Góry Parnasu

Okładka książki Góry Parnasu
Czesław Miłosz Wydawnictwo: Krytyka Polityczna literatura piękna
128 str. 2 godz. 8 min.
Kategoria:
literatura piękna
Wydawnictwo:
Krytyka Polityczna
Data wydania:
2013-02-24
Data 1. wyd. pol.:
2013-02-24
Liczba stron:
128
Czas czytania
2 godz. 8 min.
Język:
polski
ISBN:
9788363855017
Tagi:
antyutopia science-fiction pollitical fiction Noblista
Dodaj do pakietu
Dodaj do pakietu
Średnia ocen
5,3 5,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki

Porównaj ceny

i
Porównywarka z zawsze aktualnymi cenami
W naszej porównywarce znajdziesz książki, audiobooki i e-booki, ze wszystkich najpopularniejszych księgarni internetowych i stacjonarnych, zawsze w najlepszej cenie. Wszystkie pozycje zawierają aktualne ceny sprzedaży. Nasze księgarnie partnerskie oferują wygodne formy dostawy takie jak: dostawę do paczkomatu, przesyłkę kurierską lub odebranie przesyłki w wybranym punkcie odbioru. Darmowa dostawa jest możliwa po przekroczeniu odpowiedniej kwoty za zamówienie lub dla stałych klientów i beneficjentów usług premium zgodnie z regulaminem wybranej księgarni.
Za zamówienie u naszych partnerów zapłacisz w najwygodniejszej dla Ciebie formie:
• online
• przelewem
• kartą płatniczą
• Blikiem
• podczas odbioru
W zależności od wybranej księgarni możliwa jest także wysyłka za granicę. Ceny widoczne na liście uwzględniają rabaty i promocje dotyczące danego tytułu, dzięki czemu zawsze możesz szybko porównać najkorzystniejszą ofertę.
Poczekaj, szukamy dla Ciebie najlepszych ofert

Pozostałe księgarnie

Informacja

Reklama
Reklama

Książki autora

Podobne książki

Reklama

Oceny

Średnia ocen
5,3 / 10
27 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE

Sortuj:
avatar
247
218

Na półkach:

Profetyczny szkic powieściowy Miłosza, który powieścią, jak sam nie omieszkał się we wstępie do niej napisać, jako formą gardził. W prozie radzi sobie jednak doskonale. Jego wizja końca XXI wieku jest interesująca, również trafna bo sprawdza się już w jakimś stopniu, jednak to nie ona jest tu najważniejsza. Futurystyczna dystopia (a może właśnie utopia?) jest tłem dla refleksji o kulturze, cywilizacji, Kościele, rozpadzie relacji i poczucia wspólnoty, ludzkim zagubieniu, niemożności skomunikowania, stosunkach społecznych czy upływie czasu. Obrazy, które na kartach "Gór..." kreśli autor są chwilami wyjątkowe i dojmujące. Na uwagę zasługuje też język, który jest w niewytłumaczalny dla mnie sposób szczególny i swoisty, może nawet momentami akrobatyczny, Miłosz bowiem używa go czasem w bardzo zaskakujący i niezwykły sposób, to ulotne, ale dostrzegalne. "Góry Parnasu" są ponadto opatrzone godnymi pochwały tekstami krytycznoliterackimi Agnieszki Kosińskiej i Sławomira Sierakowskiego i zwłaszcza jego zamykający wydanie tekst "Przegrać dla ludzi" w naprawdę piękny i przejmujący sposób dopełnia i komentuje niedokończone dzieło Miłosza. Żal, że noblista zarzucił powieść raptem zaszkicowaną. Miłosz wydobywa z tego krótkiego, zaledwie kilkudziesięciostronicowego fragmentu bardzo wiele. Drzemie w szkicu wielki potencjał na zupełnie niebanalną, refleksyjną wizję nieodległej w końcu przyszłości. "Góry Parnasu" są więc bardzo wartościowym i pełnym mądrości głosem refleksji nad tym co czeka nas już niedługo - nie tyle w świecie technologii, ale przede wszystkim w kwestii kondycji człowieka.

Profetyczny szkic powieściowy Miłosza, który powieścią, jak sam nie omieszkał się we wstępie do niej napisać, jako formą gardził. W prozie radzi sobie jednak doskonale. Jego wizja końca XXI wieku jest interesująca, również trafna bo sprawdza się już w jakimś stopniu, jednak to nie ona jest tu najważniejsza. Futurystyczna dystopia (a może właśnie utopia?) jest tłem dla...

więcej Pokaż mimo to

18
avatar
1856
82

Na półkach: , ,

Na każdej stronie czuć, że Miłosz nie chciał, aby ta książka została wydana, w dodatku w takiej formie. Szkoda, że ktoś tak bardzo chciał zarobić i wydać niezbyt udane dzieło jakże "udanego" autora, jaki był (i nadal jest) Miłosz.

Na każdej stronie czuć, że Miłosz nie chciał, aby ta książka została wydana, w dodatku w takiej formie. Szkoda, że ktoś tak bardzo chciał zarobić i wydać niezbyt udane dzieło jakże "udanego" autora, jaki był (i nadal jest) Miłosz.

Pokaż mimo to

4
avatar
2453
2372

Na półkach:

MIŁOSZ żył długo /93 lata/ i gdyby chciał to wydać, to by wydał. A nie wydał, bo wiedział, że to nieudane m.in dzięki Giedroyciowi, który tak właśnie to określił. Zaniechał też pracy nad tym, wskutek czego tekst liczy skromne 61 stron.
„Pomysłowy” wydawca MAMI czytelnika nazwiskiem autora i tytułem, dodatkowo daje piekną twardą okładkę, na której umieszcza podtytuł „science fiction” i pompuje ilość stron dodając: „Dodatek: Czesław Miłosz ‘Liturgia Efraima’ ”, „Zamiast wstępu” Sierakowskiego, „Faksymile”, „Posłowie” Kosińskiej i „Aneks” Sierakowskiego; i mamy już 141 stron.
Naczytałem się w moim długim życiu wiele: i Miłosza, i o Miłoszu, pomijam więc dodatki i mając nadzieję na delektowanie się słowem czytam z uwagą tekst noblisty. Po godzinie mam dosyć, resztę przekartkowuję. Wielki sukces Miłosza: na skromnych 61 stronach dał radę wzorcowo wykazać się swoimi wszystkimi wadami tj przede wszystkim pompatycznoscią i przeintelektualizowaniem, a kilkustronicowe supernudne opisy przyrody dopełniają dzieła.
NIE DAJCIE SIĘ NABRAĆ, NIE BIERZCIE TEGO DO RĘKI.

