-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać388 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać7 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać14 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać12
Biblioteczka
#agaKUSIczyta
Wigilia 2024
Czar gestu i magia dobra
W całej kuchni rozgardiasz jak nigdy.
W dużym garnku bulgocze biały barszcz. Obok, w mniejszym, gotuje się niezliczona liczba jajek. Na kolejnym palniku Agata smaży drobno posiekaną cebulkę, a patelnia ledwo mieści się na kuchence. Na stole pod oknem czeka już stolnica i mąka i szklanka, bo trzeba ciasto zagnieść, poklepać w ramach czarów, pogłaskać i przygotować z niego uszka i pierogi wszelakie. Będą i z kapustą i z ziemniakami i coś nowego, czego jeszcze nie robiła, pierogi z ziemniakami i miętą. Jadąc ostatnio autobusem do pracy podsłuchała rozmowę dwóch starszych pań i dobrze, że nie przegapiła swojego przystanku, bo wysiadłaby kilometr dalej. Ale nie ma to, jak sprawdzone przepisy i wiara w swoje kulinarne zdolności. W końcu kiedy, jak nie dziś właśnie, wszystko otacza magia wigilijnego cudu – dlatego Agata nie boi się dziś o nic, co najwyżej o siebie, bo co dwie minuty łokciem wyciera pot z czoła.
Na szczęście do pomocy przy pierogach przyjdą Janek i Zenek i Marysia, bo sama musiałaby zaczynać wszystko co najmniej tydzień wcześniej. Zaraz pewnie zapukają do drzwi i wejdą rozgadani, jak przekupki z pobliskiego targu.
Będzie też karp i kapusta z grzybami i krokiety z kapustą, ale to już przygotowują inni. Zośka z chłopakami stroi salę. W tym roku mają być kilometry łańcuchów z papieru kolorowego, małe świeczusie na kilometrach stołów i kolorowe bombki ze styropianu, które Zosia przygotowała podczas zajęć z przedszkolakami. Każdy ma swoje zadania i każdy wie, co robić. Agata od czterech lat też wie…
Kolacja dla bezdomnych przyciąga tłumy. Co roku jest ich więcej i co roku coraz trudniej się po niej rozejść. Rozmowy się toczą, mnożą się uśmiechy, budzą się uśpione przez rok emocje. Przy pierwszych dźwiękach „Lulaj że Jezuniu…” na twarzach wszystkich pojawiają się łzy – słone krople pełne smutku, tęsknoty i utraconych marzeń, które żłobią sobie drogę, ku sercu. Pod mokrymi powiekami wyświetlają się twarze do dziś ukochane…
Wigilia budzi wszystkie uczucia, a w Agacie uczucia buzują. Wiara każdego dnia utwierdza ją w przekonaniu, że życia ma sens, dlatego chwyciła za pióro i napisała „Niezwykłą Wigilię”. Zatrzymana 24 grudnia przez magię Świąt pisze o nas – o naszych nadziejach, marzeniach i pracy. O choince, o pustym talerzu, o opłatku. Czytasz i nie kiedy, a sam jedziesz do szpitala z barszczykiem czerwonym, spacerujesz z sąsiadami, którzy zaprosili cię na wspólną wigilię, witasz w progu syna, którego bierzesz w ramiona i cieszysz się z bycia razem. Śpiewasz kolędę w tropikach, karmisz ukochaną krowę, idziesz wraz z chłopakiem na czwarte piętro bloku do chorej i dawno niewidzianej sąsiadki, by ten jedyny, wyjątkowy wieczór spędzić w jej towarzystwie.
O tym są opowiadania Agaty…
To z pozoru proste historie ludzi, którzy oprószeni drobinkami dobra, postanowi nie tyle poddać się ich czarowi, ile oprószyć dobrem innych. Wedle zasady, by kula dobra toczyła się dalej. Niech magia trwa – szepcze Agata.
Ta książka powinna mieć na końcu czyste strony i dla ciebie – dlaczego, zapytasz ze zdziwieniem, po co? Bo i ty powinieneś dopisać swoją opowieść. Opowieść wyjątkową, specjalną, tylko twoją. Opowieść, którą jesteś w stanie napisać tylko o tej porze… 24 grudnia, w Wigilię.
Agata, autorka w tych krótkich opowieściach mówi… że nawet łzy… w tym dniu… że i one są potrzebne… Że człowiek ma w sobie siłę sprawczą, o jakiej na co dzień zapomina. Że dobro jest. Jest i co roku rodzi się w żłóbku stajenki.
Wigilia.
Bliskość. Emocje i lekkość.
Każdy ma szansę. Na życie, dotyk, na bycie razem. Tak mało, a tak wiele jednocześnie.
Pozostaje mieć nadzieję, że za rok „Niezwykła Wigilia” będzie dłuższa, literacko rozbudowana, pełna detali i wszystkiego tego, co sprzyja czytaniu i smakowaniu bez końca. Zasiadasz w kąciku, mościsz się w fotelu i z gorącym kakao u boku – przepadasz. Nie ma cię tu. I choć kalendarz wskazuje inną datę, przeżywasz 24 grudnia…
To magiczna książka, magiczna, jak sama Wigilia.
#agaKUSIczyta
Wigilia 2024
Czar gestu i magia dobra
W całej kuchni rozgardiasz jak nigdy.
W dużym garnku bulgocze biały barszcz. Obok, w mniejszym, gotuje się niezliczona liczba jajek. Na kolejnym palniku Agata smaży drobno posiekaną cebulkę, a patelnia ledwo mieści się na kuchence. Na stole pod oknem czeka już stolnica i mąka i szklanka, bo trzeba ciasto zagnieść,...
2024-07-11
POMIĘDZY czymś i niczym
czytanie takich powieści jest dla mnie rozkoszą, a ta stała się jednocześnie odkryciem niesamowitego autora - pana Pawła.
Magia i realizm
ludzie i drzewa
biali i Cyganie
Kobiety i mężczyźni...
i ja pomiędzy, pomiędzy wszystkim i niczym jednocześnie.
czytałam i świat znikał, albo to ja znikałam i czasem zastanawiałam się kto bardziej i szybciej. ja pomiędzy stronami powieści, która mnie doszczętnie pochłonęła. nie było mnie tu, bo byłam tam, w niej, cała. pomiędzy postaciami, czasem koło pochylonej gruszy, która zawsze tu była, byłam w tej krainie w środku lasu, w Zrębach, gdzie raz w roku bagno wyłaziło z ziemi, gdzie grzęzły i nogi i myśli i alkohol tumanił... Gdzie przybyli Cyganie i on, Białowłosy, obcy, a meliorant i mądry nie byle kto, bo gadał z księdzem podczas ślubu, którego nie powinno być.Potem był on, dziwny nieco ni ciemny, ni biały, dziecko gdzieś pomiędzy dwoma ojcami. Rodzice jacyś dziwni, babcia jeszcze gorsza. Uciekał, do Ignacego, który milczał, bo nie miał potrzeby gadać. siedzieli razem, jeden koło drugiego i byli. byli koło ogniska i to płomienie opowiadały. snuły historie o tym, co było, a czego nie ma. o ludziach, którzy pomarli, którzy nie chcieli żyć, albo zmarło im się z pętlą na gardle, czy w wozie po kolana. ogień snuł powieści, a trzeba było tylko słuchać.
Pomiędzy życiem a nie-życiem
pomiędzy miłością a nienawiścią
pomiędzy tym tu i tam
i z tym czymś w sobie, po wyczytaniu powieści do końca, po pogładzeniu jej, po przytuleniu, z tym czymś siedzisz w sobie. czymś co osiadło między sercem, a duszą. treść puszcza korzenie, osadza się jak stare drzewo, silne, którego nikt nie zrani. ta powieść zostaje na zawsze - we mnie.
uwielbiam takie historie, które toczą się gdzieś poza mną, ale mnie otaczają i porywają. przenoszą gdzieś, gdzie chciałam, a czego nie umiałam namalować. łapią mnie te historie w siebie i budzą zachwyt i smutek i coś Pomiędzy smutkiem, że on, że ta książką, ma swój koniec, a ja chciałabym dalej, więcej i więcej
To raczej odczucia, nie recenzja - nie wiem, może coś POMIĘDZY?
Panie Pawle dziękuję za ucztę... za tą powieść, za talent do snucia opowieści, za słowa, które ją tworzą...
za wszystko w niej i poza nią
Panie Pawle, proszę pisać i pisać, bez końca, ciągle... bawić się pisaniem historii, które będą pomiędzy życiem, a kartkami papieru...
POMIĘDZY czymś i niczym
czytanie takich powieści jest dla mnie rozkoszą, a ta stała się jednocześnie odkryciem niesamowitego autora - pana Pawła.
Magia i realizm
ludzie i drzewa
biali i Cyganie
Kobiety i mężczyźni...
i ja pomiędzy, pomiędzy wszystkim i niczym jednocześnie.
czytałam i świat znikał, albo to ja znikałam i czasem zastanawiałam się kto bardziej i...
to wydanie - inne inaczej się odbiera
to wydanie - inne inaczej się odbiera
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-12-05
Tą powieść dość długo odsuwałam od siebie. Tematyka balansująca na progu fantasy i science fiction nie dla każdego stanowi magnes. Ale miało to swoje wielkie plusy, bo jak tylko ją otworzyłam przepadłam. To nie jest typowa powieść osadzona międzygalaktycznie, to nie opis wojujących mocarstw gwiezdnych. To powieść o ludziach, którzy mają słabości, ale i nadzwyczajne zdolności nadnaturalne. To ludzie, którzy raz zawalają, dostają w gębę, czy pod żebra, ale i ludzie, którzy wyczuwają swąd wroga i znienacka go atakują.
Ale po kolei.
Oto dwa mocarstwa rywalizujące ze sobą – Imperium oraz Templarantis. Różni ich wszystko – począwszy od mieszkańców, na technologii kończąc. Templarantis jest światłe, pełne ekspertów z każdej dziedziny nauki, tu dominuje najwyższa technologia inżynierska niemająca sobie równych w całym uniwersum. Dlatego ma wrogów w postaci Imperium, na którym szerzy się kontrola ludzi, propaganda i wieczna żądza dominacji oraz bycie lepszym. To wiecznie niezaspokojone społeczeństwo, zwłaszcza ich przywódcy, którzy szukają sposobu na zniszczenie Templarantis. Na tle tej permanentnej, wzajemnej nienawiści poznajemy pewnego agenta, słowiańską wiedźmę, naukowca oraz córkę lekarza. Skąd się pojawili? Po co obcy sobie ludzie jednoczą siły by wypełnić zleconą im misję, podczas której można stracić życie?
O tym jest ta powieść. O zmaganiach, o walce, ale i o zaufaniu. O szpiegach i przyjaciołach. O słabych i silnych.
To powieść pełna zwrotów akcji i zaskakujących momentów nie tyle dla postaci, ile dla czytelnika. To powieść, której czytanie sprawia radość. Wnika się w jej fabułę i traci grunt pod nogami, dosłownie i w przenośni. To zasługa świetnej kreacji uniwersum i plastyczności tekstu. Tekstu, który się spija z kart powieści.
