Lekcja w pisaniu fantasy

Marcin Zwierzchowski
20.03.2021

Jak być oryginalnym, pisząc w gatunku tak wyeksploatowanym jak heroic/dark fantasy? Doskonałej lekcji młodym twórcom i twórczyniom udziela… komiks „The Last God” ze scenariuszem Philipa Kennedy’ego Johnsona – oraz George R.R. Martin i Andrzej Sapkowski.

Lekcja w pisaniu fantasy

Mam teorię, że w pamięci polskich adeptów i adeptek pióra, pragnących tworzyć historie fantasy takie jak Tolkien, Abercrombie, Martin czy Sapkowski, „Władca pierścieni” oraz „Silmarillion” zlały się w jedno. Winię za to Petera Jacksona, który swoją ekranizację otworzył (wspaniałą) narracją Galadrieli (Cate Blanchett), przybliżającej nam część historii Śródziemia dotyczącą Jedynego Pierścienia i wojen z Sauronem. W efekcie coś przeskoczyło w chłonnych fantasy głowach i wybrzmiał komunikat: ZACZYNAJ OD HISTORII ŚWIATA. Nie zliczę lądujących na moim biurku (czyt. „w skrzynce meilowej”) powieści fantasy, które rozpoczynały się od wstępów/prologów opisujących genezę kolejnego neverlandu i działania kreujących go bóstw (w stylu Ainulindalë, czyli pieśni Eru Ilúvatara i Ainurów, która ukształtowała świat Eä), albo pełne wymyślonych (i wymyślnych) nazw geograficznych, imion i Tych Wydarzeń (zawsze wielkimi literami) streszczenia często tysięcy lat historii danego świata. Zanim więc cokolwiek się wydarzyło, zanim poznałem jakąkolwiek postać, uderzała we mnie fala pokracznych słowotworów (bo przecież każdy musi być jak Tolkien), dat, imion i szybki kurs geografii, z opisaniem tła geopolitycznego miejsca, o którym słyszałem pierwszy raz i z którym mój związek emocjonalny był żaden.

Pozwólcie, że sięgnę po analogię ze świata sportu: jeżeli zabieracie kogoś po raz pierwszy na mecz swojej ulubionej drużyny koszykarskiej/siatkarskiej/piłkarskiej, to nie fundujcie tej osobie wstępu o historii klubu, zanim jeszcze zabrzmi pierwszy gwizdek. Macie w zapasie tonę ciekawostek i znacie na pamięć nazwiska wszystkich kapitanów? Super. Zanim jednak dowiem się, kto poprowadził klub do pierwszego mistrzostwa kraju, pozwólcie mi zobaczyć trochę gry, wczuć się w akcję, zapałać emocjami do rozgrywki. Literatura działa tak samo.

Nie chcecie słuchać mnie – posłuchajcie autorów najgłośniejszych serii fantasy naszych czasów, George’a R.R. Martina i Andrzeja Sapkowskiego. Ani „Pieśń Lodu i Ognia”, ani cykl „Wiedźmin” nie są okraszone gęstymi od słowotworów prologami, ba!, obaj panowie swoje światy odkrywają przed nami powoli, krok po kroku, cierpliwie i systematycznie wzbogacając naszą wiedzę o Westeros i Kontynencie. Kolejnych faktów o tych krainach dowiadujemy się w swoim czasie, zostają one wplecione w opowieść, tak że gdy już do nas docierają, autentycznie nas interesują, a nie stanowią po prostu wykazu inwentarza czy przypisów do atlasu krain neverlandu. I owszem, taki Martin wydał pozycje typu „Świat Lodu i Ognia” czy ostatnio dwutomowe „Ogień i krew”, obie fascynujące, obie bardzo „encyklopedyczne”, i czyta je się z wypiekami na twarzy – ale to już w czasie, gdy cały świat pokochał Westeros i przynajmniej do premiery ostatniego sezonu serialu „Gra o tron” przyglądał się każdemu najmniejszemu kamieniowi w Siedmiu Królestwach, bo pod nim mógł schować się Azor Ahai.

Warto nadmienić, że podobnie do kreacji Ziemiomorza” podchodziła Ursula K. Le Guin – u niej wraz z rozwojem opowieści odkrywaliśmy kolejne fragmenty mapy tego świata, a także rozszerzaliśmy swoją wiedzę o jego historii. Z początku był tylko Ged Krogulec, mag Ogion Milczący i mała wyspa Gont.

Reklama

Prawdziwie cennej lekcji każdej osobie, która chce chwycić za pióro, by tworzyć swoje Westeros czy Śródziemie, udzielił ostatnio scenarzysta komiksowy Philip Kennedy Johnson. Seria „The Last God”, na którą składa się 12 zeszytów (obłędnie pięknie) rysowanych przez Riccardo Federiciego, jak w soczewce skupia wszystkie aspekty tworzenia własnego, a jednak inspirowanego klasykami uniwersum, kreślenia historii oryginalnej, a mimo to zawierającej wszystkie te elementy, które pokochaliśmy w książkach naszych mistrzów i mistrzyń. Komiks Johnsona to mroczne fantasy post-Tolkienowskie i post-Howardowskie, z elfami, smokami i bogami mieszającymi się w sprawy śmiertelników, z nieodzownymi proroctwami, wybrańcami, formowaniem się drużyny, wyprawą w celu zniszczenia Złego, a nawet z wojownikami, dla których jednym akceptowalnym odzieniem jest skromna przepaska biodrowa, a wedle kątów prostych ich szczęk sprawdzać można ekierki. A jednak – „The Last God” to historia świeża, wciągająca, emocjonująca, rozgrywająca się fascynującym i bogatym świecie.

The Last God, Philip Kennedy JohnsonCo ważne, Johnson oryginalności w tej pełnej inspiracji opowieści szukał nie tam, gdzie zwykle robią to polscy adepci i adeptki piór. Znów wracając do tego, co zazwyczaj trafia na redaktorskie skrzynki – nagminne jest rozumienie oryginalności jako dziwaczności/przekombinowania kreacji świata, dodawanie jakiś kuriozalnych elementów, albo pójście w przesadę. To powtarzanie za Tolkienem czy Martinem, tyle że z podkręceniem tego na piąty czy wręcz szósty bieg. To samo, tylko więcej! W „The Last God” wystarczyło natomiast poodwracać perspektywę, zaprezentować odmienne punkty widzenia na te same opowieści, czy wreszcie odejść od linearnej fabuły. Johnson opowiada więc historię nie jednej drużyny, ale dwóch, będących jakby swoimi lustrzanymi odbiciami – jedna to herosi z legend, druga to ci, którzy idą ich śladami, by odkryć prawdę o opiewanych w pieśniach wydarzeniach. Znów: prosta zagrywka, czyli rzucenie cienia na bohaterów, zabawienie się w różnice między treścią legend a tym, co naprawdę się wydarzyło. Skonfrontowanie nieskazitelnych pomników herosów z ich niedoskonałymi pierwowzorami. Johnson pożyczył więc naprawdę dużo choćby od Tolkiena, z tej „pożyczki” zbudował jednak tylko fasadę, już samemu nadając całości głębi, zaskakując tym, co kryje się pod wierzchnią warstwą opowieści o wielkich czynach wielkich ludzi.

