-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać388 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać7 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać13 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać12
Biblioteczka
2025-11-17
Dziewięcioletnia Marta ma autyzm.
Ośmioletni Piotruś ma ADHD...
Karolina, to matka chorych chłopców, Kubusia i Mateusza...
Jak zacząć pisać o książce, która tak się zaczyna? Jak zachować postronność w temacie wnikającym do czytelniczych zmysłów i emocji? Jak zachować dystans? Jak stanąć z boku, gdy się nie da...?
Bo ta książka zmienia postrzeganie.
Ta książka drwi sobie z ludzkiej wrażliwości nienawykłej do mocnych bodźców.
Ta książka wywołuje łzy i ból, który budzi się gdzieś we wnętrzu człowieka i którego nie sposób ukoić. Ten ból rozlewa się po wszystkim, co jeszcze chwilę wcześniej było żywe i zdrowe. Ten ból jest jak gęste breja, która oblepia myśli i choć czytasz o czymś, co wiesz, że jest, to jednak nie godzisz się na to. Nie znajdujesz w sobie akceptacji na biurokrację pisanych słów i braku czynów. Ustawy nie mają przełożenia na rzeczywistość, która rodziców chorych dzieci codziennie policzkuje.
Dzieci nie do końca zdają sobie sprawę z własnej choroby, za to ich rodzice już tak. To oni mają i dzieci i ich choroby w pakiecie i najczęściej są z tym sami. W gorsze dni, gdy czują się upokorzeni, zmęczeni i sfrustrowani, zastanawiają się, dlaczego ich dzieci nie zachowują się jak inne dzieci? Dlaczego coś się w nich popsuło i dlaczego są takie, jakie są?
Matki chorych dzieci są wytykane palcami, obrzucane krytycznymi spojrzeniami i mieszane z pomyjami ludzkiej pogardy, która chyba najbardziej w nie godzi.
Jak reagować na słowa nauczyciela, który mówi, że „Rozumiem, że jest to zaburzenie, ale musi pani coś zrobić z synem, żeby się tak nie zachowywał”. Bo – mówiąc bez ogródek – nauczyciele boją się takich uczniów i nie chcą ich mieć u siebie w klasie, nie chcą u siebie pod opieką i często szukają sposobu na pozbycie się takiego dziecka. Kierują je na przykład na nauczanie indywidualne lub szukają kogoś, na kogo można będzie przerzucić odpowiedzialność. I choć system pomocowy koncentruje się na dziecku i pedagogach i choć należy się też pomoc rodzicom, to najczęściej nikt nic nie robi, by ta maszyna ruszyła. Rodzice wpadają w czarna dziurę, bo na jakie wsparcie mogą liczyć jeśli nie ma na nie pieniędzy? Jeśli brak ludzi, a czas odgrywa bardzo ważną rolę?
„Najprościej jest z rodzicami, którzy też mają dzieci z problemami rozwojowymi albo niepełnosprawne. Oni nas rozumieją. Przed nimi nie muszę się tłumaczyć (…) i ciągle wyjaśniać, że na niektóre rzeczy nie mam wpływu...”, jak choćby na diagnozę dziecka, które każdego dnia jest inne. To ukochane maleństwo, tak przecież wyczekiwane, teraz staje się kochane–inaczej. Kochane lecz ta miłość podlana jest strachem i obawą i wieczną niewiadomą – bo co dalej? Co za chwilę? Co jutro? A co, gdy nikogo nie będzie w pobliżu? Co wtedy?
I choć każdy z rodziców zna diagnozę, to pogodzenie się z nią, zrozumienie jej i przystosowanie się do tej nowej rzeczywistości, to dwie ZUPEŁNIE różne sprawy. Słowa usłyszane w gabinecie lekarskim nie dają nadziei. Z autyzmu, czy z ADHD nie wyleczył się i NIE WYLECZY nikt. Na takie choroby nie ma lekarstw, są jedynie „wspomagacze” codzienności. Często dochodzi padaczka, ospałość, wilczy apetyt, czy nocne lunatykowanie, które cały dom stawia na nogi. Diagnoza ma wiele odmian, wiele możliwości i wiele twarzy, bo każdy człowiek jest inny.
Każdy choruje inaczej.
Choruje cały dom, a najbardziej matki, które nie są w stanie pomóc swoim dzieciom.
I zastanawiasz się, jak oni, rodzice, sobie radzą? Przecież dzień ma 24 godziny!!! 1440 minuty!!! Przecież po wypłakaniu w ciemnej łazience i wykrzyczeniu przekleństw narosłych w duszy, trzeba wrócić do dziecka i spojrzeć na niego z miłością w oczach. Trzeba otworzyć ramiona i je przytulić, poszeptać coś, by się uspokoiło, a w tym szepcie ukoić i siebie.
I wraca do ciebie świadomość, że nikt tym ludziom nie pomaga, że są z tym sami, że nie mogą liczyć na „dzwonek na przerwę”, że nie mogą wyjść i zamknąć za sobą drzwi, chociaż nieraz tylko o tym marzą.
Są oni i choroba, która mieszka w ich dziecku. Choroba, która panoszy się i „rozsiada”, jak przyjaciel zaproszony do stołu na kawę i szarlotkę. Ta choroba jest i będzie i nigdy nie wyjdzie, nigdy nie przekroczy progu mieszkania, by można było za nią zamknąć drzwi i przekręcić klucz w zamku. By można było powiedzieć „do widzenia”.
Podczas czytania „Niegrzecznych” puchnie w tobie czytelniczy ból bezsilności. W gardle rośnie ci gałgan wielkiej szmaty, która przytyka i serce i emocje. Te słowa, te teksty oblepiają zmysły klejącym rozgoryczeniem. Czujesz bezradność matek tych dzieci i choć budzi się w tobie chęć pomocy, to nie umiesz zrobić nic. Czujesz bezradność w sobie i blokadę. Czujesz strach i współczucie, bo wszystkie emocje przelewają się w tobie, jak wzburzone morze.
Po „Niegrzecznych” Jacka Hołuba nic już nie jest takie, jakie było wcześniej. Nie można się od tej książki oderwać, ani tym bardziej wyzwolić. Nie można o niej zapomnieć, czy wymazać jej z głowy. Słowa osiadają w głowie i czasem tych słów jest tak wiele, że trzeba je z siebie wyrzucić. Historie zostawiają w człowieku trwałe ślady.
Czy autyzm jest przekleństwem?
Czy ADHD to choroba kretynów?
Czy za niepełnosprawność dziecka odpowiada matka?
Sam sobie na to odpowiedź.
Dziewięcioletnia Marta ma autyzm.
Ośmioletni Piotruś ma ADHD...
Karolina, to matka chorych chłopców, Kubusia i Mateusza...
Jak zacząć pisać o książce, która tak się zaczyna? Jak zachować postronność w temacie wnikającym do czytelniczych zmysłów i emocji? Jak zachować dystans? Jak stanąć z boku, gdy się nie da...?
Bo ta książka zmienia postrzeganie.
Ta książka drwi sobie z...
#agaKUSIczyta
W każdym człowieku labirynty myśli. Wydrążone tunele długie bez końca. Idące myśli, wspomnienia, smutek, obrazy wyrwane z kontekstu i chwili. Czasem chcesz odpocząć od tego co tu i teraz, szukasz schronienia w ramionach przeszłości, w jakiś myślach nieskładnych, co przychodzą znikąd. Taki jest Sam Shepard w tekstach z „Prując przez raj”.
Ameryka, której już nie ma. Welcome, mówi do ciebie, Witam, szepcze...
i oto on, syn, teraz już sam. Teraz już bez matki. Bez ojca. Ale … za tym ojcem gdzieś w sobie tęskniący. Nie chce tego mówić na głos, bo ojciec nie był kimś, z kogo można by być dumnym. Pił, uciekał od żony, z domu. Chciał mieć swoją ziemię, działkę gdzieś dalej, gdzieś, gdzie jechałby autem. Kryjówkę taką chciał. Przerwę od życia i od bycia ojcem i mężem. Bo tak nie można, mówił często, tak cały czas nie można. Czasem trzeba odpocząć i wypisać się z tego. Szukał bytu w niebycie... i syn obok niego, wielokrotnie świadek tego, czego nie powinien widzieć, czy czuć. On, dziecko wrażliwe, spostrzegawcze i jakieś obok. Dziecko ozdoba, towarzysz, ktoś...
A teraz, po latach, został niebyt, cisza pustki i zdjęcia w ramkach na ścianach domu. Zdjęcia z zapisanymi przez obiektyw chwilami. Jedno, drugie... czarno-biali świadkowie momentów, które były.
Budzi się smutek, tęsknota, nostalgia jakaś dorosłego już człowieka. Wyłażą z grobu wspomnienia.
Tata.
Tata – ktoś dorosły, niedościgniony, obecny – nieobecny. I jakaś dziwna więź syna do ojca. Jakiś magnes, przyciąganie – przez szybę. On męski, nie przytuli, nie pocieszy. Ojciec, człowiek który w jasnej kuchni staje przy oknie i patrzy w kierunku dziecka na zewnątrz. Lecz go nie widzi. Wygląda przez okno z drinkiem w dłoni, a syn chce by wyszedł do niego. By przywitał się, poklepał może po ramieniu, po głowie... By zmierzwił włosy po całym dniu trudów... A on nic.
Taka tęsknota wyziera z każdego niemalże opowiadania Sama Sheparda. Smutek do danego czasu, do dawnej Ameryki i do siebie samego. Wszystko się zmieniło. Odeszły chwile z przyjaciółmi, z ludźmi przypadkowo spotkanymi, z rodzicami w domu, który był, jaki był. Obrazy przeszłości wyświetlają się na ekranie powiek autora, a on sięga po nie i przypomina sobie. Tak – wtedy było tak. A tu jest on... Tu byliśmy razem, zmęczeni, spoceni...
Klisze Ameryki, która minęła i ludzi, którzy ją tworzyli.
Z napisanych słów wymyka się i tęsknota i smutek i sentyment. Nostalgia.
Widzisz inność. Inność w ludziach, ich głowach, ich codzienności, czy historii, której wszędzie dotykasz, a która czasem wywołuje u ciebie zgagę. Przeszłość zbudowali ludzie, których już nie ma. Teraz jest konglomerat wszystkiego i wszystkich. Mieszanka ras, mentalności, biedy i bogactwa... Innych potrzeb i dróg.
Po lekturze tworzy się w tobie zlepek myśli. Czytasz o intymnych chwilach, czy pragnieniach dojrzałego już mężczyzny. To próba ułożenia życia na swój sposób. W każdym nowym tekście poznajesz Sama Sheparda w inny sposób. Czujesz wręcz jego towarzystwo.
A gdy kończysz zamykasz oczy.
Wychodzisz z terminala lotniska, by złapać autobus do domu. Wracasz z Ameryki... Do siebie.