MIŁOSZ żył długo /93 lata/ i gdyby chciał to wydać, to by wydał. A nie wydał, bo wiedział, że to nieudane m.in dzięki Giedroyciowi, który tak właśnie to określił. Zaniechał też pracy nad tym, wskutek czego tekst liczy skromne 61 stron.
„Pomysłowy” wydawca MAMI czytelnika nazwiskiem autora i tytułem, dodatkowo daje piekną ...

więcej Pokaż mimo to

49
Reklama
avatar
306
13

Na półkach: ,

Napiszę tak - jeśli rzeźbiarz ociosał blok marmuru, nadał kształt głowie, wyrzeźbił piękne oko i nos, po czym rzucił ociosany kamień w kąt i o nim zapomniał, to nie znaczy, że skończył rzeźbę i chce się nią chwalić.

Tak samo jak wspomniany rzeźbiarz, tak i Miłosz, rzucił Góry Parnasu w zapomniany kąt i nie zamierzał ich wydawać. Dziwię się więc, że sprzedaje się książkę jako powieść, gdy tak na prawdę jest to raczej (bardzo dobre, ale jednak tylko) ćwiczenie pisarskie. Próba sił z tematem antyutopii, podobnej do tej jaką możemy znaleźć w Nowym wspaniałym światem Huxley'a. Miłosz z jakiegoś powodu porzucił ten projekt - myślę, że warto to mieć na uwadze siadając do lektury (oszczędzi to rozczarowań). Spisane opowiadania i notatki noszą oczywiście pojedyncze cechy wielkości, ale są to jedynie cechy fragmentaryczne.

Jak już ktoś napisał wcześniej, lektura dobra głównie dla fanów twórczości Czesława Miłosza.

Napiszę tak - jeśli rzeźbiarz ociosał blok marmuru, nadał kształt głowie, wyrzeźbił piękne oko i nos, po czym rzucił ociosany kamień w kąt i o nim zapomniał, to nie znaczy, że skończył rzeźbę i chce się nią chwalić.

Tak samo jak wspomniany rzeźbiarz, tak i Miłosz, rzucił Góry Parnasu w zapomniany kąt i nie zamierzał ich wydawać. Dziwię się więc, że sprzedaje się książkę...

więcej Pokaż mimo to

6
avatar
0
0

Na półkach:

Rzecz ciekawa, dla fanów Miłosza obowiązkowa :)

Rzecz ciekawa, dla fanów Miłosza obowiązkowa :)

Pokaż mimo to

0
avatar
988
125

Na półkach: , ,

Edytorka dzieła powiedziała prawdę: artystycznie to gorsze dzieło Miłosza, z czego on sam zdawał sobie sprawę, traktując to jako nieudany eksperyment. Na szczęście prócz tych niecałych 50 stron powieści nie tylko niedokończonej, ale wręcz ledwie zaczętej, można przeczytać trzy ciekawe eseje o Miłoszu w kontekście "Gór Parnasu". I tak naprawdę to dla nich warto sięgnąć po książkę.

Edytorka dzieła powiedziała prawdę: artystycznie to gorsze dzieło Miłosza, z czego on sam zdawał sobie sprawę, traktując to jako nieudany eksperyment. Na szczęście prócz tych niecałych 50 stron powieści nie tylko niedokończonej, ale wręcz ledwie zaczętej, można przeczytać trzy ciekawe eseje o Miłoszu w kontekście "Gór Parnasu". I tak naprawdę to dla nich warto sięgnąć po...

więcej Pokaż mimo to

2
avatar
671
65

Na półkach: , , ,

Zdanie pierwsze:
"Uprzejmym względom czytelnika ciekawego przyszłości polecam te rozdziały z powieści science fiction, która nie będzie napisana".

To z pewnością nie jest udana powieść. Ba, to w ogóle nie jest powieść. Zaledwie próba, przymiarka, szkic, oderwane od siebie fragmenty. Czy zatem warto sięgnąć po ten tomik nawet gdy nie jest się szczególnym miłośnikiem Miłosza i koneserem jego twórczości? Czy zwolennicy science fiction - jej epistemologii i filozofii mają tu czego szukać? Po lekturze uczucia mam mocno mieszane.

Miłosz nie przepadał za formą powieściową, a już z pewnością za jej dwudziestowiecznym wcieleniem. Mierził go kierunek ewolucji sztuki na Zachodzie, a zwłaszcza literatura, w której zatracono rzekomo "naiwną" umiejętność opowiadania historii, poświęcając ją na ołtarzu bożka formalnych eksperymentów. W 1973 roku pisał: "(...) powieść pozbyła się bohatera, który by nas poruszał czy zachwycał, z którym byśmy mogli się utożsamiać, a w miejsce postaci otrzymujemy bezładnie poruszające się pojemniki na doznania i refleksje. W tym sensie zachodnia sztuka i literatura się dehumanizują. W efekcie tracą kontakt z rzeczywistością (...) Niewykluczone, że możliwa jest jedynie powieść realistyczna, to znaczy, że musi ona zawsze dotyczyć zoon politicon. (...) panorama społeczna rozpada się w powieść socjologiczną, kiedy brakuje pamiętnych bohaterów obdarzonych indywidualnym losem (...)”.

Jak zauważa w przedmowie do tekstu Sławomir Sierakowski: “Dla Miłosza nie ma powieści, jeśli nie jest spełnione podstawowe równanie (a może nierówność?), w którym głównymi zmiennymi są “dobro”, “zło” i “człowiek”. Bez nich nie ma kontaktu z rzeczywistością, a zatem i identyfikacji czytelnika. Nie ma kultury. (...) Miłosz potrafił nawet dostrzec “ukrytą więź” między teoriami literatury jako écriture, mowy żywiącej się samą sobą, a powstaniem totalitarnego państwa".

