Reklama

Magia czytania. Rozmowa z Jonathanem Carrollem

Bartek Czartoryski
06.11.2019

Jonathan Carroll już przed laty zdobył w naszym kraju godną pozazdroszczenia popularność, formując gusta niejednego pokolenia. W wielu polskich domach można znaleźć jego powieści, choćby słynną „Krainę chichów”. Na krakowskich Targach Książki mieliśmy okazję porozmawiać z autorem nie tylko o pisaniu, lecz także o wrażeniach z licznych pobytów w Polsce czy doświadczeniach z Hollywood.

[Opis wydawcy] Kiedy jedno życie to za mało.

Niespełniony komik Graham Patterson przejeżdża przez zapyziałe miasteczko w Karolinie Północnej, gdy nagle psuje mu się samochód. Zmuszony czekać dwa dni na naprawę, zachodzi do salonu tajemniczej tatuażystki. Zachwycony jej kunsztem, postanawia zrobić sobie tatuaż, który „najmniej mu się podoba”. Nie ma pojęcia, że tym samym zyskał moc przemieszczania się między równoległymi rzeczywistościami. Od tej pory życie Grahama Pattersona rozszczepia się na trzy splatające się wersje jego biografii. Kłopot w tym, że wersje te zaczynają się z sobą mieszać…

Dowcipna, lekka forma, a jednak skłaniająca do namysłu? Carroll jest w tym mistrzem!

Bartek Czartoryski: Wierzy pan, że w życiu każdego z nas przychodzi ta jedna kluczowa chwila, nieodwołalnie decydująca o naszej przyszłości? Pytam, bo jestem ciekawy, czy potrafi pan wyodrębnić moment, kiedy został pisarzem.

Jonathan Carroll: Opowiem coś panu. Byłem marnym uczniem i zapisałem się na zajęcia z pisania tylko dlatego, że chciałem pójść na łatwiznę, a kurs wydał mi się prosty. Zadano nam napisanie opowiadania, oddałem pracę i nauczyciel, którym był całkiem znany pisarz, gdy zobaczył mnie potem na szkolnym korytarzu, rzucił się za mną biegiem i krzyczał „Carroll, to jest znakomite!”. I kusi mnie, aby powiedzieć, że to był ten moment, który pomógł mi dokonać wyboru. Często to ludzi zaskakuje, ale gdybym jednak wybrał inaczej, pewnie opiekowałbym się zwierzętami. Trudno mi powiedzieć, czy pracowałbym dla jakiegoś schroniska, czy może poszedłbym do zoo, lecz wydaje mi się, że samo przebywanie ze zwierzętami przynosi człowiekowi ukojenie. Całe życie towarzyszą mi psy i czuję, że rodzi się wtedy coś dobrego. Przypomniało mi się coś. Graham Greene powiedział kiedyś, że zdał sobie sprawę z bycia prawdziwym pisarzem podczas pogrzebu swojej matki, bo zamiast się smucić, rozglądał się po ludziach. I to, jak mi się wydaje, znakomicie charakteryzuje pisarza jako człowieka, który jest niejako nierozerwalnie powiązany z całym otaczającym go światem, nieskupiający się na pojedynczym detalu. Siedzimy teraz przy stoliku i rozmawiamy, ale zauważam kątem oka kelnerkę i ludzi jedzących obok śniadanie, nie potrafię się od tego wszystkiego odkleić. Moja żona jest malarką i czasem mówi mi, żebym spojrzał na, dajmy na to, jakiś kwiat, na jego formę, kształt, barwę, kiedy dla mnie to zwykła roślina. Widzimy inaczej.

Reklama

Mamy różne wyobraźnie?

Tak sądzę. Ale to nie jest ani nic złego, ani nic dobrego, każdy ma swoją wrażliwość i ta literacka nie jest jakimś znowu błogosławieństwem. Jeden czyta słowa, drugi obrazy. Powiedziałbym, że każdy z nas ma wyostrzony zmysł percepcji. Czasem działa on na poziomie materialnym, innym razem na poziomie psychicznym. I niekiedy, jak sądzę, może być on nam prawdziwym ciężarem.

Rozmawiamy o wyborach, bo bohater pańskiej nowej powieści, „Mr. Breakfast”, ma szansę obrać inną ścieżkę i odmienić swoje życie. Ale czy to aby przypadkiem nie klątwa?

