rozwiń zwiń

Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach:

Ciekawa lektura, ale szalenie nierówna. Na dobrą sprawę, trudno mi przypomnieć sobie jakiś zbiorek, który miałby tak wielki rozstrzał i w tematyce, i w poziomie poszczególnych opowiadań. Bo czego tu nie ma? Meksykańskie legendy, wariacje na temat wampirów, klasyczne opowiastki o duchach, shockery, które wywracają całą fabułę dopiero w ostatnim akapicie, groteska itd. Fajnie, ale to sprawia, że więcej jak 7/10 nie dam.
Zaczyna się dość niemrawo i zastanawiałem się, skąd ta renoma „Październikowej krainy”. Spodziewałem się czegoś spójnego, podobnych stylistycznie historii z dreszczykiem (wiecie, tak jak u Lovecrafta czy innego Derletha – skrzypiący dom, mrok, bluźniercze plugastwa i hej), a nie mogłem się „wgryźć” w ten klimat, bo co chwila rzucany byłem, gdzie indziej. Ostatecznie jednak natrafiłem na kilka perełek – Kosa, Mały skrytobójca, Zbiegowisko czy Szkielet – i głównie z ich powodu mogę polecić niniejszy zbiór. Reszta nieco wymęczyła – strzelam, że rzeczona pozycja zyskałaby na jakości (choć z wiadomych względów to już niemożliwe 😉), gdyby nieco inaczej dobrać utwory – wszakże nawet zbiorki przygotowane przez iluś autorów bywają bardziej spójne.

Ciekawa lektura, ale szalenie nierówna. Na dobrą sprawę, trudno mi przypomnieć sobie jakiś zbiorek, który miałby tak wielki rozstrzał i w tematyce, i w poziomie poszczególnych opowiadań. Bo czego tu nie ma? Meksykańskie legendy, wariacje na temat wampirów, klasyczne opowiastki o duchach, shockery, które wywracają całą fabułę dopiero w ostatnim akapicie, groteska itd....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

„Duch” Thomasa Page’a, opowiadający o Wielkiej Stopie, jest debiutanckim projektem enigmatycznego Wydawnictwo Akabra. Jako że lubię tajemnicze stworzenia, wszelkiej maści Yeti czy Nessie jakoś tam działają mi na wyobraźnię, nie mogłem odpuścić opowieści o Sasquatschu, a że przy tym była okazja wesprzeć nowego gracza na rynku, to nabyłem, przeczytałem, teraz dzielę się spostrzeżeniami.
Na wstępie – nie spodziewałem się niczego wielkiego, wszakże to jeden z przedstawicieli złotej ery amerykańskiego horroru, czyli… no cóż, w większości to solidne czytadła (ale ja takie czytadła lubię). Rzuca się kilka edytorskich i redakcyjnych wpadek (już okładkowy opis zawiera fikołki w stylu „pop-kultura” – po co ten dywiz?), w środku też nie jest kolorowo (redaktor bądź korektor – nie wiem – nie odróżnia dywizu od półpauzy i wszędzie, ale to wszędzie stosuje to drugie; do tego gdzieniegdzie jakieś błędy interpunkcyjne, ale usprawiedliwiam – to w końcu debiut i te sprawy). Sama książka? Mimo wszystko – nieco rozczarowała.
W skali 1–10 dałbym 5,5, no może naciągane 6. Czyta się to nieźle, początek wciąga, akcja się rozwija, nie jest to też jakiś rozwlekły kloc, także nie zdąży znudzić, no ale właśnie – w moim guście byłaby raczej kameralna historia, jakieś śledztwo w sprawie „czegoś tajemniczego”, pełno niedopowiedzień opowieść o tym, że „coś tam jest, ale nie wiadomo do końca, co” i te sprawy – wiecie – Obcy czy Nosferatu na ekranie są kilka minut, pojawiają się późno itd. A tutaj? Pierwsze rozdziały – akcja na całego, potem ganianina po lasach w stylu Rambo, koniec to już czysta rozwałka. Zero tajemnicy, zero zaskoczeń, a i samo rozwiązanie zagadki tożsamości stwora – zupełnie mi nie podeszło. Po prostu wolę, jak coś stuka, puka, ale co? Gdzie? Im mniej wiadomo, tym lepiej.
Co do samego wydawcy – widzę, że póki co zatrzymał się na dwóch publikacjach, posty wrzuca zdawkowo, nie wiem, czy im to „zażre”, w każdym razie trzymam kciuki, bo zawsze fajnie, gdy pojawia się nowy gracz, tym bardziej wprowadzający nowości na polski rynek (a nie odgrzewane kotlety lub to kolejny „cud” projekt jakiegoś przekonanego o swojej zajebistości samowydawcy, którego nie da się czytać).

„Duch” Thomasa Page’a, opowiadający o Wielkiej Stopie, jest debiutanckim projektem enigmatycznego Wydawnictwo Akabra. Jako że lubię tajemnicze stworzenia, wszelkiej maści Yeti czy Nessie jakoś tam działają mi na wyobraźnię, nie mogłem odpuścić opowieści o Sasquatschu, a że przy tym była okazja wesprzeć nowego gracza na rynku, to nabyłem, przeczytałem, teraz dzielę się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Ciekawa, krótka książka (dłuższe opowiadanie?), ale zdecydowanie nie dla każdego. To, rzecz jasna, nie jest wciągająca historia, nie oczekujcie intrygi, rozwiązania zagadki (której obecność może sugerować tytuł). „Tajemniczy pociąg” to strumień dziwności – bohaterowie niczym z koszmaru (ogromna kobieta z połową twarzy, policjant chrupiący kości kurczaka niczym chipsy, maltretujący psychicznie swoich pracowników dyrektor itd.), poczucie beznadziei, osaczenia, a zarazem osamotnienia, do tego antypatyczny bohater. Nie szukałbym tu sensu ani bawił w jakieś interpretacje (zostawiam to gadającym głowom) – ja po prostu delektowałem się tym nieprzyjemnym klimatem i skonsumowałem tę książkę niczym filmy Lyncha. Autorka powołuje się na Kafkę i to słuszny trop – można się uśmiechnąć, można obrzydzić, czuć podobny „flow”. Bardzo wyraźnie ostrzegam jednak, że to pozycja dla miłośników tego typu prozy – w przeciwnym wypadku idzie się rozminąć z oczekiwaniami i potem kończy się to wystawieniem oceny 2/10 na Lubimyczytac.pl 😝

Ciekawa, krótka książka (dłuższe opowiadanie?), ale zdecydowanie nie dla każdego. To, rzecz jasna, nie jest wciągająca historia, nie oczekujcie intrygi, rozwiązania zagadki (której obecność może sugerować tytuł). „Tajemniczy pociąg” to strumień dziwności – bohaterowie niczym z koszmaru (ogromna kobieta z połową twarzy, policjant chrupiący kości kurczaka niczym chipsy,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Jeden z najsłabszych tomów serii "Biblioteka Grozy" wydawnictwa C&T, co nie znaczy, że jakiś wielce fatalny. Sześć krótkich historii, niecałe 100 stron, także nie ma okazji na znużenie, ot takie czytadełko 4/10. Jeśli ktoś liczy na ucztę dla wyobraźni, jakieś przerażające zwroty akcji, gęsty klimat itd., to srodze się rozczaruje, dlatego sporo da odpowiednie nastawienie.
Motywy? Z pozoru klasyczne – całkiem tajemnicze obrazy dzieci w całkiem tajemniczej rezydencji, ale intrygujący motyw wyjściowy zostaje „rozmemłany” przez nijaką obyczajową opowieść, dalej gadający cmentarz (motyw jak u Dostojewskiego), moralne rozważania nad konającą morfinistką, wreszcie „Syrena mgłowa”, czyli flagowa historia z rzeczonego zbiorku, z której wyjątkowo dumny zdaje się być również wydawca, poświęcając jej najwięcej miejsca w okładkowym blurbie. I faktycznie, zamykająca zbiór opowieść jest chyba najlepszą, mocy dodaje finałowe rozwiązanie.
Przeczytałem, by dalej odhaczać kolejne zbiorki z jednej z moich ulubionych serii. Powtórzę – przy odpowiednim nastawieniu lektura będzie bezbolesna, przeczytać, odetchnąć i tyle.

