Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Mirya 
magiel-kulturalny.blogspot.com
25 lat, kobieta, Dytmarów/Wrocław, status: Czytelniczka, dodała: 2 książki i 11 cytatów, ostatnio widziana 4 dni temu
Teraz czytam
  • Bohater wieków
    Bohater wieków
    Autor:
    Czy zabicie Ostatniego Imperatora, by obalić Ostatnie Imperium, było właściwym krokiem? Wraz z powrotem zabójczej formy wszechobecnych mgieł, wzmagającymi się opadami popiołów i coraz potężniejszymi t...
    czytelników: 3891 | opinie: 175 | ocena: 8,34 (1921 głosów)
  • Dzieci czasu
    Dzieci czasu
    Autor:
    CYWILIZACJA NA SKRAJU ZAGŁADY. CZY NOWĄ ZIEMIĘ ODZIEDZICZĄ LUDZIE? Najlepsza powieść science fiction 2016 Nagroda Arthura C. Clarke'a Ostatni ludzie opuścili umierającą Ziemię, by desperacko poszuk...
    czytelników: 71 | opinie: 1 | ocena: 7,75 (4 głosy) | inne wydania: 1
  • Młokos
    Młokos
    Autor:
    W duszy bohaterów Dostojewskiego zawsze toczy się walka pomiędzy dobrem a złem, ale zenit osiąga ona właśnie w duszy głównego bohatera tej powieści, dziewiętnastoletniego Arkadiusza Wiersiłowa. Znajdu...
    czytelników: 36 | opinie: 7 | ocena: 8,33 (9 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2017-07-20 17:45:11
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Ostatnie Imperium (tom 3)
 
2017-07-16 14:05:02
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-07-16 14:04:56
Dodała książkę na półkę: Przeczytane

Pierwsze spojrzenie na książkę wystarczyło, żebym zainteresowała się tym tytułem. Pomijając już przyciągającą wzrok grafikę, informacja od wydawcy, że to będzie taki miks Burzy Szekspira, Władcy much Goldinga i serialu Zagubieni sprawiła, że zapragnęłam ją przeczytać. Może mam tak jak autor, Andrés Ibáñez, że bezludne wyspy po prostu mnie fascynują, bo każdy z tamtych tytułów wywoływał we mnie... Pierwsze spojrzenie na książkę wystarczyło, żebym zainteresowała się tym tytułem. Pomijając już przyciągającą wzrok grafikę, informacja od wydawcy, że to będzie taki miks Burzy Szekspira, Władcy much Goldinga i serialu Zagubieni sprawiła, że zapragnęłam ją przeczytać. Może mam tak jak autor, Andrés Ibáñez, że bezludne wyspy po prostu mnie fascynują, bo każdy z tamtych tytułów wywoływał we mnie spore emocje. Bo gdzie najlepiej poznać tajniki ludzkiego zachowania niż w sytuacjach kryzysowych, kiedy człowiek zostaje wyrwany ze swojej strefy komfortu i przeniesiony z grupą przeróżnych charakterów w swoistą dżunglę, gdzie czai się mnóstwo tajemnic?

Andrés Ibáñez urodził się w Madrycie, w 1961. Jest poetą, pisarzem (napisał swoją wersję Don Kichota, kiedy miał pięć lat!), pianistą jazzowym. Podczas pobytu w Nowym Jorku tworzył również sztuki teatralne. Uwielbia opowieści o bezludnych wyspach. Uważa, że książki nie służą do uczenia nas, a raczej do doświadczania czegoś, przeżywania.

Muszę przyznać, że mnie udało się przeżyć taką przygodę podczas czytania Lśnij, morze Edenu. To prawdziwa cegiełka, a ja przez cały okres czytania czułam się trochę jak w rollercoasterze. Były momenty, w których powieść trzymała w garści całą uwagę, kiedy po prostu spijałam każde słowo napisane przez Ibáñeza. Ale znalazły się też fragmenty lekko irytujące bądź przegadane i rozwleczone. Po wszystkim mogę jednak oświadczyć - warto się z nią zapoznać.

Rozpocznę może od tej gorszej strony książki. Tak, bywa ona chwilami przeciągnięta, szczególnie jest to zauważalne w drugiej części powieści. Wydaje mi się, że autor momentami przeszarżował z tą metafizyką, nawiązaniami do mistycyzmu i religii Dalekiego Wschodu. Wiem, że to był jego wybór, żeby ukazać właśnie tę ideologię i zgadzam się z tym, że pasuje ona do fabuły, ale sposób w którym podaje nam pewne rozwiązania był moim zdaniem przesadzony. Trudno też nie wspomnieć o bardzo dosadnym „inspirowaniu się” wymienionymi na okładce tytułami. Chwilami można odnieść wrażenie, że autor wręcz plagiatuje znane nam historie.

Po tym akapicie można wnosić, że książka nie przypadła mi do gustu, a jest wręcz przeciwnie. Uważam, że to wspaniała lektura, która nie uchowała się przed kilkoma wadami, ale przy tej objętości jak najbardziej to wybaczam. Szczególnie, że tak wiele stron nadrobiło te wpadki z nawiązką, angażując mnie tak bardzo w tę historię. W tym miejscu wypada usprawiedliwić trochę jedną z wad, czyli to plagiatowanie. Na początku można odnieść takie wrażenie, szczególnie w kontekście serialu Zagubieni. Wśród bohaterów mamy m.in. Wade'a, który odkąd przybył na wyspę odzyskał czucie w nogach. Brzmi znajomo? A to nie wszystko, bo w Lśnij, morze Edenu znajdziemy mnóstwo sytuacji niemal żywcem wyjętych z serialu. Okazuje się, że autor nie tylko się inspirował, a raczej czerpał ze znanych nam tytułów, podebrał bohaterów i wrzucił ich później do jednego wielkiego wora, jakim jest ta wyspa. Wyspa, będąca niejako również bohaterem powieści, prawie-żywym organizmem, który jednym daje, drugim odbiera, a przede wszystkim daje szansę. Szansę na poprawę, na znalezienie prawdziwego znaczenia szczęścia oraz tego, co nas napędza i sprawia, że chce się żyć.

W kwestii bohaterów mamy więc tutaj całą gamę przeróżnych charakterów. Wielu z nich możemy kojarzyć z popkultury, jak bohaterowie serialu Zagubieni czy doktor Manhattan z komiksu Strażnicy, ale spotkamy również takich, którzy są postaciami historycznymi, jak Anton Bruckner (austriacki kompozytor) czy Shōkō Asahara (założyciel sekty religijnej Aum Shinrikyō). Naszym narratorem natomiast będzie Juan Barbarin, hiszpański kompozytor, miłośnik muzyki romantycznej i kobiet. Jest to wspaniały przewodnik po świecie przedstawionym, człowiek, który szybko nawiązuje kontakty, często słucha życiowych historii rozbitków i bierze udział we wszystkich ważnych wydarzeniach. Finalnie okazuje się bardzo ważny w kontekście prób wydostania się z wyspy.

