rozwiń zwiń

Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach:

Nemezis przeżywa w ukryciu, trawiona gniewem i zdradą. Świat, który znała, zmienił się bezpowrotnie. Kiedyś była diaboliką, potem imperatorką, a teraz… teraz może być ostatnią nadzieją ludu.

Ciężko mi pozbierać myśli po tej książce, bo była tak wielowarstwowa, pełna zwrotów akcji, intensywna i emocjonująca. Tym, co tam kocham w tej trylogii jest to, jak cienka jest granica między dobrem a złem i miłością a nienawiścią, i to, jak przedstawiona jest moralność, władza i społeczeństwo. Ten tom szczególnie pełen jest akcji już od pierwszych stron i nie wypuszcza aż do ostatniej.

Fabuła Nemezis jest pełna wysokich stawek, krwawej przemocy i nieustannych zdrad. Dostajemy spisek za spiskiem, poznajemy historię imperium, a autorka eksploruje tematykę buntu, człowieczeństwa, poświęcenia i cenę absolutnej władzy, subtelnie odzwierciedlając niepokojącą politykę prawdziwego świata.

Jeśli nie czytaliście jeszcze tej trylogii, zapewniam Was, że jest frapująca i przeraźliwie autentyczna. Rozpoczęła się bardzo niepozornie, a skończyło się na tym, że zmusiła mnie do refleksji. Ma ona podobne przesłanie do historii takich jak Igrzyska Śmierci i z łatwością jej dorównuje, mimo że w dużym stopniu skupia się też na romansie. To kosmiczna dystopia ze skomplikowanym wątkiem romantycznym, pochłaniającym, ale i obsesyjnym, napięciem miłosno-nienawistnym w stylu Okrutnego Księcia, oraz polityką i manipulacją.

Ten finał jest słodko-gorzki, pełen tęsknoty, nienawiści i rozważań etycznych. To jak autorka pisze o moralności i to jak snuje wątki nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Zakończenie wręcz prosiło się o jeszcze dwa rozdziały, ale i tak było dobre. O nic więcej nie mogłabym prosić.

Nemezis przeżywa w ukryciu, trawiona gniewem i zdradą. Świat, który znała, zmienił się bezpowrotnie. Kiedyś była diaboliką, potem imperatorką, a teraz… teraz może być ostatnią nadzieją ludu.

Ciężko mi pozbierać myśli po tej książce, bo była tak wielowarstwowa, pełna zwrotów akcji, intensywna i emocjonująca. Tym, co tam kocham w tej trylogii jest to, jak cienka jest granica...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Alexander Hardy to gwiazda piłki nożnej i właśnie wpadł w tarapaty. By poprawić swój wizerunek, jego zespół PR postanawia, że Hardy publicznie wesprze szkółkę piłkarską dla dzieci. Tyle że on się nie pojawia i wcale nie jest mu przykro. Gdy Whitney, właścicielka akademii, przypadkiem na niego trafia, nie puszcza mu tego płazem. Rozczarowanie jej podopiecznych traktuje osobiście i wytyka piłkarzowi błędy. Zaintrygowany, Hardy postanawia wrócić do szkółki, choćby po to, by zobaczyć Whitney ponownie.

Lucky shot to jedna z tych historii, które czyta się migiem, bo są lekkie, nieskomplikowane, a nawet całkiem zabawne. Książka porusza też jednak nieco cięższe tematy, takie jak trudne dzieciństwo, emocjonalna trauma z tym związana, strach przed zranieniem, porzuceniem i otwarciem się na ludzi. Zarówno Whitney, jak i Hardy wiedzą, co to znaczy być zaniedbanym i niekochanym, i to sprawia, że ​​są skomplikowani, a czasem nieznośnie irytujący, ale trudno zaprzeczyć, że jest to z ich strony zrozumiałe. Miałam wzloty i upadki z obojgiem bohaterów, i nie będą moimi ulubieńcami, ale pod koniec historii naprawdę ich polubiłam i sympatyzowałam z nimi.

Z rzeczy, które mi się podobały, to na pewno miłość i poświęcenie Whitney wobec nieuprzywilejowanych dzieciaków oraz akademii, którą próbowała dla nich utrzymać. Nie była ona idealną postacią i często denerwowały mnie jej dramaty i postępowanie, ale trzeba jej oddać honory. Podobała mi się też zmiana postaci Hardy’ego. Gdy po raz pierwszy poznajemy Alexandra, jest egoistyczny, bezczelny i na niewiele zważa, byle tylko zrobić na złość swojemu ojczymowi. Do teraz nie mogę przeżyć tego, jak zawiódł dzieciaki i nigdy w sumie nie przeprosił, ani nie zaczął spędzać z nimi czasu z odpowiednich powodów, ale później zrobił dla nich dużo, dużo więcej, więc nie jestem w stanie się na niego aż tak gniewać.

Muszę przyznać, że liczyłam na to, iż będzie trochę więcej skupienia na życiu akademii, że poznamy bliżej dzieciaki jako jednostki, a tak nie do końca się stało, bo o ile poniekąd wszystko kręciło się wokół szkółki, tak bardziej z biznesowego punktu widzenia. Był też taki moment, że przyciąganie i odpychanie bohaterów oraz ich sprośne myśli zdominowały fabułę, a reszta poszła w odstawkę, więc to dla mnie minus. Bardzo zależało mi na tym, aby zobaczyć życie dzieci bardziej „od środka”, ponieważ istniał tu potencjał na piękne, ciepłe przedstawienie “wybranej rodziny”, biorąc pod uwagę to, że pochodziły one z trudnych domów, jak niegdyś Whitney. Tak się jednak nie stało i z tego powodu szkółka czasami wydawała się raczej wygodnym zabiegiem fabularnym, wspominanym głównie w kontekście PR albo by pokazać Whitney od specyficznej strony, czy dać Hardy’emu szansę na odkupienie.

Aż tak bardzo to przeżyłam.

Niemniej jednak, wciąż jest to romans, który może się spodobać. Chwilami przypominał mi historię kopciuszka, nieco bardziej dramatyczną i pikantną. Jeśli macie ochotę na coś takiego, to polecam sprawdzić samemu.

Alexander Hardy to gwiazda piłki nożnej i właśnie wpadł w tarapaty. By poprawić swój wizerunek, jego zespół PR postanawia, że Hardy publicznie wesprze szkółkę piłkarską dla dzieci. Tyle że on się nie pojawia i wcale nie jest mu przykro. Gdy Whitney, właścicielka akademii, przypadkiem na niego trafia, nie puszcza mu tego płazem. Rozczarowanie jej podopiecznych traktuje...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Po śmierci rodziców Ophelia trafia do elitarnej akademii Sorrowsong University, do której uczęszczają tylko potomkowie biznesmenów i mafii. Ophelia nie szuka przyjaciół i nie chce się dopasować. Przyszła tam z konkretnym celem: być niewidzialną, znaleźć odpowiedzi, przetrwać i zniszczyć życie odpowiedzialnych za tragedię, która spotkała jej rodziców. Tak jest, dopóki nie zbliża się do Alexa, ostatniej osoby, w której powinna się zakochać.

Nightshade kierowana jest do czytelników lubiących raczej lekkie romanse, które są klimatyczne, nieco tajemnicze, z przewijającymi się w tle sekretami, ale raczej bez serwowania niespodziewanych zwrotów akcji. Autorka stworzyła surowy, szkocki krajobraz i zamkniętą społeczność, sugerując, że nie wszystko jest tym, czym się wydaje. Dodajmy do tego tajemnice rodzinne, niedopowiedzenia, nieufność i powolne budowanie napięcia, i dostajemy taki trochę retelling książek typu Akademia Cimmeria czy Dunbridge Academy, ale w odsłonie New Adult, natomiast z podobną atmosferą i fabułą.