Jeden z najsłabszych tomów serii "Biblioteka Grozy" wydawnictwa C&T, co nie znaczy, że jakiś wielce fatalny. Sześć krótkich historii, niecałe 100 stron, także nie ma okazji na znużenie, ot takie czytadełko 4/10. Jeśli ktoś liczy na ucztę dla wyobraźni, jakieś przerażające zwroty akcji, gęsty klimat itd., to srodze się rozczaruje, dlatego sporo da odpowiednie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Tytułowe opowiadanie zna chyba każdy miłośnik tego typu literatury – tu, ukazuje się w trzech wersjach, każda z dość istotnymi zmianami względem poprzedniczki (na plus). Mimo niekwestionowanego statusu tej historii, nie zrobiła ona jednak na mnie aż tak piorunującego wrażenia, jak się spodziewałem (w przeciwieństwie np. do innych klasyków jak „Małpia łapka” czy „Wierzby”). Oceniam ją dobrze, jest intrygująca, napisana w formie (mówię o tych trzech wersjach), a to dziennika, a to relacji bywalca szpitala psychiatrycznego, ale „nie zatkao” 😉 (wspomnę, że ją akurat czytałem już wcześniej, jakiś czas temu). Reszta? Można się miło zaskoczyć – jest niekiedy groteskowo, niekiedy upiornie, są wątki wykopywania ciał z grobów, opuszczone karczmy pośród posępnych gór i to, co wyjątkowo lubię – wątki obłędu i klasyczne zagwozdki dla czytelnika – działo się naprawdę, czy to tylko w jego głowie? (tak, tak, wiem że to ograny schemat, ale ja go lubię w odpowiedniej dawce z dobrymi podwalinami w postaci intrygującej fabuły).
Rzeczony zbiór ma tez jeszcze jedną „zaletę”. To miła odskocznia w serii "Biblioteka Grozy" wydawnictwa C&T od anglojęzycznych pozycji (zdaje się, że był to nawet odzew na nasze prośby o więcej Niemców czy Francuzów), także oby tak dalej!

Tytułowe opowiadanie zna chyba każdy miłośnik tego typu literatury – tu, ukazuje się w trzech wersjach, każda z dość istotnymi zmianami względem poprzedniczki (na plus). Mimo niekwestionowanego statusu tej historii, nie zrobiła ona jednak na mnie aż tak piorunującego wrażenia, jak się spodziewałem (w przeciwieństwie np. do innych klasyków jak „Małpia łapka” czy „Wierzby”)....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Kopiec Zealia Bishop, H.P. Lovecraft
Ocena 7,1
Kopiec Zealia Bishop, H.P. Lovecraft

Na półkach:

Czytane jeszcze na jesieni, gdy szukałem czegoś lekkiego, ale grozowego w okolicach Halloween i niemal tradycyjnie spełniło swoją rolę – krótkie, rzeczowe, znane i ograne schematy, które po prostu lubię, trafiło się nawet wywrotowe i „szokujące” zakończenie (to chyba shocker się nazywa w nomenklaturze internetowego fandomu). Trzy historie, Lovecraft na pełnej, mamy wątki kosmiczne, mamy obrzydlistwa i dziwactwa, książka z cyklu klasyczne 6 na 10 – było miło, ale to nic wielkiego.
Osobiście najbardziej podeszła mi pierwsza historia, którą zapamiętałem, a to już o czymś świadczy (w przypadku zbiorów opowiadań czy książek w mojej pamięci zostają tylko te „wybrane” – mózg sam sobie dokonuje selekcji 😄), ją polecam najbardziej, spokojnie mogłaby być powielana gdzieś w innych zbiorkach, także różnych autorów.

Czytane jeszcze na jesieni, gdy szukałem czegoś lekkiego, ale grozowego w okolicach Halloween i niemal tradycyjnie spełniło swoją rolę – krótkie, rzeczowe, znane i ograne schematy, które po prostu lubię, trafiło się nawet wywrotowe i „szokujące” zakończenie (to chyba shocker się nazywa w nomenklaturze internetowego fandomu). Trzy historie, Lovecraft na pełnej, mamy wątki...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

O swoim stosunku do twórczości Stephena Kinga pisać teraz nie zamierzam, ale w każdym razie nie jest on negatywny; sporo u niego krindżu i miałkiej literatury, ale są też pozycje przyzwoite, które czyta się z przyjemnością. Dla rzeczonej opinii nie ma to żadnego znaczenia.
„Wielki marsz” to w niektórych środowiskach powieść kultowa; pamiętam, gdy jeszcze w czasach studenckich polecało mi ją kilka osób (a już wtedy byłem zaznajomiony z kilkoma pozycjami Kinga, ale akurat był to czasu, gdy „odszedłem” już na długie lata od czytania niniejszego jegomościa), lecz w morzu innych rozrywek i pasji odstąpiłem od zapoznania się z nią. W zeszłym roku okazja – za równowartość mrożonej pizzy kupiłem ją w Biedronce, spontanicznie, bo leżała na wierzchu stosika w koszu w literaturą.
Jedziemy z koksem – pomysł na historię? Jak najbardziej trafny – niezłych, dystopijnych światów nigdy za wiele, wizja jakiegoś marszu do upadłego wydawał się zachęcający. Konstrukcja powieści? Ale o co chodzi? Oni teraz tak będą iść przez 300 stron i nic więcej? Niewytrenowani ludzie maszerujący lepiej od najlepszych „ironmanistów”? Ok, do zaakceptowania. Ale już reszta? Cała ta wielka „filozofia” książki, przemyślenia bohaterów itd. może i mogłyby robić wrażenie, ale chyba w czasach liceum (zdaje się, że King, gdy pisał tę powieść, to sam był młodziutki i niedojrzały). Po 100 stronach pędziłem już tylko, by dokończyć, by, być może, zostać zaskoczonym, ale nie – idą, idą, rozmawiają, czasem ktoś anonimowy umiera, ale nie rusza to czytelnika, bo to zwyczajne mięso armatnie. Pomysł na taką opowieść poległ z formatem – sprawdziłby się znakomicie w formie 50-cio stronnicowego opowiadania w jakimś zbiorze sf, ale nie funkcjonuje on niestety jako pełnoprawna powieść. Dotąd to chyba najgorsza pozycja, jaką czytałem z dorobku Kinga.