Trudno jest tutaj opowiedzieć o wszystkich bohaterach, ponieważ jest ich naprawdę cała masa. Warto jednak wspomnieć, że pojawia się kilka takich długich rozdziałów-opowiadań, dotyczących przeszłości poszczególnych postaci. I to były naprawdę świetne, niesamowicie wciągające historie. Nawet nie wiem, która zrobiła na mnie największe wrażenie, ale postawię na tę, dotyczącą Meksykanki - Xóchitl. Poruszająca, zaskakująca i przepełniona akcją.
Książka jednak zapadnie mi w pamięci przede wszystkim ze względu na magiczny styl autora. Niektórzy mogą stwierdzić, że to podchodzi już pod grafomanię i czyste lanie wody, a ja powiem: geniusz. To właśnie dzięki temu jak książka została napisana mogłam się przenieść na wyspę i przeżywać rozterki każdego z bohaterów. A nawet był to taki impuls do zastanowienia się nad tym, co otacza i mnie. Nad tym, co wyspa mogłaby zrobić z moim życiem - dałaby coś czy odebrała?

Nigdy bym nie pomyślała, że opis jakiejś postaci na dwie strony może tak mnie zafascynować. Ale to jak autor wymieniał elementy charakteru Christiny spijałam z zachwytem, mimo tego, że były to bardzo przyziemne informacje (fragment zaczyna się od „Christina bardzo lubiła kwiaty i kolorowe przedmioty ze szkła, urocze drobiazgi, figurki, portmonetki... Lubiła też słodycze, nie tylko typowe madryckie fiołki czy żelki, lecz także lizaki Chupa Chups i inne.”, str.251). W takich momentach stwierdzałam z czystym sumieniem, że mam do czynienia ze swoistym pisarzem-czarodziejem.

Jeżeli już wspomniałam postać Christiny to muszę pochwalić wątek miłosny. Z założenia miał to być kolejny z wielu wątków, a stał się niemal główną osią fabuły. To prawda, że pojawia się w treści dość sporadycznie, ale to jakby on jest motorem napędowym poczynań głównego bohatera i prowadzi do wielkiego finału. A rozpisany jest zgrabnie i wiarygodnie, z nutką dramatyzmu, która porwała moje serce, a zarazem bez zbędnego sentymentalizmu.

Zazwyczaj nie skupiam się na elementach estetycznych, ale w tym przypadku trudno przejść obojętnie obok okładki książki, którą narysował sam autor. Idealnie koresponduje z treścią powieści. Jeżeli więc patrząc na nią macie wrażenie, że to jakiś dziwaczny zlepek różnych postaci, to możecie być pewni, że właśnie to otrzymacie w środku. Oprócz postaci z Zagubionych, spogląda z niej także Anton Bruckner, doktor Manhattan, Shōkō Asahara i Robert Bolano. Na pierwszym planie natomiast ważna część historii czyli kobieta, jak ją Bóg stworzył. Tak, w książce sporo jest erotyzmu, w końcu nasz główny bohater kobiety uwielbia i podziwia ich piękno. Zresztą lektura w ogóle przeznaczona jest dla osób dorosłych (zachowania mieszkańców wyspy są pełne bestialskiej brutalności).

Kończąc, mogę tylko powiedzieć, że Lśnij, morze Edenu to na pewno powieść, którą będę pamiętać na długo. Ta hiszpańska eksplozja okazała się wspaniałą przygodą, a Ibáñez osiągnął swój cel i stworzył pełnoprawną fabułę połączoną z otoczką poezji. Mimo kilku rozwleczonych momentów, uważam że warto się z nią zapoznać. A ja dzięki autorowi zasłuchuję się w Brucknerze i szukam książek autorstwa Bolano!

http://magiel-kulturalny.blogspot.com/2017/07/przygodowa-fabua-z-magiczna-poetycka.html

pokaż więcej

 
2017-07-13 18:46:48
Ma nowego znajomego: 19Kinga_70
 
2017-07-08 21:39:54
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam
 
2017-07-08 21:37:40
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2017, Ulubione
Cykl: Pęknięta Ziemia (tom 2) | Seria: Imaginatio [SQN]

W grudniu zachwycałam się pierwszym tomem trylogii Pękniętej Ziemi - Piątą porą roku, która została laureatką m.in. nagrody Hugo. Była to właśnie jedna z tych książek, której kontynuacji wypatrywałam z niecierpliwością i na którą rzuciłam się od razu, kiedy dostałam ją w swoje ręce. Po skończonej lekturze zadałam sobie pytanie: czy sprostała moim wymaganiom, po świetnym pierwszym tomie?... W grudniu zachwycałam się pierwszym tomem trylogii Pękniętej Ziemi - Piątą porą roku, która została laureatką m.in. nagrody Hugo. Była to właśnie jedna z tych książek, której kontynuacji wypatrywałam z niecierpliwością i na którą rzuciłam się od razu, kiedy dostałam ją w swoje ręce. Po skończonej lekturze zadałam sobie pytanie: czy sprostała moim wymaganiom, po świetnym pierwszym tomie? Odpowiedź brzmi - oczywiście, że tak!

Zazwyczaj przy kontynuacjach powoli wkraczam z powrotem w świat przedstawiony, przypominam sobie bohaterów, koneksje między postaciami, wydarzenia z poprzednich tomów. Tym razem było inaczej - już od pierwszych stron poczułam się jak w domu. Znowu duża w tym zasługa drugoosobowej narracji, która tak świetnie się sprawdza w przypadku tej serii. Szczególnie, że po Piątej porze roku jesteśmy już świadomi kto opowiada nam tę historię, do kogo się zwraca i kim jest. Tym razem postać tego narratora zostanie trochę rozwinięta, a my dowiemy się trochę więcej na temat jego przyszłych planów związanych z Essun.

