Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Wzgórze jasnowłosej

Wydawnictwo: Pojezierze
2 (1 ocen i 1 opinia) Zobacz oceny
10
0
9
0
8
0
7
0
6
0
5
0
4
0
3
0
2
1
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
8370020844
liczba stron
194
język
polski

Zawartość:
Katedra ● mikropowieść współczesna;
Straże gwiazd ● mikropowieść współczesna

 

źródło opisu: opis autorski

źródło okładki: www.swistak.pl

Brak materiałów.
książek: 5028
Marek Nowowiejski | 2015-01-02
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 01 stycznia 2015

Po bolesnym przeczytaniu obu mikropowieści (druga jest zwykle uznawana za nietypową wprawdzie, ale jednak sf) doszedłem do wniosku, że obie są NIEFANTASTYCZNE. To jakieś dziwaczne rojenia narratorów, w sumie b. podobnych w obu tekstach. Zapewne są to nieudacznicy, którzy nie umieją sobie ułożyć życia osobistego (no w sumie to "zawodowe" też wygląda jakoś nieprawdopodobnie, składa się ciągów nieustannych lub mętnie ukazanych sukcesów).

Połom lepiej się sprawdza w krótkich nowelkach. W dłuższych utworach sprawia wrażenie bardzo słabego pisarza (jego poezji nie czytałem i nigdy jej nie szukałem), owszem, z przebłyskami czegoś ciekawszego, ale absolutnie nie potrafi wypracować ani ciekawej fabuły, ani głębszym przemyśleniom nadać sensownej formy; mamy tutaj do czynienia z z chaotycznymi meandrami, w dodatku miejscami strasznie nieporadnymi, w których tonie narrator i autor. Generalnie - o dziwo! - dość lekko się to czyta.

"Wzgórze jasnowłosej" sprawia wrażenie bardziej wymęczonego utworu niż "Straże gwiazd"; natknąć się tu można na bardzo koślawe zdania, na zdania urywające się (po kilku wyrazach) i wyraźnie brakuje w kilku miejscach fragmentów tekstu, a z kolei pojawiają się kilkuzdaniowe elementy, wrzucone bez oglądania się na logikę i chronologię. Trafiają się też zdania kompletnie bezsensowne.

Całość "Wzgórza" daje - wbrew pozorom realizmu - wrażenie bajkowe. Prowincja - Warmia - jest ukazana jako rajski niemal polder (w znaczeniu fantastycznym, chodzi o pseudoświat, niewielki, jakoś połączony z naszym), a bohater, 26-letni rozwodnik po filologii angielskiej, z Warszawy, który tam jedzie opracowywać starodruki w częściowo zrujnowanym zamku nad Zalewem Wiślanym, nad jeziorem Isąg, bardzo szybko i łatwo się tam adaptuje, wszystko idealnie mu się układa, zbiegi okoliczności aż hulają; puenta zaś jest poszatkowana i niezrozumiała. Gdyby autor dodał do miszmaszu realizm magiczny czy fantastykę - miałoby to jakiś sens. A tak - w sumie rzecz się w ogóle kupy nie trzyma. O dziwo - bohater niby wydaje się płaski, ale ostatecznie jest nawet dość plastyczny. Przed pójściem do łóżka z piękną kobietą - już nie mówię, jak to jest naiwnie i nieporadnie pokazane, w ogóle cała znajomość z nią; autor przysłał ją bohaterowi na odludzie, żeby umilała mu życie (podobnie jak przyjaciele i brat, którzy wyskakują z pudełka jak diabełki) - następuje jakiś nieprawdopodobny wykwit grafomańskiej poezji prozą, który ma nam uświadomić (po co?), co kotłuje się w głowie bohatera (przedtem jakoś nic mu się nie kotłowało, w żadnym sensie); miejscami takie wykwity, plus niezręczny styl, przypominają o wyskokach stylistycznych, jakże często spotykanych w prozie przedwojennej. Generalnie mogę o "Katedrze" powiedzieć tyle, że zamysł był OK, ale wykonanie okazało się banalnie, chaotyczne, stylistycznie miejscami fatalne i autor nie sprostał własnym założeniom, a jeśli chodziło tylko o rojenia, no to cóż, niewiele z nich ostatecznie wynika, a dla czytelnika już na pewno.