O swoim stosunku do twórczości Stephena Kinga pisać teraz nie zamierzam, ale w każdym razie nie jest on negatywny; sporo u niego krindżu i miałkiej literatury, ale są też pozycje przyzwoite, które czyta się z przyjemnością. Dla rzeczonej opinii nie ma to żadnego znaczenia.
„Wielki marsz” to w niektórych środowiskach powieść kultowa; pamiętam, gdy jeszcze w czasach...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Wydany po polsku Derleth skompletowany. „Tropem Cthulhu” było (jak dotąd) ostatnią pozycją tego autora dostępną na rodzimym rynku, której nie przeczytałem, ale zmieniło się to jakiś czas temu, słów zatem kilka.

Nic nowego w tym temacie nie wymyślę – jeśli ktoś nie jest twardogłowym maniakiem Lovecrafta, który będzie się czepiać dialogów (te są tylko u Derletha), powielania pomysłów czy korzystać bezrefleksyjnego „nikt tak nie pisze jak MiStRz”, to zabawa jest przednia. Znajomość pierwowzorów obowiązkowa, dużo tu odniesień, analogii, powrotów do znanych już miejsc, ale wszystko sprawnie przygotowane. Mamy zatem adekwatnie kwiecisty styl, nieco lovecraftowskiego krindżu w postaci np. nietoperzowatych stowrów, multum niedopowiedzeń, formę stylizowaną na jakieś dzienniki/pamiętniki/notki prasowe itp., gremia archeologów, językoznawców, muzealników, którzy badają nieznane, także wszystko na swoim miejscu. Dodatkowym plusem jest ładne „rozciągnięcie” tego uniwersum w czasie, gdyż o ile cały ten „świat przedstawiony” u Lovecrafta kończy się na początku lat 30., tak tutaj (bez spojlerów się tego nie da oddać) Derleth opisuje zdarzenia dziejące się ponad dekadę dalej – i zamyka wszystko ładną klamrą. Aż naszła mnie myśl, a gdyby tak jakiś kolejny sprawny epigon ciągnął to dalej, na lata 70., 80. i tak dalej?
Na uwagę zasługuje też kompozycja, bo niby to zbiór opowiadań, ale wszystkie one kapitalnie zawiązują się z sobą, co powoduje, że tak naprawdę jest to jednolita powieść (stąd obowiązkowo trzeba czytać po kolei) – ciekawa forma, pochwalam, rzadko takie coś się spotyka.
Z minusów? Oczywiście, podobnie jak chyba większość miłośników Lovecrafta, nie podoba mi się umniejszenie rangi Przedwiecznych – wolę wersję, że są oni niepowstrzymywalnym, wszech potężnym złem i nie ma dla ludzkości nadziei, aniżeli jakieś derlethowskie dyrdymał o strąceniu z piedestału, ale ok, mogę na to przymknąć oko. Dalej? No cóż, to po prostu „Lovecraft”, a więc trzeba go sobie dawkować, by nie przekroczyć progu kiczowatości, było nie było, bez mała obecnego w prozie Samotnika z Providence i powtarzalności schematów (miałem z tym problem przy „Obserwatorach spoza czasu” – trafiał szlag, gdy n-ta historia zaczynała się w ten sam sposób od kupna/przejęcia/otrzymania w spadku tajemniczego domostwa, w którym zalęgło się plugastwo… uuuuuu…).

Werdykt? Spokojne 7 na 10 w swoim gatunku. Po raz kolejny dostałem to, co chciałem – lekką lekturę do pociągu czy klapnięcie w ogrodzie.

Wydany po polsku Derleth skompletowany. „Tropem Cthulhu” było (jak dotąd) ostatnią pozycją tego autora dostępną na rodzimym rynku, której nie przeczytałem, ale zmieniło się to jakiś czas temu, słów zatem kilka.

Nic nowego w tym temacie nie wymyślę – jeśli ktoś nie jest twardogłowym maniakiem Lovecrafta, który będzie się czepiać dialogów (te są tylko u Derletha),...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

rzeczytałem sobie opowiadanko słynnej Daphe du Maurier, zatytułowane "Nie oglądaj się teraz". Książkę (zbiór opowiadań, ale tu będzie tylko o tytułowym) wyłowiłem kiedyś z bibliotecznej wyprzedaży za jakieś 2 złote, odleżała swoje, i przyszedł czas, by przeczytać. Film, rzecz jasna, oglądałem i to jakieś dobre 10 lat temu. Pamiętałem go dość nieźle - ciężkawy, nieprzyjemny, zimny klimat, trochę psychodelii, no i to zakończenie - nie, żebym był strachliwy, także nie skoczyłem ani nie śniło mi się po nocach, ale naprawdę jest mocne i zaskakujące. Oczywiście ma swoje mankamenty (cały film), ale oceniałem na plus. A opowiadanie? No cóż, w takich momentach, po zakończonej lekturze, zawsze zazdroszczę filmowcom/scenarzystom/producentom/reżyserom (ktokolwiek odpowiada za ekranizację w największych stopniu) wyobraźni i ulepienia niezłej produkcji z czegoś tak... nijakiego. Jednowymiarowe, bez jakiejś wciągającej fabuły, ot takie czytadło, które normalnie z głowy wyleciałoby mi po kilku dniach, tutaj stanowi kanwę dla (niejednego widza) legendarnego dzieła. To naprawdę trzeba umieć, żeby jakieś 40-50 stron historyjki przerobić na porządne kino w gwiazdorskiej obsadzie.

Kilka razy miałem już podobne wrażenia (generalnie rzadko przyrównuję filmy do książek - może kiedyś o powodach - a już na pewno nigdy nie użyję sformułowania, że "książka jest zawsze lepsza od filmu" itp.), gdy zastanawiałem się, jak z nijakiego/bezbarwnego/nieciekawego/przeciętnego itp. opowiadania/książki ktoś robi dobre kino - Skazani na Shawshank, Sotnikow, Nawiedzony do na wzgórzu, Cena strachu, Pociąg - kilka innych jeszcze wyłowię. Kojarzycie podobne przypadki, gdy zaskoczył Was (na minus) literacki pierwowzór albo, jak dużo udało się z niego "wyciągnąć"?

rzeczytałem sobie opowiadanko słynnej Daphe du Maurier, zatytułowane "Nie oglądaj się teraz". Książkę (zbiór opowiadań, ale tu będzie tylko o tytułowym) wyłowiłem kiedyś z bibliotecznej wyprzedaży za jakieś 2 złote, odleżała swoje, i przyszedł czas, by przeczytać. Film, rzecz jasna, oglądałem i to jakieś dobre 10 lat temu. Pamiętałem go dość nieźle - ciężkawy, nieprzyjemny,...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Odhaczania "klasyki" ciąg dalszy. Dziś na rozkładzie "Nawiedzony dom na wzgórzu" Shirley Jackson.

Werdykt? Będzie krótko - porażka. To znaczy, nie zrozumcie mnie źle, książka nie jest jakimś totalnym gniotem, ale doprawdy nie sposób zrozumieć fenomenu tego dzieła. Nie ma tu za grosz klimatu, charakterystycznych bohaterów, jakiejś wielkiej tajemnicy czy zaskakującego zakończenia. Momentami bardzo przypomina jakąś "babską", infantylną literaturę (wiem, że teraz to już niemodne tak mówić, ale co zrobić, gdy takie skojarzenia). Historyjka jakich wiele, ot, po prostu mamy tu tytułowy nawiedzony dom, w którym coś gdzieś stuka albo w jakimś pokoju jest zimniej niż w pozostałych. 🤪 Na to wszystko zjawia się pan badacz zjawisk paranormalnych i dobrana z łapanki grupa asystentów. Cała fabuła to miałkie rozmowy, picie alkoholu, w końcówce coś drga i tyle.

To historyjka dobra jako opowiadanie na, nie wiem, na góra 40-50 stron w jakiejś antologii typu "Księga strachu". Jak zatem wyjaśnić fenomen tego "klasyka"? Ekranizacje? Być może tak, to zawsze pomaga rozsławić dzieło. Nurt amerykański? Bez wątpienia - Amerykanie, ubodzy w historię i kulturę, lubią egzaltować ichniejszą muzykę, literaturę czy nawet malarstwo (przypomnę, to kraj, w którym powstała tylko jedna doktryna filozoficzna). Fuks? Jest to jakiś trop, wiecie, czasem powstaje 100 takich samych książek, a sukces odnosi akurat ta jedna (ileż to książek o czarodziejach, a Harry Potter tylko jeden zrobił taką furorę).

Odhaczania "klasyki" ciąg dalszy. Dziś na rozkładzie "Nawiedzony dom na wzgórzu" Shirley Jackson.

Werdykt? Będzie krótko - porażka. To znaczy, nie zrozumcie mnie źle, książka nie jest jakimś totalnym gniotem, ale doprawdy nie sposób zrozumieć fenomenu tego dzieła. Nie ma tu za grosz klimatu, charakterystycznych bohaterów, jakiejś wielkiej tajemnicy czy zaskakującego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Szaleństwo Cthulhu Arthur C. Clarke, Heather Graham, Lois H. Gresh, Caitlín R. Kiernan, J.C. Koch, Joseph S. Pulver Sr., Daniel Schweitzer, Michael Shea, John Shirley, Robert Silverberg, William Browning Spencer, Melanie Tem, Jonathan Thomas, K.M. Tonso, Harry Turtledove, Donald Tyson
Ocena 6,0
Szaleństwo Cthulhu Arthur C. Clarke, Heather Graham, Lois H. Gresh, Caitlín R. Kiernan, J.C. Koch, Joseph S. Pulver Sr., Daniel Schweitzer, Michael Shea, John Shirley, Robert Silverberg, William Browning Spencer, Melanie Tem, Jonathan Thomas, K.M. Tonso, Harry Turtledove, Donald Tyson

Na półkach:

„Szaleństwo Cthulhu” od Wydawnictwo Vesper. Ufff…. Cóż to była za… mordęga? Niedosyt? Rozczarowanie? Mam spory problem z oceną tej książki i chyba (jak wielu) miałem zupełnie inne oczekiwania. Do rzeczy.

Oczywiście jako miłośnik Lovecrafta, który przeczytał prawie wszystko, co wyszło spod jego ręki (zostały niedobitki tworzone z kimś/poprawiane itp.), szukam co jakiś czas zamienników/epigonów/prozy ”okołolovecraftowskiej”. Swoją rolę spełnił np. Derleth (słabszy, sztampowy, ale jednak spełnił) czy zbiory opowiadań w stylu „Dziedzictwo Lovecrafa” (czytane wiele lat temu, nadal miło wspominam). Wiadomo – żadna to wielka literatura, można rzecz, że temat już przemaglowany po stokroć, no ale co zrobić, skoro ma to swój urok i zwyczajnie, mimo wielu słabości, lubię ten styl i ten klimat. Naturalnie ucieszyłem się, gdy dowiedziałem się, że Vesper startuje z całą serią hołdującą Lovecraftowi pt. „Kroniki Arkham”. O poziom wydań byłem spokojny, pozostało tylko wyczekać i konsumować. Gdzieniegdzie przebijały się jakieś znane nazwiska (dla całego cyklu – C. Clarke, Gaiman, Joshi itd.), okładki rozbiły wrażenie, człowiek nastawił się po prostu na więcej Lovecrafta nienapisanego przez Lovecrafta.

Pierwszy tom – „Szaleństwo Cthulhu”, czyli zbiór stworzony w oparciu o „W górach szaleństwa” . To akurat jedna z mniej przeze mnie lubianych historii spośród tych klasycznych i najbardziej uznanych. Nie znaczy, że jest zła, co to, to nie. Ma ciekawy punkt wyjściowy, klimacik podróży w nieznane (gdy świat był jeszcze ogromny i niezbadany), potem rażą nieco głupotki fabularne i nieco kiczu, ale ogólnie wychodzi na plus, choć, jak wspomniałem, nie jest to mój faworyt. To opowiadanie otwiera zbiór i w ostatecznym rozrachunku nieco podnosi ogólną ocenę tego wydawnictwa, gdyż, było nie było, zajmuje sporą jego część. Dalej jest tylko gorzej. Zamiast więcej „plugawego bluźnierstwa, którego słowami nie sposób oddać” mamy jakieś dziwne, czasem i głupkowate wariacje. Jest tu historia o jakichś naćpanym zespole, którego managerem jest niejaki pan Howard i pingwiny podbijające cały świat, mamy ultrasuchara od C. Clarke’a (szalony Arab Abdul Al-Haszysz, hehe, dobre, boki zrywać! – humor rodem z polskich kabaretów), nudne, mało wyraziste historyjki o grobowcach, kompletnie bez związku z mitologią Cthulhu itd. Sytuację ratuje kilka opowiadań w starym stylu (np. historia pewnego eksploratora napisana w zawsze sprawdzającej się formie dziennika/pamiętnika), coś niecoś o monstrach spod lodu, ale, serio, chyba niektóre konkursowe antologie wydane przez małe wydawnictwa (od kolegów dla kolegów), pełne podpalonych grafomanów wypadają na tym tle lepiej.

Książkę męczyłem prawie rok. Dawkowałem po opowiadaniu, bo inaczej nie szło. I sądząc po innych opiniach, na które natrafiłem w Internecie widać, że nie tylko ja jestem potwornie rozczarowany. Z ogromnego tomiszcza wartych uwagi jest tylko otwierające opowiadanie i może 4–5 ze środka. Polecam tylko ortodoksom Lovecrafta, reszta może sobie darować.
Z tego też powodu, póki co, kompletnie przeszła mi ochota na „Widma nad Innsmouth” (to akurat jedno z bardziej przeze mnie lubianych i cenionych).

„Szaleństwo Cthulhu” od Wydawnictwo Vesper. Ufff…. Cóż to była za… mordęga? Niedosyt? Rozczarowanie? Mam spory problem z oceną tej książki i chyba (jak wielu) miałem zupełnie inne oczekiwania. Do rzeczy.

Oczywiście jako miłośnik Lovecrafta, który przeczytał prawie wszystko, co wyszło spod jego ręki (zostały niedobitki tworzone z kimś/poprawiane itp.), szukam co jakiś czas...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Maglowania "Biblioteka Grozy" wydawnictwa C&T ciąg dalszy. Jakoś tak naszła mnie w ostatnim czasie ochota, by nieco nadrobić zaległości z tej serii, a to już kolejny jej tom przeczytany w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Padło na słynącego przede wszystkim z „Carmilli” (którą oceniam bardzo dobrze) Josepha Sheridana le Fanu i jego „Osobliwe zdarzenia”.

Książka nie odbiega specjalnie poziomem od pozostałych z serii, które przeczytałem w tym roku. Zaletą jest tradycyjnie ładny, dostojny język (ale to typowe dla epoki) i klimat XIX-wiecznej Irlandii (no, odrobinkę szeroko pojętej Wielkiej Brytanii). Z wad? Historie są zaskakująco mało pomysłowe (nie mogę w pełni oddać wrażeń bez spojlerów, więc nie rozwijam myśli), mamy długi „moment wejścia”, bywa że opowiastki nieco się wloką, a co za tym idzie niespecjalnie wciągają, grozy nie ma za wiele, a i nie każda historia (jest ich siedem) zawiera elementy nadprzyrodzone – trafniej określić je można jako thriller, może nawet kryminał aniżeli horror czy jakieś „niesamowitości”. Czy to źle? Nie do końca, oczekiwałem nieco staroświeckiego czytadła, takie też dostałem, nic specjalnego, ale i żadna tragedia, typowe 6/10 z zaznaczeniem, że to nie proza dla każdego (język, powolna narracja).

Zdecydowanie bardziej polecam „Carmillę” - to jest naprawdę dobra opowieść, która wciąga od pierwszych stron, ma pewną tajemnicę i zaskakuje odwagą w niektórych tematach, ale o niej może kiedyś, innym razem.

Maglowania "Biblioteka Grozy" wydawnictwa C&T ciąg dalszy. Jakoś tak naszła mnie w ostatnim czasie ochota, by nieco nadrobić zaległości z tej serii, a to już kolejny jej tom przeczytany w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Padło na słynącego przede wszystkim z „Carmilli” (którą oceniam bardzo dobrze) Josepha Sheridana le Fanu i jego „Osobliwe zdarzenia”.

Książka nie odbiega...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Na ładne wznowienie Washingtona Irvinga czekałem bardzo długo. Nie, żebym był jego jakimś wielkim fanem, ale było to nie było, to klasyk opowieści niesamowitych, który zainspirował mnóstwo filmów, gier, piosenek, grafik, obrazów i innych wytworów kultury, także należało mu się piękne wydanie. Nie miały ku temu zakusów specjalizujące się w literaturze grozy wydawnictwa z "Biblioteka Grozy" wydawnictwa C&T na czele, zrobiło to wreszcie Wydawnictwo Nowa Baśń. Efekt? Umiarkowany.

Będzie krótko – na plus twarda oprawa, ładna okładka, ilustracje w środku (choć niestety tylko trzy), niska cena. Na minus? Na Bogów (cytując klasyka), jeśli już wznawianie taką klasykę, to dajcieże ludziom coś więcej niż trzy opowiadania, które w małym formacie, dużą czcionką zajmują niecałe 130 stron, a ich lektura zajmie co bardziej wprawnemu czytelnikowi niecałą godzinę! Toż to wydanie z lat 60. zawiera kilka historyjek więcej, a wy, robiąc niezłą pompę i naprawdę starając się przy całej reszcie dajecie TRZY opowiastki i nazywacie to „… i inne opowiadania”?

Samego Irvinga umiarkowanie polecam – nie jest to klasyczna groza, to raczej opowieści z dreszczykiem z dużą dawką humoru, mocno budujące ubogi folklor amerykański (wówczas dopiero kształtującego się kraju tak naprawdę), także jeśli ktoś szuka kogoś kalibru Blackwooda, Lovecrafta czy innego Chambersa, to trafił pod zły adres. Jednak lektura czytana z odpowiednim dystansem daje sporo radości. Można, nie trzeba, a mnie pozostaje dalej czekać na porządne wznowienie (czyt. z większą ilością tekstów!)

Na ładne wznowienie Washingtona Irvinga czekałem bardzo długo. Nie, żebym był jego jakimś wielkim fanem, ale było to nie było, to klasyk opowieści niesamowitych, który zainspirował mnóstwo filmów, gier, piosenek, grafik, obrazów i innych wytworów kultury, także należało mu się piękne wydanie. Nie miały ku temu zakusów specjalizujące się w literaturze grozy wydawnictwa z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Koszmary Hazel Heald, H.P. Lovecraft
Ocena 7,2
Koszmary Hazel Heald, H.P. Lovecraft

Na półkach:

„Odhaczania” Lovecrafta ciąg dalszy. Będzie krótko, bo i nad czym się tu rozwodzić? „Koszmary” to skromna objętościowo (pięć opowiadań na niecałych 150 stronach), niczym niezaskakująca książka, która jednak spełniła swoją rolę i jako np. urlopowe czytadło albo lektura na jeden długi, mroźny albo deszczowy jesienny wieczór jak znalazł.

O tym, ile w tej książce jest Hazel Heald, a ile Lovecrafta dyskutować nie chcę – psychofani tego drugiego zarzekają się, że to jest jego autorskie dzieło, ci bardziej krytyczni mogą określić je jako bardziej udany fanfik, niemniej jest tu dużo Samotnika z Providence i gdyby nie drugie nazwisko – dałbym się złapać, że to w pełni on, solo. Pięć historii jest wszakże bardzo dla niego typowych – jakieś dawne artefakty, dziwne eksperymenty pseudomedyczne i alchemiczne, rzecz jasna wzbudzające niekiedy uśmiech politowania opisy nieopisywalnej grozy i twarzy dorosłych mężczyzn powykrzywianych w plugawym przerażeniu (😃), ale jest i fajniutki klimat, jest dobry flow, historyjki nie są za krótkie czy za długie, czyta się szybko, lekko, łatwo i przyjemnie.

„Koszmary”, jak już wspomniałem wcześniej, w pełni mnie zadowoliły, spodziewałem się takiej pozycji w stylu 6/10 i taką też dostałem. Polecam wszystkim miłośnikom Lovecrafta, bo mimo że tworzone w duecie, to spokojnie z 2–3 opowiadania przerastają poziomem niektóre jego bardziej znane, kanoniczne utwory (szczególnie te „kosmiczne”, które dla mnie są bełkotliwe i pretensjonalne) i są przyjemnym uzupełnieniem tychże. Nie chcę zbytnio spojlerować, ale pojawia się i Cthulhu, i „Nienazwane kulty” von Juntza, i istoty zamieszkujące Ziemię przed człowiekiem, także mamy kolejne poszerzenie uniwersum/mitologii Chulthu.

Na koniec minus - zaskoczony byłem poziomem ilustracji (jedna do każdej opowieści) - nie wiedziałem, że tak marne rysuneczki mogą trafić do książki (wiecie, w szkole czy później w liceum to koledzy ładniej bazgrali na marginesie zeszytu z nudów na matematyce), ale zerknięcie na nazwisko figurujące w stopce rozwiało wątpliwości.

Ach, książka, podobnie jak większość publikacji od "Biblioteka Grozy" wydawnictwa C&T do wyciągnięcia za kilkanaście złotych, polecam nabyć w pakiecie, co by raz za przesyłkę zapłacić.