Właśnie - Essun. To naprawdę cudowna główna bohaterka. Jej przeszłość dość precyzyjnie przedstawił nam pierwszy tom, więc we Wrotach obelisków mamy do czynienia z w pełni wykreowaną postacią. Na dodatek tak oryginalną! Tak, to znowu bohaterka z silną, kobiecą osobowością, ale w tak różnym rodzaju od reszty występujących w fantastyce/dystopiach. Przede wszystkim różni ją wiek - Essun to ponad czterdziestoletnia, dojrzała kobieta. Do swoich celów podchodzi też trochę inaczej, bo nie porywa się z motyką na księżyc, a stara się analizować, uczyć, zrozumieć otoczenie. A wspólnotę, w której się znalazła zaczyna traktować jako swój nowy dom, którego mieszkańców chce uchronić przed efektami Piątej pory roku. Najbardziej jednak zależy jej na znalezieniu swojej córki, Nassun. I w tym miejscu należy wspomnieć o tym, że narracja jest dwutorowa - z jednej strony poznajemy dalsze losy Essun we wspólnocie, a z drugiej dowiemy się co stało się z jej córką, po rozpoczęciu Piątej pory roku.

Siłą rzeczy akcja książki też jest trochę podzielona. Wydarzenia we wspólnocie nie są przepełnione akcją - to raczej opisy zmieniającego się świata, pojawiających się w związku z tym problemów i tego, jak sobie z różnymi nowościami poradzić. Wiele zatem będzie rozmów z przywódczynią wspólnoty czy poznania funkcjonowania tego społeczeństwa. Jednak najciekawszym wątkiem w tej części książki okazał się ten dotyczący Alabastra i historii obelisków. Nie wiem dlaczego, ale po przeczytaniu drugiej części mam mocne skojarzenia z animowaną Atlantydą (te unoszące się obeliski, działające trochę za pomocą mocy; świat działający po kataklizmie; kobieta, zdolna połączyć się z ogromnymi kamieniami). I cóż, jestem bardzo ciekawa jak te wątki się rozwiną w kolejnej części, bo spodziewam się, że zajmą sporą jej część.
Druga część to historia Nassun, w której akcji jest już trochę więcej. Szczególnie, że dziewczyna wpada w dość interesujące towarzystwo. W tych segmentach uda nam się bliżej poznać charakter nastolatki, przejdziemy z nią przez szkolenie, a także, dzięki jej wątkowi, dokładniej poznamy intrygujące postacie Stróżów. Bardzo podobało mi się wspominanie momentów, w których Essun uczyła swoją córkę górotwórstwa, ukrywając się z tym przed mieszkańcami Yumenes, a przede wszystkim przed własnym mężem - dzięki temu postacie nabrały jeszcze więcej kolorów.

Książka wzbudziła we mnie dość silne emocje. Jedna ze scen sprawiła, że łzy stanęły mi w oczach - a wszystko to opisane oszczędnym językiem, przynoszącym jednak sporą falę emocjonalną. W takich przypadkach muszę się zgodzić, że mniej znaczy więcej. Porusza także fakt, że nadal można zauważyć zainteresowanie autorki tematem dyskryminacji całych grup społecznych ze względów od nich niezależnych - cech, z którymi po prostu się rodzą. Ten wątek wciąż się pojawia, przedstawiany jest z różnych perspektyw, a czytelnika wciąż może zadziwiać brutalność niektórych względem górotworów.

Jedyne czego mi brakowało to tego efektu wow, jaki towarzyszył mi podczas czytania pierwszej części. Wiadomo, że coś takiego trudno przebić. Ale spokojnie, Jemisin nadal zaskakuje, tylko to już nie jest na taką samą skalę co w Piątej porze roku.

Trylogia Pękniętej Ziemi trzyma na razie poziom bardzo dobry. To na pewno książki, o których niełatwo będzie zapomnieć, tak oryginalne w mrowiu pozycji z gatunku. Nadal załamuje mnie jedno - dlaczego one tak szybko się kończą? Zdecydowanie chcę już trzeci tom!

pokaż więcej

 
2017-06-28 20:43:37
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2017
Cykl: Sherlock Holmes (tom 3)

Każdy z nas ma chyba taką listę wstydu, na której znajdują się książki, które musimy przeczytać, ale wciąż brakuje na nie czasu. Na mojej można znaleźć całą masę klasyki, którą z mozołem nadrabiam. Najgorsze jest jednak to, że zaczynam to traktować jako takie swoiste zadanie - cel, do którego dążę. Później się okazuje, że klasyka sprawia mi nawet więcej czystej radości i dostarcza rozrywki niż... Każdy z nas ma chyba taką listę wstydu, na której znajdują się książki, które musimy przeczytać, ale wciąż brakuje na nie czasu. Na mojej można znaleźć całą masę klasyki, którą z mozołem nadrabiam. Najgorsze jest jednak to, że zaczynam to traktować jako takie swoiste zadanie - cel, do którego dążę. Później się okazuje, że klasyka sprawia mi nawet więcej czystej radości i dostarcza rozrywki niż współczesna literatura. Tak było niedawno z Hrabią Monte Christo, tak jest też teraz z Psem Baskervillów.

Nazwisko autora chyba wszyscy znają - Sir Arthur Ignatius Conan Doyle. Z wykształcenia lekarz, z pasją poświęcił się jednak pisaniu powieści. Najbardziej znaną postacią przez niego wykreowaną jest oczywiście Sherlock Holmes. Pierwowzorem tego bohatera był nauczyciel Doyle'a, lekarz królewski Joseph Bell.

Pamiętam, że w mojej rodzinnej biblioteczce był egzemplarz Przygód Sherlocka Holmesa. Ja jednak nigdy nie byłam fanką kryminałów, więc nie ciągnęło mnie do tej lektury, szczególnie że zawsze było coś lepszego do czytania (a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało). Jako że proza pana Doyle'a uznawana jest za klasykę podejrzewałam, że to lektura z rodzaju tych ciężkich, przy których trzeba się skupić i skoncentrować, a takich książek to miałam dość w szkole. Dlatego odkładałam te opowiadania w czasie, aż do teraz. I mam ochotę pogadać sobie z młodszą wersją mnie i wyperswadować jej z głowy te głupoty. Bo okazało się, że Psa Baskervillów czyta się po prostu cudownie.
Styl autora jest niesamowicie lekki, szczególnie biorąc pod uwagę lata, w których przygody Sherlocka opisywał. Nie będziemy odczuwać znużenia czy przeciągniętych na siłę wydarzeń. Całość jest przepełniona wartką akcją, a właśnie dzięki temu czytelnik bardziej doceni wszelkie opisy, które pojawiają się w treści. Moim zdaniem pan Doyle idealnie przedstawił tajemnicze trzęsawiska, które zamieszkuje przerażający pies. W zwięzły sposób wprowadził nas w klimat tego miejsca.

Wszyscy doskonale wiemy, że od dobrych kilku lat panuje moda na postać Sherlocka Holmesa. Powstały filmy ze znanym aktorem - Robertem Downey Jr., a przede wszystkim rekordy popularności wciąż bije brytyjski serial, w którym rolę detektywa odgrywa Benedict Cumberbatch. Dlatego sama postać Holmesa wydaje nam się bliska i czytając te przygody czujemy się trochę jakbyśmy wrócili do historii naszego dobrego znajomego. Bardzo ciekawie jest poznać ten pierwowzór, który nie różni się zbytnio od tego, którego wyobrażałam sobie na podstawie różnych adaptacji. To nadal król dedukcji, który potrafi wiele zaryzykować tylko po to, żeby znaleźć rozwiązanie danej zagadki. Chociaż tak naprawdę w przypadku Psa Baskervillów bliżej możemy poznać Watsona, który jest tutaj narratorem. To dzięki jego opowiadaniu i listom, które pisze dowiadujemy się wszystkiego na temat bieżących wydarzeń. Podobał mi się ten pomysł, ponieważ mieliśmy szansę na równi z nim analizować otrzymane wskazówki, a jednocześnie byliśmy niejako poza całym planem, który wymyślił sam Sherlock - dzięki temu daliśmy się zaskoczyć tak samo jak Watson.

Na tak niewielkiej ilości stron udało się autorowi wykreować kilka pełnokrwistych, barwnych postaci. Oprócz Henryka Baskerville'a, wokół którego toczy się cała intryga poznamy też wieloletnich służących jego rodu (którzy ukrywają kilka sekretów), ekscentrycznych sąsiadów (on - z zamiłowania botanik, ona - tajemnicza piękność), lekarza rodziny (który pragnie rozwikłać zagadkę klątwy rodu). Mimo że każdej z tych postaci poświęcono dość niewiele miejsca w książce, to mamy wrażenie jakbyśmy wiedzieli o nich naprawdę sporo.

Sama zagadka też jest bardzo ciekawa. Przede wszystkim intryga jest zgrabnie poprowadzona - dostajemy masę klocków, które w miarę czytania zaczynają wskakiwać na odpowiednie miejsca i tworzyć całość. Może nie doświadczymy tutaj efektu: wow, za nic w świecie się nie spodziewałam!, ale i tak kilka zaskoczeń powinno się pojawić.

Wydaje mi się, że każdy powinien przynajmniej dać szansę książkom o Sherlocku Holmesie. Podejrzewam, że wciągną Was tak jak mnie, i nawet się nie obejrzycie kiedy przewrócicie ostatnią stronę. To klasyk, który mimo upływu lat wciąż zapewnia mnóstwo rozrywki: postacie są barwne, opisy wprowadzają czytelnika w mroczny klimat, a zagadka zaskarbia uwagę od pierwszych stron. Polecam!


http://magiel-kulturalny.blogspot.com/2017/06/przerazajace-trzesawiska-i-psia-legenda.html

pokaż więcej

 
2017-06-25 18:24:31
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2017

Dla blogera nie ma bardziej motywującego momentu niż ten, w którym odzywają się do niego autorzy książek. Szczególnie debiutanci, którzy na rynku jeszcze nie są znani. Wydaje mi się, że powinniśmy być otwarci na tego typu propozycje, bo wspieranie młodych, niezależnych twórców należy do naszych zadań. Gdy dostaję tego typu maile zawsze się cieszę, ale przyznam, że wiele z propozycji zdarza mi... Dla blogera nie ma bardziej motywującego momentu niż ten, w którym odzywają się do niego autorzy książek. Szczególnie debiutanci, którzy na rynku jeszcze nie są znani. Wydaje mi się, że powinniśmy być otwarci na tego typu propozycje, bo wspieranie młodych, niezależnych twórców należy do naszych zadań. Gdy dostaję tego typu maile zawsze się cieszę, ale przyznam, że wiele z propozycji zdarza mi się odrzucać. Są po prostu gatunki, które mnie do siebie nie przekonują, więc nie decyduję się na czytanie czegoś, co raczej nie wpasuje się w mój gust. Kiedy jednak przeczytałam opis Iskier czasoświatu poczułam się szczerze zainteresowana.

Krzysztof Bonk od kilku lat mieszka w Wiedniu, a z zawodu jest akupunkturzystą. Jego pasją jest pisanie książek, niedawno zdecydował się je wydać w formie self publishingu. Na rynku pojawiło się jego sześć powieści, więc to taki zwielokrotniony debiut.

Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się wydanie książki. Wielu profesjonalnym wydawnictwom zdarzają się w tej kwestii wpadki, często okładki i wnętrze mnie do siebie nie przekonują. W tym przypadku autor zdecydował się na ujednolicenie swoich powieści i wszystkie okładki zostały zaprojektowane przez Agnieszkę Rysię Radziędę, a wnętrze zapełnia sporej wielkości czcionka, co jeszcze zwiększa tempo czytania.
Od pierwszych stron zostajemy wciągnięci w wir wydarzeń - na próżno tutaj szukać długich wstępów i opisów świata przedstawionego. Ciągła akcja ma jednak swoje plusy i minusy. Na pewno dzięki temu czyta się błyskawicznie, a strony niemal same się przerzucają. Jednak fakt, że każdy rozdział to niemal osobna historia sprawia, że bliżej tej powieści było do zbioru opowiadań z akcją w jednym uniwersum niż do pełnoprawnej fabuły. Dopiero gdzieś w połowie zaczyna się klarować oś fabularna, ale i wtedy autor nie rezygnuje z pomysłu skakania po czasie, a co za tym idzie, przedstawiania nam wciąż nowych bohaterów.

Jeżeli już jesteśmy przy bohaterach, to niestety miałam z nimi trochę problem. Polegał on na tym, że niewielu było takich, którzy jakkolwiek zapadli mi w pamięci. Oczywiście wszystko dlatego, że każdy rozdział przenosił nas w czasie, wciąż z innym bohaterem na czele. Taki jeden rozdział, nawet kilkudziesięciostronicowy, nie wystarczał na dostateczne rozwinięcie charakteru postaci. Mieliśmy więc masę bohaterów, którym zabrakło czasu na wzbudzenie w nas jakichś głębszych uczuć. Do żadnego się nie przywiązałam, żadnemu też nie kibicowałam. Szczególnie, że gdy już jakąś emocję wzbudzali, to były to raczej te nieprzyjazne. Wydaje mi się, że autor po prostu opisał nam wiele czarnych charakterów, którzy są napędzani przez negatywne emocje - a to zemstę, a to chęć władzy, a to strach. Równocześnie uczucia między samymi bohaterami też pojawiały się dość nagle i zazwyczaj były kierowane przez popęd seksualny. Tak, scen łóżkowych w powieści jest dość sporo, wydaje mi się, że lepiej byłoby z niektórych zrezygnować i skupić się na eksploatacji cech charakteru poszczególnych postaci.
Za to zdecydowanie na plus oceniam wybór miejsc akcji, a raczej czasu akcji. Autor zdecydował się na skoki w czasie, które wysyłało przykładowo osobę z XXI wieku do czasów średniowiecznych, a następnie kogoś ze starożytnego Rzymu na pokład statku kosmicznego. Może trochę zabrakło mi tutaj opisów adaptacji w nowym otoczeniu poszczególnych postaci, ale same miejsca uważam za naprawdę trafne. Na pewno dawały spore pole do popisu.

Żałuję, że faktyczna fabuła książki tak długo nabierała rozpędu, autor poświęcił zbyt wiele czasu na poszczególne opowiadania. Kiedy już pojawiło się trochę więcej wyjaśnienia czytało się z większą uwagą, szczególnie że końcówka była naprawdę dobra.

Iskry czasoświatu to ciekawa powieść na temat podróży w czasie, jednak niepozbawiona wad. Oceniając ją biorę pod uwagę, że to książka autora debiutującego na naszym rynku, za którego będę na pewno trzymała kciuki i kibicowała w przyszłych planach wydawniczych. Zresztą już zerknęłam na inne jego pozycje - nie zamyka się jedynie na jeden gatunek literacki, bo w jego dorobku można znaleźć nawet przesłodzoną komedię romantyczną. Ja jestem zainteresowana. A co do Iskier czasoświatu - czytać czy nie czytać - wybór zostawiam Wam.

http://magiel-kulturalny.blogspot.com/2017/06/w-podrozy-przez-czas-iskry-czasoswiatu.html

pokaż więcej

 
2017-06-17 15:53:07
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2017

Bernhard Schlink znany jest przede wszystkim jako autor bestsellera - książki Lektor (o której pisałam TUTAJ). Podczas sięgania po jego najnowszy tytuł towarzyszyła mi nutka ekscytacji. Bo czy zapoznanie się z najbardziej popularną książką tego autora nie postawiło za wysoko poprzeczki? I czy tym razem znowu z radością dam się pochłonąć historii przedstawianej przez niemieckiego pisarza?... Bernhard Schlink znany jest przede wszystkim jako autor bestsellera - książki Lektor (o której pisałam TUTAJ). Podczas sięgania po jego najnowszy tytuł towarzyszyła mi nutka ekscytacji. Bo czy zapoznanie się z najbardziej popularną książką tego autora nie postawiło za wysoko poprzeczki? I czy tym razem znowu z radością dam się pochłonąć historii przedstawianej przez niemieckiego pisarza? Okazało się, że obawy były jak najbardziej bezpodstawne - Kobieta na schodach nie zawodzi.

Trudno byłoby nie zauważyć wielu podobieństw między tą pozycją a Lektorem. Zdecydowanie można wyczuć w nich pewne pierwiastki, które jednoznacznie wskazują, że autorem jest ta sama osoba. Znowu pojawia się tematyka prawa i sprawy sądowej. Widać że Schlink, profesor nauk prawnych, wykorzystuje znajomość tej dziedziny, wprawnie wplatając ją w fabułę kolejnej książki. Tym razem zawód głównego bohatera jest niejako punktem wyjścia dla historii - to w sprawie konfliktu prawnego zwracają się do niego Schwind, malarz, który chce odzyskać swoje dzieło, wiszące w willi Gundlacha oraz atrakcyjna, intrygująca Irena, była żona właściciela obrazu. Przez cały początek książki jesteśmy świadkami przepychanek słownych i wzajemnych oskarżeń dwóch panów. Poznajemy nerwowego Schwinda, który uważa obraz Kobieta na schodach za dzieło swojego życia i nie potrafi pogodzić się z tym, że ten wisi na ścianie jego wroga. Gundlach natomiast to człowiek zraniony, jego żona, Irena, opuściła go dla ekscentrycznego malarza, toteż mężczyzna stawia się rywalowi i nie zamierza opuścić pola walki.

Podobał mi się fakt, że tym punktem zapalnym był właśnie obraz, tak prosty w swoim przesłaniu, a zarazem tak wyjątkowy, iż potrafił wzbudzać ogromne emocje. Jednak szybko się okazało, że to nie dzieło sztuki będzie w centrum wydarzeń, a jest ono tylko pretekstem do zwrócenia uwagi na osobę znajdującą się na obrazie, czyli na Irenie. Kobieta, która w pierwszej części historii wydaje nam się oderwana od rzeczywistości, jej działania nie potrafią dać nam pełnej perspektywy jej charakteru. Wiemy jedynie, że potrafi rozsiewać swój czar na tyle, żeby rozkochać w sobie dwóch walczących o obraz mężczyzn i zaintrygować naszego głównego bohatera.

Początek książki nie frapuje jednak tak, jak było to w przypadku Lektora. To przyjemna, obyczajowa historia, która jednak nie wzbudza w czytelniku głębszych emocji. Wszystko jednak nabiera kolorów w kolejnych częściach powieści, które dzieją się wiele lat później. Wtedy następuje ponowne spotkanie trójki mężczyzn z tajemniczą Ireną, a także z (na długo zaginionym) obrazem Kobiety na schodach. Autor bardzo dobrze sobie poradził z powolnym odkrywaniem przed czytelnikami kart charakteru głównej kobiecej postaci. Dzięki temu początkowa łatka/ocena, którą jej przypasowaliśmy ulega zmianie i tak naprawdę ewoluuje do ostatnich stron książki. Jednak postać głównego bohatera podobała mi się już mniej niż w poprzedniej książce autora. Może brakowało mi szerzej opisanego procesu zmian, które w nim zachodziły? Uważam, że trochę za szybko nastąpiła zmiana z chłodnego, racjonalnego mężczyzny do goniącego za fantazją chłopaka. Co prawda, i tak miło, że jego charakter ewoluował podczas trwania historii, ale brakowało mi trochę rozwinięcia tego momentu zmiany.

Muszę przyznać, że element, który spodobał mi się najbardziej dotyczył traktowania kobiet przez mężczyzn odnoszących sukcesy. Czy w ogóle było tam miejsce na uczucie? A może piękną Irenę traktowali jedynie jako swoje trofeum, kolejny bonus w drodze na szczyt? Jako muzę, niemal przedmiot, który warto trzymać przy sobie? Ciekawe rozważania, które zajmują głowę czytelników, ale także bohaterów, a odpowiedzi na te pytania poznajemy razem z nimi.

Kobieta na schodach to również książka o pokonywaniu barier, o tym, że czasami warto pójść o krok dalej, bo pomimo cierpienia możemy doświadczyć rzeczy pięknych i chwil wartych zapamiętania. Dowiemy się też, że poświęcenie się dla innych, może do nas wrócić. I czasami warto pomagać nawet w sytuacjach beznadziejnych, kiedy nie ma już nadziei.
Najnowsza powieść Bernharda Schlinka nie jest może tak dobra jak Lektor, ale to kolejna lektura, którą czytało mi się z przyjemnością, fabuła skrywała kilka prawdziwych asów w rękawie, a bohaterowie pokazywali niejedno oblicze. Moim zdaniem warto po nią sięgnąć, chociażby dla magicznego stylu autora.



http://magiel-kulturalny.blogspot.com/2017/06/czasami-warto-zrobic-krok-naprzod-zeby.html

pokaż więcej

 
2017-06-15 18:08:05
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2017
Autor:
Seria: Liberatura
 
2017-06-13 08:15:29
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2017
Cykl: Czaroziemie (tom 2)

W swojej opinii na temat poprzedniego tomu wspominałam o rozczarowaniu jakie mi towarzyszyło przy lekturze Prawdodziejki. Spodziewałam się po prostu czegoś naprawdę mocnego, a otrzymałam dość zwykłą młodzieżówkę, zawierającą jednak kilka ciekawych wątków. Na ich rozwinięcie i pojawienie nowych liczyłam z całego serca. Miałam nadzieję, że autorka wyjaśni trochę bliżej system magiczny, żebyśmy... W swojej opinii na temat poprzedniego tomu wspominałam o rozczarowaniu jakie mi towarzyszyło przy lekturze Prawdodziejki. Spodziewałam się po prostu czegoś naprawdę mocnego, a otrzymałam dość zwykłą młodzieżówkę, zawierającą jednak kilka ciekawych wątków. Na ich rozwinięcie i pojawienie nowych liczyłam z całego serca. Miałam nadzieję, że autorka wyjaśni trochę bliżej system magiczny, żebyśmy lepiej poznali ten świat. Liczyłam na pogłębienie charakterów nam już znanych i dokładniejsze opisy postaci rzadziej się pojawiających. A nade wszystko chciałam, żeby autorka ruszyła krok dalej w kreowaniu tego głównego celu, do którego cała historia ma zmierzać. I cóż, po raz kolejny się przejechałam.

Nie bądźcie zdziwieni, że w recenzjach natkniecie się na spore rozbieżności na temat tempa akcji Wiatrodzieja. Niektórzy piszą o tym, jak zostaniemy wrzuceni w wir wydarzeń, a inni twierdzą, że druga część jest o wiele spokojniejsza, wręcz nic się tam nie dzieje. I nie, to nie tak, że każdy czyta inną książkę. Po prostu na akcję opisaną przez autorkę można spojrzeć dwojako. Bo tak, dzieje się niby sporo, szczególnie, że wydarzenia poznajemy z perspektywy wielu bohaterów. Ale koniec końców nie dzieje się nic naprawdę ważnego i frapującego, co faktycznie można by uznać za przyspieszenie właściwej akcji książki. Niestety, kiedy co chwilę któryś z bohaterów wpada w tarapaty i historia opiera się tylko na tym, jak poszczególne postacie sobie z takimi kłopotami radzą, to główna oś książki gdzieś się rozmywa. I to w tej kwestii mam najwięcej do zarzucenia Wiatrodziejowi. Bo tak bardzo liczyłam na rozwój wydarzeń, przybliżenie historii pary Cahr Awen, mitycznej dwójki, która ma przywrócić równowagę magiczną w krainie. Moim zdaniem to powinien być najważniejszy wątek książki, a niestety zostaje wspomniany mimochodem jedynie kilka razy.
 
Na czym w takim razie skupia się fabuła? Właśnie trudno jednoznacznie określić. Przez to, że autorka zdecydowała się na wielogłos w narracji to otrzymaliśmy tak jakby kilka osobnych historii. Czyli: Aeduan ma na celu złapanie i dostarczenie więziosiostry - Iseult; Merik postanawia dokonać zemsty na swojej siostrze Vivii; Safi wpada w towarzystwo piekielnych bardów, od których stara się uciec, a Iseult stara się dotrzeć do swojej przyjaciółki. I mimo że jakieś wątki się przeplatają (Aeduan i Iseult) to i tak czułam się jakbym po prostu czytała kilka różnych historii, umiejscowionych w jednym świecie przedstawionym.

Moim zdaniem akcja jeszcze mogłaby się wybronić, gdyby autorka zrezygnowała z historii Safi, która wnosiła najmniej do całości. Kiedy już zaczynałam się wciągać w losy Merika czy Iseult i Aeduana, to wprowadzanie wątku Safi wszystko niszczyło i odbierało radość z czytania. Najjaśniejszymi momentami były moim zdaniem te, których bohaterem był Merik. Postać zdecydowanie zyskuje na charakterze w drugim tomie. To już nie jest rozpieszczony książę, a rozgoryczony, szukający zemsty człowiek. Na dodatek to w jego wątku dostajemy najciekawsze elementy - osobliwego antagonistę czy intrygującą postać Vivii. Moim zdaniem najlepszą decyzją było wprowadzenie jej jako nowej bohaterki, gdyż wniosła trochę życia i koloru do świata Czaroziem. 
Wątek Iseult i Aeduana miał ciekawe momenty, ale cóż, po pierwszym tomie liczyłam na o wiele więcej. Moim zdaniem ta para miała ogromne pokłady potencjału, który został wykorzystany w minimalnym stopniu. Tak naprawdę najbardziej zaciekawiona byłam podczas ich ostatnich kilku rozdziałów, gdzie pojawia się nowy element układanki, zdecydowanie intrygujący. Szkoda, że tak późno.

http://magiel-kulturalny.blogspot.com/2017/06/historia-cierpi-przez-brak-umiaru.html
Żałuję trochę tych podwalin, które autorka stworzyła w pierwszym tomie. Z książki o przyjaźni zostało tylko wspomnienie, Wiatrodziej to po prostu zlepek krótkich scenek akcji, czasem bardziej wciągających, a czasami wręcz nudnych. Wydaje mi się, że Dennard nie potrafiła skupić się na głównej osi fabularnej, więc dorzuciła mnóstwo wątków pobocznych, które nie zachwycają, a nawet przeszkadzają w odbiorze całości. Może uda jej się wrócić na dobre tory w kolejnym tomie? Kto to wie.