Nie jest to powieść w typowym nurcie dark academii, bohaterowie nie są ambitni i nie gonią za wiedzą, ale klimacik jest jak najbardziej akademicki i owiany mgiełką niepewności. W teorii książka brzmi bardzo intrygująco, w praktyce wypadła raczej płasko, ale jest to moje subiektywne odczucie. Raczej nie byłam zainteresowana losami bohaterów, a odkrywanie odpowiedzi było dla mnie bardzo rozczarowujące. Enemies to lovers było bardzo naciągane, ale to już norma w romansach, więc za mocno się nie nastawiałam.

Myślę, że jeśli ten tytuł was ciekawi, to warto sprawdzić samemu, szczególnie jeśli jesteście fanami serii takich właśnie jak Dunbridge Academy. Ja raczej nie skuszę się na drugi tom.

Po śmierci rodziców Ophelia trafia do elitarnej akademii Sorrowsong University, do której uczęszczają tylko potomkowie biznesmenów i mafii. Ophelia nie szuka przyjaciół i nie chce się dopasować. Przyszła tam z konkretnym celem: być niewidzialną, znaleźć odpowiedzi, przetrwać i zniszczyć życie odpowiedzialnych za tragedię, która spotkała jej rodziców. Tak jest, dopóki nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

7.5/10, byłoby mocne 8, gdyby pod koniec nie zrobiła się powtarzalna. ale wciąga!

7.5/10, byłoby mocne 8, gdyby pod koniec nie zrobiła się powtarzalna. ale wciąga!

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Scarlett Vandermeer, to studentka trzeciego roku medycyny na Stanford, która wraca do skoków do wody po poważnej kontuzji i próbuje poukładać sobie życie. Treningi, terapia, własne ambicje. Lukas Blomqvist to były chłopak jej przyjaciółki, olimpijski pływak i facet, który wchodzi w jej świat jak fala, z którą nie da się nie zmierzyć.Oboje zgadzają się na coś, co miało być tymczasowym układem opartym na fizycznym porozumieniu, ale im bardziej zbliżają się do siebie, tym bardziej ich relacja przenika sferę emocjonalną i zaczyna wymykać się spod kontroli. Pod presją nadchodzących imprez sportowych i przygotowań do olimpiady ich związek staje się coraz bardziej prawdziwy.

Deep End trafia do mojej topki książek Ali Hazelwood. To uniwersytecki romans sportowy, ale jednocześnie trochę inny i bardziej dojrzalszy od pozostałych powieści autorki. Ta historia to podróż Scarlett przez strach, wewnętrzne blokady i samoocenę. Porusza również temat presji sportowego świata, terapii, życia akademickiego i ukazuje relację, w której fizyczność i emocje splatają się naturalnie i stopniowo, bez pośpiechu.
Relacja Scarlett i Lukasa jest jednym z najciekawszych elementów tej książki. Nie polega tylko na chemii fizycznej, ale na tym, jak oboje zaczynają sobie ufać i odkrywać, że potrzebują siebie nawzajem. Lukas, choć z zewnątrz powściągliwy (naprawdę dużo bym dała, by wejść do jego głowy), łagodny i spokojny, czyli dokładnie taka osoba, jakiej Scarlett potrzebuje, jest też uważny, ciepły i wspierający, szczególnie, gdy Scarlett konfrontuje się ze swoimi lękami.
Mimo że obiecane jest “odkrywanie” kinków, to jednak cały spice jest bardzo łagodny i nie ma tam eksploracji, ale jest to książka pełna intymnych momentów i zaufania, którego wymaga oddania komuś kontroli. Bohaterowie uczą się siebie krok po kroku, powoli budując znajomość. Jest tutaj też więcej rozmów o zawodowych celach oraz wielu innych tematach – nie jest to powieść skupiona jedynie na romantycznym wątku. Wydaje mi się, że nie każdemu spodoba się ten fabularny slow burn, ale właśnie ta naturalność, takie prawdziwe życie studenta‑sportowca, jest jednym z największych plusów. Naprawdę nie mogłam się oderwać.

Odjęłam jedną gwiazdkę, ponieważ mimo pięknie zbudowanego zaufania, bohaterowie nie komunikowali sobie swoich uczuć, a pod koniec wręcz świadomie tego unikali, co było dla mnie nieco frustrujące i sprawiało, że trudniej mi było się wczuć. Wciąż jest to jednak mocne 4/5.

[współpraca z wydawnictwem You&YA]

Scarlett Vandermeer, to studentka trzeciego roku medycyny na Stanford, która wraca do skoków do wody po poważnej kontuzji i próbuje poukładać sobie życie. Treningi, terapia, własne ambicje. Lukas Blomqvist to były chłopak jej przyjaciółki, olimpijski pływak i facet, który wchodzi w jej świat jak fala, z którą nie da się nie zmierzyć.Oboje zgadzają się na coś, co miało być...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Tyrus właśnie wstąpił na tron z Nemezis u boku, i razem próbują zmienić imperium tak, by nie opierało się już na przemocy, lecz nauce i wartościach, które nie ograniczają się do uprzywilejowanych. Nie wszyscy jednak chcą tej zmiany. Nemezis szybko uświadomi sobie, że jedynym sposobem na uratowanie tego, którego kocha oraz całej ludzkości, może nastąpić przez znalezienie w sobie człowieczeństwa, o którą imperium nigdy by diaboliki stworzonej do zabijania nie podejrzewało.

Powinnam była się spodziewać tego, że S.J. Kincaid znowu pozostawi mnie na krawędzi krzesła i marzeniem o kolejnym tomie na wczoraj. Imperatorka to bardzo dobra kontynuacja, w której nie brakuje rewelacji, skrajnych emocji, zwrotów akcji, które sypią się jak z rękawa i mocnego wątku romantycznego, który nie jest czarno-biały. Tym, co tak bardzo polubiłam w tej serii, jest sposób, w jaki ukazana jest moralność, jej odcienie i zmienność, która jest melancholijna, wręcz smutna.

W tej historii diaboliki traktowane są jak te pozbawione odruchów ludzkich, ponieważ zostały wyhodowane, a jednak możemy patrzeć, jak to ludzie, którym empatia powinna przychodzić naturalnie, zatracają się w przemocy – i jest to zamknięty krąg, powtarzający się cykl, który sprawił, że aż dostałam gęsiej skórki. Pokochałam Nemezis i Tyrusa nawet bardziej, mimo tego jak moralnie szara jest ta relacja, zmiany w niej i ogólnie postacie. Autorka postawiła na kilka nietypowych, odważnych zabiegów, i choć niemal złamały mi serce, to jestem ich wielką fanką, aczkolwiek jestem pewna, że nie każdy będzie tego samego zdania.

Jako tom drugi, przyznam, że Imperatorka to dość intensywna kontynuacja. O ile pierwsza połowa trochę mnie nudziła, tak od drugiej nie mogłam się oderwać. Poczułam, jakbym wkroczyła w zupełnie nowy etap tej historii. Ten świat jest taki ogromny, a jednocześnie jeszcze bardziej się rozrasta. Mamy więcej o kosmicznym imperium, więcej politycznych intryg, brutalnej rzeczywistości i wątpliwości o to, czym jest człowieczeństwo na tle galaktycznych oczekiwań i czy da się je zachować w dystopijnym świecie pełnym chciwości i wrogości.

