Ja, legenda

Dodaj do pakietu
Średnia ocen
7,1 7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki

Porównaj ceny

i
Porównywarka z zawsze aktualnymi cenami
W naszej porównywarce znajdziesz książki, audiobooki i e-booki, ze wszystkich najpopularniejszych księgarni internetowych i stacjonarnych, zawsze w najlepszej cenie. Wszystkie pozycje zawierają aktualne ceny sprzedaży. Nasze księgarnie partnerskie oferują wygodne formy dostawy takie jak: dostawę do paczkomatu, przesyłkę kurierską lub odebranie przesyłki w wybranym punkcie odbioru. Darmowa dostawa jest możliwa po przekroczeniu odpowiedniej kwoty za zamówienie lub dla stałych klientów i beneficjentów usług premium zgodnie z regulaminem wybranej księgarni.
Za zamówienie u naszych partnerów zapłacisz w najwygodniejszej dla Ciebie formie:
• online
• przelewem
• kartą płatniczą
• Blikiem
• podczas odbioru
W zależności od wybranej księgarni możliwa jest także wysyłka za granicę. Ceny widoczne na liście uwzględniają rabaty i promocje dotyczące danego tytułu, dzięki czemu zawsze możesz szybko porównać najkorzystniejszą ofertę.
Reklama
Reklama

Książki autora

Okładka książki Weird fiction po polsku. Tom 1 Michał Blatkiewicz, Łukasz Borowiecki, Michał Brzozowski, Sylwia Finklińska, Sylwester Gdela, Piotr Gruchalski, Aleksandra Klęczar, Szymon Mazurkiewicz, Mikołaj Mrozik, Bartosz Nysler, Krzysztof Rewiuk, Paulina Rezanowicz, Marcin Ścibura, Paweł Wącławski
Ocena 6,7
Weird fiction ... Michał Blatkiewicz,...
Okładka książki Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2020. Tom 1 Michał Brzozowski, Kurt Fawver, Sylwester Gdela, Tomasz Jacek Graczykowski, Michał Gralak, Mateusz Kopacz, Paweł Mateja, Krzysztof Matkowski, Marcin Miętus, Wiktor Orłowski, Izabela Pogiernicka, Krzysztof Rewiuk, Bartłomiej Szwajger, Marek Trusiewicz
Ocena 7,6
Sny umarłych. ... Michał Brzozowski,&...
Okładka książki nanoFantazje 2.0 Dagmara Adwentowska, Michał Brzozowski, Radosław Dąbrowski, Michał Gralak, Tomasz Kempski, Krzysztof Niedzielski, Patrycja Paliczka, Michał Puczyński, Jerzy Rzymowski, Maciej Żołnowski
Ocena 6,2
nanoFantazje 2.0 Dagmara Adwentowska...
Okładka książki Magazyn Silmaris nr 1/2019 (12) Michał Brzozowski, Anna Karnicka, Kacper Kotulak, Beatrycze Nowicka, Wiktor Orłowski, Olaf Pajączkowski, Redakcja magazynu Silmaris, Agnieszka Żak
Ocena 7,5
Magazyn Silmar... Michał Brzozowski,&...

Podobne książki

Okładka książki Umieranie to parszywa robota Sylwia Błach, Agnieszka Fulińska, Monika Glibowska, Gajek Grzegorz, Justyna Lech, Krzysztof Matkowski, Kornel Mikołajczyk, Olga Niziołek, Wiktor Orłowski, Grzegorz Piórkowski, Michał Renc, Jakub Rewiuk, Marian Siwiak, Marlena Siwiak, Łukasz Skoneczny, Jakub Sokołowski, Aleksandra Stanisz, Agnieszka Sudomir, Wojciech Terlecki, Katarzyna Tomczyk, Dawid Wiktorski, Marek Zychla
Ocena 7,4
Umieranie to p... Sylwia Błach, Agnie...
Okładka książki nanoFantazje 2.0 Dagmara Adwentowska, Michał Brzozowski, Radosław Dąbrowski, Michał Gralak, Tomasz Kempski, Krzysztof Niedzielski, Patrycja Paliczka, Michał Puczyński, Jerzy Rzymowski, Maciej Żołnowski
Ocena 6,2
nanoFantazje 2.0 Dagmara Adwentowska...
Okładka książki nanoFantazje 1.0 Zbigniew Bierzyński, Adam Dura, Łukasz Krukowski, Krzysztof Matkowski, Wiktor Orłowski, Krzysztof Rewiuk, Emilian Sornat, Magdalena Świerczek-Gryboś, Alicja Tempłowicz, Anna Maria Wybraniec
Ocena 6,1
nanoFantazje 1.0 Zbigniew Bierzyński...
Okładka książki Fantazmaty 1 Piotr Borlik, Kamila Dankowska, Piotr Gruchalski, Wojciech Gunia, Agnieszka Hałas, Alicja Janusz, Dawid Kain, Magdalena Kucenty, Kazimierz Kyrcz jr, Jacek Łukawski, Paweł Majka, Tomasz Przyłucki, Krzysztof Rewiuk, Ahsan Ridha Hassan, Marcin Rusnak, Andrzej W. Sawicki, Agnieszka Sudomir, Anna Szumacher, Alicja Tempłowicz, Istvan Vizvary, Michał J. Walczak, Dawid Wiktorski
Ocena 6,8
Fantazmaty 1 Piotr Borlik, Kamil...
Reklama

Oceny

Średnia ocen
7,1 / 10
31 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE

Sortuj:
avatar
484
17

Na półkach: ,

Zdecydowanie najsłabsza antologia Fantazmatów. Większość opowiadań tworzona jakby na siłę. Zbyt długie, zbyt płaskie i bez polotu. Na szczęście są i perełki takie jak np. "Rdza". Te kilka naprawdę dobrych opowiadań rekompensuje lekki zawód jaki poczułam po przeczytaniu całej antologii.

Zdecydowanie najsłabsza antologia Fantazmatów. Większość opowiadań tworzona jakby na siłę. Zbyt długie, zbyt płaskie i bez polotu. Na szczęście są i perełki takie jak np. "Rdza". Te kilka naprawdę dobrych opowiadań rekompensuje lekki zawód jaki poczułam po przeczytaniu całej antologii.

Pokaż mimo to

avatar
165
25

Na półkach: ,

Najgorsze opowiadanie jest Michała Puchalskiego i Agnieszki Fulińskiej. Poziom bardzo słaby.