Zawsze powtarzam, że trzeba ostrożnie gonić za szczęściem. Bo możemy przedobrzyć. Mój przyjaciel niegdyś nagle się wzbogacił, o czym zawsze marzył. Lecz przestałem go poznawać. Stał się paranoikiem i martwił się o jutro jeszcze bardziej, niż zanim stał się zamożny. Wydaje się nam często, że gdybyśmy zrobili coś inaczej, to wersja B naszego życia wyglądałaby lepiej i bylibyśmy szczęśliwsi. Nieprawda. Wtedy mielibyśmy inne problemy, to wszystko. Ten, kto pragnie sławy, nie zna jej ciemnych stron, choćby braku prywatności. Żadne życie nie jest wolne od zmartwień.

Po tylu latach na Starym Kontynencie czuje się pan Europejczykiem czy Amerykaninem?

Niełatwo mi odpowiedzieć na to pytanie, szczególnie teraz, kiedy sytuacja w moim ojczystym kraju nie napawa mnie zbytnim optymizmem. I może dlatego czuję się dzisiaj Amerykaninem bardziej niż przez ostatnie lata? Nie potrafię jednoznacznie określić swojej tożsamości. Myślę, że dom jest tam, gdzie czujesz się najlepiej. Bo jeśli pojedziesz, dajmy na to, do Nikaragui i tam będziesz szczęśliwszy niż tu, to czy jesteś jeszcze Polakiem, czy już Nikaraguańczykiem? Nie myślę o tym.

A co pan pamięta z pierwszej wizyty w Polsce?

Że było ciemno. I to nie metaforycznie, bynajmniej. Miasta były słabo oświetlone, śmierdziało palonym węglem i jedzenie smakowało jak popiół. Ale dopiero co padł mur berliński i Polska była jak kwiat przebijający się przez śnieg. Przemieszczałem się z miasta do miasta autem, bo pociągi jeździły straszliwie powoli. To był koszmar, bo drogi były dziurawe i nierówne. A dzisiaj szybko przejeżdżam z takich Katowic do Krakowa gładką autostradą. Sporo się pozmieniało.

Mówi pan jednak o rzeczach materialnych, a mnie interesuje wymiar, nazwijmy to, duchowy.

Odpowiem panu tak. Moja przyjaciółka powiedziała mi kiedyś, że otworzyły się wtedy dla niej drzwi do nowego życia, okno na świat. Bo dawniej nie mogliście praktycznie nigdzie wyjeżdżać i nagle dostaliście niedostępne wcześniej możliwości. Dla pana to pewnie normalne, bo jest pan młodszy, ale dla niej, a była wtedy po trzydziestce, oznaczało to początek zupełnie nowego rozdziału. Wczoraj miałem sesję zdjęciową i fotografowali mnie głównie naprawdę młodzi ludzie, którzy wychowali się już w kolorowej Polsce, pod znakiem Netflixa i Armaniego. Pomyślałem wtedy, że żadne z nich nie zna tego doświadczenia, o którym rozmawiamy, te dwadzieścia lat to istna granica między dwoma różnymi światami. Dzisiaj od ręki można kupić bilet do każdego miejsca na świecie, francuskie perfumy prosto z Paryża i tak dalej. A pamiętam, jak przyjechałem po raz pierwszy do Austrii, dobre czterdzieści lat temu, i niedaleko mojego mieszkania zatrzymywały się autokary pełne ludzi z Czechosłowacji. Stać ich było tylko na owoce, banany i pomarańcze, których u nich nie było, potem udawali się do drogerii, brali najtańsze szminki i wody kolońskie, pakowali się z powrotem do autokaru i jechali do domu. Tylko po to tam przyjeżdżali!

Od owych ponurych lat dziewięćdziesiątych nieprzerwanie może pan liczyć u nas na oddane grono czytelnicze. Nie wydaje się panu, że tutejsze przywiązanie do pańskiej literatury zrodziło się z ludzkiego pragnienia dokopania się do opisywanej przez pana magii, być może stłamszonej przez szarzyznę codzienności? Skoro było zimno i ciemno, to może czytelnicy potrzebowali uwierzyć, że jednak gdzieś tam, tuż za rogiem, kryje się coś iście magicznego?