W “Uwagach wstępnych” Miłosz pisze: “Powieść współczesna, wyszkolona na strumieniach świadomości, monologach wewnętrznych itd., dręczona przez teorie strukturalne, zabrnęła tak daleko, że mało przypomina to, co przez powieść niegdyś się rozumiało. I, rzeklibyśmy, zaprzeczyła swojej istocie, bo piekielna nuda, jaka emanuje z tych utworów, jest wroga samemu powołaniu narracji. Wygląda więc, że wszystko poszło w tej dziedzinie krzywo".

Z kolei powieść polską dreczyło to, co dręczy całego naszego zbiorowego ducha i pamięć zakleszczoną w zaścianku historii. Brakuje tu uniwersalizmu, jest jedynie prowincjonalizm i nieustanne rozliczanie historycznych uraz. To zresztą tłumaczy częściowo moim zdaniem niechęć Polaków do książek - skatowani do nieprzytomności w szkołach pożółkłymi tomami literackich trucheł wbijanych do głów w ramach perwersyjnych koncepcji wychowania patriotycznego nie zdają sobie być może sprawy, czym w istocie być może i bywa literatura. Jesteśmy skażeni i zatruci marną, niestrawną prozą. Jak pisze Miłosz, "w polskich powieściach "grali" tylko Polacy, Rosjanie, Niemcy, brakowało ludzi. Ponadto polska powieść “oparta jest na skrzętnym wyłączaniu poza nawias “mroku” (dlatego w Trylogii śmierć nie jest śmiercią ani krew krwią) i natykając się na dramat istnienia, stara się go przebudować w melodramat, rozrzewniający, a więc akceptowany towarzysko”. Nasz polski historyczny uraz “wyjaławiał Polaków intelektualnie i artystycznie, ponieważ przesłaniał im prawdę o kondycji ludzkiej: następowało przesunięcie u nich zła i cierpienia, z jakim zmaga się cały nasz gatunek, na jeden zespół geograficzno-historyczny”. To męczące babranie się porośniętej wierzbami i świerzopem przestrzeni zawieszonej "między Niemcami a Rosją" przesłoniło nam znacznie szerszy, ludzki horyzont.

W tym miejscu dzieje się coś dla mnie osobiście zaskakującego. W obliczu ślepiej uliczki, w jaką zdaniem Miłosza zabrnęła powieść w końcu lat 60. XX wieku, science fiction jawi się mu jako forma dająca pewną nadzieję i oferująca istotną możliwość. Możliwość i nadzieję wyrwania się ku uniwersalizmowi, opowiedzenia czegoś o rzeczach wielkich ostatecznych (gdyż tym przecież zajmuje się ten gatunek), a zarazem ucieczki od pustego ekscentryzmu formy i wyjałowienia z treści:

"Tylko te powieści są dobre, w których panuje rzeczywistość (to słowo jednak coś znaczy), inaczej mówiąc, kiedy czytelnik o języku i chwytach zapomina (...). Otóż science fiction, ponieważ w niej ogromny wysiłek musi być włożony w zbudowanie takiej czy innej przyszłej cywilizacji od fundamentów, zakłada wiarę w jakąś rzeczywistość obiektywną i dlatego, stylistycznie, może być powieścią staroświecką".

Nawet tutaj jednak czyhają pewne niebezpieczeństwa, zdające się przepływać do SF z "głównego nurtu". Z perspektywy czasu obawy Miłosza okazały się bezpodstawne, ale wówczas mogły wydawać się zrozumiałe, albowiem science fiction znajdowała się w tamtym okresie pod silnym wpływem prężnej brytyjskiej Nowej Fali wraz z jej naciskiem na eksperyment, także formalny ("New Worlds" Moorcocka itp). Oczywiście nie wiem na ile Miłosz był świadomy tych tendencji, ale poniższy fragment jest znamienny:

"Niestety i ona jest od wewnątrz rozdzierana przez sprzeczne tendencje. Z jednej strony sam obraz tego “jak to będzie”, z drugiej nacisk nowoczesnych wymagań, bo nie jesteśmy tak poczciwi jak bohaterowie Jules Verne’a. Kiedy jednak science fiction chce pozbyć się dziewiętnastowiecznych przyzwyczajeń w charakterystyce postaci, dialogach etc., zaczyna dzielić los powieści w ogóle czyli przekracza granicę, poza którą beletrystyka traci sens, bo zamiast nad nią się nudzić, lepiej czytać eseje, wiersze, dzieła naukowe. Przykładem Stanisław Lem, który, zaczynając od opowiadań przyszłościowych “naiwnych”, osiągnął znakomitą równowagę w Solaris, żeby następnie pozazdrościć pisarzom “serio” i równowagę zniszczyć".

Wyjątkowo to niesprawiedliwe wobec Lema uwagi, albowiem chociaż sam za złe mu miałem porzucenie prozy dla eseistyki i ogólne zgorzknienie w późnych latach życia, to przecież nie sposób mu zarzucić obniżenia poprzeczki, czy dominacji twórczości przez formalne wygibasy po "Solaris". Nadeszły przecież wówczas kolejne znakomite teksty: "Cyberiada", "Opowieści o pilocie Pirxie", czy arcytradycyjny w formie "Niezwyciężony". Nie o Lemie jednak chciałem tu pisać.

Co bardzo dla mnie interesujące, a o czym dotąd nie miałem pojęcia, Miłosz uważał (zupełnie słusznie, moim zdaniem), iż "science fiction to jedyny gatunek, w który może wcielić się Zeitgeist (jak w XIX wieku wcielił się w wielką powieść realistyczną), miał też szansę znaleźć czytelnika, w więc mógł liczyć na jakiś społeczny odbiór, choć pisarz przyznaje: “z Lemem nie mam zamiaru konkurowac” (...) Science fiction, z czego zwierza się Renacie Gorczyńskiej, jest wreszcie idealny, by wypowiedzieć obawy na skalę kosmiczną, by więc udźwignąć przepowiednię. “Każda powieść tego gatunku kończy się katastrofą. Stąd jest może pewna nadzieja dla ludzkości. Tyle kasandr w science fiction”.
“Zbliża się ogólna szarość i podrzędność, wiek mrowiska na dłuższy czas”. (Z posłowia Agnieszki Kosińskiej: "Prorok nowego świata").