"Straże gwiazd". Tutaj bohater jest podobny, około trzydziestki, wyjeżdża na Warmię i Mazury, żeby wśród przyrody pisać symfonię "kosmiczno-filozoficzną", którą redaktorzy Polskiego Radia się zachwycili i chcą jak najszybciej oczarować nią cały świat. No cóż, widocznie bohater jest wybitnym kompozytorem... Trafił zaś do leśnego pensjonatu "Saturn". Tam zastaje kilkoro stałych mieszkańców i właścicielkę, która najwyraźniej ma mnóstwo pieniędzy, nie chce od niego zapłaty, podaje wyszukane potrawy i znakomite wina, wszystko jest wystawne i eleganckie, ale... owa Sylwia twierdzi, że nie zna słów "podatki" i "samotność". Właściwie cała grupka jest jakaś dziwna i jakby "nie z tej Ziemi". Potem zjawia się... no właśnie, to najwyraźniej obsesja bohaterów obu utworów, nieziemska czarodziejka, kobieta idealna, dojrzała a zarazem nieśmiała, wymarzona towarzyszka życia (odczucie od pierwszego wejrzenia, miłość tak samo natychmiastowa), która wprowadza bohatera w stan niemal totalnego oszołomienia, a przed pierwszym kontaktem fizycznym ten doznaje czegoś w rodzaju przedkoitalnego umysłowego orgazmu-wizji, który sprowadza się do grafomańskiego wykwitu prozy poetyckiej (w pierwszym utworze ów mentalny orgazm zajął aż kilka stron!), no a tutaj owa czarodziejka niby okazuje się być przysłana przez wyżej rozwiniętą cywilizację... Owa cywilizacja bada Ziemian od kilku tysięcy lat i małpuje ziemskie zwyczaje i co tylko się da (nawet ich przywódca - na kilka planet - przyjął imię Cezara), a jest to wynikiem zupełnie nieprawdopodobnej obsesji na punkcie jakieś niezwykłej "prawdy" (Prawdy), którą mają posiadać Ziemianie. Jest też mowa o tym, że na Ziemi (DLACZEGO?!) ma znajdować się lek na zarazę, która owych kosmitów zmienia w trakcie stosunku płciowego w olbrzymie motyle... To niestety jakaś... kosmiczna bzdura, chyba że założymy, że bohater wszystko to sobie wyśnił... No tak, skoro nie radził sobie z Ziemiankami, uroił sobie "czarodziejkę" z kosmosu, kobietę idealną, więc niemożliwą... Zaś puenta, miast dramatyzmu, okazuje się nieintencjonalnie... śmieszna. Nie zdradzę jej, choć powiem tylko, że ma niby potwierdzać to, że misja z Epsilon Eridani zakończyła się sukcesem... Może przecież ktoś będzie chciał te dziwadła czytać.

Generalnie rzecz biorąc drugi utwór jest minimalnie lepiej napisany od pierwszego, ale poza ogólnie bezsensowną koncepcją (chyba że oczywiście przyjmiemy, że mamy do czynienia li tylko z pseudopoetycko-pseudofilozoficznymi rojeniami na kanwie przyrodniczej – lasy, krajobraz, etc.), meandrującą fabułeczką i prymitywną filozofią (ogólną, "kosmiczną", i tą życiową) właściwie nie oferuje nic porządnego czytelnikowi. Pierwszy utwór, który uznaję za gorszy, ma przynajmniej minimalnie ciekawszego bohatera.

Warstwa językowa obu novell jest zauważalnie staroświecka, chwilami niezręczna i niedopracowana, popadając miejscami w mglistą metaforykę i sformułowania stojące w sprzeczności z regułami poprawności języka polskiego. (Notabene redaktorem książki był Jerzy Ignaciuk, kolega po piórze, także mieszkaniec Olsztyna, i również incydentalnie pisujący utwory fantastyczne.)

No cóż, złośliwie spuentuję, że po jednej stronie barykady mamy i Mieczysława Kurpisza (autora Ataraksji*), i Stefana Połoma, choć ten ostatni zdecydowania pozytywnie się wyróżnia na tym tle.
________
* Jeśli ktoś na owo kuriozum nie trafił, wyjaśniam, że chodzi o ponadstustronicowy bełkot bez znaków przestankowych, w zamyśle autorskim rodzaj wspomnienia z pobytu „po drugiej stronie”, napisany w formie "strumienia (nie)świadomości", a dedykowany lekarzom, którzy wyprowadzili autora ze stanu śmierci klinicznej.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Dancing the Dream: Roztańczyć Marzenia

Nie zgodzę się do końca z opisem wydawcy...brzmi jakby zebrano jego listy, notatki - a są to jego "przypowieści", opowiadania i wiersze. Moż...

zgłoś błąd zgłoś błąd