Nie jest też tak, że książka jest zła. To naprawdę miła lektura do przeczytania, przykładowo w komunikacji miejskiej. Nie potrzeba wiele uwagi czytelnika, styl autorki jest lekki i przyjemny. Jeżeli ktoś nie jest wymagającym fanem fantastyki (cóż, ja trochę jestem) to powinien być zadowolony.

Seria Czaroziem nie jest skierowana do wszystkich. Powinna się spodobać, jeżeli szukacie czegoś lekkiego, rozrywkowego, bez wymyślnej fabuły i zawiłych relacji. To dość prosta historia, do której autorka wrzuciła bardzo dużo wątków, dzięki czemu ciągle się coś dzieje, chociaż niekoniecznie wnosi to coś więcej do głównej historii. Moim oczekiwaniom Wiatrodziej nie sprostał, ale może Tobie się spodoba? Warto się przekonać na własnej skórze.

pokaż więcej

 
2017-06-10 13:19:28
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-06-10 11:57:16
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-06-08 16:47:20
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2017

Ekranizacja Daldry'ego bardzo mi się podobała, chociaż pamiętam już ją raczej mgliście - oceniałam ją pięć lat temu. Dlatego sięgnięcie po pierwowzór wydawało się tak dobrym pomysłem.

Bernhard Schlink urodził się w 1944 roku. Z wykształcenia jest profesorem nauk prawnych, jednak oprócz artykułów naukowych zajmuje się również beletrystyką. To dzięki powieści Lektor zdobył światową sławę,...
Ekranizacja Daldry'ego bardzo mi się podobała, chociaż pamiętam już ją raczej mgliście - oceniałam ją pięć lat temu. Dlatego sięgnięcie po pierwowzór wydawało się tak dobrym pomysłem.

Bernhard Schlink urodził się w 1944 roku. Z wykształcenia jest profesorem nauk prawnych, jednak oprócz artykułów naukowych zajmuje się również beletrystyką. To dzięki powieści Lektor zdobył światową sławę, miejsce na liście bestsellerów i liczne nagrody, a książkę przetłumaczono na ponad pięćdziesiąt języków. Najnowsza pozycja Schlinka, Kobieta na schodach, pojawiała się niedawno na naszym rynku wydawniczym, za sprawą wydawnictwa Rebis (jej recenzja ukaże się wkrótce na blogu, a dodatkowy egzemplarz będzie do wygrania w konkursie).

Zawsze pojawia się problem, kiedy po raz kolejny odkrywamy jakąś historię. Zazwyczaj ekranizacja nie jest tak dobra, kiedy znamy szczegóły zawarte w książce, natomiast pierwowzór może rozczarować, kiedy fabularne zaskoczenia omijają nas, za sprawą obejrzanego wcześniej filmu. Na szczęście zdarzają się wyjątki, które sprawiają, że ponowne zanurzenie się w historii funduje nam kolejną emocjonalną wycieczkę. Mogę to oczywiście zwalić na dość długi okres czasu, który minął odkąd obejrzałam ekranizację, ale wolę wierzyć, że książka Schlinka po prostu wywołuje takie emocje, niezależnie od istniejącego filmu. Na dodatek to, co było największą siłą filmu, czyli zaskakujący twist w akcji, tutaj nie zwala z nóg, a jednak wciąż książka absorbuje sto procent uwagi czytelnika.

Kiedy wzięłam po raz pierwszy Lektora do rąk zdziwiła mnie trochę jego objętość. To naprawdę króciutka powieść - nie wystarcza fakt, że ma niewiele ponad 200 stron, ponieważ dodatkowo czcionka jest naprawdę sporych rozmiarów. Możecie z tego łatwo wywnioskować, że książkę czyta się w błyskawicznym tempie.

To, czym powieść zachwyca, jest przede wszystkim narracja, prowadzona w pierwszej osobie. Michael Berg przedstawia wszystkie wydarzenia ze swojej perspektywy, dzięki czemu możemy się z nim identyfikować, a dalej - poznać tok jego myśli i postarać się spojrzeć na tę historię jego oczyma. Dzięki lekkiemu, nienachalnemu, ale zarazem artystycznie nacechowanemu stylowi autora, możemy wniknąć w duszę młodego chłopaka i poznać wszystkie targające nim namiętności. Trzeba zaznaczyć, że pierwsza część książki skupia się przede wszystkim na rozkwitającym związku między Michaelem a Hanną, czyli możemy spodziewać się sporo opisów młodzieńczych żądz i gorących scen między tą dwójką. Wszystko oczywiście opisane pięknym, literackim językiem, zatem: bez obaw!
Po przeczytaniu książki można zacząć się domyślać czym autor się interesuje - wszystko za sprawą procesu sądowego, który zajmuje sporo miejsca w powieści. Na szczęście nie zostajemy zamęczeni absolutnie żadną zbędną nomenklaturą prawniczą. Jest zwięźle i na temat, ale równocześnie zgodnie z prawem i intrygująco. Każda kolejna rozprawa przynosi nowe fakty, które zaciekawiają i sprawiają, że z zaciśniętym gardłem czekamy na rozwiązanie sprawy.

Dlaczego jednak Lektor zdobył aż taką sławę? Wydaje mi się, że cały ten sukces (obok pięknej narracji, porządnie nakreślonej relacji między dwójką bohaterów i elementu zaskoczenia) zawdzięcza postawieniu czytelnika w pozycji człowieka oceniającego. Automatycznie po skończeniu lektury mamy ochotę się zastanowić nad etyczną, moralną stroną postępowania każdego z bohaterów. Możemy pochylić się nad ich poszczególnymi decyzjami, określić czy postąpili dobrze czy źle, a potem postawić się na ich miejscu i starać się zrozumieć to co uczynili, będąc w danych okolicznościach.
Dodatkowym atutem dla książkoholików jest oczywiście temat powieści, które Michael czyta Hannie. Będziemy mogli spotkać się z kilkoma, bardziej lub mniej znanymi, książkami. Ja lubię takie tytuły wyłapywać i dopisywać do swojej listy.

Cóż ja mogę dodać? Książkę po prostu warto przeczytać, a szczególnie do sięgnięcia po nią zachęcam tych, którzy fabuły nie znają z ekranizacji. Element zaskoczenia, który wprowadził tu Schlink naprawdę robi wrażenie. Dla tych, którzy film widzieli, będzie to miłe przypomnienie, z narracyjnie piękną otoczką. Polecam!

http://magiel-kulturalny.blogspot.com/2017/06/pasjonujaca-znajomosc-z-tajemnica.html

pokaż więcej

 
2017-05-23 16:54:52
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2017
Cykl: Czas Żniw (tom 1) | Seria: Imaginatio [SQN]

Cykl Czasu Żniw od jakiegoś czasu zyskuje coraz większy rozgłos. Osobiście zaczęłam się nim interesować ponad rok temu, kiedy zakupiłam dwie pierwsze części, ale wciąż nie miałam czasu się za nie zabrać, chociaż kusiły z półki. Jeszcze w styczniu zaplanowałam, że w tym roku muszę je nadrobić i na szczęście udało mi się lekturę Czasu Żniw wcisnąć w napięty grafik.