Sierakowski w swoim posłowiu przywołuje opinie Miłosza o SF, które są raczej banalne (źe była dzieckiem dziewiętnastowiecznego przełomu w nauce, który zrodził powszechną wiarę w postęp technologiczny bez ograniczeń. XX wiek dołożył do tego wizje społeczeństwa przyszłości, zazwyczaj pesymistyczne. Science fiction pojawia się wtedy, gdy przestrzeń przestaje pobudzać wyobraźnię człowieka i w tej roli zastępuje ją czas). Warto jednak zauważyć - co czyni implicite Kosińska - iż obsesje i pytania nurtujące Miłosza są w istocie zasadniczymi pytaniami stawianymi przez science fiction (a zatem nic dziwnego, że poeta spróbował wyrazić się w tej formule):

"Czy ludzkość jako gatunek może tu i teraz osiągnąć szczęście i jakim kosztem?"
"Czy jest skazana na zagładę?"
"Skąd ona przyjdzie?"
"Jakiej ewolucji dozna cywilizacja? “.

Jednocześnie science fiction - z uwagi na fakt, iż oferuje perspektywę ponadhistoryczną, "ponadplemienną", globalną, gatunkową (tzn. jej wizje obejmują cały ludzki gatunek) pozwala wyjść poza zaścianek i zastanowić się nad rzeczami naprawdę wielkimi i ostatecznymi. Zawsze zdumiewało mnie, że wielkie umysły literatury "głównego nurtu" na ogół tego nie dostrzegały. Tym większym zaskoczeniem są dla mnie poglądy Miłosza i sae "Góry Parnasu". W 1969 roku Miłosz w jednym z listów pisał, iż science fiction to "jedyny chyba gatunek, który ma dzisiaj żywotność".

Niestety spotkanie poety i gatunku nie okazało się udane. "Góry Parnasu" to zdecydowanie nie jest udany tekst, nawet zważywszy, że stanowi jedynie fragmenty nigdy nie powołanej do życia całości. Miłosz sam zresztą przyznaje, że temat i konwencja go przerosły. Łatwo zresztą zauważyć (zwłaszcza czytelnikowi zaznajomionemu z science fiction), iż mimo sztafażu gatunkowego (loty kosmiczne z prędkościami przyświetlnymi, kolonizacja planet, manipulacje genetyczne i przedłużanie życia, komputery itd) Miłosz straszliwie męczy się w konwencji, nie umie się w niej odnaleźć i wykorzystać jej możliwości, jej humanistycznego potencjału. Odbija się to również na formie. Trafiają się zgrabne frazy znamionujące poetę, rzeźbiarza w materii słowa (“...krzepiła się rytmicznym klaskaniem ich uśmiechnięta, postępowa rozsądność”), lecz jest ich niewiele. Tekst rozpada się na słabo powiązane fragmenty, styl jest przyciężki, koturnowy, "wykładowy", pozbawiony finezji, choć nie całkiem pozbawiony trafności. Ma rację Sierakowski gdy przyznaje Miłoszowi pewną trafność prognozy:

"To świat, którego doświadczamy na co dzień. Jedni żyją na Parnasie, korzystając z przywilejów, jakie daje władza, oraz z wyrafinowanych dóbr i możliwości. Inni głodują na Ziemi. Coraz więcej jest jednak tych, których obezwładnia nie głód, a brak sensu, chociaż Parnas wydaje im się w zasięgu ręki. Mają oni wciąż wybór: mogą walczyć o wspięcie się na szczyt kariery albo przegrać razem z biednymi tego świata, uwierzyć, że są inne cele w życiu niż znalezienie się na Parnasie".

W istocie Miłosz nie mówi nam jednak wiele nowego. Pisze dystopię w duchu Huxleya, kolejny raport ze zdehumanizowanego świata. Jest to typowy grzech "głównonurtowców" usiłujących wkroczyć na teren gatunku science fiction - nie tylko posługują się konwencją niezdarnie i topornie, ale wyważają dawno otwarte drzwi. Bohater Miłosza, astronauta Lino Martinez, przywodzi na myśl Lemowskiego Hala Bregga (jak on powraca po latach na Ziemię subiektywnie odmienioną wskutek dylatacji czasu), ale przede wszystkim jest to typowy bohater dystopijny - element systemu stopniowo dojrzewający do buntu, do odkrycia prawdy o jego dehumanizującej istocie i do jego odrzucenia nawet za najwyższą cenę. Martinez jest jak Harrison Bergeron, jak Winston Smith, jak Guy Montag, a być może przede wszystkim jak Dzikus z "Nowego wspaniałego świata". Chociaż wychodzi z systemu, a nie odmawia wejścia do niego, to jednak - podobnie jak bohater Huxleya - domaga się prawa do bycia nieszczęśliwym, do "spontanicznego", wyzwolonego z odczłowieczonego systemu życia, do cierpienia i śmierci wreszcie. Nie ma tu żadnego novum, a i pod czysto literackim względem tekst nie błyszczy.

Miłosz zdawał sobie sprawę, że nie radzi sobie z konwencją. Ostatecznie porzucił tekst, nad którym pracował szczególnie intensywnie w latach 1970-71. Przyznaje się do swojej porażki we wstępie:

"Co do mnie, to wolę oznajmić, że tej łamigłówce nie daję rady. Wszystko dobrze, dopóki pokazuję “jak to będzie”, kiedy jednak zawiązuję wątki i wkładam w czyjeś usta dialogi, czuję takie zażenowanie, jakbym (horror!) pisał “powieść z życia”, przenosząc akcję na koniec dwudziestego pierwszego wieku. (...) A zresztą te wyznania czytelnik ma prawo zrozumieć jako grymasy lisa, który orzekł, że winogrona są kwaśne, bo były za wysoko".

I dalej: “Jak wiadomo, literatura zawsze poczyna sobie niedołężnie, kiedy stara się pokazać dobrych ludzi i dobre zamiary, natomiast ze smakiem, znawstwem i przekonywająco maluje zło, okrucieństwo i porażki. Z tego też powodu moja powieść byłaby przeważnie czarna, jak zresztą i z innego powodu: żeby przekazać, w czym zawiera się nadzieja, należałoby napisać niemalże traktat historiozoficzny, tu jednak na przeszkodzie stanęłaby moja niechęć do formy rozlazłej i nieokreślonej.
Celem pisania nie jest straszenie i przygnębianie ludzi (...) chyba prawda wyłącznie czarna pomaga tylko wtedy, kiedy strasząc i przygnębiając, do pełniejszego życia podnieca. Nie wydaje mi się, żebym to zadanie umiał wypełnić”.