#agaKUSIczyta
W każdym człowieku labirynty myśli. Wydrążone tunele długie bez końca. Idące myśli, wspomnienia, smutek, obrazy wyrwane z kontekstu i chwili. Czasem chcesz odpocząć od tego co tu i teraz, szukasz schronienia w ramionach przeszłości, w jakiś myślach nieskładnych, co przychodzą znikąd. Taki jest Sam Shepard w tekstach z „Prując przez raj”.
Ameryka, której już...
Autyzm to nie choroba o czym często zapominamy. Ktoś, kto widzi „dziwne dziecko” automatycznie je mija, bojąc się o siebie, a matkę szybko ocenia w kategoriach tej, co matką być nie powinna. A to nie brak wychowania, to nie bezstresowe „posiadanie potomstwa”, telefonów, czy rozpasania lenistwem i samowolki dorastającego dziecka. Prawda jest i smutna i bolesna jednocześnie. Ciągle uczymy się, że schorzenia się ma i z nimi się żyje. Że organizmem walczy się o każdy dzień, a płacze się w samotności.
Jak Ana Dragu...
Jak Mateii Calinescu w „Portrecie Lui M”, który po śmierci swojego autystycznego syna napisał jego biograficzny obraz: „(...) w czterdzieści dni od jego śmierci – ten czas po śmierci zawsze jest symboliczny. Mogłem być wtedy pochłonięty jedynie myślami o nim, pisząc, przepisywać fragmenty o nim z moich dawnych, nieregularnie prowadzonych dzienników (...)” i „(...) tak się złożyło, że czterdziestego dnia poczułem się pogodzony ze swoim bólem, niemal opromieniony smutkiem... Zrozumiałem, że był on dla mnie – darem”.
Trudno się pogodzić, zwłaszcza będąc rodzicem, że historia całej rodziny może ulec zmianie, gdy jedno nieudane połączenie synaptyczne, jedna aktywność elektryczna wymyka się spod kontroli. Gdyby Sasza był przeźroczysty – marzy, wręcz roi Ana – gdybym mogła zobaczyć co w nim jest nie tak, jak trzeba, mogłabym go naprawić. Mogłabym ową „zepsutą elektrykę ludzkiego wnętrza” uzdrowić, by Sasza, mój syn – mój Dar, był normalny.
Ana, jako matka autystycznego dziecka co jakiś czas umiera.
„- Co to znaczy umrzeć? - pyta Ana.
- No to znaczy, że umrzesz, że cię nie będzie, że nikt cię nie obudzi rano buziakami. Że jak umarłeś, to zmieniasz się w kości i potem brzydko pachnie”.
Ana-Matka wydziera Saszę z zagrożeń, których ten nie jest świadom, łapie za ostatnią nitkę, jaka trzyma i jego i ją przy życiu. Są leki, są terapie, są rozmowy bez końca i tłumaczenie raz za razem. Jest czas wypełniony autyzmem, który promieniuje na całą dobę. Od autyzmu nie ma przerwy. Jest autyzm i dziecko i rodzina. Jest naukowa wiedza, wiedza bez dna, która nie daje się w pełni opanować, bo ciągle się coś zmienia, bo pojawia się nowy lekarz, nowy badacz, bo pojawia się nadzieja i innowacje i nowe kierunki. Ana czyta i siedzi w tym cała. A Sasza? Sasza dorasta i zmienia się.
Sasza ma słuch absolutny, ale wśród ludzi szybko się irytuje, zaczyna płakać. Ucieka od wrzawy i nadmiaru głosów, bo ludzie „robią tysiąc kilogramów hałasu”. Sam gra na pianinie, poprawia siostrę, gdy ta zasiada do klawiszy, uczy się muzyki jako samouk i osiąga wysoki poziom jako muzyk i wirtuoz jednocześnie. To także muzyk swego życia i wirtuoz codzienności.
„Grzeczne dłonie” i „Wszystko, co złe, i wszystko, co piękne na świecie” to literacki warkocz emocji i uczuć. To literacki obraz miłości matki do dziecka i dziecka do matki. To obraz siły życia i piękna. To smutek i łzy, które nieporadnie wyciera dłonią autystyczny Sasza. To śmiech i niedowierzanie jednocześnie. To zabawa nowotworzonymi słowami i radość z muzyki, jaka cię otula. Gra Sasza na czarno białych klawiszach, grają emocje w tobie. Wszystko drga i szukasz w sobie ukojenia jakiegoś, wyciszenia.
Bo ta powieść wywołuje emocje w czytelniku. To pamiętnik Matki i Syna. To dziennik życia i marzeń. To koncert rozpisany na nuty, partytury i utwory całe bez końca.
Siedzisz na widowni.
Na scenie pianino, orkiestra w ciszy i on – Sasza. Zaczyna grać...
Zamykasz oczy i czujesz w sobie pokorę... czujesz spokój, bo wiesz, że tak ma być. Że życie rozdaje swoje karty, że dostałeś swoją, i Ana swoją i Sasza swoją... I trzeba żyć mimo wszystko.
Chore dziecko to ukochany skarb, DAR, który z uśmiechem tulisz do siebie każdego dnia.
#agaKUSIczyta
Autyzm to nie choroba o czym często zapominamy. Ktoś, kto widzi „dziwne dziecko” automatycznie je mija, bojąc się o siebie, a matkę szybko ocenia w kategoriach tej, co matką być nie powinna. A to nie brak wychowania, to nie bezstresowe „posiadanie potomstwa”, telefonów, czy rozpasania lenistwem i samowolki dorastającego dziecka. Prawda jest i smutna i bolesna jednocześnie....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Życie składa się z wielu opowieści. Małe słowa, nikłe zdarzenia, czy twarze ludzkie – to wszystko tworzy odrębne opowiadania, które można rozbudowywać bez końca i tym samym tworzyć z nich wielkie arcydzieła. O tych drobnostkach można pisać, by lepiej je zrozumieć, lub, by tak po ludzku, poradzić sobie z nimi. Najwięcej jednak historii skrywają ściany mieszkań. Cztery niepozorne mury i dach, a wewnątrz smutek, łzy, śmiech, miłość, odrzucenie… tyle ludzkich emocji, marzeń i snów… I można sięgnąć po ołówek i napisać o tym jednym, wielkim pragnieniu, jak zrobił to Robert Klose. Pragnieniu posiadania drugiego syna.
I można te słowa ubrać w książkę i nadać jej tytuł „Jak adoptowałem Antona”.
„Nic tak szybko nie otwiera wrót przyjaźni i zażyłości, jak to światło w oczach drugiej osoby, które nieomylnie sygnalizuje radość i zadowolenie z czyjegoś towarzystwa”. Robert jest samotnym ojcem Aloszy, adoptowanego z Rosji chłopca, który obecnie ma trzynaście lat. Kocha go, bo to jego syn, lecz gdzieś w nim rodzi się potrzeba posiadania, ba – wychowania – jeszcze jednego chłopca. Swoje dokumenty wysyła do ośrodka adopcyjnego, który już przy Aloszy, bardzo mu pomógł, potem rusza cała procedura. Procedura i biurokracja, która nie ma końca. Wszystko trwa i ciągnie się w nieskończoność, lecz wystarczy jeden telefon i wszystko nabiera zawrotnego tempa. Wyjazd na Ukrainę i przesiadka w Warszawie.
Podróż pociągiem, współpasażerowie, strach i niewyspanie.
Potem kłamstwa i oszustwa i próby naciągania.
I wydatki, czasem niepotrzebne, acz ratujące sytuacje.
I wreszcie cel i zdjęcia i on – dziecko – chłopiec – narzucony nieco odgórnie, ale to właśnie na nim skupia się Robert. I to on, ten dorastający aniołek Anton, zostaje jego synem.
Lecz zanim wyjdzie z urzędu ukraińskiego słyszy: „Jeśli temu chłopcu stanie się coś złego, dopadniemy pana. Kilka lat temu samotny mężczyzna z pobliskiego miasta adoptował jednego z naszych chłopców. Kiedy wrócił z nim do domu, zamordował go” – przestroga i groźba jednocześnie. Słowa, które w przyszłym ojcu budzą trwogę. Bo jak można okazać się tak ludzkim zwierzęciem? Jak można swoją złość i frustrację utopić w krwi dziecka?
Robert od początku kocha. Kocha szczerze i prawdziwie. Bo – mówiąc szczerze - wystarczy, że dziecko potrafi kochać. Na pewnym poziomie tylko to się liczy. „Wszystko co osiągnie się ponad to, będzie stanowiło premię”.
Klose pisze o swoich przeżyciach, swoim życiu i o sobie. Pisze o swoim strachu, obawach, ale i nadziejach. Pisze o dotyku dłoni, o spojrzeniu w oczy, o przytuleniu i o dumie. Klose to wspaniały ojciec, ale… to sam dostrzeżesz podczas lektury. Ba, zaczniesz odczuwać pragnienie posiadania takiego taty. To tata odważny i mężny, który dla ciebie, dla dziecka, zrobi wszystko. To tata, który daje wolny wybór, ale który czuwa i zawsze jest gdzieś obok.
„Jak adoptowałem Antona” gra na twojej czytelniczej wrażliwości. Nieświadomie stajesz się autorem, który oto staje na ziemi ukraińskiej i … i co? I boi się – tak zwyczajnie, tak po prostu – boi się.
Jak ty.
„Można być wszędzie, jakby u siebie w domu… tu w chałupie i tam… Ale można być też, jak dzikie ziele w ogrodzie o pięknych kwiatach*”.
• „Ludzie stamtąd” Maria Dąbrowska, wyd. Marginesy
#agaKUSIczyta
Życie składa się z wielu opowieści. Małe słowa, nikłe zdarzenia, czy twarze ludzkie – to wszystko tworzy odrębne opowiadania, które można rozbudowywać bez końca i tym samym tworzyć z nich wielkie arcydzieła. O tych drobnostkach można pisać, by lepiej je zrozumieć, lub, by tak po ludzku, poradzić sobie z nimi. Najwięcej jednak historii skrywają ściany mieszkań. Cztery...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-01-05
Zaczyna się od daty. Jest 12 czerwca 1914 roku, jest i Sarajewo i on, Josip Gubernik, który przyjeżdża do domu dwóch kobiet. Kto to on? – pytasz dziwną formą. Kto to one? I w ogóle o co chodzi, bo nic nie jest jasne w tym początku. Po paru stronach dopiero zaczynasz orientować się w tym słownym chaosie i miejscu lecz w osobie Josipa jeszcze nie. Co do jego persony musisz obuć się w cierpliwość, bo nikt, kto zjawia się ot tak, nagle, niby znikąd, nie daje się szybko poznać. Nawet Josip, któremu tak szybko zaufały one dwie.
Josip to ktoś z mgły prawie, a fakty z jego życiorysu wysupływać będziesz, jak guziki rozrzucone w stogu siana. Josip tak dobry i pokorny, a tak tajemniczy jednocześnie. Josip, magnetyczny ktoś, kto jest i kto obrasta domysłami już po paru dniach obecności w tym miejscu. Ktoś, kto budzi uśpioną dotąd ciekawość.