Mijający czas nie ma znaczenia, pilne obowiązki czekają, bo dla ciebie liczy się czytanie. Gdy zasiadasz z „Templarantis” musisz się skupić i skoncentrować na fabule. Dlaczego? Bo tylko tak jesteś w stanie podążać za bohaterami. Składasz fakty ze sobą, tworzysz coś na kształt hybrydy. To powieściowa kostka Rubika dla wytrwałych. Szatkowanie poszczególnych scen działa tak, że nie możesz się od tej powieści oderwać. Ciekawość wzbiera w tobie z każdą kolejną stroną. Próbujesz dociec kto, z kim, dlaczego i gdzie to wszystko zmierza. Jaki będzie finał.
To literacki warkocz o wielu wątkach, idealnie zapleciony kłos.
„Templarantis” to książka, którą, co zaskakujące, czyta się z wypiekami na twarzy. To powieść, która budzi w tobie cały wachlarz emocji, nawet te, o których istnieniu nie miałeś pojęcia.
Napisanie takiej powieści wymagało skrupulatnej pracy przed. Rozrysowanie poszczególnych scen, tworzenie bohaterów i płaszczyzn ujętego świata. To perfekcyjne wręcz dopracowanie każdego detalu. W „Templarantis” wszystko jest potrzebne – wszystko i wszyscy. Każda akcja pociąga za sobą kolejną, każde słowo ma znaczenie i każda reakcja. Czytaj i obserwuj zachowania bohaterów, dociekaj, gdybaj i szukaj.
Paweł Horyszny napisał bardzo dobrą powieść. Spektakularną wręcz. Wykreował wielopłaszczyznową fabułę, która zachwyca rozmachem, ale i wyobraźnią samego autora, mistrza tworzenia. „Templarantis” czyta się jak dobrą, współczesną powieść.
Wnika w czytelnika i zachwyca. To taka perełka pośród zalewu wszystkiego.
Czego chcieć więcej?
#agaKUSIczyta
Tą powieść dość długo odsuwałam od siebie. Tematyka balansująca na progu fantasy i science fiction nie dla każdego stanowi magnes. Ale miało to swoje wielkie plusy, bo jak tylko ją otworzyłam przepadłam. To nie jest typowa powieść osadzona międzygalaktycznie, to nie opis wojujących mocarstw gwiezdnych. To powieść o ludziach, którzy mają słabości, ale i nadzwyczajne...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-08-01
Każdy zasługuje na to, by być szczęśliwym. Bez względu na to, jakie jest życie, jacy są ludzie i dokąd zmierza przyszłość. Zawsze warto o swoje życie walczyć. Nawet... nawet, gdy toczy się wojna i szczęście mija progi każdego z domostw. Mija też ludzi błądząc gdzieś daleko stając się mrzonką widoczną na horyzoncie, której kontury coraz bardziej się zacierają.
„Czas płynie, okoliczności się zmieniają, ludzie rodzą się i umierają, a pewne rzeczy pozostają niemymi świadkami toczącej się tutaj historii.” Tym niemym świadkiem jest odległe szczęście, które opuściło ludzi wpadając w sidła wojny, strachu i trwogi o każdą następną minutę życia. To dalekie szczęście nocami staje się najjaśniejszą gwiazdą na niebie, na którą patrzy Helena, Chajka i Wira – Polka, Żydówka i Ukrainka.
Trzy przyjaciółki... do śmierci.
Ich historię kreśli Agata Sawicka w powieści „Zapisane w sercu”. Ich młodość „zdarzyła się” przed II wojną światową. „Zdarzyła się”, bo wtedy wszystko się zdarzało – marzenia, beztroska, wakacje... Potem już się nie zdarzało. Potem były zgrzyty ładowanej broni, ogłuszający huk wystrzałów i strach widoczny na każdej ludzkiej twarzy. Jest też bieda, głód i choroby. Jest zło, krew i żołnierze różnych nacji i każdy z każdym walczy o swoje. O godność na śmierć i życie, bo nie ma nic pośrodku.
A ludzie? Chajka, Żydówka musi uciekać i kryć się jak szczur. Helena, Polka, musi uważać, bo przyjaźni dotąd Ukraińcy dokonują czystek od Lachów, Polaków, których wcześniej mieli za sprzymierzeńców. Cierpią cywile, wszędobylskie mundury tłamszą uczucia, a decyzje podejmuje broń w ręku...
„Zbrodnia i zło nie mają narodowości.”
O tym wszystkim pisze Agata Sawicka i choć tytuł powieści i okładka sugerują ciepłą, romantyczną historię, to jednak daleko jej do takiej. To powieść zbudowana na łzach, samotności i strachu. To książka, która naznacza duszę stygmatem. Wojna, bo ona jest tu głównym bohaterem, stała się dla autorki osią fabuły. Reszta jest bladym tłem. Czytasz o młodych dziewczynach, które nie zdążyły jeszcze poznać miłości i pierwszego zakochania, o dziewczynach, które nie były jeszcze na prawdziwej randce. Agata Sawicka wrzuciła je w bestialstwo wojny, a losy trzech przyjaciółek splotła, jak warkocz.
Polka, Ukrainka, Żydówka – trzy dusze, trzy osobowości i jedno marzenie. Życie.
Uratować siebie i żyć.
Uratować i przeżyć. Tylko to ma znaczenie, nic poza tym.
„Zapisane w sercu” to powieść o bólu, ale i o nadziei, bo ta jest zawsze i zawsze umiera ostatnia.
Agata Sawicka pisze prostymi słowami, pomiędzy które wrzucasz swoje czytelnicze łzy. Jedną po drugiej kapią na strony powieści. Treść przenika do umysłu i mimowolnie personalizujesz się z bohaterami. W książce autorka akcentuje kobiety. Porusza ich delikatne struny kobiecości i wrażliwości. Gra na nich sentymentalną muzykę literacką, której nie możesz puścić mimo uszu.
Doceń życie jakie masz, szepcze autorka. Oddychaj, kochaj, ciesz się... Smakuj życie, poszeptuje.
#agaKUSIczyta
Każdy zasługuje na to, by być szczęśliwym. Bez względu na to, jakie jest życie, jacy są ludzie i dokąd zmierza przyszłość. Zawsze warto o swoje życie walczyć. Nawet... nawet, gdy toczy się wojna i szczęście mija progi każdego z domostw. Mija też ludzi błądząc gdzieś daleko stając się mrzonką widoczną na horyzoncie, której kontury coraz bardziej się zacierają.
„Czas płynie,...
2023-02-17
„Nędznicy”
Viktor Hugo
Niektórym wydawać się może, że klasyka jest marną lekturą. Że samo sięganie po nią bliskie jest desperacji, bo w zalewie nowości jest tyle bestsellerów rankingowych, że jest w czym wybierać. Ale, jak się okazuje przy głębszym zainteresowaniu, owe nowości są marnizną w kontakcie z wiecznie żywą klasyką. Ta często towarzyszy nam od lat, począwszy od dzieciństwa, gdy wkraczamy w świat „Alicji w Krainie Czarów”, czy w krainę baśni braci Grimm. Potem są inne dzieła czytane z przymusu lub z własnej ochoty i wówczas, gdy jesteś starszym odbiorcą, okazuje się, że owa klasyka jest perłą pośród zalewu niczego. Że klasyka ma niepodważalną wartość, sens i piękno. Klasycy zachwycają i stylem pisania, i ujęciem i postrzeganiem tematu, a także – co najważniejsze – tworzeniem fabuły.
Tak zachwyciłam się „Nędznikami” Viktora Hugo.
Zaczęłam czytać bez jakiegoś zaangażowania, lecz w miarę odwracanych kartek, zostałam magicznie omamiona pięknem treści i historią. Odnalazłam się we Francji w 1815 roku, w miasteczku prowansalskim Digne. A tu, przeinaczając słowa dobrodusznego biskupa Myriela owej mieściny, ta powieść to dzieło Jezusa. Jej okładki nie pytają pojawiającego się bohatera, jak się zowie, ale co mu dolega. Czytelnik może cierpieć i chcieć więcej szczegółów, więcej wiadomości o tym kimś, więc autor zaprasza. Wejdź, mówi, usiądź, posil się. Zaprasza do wygodnego fotela stojącego tuż obok rozgrzanego pieca i mówi, czytaj strudzony wędrowcze. A ty, z „Nędznikami” w dłoniach, zaczytany, oszołomiony, czujesz się tu, jak u siebie w domu. Bardziej niż sam Viktor Hugo, twórca owego dzieła.
Cokolwiek jest tutaj, jest twoje.
Viktor Hugo daje nam do rąk, ba, wręcza niemalże jak trofeum swoją literacką pracę. To powieść wszech czasów.
„Nędznicy” to wspaniała lektura. Według mnie idealnie skomponowana, mistrzowsko nakreślona historia nie tyle jednego człowieka, ile wielu ludzi. W powieści bohaterowie pojawiają się, jak aktorzy na scenie. Wchodzą, schodzą, powracają. Każdy jest potrzebny, bo ich role rozpisał Hugo do samego końca.
Najpierw w prowansalskiej mieścinie Digne poznajemy księdza wraz z siostrą. Pojawiają się mieszkańcy, karczmarze, przejezdni goście. Przychodzi też strudzony Jean Valjean, którym każdy gardzi. Są Fantyna i Kozeta. Jest inspektor policji Javert. Tych ludzi jest sporo, ale każdy do tej powieści coś wnosi, coś w niej buduje, coś zmienia. Viktor Hugo perfekcyjnie rozpisał osobowość każdej z nich. To wachlarz ludzkich charakterów. Plastyczne ujęcie tego, co widzą oczy i przeniesienie tego na strony powieści.
Czytanie „Nędzników” jest rozkoszą, jest przywilejem. Bytowanie z takim dziełem to czas bezcenny.
Do tego piękne detali rysunki, które przyciągają wzrok. Sprawiają, że zatrzymujesz się i oglądasz te pełne detali szkice. Łapiesz się na tym, że uśmiechasz się do nich, choć sama treść powieści ma niewiele wspólnego z radością. Jest smutna, do tego pełna biedy, ludzkiej nędzy i upodlenia. Ale to tak oszałamiająca powieść, że jesteś nią urzeczony.
I buntuję się nagonce na Wydawnictwo MG. „Nędznicy” I tom już na początku ma adnotację o wersji skróconej zgodnej z wydaniem z 1954 roku, z przedwojennego tłumaczenia, jakiego dokonała Biblioteka Arcydzieł Literatury. I wielu recenzentów czepia się tego i wytyka Wydawnictwu MG takie okrojenie. Ale nie zwrócą uwagi na siebie i do siebie nie kierują pretensji, że sami tego nie doczytali. Przy okazji nadmienię, że ta wersja powieści na wersję taką, jak jej wersja z 1954 roku. Jakby nie było, nie jest to nic nowego. To nie jest trzecia wersja trzeciego przekładu. Sam sobie czytelniku wytykaj własną opieszałość i niedopatrzenie. Pretensje miej do siebie. Nie czytałam innej – pełnej – wersji, ale ta jest bardzo dobra. Nie porównuję jej, a oceniam. Po rozszerzoną sięgnę... ale dzięki temu, że ta wersja mnie do tego zachęciła. A warto, bo „Nędznicy” to ponadczasowa klasyka.