Mówiąc zupełnie szczerze, książka wydaje mi się stanowić mało spójny ciąg dość w gruncie rzeczy banalnych refleksji. Być może biografowie i miłośnicy Miłosza będą usatysfakcjonowani możliwością namierzania w tekście autobiograficznych nawiązań i aluzji - trudno mi się na ten temat wypowiadać. Autor zainteresowany jest dwiema powiązanymi ze sobą kwestiami - metafizyczną i społeczną. Całość wydaje mi się wyrazem rozczarowania ludzkością, polityką (kapitalizm, socjalizm - wszystko jednako prowadzi do degeneracji indywidualnej i zbiorowej oraz takiej czy innej formy tyranii), sztuką (całkowite wyjałowienie - nadmiar podaży i niezdolność do mówienia o rzeczach ostatecznych), religią ("rozmiękczanie" przekazu, wypaczanie przesłania). To samo robił "późny Lem" - tyle że jeszcze bardziej zgryźliwie (ale i - przyznajmy - bardziej przenikliwie).

Przyjrzyjmy się dla porządku po kolei tym "płaszczyznom rozczarowania":

Społeczeństwo i polityka

Społeczeństwo przyszłości nosi wyraźne cechy, w jakie wyposażały je tradycyjnie dwudziestowieczne antyutopie. Jest to dystopia "miękka", to znaczy raczej w stylu Huxleya niż Orwella. Świat doskonale poukładany i przesycony technologią, świat manipulacji wszechpotężnej niemal władzy, która wzniosła się ponad prymitywne metody swych totalitarnych poprzedników. Jedyny w gruncie rzeczy problem społeczny wynika z braku poczucia sensu życia, co prowadzi do plagi samobójstw:

"Karel, jak wszyscy naokoło, jeżeli czegoś był pewien, to chyba tylko złudności jakichkolwiek danych poza zmiennymi napięciami swojej psychiki. Bogowie, którzy swoją niezniszczalną potęgą gwarantowali istnienie prawomocnego świata, znikli; mędrcy, których czcigodna dostojność pozwalała się domyślać, że czas zawsze dokądś zmierza, tak jak u nich od kwitnienia do owocobrania, nie znaleźli następców. Gdyż umalowani, coraz to naprawiani w klinikach starcy, o zmarszczkach i obrzękach przypominających, że ruch wskazówek zegarka jest niezwyciężony, uparcie zachwalali swoją niedojrzałość, czyli przywiędłą obietnicę. Rzecz dziwna, każdego niemal z Ziemian dręczyło poczucie, że dla innych czas tracił swoją jadowitą monotonię, że inni czują i czując, wyzwalają się spod władzy minut i godzin, on tylko nic nie czuje, że inni są włączeni w wielkie coś, on tylko jest wyłączony. Żeby włączyć się i doznać tej krótkotrwałej wieczności (...) posługiwano się prądem M 37 i grą erotyczną”.

Oto "Nowy wspaniały świat" - tyle, że zamiast seksu i somy mamy "prąd M 37" i "grę erotyczną".

Pewnego dnia pojawia się WBN – Wyższe Braterstwo Nirwany, prawdopodobnie kryptonim superkomputera sterującego parametrami społecznymi. “Przystępuje do ratownictwa, i to w podwójnym sensie, służąc zarówno gatunkowi, jak obarczonym ciężarami życia istotom poszczególnym w sposób ściśle naukowy, humanitarny i beznamiętny. Innymi słowy, zapowiadało, że będzie stosować środek znany od wieków myśliwym jako racjonalny odstrzał”.
Ludzie zaczynają znikać w sposób najwyraźniej przypadkowy. Po prostu rozwiewają się w powietrzu jakby nigdy nie istnieli. Populacja z czasem się do tego przyzwyczaja (“zdolności adaptacyjne naszego plemienia nie mają niemal granic”), przede wszystkim jednak rośnie pragnienie życia i spada też liczba samobójstw.

Ludzkość to bezwolna masa, zabawiana niczym dzieci, którym nigdy nie będzie dane dorosnąć:

“Ale oddając się nauce w szkołach zwanych uniwersytetami, wypełniało się dawniej tylko przepisy stanowiące rację bytu tych zakładów, co teraz należało do przeszłości. Od chwili, kiedy wyznaczono im inne zadanie, starając się wzbogacić pojęcie zabawy i zająć nią wszystkie dzieci od lat siedemnastu do dwudziestu pięciu, dla których brakło przecie zatrudnienia, nauka uchodziła za kaprys czy wątpliwy przywilej nielicznych, zwanych twardogłowymi, dostatecznie zresztą licznych do utrzymania gospodarki”.

W rozdziale “O sposobach rządzenia” dostajemy prawdziwy wykład filozofii i technologii władzy nad ludzkością:

“Kiedyś co bardziej energiczni rządzący wychodzili z dziwnego założenia, że umysły rządzonych są dla nich niebezpieczeństwem, jeśli nie zostaną przekonane perswazją czy strachem. Wydawano olbrzymie sumy na kształcenie i przekonywanie tych umysłów, posługując się też tak zwaną kulturą czy, jak nazywało się to inaczej, literaturą i sztuką. Pewien z góry ustalony procent ludności trzymano wtedy w więzieniach, w barakach otoczonych drutami, czy też zsyłano na pustkowia, niekoniecznie dlatego, że ci właśnie, zamknięci, stanowiliby zarzewie buntu, bo tego nie dawało się dokładnie stwierdzić, sama jednak obawa trafienia za druty wywierała na resztę wpływ zbawienny. Prymitywne te sposoby odpowiadały prymitywnemu poziomowi technologii. Najprostsze jest zwykle najtrudniejsze do odkrycia, tak i w tym wypadku nieprędko stało się jasne, że stan umysłów obywateli jest dla sprawowania władzy mniej czy bardziej obojętny i że poza tymi, którzy należą do Związku Astronautów, najlepiej ich będzie, w pewnych rozsądnych granicach, zostawić własnemu losowi”.