Hm, to faktycznie może być bardzo trafna interpretacja. Bo wydaje mi się, że czytając jakąkolwiek książkę, słuchając muzyki czy oglądając film, chcesz, aby wyrwały cię one na chwilę z tej nierzadko szarej codzienności. A kiedy się to danemu dziełu udaje i się zatracisz, wtedy artysta osiąga sukces. Przenosisz się z Krakowa gdzieś zupełnie indziej, gdzie dzieją się magiczne rzeczy.

Przed momentem powiedział pan z niejaką goryczą o Polsce spod „znaku Netflixa i Armaniego”. Chyba nie przepada pan za dzisiejszą popkulturą?

Nie, bo jest niestała. Bez względu na to, czy mówimy o muzyce, literaturze czy kinie, wszystko obliczone jest na szybki zysk. Za piętnaście lat ludzie dalej będą czytać Hemingwaya, Szekspira i Lema, a nie to, co pisze się teraz. Któregoś dnia uświadomiłem sobie, że nie znam tekstu ani jednej nowej piosenki popowej. Bo można nie lubić Rolling Stones, ale znało się ich kawałki. Dzisiaj nie ma co pamiętać. Ktoś kiedyś powiedział, że Beatlesi byli soundtrackiem jego życia. A teraźniejszy siedemnastolatek nie zaniesie już nic takiego do dorosłości. Chyba ostatnią prawdziwą gwiazdą, jaką pamiętam, jest Eminem, choć to przecież już zamierzchłe czasy! Żyjemy w kulturze tymczasowej, z datami przydatności do konsumpcji, które są coraz krótsze. Chcemy, żeby ciągle karmiono nas czymś nowym. I nawet jak coś odnosi sukces, to szybko o tym zapominamy.

A pan chciałby zapomnieć o Hollywood? Bo chyba nadal czuje pan żal do branży filmowej.

Mój ojciec odnosił sukcesy jako scenarzysta, ale moje doświadczenie z Hollywood było dokładnie takie, jak może się pan domyślać. Oczywiście, ludzie są tam piękni, pieniądze dobre i tak dalej, lecz miałem dość nieszczerości, łamanych obietnic, nie mogłem już tego znieść. Hollywood to świat niepewności, kraina „być może”. Pisałem, załóżmy, pięć tysięcy słów, a wykorzystywali ze dwieście, choć płacili za całość. To zniechęcające. Dlatego wolałem wrócić do moich książek.

Nie pan jeden miał podobne doświadczenia, już przed laty Robert Bloch czy Raymond Chandler nie kryli swojego niezadowolenia z obcowania z Hollywood. Ba, opisywali je.

Bo to się nie zmienia. Ludzie i tytuły tak, ale nie paranoja. Tam wszyscy są spanikowani, że coś się nie uda, że coś im nie wyjdzie i stracą swoją szansę, od faceta, który przynosi kawę do studia do potężnego producenta. Mnie też to spotkało, bo przecież ciągle sprzedaję prawa do adaptacji swoich książek i robi mi się nadzieje, że ta czy tamta zostanie zekranizowana. Kiedyś się tym przejmowałem, dziś obchodzi mnie tylko, ile chcą mi za to zapłacić. Ba, dalej spotyka to naprawdę znanych i lubianych ludzi. Chociażby Neila Gaimana, mojego przyjaciela, który przecież czego się nie dotknie, to zamienia w złoto. Ale to pozory. Sam mi przecież mówił, że przy okazji „Dobrego omenu” nie miał kontroli nad projektem i bezsilnie patrzył, jak zmieniają to i owo. Bywa.

Nie stroni pan od szeroko pojętej grozy, ale dopiero niedawno, i z niejakim zaskoczeniem, dowiedziałem się o przyznanej panu Nagrodzie Brama Stokera. Czyżby lubił pan horrory?

A tak się składa, że nie. Bo czy można czerpać przyjemność z czytania o odcinanych głowach? Za dużo cierpienia mamy na świecie, żeby płacić za bilet do kina i jeszcze tak sobie dogadzać. Nie czytałem zbyt wielu książek grozy, ale lubię „Księgi krwi” Clive'a Barkera, niektóre z tych opowiadań są po prostu mistrzowskie, oraz prozę Stephena Kinga. Znakomity pisarz. Podobają mi się zwłaszcza jego „Skazani na Shawshank”, „Zielona mila” oraz mój ulubiony „Bastion”. King też nie miał szczęścia do ekranizacji, zwykle są one koszmarne. Nie lubię nawet słynnego „Lśnienia”.