„Odhaczania” Lovecrafta ciąg dalszy. Będzie krótko, bo i nad czym się tu rozwodzić? „Koszmary” to skromna objętościowo (pięć opowiadań na niecałych 150 stronach), niczym niezaskakująca książka, która jednak spełniła swoją rolę i jako np. urlopowe czytadło albo lektura na jeden długi, mroźny albo deszczowy jesienny wieczór jak znalazł.

O tym, ile w tej książce jest Hazel...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Nieznany szerszemu gronu Colin Insole jest kolejnym pisarzem, którego Wydawnictwo IX zdecydowało się wprowadzić na polski rynek, a jako że jest to literatura niełatwa (o czym zaraz), bez „zaplecza” w postaci np. podczepiania się pod uznane marki/uniwersa (patrz: Joshi, Derleth itp.), tym bardziej trzeba pochwalić wydawców za odwagę. I życzyć sukcesu!

Colin Insole kupił mnie swoją osobą nim przeczytałem choćby słowo z jego zbioru opowiadań, dzięki umieszczonemu na skrzydełku zdjęciu. Facet o aparycji kloszarda bądź zmęczonego życiem cynicznego dziada od razu wkupił się w moje łaski (lubię tych wszystkich szczerych twórców i/lub lumpeninteligentów) i był miłą odmianą od nabzdyczonych czarno-białych fotografii „mistrzów” prozy psychologicznej z papierosem w ustach (no, ewentualnie w ręce). Wydanie także jest w pełni luksusowe (z przedmową, posłowiem, dedykowaną zakładką, klimatyczną okładką), także nie pozostało nic innego jak zanurzyć się w lekturze pochodzącego (co istotne) z Wielkiej Brytanii autora.

Pierwsza i najważniejsza kwestia na dzień dobry – to książka trudna i bardzo specyficzna. Język bardzo kwiecisty (czasem aż do przesady), historie się „toczą” (czyt. powolutku, na spokojnie), wszystko odbywa się gdzieś na granicy snu i jawy, czasem fabuła prowadzi donikąd, bo tak naprawdę chodzi o sam nastrój i maestrię słowa. Pięknie to wszystko Insole „cyzeluje”, ale nim sięgniecie po lekturę, chcę wyraźnie ostrzec – jeśli polegliście lub nie przepadacie za językiem w stylu Conrada czy Żeromskiego, którzy potrafili rozprawiać przez kilka stron o „omiatanych mglistą zawiesiną polach, kędy pada strzała gorejąca, skąpana gdzieś w resztkach popołudniowego słońca”, to absolutnie nie powinniście sięgać po „Epifanie”. Nie ma tu klasycznej grozy, upiorów, zagadek z przeszłości, nawiedzonych domostw (niektórym może to zasugerować okładka), a i sam chyba sklasyfikowałbym tę pozycję bardziej jako „literaturę piękną”, aniżeli „misterium grozy”.

Werdykt? Mając świadomość tego, czego się spodziewać, sięgnąć po „Epifanie” jak najbardziej warto. To piękna proza, bardzo melancholijna, która uwiodła mnie swoim nastrojem – tu jakiś obdrapany opuszczony dom, tam zapomniana bocznica kolejowa (w ogóle sporo tu kolei, kolejny plus dla kryptomikola, którym gdzieś tam, w jakimś pierwiastku jestem), wszystko jeszcze takie dziewicze, dopiero z początku XX wieku, nim świat jeszcze nie „zmalał”. A że wydawca dość wyraźnie sygnalizuje nawiązania do Meyrinka czy Schulza, (bywa, że Insole robi z nich bohaterów swoich historii) i akcja rozgrywka się w bliskiej nam kulturowo Europie Wschodniej i Środkowej, można poczuć się dość swojsko.

Jak już wspomniałem w pierwszym akapicie – naprawdę trzeba sporej odwagi, by będąc (było, nie było) małym wydawnictwem, opartym na modelu pasjonackim, zdecydować się na publikację i promowanie tak wymagającej i wciąż nietypowej (niemasowej?) literatury, która nawet na goodreads.com zbiera raptem po kilkanaście-kilkadziesiąt głosów (prędzej szukałbym takich pozycji w ofercie PIW-u np.). Gratuluję wyłowienia takiej „perełki” i z chęcią wysłucham kiedyś kolejnej części podcastów/wywiadów, w której ludzie z „Dziewiątki” zdradzą historię tego wydania.

Nieznany szerszemu gronu Colin Insole jest kolejnym pisarzem, którego Wydawnictwo IX zdecydowało się wprowadzić na polski rynek, a jako że jest to literatura niełatwa (o czym zaraz), bez „zaplecza” w postaci np. podczepiania się pod uznane marki/uniwersa (patrz: Joshi, Derleth itp.), tym bardziej trzeba pochwalić wydawców za odwagę. I życzyć sukcesu!

Colin Insole kupił...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Cóż to była za bomba! 💣 Świetna, budząca wiele skrajny emocji lektura, która pozostanie ze mną na dłużej, czyli wydana przez Tajfuny „Gąsienica” autorstwa Edogawy Ranpo. Na wstępie podkreślę, że to nie jest stricte horror, zjawiska paranormalne i takie tam. Więcej tu opowiastek kryminalnych, ze sprawnie wymyśloną i zaskakująca intrygą, które jednak potrafią wywołać nie tyle dreszczyk, co najprawdziwszy dreszcz. Niektóre zachwycają czarnym humorem, inne swoistą „nikczemnością” bohaterów, jeszcze inne groteską i makabrycznością pomysłów.

Wydanie jest piękne – elegancki papier, świetna okładka, wartościowa przedmowa, z której dowiemy się o tym, jak rozwijała się ówczesna literatura japońska, jak „segregowano” ją na lepszą i gorszą (co ciekawe Ranpo uchodził za miałkiego twórcę od banalnych opowieści – ależ się te czasy zmieniły, a i wartość takiej literatury gatunkowej, widząc co serwują nam zarówno ci wielcy, jak i kameralni wydawcy), a także o wpływach Edgara Allana Poego na twórczość rzeczonego Ranpo (ciekawostka: Edgar Allan Poe = Edogawa Ranpo, przeczytajcie na głos 😉). Faktycznie, najwięcej tu historyjek detektywistycznych, ale nawet tak „zblazowanego” czytelnika jak ja, który przemaglował takich opowieści na pęczki, potrafiły one zaskoczyć. Największe zaś wrażenie zrobiło tytułowe opowiadanie – „Gąsienica” – które swoim motywem przypomina pewną głośną książkę, która doczekała się ekranizacji, która zainspirowała pewien zespół do napisania pewnej piosenki, ale zdradzić nie mogę nic, bo sypnąłbym soczystymi spojlerami – w każdym razie Ranpo był wcześniej, a rzeczona historia potrafi wręcz obrzydzać.