Przełom datował się od “Teorii Indywidualności” – podstawowego odtąd dzieła profesora Motohiro Nakao (zdaniem Sierakowskiego jego pierwowzorem jest Herbert Marcuse):

“Zasługą profesora Nakao było rozbicie indywidualności na składniki pierwsze, poddające się matematycznym działaniom (...) przedmiotem uwagi, uczył Nakao, powinna być ta tylko odmiana “torów” percepcji, która może okazać się szkodliwa dla rozumnego, chronionego przez Astronautów społecznego porządku. Znikała jednak potrzeba uciążliwego policyjnego nadzoru nad podejrzanymi czy też zamykania ich w więzieniach, żeby tam poddawać ich przykremu dla obu stron śledztwu, skoro komputer (bardzo zresztą tolerancyjny) stawiał diagnozę na podstawie danych łatwych do zdobycia i, zdawałoby się, nieznaczących”.

Ukoronowaniem totalnego systemu rządu jest zerwanie możliwości kontaktu między podobnie myślącymi, krytycznie nastawionymi do społecznej rzeczywistości ludźmi. Dzięki temu mobilizacja stanowiąca warunek jakiejkolwiek sytuacji rewolucyjnej staje się niemożliwa, a władza może spać spokojnie. Realizuje się to dzięki technologii zwanej Oprzędzeniem:

“Same w sobie stany czyjegoś umysłu i rodzące się z nich idee, nawet najbardziej wywrotowe, nie mogły przynieść planetarnemu gospodarstwu żadnej szkody. Dopiero porozumienie między dziwakami i rozpowszechnienie się ich idei wymagałoby środków zaradczych. Ale żeby się porozumieć, ludzie muszą być nastrojeni na podobny ton, czy też myślowo pracować na tych samych obrotach. Zakłócając tę zdolność, czyli zwalniając albo przyśpieszając obroty myśli, tak że nie potrafiła do niczyjej innej myśli znaleźć dostępu, umieszczało się ujemnie ocenioną jednostkę w niewidzialnym kokonie. Oprzędzony mówił i nie mógł pojąć, czemu jego logiczne, przekonywające wywody wydają się każdemu niezrozumiałym bełkotem. (...) nikt już nie wiedział, czy dlatego trudno mu znaleźć wspólny język z innymi, że został oprzędzony, czy też dlatego, że rozwój własnych jego skłonności przeszkadzał mu w obcowaniu z ludźmi. Oczywiście nie brakło takich, którzy byli oprzędzeni niejako z natury i wobec tych nie trzeba było stosować żadnych dodatkowych zabiegów”.

Światem rządzi elitarna organizacja Astronautów, "świadomych, wiernych żołnierzy ludzkości", w szkoleniu których nacisk kładzie się na "świadomość i wiarę w cel". Są oni niczym Platońska kasta filozofów - odizolowani od mas nadludzie o szczególnej odpowiedzialności i kompetencjach. Merytokraci, mandaryni totalnego państwa, których szkoli się w narzuconej ascezie, wykorzystując farmakologiczne manipulacje biochemią mózgu, by polepszać zdolność przyswajania wiedzy. Zgodnie z kanonem SF zezwolenie nazawarcie małżeństwa w owej kaście uprzywilejowanych otrzymać można jedynie po potwierdzeniu zgodności kodów genetycznych potencjalnych partnerów. W zamian za bezwarunkowe oddanie, Astronauci cieszą się przywilejami, w tym długowiecznością:

“Utożsamiałem się całkowicie ze Związkiem, ja byłem nim, on był mną. Poznałem dokładnie jego historię i w świetle jego dokonań tę granicę, jaką zakreślił pomiędzy nami i resztą ludzkości, uważałem za słuszną i sprawiedliwą. Za słuszne i sprawiedliwe uważałem też nasze przywileje, chociażby dlatego, że okupione wysiłkiem, którego inni się wyrzekli”.

Powyższe racje przywodzą mi na myśl model społeczny prezentowany przez Heinleina w "Żołnierzach kosmosu" – tam również drogą do przywilejów (rozumianych jako obywatelstwo, czyli możliwość egzekwowania władzy) jest poświęcenie (mówiąc krótko: gotowość na śmierć w obronie wspólnoty politycznej).

“Każdy z nas był i rozluźniony, i bystry w dążeniu do wspólnego celu, jak strzała w locie. My byliśmy przedstawicielami gatunku na ziemi i w galaktyce, wpojono nam poczucie odpowiedzialności za cały gatunek i patriotyzm (...) Dawniej uroczyście zapowiadano, że stworzy się nowego człowieka i każda kucharka będzie umiała zarządzać państwem. Państwem! I to wtedy, kiedy już nawet w małej fabryce jedni wydawali rozkazy, inni wykonywali rozkazy, klnąc, kradnąc, upijając się w wolnych chwilach”.

Dlatego elitaryzm był koniecznością:

“Zapalić ich entuzjazmem? Jak? Tylko gdyby poczuli się współodpowiedzialni. Ale nie byli współodpowiedzialni, nic od nich nie zależało. Więc dla nas nasza osobność i nasza samotność przedstawiała się jako wymuszona przez cały rozwój i przez tamte wypadki, kiedy gatunek był o mały włos od ostatecznej zagłady”.

Próg zagłady to kolejne narzędzie, którymi utopie i dystopie posługują się co najmniej od czasów H.G. Wellsa. Globalny kryzys jest przecież najlepszym pretekstem do radykalnych przewartościowań. W imię przetrwania ludzie zgodzą się na rzeczy, których nie zaakceptowaliby w innych warunkach. Władza doskonale zdaje sobie sprawę i chętnie wytwarza takie kryzysy, gdy ich brakuje lub amplifikuje je, gdy ich intensywność jest niewystarczajaca. To nie jest bynajmniej fikcja, czymspekulacja. Czyż nie o tym opowiada Naomi Klein w "Doktrynie szoku"?

Oczywiście mamy tu do czynienia z dystopią, a zatem idealny porządek społeczny nieuchronnie musi stanowić jedynie fasadę, za którą rozgrywa się odwieczny dramat władzy i rodzaju ludzkiego. Dramat brutalności, samotności i egzystencjalnej nędzy:

“Rozum (...) w nas się wcielił, my byliśmy jedynymi jego nosicielami, jedynymi, bo nie znaleźliśmy w galaktyce żadnych innych istot rozumnych. I szczyciliśmy się naszą nie tylko nauką, ale właśnie kontrolą rozumu nad namiętnościami, nad zwierzęcym odruchem czy to egoizmu, czy strachu. A jednak kiedy walka o przetrwanie osłabła, rozluźniła się w gatunku ze względu na zabezpieczenie od głodu, przeniosła się jakby do nas, do Związku. (...) Naprawdę cały Związek był widownią walki tym zaciętszej, że ukrytej pod mnóstwem pozorów, a stawką była władza”.