Tyrus właśnie wstąpił na tron z Nemezis u boku, i razem próbują zmienić imperium tak, by nie opierało się już na przemocy, lecz nauce i wartościach, które nie ograniczają się do uprzywilejowanych. Nie wszyscy jednak chcą tej zmiany. Nemezis szybko uświadomi sobie, że jedynym sposobem na uratowanie tego, którego kocha oraz całej ludzkości, może nastąpić przez znalezienie w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Callahan Woods to kapitan strażaków walczących z pożarami lasów, zamknięty w sobie po stracie współpracownika. Po nieudanym długoletnim związku woli krótkie romanse niż emocjonalne zobowiązania. Prescott „Scottie” Timmons ucieka od traumatycznej przeszłości i poszukując nowego początku, trafia do tego miasteczka, w którym pracuje Cal. Od pierwszego spojrzenia łączy ich fizyczne przyciąganie, ale ostatecznie zbliża ich do siebie zarówno natura, jak i żar, który wybucha między nimi. Za to ukryta prawda może ich rozdzielić…

Muszę być szczera, ta książka była dla mnie lekkim rozczarowaniem. Po motywach i ogólnym opisie szykowałam się na zupełnie inną historię. Małe miasteczko, ratowniczka medyczna i strażak – brzmi jak przepis na idealną powieść. I są tu momenty emocjonalnej intensywności i chemii między bohaterami, które mogą się podobać. Jakieś 35% książki wzbudziło we mnie w większości pozytywne wrażenia (tak jak ostatnie rozdziały). Potem w wielu momentach fabuła staje się chaotyczna i płytka.

Choć poruszone jest tu wiele tematów, brakuje im pogłębienia i naturalnego emocjonalnego rozwoju. Bliżej połowy Cal i Scottie zaczynają zachowywać się w sposób, który bardziej frustruje niż angażuje. Często postępują niedojrzałe, decyzje wydają się sztucznie napędzać konflikty, które trwają dłużej niż sama relacja romantyczna.
Nagłe zwroty akcji, nieporozumienia i brak komunikacji między bohaterami momentami sprawiają, że działania bohaterów wydają się wymuszone.

Jest trochę romansu i akcji, ale wszystko razem nie składa się w nic naprawdę satysfakcjonującego. Dla mnie książka była bardziej średnia z momentami, w którym miałam istne WTF? jak wtedy, gdy Callahan – STRAŻAK - zachwyca się zapachem spalonego lasu, nazywa się piromanem, ma ochotę coś podpalić albo rzuca wiewiórką. Pewne wątki, jak te dotyczące przeszłości Scottie i traumy Cala, powinny być zgłębione, natomiast tutaj mamy klasyczny przykład magicznie znikających problemów.

Nie mogę powiedzieć, że jest to najgorsza książka, po jaką sięgnęłam, ale miała mnóstwo elementów, które mi się nie spodobały. Moim głównym problemem jednak był brak napięcia emocjonalnego. Wszystko wydarzyło się bardzo szybko, a Cal i Scottie przeszli od natychmiastowego pożądania do konfliktu. Nawet gdy później w doszło do rozmowy i rozwiązania, wydawało się to nieszczere i pospieszne. Nie byłam w stanie uwierzyć w ich uczucia.

Callahan Woods to kapitan strażaków walczących z pożarami lasów, zamknięty w sobie po stracie współpracownika. Po nieudanym długoletnim związku woli krótkie romanse niż emocjonalne zobowiązania. Prescott „Scottie” Timmons ucieka od traumatycznej przeszłości i poszukując nowego początku, trafia do tego miasteczka, w którym pracuje Cal. Od pierwszego spojrzenia łączy ich...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

CeCe wraca do rodzinnego miasteczka po ciężkim rozstaniu, szukając spokoju, dystansu i nowego początku. Wszystko idzie zgodnie z planem, dopóki na horyzoncie nie pojawia się Nash Carter, były hokeista, lokalna gwiazda, teraz kowboj na pół etatu i, oczywiście, przyjaciel jej brata, który od dzieciństwa był traktowany jak rodzina. CeCe potrzebuje nowej pracy i zajęcia, a Nash desperacko potrzebuje nowej księgowej. Gdy zaczynają ze sobą pracować, budzą się w nich pragnienia i emocje, którym daleko do przyjacielskich. Tylko że żadne z nich nie wierzy, że cokolwiek może z tego wyjść.

Książki mające miejsce w małym miasteczku nigdy mi się nie znudzą, nieważne jak powtarzalne i schematyczne są. Mają w sobie pewne ciepło i są bardzo wciągające. Nie inaczej było z Sercem na wodzy. Nie jest to książka pełna wielkich zwrotów akcji czy dramatów co stronę, ale jest to historia, która rozwija pozwala polubić bohaterów i poczuć się jak w domu.

Obydwoje bohaterów jest zabawnych, inteligentnych i aż garnących się do pomocy w duchu małomiasteczkowej życzliwości. Bardzo podobał mi się element z pracą z dziećmi w centrum sportowym i szkoda, że nie było tego więcej. Nash należy do tych opiekuńczych samców alfa, ale widzieliście, żebym kiedyś z tego powodu narzekała? Yup, uwielbiam to, jak troszczył się o wszystkich i wszystko, ale to jak troszczył się o CeCe najbardziej. Trochę bawiło mnie to, jak pracował dosłownie wszędzie – w centrum sportowym, w barze – pójdź gdziekolwiek w tym mieście, a na pewno go znajdziesz. 😂

W drugiej połowie było zdecydowanie za dużo scen łóżkowych, które moim zdaniem odebrały historii, z czasem też przewidywalność fabularna daje o sobie znać, ale to drugie akurat mi nie przeszkadza. Jeśli lubicie cozy romanse z małym miasteczkiem w tle i friends to lovers, to polecam z całego serca. Idealna na dwa wieczory, gdy potrzebujecie czegoś lekkiego i przyjemnego!

[współpraca z wydawnictwem Editio Red]

CeCe wraca do rodzinnego miasteczka po ciężkim rozstaniu, szukając spokoju, dystansu i nowego początku. Wszystko idzie zgodnie z planem, dopóki na horyzoncie nie pojawia się Nash Carter, były hokeista, lokalna gwiazda, teraz kowboj na pół etatu i, oczywiście, przyjaciel jej brata, który od dzieciństwa był traktowany jak rodzina. CeCe potrzebuje nowej pracy i zajęcia, a Nash...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Po bolesnym zerwaniu z chłopakiem, Indy potrzebuje na szybko znaleźć mieszkanie. Ryan, kapitan reprezentacji koszykówki i totalnie typ, który musi mieć wszystko pod kontrolą, ma wolny pokój. Z niechęcią zgadza się udostępnić pokój chaotycznej przyjaciółce swojej siostry. Jest tylko jeden haczyk – żeby utrzymać swoją idealną reputację i nie dać mediom powodów do plotek, musi udawać, że ma dziewczynę. I tak zaczyna się ich “umowa”, która oczywiście nie kończy się tylko na wspólnym mieszkaniu.

🧡Liz Tomforde ma talent do kreowania bohaterów, którzy są jednocześnie zabawni, emocjonalnie złożeni i do bólu realni. No bo hej, czy ktoś mi powie, jak się NIE zakochać w Ryanie Sheyu, którego miłość jest cicha, ale ukazuje się w formie czynów? Co prawda ten tom podobał mi się mniej od pierwszego, to jednak wciąż był bardzo przyjemny. Zacznijmy od tego, że mamy tu motyw fałszywego związku oraz współlokatorów, a ja chyba na takie rzeczy po prostu nie mam odporności.

🧡 Relacja tej dwójki to czyste złoto. Zero zbędnej dramy, dużo rozmów, zaufania i małych gestów, które zmiękczają serce. Indy jest taką ciepłą postacią, zabawną i od razu wnosi światło do życia Ryana, który mimo że wydaje się chłodny i opanowany, nosi w sobie sporo emocjonalnego ciężaru. To jest właśnie piękne w tej historii, jak ona pokazuje, że czasem największe wsparcie nie przychodzi w formie głośnych deklaracji, tylko w małych rzeczach – obecności, bezpieczeństwie i przestrzeni do bycia sobą.

🧡 Czy ta książka jest schematyczna? Jasne, ale absolutnie mi to nie przeszkadza! Kibicowałam bohaterom od samego początku, a kiedy w końcu coś się między nimi zaczęło zmieniać, czytelnik wręcz czuje motyle w brzuchu jak własne.

🧡 To zakończenie? Idealne, ciepłe, satysfakcjonujące i po prostu takie, jakie powinno być. Jeśli potrzebujecie romantycznej historii, która was otuli, rozbawi, ale też da przestrzeń by czuć, to The Right Move sprawdzi się idealnie. To comfort read w pełnej krasie.

[Współpraca z wydawnictwem Niezwykłe]

Po bolesnym zerwaniu z chłopakiem, Indy potrzebuje na szybko znaleźć mieszkanie. Ryan, kapitan reprezentacji koszykówki i totalnie typ, który musi mieć wszystko pod kontrolą, ma wolny pokój. Z niechęcią zgadza się udostępnić pokój chaotycznej przyjaciółce swojej siostry. Jest tylko jeden haczyk – żeby utrzymać swoją idealną reputację i nie dać mediom powodów do plotek, musi...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

7.5/10

Stevie Shay pracuje jako stewardesa dla drużyny NHL. Jest profesjonalistką w swoim fachu i trudno ją wytrącić z równowagi… A przynajmniej tak jest do czasu, aż na pokład wsiada Evan Zanders, arogancki, pewny siebie hokeista, znany ze swojej reputacji playboya i ego większego niż boisko. Ich znajomość zaczyna się od spięć i wzajemnej niechęci. On pragnie utrudnić jej pracę, ale jest pasażerem i Stevie musi wykonywać swoją pracę, nieważne jak trudna właśnie się stała. Tylko że im dłużej się znają, tym bardziej Stevie uświadamia sobie, że istnieje druga strona do Zandersa, taka której nie pokazuje światu.

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, jak bardzo wciągnie mnie ta książka. Myślałam, że dostanę klasyczny romans z typowym hokeistą i sarkastyczną bohaterką, i w sumie tak też się zaczyna, ale jednocześnie Liz Tomforde naprawdę odmieniła tę historię na przestrzeni fabuły i stworzyła coś głębszego. Bohaterowie są z krwi i kości, autentyczni, relatywni, z problemami, które mogłyby dotyczyć każdego.

Tym, co mnie własnie kupiło, mimo początkowej irytacji postacią Zandersa, to zdecydowanie to, że obydwoje bohaterów ma swoje wewnętrzne światy. Stevie mierzy się z presją, jaką społeczeństwo narzuca na wygląd i wagę kobiet, i nie jest tylko wątek wrzucony na siłę, ale bardzo autentyczny i dobrze poprowadzony. Jednocześnie przedstawiona jest jako silna, bezinteresowna, asertywna kobieta z realnymi słabościami.

Z kolei Zanders, początkowo ukazany nam jest jako wkurzający, dla mnie wręcz nie do zniesienia, zawodnik drużyny NHL, który totalnie wie, że jest przystojny i sławny i lubi z tego korzystać. Ale mimo swojej pozycji celebryty, nosi na barkach swoje własne niepewności wobec tego, jak jego osoba jest postrzegana, i pragnie po prostu, by ktoś go pokochał takim, jaki był naprawdę. Bardzo mnie to poruszyło i uczłowieczyło go w moich oczach.

Wisienką na torcie jest tutaj sposób, w jaki Stevie i Zanders stali się prawdziwymi przyjaciółmi, którzy mogli na siebie liczyć, zanim się w sobie zakochali. Chemia między nimi była wyczuwalna od pierwszych rozdziałów, ale to, jak rozwinęło się to wszystko – nie od razu, tylko z czasem i przestrzenią na poznanie siebie, przemówiło do mojego serca. Bohaterowie poboczni oraz wątki również bardzo na plus!

Jeśli szukacie romansu, który jest również historią o samoakceptacji, przełamywaniu własnych barier i lęków, i dawaniu drugiej szansy, warto ją sprawdzić. Zanders, Stevie i pieski całkowicie podbili moje serce!

7.5/10

Stevie Shay pracuje jako stewardesa dla drużyny NHL. Jest profesjonalistką w swoim fachu i trudno ją wytrącić z równowagi… A przynajmniej tak jest do czasu, aż na pokład wsiada Evan Zanders, arogancki, pewny siebie hokeista, znany ze swojej reputacji playboya i ego większego niż boisko. Ich znajomość zaczyna się od spięć i wzajemnej niechęci. On pragnie utrudnić jej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Ona jest boginią, a on tylko zwykłym śmiertelnikiem. Matilda jest heroldką bogów, mogącą swobodnie poruszać się między światami, by przenosić wiadomości. Ale z jakiegoś powodu ich losy zostały złączone i Vincent śnił o niej od dziecka. W jego koszmarach zawsze go ratowała jako bezimienna dziewczyna. Aż pewnego dnia ich drogi się krzyżują i uświadamia sobie, że rudowłosa jawa nie jest tylko jego wymysłem – jest boginią. Wiele lat później, w swoją najczarniejszą noc, wysłał do niej błaganie, które pozostało nieusłyszane… i zmieniło go na zawsze.

Wild Reverence. Dziedzictwo bogów to prequel dylogii Divine Rivals, osadzony kilkaset lat przed wydarzeniami z tamtej duologii. Możecie czytać tę książkę bez znajomości DR, bo opowiada ona o nowych bohaterach. To historia niespieszna, ale piękna niczym sen, poetycka, dojrzalsza i bardziej mistyczna niż Divine Rivals. To opowieść o bogach, śmiertelnikach, ich konfliktach oraz o wiadomościach, które zmieniają przeznaczenie.

Rebecca Ross zabiera nas do początków historii boskich klanów, które później będą tylko echem w „Letters of Enchantment”. Nie jest to bardzo dynamiczna powieść, a wręcz jej początek był dla mnie bardzo wolny i potrzebowałam przynajmniej 150 stron, żeby się wciągnąć. Potrzeba czasu, żeby “wejść” w ten świat. Muszę też przyznać, że brakowało mi wyrazistej akcji. Jest to raczej powieść, którą czyta się raczej dla klimatu i dla romansu, ale finalnie bardzo mi się podobała.

Relacja między Matildą a Vincentem rozwija się powoli, ale z dużą emocjonalną intensywnością. Jest w niej subtelność, niepewność, żal i tęsknota — nie tylko za osobą, ale za lepszym światem. Historia miłosna tej dwójki była piękna i wzruszająca. Myślę, że jeśli lubicie takie powoli rozwijające się historie, to przepadniecie dla Matildy i Vincenta!

Ona jest boginią, a on tylko zwykłym śmiertelnikiem. Matilda jest heroldką bogów, mogącą swobodnie poruszać się między światami, by przenosić wiadomości. Ale z jakiegoś powodu ich losy zostały złączone i Vincent śnił o niej od dziecka. W jego koszmarach zawsze go ratowała jako bezimienna dziewczyna. Aż pewnego dnia ich drogi się krzyżują i uświadamia sobie, że rudowłosa...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Po lekturze tej książki doszłam do dwóch wniosków. Pierwszy, oczywisty, brakuje na naszym rynku powieści sci-fi. Drugi to — nigdy nie ufaj SJ Kincaid! Najpierw ucisza twoje podejrzenia, tylko po to, żeby później wyrzucić cię z twoich kapci w kosmos!! 🚀 Zaczęłam tę książkę, zaintrygowana światem i nawet chichocząc do siebie, myśląc “o wiedziałam, że tak się stanie, ale mi to pasuje”, a skończyłam siedząc na krawędzi, kurczowo ściskając książkę, gapiąc się na ostatnią stronę z niedowierzaniem. Książki właśnie takie jak Diabolika są powodem, dla którego mam problemy z zaufaniem.

Jeśli myślicie, że to jedna z tych zwyczajnych młodzieżówek, które już niczym was nie zaskoczą, to muszę was wyprowadzić z błędy. Choć początkowo książka rzeczywiście zapowiada się zwyczajnie, nie dajcie się zwieść, podczas lektury czułam tak wiele rzeczy, których od dawna żadna książka we mnie nie wzbudziła. Po pierwsze rozwój i przemiana postaci były ogromnie satysfakcjonujące. Taki był też romans — ale co bardziej satysfakcjonujące — okazał się on też mniej przewidywalny, niż początkowo zakładałam. Po trzecie, autorka stworzyła skomplikowane intrygi, których się nie spodziewałam.

W drugiej połowie książki, a także w ostatnich rozdziałach zdarzyło się tak dużo, że naprawdę nie potrafiłam stwierdzić, w co wierzyć, a w co nie. Zamknęłam książkę wciąż nie będąc pewna, któremu z bohaterów tak naprawdę mogę ufać, kto tak naprawdę jest szalony, a kto tylko udaje, oraz kto rzeczywiście mówi prawdę, a kto tak dobrze kłamie. Nie wiem, kto jest tym dobrym w tej historii, a kto rzeczywiście zły, a sam konflikt moralny jest ciekawie przedstawiony. Dostałam odpowiedzi na wiele pytań, a jednocześnie mam wrażenie, że nie wszystkie są prawdą. Jestem pełna wątpliwości i pytań!

Absolutnie nie mogę się doczekać pozostałych dwóch tomów, bo jestem pewna, że jeszcze wielokrotnie zmienię zdanie. Ta historia była emocjonująca i z łatwością przeciągnęła mnie po podłodze — jeśli się przyjrzycie, to zobaczycie, że moja szczęka wciąż tam leży.

Myślę, że to jedna z tych historii, o których lepiej wiedzieć jak najmniej i czytać w ciemno, ale jeśli szukacie powieści, która ulokowana jest w kosmosie, a w dodatku pełna kosmiczno-dworskich spisków politycznych i z intrygującym wątkiem romantycznym, musicie przeczytać Diabolikę!

Po lekturze tej książki doszłam do dwóch wniosków. Pierwszy, oczywisty, brakuje na naszym rynku powieści sci-fi. Drugi to — nigdy nie ufaj SJ Kincaid! Najpierw ucisza twoje podejrzenia, tylko po to, żeby później wyrzucić cię z twoich kapci w kosmos!! 🚀 Zaczęłam tę książkę, zaintrygowana światem i nawet chichocząc do siebie, myśląc “o wiedziałam, że tak się stanie, ale mi to...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Vivienne Farrow nie mówi od czwartego roku życia — nie od tamtej nocy. Żyje w niej coś dzikiego, bolesnego, głęboko zakorzenionego i śmiertelnego, coś co skutecznie ją uciszyło. Thomas musiał dorosnąć szybciej niż rówieśnicy, związać koniec z końcem, pomagać mamie, porzucić marzenia. Kiedy pojawia się oferta pracy, by być tłumaczem języka migowego dla bogatej dziedziczki – szansa wydaje się idealna. Thomas ma za zadanie jej towarzyszyć i ewentualnie staje się jej obrońcą. Ale Vivienne nie potrzebuje wybawcy, bo jej już nie da się uratować…

Myślę, że Cała jestem śmiercią możemy zaliczyć do botanicznego horroru, ale takiego opakowanego w ładną różową kokardkę i z otoczką bogactwa. Jest ona dziwna, ale w taki dobry sposób, w który horrory czasami są – pokręcona, aż trudna do wyobrażenia czasami. Mamy tutaj elementy paranormalne oraz trochę dark academii, aczkolwiek było to trochę nieskładne i chaotyczne.

Niestety ta książka okazała się dla mnie tylko w porządku, jakoś nie utrzymała mojego zainteresowania. Nie byłam przekonana do romansu, początek był dla mnie bardzo wolny, z kolei druga połowa wydawała się zbyt pospieszna i bez sensu. Było wiele postaci i wątków fabularnych, które nie zostały porządnie przedstawione czy wyjaśnione, przez co czułam się zagubiona. Szybko research potwierdził, że ta książka jest połączona z fabułą The Whispering Dark tej autorki, a jej główni bohaterowie są pobocznymi w tej książce.

Cała jestem śmiercią jest najnowszą powieścią pisarki, ale nie najlepszą, jeśli chodzi o wstęp do jej twórczości. Cała ta otoczka tajnego stowarzyszenia i okultyzmu, które występują, nie mają prawa mieć sensu bez wcześniejszej lektury TWS, która wyjaśnia mechanizmy tego świata. (Z ciekawości nawet przekartkowałam TWD, bo akurat kiedyś ją kupiłam, i potwierdziłam tę tezę). Dlatego naprawdę trudno ją jednoznacznie ocenić. Nie wciągnęłam się, ale też jak tylko pojawiło się więcej bohaterów to zwyczajnie trudno było ogarnąć umysłem wydarzenia, skoro wyraźnie brakowało elementów układanki, ewentualnie pozostawiając we mnie niedosyt.

Miałam okazję przeczytać inną historię tej autorki i podobała mi się dużo bardziej, dlatego mam nadzieję, że inne jej książki się u nas pojawią.

Vivienne Farrow nie mówi od czwartego roku życia — nie od tamtej nocy. Żyje w niej coś dzikiego, bolesnego, głęboko zakorzenionego i śmiertelnego, coś co skutecznie ją uciszyło. Thomas musiał dorosnąć szybciej niż rówieśnicy, związać koniec z końcem, pomagać mamie, porzucić marzenia. Kiedy pojawia się oferta pracy, by być tłumaczem języka migowego dla bogatej dziedziczki –...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Rhya Fleetwood to półelfka, wychowana wśród ludzi. Zostaje skazana na egzekucję, ponieważ jej rasa jest masowo wybijana. Niespodziewany ratunek przychodzi w postaci tajemniczego wojownika, dowódcy Scythe, który ratuje Rhyę. Jego intencje nie są do końca jasne, ale jest on wszystkim, co Rhya teraz posiada. Gdy razem uciekają przed wrogami, Rhya odkrywa, że znak, który posiada od urodzenia daje jej zdolność przywoływania wiatru — jest jednym z czterech Reliktów, rozrzuconych dusz, których zadaniem jest przywrócenie równowagi maegii w świecie.

Tkająca wiatr to elfickie romantasy, które łączy w sobie slow burn, magię elementarną oraz królestwa na pograniczu wojny. Akcja rozpoczyna się w krainie Anwyvn, gdzie maegia została stłumiona, a istoty fae i półelfy są prześladowane, przez co główna bohaterka zostaje zmuszona do ucieczki, a my zostajemy rzuceni w podróż ku północnym, surowym terenom Norlandii, podczas gdy Rhya odkrywa własne moce, a między nią a Scythem budzą się skomplikowane emocje.

Niestety moje oczekiwania wobec tej książki minęły się z rzeczywistością. Oczekiwałam dynamicznej i romantycznej powieści, ale dostałam historię, która tak strasznie się ciągnęła, że w którymś momencie po prostu czytałam już same dialogi. Moja opinia jest w pełni subiektywna i nie wykluczam, że wielu osobom się spodoba, ale ja już od samego początku miałam z nią problem.

Pierwsze dwieście stron książki to tak naprawdę ucieczka i podróż, który okropnie się ciągnęły, a na niewiele pytań odpowiedziały. Większości rzeczy się jednak szybko domyśliłam sama, przez co nic w fabule mnie nie zaskoczyło. Sam ten fakt nie sprawia mi problemu, bo nie oczekiwałam niczego, co wychodziłoby poza schemat, ale po prostu nie byłam w stanie zżyć się z tą opowieścią.

Rhya była jednocześnie inteligentna i ignorancka, płaska jak na postać, która posiadała tak ciekawą zdolność magiczną. Nie odczuwałam chemii między nią a Scythe, znanym również jako Penn, a on sam był boleśnie niezdecydowany i nie wiedział, czego chce.

Natomiast muszę oddać autorce to, że zbudowała intrygujący świat, system magiczny oraz większy spisek związany z losem świata. Jeśli ciekawi Was ta książka, zachęcam do wyrobienia sobie własnej opinii.

Rhya Fleetwood to półelfka, wychowana wśród ludzi. Zostaje skazana na egzekucję, ponieważ jej rasa jest masowo wybijana. Niespodziewany ratunek przychodzi w postaci tajemniczego wojownika, dowódcy Scythe, który ratuje Rhyę. Jego intencje nie są do końca jasne, ale jest on wszystkim, co Rhya teraz posiada. Gdy razem uciekają przed wrogami, Rhya odkrywa, że znak, który...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Serena Paris jest hybrydą wilkołaka i człowieka, jedną z dwóch na całym świecie, a to uczyniło ją celem. Teraz każdy, kto pragnie pogłębić podział między gatunkami, chce jej dla siebie. Koen jest alfą stada, a także jej partnerem. Jego status nie pozwala mu na wejście z nią w relację, ale sytuacja zmusza go do otoczenia jej opieką. Im bliżej się poznają, tym więcej sekretów wychodzi na jaw, szczególnie tych z przeszłości Sereny, które mogą zagrozić bezpieczeństwu ich obojga.

Bride to jedna z moich absolutnie ulubionych książek. Dlatego skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie postawiłam poprzeczki wysoko, a Mate zwyczajnie jej nie dosięgnęła. Ale zacznijmy od tego, co mi się podobało.

Mate musi być jedną z najbardziej zabawnych powieści, po jakie sięgnęłam. Humor obecny jest na każdej stronie, a Serena jest dowcipną i błyskotliwą narratorką. Wiele razy śmiałam się w głos i uśmiechałam.

Na pewno muszę tej książce oddać to, że nie mogłam się oderwać! Było dużo emocji i informacji, gdyż autorka nieco skomplikowała fabułę, romans, a także skupiła się w dużej mierze na wątkach politycznych i tradycjach wilkołaków i życiu watahy.

Niestety na tym ucierpiał trochę romans. Tak, były zabawne bądź podszyte napięciem sprzeczki, było opiekuńczo, nawet trochę romantycznie, ale pisarka albo nie miała pomysłu, albo trochę za daleko zabrnęła w zakazany romans, bo 450 stron tego całego „nie możemy być razem” mnie zmęczyło i w którymś momencie naprawdę miałam tego dosyć. Szczególnie, że tak jak podejrzewałam, wszystkie problemy magicznie się rozwiązały w ostatnich rozdziałach.

Dodatkowo, odniosłam wrażenia, że Serena stała się taką mokrą kluchą i ofiarą losu. Zupełnie nie przypominała tej zaradnej, inteligentnej kobiety, która została nam przedstawiona w 1 tomie. Na szczęście jej żarciki zawsze ratowały sytuację.

Nie wrócę do niej jak do Bride, ale finalnie, jeśli przymknąć oko na jej wady, dość dobrze się bawiłam, a na tym przede wszystkim mi zależy w książkach.

Serena Paris jest hybrydą wilkołaka i człowieka, jedną z dwóch na całym świecie, a to uczyniło ją celem. Teraz każdy, kto pragnie pogłębić podział między gatunkami, chce jej dla siebie. Koen jest alfą stada, a także jej partnerem. Jego status nie pozwala mu na wejście z nią w relację, ale sytuacja zmusza go do otoczenia jej opieką. Im bliżej się poznają, tym więcej sekretów...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

“Black Bird Academy” to nie tylko akademia, to labirynt – emocjonalny, moralny i duchowy. A Pokochaj Śmierć to jego najciemniejszy korytarz.

Leaf już nie jest dziewczyną, którą poznaliśmy na początku serii. Przeszła przez piekło i nauczyła się, że przetrwanie to nie wszystko. Falco? Nie jest już tylko tajemnicą, ale nie znaczy to, że przestał zaskakiwać. Lore, nie tylko demon, który rozbawi nas do łez, ale ktoś, kto uświadamia, że trzeba zawalczyć, by uratować to, co naprawdę ważne.

To już trzeci i finalny tom mrocznej opowieści o egzorcystach, demonach i granicach między światłem a ciemnością. Pokochaj śmierć kontynuuje historię, dopowiada ją, komplikuje, podkręca napięcie i wreszcie ujawnia to, co dotąd skryte. W tej części granice między dobrem a złem są jeszcze cieńsze. Pojawia się tyle pytań co odpowiedzi, więcej bólu niż pewności. Oraz więcej ich – Leaf, Lore i Falco, Craina i Zero – i tego, co między nimi.

Ich relacja, walka, ich lojalność stają się coraz niebezpieczne i desperackie, a oczywistym się staje, że nie będzie bezpieczeństwa, szczęścia, zwycięstwa bez poświęcenia. Autorka prowadzi nas krętymi ścieżkami w podróż po Tokio oraz wielu innych miejscach, przedstawia nową dynamikę, nowe demony i starych wrogów, którzy rosną w siłę.

To nie jest lekka kontynuacja, lecz opowieść o życiu i śmierci, światłu i ciemności, przeznaczeniu i drodze, którą należy wybrać. Bohaterowie zostają postawieni przed trudnymi wyborami, doświadczeniami bliskimi śmierci, testują siłę miłości i przyjaźni. Każdy odnajduje swój cel, poboczne postacie zostają nam przybliżone, Leaf poznaje swój potencjał. Pokochaj śmierć daje odpowiedzi, ale też zabiera coś. Pozostawia małą wyrwę w sercu po zakończeniu.

Sama końcówka jest dość pospieszna, przez co nie w pełni satysfakcjonująca. Chętnie poczytałabym więcej, ale nie przeszkadza mi to aż tak bardzo. Wciąż ten finałowy tom pozostaje pełną akcji, nieprzewidywalną i romantycznie skomplikowaną historią, której wątki się wiążą, zrywają, okręcą i gmatwają.

Ta historia wrzuca naszych ukochanych bohaterów w pełne emocji sytuacje i wydarzenia, będące częścią większej układanki oraz ukazuje nową stronę śmierci i miłości.

“Black Bird Academy” to nie tylko akademia, to labirynt – emocjonalny, moralny i duchowy. A Pokochaj Śmierć to jego najciemniejszy korytarz.

Leaf już nie jest dziewczyną, którą poznaliśmy na początku serii. Przeszła przez piekło i nauczyła się, że przetrwanie to nie wszystko. Falco? Nie jest już tylko tajemnicą, ale nie znaczy to, że przestał zaskakiwać. Lore, nie tylko...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

7.5

Po śmierci ojca Cala wraca do rodzinnego miasteczka by być przy matce. Nie osiągnąwszy żadnej z rzeczy, które planowała, teraz musi stawić czoła dwóm osobom, które kiedyś były dla niej najważniejsze – najlepszej przyjaciółce ze szkoły, Dylan, którą straciła po tym, jak poddała się swojemu uczuciu do jej brata, Rowa. Teraz Row jest światowej sławy szefem, ale i zgorzkniałym mężczyzną, który pięć lat temu myślał, że zdobył Cal, a później całkowicie ją utracił. Pomimo niechęci, Row szybko uświadamia sobie, że wciąż czuje coś do ekscentrycznej dziewczyny, która jest chodzącą katastrofą – a wkrótce również zaczyna dla niego pracować.

Truly Madly Deeply to historia komicznie śmieszna, romantyczna, gorąca, ale i pełna skomplikowanych emocji.

Row… On to umie w yearning, ladies. Początkowo za nim nie przepadałam, bo był wredny i jego obrót o 180 stopni w gorzkiego i irytującego gnojka tylko mnie wkurzył. Ale jestem tylko dziewczyną i przepadłam dla niego, gdy zobaczyłam, jak chronił Cal na każdym kroku, dbał o jej komfort i zauważał najmniejsze oznaki jej dyskomfortu, a przy tym skrycie za nią tęsknił. Stwierdziłam, że mogę zaakceptować jego boczenie się na cały świat skoro i tak jego świat stale kręci się wokół jego pierwszej, ekscentrycznej miłości.

Im dalej w las, tym bardziej ta historia się się odmieniała, a Row przestał przypominać innych bohaterów książek tej autorki, a stał się słodszy, choć wciąż zachowując swój pazur.

Cal jest specyficzną postacią – rozgadane słoneczko tryskające energią, a jednocześnie niezdarna, niespokojna introwertyczka, zmagająca się z traumami, które wpłynęły na sposób, w jaki żyła i wchodziła w kontakty międzyludzkie. Jest ekscentryczna, współczująca, i ma tiki nerwowe, przez które czuje, że odstaje od reszty. Ale Row jest przy niej, sprawia, że ​​czuje się bardziej komfortowo, chroni ją przed zranieniem, pomaga jej przezwyciężyć lęki i rozwijać się jako osoba.

Tak jak zwykle u LJ Shen, wszyscy bohaterowie tej opowieści są dość intensywni, ale za to pełni osobowości i mają własne historie. Tak naprawdę, to gdy już przezwyciężyłam swoją początkową niechęć do Rowa, płynęłam przez historię i nie mogłam się oderwać. Humor był świetny, choć czasami wręcz przesadny. Mamy tutaj małe miasteczko oraz wszystko, co się z nim wiąże. Jednak to tęsknota i pragnienie pomiędzy Rowem i Cal mnie tak kupiło – uwielbiam, gdy ten element pojawia się w powieściach.

Tym, czego zwykle brakuje mi w powieściach Shen jest to, co ta historia właśnie ma – więcej romantyzmu, który łapie za serce. Małe gesty, okazywanie troski, wzruszające wyznania. Jeśli też je lubicie, to koniecznie musicie sięgnąć po tę książkę!

7.5

Po śmierci ojca Cala wraca do rodzinnego miasteczka by być przy matce. Nie osiągnąwszy żadnej z rzeczy, które planowała, teraz musi stawić czoła dwóm osobom, które kiedyś były dla niej najważniejsze – najlepszej przyjaciółce ze szkoły, Dylan, którą straciła po tym, jak poddała się swojemu uczuciu do jej brata, Rowa. Teraz Row jest światowej sławy szefem, ale i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Ostatni deszczowy dzień daje nam wydarzenia z serii “Bractwa Kruków”, ale po raz pierwszy widzimy je oczami Dominica, z jego bólem, tajemnicami i poczuciem winy. To, co było wcześniej tłem – spiski, zdrady, przeszłość – teraz pulsuje życiem, bo jest widziane od środka.

Dominic jest tu postacią bardzo złożoną. Jego żal, wściekłość, ale i tęsknota wynikają z tego, co w nim schowane – decyzji, które podejmował, wyrzutów sumienia, poczucia, że mógł zrobić więcej. Kate Stewart sprawnie oddaje jego wewnętrzną burzę. Deszcz, który kiedyś niósł ukojenie, teraz staje się lustrem dla jego emocji.

Ta książka nie jest tym, czego się spodziewałam. Dała mi trochę tego, co chciałam, i trochę czegoś innego. Dlatego książkę dzielę na dwie części — pierwszą połowę, w którą ciężko było mi się wciągnąć, oraz drugą, która była wszystkim, czego chciałam, i którą złamała mi serce.

Zacznę od tego, co podobało mi się mniej.

Jestem nieco rozczarowana tym, jak zostały ukazane “działania” Doma, chyba po prostu spodziewam się, czegoś innego. Ponadto liczyłam na jego perspektywę niektórych znanych nam momentów, aczkolwiek na ogół zostały one podsumowane w kilku zdaniach, a ja niestety nie odświeżyłam sobie serii, więc tak do końca nie pamiętałam, o co chodziło.

Całkowicie rozumiem, że nie powinno się przepisać tej samej historii do kolejnej książki, ale nie czułam, żebym otrzymała nową perspektywę na niektóre chwile. Czytając, bez uprzedniego przypomnienia sobie poprzednich tomów serii, czułam się czasami zdezorientowana tym, w jakim momencie historii się znajdowaliśmy albo co się dzieje – szczególnie miałam takie odczucie w środku książki – wszystko wydawało się opisane tak ogólnie.

Za to tym, co Ostatni deszczowy dzień nam daje, są myśli i uczucia Dominica jako człowieka, niezależnie od osi czasu. Jego krzywda, chęć zemsty, ale i chęć zmienienia tego systemu na lepsze – tak by nikt nie musiał przechodzić przez to samo, co on. Jego skupienie, jego smutek, samotność, jego własny bezpieczny kokon, który zbudował wokół siebie oraz jego tożsamość jako kłamcy, ukrywającego sekrety, dźwigającego ciężkie obowiązki. Sceny, które wcześniej były migawkami Dominica, teraz są pełne ciężaru zamiast żaru. Każda rozmowa, milczenie, spojrzenie Dominica nabierają nowego znaczenia.

Momentami narracja potrafi być przytłaczająca – z jednej strony przeskakujemy z sytuacji do sytuacji, a z drugiej strony mamy cały kalejdoskop emocji: pamięć, stratę, miłość i żal, które mieszają się mocno.

Jest to historia o życiu i śmierci, zemście i sprawiedliwości. Wypełniona jest melancholią, a ostatnie rozdziały rozbijają serce i usiłują złożyć je na nowo, dając nam wgląd w pov różnych bohaterów, a także przemycają momenty, które mają miejsce lata później.

Muszę przyznać, że miałam wobec powieści pewne oczekiwania, które się nie do końca pokryły z tym, co dostałam, aczkolwiek ta druga połowa mi to trochę wynagrodziła.

Ostatni deszczowy dzień daje nam wydarzenia z serii “Bractwa Kruków”, ale po raz pierwszy widzimy je oczami Dominica, z jego bólem, tajemnicami i poczuciem winy. To, co było wcześniej tłem – spiski, zdrady, przeszłość – teraz pulsuje życiem, bo jest widziane od środka.

Dominic jest tu postacią bardzo złożoną. Jego żal, wściekłość, ale i tęsknota wynikają z tego, co w nim...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Ray Griffith był gwiazdą rodeo, dopóki tragiczny upadek nie zakończył jego kariery i nie przykuł go do wózka inwalidzkiego. Mężczyzna nie radzi sobie dobrze w nowej sytuacji życiowej, a przynajmniej dopóki energiczna, gadatliwa i najbardziej niezdarna kobieta we wszechświecie nie zostaje jego nową opiekunką. Brooke rozpaczliwie potrzebuje tej pracy i nie może skończyć tak, jak jej poprzednicy, zwolnieni z powodu złych nastrojów Raya. Brooke uczy Raya, że po każdej burzy wychodzi słońce i że czasami miłość wpada impetem przez drzwi i nie puka.

Downpour to przepiękna, zabawna i wartościowa opowieść o rozpoczynaniu życia na nowo, gdy wydawało się, że miało się wszystko, oraz o odkrywaniu swojego poczucia wartości po zmianie, gdy już nie jest się tą samą osobą, którą było się kiedyś. To opowieść o przyjaźni, miłości i rodzinie, o skomplikowanej relacji z samym sobą, o uzdrowieniu, przezwyciężaniu słabości i zakochaniu się w najmniej oczekiwanym momencie.

Ray i Brooke nie mogliby być bardziej różni. Ray miał ugruntowaną karierę, ale musiał nauczyć się żyć na nowo z niepełnosprawnością. Brooke, młodsza o 12 lat, dopiero zaczynała uczyć się, jak żyć. On był w mrocznym miejscu, nienawidził siebie i postrzegał swoje ciało jako słabość i ograniczenie. Ona miała naprawdę ciężko w życiu, ale mimo to uważała świat za piękny, a ludzi na swojej drodze za wspaniałych. On był zrzędą, który się złościł, a ona była słońcem, które wnosiło światło do jego świata i tchnęło w niego nowe życie.

Czytanie o przeciwieństwach zawsze jest piękne, ale ponieważ ta historia porusza również tematy takie jak powrót do zdrowia ze świadomością, że nie można go już w pełni odzyskać, oraz terapia, sprawiły, że ​​wszystko stało się o wiele bardziej emocjonujące, a także wzbudzające nadzieję i uśmiech na twarzy.

Zmagania Raya i jego bezsilność były naprawdę smutne, ale czytanie jak Brooke ponownie “stawia go na nogi” i wzbudza w nim przeróżne emocje oraz troskę po tym, jak odizolował się od ludzi, sprawiało, że nie potrafiłam się oderwać. Ray mimo wszystko był tak kochający i opiekuńczy, podobnie jak Brooke – idealnie do siebie pasowali. Nie spotkałam się z wieloma historiami, w których jeden z głównych bohaterów ma jakąś niesprawność, a tutaj mamy Raya, który przejawia całkowicie naturalne reakcje, myśli i uczucia, z którymi się z tego powodu zmaga, a finalnie nadal odnajduje swój wewnętrzny spokój.

Bardzo mnie to cieszy, że nie było tu żadnych zbędnych dram. Autorka skupiła się na tym, co w fabule najważniejsze, dzięki czemu historię połknęłam w kilka godzin. Jeśli tym, czego oczekujecie od książki jest angażująca relacja, chemia, humor i rodzina, to jest to powieść dla Was.


Współpraca z wydawnictwem Papierowe Serca.

Ray Griffith był gwiazdą rodeo, dopóki tragiczny upadek nie zakończył jego kariery i nie przykuł go do wózka inwalidzkiego. Mężczyzna nie radzi sobie dobrze w nowej sytuacji życiowej, a przynajmniej dopóki energiczna, gadatliwa i najbardziej niezdarna kobieta we wszechświecie nie zostaje jego nową opiekunką. Brooke rozpaczliwie potrzebuje tej pracy i nie może skończyć tak,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Winter otwiera nowy etap w swoim życiu. Rozwodzi się z okropnym mężem, które wierzyła, iż niegdyś kochała, i przeprowadza się do nowego miejsca, by być blisko siostry, z którą pragnie naprawić relacje. Ciągnie się za nią całą trudna przeszłość, z którą będzie musiała się pogodzić. Theo Silva to ujeżdżacz byków i znany kobieciarz, młodszy od niej i zdecydowanie ostatnia osoba, z którą powinna się wiązać. Ale jedna wspólna noc sprawia, że ich życia na zawsze się łączą.

Bez rozwagi to absolutnie przeurocza i ciepła historia, poruszająca różnorodne tematy rodzinne: rodzicielstwo, skomplikowane relacje, zaniedbanie. Początkowo bałam się tego tomu, gdy usłyszałam, że będzie tutaj przypadkowa ciąża, ale nie mogłabym bardziej pozytywnie się zaskoczyć. Powieść Winter i Theo była tak domatorska, słodka, przezabawna, że strony same się przewracały. Mamy tutaj przeciwieństwa, urocze dziecko, a także pieska Piotrusia, a z mojej twarzy nie schodził uśmiech, odkąd Theo wprowadził się do domu obok Winter.

Zwykle preferuję motyw samotnego ojca niż matki, ale Winter, jako postać, która wcześniej została przedstawiona jako zimna, absolutnie podbiła moje serce jako matka. Z łatwością mogłam uwierzyć, że jej córka była jej największą miłością, jej promyczkiem nadziei oraz światłem w ciemności, które ją zmiękczało. Podobało mi się, że była bardzo złożoną postacią, pozornie chłodną i oschłą na zewnątrz, ale tak naprawdę po prostu nie przywykła do otrzymywania miłości i życzliwości od ludzi, przyzwyczajona do specyficznego traktowania i wcześnie pozbawiona miłości. Jej zmagania i niepewności postrzegałam jako autentyczne, a nawet pod wieloma względami relatywne. Była prawdziwą postacią z krwi i kości.

Theo z kolei był jej przeciwieństwem, łatwo dawał i otrzymywał miłość, zaufanie i opiekę. Był zawsze obecny, wspierający, troskliwy, pełen miłości i siły. Był oparciem dla Winter, mimo że jego życie poniekąd również wywróciło się do góry nogami i nigdy nie kwestionował tego, co musiał zrobić. Cały wypełniony był emocjami i ciepłymi uczuciami, szczególnie jego miłość do córki była wręcz namacalna. Najlepszy partner, tata, przyjaciel i syn na świecie! Theo był tak wspaniały, że aż nierealistyczny, ale trochę delulu nikomu jeszcze nie zaszkodziło.

Kilka rzeczy, które mi przeszkadzały to:
zepchnięcie problemów Winter na ostatni plan i późne, niepełne rozwiązanie (Rob, Kip)
próba wciśnięcia wszystkich bohaterów z poprzednich tomów, przez co historia wydawała się zapchana i chaotyczna momentami

Mimo że ta historia spokojnie mogłaby być trochę krótsza, to jednak dobrze się bawiłam i myślę, że jest to bardzo dobra kontynuacja serii o Chestnut Springs. P.S. Harvey??? okay slay.

Winter otwiera nowy etap w swoim życiu. Rozwodzi się z okropnym mężem, które wierzyła, iż niegdyś kochała, i przeprowadza się do nowego miejsca, by być blisko siostry, z którą pragnie naprawić relacje. Ciągnie się za nią całą trudna przeszłość, z którą będzie musiała się pogodzić. Theo Silva to ujeżdżacz byków i znany kobieciarz, młodszy od niej i zdecydowanie ostatnia...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to