Najgorsze opowiadanie jest Michała Puchalskiego i Agnieszki Fulińskiej. Poziom bardzo słaby.

Pokaż mimo to

avatar
211
66

Na półkach:

Kto zna te wszystkie opowiadania lepiej niż ja? Ano nikt. Czytałam je, przeprowadzając konkurs, wstępną korektę, podczas jurorowania, a potem redagowania części z nich, weryfikacji i sczytania. Uważam, że zorganizowanie demokratycznego głosowania na opowiadania zgłoszone do konkursu, z którego wyłoniliśmy skład antologii, było naprawdę dobrym pomysłem - w zbiorze znalazły się obiecujące i bardzo dobre, różnorodne teksty autorów w każdym wieku, umożliwiając im szerokie zaistnienie. Po kolei:
Babel z moich snów - eteryczne, mistyczne opowiadanie, zabierające w egzotyczną, śnioną podróż i rekonstrukcję Wieży Babel. W sam raz na głęboki, łagodny skok i zanurzenie się w antologię.
Zakrzywienie czasozefiru - bardzo ciekawe konstrukcje innych wymiarów, bohaterowie podejmujący trudne moralnie decyzje i specyficzny pył zapadają w pamięć.
Szósta minuta na językach - wyjątkowo oryginalna kreacja dość niezwykłego lekarza, który ma niemałe kłopoty z powodu swoich zdolności...
Dzwoneczek i Klub Solipsystów - przypominająca powiastki filozoficzne, błyskotliwa satyra z bajką o Dzwoneczku i postępującą anihilacją świata w tle.
Clean up & Go - moje ulubione, krótkie postapo w starym stylu, hermetyczne, klaustrofobiczne, zabawne i straszne jednocześnie.
Serce szwajcarskiego bohatera - jeden z najoryginalniejszych pomysłów z konkursu. Trudno cokolwiek napisać, żeby nie zaspojlerować. Spodziewajcie się czegoś przedziwnego, przelewającego się po statku kosmicznym, co wyklaruje swoją naturę z czasem.
Farsa - to nie jest mój ulubiony temat (Okrągły Stół i nieco Monthy Pythonowy nastrój), ale opowiadanie jest na świetnym poziomie warsztatowym, napisane inteligentnie i z bardzo dobrym obeznaniem mitologicznym.
Jedna długa noc - wydawałoby się, że o wiedźmach nic oryginalnego już napisać nie można, a jednak to opowiadanie nie przepada wśród tysięcy kreacji czarownic, jest do tego emocjonalne i bardzo esencjonalne.
Louise - to opowiadanie w stylu space opery, o krnąbrnej dziewczynie i jej osobliwym towarzyszu, nadal pamiętam bardzo dobrze. Kawał świetnej, przygodowej lektury.
Der Fischerkönig - znowu tematy dalekie moim zainteresowaniom, ale opowiadanie czytało mi się wspaniale, głównie przez to, jak autor wykreował swoich legendarnych bohaterów, którzy zahaczają o szaleństwo i gubi ich szlachetny idealizm.
Kroki komandora - tutaj właściwie nie było dla mnie istotne, o jaką historyczną postać i epokę autorka zahacza, bo stworzyła postać zajmującą, a jej historia wciągała i budziła niepokój.
Instrukcja obsługi drzwi/Latać jak ptaki - autor nie jest mnie w stanie już zaskoczyć, znam jego powykręcane i błyskotliwe wizje, i zawsze czekam na kolejne. Koncept grzebania w ludzkiej psychice i zabawa konwencją przednia.
Nowy gracz na rynku many - dumny reprezentant miejskich legend w zbiorze. Napisane z polotem, a kreacje bohaterów są chyba najlepsze w antologii; Haakon nie jest w stanie wyjść z głowy.
Przygoda wesoła i niebezpieczna Pupca Sierotki - wiadomo, że ja się lubię poumartwiać i wpaść w filozoficzną melancholię, czytając teksty fantastyczne, ale to nie znaczy, że nie umiem docenić zabawnej, świetnie wystylizowanej przygody. Dobra odskocznia od powagi!
Deszczowy żołnierz - tekst przeanalizowany przeze mnie na wskroś. Autor stworzył niepowtarzalny klimat. Historia zapada w pamięć, choć mnie bardziej rozkochał w sobie świat niż postacie, zniszczony, pełen ognia, pyłu, dymu i latających po niebie wielorybów. No dobra, to nie są wieloryby. Sprawdźcie sami.
Rdza - to również tekst, który znam aż za dobrze. Niezwykłe studium żałoby i miłości, subtelne i wciągające w psychikę bohatera, która nagle zostaje wywleczona na zewnątrz. Polecam.
Dzikuska - coś innego, przyjemnego w świecie wilkołaczym. Świeże, acz nie lekkie, dużo mówiące o społeczeństwie i inności.
Status ofiary ściśle reglamentowany - dumny reprezentant fantastyki naukowej zahaczającej o hard. Chcesz zobaczyć koszmar twórców internetu i SI? Sprawdź ten tekst.
Sztuka Gordiana del Monte - jest i reprezentant nieco weirdowego klimatu, horroru, literatury niepokoju i wizji. Zepchnie czytelnika w ciemną piwnicę i pokaże rzeczy straszne i osobliwe.
Skala wartości - opowiadanie chyba najmłodszego uczestnika, bardzo ciekawe przemyślenia targanego niepewnością i wewnętrznymi demonami ucznia, który szuka głosu Boga.
Karpia dzień, czyli JaFonowi wypaplane - jeśli lubicie się pośmiać z Karyn i kabaretowej Mariolki, to lepiej przestańcie, bo bohaterka tego opowiadania... zresztą, musicie sami ją poznać, wśród licznych seksualnych osobliwości.
Jestem Legenda - Himalaje, szalony śmiałek, dziwne duchy i jeszcze dziwniejsze stworzonka? Zapewniam, takiej historii jeszcze nie widzieliście ;)
Kilka rzeczy do zrobienia - reprezentant zwiedzania obcych światów i prób koegzystencji z odmiennością. Kreacje przemawiają do wyobraźni, historia wzbudza emocje. Jak dobry deser.
Siódmy dzień - ślepa papieżyca, dzień sądu ostatecznego, dworsko-kościelne intrygi? Proszę bardzo.
Zwykły Szary Henio i Korpoprzyjaciel - nie spodziewaliście się już niczego oryginalnego? A futurystyczny kanar i niecodzienne praktyki przy kasowaniu biletów? Korpozawierucha i wszczepy do głowy? Tadam.