On również nie lubi.

Pamiętam, jak wychodziłem z kina i psioczyłem na jego intelektualizm, zupełnie jakby Kubrick cały gatunek potraktował protekcjonalnie, zamiast nakręcić, po prostu, horror. Ale może nie powinienem go krytykować, bo sam miałem podobną okazję i jej nie wykorzystałem.

Rozwinie pan?

Po przeczytaniu „Dziecka na niebie” zadzwonił do mnie Clive Barker, który akurat zakładał firmę produkcyjną, i zaoferował mi nakręcenie filmu grozy. Było to kuszące, naprawdę, lecz odmówiłem.

Czyli teraz będzie mógł się pan zastanawiać, co by było, gdyby.

Dokładnie!

 

Fotografia otwierająca: Wojciech OLSZANKA/East News

Reklama

komentarze [14]

Sortuj:
Dodaj wypowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

40
0
06.11.2019 12:01

Zapraszam do dyskusji.


1266
156
06.11.2019 12:34

Serio nie zauważyliście literówki w tytule?


965
66
06.11.2019 12:52

Włiśnie. Kim jist Jinathan Cirroll? XD


1266
156
06.11.2019 12:54

Może ginem z butelki?


1266
156
06.11.2019 15:27

O poprawili ale ani nie podziękowali ani nie przeprosili.


2631
540
06.11.2019 19:08

Autor ciekawy, wywiad taki sobie. Kiedyś czytając inny z nim wywiad opowiedział jak przy pierwszej wizycie w Polsce ukradli mu plecak. Teraz tą wizytę pomija milczeniem. Kiedyś miałam okres w którym zaczytywałam się jego powieściami i jego światem. Jednak po paru poczułam przesyt, zaczęłam odnajdywać powielane schematy. Teraz po latach z chęcią wrócę i przeczytam Jego...

więcej

Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

523
233
06.11.2019 18:57

Można docenić Polskę? Można :)
Zwłaszcza jak się widziało ją po raz ostatni w czasach upadku muru berlińskiego i "była jak przebijający się przez śnieg kwiat".

Ciekawy wywiad, ciekawy i mądry człowiek, który na zdjęciach łudząco przypomina Anthonego Hopkinsa.


1
0
07.11.2019 13:02

on widzi Polske w miare systematycznie, co 2, 3 lata


103
0
07.11.2019 21:37

Dokładnie, od lat 90' regularnie odwiedza Polskę, do dziś pamiętam jego wizytę w małej księgarni w Świdnicy, gdzie podpisał mi świeżutki egzemplarz "Szklanej zupy", dla mnie gówniary wtedy było to coś niezwykłego, zwłaszcza, że nie mógł dojść do tego jak mam na imię, co poskutkowało powstaniem rysunku na stronie tytułowej.


Dodaj odpowiedź

Aby napisać wypowiedź musisz być zalogowany.

804
38
07.11.2019 09:48

Wywiad, który zamienia się w rozmowę zawsze wychodzi o wiele bardziej interesująco i naturalnie, dlatego świetnie się czytało! Dobra robota pana dziennikarza :)


218
28
07.11.2019 10:41

Bardzo dobry wywiad. Świetna rozmowa.


351
25
08.11.2019 06:20

Uwielbiam go!


327
157
09.11.2019 12:36

pamiętam swoje spotkanie z pisarzem - w Rzeszowie - lata świetlne temu. Byłam nim zachwycona. Pierwszy pisarz, który był z zagranicy i do tego tak mądry, tak wrażliwy, ciepły i ...z wielką wyobraźnią. Patrzyłam na niego i zastanawiałam się, jak można wymyślić fabułę i ją spisać, by powstała książka. Że to tytaniczna praca, wielkie zaangażowanie i tylko ktoś chyba pokroju...

więcej

65
2
10.11.2019 13:38

Muszę częściej czytać te wywiady zamiast scrollować fb. Bardzo przyjemny wywiad :)


zgłoś błąd