może oprócz tego, że: sprawca był wyjątkowo brutalny, z ofiarami łączyły go więzi rodzinne, jego zachowanie po dokonaniu morderstw przeczyło linii obrony o rzekomym działaniu pod wpływem silnego wzburzenia. Co niektórzy owej dziwności mogą upatrywać w wykonywanym zawodzie (preparator medyczny) i tym, że sprawca przynależał do Chrześcijańskiego Zboru Świadków Jehowy (w końcu myślenie stereotypami nie wymaga myślenia). Klimko-Dobrzanieckiemu daje to okazję do skrytykowania... (ależ niespodzianka!) polskiego hipokryzją podszytego katolicyzmu. Forma dialogu, a w zasadzie monologu, bo rola słuchacza ma tu marginalne znaczenie (a szkoda, bo można było ów zabieg lepiej wykorzystać) pozwala na takie czy inne dygresje. Trzeba oddać sprawiedliwość, że autor zgrabnie składa je w całość, tylko, że ta całość nie przekonuje, głównie z jednego powodu (ten sam błąd pojawia się też i u Kuczoka, i u Wiśniewskiego): autor usilnie próbuje "uczłowieczyć" sprawcę. To akurat samo w sobie chwalebne założenie (ach, ta banalność zła) prowadzi zwykle do "odczłowieczenia" ofiar. U Klimko-Dobrzanieckiego schemat jest prosty. Sprawca zabija, bo: żyje w katolickim kraju, miał może nie najgorsze, ale też nie najlepsze dziecinstwo (dominująca matka i faworyzowanie przez nią siostry); zmienił się ustrój polityczny (kiedyś żyło się prościej, łatwiej, lepiej), a w nowym ustroju trudno mu się odnaleźć; w młodości przeżył nieszczęśliwą miłość; związek małżeński nie okazał się zbyt satysfakcjonujący, zwłaszcza seksualnie; nie udało mu się zrealizować swoich zawodowych marzeń; przytłoczyła go szara, nudna rzeczywistość, którą "ubarwiała" jedynie praca i spotkania z siostrą (o szczegółach tych "ubarwień" nie napiszę, bo zdradziłabym zbyt wiele, napomknę jedynie, że za mocno autor pofolgował swojej wyobraźni).

Czy udało mu się uzyskać zamierzony efekt, tj. czy czytelnik mógłby do pewnego momentu utożsamiać się z bohaterem książki i wierzyć, że odpowiedzialność za zło ponosi nie tylko sam sprawca, ale społeczeństwo (pomijam fakt, że w rzeczywistości Adam D. został skazany na dożywocie, a sąd nie uwzględnił żadnych okoliczności łagodzących, pomijam fakt, że motywy sprawcy są nadal nieznane i kryją się w zdaniu "coś we mnie pękło", pomijam fakt, że nie doszło do spotkania autora z Adamem D.) Nie. To zgrabnie napisana, ale mało przekonująca historyjka, z mniej lub bardziej interesującymi i pasującymi do tematu dygresjami.

Sięgając po tę serię liczyłam, że autorzy będą trzymać się ściślej dokumentu, a miejsca, w których dokument milczy uzupełni pisarska wyobraźnia. Co dziwne, wyobraźnia nie dość, że dominuje w tych utworach, to dodatkowo jest mało twórcza.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Woda na sicie. Apokryf czarownicy

Wspaniały, barwny język, pełnokrwiste postacie i wciągająca historia! Forma "raportów" również przypadła mi do gustu. Sprawiła, że miałam wr...

zgłoś błąd zgłoś błąd