Kto zna te wszystkie opowiadania lepiej niż ja? Ano nikt. Czytałam je, przeprowadzając konkurs, wstępną korektę, podczas jurorowania, a potem redagowania części z nich, weryfikacji i sczytania. Uważam, że zorganizowanie demokratycznego głosowania na opowiadania zgłoszone do konkursu, z którego wyłoniliśmy skład antologii, było naprawdę dobrym pomysłem - w zbiorze znalazły...

więcej Pokaż mimo to

Reklama
avatar
15
4

Na półkach:

Idea stojąca za serią darmowych antologii i zbiorów opowiadań, wydawanych przez Fantazmaty, jest bardzo cenna. Z jednej strony coraz trudniej o debiut (w tym konkretnym przypadku – w ramach szeroko pojętej fantastyki). Z drugiej – czytelnikom wcale nie jest łatwo dotrzeć do ciekawych opowiadań, bo owszem, publikują je niektóre czasopisma papierowe i internetowe, ale w stosunkowo niewielkich ilościach, a i o zbiory opowiadań coraz trudniej. Tegoroczny sukces zbioru Harda horda to raczej wyjątek niż reguła. W takiej sytuacji idea, by udostępniać czytelnikom obszerne (i dodajmy, redaktorsko i edycyjnie bardzo starannie przygotowane) zbiory opowiadań autorów debiutujących bądź młodych stażem, jest naprawdę cenna. Zwłaszcza że – powiedzmy to sobie od razu – Ja, legenda zawiera kilka opowiadań naprawdę bardzo dobrych, a całość trzyma równy poziom.
Zacznijmy może od kawałka historii i kawałka wyznania na początek. Antologia powstała jako owoc konkursu ogłoszonego na forum fantastyka.pl i tam też można (lub można było) przeczytać pierwotne wersje opowiadań. To może być całkiem ciekawe – zobaczyć, jak z pomysłu, czasami literacko nie do końca oszlifowanego, albo z pierwszego szkicu rodzi się gotowy do publikacji tekst. W większości przypadków znałam obie wersje opowiadań z antologii i obserwowanie, co się w nich pod wpływem pracy z redaktorem zmieniło, było szalenie ciekawe. Skądinąd, jeżeli jest się (no nie oszukujmy się, jak ja) aspirującym autorem lub autorką, warto zrobić sobie takie ćwiczenie nawet na jednym tekście: pozwala to uzmysłowić sobie, że dobry redaktor nie jest wrogiem pisarza, a wręcz przeciwnie – może pomóc oszlifować pomysł i pozwolić opowiadaniu rozwinąć skrzydła.
Przy tej okazji – obiecane wyznanie i disclaimer w jednym: znam część autorów, osobiście lub wirtualnie. Trudno, żeby było inaczej, polskie środowisko piszących i czytających fantastykę nie jest ogromne, a mnie się w różnych miejscach zdarzało udzielać. Wolę to jednak powiedzieć wprost – dlatego, że zamierzam sporo osób chwalić. Ale to nie są pochwały dla kolegów i koleżanek (a w jednym przypadku – dla osoby, z którą zdarza mi się pisarsko współpracować) – to są pochwały uczciwie, moim zdaniem, zasłużone.
Legendę otwiera „Babel z moich snów” Alicji Janusz, tekst fantasy z ciekawym pomysłem na magię powiązaną z muzyką. Autorka umieszcza epizod z dziejów swojej bohaterki na tle alternatywnej, magicznej Europy (i kawałka Bliskiego Wschodu), wpisując dzieje młodej uczennicy maga-artysty, Audrey, w barwną historię klątwy i zemsty. Muzyka-magia jest najmocniejszym zdecydowanie punktem tego tekstu, efektowny jest też nastrój, który udało się autorce wykreować. Mniej przekonują mnie relacje między postaciami i w ogóle ich psychologia – a że niewiara zawiesza mi się na twiście, który wprowadza rozwiązanie akcji, fabularnie tekst mnie nieco rozczarował. Niemniej, umiejętności kreowania klimatu i pomysłowości światotwórczej nie można Alicji Janusz odmówić.
Generalnie pomysły na kreowanie światów fantastycznych to jest mocna strona tej antologii. Podobnie jest w „Zakrzywieniu czasozefiru” Kamila Kuliga, gdzie dwaj bracia-uczeni z mniej więcej naszego świata trafiają do rzeczywistości o obcej, innej fizyce. Ciekawszy zresztą w tym tekście wydaje się opis zasad budowy tego świata niż jego rzeczywistości – może po prostu na mnie jako czytelniczce sprawdza się założenie, że im więcej pozostawione wyobraźni, tym lepiej uzupełnia ona braki w pisanym tekście – ale autorowi udało się stworzyć niebanalne i żywe postacie braci-uczonych i umiejętnie wykreować napięcie między nimi.
Efektownym konceptem są też Płynne Formy w „Sercu szwajcarskiego bohatera” Weroniki Seliman, gdzie wybraną perspektywą sporej części narracji jest spojrzenie oczyma obcej – także na poziomie czysto biologicznej organizacji – rasy, a raczej czegoś, co się nią wydaje. Spaceoperowy klimat – opuszczone statki, dziwne obce rasy, kosmiczne konflikty, ożywione SI – jest tu tłem dla oryginalnie opowiedzianej historii konfliktu, w którym „walczący” nie do końca zdają sobie sprawę nie tylko z tego, jakie będą konsekwencje ich zaangażowania, ale nawet, tak naprawdę, z kim walczą. Autorka stara się oddać obcość Płynnych Form także na poziomie językowym, kreując elementy mowy i wybierając nietypowe formy gramatyczne dla swoich postaci. Subiektywnie, czegoś mi w tym opowiadaniu zabrakło na poziomie czysto emocjonalnym, ale odmówić mu solidnego warsztatu i pomysłu nie można.
Spaceoperowy w charakterze jest także „Status ofiary ściśle reglamentowany” Jerzego Bogusławskiego, ale tu z kolei to imaginarium służy nie tyle kreacji efektownego obcego świata czy rasy, a skonstruowaniu skomplikowanej fabuły, odnoszącej się do zagrożeń i zjawisk znanych jak najbardziej i z naszego świata, w tym przede wszystkim kwestii wojny hybrydowej i jej skutków, a wśród nich – konsekwencji dla pojedynczego człowieka, który znalazł się na celowniku władzy. Bogusławski nie boi się eksperymentów formalnych – rozbija narrację nagłówkami, fragmentami oficjalnych wypowiedzi i tym podobnymi konstrukcjami, w ten niebanalny sposób wprowadzając kolejne, dodatkowe elementy świata przedstawionego. Przy czym stwierdzenie, że chyba nie o światotwórstwo w tym tekście chodzi (a przynajmniej nie jest to pierwszy cel), nie zmienia faktu, że wizja tegoż świata w opowiadaniu Bogusławskiego jest intrygująca i bogata.
Udaną wariacją na temat space opery jest „Louise” Magdaleny Wilk, gdzie pozornie dość typowa akcja – rozbitkowie na groźnej, śnieżnej planecie – umieszczona w znanych z klasyki gatunku dekoracjach (statki kosmiczne, opuszczone kosmoporty, ucieczki i strzelaniny, ponury półświatek) jest w interesujących sposób skontrapunktowana wiarygodnym opisem relacji między tytułową bohaterką a towarzyszącym jej obcym, którego przez sporą część akcji bierzemy za kogoś innego, niż to, czym się ostatecznie okazuje.
„Jestem legenda” Marzeny Zawierskiej jest z kolei opowiadaniem, w którym obraz naszej rzeczywistości – bardzo konkretnej, inspiracja dla postaci himalaisty jest oczywista od pierwszego jego pojawienia się – z kreacją fantastycznego świata górskich istot i ich cywilizacji. Muszę przyznać, że jest to tekst, który podobał mi się zdecydowanie najmniej z całego zestawu: ani nie przekonuje mnie postać sportowca i jego motywacje, ani cywilizacja anaeredów, małych a dobroczynnych stworków w postaci podobnej do myszek, nie intryguje (a ich nie najlepiej wymyślony język tylko do tego niezadowolenia się dokłada). Tekst wydaje mi się pęknięty, niespójny: z jednej strony wzniosła (aż do przesady) walka himalaisty z górą, której postanowił nie odpuścić – górą, dodajmy, de facto upostaciowaną, z drugiej – puchaty, bajkowy świat gumisiopodobnych anaeredów i ich dylematy, czy ludzie ich polubią, czy nie. To chyba jedyne opowiadanie zbioru, w którym nie znalazłam nic, co by mnie w jakimś choćby stopniu, jak czytelniczkę, porwało czy zaintrygowało.
Nie wszystkie jednak teksty antologii skupiają się kreowaniu obcych, fantastycznych światów czy istot. Ja, legenda jest zbiorem mocno eklektycznym pod względem gatunkowym i zawiera opowiadania formalnie i koncepcyjnie bardzo się od siebie różniące – a wiele z nich zakłada wplecenie elementu fantastycznego w realia mniej lub bardziej przypominające nasz świat. Tak jest zresztą w przypadku najlepszych, moim zdaniem, tekstów w zbiorze: „Kroków Komandora” Agnieszki Fulińskiej, „Fischerköniga” Krzysztofa Rewiuka i „Szóstej minuty na językach” Krzysztofa Matkowskiego.
„Kroki Komandora” i „Fischerkönig” mają sporo wspólnego, zarówno gdy chodzi o koncepcję, jak i o osadzenie w czasie i przestrzeni. Obydwa zderzają fantastyczne elementy ze światem dziewiętnastowiecznej Europy – i obydwa używają jako punktu odniesienia opery. W opowiadaniu Rewiuka to operowe skojarzenie jest świadomie umieszczone wewnątrz świata przedstawionego: bohaterami są Ludwik II Bawarski i Lohengrin, mistyczny rycerz z opery pod tym samym tytułem, a muzyka Wagnera pełni funkcję łącznika pomiędzy światami: to jej odtworzenie sprowadza rycerza z zamku Graala na smutny bal na dworze szalonego króla. Lohengrin jest tu zresztą w roli podobnej raczej do Parsifala, tytułowego bohatera innej opery Wagnera: pojawia się, nie rozumiejąc świata dookoła i nie wiedząc, co to za miejsce i jaka ma w nim być jego rola, a przychodzi nie tyle po to, by ratować króla (jak Lohengrin operową Elzę), co by przynieść mu paradoksalnie i dziwacznie rozumiane wybawienie i odkupienie.
O ile Rewiuk swoim tekstem wpisuje się w tradycję wpisywania fikcyjnych i fantastycznych wyjaśnień w wątki kluczowych historycznych wydarzeń – tradycję sięgającą co najmniej Aleksandra Dumasa – o tyle „Kroki Komandora” Agnieszki Fulińskiej postacie z pierwszych stron historii mają raczej w tle. Na pierwszym planie jest postać nie tyle fikcyjna (pan hrabia ma swój historyczny pierwowzór), co mocno sfikcjonalizowana i w dużym stopniu wykreowana przez autorkę. To opowiadanie bodaj najciekawsze w zbiorze, gdy chodzi o sposób prowadzenia narracji. Nie dość, że w postaci André Pontisa dostajemy punkt widzenia nie tylko mocno niewiarygodny, ale i będący przy tym czarnym charakterem, to na dodatek autorka wpisała w swój tekst dwie postacie, które stanowią jego – a przy tym swoje nawzajem – zwierciadło. Nemezis Pontisa jest Człowiek z Tulonu – ale przecież ludzi z Tulonu jest w tym tekście dwóch: jednym jest, jak się nietrudno z tekstu domyślić, Napoleon Bonaparte, drugim – enigmatyczny inspektor Vidocq. Obaj bohatera mniej lub bardziej realnie prześladują, z oboma się zestawia i w jakiś dziwny sposób z oboma przegrywa, choć ma za sobą wsparcie jakiegoś rodzaju siły zła, o Lovecraftowskim raczej niż szatańskim rodowodzie. To nie jest łatwy w odbiorze tekst – skomplikowanej narracji towarzyszy spora porcja historycznej i kulturowej erudycji – ale warto się w niego zagłębić.
Trzecie z najbardziej przeze mnie cenionych opowiadań zbioru to „Szósta minuta na językach” Krzysztofa Matkowskiego. „Szósta minuta…” jest swoistą wariacją na temat low fantasy, gdzie w bardzo codziennym, współczesnym świecie, pełnym celebrytów, tabloidów i trollingu – pojawiają się czarodzieje. Ba, pojawia się wojna czarodziejów – a raczej prywatna wojenka tytułowego bohatera, Czarka Marnego, z tajemniczym wrogiem. W tej wojnie, owszem, walczy się na magię – ale też korzysta się z plotkarskich czasopism, portali internetowych i walki na plotki. Matkowski, co udowodnił już w innych swoich opowiadaniach, ma ogromną wyobraźnię i duży talent do kreowania fantastycznych, zatrącających chwilami o groteskę zderzeń naszego realnego świata z Niesamowitym. Także i w tym tekście – opowiadaniu o małych, zwykłych ludziach władających (na nieszczęście swoje i innych) całkiem sporą magią, ta sztuka mu się udaje.
Wśród tekstów w zbiorze pozytywnie wyróżnia się także „Nowy gracz na rynku many” Sylwii Finklińskiej, brawurowo żeniący rosyjskie, wojenno-gangsterskie klimaty ze światem, który w pierwszej chwili wygląda jako mariaż postapo z cyberpunkiem, ale w rzeczywistości okazuje się mieć sporo wspólnego z pokrętną i dziwaczne rozumianą fantasy. Finklińska ma świetny słuch językowy – tak dialogi, jak i narracja w tym tekście płyną, są barwne i potoczyste, a przy tym, przy całej mnogości rusycyzmów i przekleństw, uwodzą czytelnika rytmem i stylistyczną urodą. Koncepcyjnie ten tekst też jest efektowny i pomysłowy, a poza tym – jako jeden, tak naprawdę, z nielicznych w zbiorze – świetnie związany z tytułowym byciem legendą.
„Instrukcja obsługi drzwi/Latać jak ptaki” Łukasza Skonecznego ma szalenie ambitny i oryginalny pomysł wyjściowy. Jeśli dobrze rozumiem autorskie intencje, to zmiana magnetosfery Księżyca ma wywołać zmianę magnetosfery Ziemi, a co za tym idzie – możliwość stworzenia nowego paradygmatu myślenia, możliwość blokowania różnego rodzaju dewiacji i problemów psychicznych i tym podobne. Niestety, między Strefą 51, żartami z nazwisk i tajnych agentów, tragedią rodzinną bohatera, znikającym i pojawiającym się menelem, problemami z finansowaniem badań na uczelni, testami na pedofilach i kanibalach a panem Twardowskim na kogucie ten znakomity pomysł nieco się gubi – podwójny tytuł to dopiero początek komplikacji w tym tekście. Na tej pizzy, że tak powiem, jest nieco za dużo dodatków – każdy smaczny, razem nieco, hmmm, dezorientujące i chaotyczne.
Tekstem opartym na jednym efektownym pomyśle jest „Rdza” Justyny Maciny, w której tajemnica rdzawej substancji, która zaczyna pokrywać wszystko w okolicy, jest w warstwie fabularnej zestawiona z zagadką bohatera-narratora: po co chodzi on do lasu, zawsze w jedno i to samo miejsce? Po co, jak sam mówi, kopał tam dół? I jaki ma to związek z ulegającym na jego oczach przemianie światem? To niepokojący i intrygujący tekst, od którego trudno było mi się oderwać.
Jest w zbiorze Ja, legenda trochę opowiadań dających łatwo wpisać się w konkretne konwencje fantastyczne. Należy do nich na przykład udane i efektowne postapo „Clean up & Go” Michała Pięty, dziejące się w schronie, w którym atomową zagładę przeżyła grupa pracowników zatrudnionej przez armię firmy sprzątającej. W nurcie postapo mieści się też intrygujący „Deszczowy żołnierz” Filipa Laskowskiego, w którym życie ocaleńców w dziwacznym, przefiltrowanym przez skrzywioną percepcję bohaterów świecie jest pretekstem nie tylko do opisu otaczającej ich rzeczywistości, ale i do subtelnego i wiarygodnego zarysowania łączących te tak bardzo od siebie różne osobowości więzów. Opowiadanie wyróżnia się dodatkowo bardzo efektownym stylem i pomysłową metaforyką; świetnie mi się je czytało. Z kolei „Kilka rzeczy do zrobienia” Krzysztofa Górskiego łączy pewne elementy sztafażu postapo ze space operą: akcja, która w pierwszej chwili wydawała mi się umieszczona w odradzającej się po upadku cywilizacji, dzieje się tak naprawdę w kosmosie, na skolonizowanej przez ludzi planecie, na której zjawienie się człowieka ewidentnie przyspieszyło ewolucję lokalnego gatunku. Gdybym jeszcze, czytając, mogła uwolnić się od fabularnych skojarzeń z Jak wytresować smoka…
Obok takich dość łatwo definiowalnych gatunkowo opowiadań w zbiorze jest także kilka tekstów niemożliwych do prostego przypisania. Wyróżniają się tu przede wszystkim filozofująca „Dzwoneczek i klub solipsystów” Michała Brzozowskiego – inteligentny, sarkastyczny i pozornie łatwy w lekturze mini-traktacik o kwestii bytu i niebytu, oraz „Karpia dzień, czyli JaFonowi wypaplane” Dariusza Skrzydło. Ten ostatni tekst, odważny językowo i formalnie („słuchamy” nagrań narratorki, wystylizowanej na groteskową dresiaro-blacharę), jest, paradoksalnie, konserwatywną dystopią, którą poznajemy przez monolog postaci, która też okazuje się być trochę czym innym, niż się wydaje… Pewne elementy groteski i sporo satyry widać także w „Zwykłym szarym Heniu i korpoprzyjacielu”, które skupi się na ponurej w gruncie rzeczy historii człowieka uwikłanego w kontrolującą wszelkie aspekty jego życia pracę (i to pracę kontrolera biletow!).
Przy lekturze „Siódmego dnia” Michała Woźnego towarzyszyły mi natomiast skojarzenia z Kantyczką dla Leibowitza – tekst Woźnego jest zapisem ostatnich chwil przed (odwołanym) końcem świata, widzianym z punktu widzenia upadającego kościoła katolickiego. Opis niewidomej dziewczyny-papieżycy i jej doznawania świata jest literacko bardzo ładny i z dużą wyobraźnią opisany – choć ciekawe postaci i intrygujący świat aż by się prosiły o rozszerzenie; chętnie bym poznała powieść z tego świata, nie tylko niedługie opowiadanie. Pozostałam natomiast nieprzekonana przez „Skalę wartości” Miłosza Śmiałka – może przez fakt, że działał mi na nerwy główny bohater, może przez narrację w czasie teraźniejszym, za którą nie przepadam, a może dlatego, że przez sporą część tekstu mamy do czynienia ze szkolną opowiastką o młodym buntowniku, przeplataną równie szkolną analizą fragmentów Hamleta, a fantastyczność (i niesamowitość, choć tak naprawdę mocno metaforyczna) pojawia się dopiero w końcowej części tekstu.
Lekko parodystyczna „Farsa” Michała Puchalskiego, odwołująca się do dobrze znanego nurtu tworzenia pastiszów i parodii arturiańskich opowieści (jak by to powiedzieć, Jankes na dworze króla Artura ukazał się w 1889…) jest tekstem bardzo sprawnie napisanym, ale nie wywołała we mnie jakichś szczególnych emocji. Lepiej czytało mi się podobną w założeniu, tyle że opartą na wątkach z klasycznych baśni, „Jedną długą noc” Katarzyny Szymonik, gdzie literackie i baśniowe bohaterki spotykają się na blokowisku w dzisiejszych Kielcach. Obydwa te opowiadania fabularnie nie porywają i są dość przewidywalne i nieco za długie, ale bohaterki Szymonik wydały mi się ciekawsze od rycerzy i czarodziejów Puchalskiego. Baśniowe inspiracje widać także – obok innych motywów – w nierównej, ale obiecującej „Dzikusce” Michała Stachnika, która zaczyna się od trzęsienia ziemi: szalenie efektownej literacko, a doświadczanej przez jedną z bohaterek wizji Jezusa niosącego krzyż; potem niestety zamienia się w starannie literacko napisaną, ale fabularnie przewidywalną i przez to rozczarowującą kronikę życia rodziny wilkołaków, z ukłonami w stronę baśni o Czerwonym Kapturku i pojawiającymi się postaciami braci Grimm. Szkoda, początek zapowiadał trochę inne opowiadanie – co nie zmienia faktu, że będę śledzić kolejne teksty tego autora.
A jak już mowa o tekstach, które mnie nie zachwyciły – zalicza się do nich „Sztuka Gordiana del Monte” Marka Betlejewskiego, bo ileż średnio pomysłowych koncepcyjnie wariacji na temat Portretu Doriana Graya skrzyżowanego z Draculą i okraszonego z lekka umoralniającym finałem można w życiu przeczytać? Trzeba jednak autorowi przyznać, że tekst jest bardzo sprawnie skomponowany i napisany barwnym językiem – do mnie jako czytelniczki nie trafił, ale odmówić mu solidnego warsztatu nie można. Sprawna językowo i kompozycyjnie jest też „Przygoda wesoła i niebezpieczna Pupca Sierotki” Łukasza Kulińskiego, zdradzająca swoje inspiracje już mottem z Dyla Sowizdrzała de Costera, ale żeby ją w pełni docenić, trzeba by lubić ten rodzaj parodii, a nie jest to stylistyka, za którą bym przepadała: jestem w stanie wytrzymać dość ograniczoną ilość dowcipów o pupie, kupie i kradzeniu cnoty, a w tym tekście jest ich mnóstwo.
Generalnie, zbiór Ja, legenda jest bardzo zróżnicowany – zarówno tematycznie, koncepcyjnie, gatunkowo, jak i gdy chodzi o realizację tytułowego motywu. Są teksty, które opierają się na idei bycia/stawiania się/ pragnienia stania się legendą (jak przykładowo „Nowy gracz na rynku many”, „Kroki Komandora” czy „Dzwoneczek i klub solipsystów”), ale zdarzają się i takie, gdzie motyw ten potraktowany jest pretekstowo. Co ważniejsze, opowiadania w zbiorze trzymają, moim zdaniem, solidny i równy poziom. W tak obfitej kolekcji zawsze oczywiście znajdą się takie teksty, które zrobią na konkretnym czytelniku większe wrażenie, i takie, które przekonają mniej, ale Ja, legenda nie zawiera ani jednego tekstu, który bardzo wyraźnie odstawałby na minus poziomem. Polecam z całego serca, także tym, którzy szukają swoich typów na nominacje do nagród literackich w kategorii „Opowiadanie”.