Racjonalność jest pozorem, pod nią zawsze czają się pierwotne demony. Ludzkości zawsze zagraża regresja. Dlatego mimo wzniesienia się na wyżyny technologii (podróże międzygwiezdne z szybkością 99,5 % szybkości światła) na jednej z pozaziemskich kolonii
sytuacja wyrwała się spod kontroli - odrodziły się praktyki szamańskie, magiczne rytuały, załamała stara i narodziła nowa hierarchia. Jądro ciemności jest w nas i nigdy nie zasypia.

2. Egzystencja i metafizyka.
Na tym poziomie "Góry Parnasu" to kolejna opowieść o rozczarowaniu starego człowieka światem, ludzkością, życiem. Miejscami to egzystencjalistyczne oburzenie i obrzydzenie trąci egzaltacją i banałem:

“... rozbierał wzrokiem kobiety i mężczyzn, z ubrań, a także z ciała i czasu, ciągle gnębiony brakiem dostatecznej racji ich istnienia i swojego istnienia. W strojach, fatałaszkach, błyskotkach, w całkowitym poddaniu tłumu zbiorowym maniom i modom, tak że żadna jego cząstka nie należała do siebie, widział obrzydliwy komizm nicości przebierającej się w nic (...) Bezsensowna materialność, bezsensowna brutalność (...) Tzw. Przystosowanie nie było mocną stroną Karela, wątpliwe, co prawda, czy udawało się to komukolwiek”.

Materialność, brutalność. Życie jest jednym wielkim rozczarowaniem. Kapitalizm, socjalizm, Kościół, sztuka, kultura i kontrkultura.
Człowiek jest skażony pierworodnym grzechem złączenia w jedno instynktu i świadomości:

“O, ciało nie jest brudne, jeżeli coś w nim jest brudne, to przygotowana w nim śmierć, nie jest też brudny instynkt zwierząt, tylko że niestety w nas nie działa sam instynkt, ale spleciona z nim świadomość. (...) Co dla nich, przeciwników ascezy, było naturalne i zdrowe, dla mnie oznaczało, że wybierają swój stan jedynej chorej z istot żywych, bo chorobą, śmiertelną, jest instynkt ze skazą świadomości i świadomość ze skazą instynktu”.

Co gorsza, ludzie na ogół czynią marny użytek ze swojej świadomości:

“Zapaśnik chodzi wśród niezdarnych, zwiotczałych, czy otyłych ludzi wyższy od nich o wszystkie godziny, jakie poświęcił ćwiczeniu. Byłem mało dobrodusznym zapaśnikiem i co mi ciągle zagrażało, to pogarda. Biegli za swoimi drobnymi rozrywkami, ścigali pieniądz, wychylali szklanki, pożerali befsztyki, tarzali się w łóżkach, a ja musiałem rozpoznawać w nich moich braci i siostry, choć ponęty ich przyciągające były osłabiane albo unicestwiane przez mój uzbrojony umysł”.

“Kiedy dorastałem, powszechną manią było opisywać i pokazywać na ekranie najbardziej drastyczne szczegóły, i mój sprzeciw wobec tego pogwałcenia prawa człowieka do własnej osoby był tak silny, że miałem szacunek dla tych tylko, którzy nie wydawali z siebie ani głosu”.

“Moi współcześni przestawali być zdolni do postu i ascezy, bo stawiali po jednej stronie to, co naturalne, zdrowe, czyli szczęście, po drugiej to, co nienaturalne, chorobliwe, czyli nieszczęście, a nie pokonuje się szczęścia nieszczęściem, szczęściu tylko szczęście może być przeciwstawione”.

Filozofia nie jest w stanie w niczym pomóc:

“Niewątpliwie ludzie pragnęli filozofii bytu, tej jednak nie było. Teologowie tak gruntownie zaklinowali ją niegdyś św. Tomaszem z Akwinu, że dotychczas nie udawało się jej odklinować, i to pomimo znakomitych prób w tym kierunku przedsięwziętych przez paru katolickich przedstawicieli realizmu. Marksizm natomiast nadal płacił koszta swoich eschatologicznych przepowiedni o człowieku wolnym od alienacji, która poniosły całkowitą porażkę, jak to się stało widoczne wszystkim, skoro powszechność sztuki nie była niczym innym niż wynikiem procesu alienacyjnego na masową skalę (...)”
“Nic dziwnego, że w tych warunkach szerzyła się mądrość innego rzędu, nie zabiegająca nawet o nazwę filozofii, płynna, niejasna, nieokreślona (...) Dla bardziej krytycznych umysłów była to mądrość pozorna, pasożytująca na ogólnym niedokształceniu i nawykach, jakie zaszczepił myślowy chaos.


Nawet Kościół nie spełnia pokładanych w nim nadziei i składanych obietnic, jego przeszłość jest skażona, a przyszłość niepewna:

“Lubiłem moje badania nad historią Kościoła, nie lubiłem znajdowanej tam prawdy o nim. Zdumiewający sukces prostaczków, nieuków, którzy pokonali całą wiedzę, cały geniusz starożytności, ich sukces, czy bardziej jeszcze zdumiewająca klęska pokonanych. Wygląda na to, że w powszechnej wtedy nudzie i braku dostatecznej racji starożytni skłoniliby się przed każdym, kto by obiecał im rychły koniec świata”.

Liberałowie "rozmiękczający" przesłanie kościoła to hipokryci, którzy w głębi ducha wierzą, iż “...gdyby w krytycznym trzynastym wieku Kościół nie użył stosu i miecza posłusznych monarchów, niewiele zostałoby z chrześcijaństwa, a Europę spotkałby los nieruchomych Indii, z własnym buddyzmem, katharów”.

“Niemniej z tego, czym był kiedyś Kościół, czerpałem pociechę, bo żadna instytucja czysto ludzka równie znieprawiona nie zdołałaby się ostać”.

“Próchno formy. (...) I nawet chrapliwe mosiężne trąby, czy barokowa opera na balkonach chóru znajdowały we mnie niejaką pobłażliwość, skoro,zawsze,chcemy w obrzędzie wyjść poza formę i nigdy to się nie udaje, gest, który miał być najszczerszym i najprostszym wyrazem ducha, w formie zastyga, w nią się cofa, jej się poddaje”.

“Tak być musiało, że dom zjedzony od wewnątrz przez termity, na zewnątrz ciągle jeszcze okryty splendorem, tracił dach i ściany zapadające się przy próbie zastąpienia jednej belki, choć w tumanie pyłu nie od razu było widać, że ścian już nie ma”.

“Przekupnie w świątyni umieli dbać o sprzedażny towar, dostarczając religii w humanitarnym opakowaniu i zapewniając swoją trzódkę, że jeżeli Jezus został ukrzyżowany, to dlatego, że był pacyfistą, społecznikiem i przywódcą uciśnionych”.

Co zatem pozostaje? Iskra nadziei w ciemnościach, poza nią nic.

“Nie jest źle nie mieć nic, jak ja nic nie mam, ani tej cielesnej powłoki, która zaraz będzie odjęta, ani chwały dzieł wiekopomnych, ani bogactw zebranych na krótko w zaraz gasnącej pamięci; niczego prócz Obietnicy”.

Za dużo tu chaosu, wątków, niespójności. Science fiction oczywiście można z powodzeniem wykorzystać do konstrukcji filozoficznego przekazu, jednak Miłosz nie umie tego zrobić inaczej niż wpadając w ton znękanego życiem intelektualisty. Próba dystopii, krytyczna historia kościoła, elementy autobiograficzne - nie klei się to wszystko w przekonującą całość. Co gorsza, to wszystko było już przed Miłoszem. Astronauta powracający po latach z wyprawy międzygwiezdnej do świata, który nie jest już jego światem. Dawna kochanka jest umierającą staruszką. Żal nad nietrwałością człowieka i przemijaniem. Te fragmenty są ładnie napisane, ale - jak wspomniałem - Lem oddał rzecz bez porównania lepiej w “Powrocie z gwiazd”.
Kiedy natomiast astronauta przechodzi przemianę, Miłosz naśladuje Huxleya. Jego Martinez staje się Dzikusem z "Nowego wspaniałego świata", który sympatyzuje z ludźmi, a nie stworzonymi sztucznie nadludźmi, domaga się prawa do nieszczęścia, cierpienia i klęski konstytuujących ludzką kondycję. Pragnie przegrać, a nie zwyciężać: “... mnie ciągnęło na tę gorszą ziemię, gdzie nic tylko strach i samotność”. W końcu odchodzi, ucieka od swych towarzyszy i żony, by żyć jak zwykli ludzie. Śmiertelni, zdani na “rozbierający nas po kawałku czas”. “Zdani na pulsowanie zużywającego się serca”.

3. Sztuka.
W części pierwszej dodatku do nieukończonej powieści, zatytułowanej “Liturgia Efraima” Miłosz wyjaśnia upadek statusu sztuki jako źródła przeżyć ostatecznych i narzędzia nawiązywania kontaktu z "twardzym rdzeniem" rzeczywistości, na skutek wykładniczo rosnącej podaży. To chyba najbardziej trafny fragment - pisane na początku lat 70. słowa doskonale oddają zgiełk i harmider jaki zapanował we współczesnym świecie, w którym każdy chce być twórcą, zostawić swój ślad. Proroctwo Miłosza pod tym względem się spełniło:

“W połowie dwudziestego wieku liczba malarzy, rzeźbiarzy, poetów i prozaików dosięgła setek tysięcy, po czym rosła już w postępie geometrycznym, także wskutek technologicznego przyspieszenia, które zarówno pozbawiało masy wpływu na decyzje w dziedzinie polityki i ekonomii, jak gwarantowało, dzięki automacji, każdemu niemal, kto tego chciał, nieduży dochód bez obowiązku pracy. (...) już w początku następnego stulecia tak zwanych ludzi sztuki, oficjalnie zarejestrowanych, liczono na miliony”.

"Kiedyś wiele rozprawiano o “twórcach” i “odbiorcach”, teraz jednak wyrazy te stały się całkiem bezużyteczne, jako że pozostali sami “twórcy” (...) Była to jakby olbrzymia hala z ustawionymi w niej nieskończonymi rzędami fortepianów: każdy grał na swoim fortepianie, starając się innych zagłuszyć, a w ogólnym zgiełku, nawet przestając grać na chwilę, słyszał tylko najbliższego sąsiada”.

“(...) skradziona niegdyś od Emmanuela Swedenborga doktryna “correspondences” posłużyła poetom i ich uczniom (...) do obrony symbolicznego szyfru, przy pomocy którego istoty ludzkie miały komunikować jedne drugim swoje momenty olśnień, otarcia się o nieprzenikalny rdzeń bytu. (...) Ale obietnica komunikacji przyniosła jej zaprzeczenie, zbudowała Wieżę Babel bełkotu i hałasu wzajemnie się zagłuszających fortepianów”.

Trzeba uczciwie orzyznać, że poeta wyszedł pobity ze starcia z konwencją, której moim zdaniem nie rozumiał, czy raczej nie czuł, która nie pasowała do jego wrażliwości. Niemniej sam fakt, iż próbował się z nią zmierzyć jest bardzo znamiennym świadectwem zwycięstwa science fiction jako formy przekazu, jako poetyki, jako filozofii, jako wreszcie nowej mitologii gatunku ludzkiego w wieku XX.


Zdanie ostatnie:
“...teraz myślę, że jeżeli cały nasz ludzki rodzaj miał do wyboru albo przegrać, albo tak wygrać, jak wygrał, wygrać nie było warto”.

Zdanie pierwsze:
"Uprzejmym względom czytelnika ciekawego przyszłości polecam te rozdziały z powieści science fiction, która nie będzie napisana".

To z pewnością nie jest udana powieść. Ba, to w ogóle nie jest powieść. Zaledwie próba, przymiarka, szkic, oderwane od siebie fragmenty. Czy zatem warto sięgnąć po ten tomik nawet gdy nie jest się szczególnym miłośnikiem Miłosza...

więcej Pokaż mimo to

4

Cytaty

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Góry Parnasu


Reklama
zgłoś błąd