#agaKUSIczyta
„Nędznicy”
Viktor Hugo
Niektórym wydawać się może, że klasyka jest marną lekturą. Że samo sięganie po nią bliskie jest desperacji, bo w zalewie nowości jest tyle bestsellerów rankingowych, że jest w czym wybierać. Ale, jak się okazuje przy głębszym zainteresowaniu, owe nowości są marnizną w kontakcie z wiecznie żywą klasyką. Ta często towarzyszy nam od lat, począwszy od...
2022-11-26
Antoni Gołubiew to niekwestionowany mistrz pisania i snucia pasjonujących opowieści historycznych. To, jak on pisze, jak wodzi za nos, jak pasjonuje jednocześnie – to wszystko tworzy scenerię, której wyobraźnia nie musi już kolorować. Tym razem, w kolejnym tomie sagi o Bolesławie, kontynuuje wszystko to, co poruszył w opublikowanych wcześniej częściach. Sam autor w moich oczach jawi się jako rosły mężczyzna z koroną na głowie, który włada światem literackim. I przyznaję, że nader dobrze wywiązuje się z tego zadania. Zasiada na tronie władcy, jest niedoścignionym królem literatury historycznej, ale (co najważniejsze i najpiękniejsze) pisanej przy zachowaniu oryginalnego języka tamtych lat.
Powiem tak – paluszki czytelnicze lizać.
I tak, jak zostałam porwana przez początkowe części, tak i ta w niczym im nie ustępuje. Wszystkie pisane są na wysokim poziomie, pasjonują i stanowią dla mnie nie lada gratkę. Nie pałałam nigdy zbytnią wiedzą historyczną, ani nie stanowiła ona mojej pasji, czy zainteresowań. A tu? Tu jest wszystko podane w powieściowy sposób. Antoni Gołubiew snuje fabułę „Rozdroży”, nieco fikcyjną, ale mocno stąpającą po danych historycznych. To jest nie dość, że przyswajane przez umysł, to sam fakt czytania stanowi niepodważalną rozkosz. To jak dwa w jednym.
„Rozdroża” to wspaniała powieść przesycona historycznymi wydarzeniami i historycznymi postaciami, która porywa od pierwszych stron. Autor staje się niemalże malarzem portretującym wszystkie warstwy społeczne, od prostego plotkarza, po św. Wojciecha, księcia czeskiego z rodu Sławnikowiców, czy cesarza Ottona III, zwanego też Ottonem Rudym. Skrupulatnie zaznajamia nas z codziennością różnych grup zarobkowych i cechów. Odważnie też bierze na warsztat szereg walk i politycznych rozgrywek, zatargów i układów, czy wręcz brania łapówek i ogólnego przyzwolenia na nie, o czym nie miałam pojęcia. Antoni Gołubiew to też – według mnie – fotograf, który kadruje obraz na to to, co ma w danej chwili znaczenie. Zatrzymuje się bym ja, jako czytelnik, mogła wszystko dobrze ujrzeć i dostrzec, bo, jak się okazuje, nawet detale mają wielkie znaczenie.
Tym razem mamy część bez potyczek wojennych lecz skupiającą się na ludziach i ich wierze. W państwie zaczyna być ważna religia i chrześcijaństwo. Ono bowiem kształtuje i społeczeństwo i wpływa na szacunek obcych wobec naszego kraju. Trzeba budzić w ludziach wiarę poprzez ewangelizację i naukę. Już kronikarze pisali o Bolesławie Chrobrym, jako o władcy, który losy swego księstwa ściśle związał z duchownym i politycznym życiem zachodniej Europy, przez co ogromnie wzrosło znaczenie Polski. Stąd jego działania, by w Polakach wyznawanie wiary było mocne, ugruntowane i stabilne. Zależało mu na jedności narodu. I choć miał wiele wad, nie był wzorem cnót, bynajmniej, wyzyskiwał ludzi, dopuszczał się okrucieństw i gwałtów, to jednak liczni zazdrościli mu bystrości i siły działania. I chyba to sprawiało, że lud się go słuchał...
Nie sądziłam, że trafię na tak piękną historię Polski wplataną w fabułę przygodową. „Rozdroża” mnie zachwycają. To najlepsza powieść historyczna OSTATNICH LAT, na jaką mogłam trafić. Wymaga zatrzymania, koncentracji i uwagi. Śledzisz losy sprzed lat, które dokumentują jedynie historycy, a tu masz coś wypośrodkowanego. To historia pełna kolorów, emocji i przygód. To samo w sobie świadczy o wysokiej klasie pisarskiej Antoniego Gołubiewa, o jego niesamowitej wiedzy i swobodzie gawędziarskiej.
A wszystko zaczęło się w puszczy, wszystko się w niej narodziło i tam znalazło swój początek. W puszczy pewnie i się skończy, bo historia zapętla się i wraca do początków... Ale zanim zatoczy koło chcę by trwała i trwała...
#agaKUSIczyta
Antoni Gołubiew to niekwestionowany mistrz pisania i snucia pasjonujących opowieści historycznych. To, jak on pisze, jak wodzi za nos, jak pasjonuje jednocześnie – to wszystko tworzy scenerię, której wyobraźnia nie musi już kolorować. Tym razem, w kolejnym tomie sagi o Bolesławie, kontynuuje wszystko to, co poruszył w opublikowanych wcześniej częściach. Sam autor w moich...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2022-07-30
Gdy nastała pandemia i nasz świat, bo nie tylko kilka państw, lecz cały świat został przez nią zawładnięty stało się z nami – z ludźmi coś dziwnego. By wyniszczyć wirusa należało zachować pewne zasady, a każdy z nas mając różne przekonania nie zawsze się do nich stosował. To był czas buntu, najczęściej wewnętrznego ale i czas wyciszenia, w którym słychać ciszę i własne myśli. Jest jednak wspólny mianownik - każdy człowiek czas izolacji i strachu przeżył indywidualnie.
Jednak sama myśl, że cały świat został opanowany złem, czy to nie kojarzy nam się z piekłem? Czy zasłużyliśmy na nie, czy sami je na siebie ściągnęliśmy? Czy jesteśmy tak grzeszni, że spotkała nas boża kara? Już od lat powoli oddalamy się od Boga, a pandemia mówiąc wprost „dała nam przyzwolenie” by oficjalnie nie chodzić do Kościoła, by sobie odpuścić. I chyba te druzgocące skutki panowania Króla Strachu (zwanego covidem) sprawiły, że ojciec Augustyn Pelanowski zaczął spisywać własne myśli.
(Posługuję się tytułem ojciec Augustyn, jednak po lekturze „Rozważań...” zaciekawiłam się osobą ojca Pelanowskiego i dowiedziałam, że obecnie to już były paulin. W styczniu 2020r. został wydalony z Zakonu św. Pawła I Pustelnika dekretem Generała Zakonu. Dlaczego? Zaczął mówić i publikować słowa, które coraz bardziej oddalały go od Boga, co stało się niezgodne z doktrynami nie tylko zakonu lecz i wiary). Tego nie wiedziałam biorąc do rąk „Rozważania...”, wiem teraz. Przyznam, że jestem zaskoczona osobą autora, co nie zmienia faktu, że „Rozważania, myśli, szkice...”, które przeczytałam są bardzo wartościowe, głębokie i zastanawiające.
Idea Boga nie mieści się w ograniczonym umyśle ludzkim – tak było i jest, dlatego wierzący nie powinien zadawać zbyt wielu pytań. Nie ma odpowiedzi na wszystkie, są najwyżej dywagacje, przypuszczenia, albo domysły. Właściwą formą jest rozmowa, dialog. Jak to zgrabnie ujął Vargas w jednej ze swoich powieści „W sprawach tyczących Boga trzeba wierzyć, nie rozumować. Jak zaczniesz posługiwać się rozumem, Bóg rozwiewa się jak kółko dymu”.
„Rozważania, myśli, szkice z lat 2019 - 2021” o. Augustyna Pelanowskiego to pewnego rodzaju po-czytanki, które można czytać w całości lub wybiórczo. Każdy z wpisów to odrębne przemyślenia skupione wokół człowieka i świętości, wokół ludzkiej materii i boskiej. I mogłoby się wydawać, że jako czytelnik będzie się natrafiało na kłopoty w interpretacji owych „filozoficzno-religijnych” zagadnień. Nic bardziej mylnego. Myśli, jakie spisał o. Augustyn są tak obrazowe i zastanawiające, że nie zorientujesz się kiedy cię całkiem pochłoną. Tu wszystko jest jasne, klarowne i proste – prostymi słowami Jezus mówił do ludzi, prostymi słowami posługuje się i autor, o. Augustyn.
„Rozważania, myśli, szkice...” są też poradnikiem-latarnią stojącą u rozwidlenia drogi, którą kroczymy przez życie. Tu musisz przystanąć i zamyślić się, zagłębić w sobie, odczytać sygnały własnej duszy i sumienia. Poczuć w sobie wewnętrzną harmonię, by dopiero potem zrobić krok do przodu. Krok właściwy i odważny. Dobro samo w sobie winno być celem. Bo tylko cel każdej wędrówki ma sens i znaczenie.
Każdy z wpisów jest pewnego rodzaju znakiem drogowym, a ich odczyt zarówno duchowy, jak i dosłowny zależy od czytelnika. Dlatego nie należy nurzać się w złej przeszłości autora, tylko podejść do tekstu czystym w sobie, poznać jego treść, a potem się dopiero wypowiedzieć – co się z tobą stało? Czy wysłuchałeś powstałych myśli? Czy czujesz w sobie... wiarę?
„(...) Jakież szczęście mieli ludzie , dla których istnienie Najwyższej Istoty nigdy nie było problemem, lecz pewnością, dzięki czemu ich świat nabierał ładu, a wszystko znajdywało wyjaśnienie i rację bytu.
Kto wierzył w taki sposób, z pewnością osiągał rezygnację wobec śmierci, godził się na nią tak, jak nigdy nie zgodzi się ten, kto jak on sam przeżył życie, bawiąc się z Bogiem w chowanego”.
dziękuję sztukater
Gdy nastała pandemia i nasz świat, bo nie tylko kilka państw, lecz cały świat został przez nią zawładnięty stało się z nami – z ludźmi coś dziwnego. By wyniszczyć wirusa należało zachować pewne zasady, a każdy z nas mając różne przekonania nie zawsze się do nich stosował. To był czas buntu, najczęściej wewnętrznego ale i czas wyciszenia, w którym słychać ciszę i własne...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2022-07-29
dla mnie... niebywała publikacja
wspaniałe wydanie. profesjonalnie dopracowane każdej kreski, rysunku, tekstów i kolorów. Ta BIBLIA zachwyca każdego. i choć znamy Stary i Nowy Testament, to interpretacja w formie komiksu otwiera ponownie oczy na religię i na postaci biblijne. odnosisz wrażenie, że czytasz pierwszy raz, przyglądasz się szczegółom i kontemplujesz każdy rysunek.
wspaniała
dla mnie... niebywała publikacja
wspaniałe wydanie. profesjonalnie dopracowane każdej kreski, rysunku, tekstów i kolorów. Ta BIBLIA zachwyca każdego. i choć znamy Stary i Nowy Testament, to interpretacja w formie komiksu otwiera ponownie oczy na religię i na postaci biblijne. odnosisz wrażenie, że czytasz pierwszy raz, przyglądasz się szczegółom i kontemplujesz każdy...