Idea stojąca za serią darmowych antologii i zbiorów opowiadań, wydawanych przez Fantazmaty, jest bardzo cenna. Z jednej strony coraz trudniej o debiut (w tym konkretnym przypadku – w ramach szeroko pojętej fantastyki). Z drugiej – czytelnikom wcale nie jest łatwo dotrzeć do ciekawych opowiadań, bo owszem, publikują je niektóre czasopisma papierowe i internetowe, ale w...

więcej Pokaż mimo to

avatar
59
23

Na półkach:

KIEDY ZACZYNA SIĘ „ZA DUŻO”?

Przy drugim tomie Fantazmatów pisałam, że trochę martwi mnie kierunek, w którym zmierza projekt. Ten kierunek to masówka. Ilość ponad jakość. Przesycenie rynku. „Ja, legenda” tylko tę obawę podsyca. Niestety. Zbiorowi naprawdę wyszłoby na dobre, gdyby był krótszy – dziesięć (no, maksymalnie piętnaście) dopracowanych opowiadań zamiast tego miszmaszu, który teraz dostajemy do rąk. To ułatwiłoby dotarcie do czytelników, ale też do krytyki i recenzentów, zbudowanie marki, promocję. Mam wrażenie, że w tym momencie Fantazmaty zjadają własny ogon i same sobie szkodzą – nie każdemu będzie się przecież chciało przebijać przez kilkanaście czy kilkadziesiąt słabszych opowiadań, żeby wyłowić te lepsze. Dużo ludzi ściągnie antologię, ale mało ją przeczyta. A lepsze opowiadania w tym zbiorku są, tylko gubią się w natłoku. Trzeba wyławiać i wybierać:

RDZA, CZYLI OPOWIADANIE, KTÓRE PO PROSTU TRZEBA PRZECZYTAĆ

Bardzo dobry tekst – przemyślany, napisany sprawnie i z wyczuciem. Widać, że autorka doskonale wie, co chce powiedzieć – i właśnie to mówi. Podoba mi się kameralność historii, to, że przedstawia w sumie zwyczajne sprawy, ale w sposób absolutnie niezwyczajny. Jest prosto, ale nie prostacko – i emocjonalnie, ale nie tandetnie. Klimat, tajemnica, dawkowanie informacji, zabawa ze słowem i formą, ładne zakończenie, trochę niedopowiedzenia, wszystko jest w sam raz, na swoim miejscu. Więcej nie będę pisać, bo i po co? „Rdzę” Justyny Maciny po prostu trzeba przeczytać.

CLEAN UP & GO – W STYLU FALLOUTA

Bliżej niewyjaśniony konflikt atomowy, podziemny schron, hibernacje, problemy techniczne i personalne – klasyka. Ale ładnie poprowadzona. Dobrze zarysowani bohaterowie, wciągająca narracja, tajemnica w tle, a przy tym całkiem sporo normalności i przyziemności, bez popadania w patos. To wszystko bardzo mi się podobało. Tylko zakończenie… Jak dla mnie za bardzo sztampowe. Całe opowiadanie było dość duszne i poważne w klimacie (pomimo swady narracyjnej i gorzkich żarcików głównego bohatera, a może właśnie dzięki nim), ale końcówka niemiło z tym kontrastuje, jest trochę absurdalna, trochę prześmiewcza, deus ex machina, zbiegi okoliczności, wydźwięk nie do końca serio. Niewykluczone, że właśnie o to chodziło, ale czy to rzeczywiście konstrukcyjnie najlepsze rozwiązanie?

DESZCZOWY ŻOŁNIERZ, CZYLI DOBRE POSTAPO, W KTÓRYM COŚ POSZŁO BARDZO ŹLE

„Deszczowy żołnierz” Filipa Laskowskiego zaczyna się świetnie, jest klimat, brud i beznadzieja, jest pomysł, jest haczyk, jednak po dobrym otwarciu z tekstem dzieje się coś bardzo, bardzo złego. Początek sugeruje, że centralnymi postaciami będą Jonasz i Szymon – ci bohaterowie są fajnie, oszczędnie poprowadzeni, pokazywani przez działanie, a nie opisywanie i stwierdzanie, przynajmniej na wstępie. Potem pojawia się Wera i nagle nacisk przenosi się na nią, narracja robi się łopatologiczna, jest dużo tłumaczenia wprost, już bez tej charakterystycznej oszczędności, wszystko dostajemy na tacy, inspiracje malarskie, wytłumaczenie tytułu itp. Ta łopatologia aż boli. Zakończenie nie wybrzmiewa. Do tego przydałoby się trochę podszlifować tekst redakcyjnie. Są miejsca, które brzmią nie za dobrze, żeby nie powiedzieć – po prostu źle i sztucznie.

Podsumowując – widzę w tej historii wielki, choć niewykorzystany potencjał. Wiem, że autor umie pisać dobrze („Budzenie zmarłych” wciąż pozostaje moim faworytem w drugim tomie Fantazmatów), zastanawiam się więc, skąd w „Deszczowym żołnierzu” takie błędy i niedoróbki konstrukcyjne i językowe? Czy autor nie uciągnął pomysłu? Czy coś złego zadziało się w redakcji? Trudno stwierdzić. Ale na następny tekst Filipa Laskowskiego z chęcią zerknę – żeby zobaczyć, co jeszcze fantastycznego wymyśli.

SZÓSTA MINUTA NA JĘZYKACH – ZABAWA Z KONWENCJĄ I TAJEMNICAMI

Zgrabne i lekkie opowiadanie, fajnie bawiące się konwencją, ale... Przy tym niedopracowane, w podejściu do niektórych wątków i bohaterów zbyt pobieżne. Dobrze wypada sam pomysł na tekst i jego rozegranie (czarodziej jako celebryta), charakter głównego bohatera (ni to heros, ni złoczyńca, trochę śmieszek i dzieciak) i przede wszystkim relacja z Feliksem. Ale już nemezis Czarka i cały wątek poszukiwań jest bardzo sztampowy, schematyczny i poprowadzony bez energii. Niedopowiedziane zakończenie jest dobre, choć jednak odrobinę za bardzo niedopowiedziane. I jeszcze – o co chodzi z tytułem? Nie za bardzo widzę jego związek z treścią. Wierzę, że autor nie musi mówić czytelnikom wszystkiego, ale coś powiedzieć powinien. Dla lepszego efektu. Trzymanie wszystkich tajemnic przy sobie czasem wypala w złą stronę.

NOWY GRACZ NA RYNKU MANY, CZYLI GDYBY AMERYKAŃSCY BOGOWIE BYLI ROSYJSCY

Tekst wdzięczny, prowadzony z werwą i pomysłem – może nie jest to bardzo oryginalny pomysł, ale czyta się przyjemnie, z uśmiechem na twarzy. Poszczególne elementy zgrabnie składają się w całość, ładnie wypadają drobne, nadające klimatu smaczki z tła – tatuaż Gruchota, wykorzystanie „rąk” Świra i tak dalej. Niestety, jakoś przed połową opowiadania akcja wytraca impet i zaczyna się ślamazarzyć, za to końcówka jest koszmarnie pośpieszna, ścięta i niedorobiona. Szkoda.

CO JESZCZE? WYCIĄGNIĘTE Z WORKA

Nie wypada chyba pisać aż tak długich opinii na LC, więc już prawię kończę! Jeszcze tylko na szybko wspomnę o kilku opowiadaniach, które przyciągnęły moją czytelniczą uwagę:
– „Instrukcja obsługi drzwi / Latać jak ptaki” Łukasza Skonecznego – eksperymentalnie i z dużą dozą absurdu, choć myślę, że całość dałoby się lepiej wyważyć;
– „Der Fischerkönig” Krzysztofa Rewiuka – sprawny warsztat i ciekawe ispiracje folklorem niemieckim;
– „Kroki komandora” Agnieszki Fulińskiej – ładne wykorzystanie realiów historycznych i dobry do czytania bohater; wydaje mi się, że dla szerszego odbiorcy tekst może być odrobinę zbyt hermetyczny? ale to akurat nie wada;
– „Serce szwajcarskiego bohatera” Weroniki Seliman – plus za za narrację innej formy życia, w drugiej połowie tekst się załamuje i gubi, ale doceniam próbę;
– „Babel z moich snów” Alicji Janusz – sympatyczny system magii opartej na muzyce, trochę niedociągnięć, ale plus za widoczną pasję autorki do muzyki.

ZJADANIE OGONA

Wydaje mi się, że Fantazmaty mają problem z selekcją. To jest w sumie zrozumiałe, projekt tworzą pasjonaci, a pasjonaci nie myślą (nie chcą myśleć) o swojej pracy jak o produkcie, ale jednak właśnie tym jest antologia opowiadań – produktem do sprzedania (może w tym wypadku nie za pieniądze, ale za uwagę, czas, zaangażowanie, polecanie innym, to też jest waluta). Za problemami z selekcją idą problemy z poziomem językowym – tutaj jest jeszcze przed ekipą Fantazmatów bardzo dużo pracy. Rzecz może się obecnie bronić jako inicjatywa fanowska, ale już nie jako w pełni profesjonalne wydawnictwo.