Reklama

Najbardziej Philip Kennedy Johnson imponuje natomiast tym, jak doskonale panował nad wydzielaniem informacji o swoim świecie. Przypomnę, że pisał komiks, a choć 12-zeszytowa seria to już setki stron, wciąż objętościowo nie może się to liczyć z opasłymi tomiszczami fantastycznej prozy. Tymczasem na mniejszej „powierzchni” w „The Last God” mieści się świat nie ustępujący bogactwem geografii, historii czy pod względem ilości magicznych ras i stworów każdemu dobremu neverlandowi fantasy. Jak to możliwe? Kluczem jest cierpliwość i umiejętne dawkowanie informacji. Część podań historycznych scenarzysta zawarł w materiałach dodatkowych, zamykających każdy zeszyt komiksu – zwykle było to kilka stron, stylizowanych na kartki z kronik, rozbudowujących wspomniane wątki czy biografie postaci albo dzieje ludów. W samej głównej fabule natomiast świat rozrastał się z każdym krokiem bohaterów, wraz z ich wizytą w każdym nowym miejscu – Johnson nie wybiegał więc naprzód w jakimś prologu, ale opowiadał nam o tym, co widzimy oczami bohaterów, gdy ci już tam dotarli i przekazanie tych informacji miało faktyczny sens fabularny. Dzięki temu ten świat wciąż rósł i rósł, sycąc odbiorców i obiecując ciągle więcej. Johnson zawarł nawet w „The Last God” wątek bliźniaczy do pieśni Eru Ilúvatara i Ainurów, czyli opowieść o stworzeniu wszechświata, ale zrobił to dopiero w piątym zeszycie – gdy informacje te mogły należycie wybrzmieć, a my mieliśmy dość wiedzy by je przyjąć i byliśmy na tyle zainteresowani, że wręcz je chłonęliśmy. Tak to się robi.

Wrócę znów do wątku dwóch drużyn, czyli dwóch płaszczyzn czasowych – to błyskotliwa zagrywka, która z jednej strony dała Johnsonowi bogate tło historyczne dla nowej fabuły, ale poprzez konstrukcję, a więc jednoczesne prowadzenie tych obu wątków, do końca trzymała nas w napięciu w kwestii tego, co naprawdę wydarzyło się na Czarnych Schodach, podczas potyczki z bogiem Mol Uhltepem.

Wszystko to w „The Last God” wybrzmiało idealnie, bo Philip Kennedy Johnson oryginalności szukał w tym jak opowiedzieć swoją historię i jak przedstawić nam wykreowany przez siebie świat. Dzięki temu mógł zaoferować nam coś świeżego w tej warstwie, a jednocześnie przyjemnie znajomego pod wieloma innymi względami. To cenna lekcja, bo wskazuje na prawdziwą wartość historii – jest nią nie spis nazw pokroju Mroczne Dorzecze, Góry Skowytu czy Jezioro Dusz, albo imion, które bronią się tylko na kartce, bo ich wymowa jest niemożliwa, ale to jak podejdzie się do swoich bohaterów, jak konkretnie opowie się daną historię. Johnson mógł stworzyć postać barbarzyńcy-osiłka czy elfki-asasynki, ale to były tylko jedne z wielu warstw, te powierzchowne, pod spodem kryło się natomiast dużo, dużo więcej. Tak należy tworzyć świat – wielowarstwowo, oryginalności szukając w wykonaniu, a nie w pierwszym wrażeniu. Jeżeli się nad tym zastanowić, dokładnie tak podeszli do swoich cykli Martin i Sapkowski – wziąć coś na pierwszy rzut oka bardzo „klasycznego”, a więc znajomego i wyeksploatowanego, i dodać temu oryginalnej głębi, dorzucić nowe interpretacje i punkty widzenia.

Oryginalna powinna być opowieść, a nie mapka czy słowniczek słów w języku elfów na końcu książki.

Reklama

komentarze [15]

Sortuj:
1127
122
23.03.2021 01:06

Lekcje w pisaniu nie oznaczają sukces w czytaniu. (Co to w ogóle za forma?)


33
33
22.03.2021 12:14

Cenne uwagi, lecz przede wszystkim dla twórców, którzy myślą, że coś muszą. Bo nieprawda, nie muszą. Dawkowania informacji o świecie w miarę fabuły (mimo tego, że taki zabieg czyni dzieło przyjemnym w odbiorze i sama go bardzo lubię) wcale nie nazwałabym jakąś drogą najwłaściwszą…
Przecież jeśli ktoś czuje, że napisanie fantasy z encyklopedycznym opisem świata jest zgodne z...

więcej

145
2
22.03.2021 11:55

Mam takie odczucie, że twórcy fantasy obierają jedną z dwóch dróg: tworzą fabułę do której dorabiają świat albo tworzą świat, do którego dorabiają fabułę. W tym drugim przypadku, autor często topi czytającego w swojej fantazji, w z niczym niekojarzących się nazwach własnych, imionach i wydarzeniach. Ciężko się w tym połapać, a często niestety im bardziej szczegółowy świat...

więcej

Reklama
315
47
21.03.2021 21:44

Brakuje mi tu bardzo odniesień do dark fantasy Sandersona czy "Księgi zepsucia" Podlewskiego. Mam wrażenie, że historie dark fantasy przedstawiane w sposób łamiący konwencję zdarzają się dość często, choć może w literaturze anglojęzycznej widoczniejsze są te sztampowe opowieści, ze względu na efekt skali. Dla przykładu - wiele rozwiązań narracyjncyh w zbiorach pod marką...

więcej

55
3
21.03.2021 23:49

Które z książek Sandersona należą do podgatunku dark fantasy, bo mi się ten autor kojarzy raczej z lekkimi młodzieżówkami? Co do LeGuin i Tolkiena to zaszufladkować można ich bez problemu jako high fantasy, heroic fantasy to Conan, Fafryd i Szary kocur, albo powieści Gemmella.


495
133
22.03.2021 07:39

Ekhem, jeśli już mówimy w Polsce o dark fantasy, to zasadniczo Agnieszka Hałas, potem jest dość długo nic. "Teatr węży" nie ustępuje niczym chociażby cyklowi o Kanie Nieśmiertelnym i jest prawdopodobnie najważniejszym cyklem df rodzimej produkcji oraz jednym z najważniejszych ogólnie.


221
12
21.03.2021 01:03

No niestety nie popieram.
Niby lekcja a to reklama.
Popatrzmy, na samym wstępie reklamowany produkt w towarzystwie nazwisk przez duże N, potem
analiza sposobów kreacji świata przez uznanych mistrzów. A potem znowu The Last God. I tu reklama w czystej postaci, to najlepsze tamo itd… ale za plus mamy wziąć tez to co u innych jest be. Niby historia świata, ujęta w ramy...

więcej

48
0
21.03.2021 20:44

Wprawdzie zarzut, że to reklama nie ma żadnego poparcia w rzeczywistości, ale tak jak się zastanowić, to jest to komplement: bo albo wychodzi, że płaci mi gigant DC Comics, wydawca komiksu "The Last God", albo Martin czy też Sapkowski, czyli dwaj najpopularniejsi autorzy fantasy na świecie, uznają, że muszą się wykosztowywać, żeby Zwierzchowski o nich coś napisał. Nie ma co...

więcej

1562
182
20.03.2021 18:18

@Meszuge hehehe... Masz głos w moim poparciu :)


4194
3954
20.03.2021 18:17

Ja bym pisał fantasty w stylu Wiedźmin i Warcraft ....gdybym umiał


714
653
20.03.2021 18:06

"Lekcja w pisaniu fantasy"?
Lekcja w języku polskim? Lekcja w jeździe na rowerze? Czy po polsku nie powinno być: lekcja pisania fantasy?


973
380
20.03.2021 20:23

Powstaje chyba slang dystrybutorów książek - takie tłumaczenie słowo w słowo z angielskiego. Np. na pewnej stronie z ebookami: "Lanny od Max Porter możesz już bez
przeszkód czytać w formie e-booka", albo - uwaga: "Piękni dwudziestoletni od Marek Hłasko możesz już bez przeszkód czytać w formie e-booka". No tak, "polska język, trudna język", jak widać nawet dla tych, którzy...

więcej

3251
47
21.03.2021 08:59

To rzeczywiście bardzo razi. Również maniera pisania tytułów wielkimi literami. Na razie w serwisie nie widzimy tytułu pisanego w ten sposób: "Lekcja W Pisaniu Fantasy", całe szczęście.


495
133
22.03.2021 07:45

@awita - ta maniera (tytułów) wzięła się stąd, że tak się je pisze w języku angielskim standardowo. Tam nie razi. Transplantowana na nasz grunt - owszem. Chociaż jeszcze nie jest na szczęście powszechna w miejscach, gdzie istnieje redakcja ;)


48
0
19.03.2021 07:54

Zapraszam do dyskusji.


zgłoś błąd