2021-12-24
Reportaże o Kanadzie, a konkretnie o dorosłych teraz ludziach, którzy jako dzieci zostali oddani do szkół lub placówek wychowawczych prowadzonych przez duchownych lub siostry zakonne. To, co przypuszczałam, że mogło mieć tam miejsce, to pestka w porównaniu z tym, o czym tu czytam i co WIDZĘ, czego też doświadczam choć staram się stać z boku. Jestem ŚWIADKIEM czegoś, na co trudno patrzeć i dać przyzwolenie!!!
Dzieci są bite, głodzone, poniżane, torturowane i psychicznie gnębione. Podpinane do krzeseł elektrycznych, czy molestowane seksualnie, a wszystko przyjmują z pokorą. Bo dzieci, które mają zaledwie 3-5 lat sądzą, że to normalne, że taki jest świat i tak robi każdy - a że to boli, to nieważne. Kiedyś na pewno przestanie...
To co przeszły te dzieci - ci ludzie za murami tych placówek, tego nie sposób nie tyle pojąć ile choćby zrozumieć. Nie mogę się z tym pogodzić, bo się po prostu nie da. Czytasz i w pewnym momencie uświadamiasz sobie, że powinnaś wyłączyć mózg, bo zaczyna cię wszystko boleć. Personalizujesz się z tymi, których przedstawia autorka. Stajesz się nimi, a to sprawia, że nie godzisz się na takie niesprawiedliwe życie. Nie znajdujesz wytłumaczenia tego piekła.
I wiecie czego chce jeden chłopiec z nich, z tych okaleczonych seksualnie przez duchownych???? Chce usłyszeć od Papieża słowo"przepraszam". Tylko tyle czy aż tyle??? Po tym, czego "zasmakował" od duchownych chce tylko jednego słowa, które zablokowało się winnym w gardle.
Czy tu umierasz 27 razy wraz z Toby'em?? Nie. Tu umierasz 16 razy. Tyle tu jest rozdziałów, tyle - TYLKO - osób mówi głośno o tym czego doświadczyło... A jest ich bez mała ok. 150 000.!!!!!! Tysiące okaleczonych dzieci, płaczących w ciszy, scharatanych losów.
„Po wczorajszym jego organizm nie był w stanie niczego przyjąć i Ed zwymiotował. Wpatrywał się w jaskrawe kawałki marchwi, które zwrócił właśnie na szarawą owsiankę, i starał się powstrzymać kolejne torsje swojego nienawykłego do prądu, ledwie ośmioletniego organizmu. U jego boku pojawiła się wtedy siostra Wesley, opiekunka chłopców. Wzięła miskę Eda i wylała jej zawartość na podłogę. – Zjedz to- powiedziała. Chłopak z czołgał się na ziemię i zaczął zgarniać dłońmi masę z powrotem, a zaraz potem szukać łyżki. – Nie tak. Masz jeść jak pies. Ed nie zrozumiał, więc siostra chwyciła jego głowę i wepchnęła do miski…”
Z czym kojarzy się Kanada? Z rajem, do którego jechali wszyscy, bo tam była "pseudo-perspektywa", z liściem klonowym, syropem klonowym i pięknymi widokami. Dlatego pewnie to, co tu napiszę wielu zaskoczy - lecz po przeczytaniu "27 śmierci Toby`iego" skończy się twoje dla niej uwielbienie.
„Bili nas z dużą troską… W gorsze dni kładli nam ręce na nieostygłym palniku. Zamykali w komórce bez światła i bez jedzenia. Nie dawali też nocnika. Za karę chodziliśmy potem okutłani w zabrudzone prześcieradła”.
„Napięcie zwiększano stopniowo. Dziecko najpierw krzyczało, potem gryzło własne wargi, na końcu się wyprężyło. Po chwili wajcha przesunęła się do bezpiecznej pozycji, ciało Toma opadło. Ale tylko po to, żeby ksiądz Goulet znów mógł puścić prąd i patrzeć, jak dziecko na powrót sztywnieje”. W imię Jezusa i krzyża i twojego zmartwychwstania, amen..
Te dzieci to "ocaleńcy”. Nie sposób policzyć ile osób ucierpiało, przepłakało swój ból i poniżanie w samotności. Dzieci przebywające w internatach to raz. Rodziny, którym te dzieci odebrano to dwa. Ale też partnerzy w przyszłych związkach tych, którzy co tam dorastali. Nie są częstokroć w stanie wejść w jakiekolwiek związki, nie potrafią okazywać miłości. Im nikt nie pokazał jak kochać, jak przytulać drugiego człowieka, jak pocieszać kogoś, kto tego potrzebuje. Często sami błądzili w myśl zasady: „Czynisz to, co tobie uczyniono”.
Te okropne instytucje z internatami funkcjonowały jeszcze całkiem niedawno. Długo fakty nie wyszły na światło dzienne, a kiedy już wyszły to podziurawione, rozmyte. Kanada przyznała, że nie dopilnowała, nie nadzorowała, że dopuściła do tragedii, która nigdy nie powinna się wydarzyć. ALE NIE PRZYZNAŁ SIĘ KOŚCIÓŁ. "Takie były czasy” i odwracają się zamaszyście, a poły czarnej sutanny plączą się między nogami.
to trzeba przeczytać, zamknąć oczy zapłakać,
Reportaże o Kanadzie, a konkretnie o dorosłych teraz ludziach, którzy jako dzieci zostali oddani do szkół lub placówek wychowawczych prowadzonych przez duchownych lub siostry zakonne. To, co przypuszczałam, że mogło mieć tam miejsce, to pestka w porównaniu z tym, o czym tu czytam i co WIDZĘ, czego też doświadczam choć staram się stać z boku. Jestem ŚWIADKIEM czegoś, na co...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2021-12-14
Gdy za oknem zimowy czas, długie wieczory, a w głowie pojawia się notoryczna myśl o zakopaniu się pod kocem, sięgam po specyficzne tematycznie książki. Dlatego temat wojny i lat po niej, które ujęte w powieściach odkładam w ciepłe i słoneczne dni, teraz są przeze mnie nader pożądane. Stąd i "Zakazana miłość" w moich rękach.
I oto okazało się, że szybko znalazłam się w Gdańsku, w odradzającej się Polsce, która póki co była rozszarpywana przez inne państwa. Xaver Koss, bohater ksiązki kieruje się tu z Berlina, kieruje się do Wolnego Miasta Gdańska, bo tu jest szansa na zapewnienie swojej rodzinie bytu. Bytu godnego normalnego człowieka, który nie głoduje i nie zastanawia się nad niepewnym jutrem. Z dzieci żyje tylko Marta, która urodziła w Berlinie, czterech synów zmarło. Kossów nic nie trzyma w Niemczech, a strach? Lepiej próbować szukać czegoś lepszego i stąd decyzja o wyjeździe. Rodzina osiada w Polsce, Xavier kupuje ziemię i zapuszczają korzenie. A Marta? Marta poznaje Maxa Stroma, w którym się zakochuje z wzajemnością. Lecz Max jest Żydem, a Marta chrześcijanką, dlatego ojciec nie akceptuje tego związku. I mogłoby się wydawać, że w tym miejscu fabuła powieści przeistoczy się w romans wojenny o ckliwej treści. Nic bardziej mylnego. Rdzeniem staje się II wojna światowa i pięć lat ukrywania Maxa przez Martę, jej ogromne poświęcenie, ryzyko i kobieca odwaga. Marta zrobi wszystko, by Max przeżył, a że odbywa się to kosztem jej życia i zdrowia? Miłość przecież nie zna ograniczeń.
"Zakazana miłość" Franciszka Szczęsnego to rzetelnie i skrupulatnie napisana powieść w oparciu o prawdziwą historię oraz zgromadzone fakty. Postać Marty jednak czasem mnie irytowała. Nie umiała w pełni wyrażać się o swoich uczuciach, więcej marzyła o nich, niż okazywała. Była jakby suchą, surową dziewczyną. jednak, z drugiej strony, kto miał ją tego nauczyć? A może to celowy zabieg pisarza? Niemniej jednak jej osobowość trochę mnie raziła. Fakt, była uparta, co stanowiło jej plus w tamtym okresie. Kobieta nie mogła być wrażliwą, delikatną duszą, jednak winna okazywać, zwłaszcza bliskim, serdeczność i miłość. A Marta była nieco oziębła.
Sporą część książki zabierają zmagania i walki Marty i Maxa o ślub kościelny. Nie chce dać ślubu ani ksiądz katolicki zasłaniając się niejasnymi przepisami, ani też rabin wysuwając mnóstwo teorii i robiąc trudności. Obydwaj ujmują mieszane małżeństwo w kategoriach grzechu i świętokradztwa. Wykaz argumentów przeciw takiej relacji kobiety i mężczyzny jest długi. Podobnie rzecz się ma z postronnymi ludźmi, znajomymi czy sąsiadami, którzy także mają mnóstwo uprzedzeń i raczej są niechętni takiemu związkowi. Nikt nie chce zalegalizować małżeństwa dwójki kochających się ludzi. I pojawia się we mnie pytanie - czy tylko oni jedni chcą legalizacji przed Bogiem (jakimkolwiek) swojej miłości? Czy nie lepiej byłoby odciąć się od wszystkiego i wszystkich i mimo przeciwności żyć razem?
Uczucie, jak rodzi się między dwojgiem bohaterów stanowi jednak kanwę tego, co nazywam snuciem powieści z historią w tle. Wiele tu rozważań historycznych, wiele pojawia się nazwisk oraz miejscowości, czy dzielnic, które wtedy całkiem inaczej się nazywały. Czytając czułam czasem przesyt tych informacji, które nijak nie chciały we mnie na dłużej osiąść. Można poszerzyć swój horyzont wiedzy o historię Kaszub z czasów II wojny światowej, działania i zachowania między innymi sołtysów, księży, właścicieli sklepów, czy "szarych" mieszkańców wiosek i miast, jednak jest tego... zbyt dużo. Na każdej niemalże stronie "Zakazanej miłości" znajdujemy nawiązanie do faktów z historii, do starych nazw miejsc, czy nazwisk z nimi związanych. Czasem jest to aż męczące. Jednak - mimo mojego zdania, subiektywnego - szczerze jestem urzeczona ogromem wiedzy pisarza, stylem pisania i ujęciem tak dokładnej historii w powieści obyczajowej. Osoby, które pasjonują się genealogią i które śledzą losy własnej rodziny będą tą książka oszołomione. Historycy amatorzy - i nie tylko - znajdą tu inspirację, uzupełnienie wiedzy oraz możliwość skonfrontowania posiadanych informacji z tymi, które odsłania przed nimi pan Franciszek.