Polecam jak najbardziej – dalekowschodnie spojrzenie na te tematy przynosi pewną świeżość, zaskoczenie. Delektować się można stylem (dzisiaj mało już tak się pisze) i różnorodnym klimatem. Jeśli ukaże się coś więcej tego pana – na pewno sięgnę. 😎

Cóż to była za bomba! 💣 Świetna, budząca wiele skrajny emocji lektura, która pozostanie ze mną na dłużej, czyli wydana przez Tajfuny „Gąsienica” autorstwa Edogawy Ranpo. Na wstępie podkreślę, że to nie jest stricte horror, zjawiska paranormalne i takie tam. Więcej tu opowiastek kryminalnych, ze sprawnie wymyśloną i zaskakująca intrygą, które jednak potrafią wywołać nie tyle...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Zbiór opowiadań „Opowiem ci mroczną historię” był moją pierwszą przygodą ze Stefanem Dardą – rzekomo jednym z najlepszych i najpopularniejszych autorów grozy w Polsce. Pierwszą i potencjalnie ostatnią, o czym poniżej. 👇

Na wstępie – książkę kupiłem w 2020 roku, gdy po wielomiesięcznym lockdownie świat miał chwilę oddechu i w ramach wsparcia lokalnych księgarń nabyłem ją za jakieś 15 złotych. Nazwisko dość głośne, rozpoznawalne, także wypadałoby się z czymś zapoznać, a chyba najlepszą okazją są opowiadania właśnie – krótka forma nie przytłacza, nie rozczaruje tak bardzo jak wielgachna powieść, którą wreszcie się porzuci, gdy „nie podejdzie” i szkoda czasu, da ogląd w różnych stylistykach, pomysłach itd. Dlatego tak chętnie po nie sięgam – nie tylko w przypadku literatury grozy/horroru, także w pozostałych gatunkach. W przedmowie autor zaznacza, że to jego pierwsze próby literackie, napisane jeszcze przed flagowymi „Czarnym wygonem” czy „Domem na wyrębach”, zatem byłem wyrozumiały. Okoliczności „czytelnicze” również sprzyjały – długi weekend nad morzem, więc jako wakacyjne czytadło jak znalazł.

O poszczególnych historiach nie ma się co rozdrabniać. To dość mało oryginalne i mało wciągające opowiastki ze wszelkimi mieszkającymi w blokach Magdami, którym życie się nie ułożyło i mającymi ciekawe, ale niesatysfakcjonujące prace, pijącymi whisky Maćkami – że niby tak się buduje w tego typu literaturze wiarygodność postaci. Sam styl poprawny, choć ubogi w słowa, czułem się trochę jakbym czytał jakiegoś Mastertona czy innego Cobena – idzie lekko, szybko, ale ja oczekuję czegoś więcej. Pewnie gdybym miał piętnaście lat byłoby fajniej, lektura robiłaby większe wrażenie, no ale w tym przypadku nawet jako plażowa książeczka, którą czyta się jednym okiem i w każdej chwili można się od niej swobodnie, bez żalu oderwać, sprawdza się umiarkowanie. Fabuła z np. „Retrowizji” na myśli przywodzi mi jakąś literaturę młodzieżową typu „tajemnica fantastycznego zegara” albo „Jonathan superagent i zamek tysiąca królów”, grozy tutaj tyle co nic, wspomniani bohaterowie to figury skonstruowane na modłę wypracowań licealisty (gdy ma kryzys to dajmy mu papierosy i alkohol itd.), generalnie trudno mi wyrazić się w jakikolwiek sposób pochlebnie – pomyślcie sobie – przeczytaliście takie „Wierzby” Blackwooda, przeczytaliście „Wij” Gogola, „Małpią łapkę” Jacobsa itd. itp. a potem sięgacie po coś takiego i wmawia się wam, że oto jakaś najczystsza groza, król rodzimego podwórka horroru itd. – nie ze mną te numery. 😉

No i ostatnia kwestia – lektura nie okazała się kompletną klapą, bo to wspomniany zbiór opowiadań – gdy jakieś zbyt zaczęło żenować, zaraz się kończyło i lecimy dalej. Ale pan Darda słynie z książek, całych cykli jak „Dom na wyrębach” i chciałbym się utwierdzić w przekonaniu, że nie warto, ale strach mi nie pozwala – czy te tomiszcza napisane są równie nijako jako „Opowiem ci mroczną historię”? Powinienem w ogóle brać je do ręki? Nie zachęcają wszakże same tytuły typu „Dom na wyrębach II” czy „Nowy dom na wyrębach” – brakuje tylko „Jeszcze nowszy dom na wyrębach”, „Nowy dom na wyrębach kontratakuje” i „Zmartwychwstanie jeszcze nowszego domu na wyrębach III”.

Zbiór opowiadań „Opowiem ci mroczną historię” był moją pierwszą przygodą ze Stefanem Dardą – rzekomo jednym z najlepszych i najpopularniejszych autorów grozy w Polsce. Pierwszą i potencjalnie ostatnią, o czym poniżej. 👇

Na wstępie – książkę kupiłem w 2020 roku, gdy po wielomiesięcznym lockdownie świat miał chwilę oddechu i w ramach wsparcia lokalnych księgarń nabyłem ją za...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Dziś na rozkładzie „Szalupy z Glen Carrig” Williama Hope’a Hodgsona od "Biblioteka Grozy" wydawnictwa C&T, czyli bardzo przyjemna ramotka.

Pierwszy raz z tym pisarzem miałem styczność przy okazji zbioru opowiadań „Tropiciel duchów”, który okazała się bardzo, ale to bardzo rozczarowujący. Klimatu za grosz, intrygi i rozwiązania zagadek rodem ze „Scooby-Doo”, co najwyżej staromodny styl pisania był zaletą, ale ja po prostu taki styl lubię, także pochwała poszła niejako „z urzędu”. „Szalupy…” to jednak inna rodzaj opowieści – przede wszystkim to jedna historia, żaden tam zbiorek, która czerpie pełnymi garściami ze sprawdzonych składników – katastrofa, podróż w nieznane, odkrywanie niezbadanych lądów (pamiętajmy, że w momencie pisania na świecie wciąż pozostawało wiele do odkrycia i opisania), klimat przygody, tajemnica i gotowe. Książka nie rości sobie pretensji do bycia czymś więcej, jest po prostu przyjemną historią marynarzy, którzy cudem uniknęli śmierci, lecz prądy morskie/oceaniczne znoszą ich do coraz to wymyślniejszych krain, gdzie czekają różnorakie zagrożenia – brzmi sztampowo, widziało się/czytało się takie opowiastki wiele razy, ale w tym przypadku uroku dodaje wspomniany język i wyobraźnia autora (więcej zdradzić nie mogę. Naturalnie nie jest to wielka literatura, nawet nie jest znakomitym horrorem, ale ma swoje plusy (u mnie pulsuje dodatkowo za morski klimat – lubię marynistyczne powieści, także marynistyczne wątki w powieściach🙃) i ostatecznie mogę ją polecić, choć ci, którzy nie gustują w niegdysiejszej prozie pokroju Poego, Dickensa czy Jamesa lub drażni ich zanadto elegancki język, pewnie psychologiczne uproszczenia itd., mogą ją sobie darować.

Za to szczególną uwagę na tę pozycję powinni zwrócić psychofani Lovecrafta – widać tu sporo podobieństw i są też… macki. 😉

Dziś na rozkładzie „Szalupy z Glen Carrig” Williama Hope’a Hodgsona od "Biblioteka Grozy" wydawnictwa C&T, czyli bardzo przyjemna ramotka.

Pierwszy raz z tym pisarzem miałem styczność przy okazji zbioru opowiadań „Tropiciel duchów”, który okazała się bardzo, ale to bardzo rozczarowujący. Klimatu za grosz, intrygi i rozwiązania zagadek rodem ze „Scooby-Doo”, co najwyżej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Mimo pompowanego od lekko dwóch lat balonika, mimo obietnicy horroru aspirującego do miana literatury pięknej i całej tej otoczki ”czegoś lepszego”, nauczony doświadczeniem, pozostawałem spokojny. I słusznie. „Poławiacz” Johna Langana okazuje się poprawną lekturą, mającą swoje zalety, ale też wpisuje się w nieznośną ostatnimi czasy manierę niepotrzebnego „przepompowania” (wersja dla innych – przehajpowania).

Szybko, od plusów – mogę docenić język. Co prawda gawędziarski styl nie każdemu będzie pasować, tutaj historia się TOCZY, trzeba ją opowiedzieć dokładnie, z każdej strony, wtrącić jakieś prozaiczne opisy, co kto lubi – dla mnie ok. Druga sprawa – kompozycja szkatułkowa, czyli „ktoś powiedział komuś, że kiedyś ktoś inny usłyszał”. Zerkam pobieżnie na jakieś opinie, że można się pogubić od natłoku postaci i linii czasowych – no proszę was, nie przesadzajmy. Trzecia sprawa – osadzenie akcji w najlepszym dla grozy okresie – koniec XIX i początek XX, gdy technologia i postęp jeszcze nie obnażyły świata, to naturalne horrorowe środowisko. Uwielbiam. Czwarta sprawa – nawiązanie do dawnych, europejskich (niemieckojęzycznych w dużej mierze) legend i podań. Jak czerpać, to od najlepszych prawda?

I wszystko fajnie, ogólne wrażenia z lektury mogę ocenić pozytywnie, nie zgrzytałem zębami, nie czułem zażenowania, ale obyło się bez zachwytów, takie 6/10 i puszczenie książki w świat. „Poławiacz” okazuje się ostatecznie dość banalną historyjką o stracie, niczym wielkim jak chciałbym tego wydawca i (chyba) pisarz. Tutaj pojawia się jednak większy problem, obecny także wśród rodzimych autorów, a mianowicie zbędne nadawanie dziełu większej wartości, niźli zasługuje. Zrozumcie – gdy czytam horror, kryminał itd. oczekuję oczywiście uczciwego podejścia do czytelnika, logiki, pomysłu, ale trzeba być chyba niespełna zmysłów, by te przyjemne bądź co bądź (lubię, czytuję itp.) gatunki wynosić na piedestał. Różnorodność jest fajna, jest potrzebna, lubię i „Szklaną pułapkę” i „Tam, gdzie rosną poziomki”, lubię i Chopina i Modern Talking, ale proszę, nie wmawiajcie mi, że banalny w swym wydźwięku „Poławiacz” to jakaś wielka literatura. Dzięki takim działaniom (monitorując też inne „aspirujące” dzieła) robi się czasem niedobrze. To trochę jak mityczne „weird fiction” (wymyślone de facto przez faceta od bzyczących krewetek) – gatunek, który robi furorę i tak mocno się go obecnie lansuje chyba tylko po to, by dumny z siebie pisarz, mający obowiązkowo fanpage z 345 obserwującymi, który przyozdabia czarno-białe zdjęcie rzeczonego autora w zamyślonej pozie, nie musiał opowiadać znajomym, że pisze horrory (czyli przez wielu odgórnie ocenianych jako literaturę miałką), ale że jest wielkim artystą-myślicielem, co to WEIRD FICTION tworzy. Że wiecie, to nie jakieś byle co, tylko szalenie „mondra” i „guemboka” literatura. Nie róbcie z mrówki słonia, mierzcie siły na zamiary. I bądźcie uczciwi, bo takie działanie jest niepotrzebne. Gdy człowiek liznął Sołżenicyna, Shakespeare’a, Manna czy innego Turgieniewa, to w życiu nie pomyśli, że jakiś „Poławiacz” to wielka literatura (i proszę nie oskarżać mnie z automatu o snobizm, bo to najprostsze, takie mam zwyczajnie wrażenia). Zdecydowanie preferuję, gdy podchodzi się do czytelnika uczciwie (no chyba, że dla kogoś innego to jest uczciwe podejście - wmówimy ci, że to coś "poważnego", a ty połechtasz swojego ego, że niby z ciebie taki "wyrobiony" czytelnik, co to takie wielkie rzeczy czytuje, a nie byle chłam).

Mimo pompowanego od lekko dwóch lat balonika, mimo obietnicy horroru aspirującego do miana literatury pięknej i całej tej otoczki ”czegoś lepszego”, nauczony doświadczeniem, pozostawałem spokojny. I słusznie. „Poławiacz” Johna Langana okazuje się poprawną lekturą, mającą swoje zalety, ale też wpisuje się w nieznośną ostatnimi czasy manierę niepotrzebnego „przepompowania”...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Okładka książki Obserwatorzy spoza czasu August Derleth, H.P. Lovecraft
Ocena 7,3
Obserwatorzy spoza czasu August Derleth, H.P. Lovecraft

Na półkach:

„Obserwatorzy spoza czasu”. Ależ to była przyjemna lektura, dostałem wszystko to, czego oczekiwałem. Kolejne brakujące, „okołolovecraftowskie” dzieło przeczytane.

Powinienem napisać coś słowem wstępu? Zainteresowani doskonale znają historię listownej przyjaźni Derletha i Lovecrafta, wiedzą, jakie zasługi ma ten pierwszy w popularyzacji drugiego, co wnikliwsi uważają czasem jego postawę za kontrowersyjną, ale nie o tym pora. Cieszę się, że Zysk i S-ka Wydawnictwo wydało „Obserwatorów…”, bo co jak co, ale januszy allegro wspierać nie zamierzałem i płacić ponad 100 złotych za zmęczone książeczki z obżartymi rogami (naturalnie stan: bdb+), dzięki czemu euforia była jeszcze większa. Piękna okładka (chyba najlepsza z tych „zyskowych”), twarda oprawa, elegancki druk, przedmowa, wszystko jest na miejscu.

O samych opowiadaniach? Dostajemy 100% Lovecrafta w Lovecrafcie ze wszystkimi wadami i zaletami. To podobny poziom, jak „Maska Cthulhu” – mamy utarte schematy opuszczonych domostw (tutaj często, może aż za często, otrzymywanych w spadku), tajemniczych ksiąg, pierwotnego zła, wracamy do Dunwich, Innsoumth, dostajemy ten sam kwiecisty język, niemałą porcję kiczu (choć zabrakło moich ulubionych bzyczących krewetek) i rozkoszujemy się tym klimacikiem. Nie ma potrzeby wymyślania koła na nowo albo klepania truizmów. Różnice? Derleth dokłada dialogi i to chyba tyle (formalnie). O reszcie polecam przekonać się samodzielnie. Wszyscy miłośnicy tego typu literatury będą bardzo zadowoleni. A przynajmniej powinni.

„Obserwatorzy spoza czasu”. Ależ to była przyjemna lektura, dostałem wszystko to, czego oczekiwałem. Kolejne brakujące, „okołolovecraftowskie” dzieło przeczytane.

Powinienem napisać coś słowem wstępu? Zainteresowani doskonale znają historię listownej przyjaźni Derletha i Lovecrafta, wiedzą, jakie zasługi ma ten pierwszy w popularyzacji drugiego, co wnikliwsi uważają...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to