Ten brak profesjonalizmu widać też w ilustracjach – są na bardzo różnym, nierównym poziomie i często po prostu psują odbiór całości, wyglądają niedobrze, chałupniczo, niepoważnie (choć oczywiście jest też kilka chlubnych wyjątków od tej reguły!). Rozumiem, że jako inicjatywa non-profit Fantazmaty nie mogą sobie pozwolić na zakup dobrze wykonanych, profesjonalnych, spójnych ilustracji do wszystkich tekstów (szczególnie przy takim natłoku opowiadań!), ale przecież można najzwyczajniej w świecie całkowicie zrezygnować z ilustracji, postawić na minimalizm, prostotę i elegancję. Mierzyć siły na zamiary. Nie przesadzać. Bo więcej wszystkiego nie oznacza, że będzie lepiej.

Szczerze wierzę, że ostrzejsza selekcja opowiadań (i ilustracji) mogłaby się przełożyć na lepszy efekt końcowy, bardziej dopracowane redakcyjnie teksty, a dalej – na lepszą promocję i odbiór całej inicjatywny. Teraz Fantazmaty są trochę takim fast foodem, dostawcą szybkich, średniej jakości treści. Sięgając po kolejną antologię, nie wiemy, czego się spodziewać – będzie dobrze, źle, a może przeciętnie i nudno? Większa selektywność i postawienie na jakość (zamiast na ilość) mogłoby pomóc wykreować Fantazmaty jako markę sprawdzoną, coś zawsze dobrego, a nawet więcej niż dobrego. Coś w stylu: „Może nie wydajemy bardzo dużo i często, może w naszych antologiach nie ma dziesiątek opowiadań, ale te, które są... Czapki z głów. Warto czekać. Warto czytać”. Taki przekaz. A za takim przekazem inne działania – nawiązywanie współpracy z uznanymi autorami, recenzentami, krytykami i tak dalej. Tworzenie z jednej strony JAKOŚCI projektu, a z drugiej jego WIDOCZNOŚCI i ROZPOZNAWALNOŚCI.

Tego bym życzyła ekipie Fantazmatów. Bo widzę, że im się chce. I to jest świetne, naprawdę podziwiam, że bandzie szalonych, pozytywnie zwariowanych, zdolnych ludzi chce się pracować za darmo, tworzyć coś za darmo, dla frajdy i dla innych. Tylko teraz cały ten potencjał i siły trochę się marnują, a same Fantazmaty niebezpiecznie uginają się pod własnym ciężarem. Byłoby szkoda, gdyby skończyło się na czymś nijakim – zamiast na czymś wyjątkowym.

KIEDY ZACZYNA SIĘ „ZA DUŻO”?

Przy drugim tomie Fantazmatów pisałam, że trochę martwi mnie kierunek, w którym zmierza projekt. Ten kierunek to masówka. Ilość ponad jakość. Przesycenie rynku. „Ja, legenda” tylko tę obawę podsyca. Niestety. Zbiorowi naprawdę wyszłoby na dobre, gdyby był krótszy – dziesięć (no, maksymalnie piętnaście) dopracowanych opowiadań zamiast tego...

więcej Pokaż mimo to

avatar
562
114

Na półkach:

Przeczytałem wszystkie teksty jeszcze na portalu fantastyka.pl.
Kawał dobrej literatury!

No i psim swędem mnie też udało się załapać :P!!!

Przeczytałem wszystkie teksty jeszcze na portalu fantastyka.pl.
Kawał dobrej literatury!

No i psim swędem mnie też udało się załapać :P!!!

Pokaż mimo to

avatar
494
257

Na półkach:

"Ja, legenda", kolejny po "Dragonezie" przygotowany przez Fantazmaty zbiór, tym razem zawierający aż 25 opowiadań fantastycznych udowadnia, że ta niezwykła ekipa ma wyjątkowo dobrą rękę do krótkich form prozaicznych. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – są akcja i emocje, refleksja i napięcie, nawiązania do utworów muzycznych, malarskich, teatralnych, gatunki od hard sf przez postapo, fantasy do parodii i opowieści sowizdrzalskiej. A wszystko z jednym, tytułowym motywem przewodnim – legendą, która zyskuje tu całą paletę znaczeń. Aby przybliżyć Wam tę antologię, jak zwykle staram się uszeregować utwory pod kątem dominującego w nich elementu.
Ciąg dalszy i ocena poszczególnych opowiadań przeczytaj tu: https://glodnawyobraznia.blogspot.com/2019/06/legendarny-zawrot-gowy-zbior-opowiadan.html

"Ja, legenda", kolejny po "Dragonezie" przygotowany przez Fantazmaty zbiór, tym razem zawierający aż 25 opowiadań fantastycznych udowadnia, że ta niezwykła ekipa ma wyjątkowo dobrą rękę do krótkich form prozaicznych. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – są akcja i emocje, refleksja i napięcie, nawiązania do utworów muzycznych, malarskich, teatralnych, gatunki od hard sf przez...

więcej Pokaż mimo to

avatar
1
1

Na półkach:

Kolejny zbiór opowiadań wydawnictwa pasjonatów Fantazmaty. Właśnie dobiega końca moje czytanie tego tomu i dla mnie ocena 8,5/10. Korekta pierwsza klasa - jedno "o" za dużo na całe 1500 str. POziom opwiadań wysoki, choć było jedno jakby niedokończone bez puenty, bez sensu. Pozostałe ... rewelacyjne koncepty, zróźnicowanie w czasie i przestrzeni. Szkoda, że kilka opowiadań to tylko krótkie historie bo z chęcia przeczytam przygody bohaterów w formie powieści. Dla mnie bardzo miodny zbiór.

Kolejny zbiór opowiadań wydawnictwa pasjonatów Fantazmaty. Właśnie dobiega końca moje czytanie tego tomu i dla mnie ocena 8,5/10. Korekta pierwsza klasa - jedno "o" za dużo na całe 1500 str. POziom opwiadań wysoki, choć było jedno jakby niedokończone bez puenty, bez sensu. Pozostałe ... rewelacyjne koncepty, zróźnicowanie w czasie i przestrzeni. Szkoda, że kilka opowiadań...

więcej Pokaż mimo to


Cytaty

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Ja, legenda


Reklama
zgłoś błąd