Samantha Shannon urodziła...
Cykl Czasu Żniw od jakiegoś czasu zyskuje coraz większy rozgłos. Osobiście zaczęłam się nim interesować ponad rok temu, kiedy zakupiłam dwie pierwsze części, ale wciąż nie miałam czasu się za nie zabrać, chociaż kusiły z półki. Jeszcze w styczniu zaplanowałam, że w tym roku muszę je nadrobić i na szczęście udało mi się lekturę Czasu Żniw wcisnąć w napięty grafik.

Samantha Shannon urodziła się w Londynie, w 1991 roku. Od razu możemy się trochę nadziwić, że tak młoda osoba zyskała taką sławę (jest w moim wieku!). Otóż, jej debiut (!), czyli Czas Żniw został sprzedany w 21 krajach, zostały również wykupione prawa do ekranizacji. Pozostaje jej gratulować i trzymać kciuki za dalszą karierę.

Z książką miałam problem, często spotykany przy sięganiu po światowe bestsellery, ogólnie chwalone przez znajomych. Miałam zbyt wysokie oczekiwania, którym lektura nie sprostała. Spodziewałam się swoistego arcydzieła młodzieżowej dystopii, a dostałam ciekawą historię, która okazała się nie budzić u mnie zachwytu, który pojawiał się u innych, licznych czytelników. To kolejny argument za tym, że powinnam przestać nastawiać się na genialne powieści, po przeczytaniu licznych pochwalnych recenzji - cóż, czasami moje zdanie jest różne od większości.

Nie chciałabym tutaj bynajmniej powiedzieć, że Czas Żniw mi się nie spodobał. I nawet wydaje mi się, że rozumiem czym tak bardzo chwycił za serca czytelników. Książka jest przede wszystkim niezwykle oryginalna. Mimo że korzysta z kilku schematów, jak uzdolniona nastolatka, kryminalna, podziemna szajka czy przeniesienie do miejsca, w którym młodzi zdolni przechodzą szkolenie, to cała otoczka sprawia, że te powtórki z rozrywki nie przeszkadzają. Wszystko za sprawą pomysłu z jasnowidzami, wykorzystaniem zaświatów, duchów, aur, wróżenia z kart - cały system magiczny jest tutaj doprawdy na wysokim poziomie. Niestety, przez to że jest on tak rozbudowany to początek powieści niezwykle mnie zmęczył. Autorka zasypuje nas pojęciami, które trudno zrozumieć i dopiero gdzieś w połowie potrafiłam sobie większość faktów poukładać. Nie chodzi o to, że nie lubię długiego kreowania świata przedstawionego (wręcz przeciwnie, nawet wolę takie, chociażby jak w przypadku Drogi Królów Sandersona). Jednak pani Shannon nie poradziła sobie z powolnym wprowadzaniem czytelnika w swój świat. Postanowiła zasypać go informacjami, a dla swojego usprawiedliwienia dorzuciła na końcu słowniczek pojęć (który odkryłam po przeczytaniu całości - BRAWO JA.). Dlatego mogę stwierdzić, że pomysł na magię i świat był świetny - wykonanie już nie bardzo.

Chciałabym pochwalić tutaj bohaterów, jednak nie mogę tego z czystym sumieniem zrobić. Główna postać, z której perspektywy poznajemy całą historię zyskała moją sympatię, mimo dość wycofanego charakteru i pewnej oziębłości, która od niej biła. Przynajmniej była dość stała przez całość książki i nie miała zbyt wielu młodzieżowych problemów, które tak mnie męczą w tego typu literaturze. Najciekawiej wypada Naczelnik, który jest w sumie drugą dobrze wykreowaną postacią w Czasie Żniw. Budzi w czytelniku uczucie zainteresowania i to o nim chciało się czytać najwięcej. Szczególnie, że autorka powoli odkrywała karty jego charakteru. I gdyby książka skupiła się w stu procentach na tych dwóch bohaterach to byłabym zadowolona. Niestety, pojawia się dość sporo postaci drugoplanowych, które są tak lekko zarysowane, że o żadnej z nich nie potrafiłabym napisać więcej niż po dwa zdania. I na dodatek kiedy któraś z tych postaci stawała się ranna, czy nawet umierała, nie odczuwałam tego w żaden sposób, ponieważ nie miałam czasu na przywiązanie się do którejkolwiek z nich. Może autorka nadrobi ten mankament w kolejnych częściach, ja mam taką nadzieję.

Dużym plusem książki jest sama fabuła, koleje losu opowiedziane przez autorkę i to jakie niosą ze sobą przesłanie. Krytyka systemu totalitarnego, przedstawienie historii z perspektywy uciskanych przez rządzących grup społecznych wypada naprawdę bardzo dobrze. Widać, że autorka czerpie z bliskiej nam przeszłości, a zarazem przestrzega przed popełnianiem tych samych błędów. To na pewno aspekt, który najbardziej mi się spodobał.
Jeżeli chodzi o wątek romantyczny, który jak na młodzieżową fantastykę przystało, oczywiście się pojawia, to podchodzę do niego dość ambiwalentnie. To na pewno nie był jeden z lepszych wątków w książce, poprowadzony bez zbędnych fajerwerków, z kilkoma kamieniami milowymi po drodze, ale żaden z nich nie wzbudził we mnie większych emocji i finalnie w tę miłość nie do końca uwierzyłam. Jednak zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek i liczę, że z biegiem czasu ulegnie on poprawie.

Czas Żniw nie okazał się tak dobry, jak większość to twierdziła, ale to wciąż lektura, która potrafi zaintrygować. Szczególnie wpływa na to wybór tematu jasnowidzenia i zaświatów, w połączeniu z krytyką totalitaryzmu i rasizmu. Na pewno dam szansę kolejnym tomom, chociaż liczę na bardziej dopracowane sylwetki bohaterów. Obym się nie zawiodła.




http://magiel-kulturalny.blogspot.com/2017/05/spojrz-w-zaswiaty-czas-zniw-samantha.html

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
825 173 1361
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (56)

Ulubieni autorzy (8)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (10)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd