Mirya 
micha-kultury.pl
27 lat, kobieta, Dytmarów/Wrocław, status: Czytelniczka, dodała: 2 książki i 24 cytaty, ostatnio widziana 1 dzień temu
Teraz czytam
  • Dawca Przysięgi. Część 1
    Dawca Przysięgi. Część 1
    Autor:
    W „Dawcy Przysięgi”, trzecim tomie bestsellerowego Archiwum Burzowego Światła, ludzkość musi stawić czoło nowemu Spustoszeniu i powrotowi Pustkowców – wroga, którego liczebność jest równie wielka, jak...
    czytelników: 4283 | opinie: 144 | ocena: 8,36 (1633 głosy) | inne wydania: 2
  • Mansfield Park
    Mansfield Park
    Autor:
    Klasyczna powieść miłosna utrzymana w atmosferze prowincjonalnej XIX-wiecznej Anglii. Fascynujący obraz stosunków społecznych w świecie ulegającym wpływom nowoczesności i jednocześnie hołdującym dawny...
    czytelników: 8542 | opinie: 201 | ocena: 6,93 (3802 głosy) | inne wydania: 20
  • Żałobne opaski
    Żałobne opaski
    Autor:
    Ciąg dalszy opowieści znanej ze "Stopu prawa" i "Cieni tożsamości", dziejącej się w fantastycznym odpowiedniku dziewiętnastowiecznej Ameryki. "Żałobne Opaski" to mityczne...
    czytelników: 2651 | opinie: 65 | ocena: 7,99 (987 głosów) | inne wydania: 3

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-11-13 17:57:13
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
 
2018-11-11 18:21:45
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2018
Cykl: Saga [The Band] (tom 1)

Któż nie lubi słuchać historii o nieustraszonych bohaterach - pięknych, młodych, pełnych wigoru i energii, do których dziewczyny nocą wzdychają, a chłopcy zazdroszczą i pragną być tacy jak oni? W fantastyce możemy znaleźć całe mnóstwo takich postaci pierwszoplanowych, jesteśmy do nich już przyzwyczajeni i rzadko zdajemy sobie sprawę z tego jak wyświechtany jest to pomysł na protagonistów.... Któż nie lubi słuchać historii o nieustraszonych bohaterach - pięknych, młodych, pełnych wigoru i energii, do których dziewczyny nocą wzdychają, a chłopcy zazdroszczą i pragną być tacy jak oni? W fantastyce możemy znaleźć całe mnóstwo takich postaci pierwszoplanowych, jesteśmy do nich już przyzwyczajeni i rzadko zdajemy sobie sprawę z tego jak wyświechtany jest to pomysł na protagonistów. Dopiero po przeczytaniu debiutu literackiego Nicholasa Eamesa uderzyło mnie jak dobrze czasami towarzyszyć w fantastycznych przygodach trochę innym bohaterom.

Królowie Wyldu podbili zagraniczny rynek książkowy. Nicholas Eames zdobył za swoją powieść garść nagród i wygrał kilka plebiscytów, a na zagranicznych portalach literackich pozycja ta ma naprawdę dobre oceny. W Polsce jakoś o niej ciszej, ale mam nadzieję, że to się zmieni i więcej osób dołączy do fanów Sagi. Tak jak dołączyłam i ja.

Kiedy wymuskanych młodzianów zastępują emerytowani najemnicy można spodziewać się różnych scenariuszy, a autor wybiera najlepszy z możliwych. Ci starzy wyjadacze dają radę lepiej niż niejeden nastolatek! Prawda, że czasami im w plecach coś chrupnie albo brzuszek piwny przeszkodzi we wspinaniu się na wzgórza, ale z ich wnętrza bucha prawdziwy ogień. I temperatura nie spada w tej powieści ani na chwilę - akcja jest wartka, a każdy rozdział przynosi nowych bohaterów i emocjonujące przygody. W tej kwestii to taka typowa fantastyczna powieść drogi, w której postacie podczas podróży do celu natykają się na różne przeszkody do pokonania. A ja tęskniłam za tego typu rozrywkową lekturą.

Świat przedstawiony jest może dość sztampowy - mamy tajemniczy, budzący trwogę las, w którym roi się od potworów, kilka grodów, rządzonych przez majętnych władców i naglący problem - oblężoną przez hordę Castię. Głowy rodów zastanawiają się czy wysyłać posiłki na ratunek czy pozwolić miastu upaść. Naszym bohaterom bliższa jest inna sprawa - na czele ostatniej linii obrony Castii stoi Rose, córka Gabriela z niegdyś najlepszej grupy najemników, czyli Sagi. A żeby było jeszcze ciekawiej, to aby dostać się do miasta trzeba oczywiście przejść przez najeżony potworami las. Stwory natomiast przypominają postaci z gier RPG. Co prawda w najbardziej znaną, Dungeons&Dragons nie miałam okazji grać, ale kobolty i wywerny okupowały także świat Warcrafta.

Siła powieści Nicholasa Eamesa tkwi niezaprzeczalnie w kreacji bohaterów, a szczególnie pierwszoplanowego, Claya Coopera. Kiedy go poznajemy pracuje jako strażnik na murach miasta, stara się uciułać z żoną na otwarcie gospody, a wieczorami słucha opowieści swojej dziewięcioletniej córki o złapanych nad rzeką żabach. Wydawać by się mogło, że trudno o nudniejszego jegomościa. Tym bardziej zadziwiają odkrywane powoli historie z jego przeszłości, a kiedy zbliża się koniec powieści z czystym sercem przyznałam, że to jeden z najlepszych bohaterów we współczesnej fantastyce. Cichy, na większość pytań odpowiadający wzruszeniem ramion, ale zarazem na wskroś dobry, pomocny i kochany. Oczywiście nie moglibyśmy poznać bliżej jego charakteru, gdyby nie zestawienie go z resztą członków Sagi. Autor postarał się, żeby każdy był barwny na swój sposób. Złoty Gabriel, który niegdyś był niejako liderem grupy, teraz wydaje się szarą myszką, która musi się ukorzyć i poprosić o pomoc w ratowaniu córki. Korg, ekscentryczny mag, któremu zdarzają się liczne pomyłki podczas rzucania czarów, ale zarazem jest genialnym wynalazcą. Matrick, zaglądający za często do butelki, który za sprawą dobrego mariażu został królem jednego z grodów. I Ganelon, o którym lepiej za wiele nie pisać, żeby nie zdradzić niespodzianki. A każdy z nich ma zdolności, które połączone tworzą element, dzięki któremu okrzyknięto ich najlepszą grupą najemników wszech czasów.

Mając na podorędziu takich bohaterów nie możemy się nudzić. Korg i Matrick dokładają porcję humoru, ale przede wszystkim wśród Sagi wyczuwalna jest prawdziwa więź rodzinna. Mimo tego, że lata świetności dawno mają już za sobą decydują się na podróż wgłąb przerażającego, pełnego potworów Wyldu w szczytnym celu. Zostawiają swoje życie codzienne, zbierają manatki i idą, bo kiedy rodzina potrzebuje pomocy to trzeba stawić się na wezwanie. Piękny jest moment podczas bitwy, w którym wyznają sobie braterską miłość. Naprawdę ciężko nie polubić tej zgrai podstarzałych łobuzów.

Jeżeli zajrzycie na oryginalną okładkę książki to zobaczycie, że czcionka, jaką wypisany jest tytuł, przywodzi na myśl te, którymi wypisywane są nazwy dużych zespołów rockowych. W treści ukryte są bowiem odniesienia do tego typu muzyki lat 80tych. W polskim przekładzie sprawa ma się trochę inaczej, ale podejrzewam, że budzi podobne emocje. Robert J. Szmidt poradził sobie z przeniesieniem świata Eamesa na nasze rodzime poletko i dzięki temu możemy spotkać na kartach powieści takie postaci jak Gerald Biały Wilkor i grupy najemników o nazwach: Ich Stroje, Czerwone Topory, Poparzeni Magmą Trzy.

Jest w Królach Wyldu taka scena: bohaterowie wychodzą na arenę walczyć z chimerą, następuje ładna ekspozycja każdego z nich, opis noszonej broni, pancerzu, no - high fantasy pełną gębą. Opis jednak kończy się tym, że otwierają się wrota do legowiska chimery, a Clay Cooper nie wytrzymuje i zwraca swoje śniadanie przed milionami gapiów, bo dzień wcześniej z chłopakami za dużo wypili. I taka jest właśnie ta książka - łączy to, co kochamy w typowym fantasy z humorem i odmiennymi bohaterami. Po przebrnięciu przez pierwsze sto stron możemy już rozkoszować się w pełni światem, wykreowanym przez Eamesa. Ja na pewno do niego wrócę na drugą część.

http://www.micha-kultury.pl/2018/11/renomowani-najemnicy-wracaja-do-akcji.html

pokaż więcej

 
2018-10-14 11:09:53
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2018

Bardzo często kuszą mnie książki nagradzane, wyróżniane w różnych konkursach i plebiscytach. Mimo że opis Manhattan Beach wydawał mi się mało interesujący, to już określenie jej powieścią roku przez mieszkańców Nowego Jorku, nominacja do National Book Award i fakt, że autorka była wcześniej nagrodzona Pulitzerem przyciągało mnie do powieści jak magnes. Trudno też było nie zauważyć całej masy... Bardzo często kuszą mnie książki nagradzane, wyróżniane w różnych konkursach i plebiscytach. Mimo że opis Manhattan Beach wydawał mi się mało interesujący, to już określenie jej powieścią roku przez mieszkańców Nowego Jorku, nominacja do National Book Award i fakt, że autorka była wcześniej nagrodzona Pulitzerem przyciągało mnie do powieści jak magnes. Trudno też było nie zauważyć całej masy pozytywnych recenzji po premierze. Niestety, w tym przypadku pełne ekscytacji oczekiwania roztrzaskały się o nużącą fabułę.

W Manhattan Beach śledzimy niejako dwa osobne wątki, z których obszerniejszym jest ten dotyczący Anny, a pobocznym jest burzliwa historia podróży morskiej jej ojca. Chociaż oba mają mocne momenty, to żaden nie zostaje z nami na dłużej i nie wywołuje większych emocji. Początek sprawił, że miałam nadzieję na pełnokrwiste, charyzmatyczne postaci, za którymi będę maszerowała z przyjemnością przez lekturę. Pierwszy rozdział naprawdę sporo obiecuje, autorka czaruje czytelnika pięknymi, surowymi opisami, a kiedy Anna zrzuca buty i zanurza gołe stopy w zimnym piasku na tytułowej plaży, możemy aż poczuć przechodzący ją dreszcz. Jednak z czasem traci się ten niesamowity magnetyzm i zostaje nam zwykła historia w ładnym opakowaniu. Brakuje mi w niej jakiejś iskry, czegoś co pozwoliłoby mi ją zapamiętać.

Nie przepadam za powieściami obyczajowymi i w przypadku Manhattan Beach nie było w tej kwestii zaskoczenia. Tak liczne pochwalne recenzje sprawiły, że spodziewałam się przełamania mojej awersji, myślałam: „to pewnie taka książka, która w końcu mnie do tego gatunku przekona”. Jednak tak się nie stało. Wydaje mi się, że to musi być wspaniała podróż w przeszłość dla mieszkańców Nowego Jorku - autorka wykonała masę rzetelnej roboty wyszukując informacje z czasów wojennych na przeróżne tematy, przykładowo: specjalistycznej pracy w stoczni, precyzyjnie opisanej czynności nurkowania, po takie szczegóły jak tytuły filmów granych w kinach czy dawnych audycji radiowych. I ta jej ciężka praca wyszła na dobre, bo wstawki historyczne sprawiały mi najwięcej przyjemności.

Wspaniale jest ta książka napisana, styl robi ogromne wrażenie, wyczuwa się w nim taką surowość, ale zarazem i subtelność. Wątek feministyczny wybrzmiewa w jak najlepszych nutach, pokazywanie kobiety walczącej o swoje miejsce w bardzo męskim świecie wydaje nam się naturalną koleją rzeczy, za sprawą postawy Anny i jej podejścia do życia. Ona nie chce pokazać mężczyznom, że też da radę, ona po prostu chce zostać nurkiem. A że żadna kobieta wcześniej tego nie robiła? To trudno, będzie pierwsza! Problem polegał na tym, że to była tylko kropla w morzu wątków. Ich ilość i poprowadzenie fabuły sprawiły, że żaden nie stał się dla mnie głównym i prowadzącym, a zarazem żaden nie był mi naprawdę bliski. Kiedy już zaczynałam zakochiwać się w relacji Anny z ojcem, ten nagle znika. Kiedy rozwija się jakieś uczucie miedzy dwójką osób, nagle zostaje przerwane. Kiedy zaczynam z zainteresowaniem śledzić losy siostrzanej więzi i ta gdzieś ulatuje. Także były motywy, które wydawały mi się bardziej interesujące, jak chociażby relacja między Anną a Lydią, ale zabrakło miejsca na satysfakcjonujący ich rozwój. Zamiast tego pojawiało się znowu kilka kolejnych wątków.

Mam trochę problem z Manhattan Beach. Doceniam jej zalety, wiem, że wiele osób może ją pokochać, ale ja nie zostałam do niej przekonana. Dla mnie jest poprawna, a nie tego się po tym głośnym tytule spodziewałam. Ogromny misz-masz wątków w tym przypadku zadziałał moim zdaniem na niekorzyść, a ja czułam się przerzucana między zamkniętymi przyjęciami dla elity, mafijnymi porachunkami, przygodami morskiej żeglugi i miłosnymi uniesieniami. Co za tym idzie - po lekturze nie został większy ślad.
Za to po inne książki Egan sięgnę na pewno, chociażby dlatego, że ta podobno jest tak różna od tych, które wcześniej pisała.

pokaż więcej

 
2018-10-14 11:09:09
Ma nowego znajomego: Lengua
 
2018-10-09 17:37:16
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Seria: Salamandra
 
2018-10-09 08:04:31
Dodała książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
Cykl: Wierni i upadli (tom 1)
 
2018-10-07 19:38:09
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Ostatnie Imperium (tom 6)
 
2018-10-07 19:37:01
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2018
Cykl: Szamanka od umarlaków (tom 2)

Pierwszą część przygód Idy Brzezińskiej, Szamankę od umarlaków, czytałam jeszcze w 2012 roku. Pamiętam, że wtedy niechcący natknęłam się na nią w bibliotece i skusił mnie opis. Okazało się, że wybór był trafny, bo przy lekturze bawiłam się naprawdę dobrze. Teraz, sięgając po Demona Luster zastanawiałam się czy nie wyrosłam już z tego typu historii i czy w ogóle odkurzę jakoś fakty z pierwszej... Pierwszą część przygód Idy Brzezińskiej, Szamankę od umarlaków, czytałam jeszcze w 2012 roku. Pamiętam, że wtedy niechcący natknęłam się na nią w bibliotece i skusił mnie opis. Okazało się, że wybór był trafny, bo przy lekturze bawiłam się naprawdę dobrze. Teraz, sięgając po Demona Luster zastanawiałam się czy nie wyrosłam już z tego typu historii i czy w ogóle odkurzę jakoś fakty z pierwszej części. Nie było potrzeby martwić się na zapas - to kolejny raz była świetna przygoda.

Martyna Raduchowska utwierdziła mnie tą książką w przekonaniu, że świetnie radzi sobie w operowaniu słowem. Demona Luster czytało się po prostu z czystą przyjemnością. Każdy powrót do lektury wywoływał uśmiech i pozwalał na oderwanie się od rzeczywistości. Akcja jest wartka, ale nie cierpi na brak logiczności - to naprawdę przemyślana intryga. Miło jest przeczytać książkę napisaną dla rozrywki, która dostarcza ją w świetnej, wciągającej formie.

Możliwe, że podświadomie Demon Luster jest mi bliski, bo jego akcja dzieje się we Wrocławiu, czyli „moim” mieście od czasów studiów. Ida też przyjeżdża do niego w celach edukacyjnych, ale mając na głowie demony, duchy i czytaczy myśli musiała lekko zmienić priorytety. Chyba ją rozumiecie, nie? Kto normalny myślałby o sesji, kolokwiach i zaliczeniach, kiedy ma na głowie prawdziwą śmiertelną klątwę i depczącego mu po piętach Pecha? Swoją drogą, chociaż ciężko się do tego przyznać, to z tego Pecha bardzo ciekawa postać wyszła, którą trzeba polubić. Mimo niemiłych przypadłości, które przyciąga jak magnes.

Tym razem nie tylko Ida będzie naszą główną bohaterką. To prawda, że jej historia jest w centrum wydarzeń, ale okazała się świetnym punktem wyjścia dla pokazania przeszłości innej postaci, czyli Kruchego. Sporo miejsca poświęconego będzie wydarzeniom, które go ukształtowały i doprowadziły do miejsca, w którym się akurat znajduje. Rozjaśni się dzięki temu jego motywacja do pomocy Idzie. Tutaj muszę wtrącić, że ich duet sprawdził się na medal. Relacja została zbudowana tak szybko, a zarazem wypadła tak naturalnie, że zaczynam się zastanawiać czy wkopanie dwójki osób w tego rodzaju śledztwo (paranormalne) nie jest po prostu przepisem na gwarantowany sukces. Chociaż byłoby to krzywdzące w stosunku do autorki, która tę przyjacielską więź zbudowała dzięki zgrabnie napisanym postaciom. Kruchy jest charyzmatyczny, z tą wciskaną na siłę pomocą, wiecznym głodem i paczką papierosów pod ręką. Jednak to Ida zgarnia dla siebie więcej sympatii, szczególnie w porównaniu z pierwszym tomem. Zapamiętałam ją jako zwykłą dziewczynę z problemami, czasami za mocno dramatyzującą, ale na pewno lepszą niż większość bohaterek z młodzieżowych książek fantasy. Tym razem pokazuje się jej inna odsłona, bardziej dojrzała, zaradna, która nie chce obarczać innych swoimi problemami. Oczywiście przechodzi chwile słabości, ale są one całkowicie zrozumiałe w jej sytuacji. I dzięki nim tym bardziej jej kibicujemy.

Demon Luster jest lepszy od poprzedniej części również w warstwie fabularnej. Szamanka od umarlaków dość sporo czasu poświęciła na wprowadzenie czytelnika w świat, zapoznanie się z bohaterami, a akcja rozpędzała się dopiero pod koniec lektury. W kontynuacji intryga zagęszcza się od pierwszych stron i to w świetnej formie - dzięki przesłuchaniu Idy możemy bez przeszkód odświeżyć sobie wydarzenia z poprzedniego tomu i od razu zacząć analizować jej obecną sytuację. Podobała mi się historia złoczyńcy, której kolejne warstwy sukcesywnie otwierały się przed czytelnikiem.

Po prostu warto zapoznać się z przygodami Idy Brzezińskiej i towarzyszącego jej Pecha. To naprawdę przyjemna, niezobowiązująca rozrywka, która potrafi umilić niejedną chwilę. Ja na pewno mam ochotę wrócić kiedyś do świata wykreowanego przez Martynę Raduchowską. Wam też to polecam.

pokaż więcej

 
2018-09-30 17:27:13
Ma nowego znajomego: adb
 
2018-09-30 17:27:02
Ma nowego znajomego: Polishreading
 
2018-09-24 16:51:16
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2018

W pierwszej powieści mistrza krótkiej formy, George'a Saundersa, pobrzmiewa echo odwiecznego pytania: co z nami będzie po śmierci. Wielu twórców już się z nim mierzyło, a nowych pomysłów wciąż zdaje się przybywać. Głos Saundersa to oryginalne podejście do tematu z kilku powodów. Forma, treść, miejsce akcji, bohaterowie - wszystko to jest na tyle dopracowane, że autor zasłużenie został... W pierwszej powieści mistrza krótkiej formy, George'a Saundersa, pobrzmiewa echo odwiecznego pytania: co z nami będzie po śmierci. Wielu twórców już się z nim mierzyło, a nowych pomysłów wciąż zdaje się przybywać. Głos Saundersa to oryginalne podejście do tematu z kilku powodów. Forma, treść, miejsce akcji, bohaterowie - wszystko to jest na tyle dopracowane, że autor zasłużenie został nagrodzony za książkę Lincoln w Bardo statuetką Man Booker Price w 2017 roku.

Już od pierwszych stron wiemy, że mamy do czynienia z czymś zupełnie innym - nowatorskim, ryzykownym i odważnym. Na początku dziwi sama forma. Książka nie przypomina żadnej wcześniej czytanej przeze mnie lektury. Momentami przybliża się do dramatu - każda z postaci po swojej wypowiedzi zostaje podpisana imieniem i nazwiskiem. Tylko że nie jest to dialog, a raczej wywód wewnętrzny, małe opowiadanie jednego z bohaterów, który relacjonuje nam wydarzenia ze swojej perspektywy. Są też momenty, które skupiają się na historycznej części dotyczącej Lincolna. W tych fragmentach Saunders posklejał wycinki z różnych źródeł, tworząc pełny obraz tego co miało miejsce w Białym Domu, sytuacji politycznej, a także rodzinnej prezydenta Stanów Zjednoczonych. Podziw budzi zręczność z jaką dobrane zostały te fragmenty układanki. Czyta się je jednym tchem, po prostu jako całość, nie zastanawiając się nad tym, że pochodzą z tak różnych źródeł. Wspaniałe są też momenty, w których można było poczuć mrugnięcie okiem ze strony autora - przykładowo, w rozdziale V opisywany był wieczór balu w Białym Domu, a posklejane wycinki dotyczą sytuacji na niebie nad prezydenckim dachem. Księżyc, główny bohater rozdziału, został opisany przez każdego zupełnie inaczej, od „owej nocy księżyc był w pełni [...]” po „noc była bezksiężycowa, a niebo zasnuwały gęste chmury”. Widzimy więc, że trudno w tej sytuacji o obiektywną prawdę, a każde wspomnienie dotyczące Lincolna jest nacechowane pozytywnie bądź negatywnie w zależności od tego, jaki stosunek miał do niego autor wypowiedzi. Saunders więc zaznacza, że jesteśmy ludźmi, którzy oceniają innych według własnych zasad i nie powinniśmy brać czyichś słów na temat kogoś za pewnik.

Przyznaję, że w pierwszej chwili nie miałam pojęcia czym jest tytułowe „Bardo”. Oczywiście, po lekturze staje się to jasne, chociaż wydaje mi się, że warto wiedzieć to przed czytaniem. Nazwa wzięła się z języka tybetańskiego, w buddyzmie znaczy to w dosłownym tłumaczeniu „stan pośredni”. Nasi bohaterowie znajdują się więc w tytułowym Bardo, co w przypadku tej książki oznacza stan przejściowy pomiędzy śmiercią a „ruszeniem w dalszą drogę”.

Historia jest zatem dość fantastyczna - bohaterami jest zgraja duchów, którzy nie potrafią pogodzić się ze swoim stanem, wręcz odmawiają wiary w to, że nie żyją. Nazywają siebie chorymi, którzy chwilowo spędzają czas w tym przedziwnym miejscu, ale jak tylko wyzdrowieją to wrócą do swojego życia. Wszyscy wypierają ze swoich myśli prawdę i raczą siebie nawzajem bajkami, które napełniają ich nadzieją. Sytuacja ulega zmianie, kiedy dołącza do nich młody Willie Lincoln. Otóż, zazwyczaj dzieci niemal natychmiast ruszają dalej, nie zagrzewając miejsca w bardo. Inaczej jest z Williem, którego zatrzymuje na dłużej żałoba jego ojca, prezydenta Lincolna, który nie może się pogodzić ze śmiercią syna i prosi go, żeby na niego poczekał. Trójka naszych przewodników po tym tajemniczym cmentarzysku, Hans Vollman, Roger Bevins oraz wielebny Thomas, postanowią pomóc chłopcu w przejściu dalej, co kończy się małą rewolucją.

Fenomen tej książki leży dla mnie przede wszystkim w mistrzowskim operowaniu słowem. Dzięki temu, że Saunders dał każdej z naszych postaci głos, który uwydatnia jej wnętrze stajemy się im bliżsi, a oni wydają się bardziej realni i charakterni. Pełno tutaj błędów ortograficznych czy stylistycznych, a kiedy wypowiadają się Baronowie, to czasami trudno sobie posklejać o co im właściwie chodzi (przekleństwa zaznaczone są w sposób: „K...sko uroczy z niego drań, ale di...nie pokrętnie gada.”). Bohaterowie mają też pewne osobliwe cechy, które przypominają im o życiu na Ziemi. Dla przykładu: Hans Vollman obdarzony został w Bardo olbrzymią erekcją, ponieważ przed śmiercią nie zdążył skonsumować swojego małżeństwa z młodą żoną. Oczywiście ten mój podziw należy się w równej mierze tłumaczowi książki, Michałowi Kłobukowskiemu, który podjął się karkołomnego zadania i wyszedł z niego obronną ręką. Gratulacje dla tłumacza.

Książka Lincoln w Bardo nie zachwyci każdego. Spotkałam się z mniej pochlebnymi recenzjami, więc nie zdziwi mnie jeżeli niektórzy uznają ją za dziwną czy przekombinowaną. Warto dać jej jednak szansę. Ja zostałam kompletnie zaskoczona tym, jak szybko się ją czytało, niecierpliwie czekając co będzie dalej, jak wyciągało się wnioski z prostych historii tak wielu różnych ludzi, jak czuło się związanym z bohaterami i rozumiało się ich troski i niepewności. I muszę dodać, że przedstawienie żałoby Lincolna po śmierci jego syna zostało pokazane po mistrzowsku. Czuję, że to książka, do której będę chciała wracać i wyciągać z niej za każdym razem coś nowego.

pokaż więcej

 
2018-09-01 17:37:23
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2018
Cykl: Dzieje Polski (tom 1)

Każdy z nas zna legendę o Wandzie, co nie chciała Niemca albo o Popielu zjedzonym przez myszy. Te historie z minionych czasów niezmiennie fascynują młodych ludzi, którzy poznają je jako początki powstawania państwa polskiego. Mnie akurat bardzo wciągały i zawsze z przyjemnością chłonęłam wszystko co dotyczyło tak zamierzchłych czasów. Stara baśń nie była moją lekturą szkolną, więc sięgnęłam po... Każdy z nas zna legendę o Wandzie, co nie chciała Niemca albo o Popielu zjedzonym przez myszy. Te historie z minionych czasów niezmiennie fascynują młodych ludzi, którzy poznają je jako początki powstawania państwa polskiego. Mnie akurat bardzo wciągały i zawsze z przyjemnością chłonęłam wszystko co dotyczyło tak zamierzchłych czasów. Stara baśń nie była moją lekturą szkolną, więc sięgnęłam po nią po raz pierwszy dopiero teraz.

Józef Ignacy Kraszewski kojarzył mi się najbardziej jako autor znanego wiersza - Dziad i baba. Przeżyłam spore zaskoczenie kiedy dowiedziałam się jak bardzo płodny to był pisarz. Ponad 220 powieści, 150 opowiadań, nowel, do tego utwory dramatyczne, zbiory wierszy i wiele innych. Trafił nawet na listę rekordów Guinnessa jako autor największej liczby powieści. Podobno trzymał bardzo mocną dyscyplinę - wstawał codziennie o 8 rano, do wieczora spędzał czas na czytaniu, grze na fortepianie, a o 19 siadał do biurka i pisał do 2 w nocy.

Początek Starej baśni jest dość ciężki, nie ma co się oszukiwać. Rozumiem, że wiele osób może odstraszyć na dobre od czytania lektur. Staropolski język, sporo opisów, niezrozumiałych zwrotów - wszystko to nie sprzyja miłemu rozpoczęciu przygody. Na szczęście ja sięgnęłam po książkę dobrowolnie i postanowiłam trwać przy postanowieniu dotarcia do jej końca. Wyszło na dobre, bo po kilkudziesięciu stronach czytelnik do języka się przyzwyczaja, a akcja zdecydowanie nabiera rozpędu. Dlatego na pewno nie warto się zrażać na początku, uwierzcie mi na słowo - im dalej, tym lepiej!

Przede wszystkim Kraszewski wspaniale oddał klimat tamtych czasów, przekazał jak wyglądało codzienne życie Polan, jakie wykonywali prace, jak wyglądały ich wierzenia. Postaci słowiańskich bogów często się tutaj przewijają, duchowość jest bardzo ważnym aspektem - wierzy się we wróżby i obawia kobiet, uważanych za czarownice. Podobało mi się, że mogliśmy zaznajomić się z tradycją związaną z odbywaniem wesela, a także pogrzebu (w tamtych czasach zmarłych palono, a kobiety często wchodziły na stos za swoimi mężami - przerażające). Te fragmenty były niezwykle interesujące. Dla równowagi, pojawiały się momenty, które trochę mniej mnie frapowały. W ogóle wydaje mi się, że powieść jest trochę nierówna - chwilami łapie za gardło i mocno trzyma, innym razem trochę przynudza albo skupia się na mniej interesujących watkach.

Podobał mi się pomysł na przeplatanie dwóch głównych osi fabularnych - walki kmieci z Chwostkiem i wątek romantyczny Domana z Dziwą. Przyznam, że oba były naprawdę wciągające i angażujące. Kraszewskiemu zdarzało się dość często zbaczać z drogi i opisywać sporo wątków pobocznych, co wychodziło różnie. Muszę jednak zaznaczyć, że bardzo podobały mi się niektóre poboczne postaci, jak Znosek czy wiedźma Jarucha. Byli to bohaterowie, których zawsze witałam z rosnącym zainteresowaniem.

Ogólnie po przeczytaniu tej książki nasuwa mi się porównanie do współczesnej fantastyki. Mamy na pierwszym planie walkę z tyranem, którego wspiera żona, pochodząca z innego kraju. Mamy bunt w państwie, ludzi spotykających się na wiecach i zdecydowanych iść na wojnę ze swoim władcą. Mamy też wątek miłosny, gdzie mężczyzna - odważny wojownik zakochuje się w pięknej kobiecie, która przysięgła życie służbie bogom. I chyba właśnie dlatego ta książka sprawiła mi po prostu masę zabawy podczas czytania. Na dodatek fakt, że opiera się jednak na naszej historii dodaje do tego kolejną szczyptę ekscytacji.

Stara baśń to książka, którą każdy Polak powinien przeczytać, ale niekoniecznie pod przymusem. Po prostu warto ją poznać, zaznajomić się z naszą historią, poprzebywać w towarzystwie przodków, dowiedzieć się o ówczesnych obyczajach. Może nie jest to arcydzieło, kilka spraw tutaj kuleje (np. postaci są w większości jednowymiarowe), ale moim zdaniem to wciąż bardzo dobra zabawa. Już nie wspominając o tym, ile dzisiejszych cech naszego krajana można zobaczyć w zachowaniu bohaterów Starej baśni.

pokaż więcej

 
2018-08-22 20:31:38
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Rok 2018
Autor:
Seria: Gaiman

Dzięki popularności filmów spod szyldu Marvela każdy dzieciak powie nam kim jest Thor i Loki. Nie musimy się długo zastanawiać nad tym, kto dzierży słynny młot, Mjollnir, a kto jest mistrzem sprytu i prowadzenia gierek. Jednak znamy tylko powierzchownie te postacie przypominające bardziej superbohaterów o nadprzyrodzonych mocach. W Mitologii nordyckiej Neila Gaimana poznamy panteon bogów,... Dzięki popularności filmów spod szyldu Marvela każdy dzieciak powie nam kim jest Thor i Loki. Nie musimy się długo zastanawiać nad tym, kto dzierży słynny młot, Mjollnir, a kto jest mistrzem sprytu i prowadzenia gierek. Jednak znamy tylko powierzchownie te postacie przypominające bardziej superbohaterów o nadprzyrodzonych mocach. W Mitologii nordyckiej Neila Gaimana poznamy panteon bogów, historię powstania świata, a także prawdziwe oblicza bohaterów, znanych z popkultury.

Gdybym prowadziła ranking to Neil Gaiman znajdowałby się zapewne w mojej trójce najlepszych pisarzy fantastyki. Uważam, że to jeden z bardziej oryginalnych i piekielnie uzdolnionych twórców. Myśli nieszablonowo, a jego pióro jest lekkie i po prostu mnie oczarowuje. Wciąż staram się powoli dawkować jego twórczość, żeby nie obudzić się kiedyś z przeświadczeniem, że wszystko mam już za sobą. Mitologia nordycka to jego najświeższe dzieło i chyba pierwszy raz zdarzyło mi się trochę jego książką rozczarować.

To nie jest tak, że źle mi się ją czytało. Mitologie w ogóle zajmują ciepłe miejsce w moim serduchu (zauważcie ile współczesnych twórców z nich czerpie - to prawdziwe skarbnice wiedzy i inspiracji!). To od mitologii greckiej zaczęła się moja miłość do fantastyki i wszystkiego, co odbiega od szarej rzeczywistości. Dlatego trochę się napaliłam, że ta książka będzie czymś wspaniałym, szczególnie że napisał ją Gaiman. Niestety, nie wstrząsnęło mną tak, jak się spodziewałam. Wszystko za sprawą tego, że to po prostu mitologia. Bardzo sprawnie napisana, ciekawa, ale jednak dość zwyczajna. Gaiman nie pozwolił tutaj sobie na wiele twórczej dzikości, po prostu postawił sobie za cel opowiedzieć nam znane mity i trafić do jak najszerszej publiczności. To mu się oczywiście udało, ale spodziewałam się czegoś z faktorem „wow”.

Przejdźmy jednak do samej treści, która jest naprawdę warta poznania. To tak różna mitologia, jej bogowie są o wiele bardziej twardzi, silni i hardzi. Świat przedstawiony na początku wydaje się bardzo skomplikowany - miałam problem z połapaniem się wśród tych dziwnych nazw i ich przeznaczenia. Później jednak oswoiłam się z ogromnym wężem Jormungundrem, dzieckiem Lokiego, który owijał się swoim cielskiem wokół Midgardu czy z tym, że niebo nad nami to tak naprawdę wnętrze czaszki Ymira. Treść niektórych mitów naprawdę zaskakuje - rozwiązania zagadek bywają oryginalne i wymyślone z rozmachem. Problem tylko w tym, że to zasługa spuścizny po przeszłych czasach, a nie samego autora. Opowieściom czasami brakuje więcej ciepła i pewnego podkolorowania, pozostają dość suchymi historiami z życia bogów.

Za to po lekturze ciekawie zmienia się nam pogląd na znane wcześniej postaci. Zaczynając czytanie wyobrażałam sobie bogów w skórach aktorów filmowych. Jednak szybko się okazało, że cwany, acz kochany Loki, grany przez Toma Hiddlestona, różni się od wersji papierowej. Prawdą jest, że niemal wszystkie złe wydarzenia w świecie bogów miały miejsce z winy Lokiego. To on najpierw namącił i napsuł, a później naprawiał i oczekiwał podziękowań. Wyjątkowo negatywnie wypada, szczególnie biorąc pod uwagę jego rolę w Ragnaroku, czyli zmierzchu bogów. Warto też wspomnieć, że w wielu miejscach mitologiczne historie bardzo różnią się od tych filmowych - chociażby przekłamana historia z Hel. To jednak wypada na plus, bo możemy poznać prawdziwe oblicze opowieści, które zainspirowały twórców.

Mitologia nordycka jest tym, na co wskazuje tytuł, ale niestety niczym więcej. To zbiór mitów, zręcznie spisanych przez Neila Gaimana, ale pozbawionych jego twórczości. Na pewno warto się z nią zapoznać, szczególnie, że to mniej znana mitologia, a opowieści w niej zawarte przechodzą od skomplikowanych i dość ciężkich, po prawdziwie fascynujące perełki. Mnie najbardziej podobały się historie: Skarby bogów (dowiemy się skąd wzięły się słynne atrybuty bogów), Mistrz budowniczy (o tym jak powstał słynny mur i o tym, czego wstydzi się Loki) i Śmierć Baldera (z bardzo smutnym żartem Lokiego). Podsumowując, warto znać, ale na długo w pamięci raczej nie zapadnie.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
877 222 2074
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (64)

Ulubieni autorzy (8)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (15)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd