Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Zaginiona kartoteka. Numer Dziewięć

Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
Cykl: Zaginiona kartoteka (tom 2)
Wydawnictwo: G+J
7,74 (115 ocen i 17 opinii) Zobacz oceny
10
18
9
21
8
23
7
29
6
19
5
3
4
1
3
0
2
0
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Nine's Legacy
data wydania
ISBN
9788377782644
liczba stron
152
język
polski
dodała
Utopia

Wiem, że ewidentnie łamię wszystkie nakazy i zakazy, wiem też jednak, że warto ryzykować, że czasami trzeba postąpić wbrew temu, co ci wpojono. Pittacus Lore jest głową Starszyzny Loryjczyków. Posiada moce, o jakich posiadaniu wy marzycie. Potrafi robić rzeczy, o jakich wy możecie tylko pomarzyć. Widział rzeczy, jakich nigdy nie zobaczycie. Od dwunastu lat mieszka na Ziemi, szykując się do...

Wiem, że ewidentnie łamię wszystkie nakazy i zakazy, wiem też jednak, że warto ryzykować, że czasami trzeba postąpić wbrew temu, co ci wpojono. Pittacus Lore jest głową Starszyzny Loryjczyków. Posiada moce, o jakich posiadaniu wy marzycie. Potrafi robić rzeczy, o jakich wy możecie tylko pomarzyć. Widział rzeczy, jakich nigdy nie zobaczycie. Od dwunastu lat mieszka na Ziemi, szykując się do wojny, która zdecyduje o losie naszej planety. Nikt nie zna miejsca jego pobytu. Tekst dodatkowy, informacyjny: Numer Dziewięć, chłopak uwolniony przez Johna Smitha z mogadorskiego więzienia, jest nieposkromiony, zuchwały i rwie się, aby wziąć odwet na wrogach. Niewola zmienia każdego, nawet Loryjczyka. Przekonajcie się, jaki był Dziewiąty, zanim wpadł w ręce mogadorskich żołnierzy, i zobaczcie jego oczami dramatyczną ucieczkę z ich bazy.

 

źródło opisu: http://www.burdaksiazki.pl/

źródło okładki: http://www.burdaksiazki.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 112
Pat | 2012-10-25
Na półkach: Posiadam
Przeczytana: wrzesień 2012

Znakiem rozpoznawczym serii Dziedzictwa Lorien jest bez wątpienia specyficzne kalendarium wydawnicze, które skupia się nie tylko na pełnoprawnych tomach cyklu („Jestem Numerem Cztery” oraz „Moc sześciorga”), lecz także na książkach uzupełniających główny nurt fabularny, będących swoistymi pośrednikami. Tak właśnie należy rozumieć serię „Zaginiona Kartoteka”.
W każdej Kartotece bowiem przedstawiona zostaje historia jednego z dziewięciorga Gardów przybyłych na Ziemię z planety Lorien. Uściślając: w „JNC” poznaliśmy oprócz Czwartego, aka John Smith, także Szóstą, która przybywa z pomocą w końcowych rozdziałach książki. I to właśnie o niej powstała pierwsza Kartoteka (w oryginale: The Lost Files: Six’s Legacy). Jej historia może nie była tak porywająca jak akcja pierwszego tomu, jednak czytelnik otrzymał szansę na wnikliwe zapoznanie się z tą postacią i odkrycie wielu interesujących szczegółów. Co prawda, Kartoteka same w sobie nie wpływają na postęp fabularny całej serii, jednak w znaczący sposób wzbogacają świat przedstawiony i nakreślają podłoże psychologiczne pomagające zrozumieć motywy działań określonego bohatera. Po Szóstej i jej opiekunce Katarinie nadszedł czas na – poznanego na końcowych stronach „Mocy sześciorga” – Dziewiątego. I tak to przenosimy się w czasie kilkanaście miesięcy wstecz od wydarzeń z drugiego tomu, do wietrznego miasta w samym sercu Ameryki Północnej. Witamy w Chicago.

Dziewiąty – albo może lepiej będzie nazywać go jego aktualnym wtedy ziemskim imieniem – Stanley ma już prawie siedemnaście lat i, jak przystało na każdego nastolatka, nawet tego z innej planety, nieco roznosi go energia. Choć wiedzie spokojne życie w jednym z najludniejszych miast Ameryki, pięcioletni zastój wydaje się nie całkowicie mu odpowiadać. Pakuje się więc w niezłe tarapaty z przedstawicielem wrogiej rasy w roli głównej. Jak na dłoni objawia się jego niedojrzałość, brawura i chęć pokazania się z tej, jak sądzi, „najlepszej” strony, co prowadzi jedynie do nieuniknionego starcia ze swoim opiekunem, Sandorem.
Okazuje się ponadto, że Dziewiąty żyje w zupełnie innych warunkach od poznanych do tej pory członków Gardy – nie ukrywa się w zapomnianych przez Boga zakamarkach i ruinach. Ukrywa się na widoku, w luksusowym apartamencie na szczycie wieżowca Johna Hancocka, trzeciego co do wielkości budynku w Chicago. Wcześniejsza oszczędność jego Strażnika spowodowała, że od kilku lat mogą poszczycić się naprawdę niezłym widokiem z okna. „ Czy akwarium na suficie i łóżka wielkości boiska na coś się przydadzą, gdy zacznie się inwazja Mogadorczyków?” – kwituje cały ten cały anturaż Dziewiąty na złość swojemu Cêpanowi.


To właśnie Sandorowi warto poświęcić dłuższą chwilę. Jest on nakreślony w zdecydowanie dokładniejszy i barwniejszy sposób od Strażniczki Numeru Sześć, która jawi się na łamach pierwszej Zaginionej Kartoteki jako osoba średnio zajmująca.
Sandor ma nienaganny wygląd, charyzmę i odpowiednio zaakcentowaną techno-manię. Z pewnością nie jest nieinteresujący – może wynika to z jego wieku, gdyż został on przydzielony do opieki nad Dziewiątym jeszcze jako młody dorosły. Lubi wymagającą lekturę, wykwintne drinki, włoskie garnitury i elektroniczne gadżety. Jednak z drugiej strony jest osobą bardzo ostrożną, rozważną i przewidującą – jak przystało na prawdziwego Cêpana. Co ciekawe, Sandor jest pierwszym Cêpanem, który zdaje się próbować w życiu czegoś poza opieką nad Gardą – co nie powinno dziwić, skoro znalazł się na zupełnie nieznanej mu planecie. W książce przewija się dyskretnie opis jego, ukrywanego przed Dziewiątym, owocnego życia towarzyskiego, na które próbował znaleźć czas pomiędzy treningami i opracowywaniem nowych robotów pomocnych w walce z wrogiem. Nie jest więc Henrim, który miał kręćka na punkcie bezpieczeństwa Johna, nie jest też Adeliną, która udawała że nie pochodzi z innej planety, ani Katariną, o której tak naprawdę nie możemy zbyt dużo powiedzieć.
Z pewnością Sandor wprowadza do historii Dziewiątego nutę humorystyczną za sprawą swojego uwielbienia komiksowym Batmanem czy filmowym Jamesem Bondem, których cytuje gdy tylko nadarzy się okazja.

No i Numer Dziewięć. Niby kreowany na przeciwieństwo Czwartego – buntowniczy, brawurowy i lekkomyślny, tak naprawdę w Kartotece prezentuje swoje prawdziwe oblicze, w którym niezwykle łatwo znaleźć podobieństwa do Johna Smitha w Paradise. Tak samo miota się pomiędzy rozpoczęciem walki z Mogadorczykami a chęcią zakosztowania zwyczajnego ziemskiego życia, jest podobnie niezdarny w kontaktach z ludźmi, a gdy przychodzi jego pierwsze zauroczenie – mam tu na myśli Maddy oraz Sarę w przypadku Johna – kompletnie traci głowę. Być może „prawdziwe oblicze” to nie jest odpowiednie wyrażenie. Bardziej pasuje „dawne oblicze”. Bowiem w wyniku wydarzeń następujących po pierwszej randce z Maddy, Stanley staje się kimś zupełnie innym. Dziewiąty z bazie Mogadorczyków nie przypomina tego samego chłopaka mieszkającego kiedyś w luksusowym apartamencie. W „Mocy sześciorga” i dalej, w „The Rise of Nine” jest już inny, odmieniony. Trudno orzec czy jest stał się lepszy.

Dla wszystkich złaknionych nowych informacji o Lorien i jej mitologii – nie znajdziecie ich zbyt dużo. Co prawda Dziewiąty śni o swoim dzieciństwie na tej planecie (co ciekawe, wspomnienie to kończy się niezwykle intrygująco), to jednak jest to jedyna taka relacja z widoku pierwszej osoby w całej książce. Jedynie Sandor wspomina raz lub dwa coś nie coś o własnym życiu na Lorien, jednak informacje te są naprawdę szczątkowe i trudno je wpasować do układanki.

Główna rola żeńska w wykonaniu urodziwej szatynki o imieniu Maddy wypada nieźle, jednak z pewnością dziewczyna nie ma w sobie tyle ikry co, skądinąd niewidziana dawno, Sarah Hart. Z drugiej strony, ich motywacje do bliższego poznania Gardów z Lorien są zgoła odmienne i trudno rozpatrywać te dwie postacie na tej samej płaszczyźnie – Maddy nie jest bowiem odpowiednikiem Sary.

Muszę przyznać, że czytając w oryginale po raz pierwszy opisy scen rozgrywających w bazie Mogadorczyków (unikam w tym momencie spoilerów) naprawdę przechodził mnie zimny dreszcz, to samo uczucie powtórzyło się i podczas lektury polskiego wydania. Dowodzi to, że te końcowe rozdziały napisane są z niezwykłym kunsztem, powodującym u czytelnika faktyczny strach i niedowierzanie. Nieczęsto zdarza się coś takiego.

Historia opisana w „Zaginionej Kartotece Numeru Sześć” zostaje w sposób skrótowy przedstawiona także w następującej po niej „Mocy sześciorga”. Z „Zaginioną Kartoteką Numeru Dziewięć” jest inaczej. Dziewiąty w „The Rise of Nine” co prawda wspomina kilka razy o Sandorze czy też swoim życiu w Chicago, jednak nie poznamy w trzecim tomie wydarzeń, które ukształtowały tego bohatera. Co więcej, bez znajomości tej Kartoteki, w kolejnym tomie postać Dziewiątego można odebrać w zupełnie inny sposób, napisałbym nawet, że nie zaliczy się go do swoich ulubieńców. To dowodzi, że „Kartoteka” jest wartym przeczytania, odrębnym członem sagi Dziedzictwa Lorien.

Ta recenzja została opublikowana pierwotnie na PlanetaLorien.pl

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Czarny księżyc

Kolejne tomy cyklu o Rossie Poldarku zachowują podobny poziom, oferując interesującą historię o czasach z przełomu wieków XVIII i XIX w Kornwalii. Pis...

zgłoś błąd zgłoś błąd