Ta książka została przeze mnie nazwana "konglomeratem" powieści opartej na faktach, reportażu i powieści obyczajowej. To miks, który z pewnością znajdzie sobie sympatyka w niejednym czytelniku. A ja przy okazji z chęcią poznam opinie innych.
dziękuję nakanapie.pl
Gdy za oknem zimowy czas, długie wieczory, a w głowie pojawia się notoryczna myśl o zakopaniu się pod kocem, sięgam po specyficzne tematycznie książki. Dlatego temat wojny i lat po niej, które ujęte w powieściach odkładam w ciepłe i słoneczne dni, teraz są przeze mnie nader pożądane. Stąd i "Zakazana miłość" w moich rękach.
I oto okazało się, że szybko znalazłam się w...
2021-12-06
Klasykę albo się uwielbia, albo się jej po prostu nie czyta. Albo staje się kanonem, listą tytułów i autorów wyrytych niemalże na pamięć przez czczących ją, albo staje się listą cenzurowanych pozycji, po które się absolutnie nie sięga. Pomiędzy nie ma nikogo. Lecz - co mnie wprost boli – klasyków, których się nie zna skreśla się od razu, a okładki ich książek wielu mierżą. Zapytacie kogo? Mierżą tych, których wcisnęłabym w jeden pokój uznając ich za miłośników byle jakich „czytadełek”. Ja, po raz kolejny, dostąpiłam zaszczytu ucztowania ze światowej sławy klasykiem, wielkim mistrzem pióra, Fiodorem Dostojewskim. Siedzimy razem przy niewielkim, acz suto zastawionym stole, na moich kolanach leży „Zbrodnia i kara”, a policzki malują czerwone rumieńce. Oto bowiem toczymy rozmowę w cztery oczy. To moja rozmowa z autorem, nie inaczej. Zaczynam więc bezpośrednio.
Czy można zabić i być wolnym od konsekwencji? Czy można dalej normalnie żyć, myśleć, nie wracać do przeszłości i czynów własnej ręki?
Mistrz na razie milczy. W książce bowiem jest odpowiedź. Nie, nie można. Rodion Raskolnikow, bo o nim tu mowa, zabił odważnie lecz potem stał się chory, na granicy obłędu, mani strachu i sprzecznych emocji. I tak, jak początkowo przekonany był o słuszności swego czynu, tak po nim już raczej nie. Dla pieniędzy zamordował bogatą lichwiarkę i jej siostrę. Według swoich mniemań, wyeliminował „podludzi”. Nie wiem dlaczego, lecz przywodzi mi to myśl o „Folwarku zwierzęcym” Orwella, gdzie obrosłych „w piórka” knurów tak spodobała się władza i pomiatanie innymi zwierzętami, że „weszły” niemalże w buty byłego gospodarza. Czyniły wszystko by pozbyć się słabych osobników, dosłownie czyściły otoczenie. Jak Naziści.
Dostojewski przypomina o segregacji ludzi, wzajemnej nienawiści i braku zaufania. Nawiązuje do rojeń i ślepego dążenia do dobrobytu, pozycji i mądrości, które majaczą na horyzoncie, acz nigdy się nie przybliżają.
„Zbrodnia i kara” zrodziła się w głowie Fiodora podczas pobytu na katordze. Zmuszony do utrzymywania poprawnych stosunków z politycznymi przestępcami, mordercami i złodziejami, stał się jednocześnie ich obserwatorem. Wiele doświadczeń z tego okresu zawarł w tekście tej właśnie powieści. Głównym tematem jest tu ucisk, wyzysk i bieda większości społeczeństwa. Te czynniki wpływają na wewnętrzny bunt, złość oraz niekontrolowane reakcje. Ta beznadzieja staje się czynnikiem sprawczym – haniebnego czynu powieściowego Raskolnikowa. Lecz, jak wcześniej czuł rozpierającą pierś dumę i siłę, tak potem przeistoczyły się one w jego potworną słabość. Stał się „drżącym stworzeniem”, z którego ulatywał sens życia. Strach, mętlik myśli, autodestrukcja. Aż pojawia się Biblia u boku, a w niej słowa „Bóg jest miłością”, czystą, nieskalaną miłością. Bóg nie ocenia, nie karze, a człowiek wybiera karę dla siebie. Sam się osądza.
Według mnie „Zbrodnia i kara” stanowi hybrydę powieści obyczajowej, psychologicznej i religijnej. To humanistyczny majstersztyk, Mistrzu – mówię zwracając się do Dostojewskiego, który ciągle milczy. Słucha. Wypił kieliszek zimnej wódki, zagryzł go chlebem i siedzi, podczas gdy ja mówię. Wprawnym piórem nakreślił to, co wyrazić mógłby największy filozof czy myśliciel. To, co dręczyło jego umysł i o czym myślał stało się kanwą książkowej historii. Niby nic światłego, a jednak wybitnego, Mistrzu. Ten sam temat pojawia się w „Braciach Karamazow”. Izolacja, ucieczka przed komunikacją międzyludzką. Karamazow popełnił morderstwo i milczał o nim wiele lat. Ujawnił swój sekret przed śmiercią, Raskolnikow zaś targany wyrzutami sumienia, ujawnia fakt mordu Sonii. A ona? Ona nie ocenia, na wzór Boga. Nie karze, podobnie jak Bóg. Milczy, jak Dostojewski. Jej skromność stała się jednak krytyką dla wielu recenzentów. Pobożna kobieta osiąga w powieści status niemalże świętej. Nie uznaje prawa do krytyki kogoś, tym bardziej Raskolnikowa , który w końcu robił to sam.
Bo, panie Fiodorze, czy można mówić, że owa zbrodnia uratowała wielu innych? Ona, żyjąca z rzeczy innych, ona – skazująca ludzi na ubóstwo, podczas gdy sama obrasta w dobrobyt. Czy jej śmierć wobec tego była dobra? Czy była właściwa?.
Cisza. Dostojewski uśmiecha się i wznosi toast kieliszkiem wódki. Do toastu dołączam się i ja. Pijemy za „Zbrodnię i karę”, za ten filozoficzny eksperyment o potężnej mocy tekstowej. Analiza nadczłowieka oraz zwykłej, ludzkiej miłości do bliźniego i ofiary równocześnie. To też po części moralitet chrześcijański o tym, że bezinteresowna dobroć i współczucie istnieją nawet w najniższych warstwach społeczeństwa.
„Ale tu już się rozpoczyna nowa historia, historia stopniowej odnowy człowieka, historia stopniowego jego odradzania się, stopniowego przechodzenia z jednego świata w drugi, zaznajomienia się z nową, dotychczas zupełnie nieznaną rzeczywistością”.
Chylę głowę, Mistrzu.
dziękuję sztukater
Klasykę albo się uwielbia, albo się jej po prostu nie czyta. Albo staje się kanonem, listą tytułów i autorów wyrytych niemalże na pamięć przez czczących ją, albo staje się listą cenzurowanych pozycji, po które się absolutnie nie sięga. Pomiędzy nie ma nikogo. Lecz - co mnie wprost boli – klasyków, których się nie zna skreśla się od razu, a okładki ich książek wielu mierżą....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2021-11-10
Nie od dziś wiemy, że historia często potrafi nas zaskoczyć. I nie jest to pusty slogan powtarzany bezmyślnie z ust do ust, a fakt, o którym życie co jakiś czas przypomina. Wszystko jest z góry przewidziane i zapisane, a my jedynie kroczymy wytyczonymi ścieżkami, choć wydaje nam się, że to nasz wybór, czy decyzja. Nie inaczej jest z historiami ludzi, które przecież kiedyś się już wydarzyły, a teraz powtarzają się, bo wszystko już było i minęło lecz po latach powraca... Podobnie dzieje się w „Tańczącej ze snami” autorstwa Wandy Nawrockiej. Oto nagle odnajdujemy się pośród mieszkańców niewielkiej wsi oraz szeroko rozciągniętej sielskości, wręcz zaściankowości. Przyciągamy uwagę wszystkich ciekawskich i plotkarzy, każdy nasz krok jest rejestrowany przez innych. Klimat wsi. Dlatego nie ma się co dziwić, że młoda dziewczyna przez cały tydzień dusi się w tym kotle ludzi, a jej jedynym marzeniem jest potańcówka w sobotni wieczór. Nikt jej tego nie zabroni. Nie jeden raz okazuje się, że podobnie zachowywała się i babka i matka, a teraz ona, lecz nikt jej o tym nie powie, bo nawet ojciec jej się wyrzeka.
A dziewczyna? Urodą przyciąga spojrzenia, a do tego okazuje się być wspaniałą tancerką zwiewną niczym elf. Dzięki tańcu odnajduje swój mikro świat, do którego ucieka, i w którym żyje naprawdę. Tańczy między dobrem, a złem, nadzieją i łzami, miłością i odrzuceniem. Jednak życie nie ma nic z bajki, przynajmniej nie na dłuższą metę. Są sny. Proroctwa widziane nocą. Wizje, które mają czy nie mają mocy? Coś znaczą?
Pojawiają się wątki fantastyczne na pograniczu realizmu magicznego, które sprawiają, że trudno oderwać się od czytania. Pochłania cię treść, losy, psychika ludzka i magia. A to wszystko Nawrocka skrzętnie wyważyła i skroiła. Ciekawość niemalże zżera mnie podczas czytania. Zastanawiam się co będzie dalej, dokąd to wszystko zmierza? Czy koniec wyznaczy śmierć?
Wanda Nawrocka zaskoczyła mnie debiutem. Coś niesamowitego. Pierwsza powieść, tomiszcze wręcz, encyklopedia, praca wymagająca czasu, dokładności i skrupulatności. Tu jest wszystko perfekcyjnie dopracowane. Niesamowita lekkość pisania porywa. Wnikasz w fabułę, w duszę ludzi ukazanych w powieści, zamieszkujesz pomiędzy nimi i jest ci po prostu dobrze. Ja się rozsiadałam z wypiekami na twarzy.
Wanda Nawrocka dokładnie przemyślała poszczególne wątki, postaci i ich losy. Dokonała niesamowitego rozrysowania, coś na miarę architekta literatury. Sama jestem zaskoczona polską pisarką, która przy debiucie prezentuje tak dobry i wysoki poziom. Podczas niektórych momentów płaczesz do wnętrza. Nie umiesz poradzić sobie z gniewem, jaki się w tobie rodzi. Złapałam się na tym, że bierność podczas czytania mi kompletnie nie wychodzi, że angażuję się w treść. Przeżywam wszystko.
„Tańcząca ze snami. Ludmiła” spowija cię niewytłumaczalną magią, a sielski, plastyczny opis sprawia, że od początku czujesz się w owej książkowej scenerii bardzo dobrze, wygodnie wręcz. Jesteś zauroczony wyobraźnią autorki. Ale... Na nieboskłonie pojawiają się czarne chmury, bieda puka do okien, głód chłodzi kości. Czyżby wojna się zbliżała?
Jest coś w stylu pisania Nawrockiej, co sprawia, że czuję jej wieczny niedosyt. Zabiera mnie w miejsca, które spowija tajemnica, senny mrok i wszędobylskie chciwe oczy innych. Dlatego czekam na kolejną powieść, której – przyznam szczerze – stawiam wysoko poprzeczkę.
dziękuję sztukater
i
Nie od dziś wiemy, że historia często potrafi nas zaskoczyć. I nie jest to pusty slogan powtarzany bezmyślnie z ust do ust, a fakt, o którym życie co jakiś czas przypomina. Wszystko jest z góry przewidziane i zapisane, a my jedynie kroczymy wytyczonymi ścieżkami, choć wydaje nam się, że to nasz wybór, czy decyzja. Nie inaczej jest z historiami ludzi, które przecież kiedyś...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2021-10-19
Czy lektura „Króla” wnosi coś w życie czytelnika? Ba, czy wnosi cokolwiek w moje życie? Odpowiedź na drugie pytanie znam, stąd i moje mniemanie, że tym sposobem odpowiem i na pierwsze. Nic. Czas. Jaki poświęciłam książce Szczepana Twardocha był czasem straconym, wręcz bezpowrotnie zmarnowanym. Czasem, którym mogłam poświęcić na inną lekturę, dodam akcentując – inną lepszą od tej. Autor zbudował klimat powojennej Warszawy, co stanowi wielki plus tej powieści, klimat niemal plastyczny, lecz na tym owe plusy się kończą. Dominują minusy, mój niesmak i moje wielkie rozczarowanie.
Szczepan Twardoch, autor, stał się sławny kilka lat temu. Pokazywał się wszędzie, udzielał wywiadów, reklamował książki własnego pióra oraz manifestował swoim wizerunkiem – intelektualnego przystojniaka dbającego o każdy detal zarówno w pisanych powieściach, jak i starannej prezencji samego siebie. Dobry gust to podstawa, brzmi za pewne jego motto. Dla mnie ktoś taki pazurami walczy o byt i sławę, bo powieści jego pióra same się nie wybijają. Nie mają szans. Jemu się co prawda udało, o czym świadczy zdobyty status jednego z najlepszych pisarzy naszego polskiego poletka literackiego oraz zdobyte nagrody czytelnicze, ale i tym też można wiele zarzucić.
„Król” jest osadzony w tematyce żydowskiego półświatka, gangsterskiego podziemia (choć czasem ów żydowski klimat przeplata się z chrześcijaństwem, z jidysz, antysemityzmem, czy syjonizmem) i amatorowi trudno połapać się w tych mieszankach powieści. W tym całym miszmaszu, gdzie rządzą narkotyki, leje się wódka, prostytutki ulegają, a twoje miejsce w knajpie jest święte i nienaruszalne przez innego klienta. Kobiety są głupie, bite przez mężów w czterech ścianach własnych mieszkań, poniżane. Warszawa u Twardocha jest – bez owijania w ładne słowa – śmierdzącym silosem, kompostem społeczników. Nasza stolica spowita jest dusznym dymem tytoniowym, a korytami rzek płynie majona wódka. Brak poczucia własnej wartości, brak szacunku względem siebie, nie wspominając już o szacunku wobec innych. Tu wartość ma jedynie chwila obecna i zysk, najlepiej wymierny. Nic więcej. Byleby być na wierzchu. A że poleje się krew? Że będą ofiary? A czy to pierwszy raz? Wszystko kosztuje i wedle biblijnego przesłania, „coś za coś”.
Ta książka jest obleśna.
Sięgnęłam po nią tylko i wyłącznie z konieczności. Nie ukrywam – czekałam na petardę wyjątkowości. Wiele recenzji rozpływa się w anielskich zachwytach, a Twardoch jawi się w nich jako niebanalny pisarz, wyjątkowy wręcz, pisarz z wysokiej półki. Tak podeszłam do „Króla” i tak założyłam, że to będzie wyśmienita lektura. I co? Z mozołem dobiłam do sto pięćdziesiątej strony i poddałam się. Padłam na ring bokserski otumaniona szybkimi prawymi sierpowymi. I choć początek „Króla” mnie wkręcił, ba, wręcz bardzo zainteresował i udzielała mi się atmosfera sportowej ekscytacji walką na ringu. I choć poczułam się jak kibic siedzący obok Mosze Bernsztajna, późniejszego Mojżesza Inbara, patrzyłam na walczącego Jakuba Szapiro, mordercę na zlecenie, a kątem oka zerkałam na Kumę Kapicę, tak po setnej stronie straciłam cały entuzjazm. Gubiłam wątki, myliłam nowe postacie, stare zresztą też, bo pojawiają się inne ich imiona, nazwiska, czy pseudonimy. Nie łapiesz już ich przeszłości i wzajemnych korelacji. Żonglerka autora nijak ma się dla czytelnika, który nie zna żydowskiego półświatka powojennej Warszawy. Do tego wiecznie bicie, alkohol, poniżanie i mamona. I walka o władzę, o bycie Królem nawet we własnym domu.
Czy lektura „Króla” wnosi coś w życie czytelnika? Ba, czy wnosi cokolwiek w moje życie? Odpowiedź na drugie pytanie znam, stąd i moje mniemanie, że tym sposobem odpowiem i na pierwsze. Nic. Czas. Jaki poświęciłam książce Szczepana Twardocha był czasem straconym, wręcz bezpowrotnie zmarnowanym. Czasem, którym mogłam poświęcić na inną lekturę, dodam akcentując – inną lepszą...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2021-08-13
Życie w ruchu, życie ciągle zmieniające miejsce i czas. Życie, które nie patrzy na zegar, bo to czas ma się z nim liczyć. Postój, zatrzymanie to synonimy śmierci. Człowiek musi iść. Zmieniać przestrzenie i otoczenie, być pielgrzymem samym w sobie. Pielgrzymem życia.
Takie myśli nasuwają mi się podczas czytania "Biegunów". Że nie tyle człowiek jest zmuszony do tego przemieszczania, ile to w końcu samoistne. Człowiek ciągle chodzi - i, jak to ujęła w jednym z rozdziałów - człowiek każdego dnia wyrusza na biegun. Samo wyjście z domu do pobliskiego sklepu może nim być. Droga.
Olga Tokarczuk w "Biegunach" podróżuje. Do innych miejsc, do wnętrza siebie, do innych lat i tradycji. Bawi się czasem, kpi z zegara. Ten ma prawo głosu na lotniskach, na dworcach kolejowych, czy autobusowych. Tylko tam staje się ważny dla każdego. Ludzie pędzą do pociągów, łapią swoje wagony, szukają wolnych miejsc w zatłoczonych często barach, czy kawiarniach. Liczy się czas i prędkość. Przesiadki w podróży? Tak, z busolą na ręku, z czasem wybijanym przez zegar umieszczony na frontowej ścianie budynku. Plan, ludzie, tłok i ludzie. każdy ze swoją historią, celem, biletem w ręku, panem na trasę.
Człowiek często podróżuje w głąb siebie. Poszukuje znaczeń słów, anihiluje przeszłość, wypuszcza też własną wyobraźnię w nieznane dotąd rejony, które eksploruje. Człowiek staje się myślicielem w drodze.
Olga Tokarczuk napisała mapę, właśnie mapę ludzi. Stworzyła kartograficzną powieść o nas. Rozmawia z każdym napotkanym człowiekiem, a jeśli milczy, to nie dlatego, że nie ma co powiedzieć. Czasem milczy, bo obserwuje ten ruch, jaki się toczy. Przygląda się ludziom i twarzom, ich dłoniom, stopom. Dopisuje im historie, o których on oni nie mają pojęcia. Oni je dopiero poznają. Te historie zostaną potem zapisane i będą trwać dalej, podczas gdy ich już nie będzie. Bo będzie duch. A duch i dusza też wędrują.
Ta powieść to Globus, obraz ziemi.
"Bieguni" to nie łatwa powieść. Nie dla każdego. Nie dla raptusów. Czytasz i stajesz się kontemplującym podróżnikiem, stajesz się czytelnikiem-pielgrzymem, który żyje na bakier z czasem. Ta powieść zatrzymuje wskazówki i bawi się nimi. "Bieguni" bowiem zmuszają, wbrew treści, do postoju, do rozleniwienia i smakowania słów, historii i treści.
Życie w ruchu, życie ciągle zmieniające miejsce i czas. Życie, które nie patrzy na zegar, bo to czas ma się z nim liczyć. Postój, zatrzymanie to synonimy śmierci. Człowiek musi iść. Zmieniać przestrzenie i otoczenie, być pielgrzymem samym w sobie. Pielgrzymem życia.
Takie myśli nasuwają mi się podczas czytania "Biegunów". Że nie tyle człowiek jest zmuszony do tego...
2021-08-10
Mam słabość do grubych książek, zwłaszcza do powieści w sztywnych okładkach, w których strony pachną świeżym drukiem i tajemniczością. Zawsze, gdy w moje ręce trafia takie wydanie mam wobec niego ogromne nadzieje. Jednocześnie kibicuję autorowi, by podołał książkowej fabule, jaką stworzył w owym tomiszczu. Kibicuję mu, by udźwignął ów ciężar i przez całą snutą historię utrzymał wysoki poziom. Mam nadzieję, że będzie niemożliwa do odłożenia, że będzie się o siebie upominać, wołać do mnie ilekroć będę musiała przerwać czytanie. Że będzie wracać do mnie w myślach w ciągu dnia i mamić mnie swym literackim pięknem. Dlatego, gdy trafiła w moje ręce „Nasza część nocy” Mariany Enriquez miałam w sobie taką właśnie kumulację cichych nadziei.
"Nasza część nocy" to według mnie powieść w głównej mierze skupiona wokół ojca i jego sześcioletniego syna, to powieść oscylująca wokół ich wzajemnej relacji, która niejednokrotnie okazuje się być zaskakująca, nieoczywista i zagadkowa jednocześnie. Akcja powieści obejmuje lata junty wojskowej w Argentynie. Wszędzie wokół spotykamy uzbrojonych żołnierzy, stajemy się świadkami kontroli, a wszędobylska atmosfera tworzy między ludźmi napięcie i niewiarę w siebie nawzajem. W takim to czasie, w tajemniczych okolicznościach ginie Rosario, żona Juana, która zostawia go z małym dzieckiem. Ten postanawia zabrać Gaspara i przedostać się z Buenos Aires do północnej granicy kraju z Brazylią. I nie byłoby to nic skomplikowanego, ot wyjazd we dwoje, ale. Zawsze jest jakieś ale. Ale Juan to naznaczony, wybrany przez Ciemność medium Zakonu, tajnego Bractwa tych specjalnych osób. Medium widzących tych, którzy nie żyją. Juan to jeden z Wielkich, to chory na serce, samotny ojciec, który z każdym rytuałem traci zdrowie. Co gorsza, przypadkiem wychodzi na jaw, że jego syn, Gaspar widzi coś, co widzieć nie powinien. Widzi demony i zjawy. Jest naznaczony. Od tego momentu zaczyna się szalona walka z czasem. Szkolony chłopiec zastąpi ojca, tego chce Zakon, lecz nie tego chce Juan. Nie tego, przez co sam przechodził i doświadczał. Chce by syn dostał ochronę, a jego zdolności zostały utajnione przed Zakonem. Sam zaś, kosztem własnego życia nie chce opuszczać Bractwa, by stać się tarczą, blokadą. I choć moc niknie, każdy trans coraz bardziej go niszczy, to dla dziecka podejmuje walkę.
Ciemność, tajemniczy Zakon i ludzie w nim skupieni – to wszystko jednak to jakby wątki poboczne, to tło dla ukazania relacji ojcowskich. To obraz małego dziecka i dorosłego ojca, którzy muszą przeżyć razem, muszą chronić się za wszelką cenę, walczyć o siebie. Dziecko nie bardzo pojmuje, buntuje się, dziwi reakcji taty. Ich miłość momentami przeradza się wręcz w przemoc, Gaspar jednocześnie kocha i nienawidzi ojca, czasem nie rozumiejąc jego zachowań odczuwa wręcz strach.
Ta powieść ma w sobie magiczną moc, lecz nie tą płynącą ze Zła Ciemności, lecz z jasności literatury. „Nasza część nocy” to monumentalna perła wydawnicza. Każdy aspekt jest w niej wyważony, smakowity na swój sposób i potrzebny. Tu nie ma zbędnych wątków, czy bohaterów, nie ma zapychania stron niepotrzebnymi banałami. Każdy wątek splata się ze sobą na kształt warkocza. Przenika się. Autorka zręcznie posługuje się piórem i własną wyobraźnią. Staje się kreatorem rzeczywistości, do której otwiera nam drzwi. Otwiera i zaprasza. Gości nas, a my rozsiadamy się wygodnie i zanurzamy w tym nowo poznanym świecie. Tu mistyka przenika emocje, zło chce zwalczyć dobro, a świat pasjonuje i odstręcza jednocześnie. Mariana Enriquez wodzi nas, zwodzi i robi to tak perfekcyjnie, że idziemy z nią. Podążamy krok za krokiem i choć boimy się, to ciekawość zwycięża. Co będzie za rogiem, co się stanie na następnej stronie, dokąd to zmierza i gdzie jest Gaspar?
Nie uchronisz się przed mistycyzmem. Zostaniesz nim delikatnie omotany, a czy przeżyjesz?
Ta powieść to perła literacka ostatnich dni. Dla koneserów szukających wybitnej literatury.
dziękuję sztukater
Mam słabość do grubych książek, zwłaszcza do powieści w sztywnych okładkach, w których strony pachną świeżym drukiem i tajemniczością. Zawsze, gdy w moje ręce trafia takie wydanie mam wobec niego ogromne nadzieje. Jednocześnie kibicuję autorowi, by podołał książkowej fabule, jaką stworzył w owym tomiszczu. Kibicuję mu, by udźwignął ów ciężar i przez całą snutą historię...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Zdesakramenatizowaliśmy już prawie wszystko – naturę, wartość życia ludzkiego, samo choćby istnienie człowieka, płeć, ludzką 'normalną” miłość, przyjaźń, kulturę, czy choćby samego Boga. Wszystko prawie uległo deformacji. Wszystkie płaszczyzny, jakie dotychczas człowiek dzielił, i do których wpuszczał Najwyższego, teraz są odrębnymi przestrzeniami. Odizolowanym – dosłownie i w przenośni. Wszystko postrzega się, mówiąc językiem ludzkim – bardziej życiowo, jeśli nie kalkulacyjnie. Tu od razu przypomniał mi się cytat z „Piekarni czarodzieja” Gu Byeong-Mo „Biorąc pod uwagę, że żyjemy w społeczeństwie, w którym wartość rynkowa jest wszystkim, nieważne, czy sprzedaje się przedmioty czy duszę, nie ma się co dziwić że ktoś kupuje, a ktoś inny sprzedaje coś takiego.”
Dlatego chyba, albo właśnie dlatego była nam potrzebna pandemia. Byliśmy lub w większości jesteśmy nadal na prostej drodze do samounicestwienia. Covid-19 wydobył tylko wszystko na wierzch, stając się tymczasem lustrem odbijającym nas – ludzi.
Czy to czas apokalipsy? - pyta ks. Jarosław Piłat w „Życiu w cieniu pandemii. Tajemnica przemijania”. Autor pyta sam siebie, Boga, ale i nas. Nadal, mimo tego, co ukazała pandemia, wierzy w ocalenie ludzkich relacji, zwłaszcza tych przyjaznych Bogu, tych właściwych z religią i tych dobrych dla duszy. Wierzy w nawrócenie, w spotkanie z Najwyższym i w indywidualne odrodzenie się nas, każdego z osobna. Górnolotne? Nie. Prostota życia, jaką wszyscy doświadczyliśmy, ciągnąc tok rozumowania autora, na całym świecie, uzmysłowiła nam skąd jesteśmy i do Kogo zmierzamy. Do Kogo się kierujemy, do Kogo zmierzamy.
Ludzie odizolowani od bodźców zewnętrznych, zamknięci w czterech ścianach domów „uczyli się siebie od nowa”. Poznawali samych siebie, a co dziwne – okazało się, że wielu było zaskoczonych sobą. Czy byliśmy ślepcami, który szli przed siebie, aż znaleźliśmy się nad przepaścią? Nawet w siebie wątpi ks. Jarosław. Bo przecież niepewność, strach, obawa – to wszystko nam zaczęło towarzyszyć bez względu na to, czy tego chcieliśmy. Także dusza księdza odczuła coś nieznanego, coś nowego. Schowały się duma, krewkość, egoizm. Dlatego, co bardzo słuszne, ks. Jarosław namawia nas do czegoś na kształt własnego rachunku sumienia. Podpowiada nam kierunek myśli nie zmuszając do niczego. Przecież to My jesteśmy ważni, my w oczach Boga.
Jak wynika z teksów autora, nie należy bać się powtarzalności. Ona daje bezpieczeństwo i poczucie troski. Skłania nas do podejmowania zwyczajnych i oczywistych czynności. Nakazuje mozolić się z tymi trudniejszymi zadaniami, robić małe postępy, być cierpliwym i wewnętrznie pogodzonym zarówno ze sobą, jak i z otoczeniem. Być potrzebnym nawet w uprzykrzonych czynnościach, ale – co podkreśla – pamiętać o daniu sobie czasu na odpoczynek. Jednocześnie powinniśmy akceptować sytuację, nie bombardować się impulsami, które źle wpłyną na psychikę, czy myślenie – które budzą strach. To moment kształtowania charakteru, który winniśmy wykorzystać, kształtowania cnót i siebie całego. MASZ CZAS, szepcze ks. Piłat.
Z tekstów, które, jak sam autor zaznaczył we wstępie, powstały podczas urlopowych wyjazdów, przebija inny wymiar ludzkości. Tu do głosu dochodzą luźne przemyślenia, dysputy, czy też myśli, które wywołane daną chwilą przejęły władzę nad snutymi wątkami. Jest mgła, poranny smutek, szary śnieg za oknem. Te pojedyncze chwile przypominają mi karteczki przyczepione szpilkami do korkowej tablicy. I gdy staniemy wraz z księdzem Jarosławem u boku, gdy popatrzymy na nie z perspektywy pewnego oddalenia, zauważymy pewną prawidłowość. Ja widzę różaniec. Każda szpilka to jeden koralik, emocja, namiętność. Co widzi ksiądz? Co widzisz ty? Słowa, jakie wymykają się z książki „Życie w cieniu pandemii” to takie koraliki, które nawlekam na tasiemkę i tworzę z nim autorski, bo tylko mój, osobisty różaniec, różaniec o tysiącach barw. Koralik czerwony symbolizuje miłość (nadal w nią wierzę), potem granat (to łzy), perłowy (samotność), żółty (nadzieja, która jest nadal żywa)... tysiąc kolorów. Razem tworzą moją nową drogę życia, kolorową ścieżkę ku zbawieniu. Czasem nieudolnym, ale przecież sztuka polega na tym, by stać z kolan, otrzepać kurz i starać się dalej.
Ksiądz Jarosław nie kłamie. Człowiek nie jest doskonały. Jest zły, kuszony przez zbytki, jest słaby i nie zawsze żyje w czystości – ale zawsze jest obrót. W końcu „Nawet ludzie dobrzy, nawet Święci, to najczęściej święci pokutnicy, którzy najpierw zachłannie szukali siebie”.
dziękuję sztukater
Zdesakramenatizowaliśmy już prawie wszystko – naturę, wartość życia ludzkiego, samo choćby istnienie człowieka, płeć, ludzką 'normalną” miłość, przyjaźń, kulturę, czy choćby samego Boga. Wszystko prawie uległo deformacji. Wszystkie płaszczyzny, jakie dotychczas człowiek dzielił, i do których wpuszczał Najwyższego, teraz są odrębnymi przestrzeniami. Odizolowanym – dosłownie...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Czy rzeczywiście potrzebujemy cierpienia, by poznać prawdziwy smak życia? - pytam ja, pytają i inni, pyta też siostra Anna Czajkowska w książce „GDY ŁZY STAJĄ SIĘ CHLEBEM. ŚMIERĆ. POGRZEB. ŻAŁOBA”. Pyta często nas i odpowiada jednocześnie lub stara się formułować odpowiedzi, które będą przez nas akceptowalne. Słowami próbuje nam przybliżyć tajemnicę śmierci i ludzkiego odchodzenia. Każdy przecież doświadczył lub doświadczy pożegnania i związanego z nim cierpienia, którego nie jesteśmy w stanie uniknąć. Często zaprzeczamy faktom, nie przyjmujemy do wiadomości czyjegoś zgonu, odejścia. Nie przyzwalamy sobie na łzy czy wewnętrzne odczucie żałoby. Ludzki organizm częstokroć próbuje się bronić, co nie zmienia faktu, że prędzej, czy później rzeczywistość znajdzie do nas drogę dotarcia. Człowiek bowiem musi mieć swój czas na pożegnanie bliskiej osoby. Zwłaszcza, gdy był to ktoś kochany, ktoś bardzo bliski.
Jednak ból, o czym pisze autorka, siostra Anna, ma nas wzmocnić duchowo i religijnie. Ma nas utwierdzić w wierze do Boga i nadać sens istnienia wszystkiego. Czcze słowa? Niektórzy wykrzyczą, że tak, że jak śmierć ukochanej osoby ma wpłynąć na moją wiarę w sens życia, czy istnienia jako takiego? Co ma wiatrak wspólnego z mrówką? Siostra Anna jednak spokojnie odpiera zarzuty każdego ze sceptyków. Posługuje się autentycznymi świadectwami ludzi świeckich, jak i teologów, uczonych, czy kapłanów. Cytuje fragmenty Pisma Świętego, przytacza słowa świętych czy szuka w publikacjach katolickich.
„Zawierz” dochodzi do mnie spomiędzy przewracanych stron. „Zaufaj i nie bój się” słyszę. Bo cierpienie to podstawowe doświadczenie człowieka, wierny kompan każdej minuty życia czy tego chcemy, czy też nie. Dlatego najlepiej pogodzić się z nim, zaakceptować lub nawet podać mu rękę. Śmierć kogoś bliskiego wiąże się w pierwszej kolejności z obrzędem pochówku, potem głos zyskuje osobiste pożegnanie. Indywidualne. Trzeba rozstać się i przyjąć do siebie fakt śmierci.
Płacz, żałoba, smutek – dajmy sobie przyzwolenie na odczuwanie indywidualnych emocji lecz – co istotne, jak pisze s. Anna Czajkowska – zachowajmy umiar i zdrowy rozsądek. Nie popadajmy w skarbowości. Łzy tak, smutek też, ale nie ucieczka w depresję, chorobliwą izolację, czy samotność za życia. Grób i odwiedzanie cmentarza tak, lecz nie popadanie w codzienną powinność i obowiązkowość bycia przy grobie, długich modlitw, czy też coś kompletnie przeciwnego – zaprzeczanie temu, co się dokonało.
„Gdy łzy stają się chlebem” nazwałam poradnikiem, niezbędnym drogowskazem postępowania, ale i myślenia. To pewnego rodzaju ścieżka wyłożona ludzkimi emocjami, przeżyciami, czy namiętnościami. Siostra Czajkowska naszą dłoń zamyka w swoich, odwraca nas twarzą ku drodze i zabiera na spacer. Stawiasz stopy w różnych miejscach, nie zawsze miłych, odczuwać coś, z czym się wadzisz, ale rozumiesz. Wierzysz, bo ufasz – takie jest przesłanie autorki. I właśnie ten spacer u boku siostry Anny odbyłam ja podczas lektury. Bo przecież życie ma sens- zawsze. Ale żeby miało ów sens musi dokądś zmierzać- MIEĆ CEL. dlatego żyjmy nawet dla małych celów, dla znikomych osiągnięć. Małe kroki zbliżą na bowiem do Świętości, do Potęgi tego Świata.
dziękuję Sztukater
Czy rzeczywiście potrzebujemy cierpienia, by poznać prawdziwy smak życia? - pytam ja, pytają i inni, pyta też siostra Anna Czajkowska w książce „GDY ŁZY STAJĄ SIĘ CHLEBEM. ŚMIERĆ. POGRZEB. ŻAŁOBA”. Pyta często nas i odpowiada jednocześnie lub stara się formułować odpowiedzi, które będą przez nas akceptowalne. Słowami próbuje nam przybliżyć tajemnicę śmierci i ludzkiego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2021-05-06
Oto klasztor Tergar w Bodh Gai. W takim miejscu człowiek poznaje samego siebie, bo w końcu znalazł się w miejscu, gdzie odpoczywa. Błogi nastrój spływa na duszę i skórę, gdy przekraczasz jego progi, jednak okazuje się, że Mingyur Rinpoche, który tu uczył – zniknął. Że nie stawił się na poranną sesję, że nie zszedł na śniadanie, że nikt go nie widział od wczorajszego wieczora. Nawet jego wieloletni asystent, Lama Soto nie umie powiedzieć słowa. Buddysta bowiem w cichości duszy nieco wcześniej zaplanował wędrowne odosobnienie, czyli poznanie siebie, jak jeszcze nigdy nie było to dane... nikomu. Przebywanie w klasztorze, medytacje, cisza, skupienie na sobie i w sobie nie daje praktykującym swobody bycia anonimowym w świecie, zwłaszcza, gdy tak jak autor Rinpoche, jest się bardzo znanym mistrzem w Tybecie. I ta książka jest właśnie o tym, o nauce medytacji, o szukaniu sensu i o podejmowaniu racjonalnych decyzji nie podyktowanych mocą złości, gniewu, czy chęcią zysku.
A wszystko zaczęło się od pytania ojca - kim jesteś Mingyurze Rinpoche? Kim? I właśnie owo dociekanie siebie sprawiło, że Mingyur postanawia znaleźć odpowiedz nie tyle dla ojca, ile dla samego siebie. Udaje się w odosobnienie – by stać się nie wolnym „od życia”, ale wolnym „aby żyć”. Zejść z utartych i bezpiecznych ścieżek. To krok ku zburzeniu własnej rutyny, dotarcie do swojej wytrzymałości i dążenie dalej, naprzód. W sytuacji bycia anonimowym dla reszty, być może nawet sam Rinpoche nie będzie wiedział kim jest. I podczas owej wędrówki, poznając siebie mistrz uczy nas jednocześnie medytacji. Poznajemy „stabilną świadomość”. Spowalniamy umysł i koncentrujemy się na jednej tylko myśli, na jednym postrzeganiu otoczenia. Umysł kwestionuje i komentuje, ocenia każdy szczegół. A to błąd, ostrzega i siebie i nas autor „Zakochanego w świecie”. Uwagę należy skierować na umysł, który wydaje sądy. Nie myśleć, a czuć co jest teraz w naszym ciele. Twórzmy doznania, szepta nam do ucha. Poczujmy co jest przyjemne w danym momencie, tu i teraz. A potem pyta – co czujemy? Wdech, wydech, otwierasz oczy i widzisz wszystko inaczej. Jest dobro i pokora, jest zgoda na świat.
Nauka Rinpoche staje się dla nas nauką życia, samych siebie i naszych wnętrz. Sam, podczas wędrówki był narażony na wiele trudów i nowych dla niego sytuacji, co w konsekwencji doprowadziło go do głodu oraz choroby, podczas której nieomal zmarł, lecz ciągle nie zaprzestał praktyk medytacji. To doświadczenie całkowicie zmieniło jego zrozumienie życia, świata, oświecenia i przebudzenia. Stąd i ta książka. Medytacja uczy wyciszenia, pisze Rinpoche. Uczy pokory i akceptacji na to, co tu i teraz. Przyszpila nasze goniące wszędzie myśli. Staje się lekiem na całe zło, na chorobę i na urazy. Medytacja – jedno słowo, a tyle korzyści. Może z człowieka promieniować na inne pola życia. I nie są to słowa adepta, tylko praktykującego MISTRZA. „Zakochany w świecie” to mądra książka, trudna i wymagająca, ale jest to publikacja, która dla wielu powinna stać się punktem wyjścia do zmian siebie w sobie.
dziękuję sztukater
Oto klasztor Tergar w Bodh Gai. W takim miejscu człowiek poznaje samego siebie, bo w końcu znalazł się w miejscu, gdzie odpoczywa. Błogi nastrój spływa na duszę i skórę, gdy przekraczasz jego progi, jednak okazuje się, że Mingyur Rinpoche, który tu uczył – zniknął. Że nie stawił się na poranną sesję, że nie zszedł na śniadanie, że nikt go nie widział od wczorajszego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Są książki, które od pierwszej strony skradają duszę i czas i nic poza czytaniem się nie liczy. Są książki słodsze niż miód. Są książki takie jak ta – Arto Paasilinny o „Nieludzkim lokaju wielebnego Huuskonena”, które zmieniają świat na leszy. Człowiek zaczyna wierzyć w szczery uśmiech, w dobre życie i w prostotę. Bo gdy ma się koło siebie niedźwiadka Diabełka, to nic już nie jest takie, jak wcześniej, bo wszystko staje na głowie – włącznie z tobą. I z wielebnym ma się rozumieć, bo ten przy miśku zyskuje drugą młodość i wigor. Szaleje na nartach, rzuca oszczepem z dna studni, a nawet śpi w gawrze z Diabełkiem u jednego boku i naukoznawczynią po drugiej stronie. Świat nabiera kolorów i wrze w nim, jak w ulu.
Ale po kolei...
Zaczęło się od usmażenia – dosłownie – kucharki i niedźwiedzicy na stupie wysokiego napięcia. Był człowiek, cap za drut i jest spalony stek oraz dymiąca jeszcze dziczyzna i dwójka dzieci, co to nagle mamę straciły. I oto dwójka osieroconych niedźwiadków, przypieczone mięso na słupie i swąd palonej sierści. I drapanie po głowie, a nawet dwóch, ale – jak to w życiu bywa – nic nie jest po nic i Bóg nad wszystkim czuwa – choć w Niego akurat zaczyna wątpić przewielebny, który młodego – jednego - niedźwiadka dostaje na urodziny. Mieszkańcy wioski postanowi z okazji 50-tych urodzin wikarego dać mu coś, co będzie tanie, a przy okazji rozwiąże problem. O i trafił się... zwierz na czterech łapach.
No i się zaczyna lunapark i codzienność w jednym. Misiu dorasta, dokazuje i je – coraz więcej. Bawi się z kim chce i czym chce, a miotłę proboszczowej ma tam, gdzie i samą proboszczową. Ale Huuskonena uwielbia swą zwierzęcą, przeogromną miłością – i z wzajemnością. Dodam i chwała Panu, ale tak, by wielebny nie słyszał.
„Czy miłość to stan umysłu, stan istnienia, fenomen, kaprys, odpływający jeszcze na naszych oczach w przeszłość, w zakamarki historii? (...)*”. Miłość to on i on – człowiek i zwierzak – czasem jeszcze jakaś młoda ona – kobieta, co to albo bada misia, albo kosmos. A obie z pewnością badają Huuskonena. Jest i wdowa i cuda wianki, najczęściej bez trzymanki. Bo Misiu zaczyna prasować, prać i sprzątać. Diabełek, to istny Szatan – ba, piekielnik w sierści niedźwiedziej, którego strach się bać, a nawet czasem głaskać. Zwłaszcza, gdy wstanie po śnie zimowym i nie wypuścił jeszcze korka. Ha, o korku to tylko nieliczni wiedzą – dowiesz się i ty...
To jest najlepsza, najbardziej Niedźwiadkowa książka, jaką w życiu czytałam.
Paasilinna czaruje w tak uroczy i zabawny sposób, że nie sposób oderwać się od czytania. Z nosem w powieści szukasz po szafkach w kuchni miodu i ciastek, a czasem coś mocniejszego, by wskoczyć na poziom intelektualny samego wielebnego, który to swoim gadaniem cały episkopat na kolana powalił. Fakt, że gdy zamilkł stało się co się stało, no... ale kto to mógł przewidzieć? Przecież Niedźwiadki Diabełki to istne Diabły, więc nie ma się co literacko dziwić, że piorun z nieba trzasnął siłą łapy złego zwierza.
Wspaniała powieść.
* „Cafe Groll” Jan Stifter wyd. Książkowe Klimaty
#agaKUSIczyta -
Są książki, które od pierwszej strony skradają duszę i czas i nic poza czytaniem się nie liczy. Są książki słodsze niż miód. Są książki takie jak ta – Arto Paasilinny o „Nieludzkim lokaju wielebnego Huuskonena”, które zmieniają świat na leszy. Człowiek zaczyna wierzyć w szczery uśmiech, w dobre życie i w prostotę. Bo gdy ma się koło siebie niedźwiadka Diabełka, to nic już...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to