Domyślasz się, że mama Josipa była utalentowaną skrzypaczką, która swój talent odłożyła wraz z pojawieniem się na świecie synka. Wszystko wokół niej organizował mąż, który wierzył i w nią i w syna też. Chciał by żona kwitła, a ona? Ona nikła w domu i gasła w czterech ścianach nie mając chęci na nic, na muzykę szczególnie. Dlatego ten jej odłożony talent i skrzypce musiały się gdzieś ujawnić i ponownie wyjść na światło dzienne. Żadna rzecz przecież tak szybko nie tonie, zwłaszcza zrobiona z dobrego drzewa. I mijają lata i oto on, syn, Josip, podczas niedzielnego obiadu oświadcza, że będzie studiował leśnictwo. „Lasy są starsze od prawa i filozofii. Starsze są od człowieka i od wszystkiego, co człowiek zna”.
Latami śmiali się później z tych wydarzeń przy niedzielnym obiedzie. Każdy z ich śmiechów przy tych talerzach sprzed lat był śmiechem dla siebie, różnym w uczuciach i przyczynach, ale jednak śmiali się razem. Byli szczęśliwą rodziną. I tak powstało dziecięce marzenie, które razem z Josipem dorastało, przekształcało się i zmieniało – jak, dojrzewając, zmienia się każdy człowiek – i nie opuściło go nigdy. W Bośni badał jawor falisty – dlaczego? Chciał zrobić dla matki skrzypce o piękniejszym brzmieniu niż te, które skłoniły ją do płaczu. Szukał go – jaworu idealnego, jaworu wręcz matczynego, którego przywróci do życia. Jaworu, którego dotknie, pogładzi i przytuli.
Ale, ale…
Kim w ogóle był Josip? W powieści ciągle pojawiają się znaki zapytania, bo nikt nie wie, czy istniał naprawdę, czy był jedynie wymysłem i urojeniem ludzkiego zwodniczego umysłu. Jawi się jako dobroduszny idealista, lunatyk zakochany w co porannym nakręcaniu zegarka, czy obserwacji Siniority. Jawi się jako dobry ojciec, czuły poeta i wrażliwy nauczyciel. Jawi się jako marzyciel zakochany w uczennicy, która stoi u drzwi pokoju i boi się do niego wejść. A, pokazuje on, nauczyciel. B, na drugi dzień… M, parę tygodni później. Ona, uczennica u drzwi, wystraszona, nieświadoma swego piękna analfabetka. I on, zakochany, niespełniony nauczyciel z alfabetem na podorędziu.
Pokazuje jej jawor i deseczki jednakowej długości i szerokości – zawsze z odległości. Siniorita patrzy i boi się, a on rozum traci. Dziś miałaby zdiagnozowaną neurastenię, lecz wtedy była inna – miała inny świat, który zachwycał tych, co chcieli go poznać. Jak Josip, który kochał ją na swój sposób – śnił o niej, że ucieka, jak duch z jego pokoju. Że była koło niego z dłonią nad jego twarzą i tylko powietrze zachowało pamięć o niej.
Ale jest jeszcze jawor, powyginany z obwisłymi gałęziami i rzadkimi liśćmi. „Doskonałość tkwi w zniekształceniu i odstępstwie od normy, a nie w harmonii i symetrii, w boskim triumfie gatunku”. Jawor i ona – niepoznane tajemnice, które zachwycają Gubernika.
„Człowiek jest głupi, mówił, gromadzi pieniądze, złoty dukat do złotego dukata, i to złoto w końcu przerośnie go i przeżyje. A po co mu to w grobie? Biedak za życia nie widzi ani grajcara, bogacz się męczy, zbiera złoto, trzyma je pod podłogą, a potem umiera i nawet nie zdąży go wydać. Komu jest gorzej – biednemu, czy bogatemu? Źle jest jednemu i drugiemu. Najlepiej by było, gdyby się jakoś udało, umrzeć minutę po wydaniu ostatniego grosika”.
Nie ciekawi go majątek, sława, bycie pomnikiem za życia.
Nieznany jest jego wygląd, majaczy jego twarz i sylwetka cała. To człowiek nowych czasów, żywego umysłu, dzikiej, anarchicznej wyobraźni i wewnętrznej siły psychicznej. Jest kamienną bryłą do samodzielnego wyrzeźbienia. Olbrzym z przyszłości, który umyka ku przyszłości.
Oczy stare jak żółw, czasem młode, jak u chłopca.
Oczy bezbarwne, jak toń wody.
Oczy bez dna i życia.
I pytasz, czy on, czy Josip G. żył? Czy Seniority żyły? Gubernik pakuje rzeczy, nie pisze o rozstaniu z Senioritą. Słowa rozsypały się, jak drobinki piasku na wietrze. Czy ta historia miłosna miała miejsce? – dociekasz. Czy to tylko utkana przez nas, marzycieli i czytających historia kogoś kto mógł być? Czy to bohater, czy nikt?
„Bębny nocy” to taniec słów i myśli i słów i palców... i twarzy... i znowu kogoś u boku. Zachwycasz się osobą i odrywasz od kart historii i ulatujesz gdzieś w 1919 rok. Uczysz się liter stojąc z zatrwożeniem czytelniczym u progu pokoju i patrzysz na nauczyciela - na Josipa, który jawi ci się wielki, jak Mikołaj Car z ogromną brodą i łapskami, jak łopaty. Marzysz i roisz też i sam już czytelniczo nie wiesz, co jest prawdą wyczytaną, co jest teorią utkaną nieświadomie przez twoją wyobraźnię. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Znaczenie ma ta przygoda i to uniesienie ciała ponad ziemię. Znaczenie ma to, co się z tobą podczas lektury dzieje i to, co czujesz. A czujesz tak wiele…
Zaczyna się od daty. Jest 12 czerwca 1914 roku, jest i Sarajewo i on, Josip Gubernik, który przyjeżdża do domu dwóch kobiet. Kto to on? – pytasz dziwną formą. Kto to one? I w ogóle o co chodzi, bo nic nie jest jasne w tym początku. Po paru stronach dopiero zaczynasz orientować się w tym słownym chaosie i miejscu lecz w osobie Josipa jeszcze nie. Co do jego persony musisz...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-10-05
W każdym człowieku labirynty myśli.
Zostawiasz za sobą dom i codzienność w nim mieszkającą. Musisz od niej odpocząć, uciec od niej na kilka dni. Wymazać z głowy Anglię i Europę całą i tym samym zrobić miejsce dla Ameryki.
Wylatujesz.
Lecisz.
Żyjesz. Ona obok, od lat, od zawsze, obok ciebie. Teraz też.
Lądujesz.
Wysiadasz. Ameryka.
Welcome Juesej.
Cześć. Przyleciałem z Europy. Co u ciebie słychać? Witasz się, bo wypada, choć twoje słowa pochłania terminal lotniska, a głosy ludzi tu przebywających zagłuszają każdą literę.
Ameryka żyje zbliżającymi się wyborami prezydenckimi. Europa mieli wojnę na Ukrainie, która przestawiła oś czasu na godzinę zero.
Szukasz ukojenia w muzyce.
W Milesie, Bernsteinie, czy Bachu.
A noc? Podczas jednej z nich „(...) na ekranie powiek ukazuje ci się twarz zmarłej mamy”. Błyszczy, jak światło. Wyciąga do ciebie ręce. Żegna się z tobą po trzech latach od śmierci.
Ból ciała. Myśli. Im nie potrzeba paszportu ani wizy. Nie czekają na stempel, na bilet, na twoją zgodę. Są zawsze, gdziekolwiek pojedziesz, gdziekolwiek uciekniesz. Nieodłączni towarzysze, na których możesz liczyć, choć wolałbyś zgubić je w zatłoczonym miejscu i uciec.
W Ameryce widzisz inność. Inność w ludziach, ich głowach, ich codzienności, czy historii, której wszędzie dotykasz, a która czasem wywołuje u ciebie zgagę.
Przeszłość zbudowali ludzie, których już nie ma – tak cenni.
Teraźniejszość należy do tych udających wielkich – tych mniej cennych.
Juesej – konglomerat wszystkiego. Ras, mentalności, celów, kolorów, biedy i bogactwa... Innych potrzeb i dróg.
Sczytujesz słowa, które drgają w tobie. Czytasz, wracasz na początek i znowu zaczynasz. W „Juesej” wyczuwasz smutek, próbę pogodzenia się z sobą samym, z bólem w sobie i ze światem. Skłaniasz głowę na znak pokory, że tak, godzisz się, bo taka jest kolej rzeczy.
Po lekturze utworzył się we mnie zlepek myśli, słów, jakiś zdań ni moich, ni autora. Co mam napisać o „Juesej”? Bogdan Frymorgen zmienił się. Wcześniej pisał inaczej, teraz otwiera się na siebie, szuka pokory i cierpliwości. Wygładza drgania w sobie, godzi się na nieodłączny ból. Inny, lecz nadal to on. „Juesej” to nie tyle opis wyjazdu, ile osobiste myśli, spostrzeżenia, czy przemyślenia dojrzałego mężczyzny. To próba ułożenia chaosu świata na swój sposób.
To Bogdan Frymorgen... w którym zaczytujesz się ciągle od nowa i za każdym razem poznajesz go w inny sposób. Słuchacie razem Bacha, patrzycie na zdjęcia wystawione w muzeum, dotykacie skamielin, które od lat tu tkwią. Czujesz chropowatość drzew pod opuszkami palców, ale czujesz i jego – autora – towarzystwo.
Gdy kończysz zamykasz oczy.
Wychodzisz z terminala lotniska, by złapać autobus do domu.
„Zbawcza jest moc, która sprowadza człowieka na ziemię”.
#agaKUSIczyta
W każdym człowieku labirynty myśli.
Zostawiasz za sobą dom i codzienność w nim mieszkającą. Musisz od niej odpocząć, uciec od niej na kilka dni. Wymazać z głowy Anglię i Europę całą i tym samym zrobić miejsce dla Ameryki.
Wylatujesz.
Lecisz.
Żyjesz. Ona obok, od lat, od zawsze, obok ciebie. Teraz też.
Lądujesz.
Wysiadasz. Ameryka.
Welcome Juesej.
Cześć. Przyleciałem z...
2024-09-24
Nie przypadkowo ta książka trafia w moje ręce akurat teraz. W czasie, w którym wielka powódź nawiedziła Polskę i która to uzmysławia ludziom, jak wiele mają, a tego nie doceniają. Paradoks myśli nasuwa też chwilę – jeden moment potrafi zmienić wszystko, drastycznie. Jeden moment i nie masz nic. Nie masz domu, nie masz ubrań, jedzenia, ciepłego koca czy ulubionych kapci, w których szurałeś każdego dnia po swoim parkiecie. Czekasz na pomoc innych, choć podobnych tobie jest dziesiątki.
To jest obraz po tragedii. Nie inaczej przedstawia się wysiedlenie ludzi z dotychczasowych mieszkań w wyniku wojny, a to spotkało Syryjczyków. Masowe przesiedlenie do nowo powstałego obozu Az-zatari, który utworzono 28 lipca 2012 roku i który miał stanowić dla nich jedynie tymczasowe lokum. Lecz ta tymczasowość trwa i trwa, a ludzie w niej żyją... Andrew Leon Hanna, autor publikacji „25 milionów iskier” poznał mieszkańców obozu, ich codzienność i myśli i plany, bo przecież dziś jest i będzie i jutro. Jakieś jutro nadejdzie, bo zawsze jakieś nieznane jutro nadchodzi. Kolejny dzień życia, kolejny dzień w kalendarzu, kolejny dzień czekania i bycia uchodźcą na nie swoim miejscu.
Obóz Az-Zatari znajduje się w prowincji Mafrag na północny Jordanii i ma powierzchnię 5,4 km kwadratowych. Obecnie zamieszkuje go około 70 tysięcy uchodźców, z czego średnio prawie 1/5 ma mniej niż 5 lat – w szczytowym momencie zamieszkiwało go nawet 156 tysięcy przesiedleńców. Nadmienię, że dane odnośnie liczby ludności są zmienne, na co wpływ ma wiele czynników, dlatego co roku statystyki bazują na innych przeliczeniach.
A w obozie Az-Zatari trzeba nauczyć się żyć i próbować budować normalność. Zlepić dzień po dniu, by ta tymczasowość mimo trwania bez końca stała się zwyczajnym życiem. Początki były dla tych ludzi najgorsze. Brak żywności, schronienia i podstawowych warunków sanitarnych. To ludzie, którzy przybyli do obozu budowali tu życie, od podstaw. To oni w tej przestrzeni stworzyli miasto. Teraz są tam kontenery mieszkalne, szkoły, szpitale, czy sklepiki. Wraz z tym odbudowała się w nich zniszczona godność i poczucie bycia. Bycie ofiarą przerodziło się w determinację. Teraz wielu uchodźców zajmuje się przedsiębiorczością, są małe firmy dające mały dochód, ludzie zarabiają i dają pracę innym. Stają się „aktywnymi budowniczymi swojego losu”, co świetnie pokazuje Andrew Leon Hanna snując opowieści o trzech kobietach: Jasminie, Asmie i Malak.
„O ile w uśmiechu Jasminy widać życiową mądrość, a w uśmiechu Malak entuzjazm, uśmiech Asmy jest łagodny i zaraźliwie radosny”. Trzy wrażliwe kobiety, trzy różne dramaty i trzy różne sposoby walki z wojenną codziennością, którą trzeba zaakceptować, ujarzmić i kolorować dzień po dniu.
Pewien dziennikarz i podróżnik powiedział, że „bieda jest kolorowa”. A tu kolory sprawiają, że samo życie staje się kolorowe, weselsze i bardziej cenne. Ta bieda obozowa mieni się tysiącem barw, dlatego daje nadzieję, na coś lepszego. Jasmina, Asma i Malak dorzucają do tego siebie – mówiąc dosłownie „dają siebie innym”, a jednocześnie walczą o siebie. Działanie daje im siłę, pewność i chęć parcia do przodu. Daje sens tego tkwienia i stagnacji w próżni.
A co da przyszłość? Dzieci dorosną, starcy i chorzy umrą, a one się zestarzeją.
Co da przyszłość? Ta przyszłość spoczywa i w ich i w naszych rękach, ludzi spoza obozu. Przyszłość może sprawić, że uchodźcom zostanie dana wolność wyboru.
Opowieści o losach Jasminy, Asmy i Malak to zaledwie trzy z niemal 80 tysięcy mrocznych historii w całym Az-Zatari. A opowieści z Az-Zatari są zaledwie 80 tysiącami z ponad 25 milionów uchodźczych opowieści na całym świecie. Każdy człowiek nosi w sobie swoją dolę i każdy z pewnością opowiedziałby o sobie inną bajkę – bo trudno uwierzyć, że to faktyczny dramat ludzki. Dlatego czasem lepiej coś podkolorować, coś przemilczeć, a samą opowieść nanizać łagodnymi słowami, jak korale na sznurek. Łzy, jakie spływają po policzku niech płyną, one znikną niebawem, dla nich nie ma miejsca pomiędzy koralikami. Łzy trzeba osuszyć, uśmiechnąć się i wstać. Korale mają zdobić i przypominać – o tożsamości, o walce i o życiu.
„Żyjemy w dobie kryzysu uchodźczego – największego w historii ludzkości”
Az-Zatari to obóz, prostokąt, podzielony na 12 dystryktów, zaledwie 12 km od granicy z Syrią. Tu kiedyś roztaczały się starożytne imperia – a teraz? Teraz roztaczają się tu ścieżki wydeptane ludzkimi stopami. Obóz na „tymczasem” stał się „prawie na zawsze”. To do niego wszedł autor, to tu ugrzązł i stąd wyczołgał się z ciężkim sercem i głową pękającą od tego, co widział i słyszał. Andrew Leon Hanna oddaje głos kobietom, pokazuje ich siłę, zaradność i determinację. Siłę do walki o siebie i innych, do walki o przyszłość, o coś lepszego. Andrew stał się tym, kto do nich podszedł, poświęcił im czas i kimś, kto je uścisnął na do widzenia.
Tak mało, a tak wiele.
Precyzyjnie napisana książka, którą nie sposób czytać szybko i nieustannie. Zmusza do przerw, do odkładania i do dawkowania jej. Książka, która budzi emocje i otwiera oczy na politykę, ludzi i niewinne ofiary. Na kłamstwa i mataczenia i na niesprawiedliwość, którą najlepiej obrazuje ilustracja Malak zamieszczona w „25 milionach iskier”.
Pochyl głowę i oddaj cześć nie tylko tym trzem kobietom. Oddaj cześć im wszystkim, im – uchodźcom – ludziom, jak ty.
„Znowu liczę, liczę, liczę, liczę, liczę życie.
Tyle miałam, tyle miałam, tyle mi umarło.
Tyle miałam, tyle miałam, tyle mi zostało.
Czy to dużo, czy to dużo, czy to jest mało?(…)”
Kora
#agaKUSIczyta
Nie przypadkowo ta książka trafia w moje ręce akurat teraz. W czasie, w którym wielka powódź nawiedziła Polskę i która to uzmysławia ludziom, jak wiele mają, a tego nie doceniają. Paradoks myśli nasuwa też chwilę – jeden moment potrafi zmienić wszystko, drastycznie. Jeden moment i nie masz nic. Nie masz domu, nie masz ubrań, jedzenia, ciepłego koca czy ulubionych kapci, w...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-07-06
Któż z nas nie słyszał nigdy o Andrzeju Wajdzie? Niby każdy, kto choć trochę interesuje się kulturą i sztuką filmową. Andrzej Wajda był znanym reżyserem polskiego kina i teatru, człowiekiem zasłużonym, docenionym i aktywnym do końca. „Notesy” to nieprzebrane źródło piękna i tajemnic jednocześnie. To człowiek, który dzięki nim daje się poznać od innej strony, tej wyciszonej i duchowej, to ktoś spoza pędu i wszechobecności. To skryba wspomnień, życia, smutków i radości. Edukacja, dorastanie i śmierć. Tom po tomie, rok po roku... Przez lata. Skrupulatnie, do końca.
„Okazuje się, że film jest nie tylko społecznym posłannictwem, ale może być sztuką”
„Ja muszę pisać, to jest wprost konieczne. Trzeba przełamać w sobie ostatnie skrupuły wobec tzw. literatury (…). Nie wolno mi nie zanotować jakiegokolwiek pomysłu, nic nie powinno zostać tylko w głowie”. Andrzej Wajda im częściej sięgał po długopis i kartki, zaczął stosować „codzienną praktykę piśmienną”. I choć początkowo nie była ona systematyczna, to okazała się być niezrównanym „materiałem do twórczości”. Z czasem jego wpisy nieco ewoluowały i obok nich zaczęły pojawiać się rysunki, czasem „gryzmoły jakieś”. Były kreślone ni to z potrzeby zajęcia czymś rąk, ni przerzuceniem obrazów, jakie się utrwalały pod powiekami Wajdy, czy też idealnym wręcz odzwierciedleniem danego momentu, niemalże zdjęcia, acz przefiltrowanego przez samego ilustratora. Są różne i chyba dlatego przyciągają wzrok. Czytasz notatki Wajdy i jednocześnie skupiasz się na pobocznych obrazach. Widzisz w nich podobieństwa do ludzi, czasem dostrzegasz komizm, czy też wyciągasz własną interpretację. Dzięki tym rysunkom poznajemy Wajdę i od strony plastycznej, a same notatki zyskują dzięki nim na znaczeniu, nabierają dodatkowych walorów, niemalże estetyki.
Tekst i rysunki przybliżają ci samego Wajdę, Wajdę jako osobę prywatną. Miał swoje zdanie na każdą niemalże „dziwną” sytuację, na problemy, jakie ktoś przed nim stawiał i czekał na jego ugięcie się, czy porażkę. Pisał o tym, co go mierziło, denerwowało, czy po prostu było, bo było. Pisał o pracy, o pomysłach, o ludziach z jakimi współpracował, spotykał się czy to prywatnie, czy zawodowo, pisał też o spostrzeżeniach z wyczytanych książek. Pisał w notatnikach, jak w dzienniku. Utrwalał momenty. Długopis był jak kamera – rejestrował obraz, zapisywał klatka po klatce. Przy długopisie stawał się opowiadaczem, narratorem własnego filmu, który nie potrzebował środków finansowych niezbędnych do jego zrealizowania. Film-pisany tworzył w zaciszu.
W 1982 roku napisał „(...) Każda anegdota, każda historyjka opowiedziana przy stole, wyczytana w gazecie , czy usłyszana na ulicy może zawierać w sobie tragedię godną Sofoklesa (…) Pamiętanie, gromadzenie, notowanie takich anegdot jest konieczną pracą reżysera. W nich właśnie to, co ogóle, zamienia się w konkretne, idea przyobleka się w ciało i staje się ludzkim dramatem”. Wajda miał świadomość ulotności pamięci. „Jak nie zapiszesz, zaraz zniknie”, pisał. Stąd i te notesy. Z czasem zaczęły ułatwiać tworzenie. Stały się kopalnią materiałów gotowych do przerzucenia na ekran. Słowa zamieniały się w obraz.
Wajda dorastając szukał pomysłu na siebie i swoje życie. Zaczynał od malarstwa, jednak edukacja okazała się być rozczarowująca. I całe szczęście, bo dzięki temu stał się filmowcem. Stał się malarzem filmu. Inna ścieżka wyrazu, ale przecież zawsze chodzi o obraz i jego ramy.
Andrzej Wajda pozostawił po sobie wielką spuściznę, która trafiła do rąk włodarzy Muzeum Manggha. Tomy spisanych słów, które od listopada 2018 roku zaczęto porządkować i przygotowywać do publikacji. Tak powstały „Notesy”, a raczej kilka tomów notesów z różnych lat. Dzięki nim poznajemy wesołego młodzieńca, ale i tego przygarbionego, steranego życie starca. Dzielimy z nim pasje oraz pracę, odpoczywamy...
Zmarł w wieku dziewięćdziesięciu lat.
9 października 2016 roku odszedł Mistrz Kina.
za egzemplarz recenzencki dziękuję Sztukater
ocena 6/6
Któż z nas nie słyszał nigdy o Andrzeju Wajdzie? Niby każdy, kto choć trochę interesuje się kulturą i sztuką filmową. Andrzej Wajda był znanym reżyserem polskiego kina i teatru, człowiekiem zasłużonym, docenionym i aktywnym do końca. „Notesy” to nieprzebrane źródło piękna i tajemnic jednocześnie. To człowiek, który dzięki nim daje się poznać od innej strony, tej wyciszonej...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-07-03
Pani Mirosława, patrząc i słuchając osób, które utyskiwały na opiekę nad starszą, schorowaną osobą, myślała:
„Człowieku, czemu narzekasz? Przecież musisz tylko nakarmić, przypilnować i położyć spać”.
Myślała, dopóki jej to nie spotkało i sama nie stała się opiekunem własnej siostry. Bo to wcale nie jest takie proste, jak się wydaje. Okazuje się bowiem, że najważniejszym czynnikiem u każdego – czy to opiekuna, czy chorego – jest psychika. Wszystko wydaje się łatwe, wręcz banalne, gdy człowiek staje się obserwatorem, jednak choroby otępienne, czy starcze, związane z upływem czasu, mają bardzo trudny przebieg. Doświadczają każdego i każdego „wystawiają na próbę„ - czy da radę? Jak długo? Kiedy się podda, bo przecież prędzej, czy później każdy polegnie na tym „chorym polu bitwy”.
Wygra silniejszy – Alzheimer. Taka jest prawda.
Historie trzech zaledwie rodzin, jakie przedstawił Przemek, autor, to jedynie zarys tego, co się przeżywa w czterech ścianach domu, gdy próg przekracza Alzheimer. A zmienia się wszystko i wszyscy. Ktoś choruje, ktoś staje się współchorującym, a ktoś – mamiąc własną psychikę, długo walczy nie dopuszczając do siebie prawdy. Jednak przed tym nie ma ucieczki – Alzheimer to rodzinna tragedia.
I pojawia się we mnie pytanie – czy w tej chorobie można czuć się szczęśliwym? Czy tak zwyczajnie można cieszyć się z tego, co się ma, gdzie się jest i z kim? Większość osób chorych na „alzhojmera” (jak mówi Pani Irena) sprawia wrażenie pogodnych, niemalże pogodzonych z losem. Wprawdzie uśmiechają się twarzą pooraną zmarszczkami, ale ich oczy są dziecięco beztroskie. Chorzy stają się dorosłymi (acz pomysłowymi) dziećmi.
Dramat kontra komedia? - zapytasz.
Dlaczego życie jest tak okrutne?
Otóż nie. Przemek Pawelec stawia stopę blokującą zamykające się tuż przed nosem drzwi i udowadnia, że życie nawet z chorobą u boku może być szczęśliwe dla wszystkich. „Miłość, jaką się budowało przez lata nie ulega osłabieniu”. To ciało choruje, a uczucia częstokroć jeszcze bardziej się wzmacniają. Szczęście to praca przez lata, której nie kończy Alzheimer. Wspólne życie, czy życie samo w sobie jest trudne, ale piękne.
Psychika – to dopiero niewiadoma. Wszystko zależy od niej, a leczy się ją w każdej chorobie, nawet najlżejszej. Przy postępującym otępieniu, to ona, na równi z chorobą musi być poddana obserwacji. Dlatego warto w sobie dzień po dniu budować siłę i miłość i szukać dobra i piękna wokoło. Tak zwyczajnie. Póki człowiek... wie co robi, wie, gdzie jest i jaki jest dzień kalendarzu. Dopóki człowiek pamięta smak ulubionej kawy, czy ciasta z orzechami.
Czytaj te rozmowy z przerwami, rozłóż sobie te historie na poszczególne dni. One tego wymagają, im się to wprost należy z racji szacunku. Tylko wtedy uchyli się w nas furtka do innego, nieznane nam myślenia. Wyczytane słowa osadzają się w duszy. Myślisz o człowieku, jak o robocie, w którym wystarczy by jeden element się zepsuł i robot staje się niczym. Jeden organ. W tych ludziach korozja umiejscowiła się w mózgu. Stępiła postrzeganie, bystrość, czy racjonalność. Zatrzymała w pędzie życia. Choroba sama wybiera sobie ofiarę, jak i tych, którzy się nią opiekują. Losowanie? Na kogo wypadnie, na tego bęc?... Nie. Ona też ma sens i jest po coś, bo w świecie nic nie dzieje się bez powodu.
Pomyślałam, że to zapomnienie i uwstecznienie dorosłych uchroniły ich być może od innych nieszczęść i tragedii? Może stały się ratunkiem dla czegoś, czego nie wiem, a co mogło się wydarzyć? Może rzeczywistość byłaby gorsza aniżeli choroba? Podobnie rzecz ma się z opiekunami – może i oni od czegoś uciekli? Może tak miało być?
Ale...
„Oddanie w czasach nienawiści” to też hymn o samotności. Rozmowy z chorymi i ich opiekunami skrywają za kurtyną odizolowanie i wyobcowanie. Wypada się z normalnego życia i zatapia się w innej przestrzeni i innym wymiarze. Świat chorego na Alzheimera nagle się kurczy, staje się wręcz klaustrofobiczny. W tym jego małym świecie żyje też opiekun. Duszą się sobą, pilnują i czasem chcą z niego uciec, choć ucieczki nie ma. Choroba się zacieśnia, powoli, powoli... Człowiek traci rozum, wycofuje się z gry, staje się dzieckiem. Zostaje zmuszony do zajęcia „miejsca na ławce rezerwowych”, którzy raczej nie wrócą już do zdrowia.
Najbliżsi, bo to na nich w pierwszej kolejności spada troska o chorych, też szukają pomocy. Wpadają w depresje, szukają ucieczki. Chcą to wszystko zostawić i schować się. Nie słyszeć, nie widzieć, nie musieć...
Ale Przemek Pawelec w tych spisanych słowach uwypukla życie, pokazuje jego bezcenną wartość. Życie trzeba łapać, korzystać z każdej minuty i cieszyć się tym, co się ma i kim się jest. Bo dziś jest, a jutro?
Oby to życie każdemu smakowało. Oby to życie było codzienną ucztą...
Ale tylko z jednym nie zgodzę się z Przemkiem, autorem. Nie mamy czasów nienawiści. Mamy czas akceptacji, pokory i - jakby nie patrzeć - małej, ale obecnej dobroci. Nie nosimy w sobie ani zła, ani nienawiści, ani tym bardziej pogardy do innych. Wprost przeciwnie - wyciągamy do siebie dłonie i ratujemy tych, co tkwią w mroku własnego postrzegania. Wyciągamy chorych na światło dzienne. Tak też odbieram te spisane rozmowy, jak i ludzi, których obserwuję.
Tyle przemyśleń we mnie siedzi. Tyle myśli...
Bez końca...
Trzy rozmowy, trzy historie, a treść tak głęboka, tak prawdziwa.
Poruszająca książka.
DZIĘKUJĘ nakanapie.pl
#agaKUSIczyta
Pani Mirosława, patrząc i słuchając osób, które utyskiwały na opiekę nad starszą, schorowaną osobą, myślała:
„Człowieku, czemu narzekasz? Przecież musisz tylko nakarmić, przypilnować i położyć spać”.
Myślała, dopóki jej to nie spotkało i sama nie stała się opiekunem własnej siostry. Bo to wcale nie jest takie proste, jak się wydaje. Okazuje się bowiem, że najważniejszym...
2024-03-25
Spacer po ulicach Londynu. Spacer nocą, gdy do uszu dochodzą głosy tych, którzy nie śpią. Noc skrywa wiele, ale gdy już ją wchłoniesz, nagle dostrzegasz ruch, jak w dzień. I zastanawiasz się, czy Londyn nie zasypia? Nie daje sobie wytchnienia? Nie daje sobie jakiejś przerwy, odpoczynku?
Bezsenność się leczy na wiele sposobów. Toniesz pośród wielu recept i jeszcze większej ilości rad podobnych sobie. Przypadkowo poruszasz temat i nagle okazuje się, że każdy ma ten problem. Bezsenność to choroba naszych czasów. Dlatego, gdy zmęczony wolno mijającą nocą podchodzisz do okna i patrzysz na świat pogrążony w głębokim śnie, nagle okazuje się, że nie jesteś sam. Nie jesteś sam ani w tym budynku, ani w tym mieście, ani na świecie. Takich, co nie śpią jest wielu. Jedni nie śpią, bo nie mogą, bo sen o nich zapomniał, bo głowa nie pozwala, bo bolączki codzienności nie pozwalają, bo serce zbyt szybko bije... Ale są i tacy, co nocą pracują. A ilu ich jest? Co robią?
„(...) Miasto przyjmuje obraz w części dramatu dokumentalnego, a częściowo karnawału groteski”. Noc jest biblioteką monografii, której półki z każdą nocą ożywają i powiększają się. Rodzi się nowe życie, jakieś odchodzi, ktoś nie śpi, bo widzi „nocne słońce”, a serce zbyt głośno wybija swój marsz w uszach... Reportaże Sukhdev`a Sandhu to noktowizory, które prześwietlają Londyn nocą. To reportaże, które tworzą barwną mozaikę nocy – nie tylko Londynu, ale i każdego innego miasta na świecie. I gdy stoisz nocą przy oknie czekając na sen, a przed tobą pulsuje serce nigdy niezasypiającej ziemi „(...) czujesz się, jak gigant, ponieważ świat się zmniejszył”. Ci, co nie śpią widzą to, czego ci śpiący nie widzą. Ci, co nie śpią sprzątają miejsca, po których za dnia będziesz chodził, gdzie będziesz pracował, gdzie w kolejce będziesz łapał resztki ulatującego z ciebie zdrowia czy płakał z bezsilności. Bo wszystkich tych pracujących bezsennych łączy „(...) kipiący na wolnym ogniu smutek”. Każdej nocy coraz bardziej oddala się od nich dusza niegdysiejszych ja. Zmieniają się, bo życie zmusza. Zmusza bieda, dzieci i rachunki, dlatego pracują nocami za grosze, by ślizgać się po tafli życia z pełnym brzuchem. Często płaczą, topią się, bo tafla pod nimi nagle pęka, a te łzy sprawiają, że ich ciała i oni cali ulegają korozji. Próbują być obojętni, ale to ludzie z uczuciami, a płakać bez emocji się nie da. Nadmiar trzeba z siebie wyrzucić. I w takich momentach załamania i samotności do ich uszu dochodzi melodia. Noc ma swoją „ścieżkę dźwiękową”, którą każdy słyszy inaczej. I chyba to ich jeszcze trzyma w pionie, by pomimo nocnego tragizmu, odtrącenia i niewidzialności, przetrwać. By być „o jeden oddech od zatonięcia”.
Musisz sprzątać po nocnych ekscesach, wozić klientów nocną taryfą, słuchać ich obelg i historii o marzeniach, które podlane alkoholem nagle potrzebują ujawnienia. Sprzątasz w biurowcach, lub po szybkim seksie z byle kim i byle gdzie. Zmywasz z chodników wymioty, fragmenty ludzkich tkanek tych, którzy postanowili w nocy popełnić samobójstwo. Szorujesz rozbryzganą krew po nocnej walce gangów, grzebiesz w odchodach miejskich, nasłuchujesz obecności demona, którego rozsiane zło musisz odczynić. Noc skrywa graficiarzy, straż, pilotów, śmieciarzy i tych, którzy tkwią przed monitorami kończąc projekt na wczoraj.
Noc tętni życiem.
„Już od tak dawna nie mogę spać. Noc w noc na nogach, jakby ktoś walną mnie w głowę”. Trudno przywyknąć i zachować jako taką godność. Trudno zaakceptować taki los. Mózg tkwi w wyżymaczce i boli. Całe ciało boli, dlatego wyłączasz myśli idąc do pracy.
To pomaga...
Przynajmniej na chwilę, na kilka nocy i dni...
„Miasto nocą. Londyn” to spacer ulicami ciemnego miasta, podczas którego napotykasz różnych ludzi. Obcy stają się znajomymi. Słuchasz ich historii i współczujesz im – to jedyne, co możesz dla nich zrobić. Wysłuchać ich – jak autor, Sukhdev Sandhu. Możesz ich pocieszyć, pogłaskać po zmęczonych i zniszczonych rękach, dać ciepłą kurtkę, bo nocami marzną...
W te reportaże wpadasz całkowicie, a gdy kończysz zamykasz „Miasto nocą” i siedzisz. Bolą cię stopy, serce i głowa. Do portu w tobie wpływają zagubione kutry myśli, a własna szarość dni nagle okazuje się być barwna i wartościowa. Dziękujesz za przespane noce i ciepłe łóżko...
„Miasto nocą. Londyn” Sukhdev`a Sandhu zaskakuje, ale i zatrważa.
Paraliżuje, otwiera oczy i uszy.
Budzi emocje.
Takie są te teksty. Tętnią mimo ciszy nocnej i nie śpią mimo zmęczenia.
Za świetny czas spędzony z lekturą dziękuję Stowarzyszeniu Sztukater.
#agaKUSIczyta
Spacer po ulicach Londynu. Spacer nocą, gdy do uszu dochodzą głosy tych, którzy nie śpią. Noc skrywa wiele, ale gdy już ją wchłoniesz, nagle dostrzegasz ruch, jak w dzień. I zastanawiasz się, czy Londyn nie zasypia? Nie daje sobie wytchnienia? Nie daje sobie jakiejś przerwy, odpoczynku?
Bezsenność się leczy na wiele sposobów. Toniesz pośród wielu recept i jeszcze większej...
2024-06-20
„GÓRNICY. Opowieści spod ziemi” Tadeusz Biedzki
Wydawnictwo Bernardinum
Zacznę od razu, bez wstępu, który zarzucałby haczyk na czytelnika. Dlaczego? Zbyt wiele słów i przemyśleń kłębi mi się w umyśle, by zwlekać z ich wypowiedzeniem. Już podczas czytania zastanawiałam się nad życiem sensu stricte pytając samą siebie - kto go ceni? Kto ponad wszystko dostrzega czas? Czas - ten dar na ziemi wraz z tym wszystkim, co wokół siebie zbudował i do czego doszedł? Czas ma bowiem wiele smaków i odcieni i, jak się okazuje, są ludzie, którzy doceniają nawet najgorszy smak i najciemniejszy jego odcień. Są ludzie, którzy znają jego wartość i ulotność jednocześnie. To górnicy, o których nigdy w tych kategoriach nie myślałam. Po lekturze książki staję na wprost nich i chylę z szacunkiem swe czoło. Za ich trud pracy, za bycie pod ziemią, podczas gdy ja mogę po niej chodzić. Za odwagę codziennego zjeżdżania na dół z tą ciężką niczym węgiel świadomością, co się tam pod spodem może zdarzyć. Każdy dzień ma swój scenariusz, którego nikt nie zna. Wystarczy dziwna chwila ciszy, zasysanie, jedno tąpnięcie, jeden moment – i z nikogo nic nie zostanie.
Nieszczęścia w ciemności kopalni nie wybierają ofiar. One pochłaniają wszystkich, jak pazerna plaga. Nie ma znaczenia wiek, staż pracy, czy ładna buzia. Wobec kopalnianej tragedii wszyscy są równi, bo – mówiąc górniczym językiem – bo „jadą na jednym wózku”. Święta Barbara, czy duch Skarbnika chronią, jednak w obliczu wielu nieszczęść i oni okazują się być bezradni.
Jeden moment, jedna chwila i pusta winda wyjeżdża na powierzchnię.
Zjeżdża następna zmiana...
A w domach czekają, czekają z późnym obiadem, z rozmową, z przywitaniem i całusem w policzek. Czekają, lecz nikt nie wchodzi, nikt nie wraca. Cisza. Za drzwiami nie słychać żadnych kroków, żadnych głosów. Nikogo. Ani dziś, ani jutro, ani nigdy.
Bo, jak się okazuje, jest jeszcze druga strona bycia górnikiem. Jest rodzina i są bliscy, którzy czekają. Bo przecież życie trwa, bo trzeba mężowi koszulę na niedzielę wyprasować, bo ziemniaki się gotują, bo na patelni skwierczy schabowy w panierce – tak, jak on lubi – z buraczkami na ciepło. Może zje dwie porcje? - myśli żona z nadzieją.
Może... Może...
A może nałożysz mu na talerz i będziesz czekać. Nałożysz, a po trzech dniach tą breję zsuniesz z talerza do kosza ze śmieciami. Potem i talerz ciśniesz i bezsilna opadniesz na kolana przed tym koszem i będziesz płakać, jak jeszcze nigdy w swoim życiu. Nie ma go i wiesz, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Nawet ty. Staniesz się cieniem życia i wieczną tęsknotą. Nie uprzątniesz szafy z jego rzeczy. Nie oddasz ani jednego ciucha, który nosił, ani jednej pary butów, w których chodził.
Naiwnie wierzysz, że kiedyś wróci...
Czytanie historii zawartych w „Górnikach” przytłacza. Może nie tyle same słowa i tekst, lecz ich odniesienie do siebie i do życia. Czytasz i zastanawiasz się co by było, gdyby to twój mąż pracował w kopalni? Jak sobie poradzić z brzemieniem samotności, gdy praca pochłania twoją miłość i zamyka ją w trumnie? Gdyby tak było, to jak byś to przyjęła? Jak byś z tym żyła? Kochając męża i żyjąc w permanentnym strachu o niego? Z tym codziennym wyczekiwaniem, jak w zegarku, czy wróci, czy nie i kiedy i co się stało, jeśli nie czułaś tąpnięcia ziemi?
Niewiele książek budzi takie emocje, a „Górnicy” łapią od pierwszych zdań. Wrzucają cię do wózka z węglem i mkniesz nim ufając w ich rozwagę. Pod ziemią trzeba uważać na siebie i resztę. Tu panuje jedność za nic mając sobie hierarchię, czy stanowisko. Dlatego nigdy nie ginie jeden, lecz zawsze kilku, razem, w jednym miejscu...
Czytanie reportaży o ludziach, których już nie ma zgniata duszę. Przytłacza cię świadomość, że coś, co niby wiesz, czy widziałeś, teraz masz przed oczami. Że nie czytałeś nigdy o górnikach i ich pracy, czy życiu na powierzchni. Że nigdy słowa „górnik” nie łączyłeś ze słowem „człowiek”, dlatego czujesz pulsowanie każdego zdania. Personalizujesz się i z nimi i z ich bliskimi. Stajesz się górnikiem, by za chwilę stać przy kuchni, jako kobieta. Bo ten zawód – jak każdy – ma dwie strony. Jest i ta przemilczana – rodzina. Jest i ta milcząca – żona.
Ale – tli się w tobie ognik nadziei – naiwnie wierzysz w Skarbnika. Że ochroni, że jest i że dobrze, że jest. Ufasz mu i wierzysz w sens i wartość pracy. Każdej pracy.
Niebywała jest ta książka. Z gatunku tych, które odczarowują myślenie i otwierają oczy.
Polecam koniecznie do niespiesznego czytania, do zadumy i rozmowy nawet we własnym wnętrzu.
dziękuję Sztukater za egzemplarz do recenzji
#agaKUSIczyta
„GÓRNICY. Opowieści spod ziemi” Tadeusz Biedzki
Wydawnictwo Bernardinum
Zacznę od razu, bez wstępu, który zarzucałby haczyk na czytelnika. Dlaczego? Zbyt wiele słów i przemyśleń kłębi mi się w umyśle, by zwlekać z ich wypowiedzeniem. Już podczas czytania zastanawiałam się nad życiem sensu stricte pytając samą siebie - kto go ceni? Kto ponad wszystko dostrzega czas? Czas -...
2024-05-08
„Oko słonia”
...po lekturze tak wiele słów ciśnie mi się na usta. Zbyt wiele, by wykrzyczeć je jednocześnie. Zbyt wiele, by mówione jednocześnie miały jakiś szyk, sens, czy właściwą sobie kolejność. Dlaczego? Głębokimi wdechami i długimi wydechami łapię spokój, wyciszam rozemocjonowane myśli i mówię – składnie, acz wyraźnie i dobitnie akcentując każde słowo. Bo „(...) kiedy znajdziesz właściwe słowa, to tak, jakby świat nabierał ostrości”.
Czym jest „Oko słonia”? „Oko...” to książka, z której patrzą na ciebie oczy – jeno oko należy do człowieka, drugie zaś do zwierzęcia. Do wielu zwierząt, tych zagrożonych, cennych mieszkańców Afryki, które proszą o życie. O życie TERAZ, bo to „teraz” ma szansę na BYCIE i kiedyś. „Oko...” to oddechy zwierząt, które człowiek czuje na skórze. To oddechy potrzebujących pomocy, słabych, smutnych i częstokroć głodnych ssaków, które płaczą. Płaczą w powolnej agonii. Chcą żyć, a są zagrożone. Ich trwanie zależy od tak wielu czynników, przy czym najbardziej zatrważającym i najbardziej wrogim jest człowiek. Człowiek ze strzelbą na nich wycelowaną.
Jeden strzał, jedno życie mniej.
Trzeba to ukrócić.
Trzeba zakończyć.
Kłusownicy tworzą czarny rynek, a ten rządzi się własnymi regułami i zasadami, a co najgorsze – podbija ceny narzucając w ten sposób trend temu, co trudne do zdobycia. Czarny rynek podjudza towarami.
Jest mięso, kości, futra, kamienie – wszystkim można handlować, a zyski przesłaniają prawdę. Zyski i bogacenie się dowartościowują i handlarzy i fałszerzy, oszustów i kłamców.
Jednak... „Oko słonia” nie jest tak naprawdę o słoniach. I nie zgadzam się z tymi, co piszą o tej książce używając słów „piękna”, czy „zachwycająca”. Ta książka jest przeokropna, bo PRAWDZIWA. Jest okropna, bo AUTENTYCZNA. Ta książka to świadek tego, jak wygląda świat przysypany piaskiem i ziemia wysuszona długotrwale prażącym słońcem. To obraz tego, czego nie znamy. Delia i Mark Owensowie stawiają cię z zasłoniętymi oczami przed obrazem i własnymi słowami opisują ci go w sposób, który odbierasz zmysłami. Wyłączasz wzrok, włączasz duszę. I choć czasem ich głos tłumią łzy, bo świadomość tego co zostało zrobione, a jeszcze MUSI być jeszcze podjęte – odbiera im siłę.
Jednak Owensowie to też przewodnicy, bo „Oko słonia” można czytać i w ten sposób. Ta książka to niemalże mapa z opisami, ale i podręcznik i encyklopedia i atlas. To konglomerat treści i znaczeń i każdy wyłapie tu coś, czego szuka i potrzebuje.
„Oko słonia” to też poradnik – dlaczego? Bo znajdziesz tu słowa, które budują ludzką psychikę, dają wiarę w siebie i w to, co się robi nawet wówczas, gdy jest mała szansa powodzenia. To poradnik uczący powstawania z kolan i walczenia, do otrzepywania kurzu z nóg i pokazywaniu dalszej drogi. Bo w tej książce chodzi o CZŁOWIEKA! Tak - bezsprzecznie o człowieka. O „human being”, o humanitarność. Bo majestat i godność zwierząt będzie, jeśli i myślenie człowieka takie będą. Jest równość gatunków, trzeba jej bronić i walczyć w imię życia. Takie jest – według mnie – przesłanie i trzon „Oka słonia”.
Nie ma akceptacji na nienawiść do bezbronnych, na cierpienie, czy łzy bólu tych, którzy niczemu nie są winni.
„Przeklinaj śmierć. Niesprawiedliwie jest nam wyznaczona.
Błagaj bogów, niech dadzą lekkie umieranie.
Kim jesteś, te trochę ambicji, pożądliwości i marzeń
nie zasługuje na karę przydługiej agonii.
Nie wiem tylko, co możesz zrobić, sam, ze śmiercią innych
dzieci oblanych ogniem, kobiet rażonych śrutem, oślepłych żołnierzy,
która trwa wiele dni, teraz, tu, obok Ciebie.
Bezdomna twoja litość, nieme twoje sławo
I boisz się wyroku za to, że nic nie mogłeś”
Czesław Miłość „Twój głos”
#agaKUSIczyta
„Oko słonia”
...po lekturze tak wiele słów ciśnie mi się na usta. Zbyt wiele, by wykrzyczeć je jednocześnie. Zbyt wiele, by mówione jednocześnie miały jakiś szyk, sens, czy właściwą sobie kolejność. Dlaczego? Głębokimi wdechami i długimi wydechami łapię spokój, wyciszam rozemocjonowane myśli i mówię – składnie, acz wyraźnie i dobitnie akcentując każde słowo. Bo „(...)...
2024-04-09
Są książki, których fabuła zatrzymuje cię i zmusza do notorycznego myślenia o tym, co wyczytałeś. Są książki, które budzą w ciele emocje o jakich nie miało się pojęcia. Takie książki łapią od pierwszych zdań, by potem już trzymać za nos tego, kto czyta z rozpaloną od emocji twarzą. Takie są bezsprzecznie „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak, ale, ale. Zawsze jest to ale, które jakoś dobrego nie wróży.
„Chłopki” bowiem trzymają przy sobie do samego końca, lecz patrząc potem perspektywicznie, trudno nie wyzbyć się uczucia, że ta publikacja mogłaby być o połowę cieńsza. Dlaczego? W każdym niemalże rozdziale powtarzane są niektóre kwestie. I nie ma znaczenie tytuł owego rozdziału. O dorastaniu i edukacji i kobiecych obowiązkach koło gospodarstwa, jakie już dzieci na siebie biorą jest ciągle. I choć już wiesz, że tak było, to autorka i tak co kilkanaście stron ci o tym przypomina. Nie inaczej jest z wieloma innymi aspektami wiejskiego życia. Dorastanie, gwałty na nieświadomych niczego dzieciach, okres kobiecości, czy starzenia się to jedno pasmo biedy, czasem nawet głodu, pracy i obowiązkach – obowiązkach wobec mężów, księży, czy gminy. Wielodzietność był powszechna, dzieci wychowywały się same – starsze zajmowało się młodszym, a matka najczęściej był w kolejnej ciąży lub piastowała najmniejszego berbecia, które trzeba było karmić piersią. Panowała bieda, ziemia grymasiła i dawała różne plony. Rodziny nie dorabiały się, a wprost przeciwnie – egzystowały z dnia na dzień.
Kobiety miały dni od świtu wypełnione pracą.
Młode kobiety miały stare twarze.
Młode kobiety miały męskie, twarde dłonie.
Młode kobiety w chustach na głowach, schowanych pod nimi włosami, ogorzałymi twarzami naznaczonymi zmarszczkami – taki ich obraz ciągle do ciebie powraca.
Kobiety, o których czytasz i którym teraz nie możesz pomóc. Kobiety, które podziwiasz i przed którymi chylisz czoło, by okazać im należny szacunek. Gdyby nie one, nie byłoby nas. Nas – tak innych od nich. Nie byłoby naszych matek i tego, co teraz mamy. A mamy tak wiele. Sam fakt, że życie na przełomie stu lat zmieniło się tak diametralnie w jakiś sposób uzmysławia nam własne szczęście.
Pierwsze przekroczenie progu wiejskiej chaty boli i dźga nożem gdzieś w środku. To jak wejście do pustego, grającego ciszą domu, bo nikogo tu nie ma, bo cała kilkuosobowa rodzina pracuje gdzieś na zewnątrz. Może są w polu przy ziemniakach? Myślisz. Może pasą zwierzęta? Może któraś pierze ciuchy, których nigdy nie ubywa, a codziennie dorzucane są nowe, przepocone i pobrudzone? Może któraś poszła w pole po jakieś warzywa, by ugotować marną zupę dla wszystkich? …
Cisza i ty. Cisza i moment na ostatnie zaczerpnięcia domowego powietrza.
Zastanawiasz się nad tym, co czytasz i nad sobą jednocześnie. Czytasz o codzienności ludzi, o ich trudzie i o walce z każdym dniem. Tu gorycz miesza się z radością. I nie przekoloryzuję, jeśli powiem, że czujesz się, jak literacki podróżnik po wsiach, którego przystanki wyznaczają rozrzucone niedbale chaty bohaterów (bohaterek). Nie zaprzeczę też, że treść „Chłopek” wchodzi w ciebie wszystkimi szczelinami i otwiera ci oczy na to, co teraz. Ta powieść ma w sobie wiele emocji, zwłaszcza gdy do lektury zasiadają kobiety. Personifikujesz się z treścią, czujesz swędzące czoło od chustki, którą nosiłaś cały dzień, burczy ci w brzuchu, bo kilka ziemniaków zjedzonych w ciągu dnia nie dało zaspokojenia. Bolą cię dłonie od pastucha, na którym pasłaś krowę.
Ale...
Ale patrząc krytycznie, o problemach ze szkołą czytasz co jakiś czas. O analfabetyzmie i zmęczeniu też. O formalnościach związanych ze zwolnieniem dziecka z nauki, czy ogólnym ubóstwie też,a o braku rąk do pracy co kilka stron. Gdyby te powtarzane wiadomości wykreślić, znacznie zmniejszyłaby się ilość stron. Jednak jestem pełna podziwu dla autorki, że poświęciła tyle czasu na grzebanie po archiwach, że wyszperała zdjęcia z tamtego okresu (z dziećmi i kobietami w różnych rolach) i że odbyła tyle rozmów, by móc zapewnić sobie stabilny fundament do powieści.
Ale w pewnym momencie czytanie nuży, a szkoda, bo „Chłopki” są od dawna skąpane w peanach czytelników. By zdobyć egzemplarz w bibliotece, trzeba się uzbroić w długotrwałą cierpliwość. Dlatego sięgając po nią spodziewałam się czegoś, co mnie sparaliżuje. Moje babcie wychowały się na wsi, podobnie moi rodzice, którzy (już razem) przenieśli się do miasta. Wszystkie uroki wsi znam i to, o czym czytam w „Chłopkach” nie stanowi dla mnie nowości, czy odkrycia. Wieś wspominam z sentymentem. Mając świadomość, że wszystko się zmienia, siłą rzeczy i nasze losy muszą uleć metamorfozie. Ale czy nie lepiej o wsi sprzed lat i o chłopkach z tamtego czasu nie czytałoby się w powieści? W beletrystyce? W książce bazującej na faktach, a nie tylko suchych danych?
#agaKUSIczyta
Są książki, których fabuła zatrzymuje cię i zmusza do notorycznego myślenia o tym, co wyczytałeś. Są książki, które budzą w ciele emocje o jakich nie miało się pojęcia. Takie książki łapią od pierwszych zdań, by potem już trzymać za nos tego, kto czyta z rozpaloną od emocji twarzą. Takie są bezsprzecznie „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak, ale, ale. Zawsze jest to ale,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-01-30
Nie przypadkowo ta książka trafiła do mnie akurat teraz. W dniu, w którym obchodzona jest 79-ta rocznica wyzwolenia Auschwitz (27 stycznia). Przypadek? Może, ale jakże to się wszystko z sobą nieświadomie, zrządzeniem losu pokryło i uzupełniło wzajemnie. Czytam o ludziach, którzy niemalże 80 lat temu cierpieli w obozie w Oświęcimiu. O ludziach, którzy za każdy dzień życia dziękowali, bo tu nic nie było pewne. Pewna była jedynie śmierć i głód, który permanentnie żarł od środka, który wkręcał się w trzewia i bycie i codzienność. Głód, który osłabiał i decydował o przetrwaniu, o przeżyciu.
„(...) Matka weszła, wnosząc na tacce talerz jakiejś pysznej domowej zupy, czy kaszy na rosole... Złociły się liczne, delikatne, świecące kółka...
-Jedź synuś... Przecie musisz powrócić do sił!...
-Za dobre...”
Bo jak jeść, skoro on tu, oni tam, wokół kubłów, ze swoimi menażkami, w kolejce po wodę z jarzynami. Jeść łyżką ciepłą zupę, z kółkami tłuszczu na wierzchu, to obraza tamtych, którzy zostali za drutami kolczastymi. Obraza współwięźniów. Ale zmusza się, przełamuje, oszukuje czas i rodziców. Chce to spisać, spisać, co jeszcze może, co pamięta, co da radę, bo już niedługo umrze. Je, by mieć siłę trzymać długopis. Tylko dlatego zjada to, co przynosi mu zatroskana matka. Pisze dziennik wspomnień z tego, co było i co przetrwał. Stłuczona przez uderzenie nerka nie da się wyleczyć, dni są policzone. Organizm cierpi, jest słaby, stopniowo niszczą się kolejne organy. Igłą wprowadza się w niego glukozę, strychninę, kamforę i środki nasercowe.
A co przeszedł przez jedenaście miesięcy gehenny obozowej?
Wszędobylskie wszy, nocne moczenie siennika przez współtowarzysza, krzyki nie dające spać. Zimne kąpiele w zimie, apele na boso, bez względu na stan zdrowia i pogody. Brak świeżej bielizny, ciepłych ubrań, jedzenia. Brak wszystkiego. Do tego kary i bicie, które było na porządku dziennym, za wszystko. W obozie całym jestestwem, tym co jeszcze pozostało z człowieka, tą resztą siebie, miało się świadomość, że przeżywa się właśnie coś więcej niż własną śmierć.
A ludzie? Ludzie w Oświęcimiu ulegają paskudnej demoralizacji. Stają się szpiclami, donosicielami, nikczemnie wysługują się drugim. Człowiek staje się zwierzęciem w ludzkiej skórze, ludzkim zwierzem, któremu zmienia się nawet charakter.
O tym wszystkim pisze on, ocalały niepotrzebnie, były więzień. On, młody chłopak o wyglądzie starca. On kościotrup. Chce puścić w obieg te zapiski, chce, by przechodziły z rąk do rąk i by każdy dowiedział się, co skrywają druty kolczaste obozów zagłady, co robiono w krematorium, jak zabija się ludzi za życia.
„Oświęcim. Pamiętnik więźnia” jest hołdem złożonym dla tych, których już nie ma, dla ocalałych i dla żyjących także, dla tych ostatnich szczególnie. Upamiętnia zmarłych dając im możliwość życia wiecznego w naszej pamięci. Pamiętnik jest o nich, ale o nas też. W tych spisanych wspomnieniach słyszysz nie tyle grę orkiestry stojącej przy bramie Oświęcimia. Te słowa układają się w harmonijny zapis nut na pięciolinii, które tworzą melodię, muzykę, wspaniały koncert ku czci. Ku czci wszystkich.
Treść tej książki wykracza poza okładki i przenika w ciebie. Puchniesz od emocji, smutku i żałoby Nie możesz zapomnieć o tych ludziach, którzy w swoim życiu napotkali wojnę. Przyszłość miała należeć do nich…
„Oświęcim” scala się z tobą. Przewierca myśli i duszę.
Jestem dumna z posiadania takiej książki.
„Znowu liczę, liczę, liczę, liczę, liczę życie.
Tyle miałam, tyle miałam, tyle mi umarło.
Tyle miałam, tyle miałam, tyle mi zostało.
Czy to dużo, czy to dużo, czy to jest mało?(…)”
Kora
#agaKUSIczyta
Nie przypadkowo ta książka trafiła do mnie akurat teraz. W dniu, w którym obchodzona jest 79-ta rocznica wyzwolenia Auschwitz (27 stycznia). Przypadek? Może, ale jakże to się wszystko z sobą nieświadomie, zrządzeniem losu pokryło i uzupełniło wzajemnie. Czytam o ludziach, którzy niemalże 80 lat temu cierpieli w obozie w Oświęcimiu. O ludziach, którzy za każdy dzień życia...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-11-30
Co napisać o książce, która nie ma akcji? Ma swój gwóźdź, niemalże osadzenie, ale toczy się wokoło ciszy, zamyślenia i analiz. Krąży wokół planszy do gry go, na której rządzą dwa kolory, biały i czarny. Krąży wokół graczy i ich zachowań. Dwóch mistrzów zasiada do pojedynku życia, a swój los oddają w ręce przeznaczenia.
„Meijin. Mistrz Go” to hybryda poradnika psychologicznego, powieści w stylu slow i dziennika gracza. Kanwą powieści jest rozgrywana w 1938 roku półroczna partia gry go pomiędzy dwudziestym pierwszym Honinbō – pełnym godności i niepokonanym dotychczas mistrzem Shūsai, a młodszym i utalentowanym pretendentem do tytułu Ōtake. Takie wydarzenia mają swoje zasady i regulamin, którego muszą przestrzegać zarówno uczestnicy stający ze sobą w szranki, jak i zebrani widzowie. To prawie ceremoniał o wielkim znaczeniu. Mistrzowie go są szanowani, oddaje się im pokłony uznania i stanowią pewnego rodzaju cenioną osobowość. Są znani, a ich umiejętności stale wychwalane. Tu przy jednej planszy spotykają się mistrz i zdolny Otake. Shusai należy do „starej gwardii”. To starszy pan, który osiadł w przeszłości. Kultywuje to, co zostało zduszone przez nowoczesność i teraźniejszość. Odstaje od tego świata, staje obok tego, co ono narzuca, nie pasuje tu. W przeciwieństwie do rywala, który bawi się grą zaniżając nieco jej dostojeństwo.
Dwóch graczy, dwie osobowości, dwa podejścia do gry go.
Dwóch rozgrywających, jak biały i czarny. Kontrast.
Ysunari precyzyjnie pokazuje konflikt pokoleń i ścieranie się tradycji. Na jednej z szal kładzie przeszłość, na drugiej teraźniejszość i co? Okazuje się, że znacząca jest chwila obecna. Starość odchodzi, ulatuje wręcz. Mało kto nosi w sobie poszanowanie dla przeszłości. Widać to wyraźnie na przykładzie graczy. Młodość i starość przy jednej planszy. Irytacja i spokój. Nerwowość i zamyślenie. Opieszałość i analiza. Bylejakość i precyzja.
Autor historią rozgrywanej partii go pokazuje, jak ściera się historia z nowoczesnością. Pokazuje jak odchodzi świat kiedyś obecny, jak staje się historią i jak tradycja kultywowana od lat zostaje wyparta przez młodych. Obecne czasy stawiają jednostkę ponad wszystko i można odnieść wrażenie, że jej wolność nie posiada żadnych ograniczeń. Pozostającym w tyle okazywana jest obojętność, a nowoczesność próbuje reorganizować obowiązujące i od lat kultywowane tradycje. Mistrz Shusai odchodzi do lamusa. Gra, do której podchodzi z należnym jej respektem nie cieszy jak kiedyś, bo staje w obliczu nieuchronnych zmian.
Ta z pozoru tylko kronikarsko opisana historia z subtelnością przenika w czytelnika. Nie trzeba znać zasad gry Go, by poczuć spokój w sobie, wyciszenie godne mistrza. Jego oczami patrzysz na rywala, który biega do toalety, nerwowo tika, czy niecierpliwi się czekaniem na swój ruch. Mistrz nie odnajduje się w tych nowych czasach. Staje się starym outsiderem, który nie potrafi zaakceptować zmian. Ma z nimi problem. I może dlatego ta partia staje się ostatnią?
Ysunari pisze oszczędnie, acz elegancko i w pewien sposób skrótowo. Nie wnika w odczucia. Stara się stać z boku. Staje się kimś na kształt obserwatora starcia dwóch mistrzów, kimś, kto relacjonuje rozgrywkę. Uczucia w tej powieści odnajduje czytelnik.
Czytanie „Mistrza go” to pewnego rodzaju uczta japońska. Wysublimowana, perfekcyjna i urokliwa.
Zmienia postrzeganie otoczenia i ludzi na zawsze.
#agakusiczyta
Co napisać o książce, która nie ma akcji? Ma swój gwóźdź, niemalże osadzenie, ale toczy się wokoło ciszy, zamyślenia i analiz. Krąży wokół planszy do gry go, na której rządzą dwa kolory, biały i czarny. Krąży wokół graczy i ich zachowań. Dwóch mistrzów zasiada do pojedynku życia, a swój los oddają w ręce przeznaczenia.
„Meijin. Mistrz Go” to hybryda poradnika...
2023-10-13
Można pisać o ludzkich dramatach w dużych miastach. Można bohaterów swoich książek tak bardzo wciskać w szarą codzienność, że ci wpadają w depresję, w zgorzknienie i wieczny niedosyt bycia kimś innym nie w tym miejscu. Można, poprzez postaci książkowe leczyć siebie, co stosuje wielu pisarzy. Ale… Ale można pisać, jak Bogdan Frymorgen i pokazywać ową codzienność zwyczajnie i bez oceny. Można wrzucać ją w ramy okna i obserwować, by tym samym czytelniczo przepaść.
Tu każda miniatura to element dużego obrazu, który misternie składasz z tekstów. miniaturę obok miniatury, by pasowały brzegami, aż do końca...
Jego życie przekrojone jest wielkim nożem. Dwie połowy człowieka. Dwa oblicza, które przywdziewa w dowolny sposób. Jest Polakiem w Anglii. Jest Polakiem, który od lat mieszka w Londynie, i który tę ziemię kocha. Nie tęskni za ojczyzną. On jest tu, cały. Jest u siebie. Taki jest Bogdan Frymorgen. Chodzi ulicami miasta i zbiera kamyczki z dróg, jakie przeszedł i którymi stale podąża. Przynosi owe zdobycze do domu i układa jeden obok drugiego. Mały kamyczek obok drugiego, jest ich coraz więcej, a razem ważą tyle, co wielki głaz. Ale to one. To zatopione w czasie punkty, jak ważka w bursztynie.
Oto stajesz się nim, by w weekendy stawać się nią. Pięć dni jesteś kimś, kim musisz, ale dwa dni plus piątkowy wieczór są inne. Sięgasz do innej szuflady, wyciągasz inne ciuchy, siadasz na łóżku i naciągasz nowe pończochy na nogi. Malujesz oczy, szminką pociągasz uśmiechnięte usta.
Jesteś starszym panem chodzącym każdego dnia do pobliskiego sklepu. Szurasz starymi nogami i stajesz na krawężniku, bo wzrok nie ten, a słuch na starość często zawodzi. Czekasz na pomocne ramię kogoś, kto we własnym pędzie życia dostrzeże cię i pomoże ci przejść przez ruchliwą ulicę.
Stajesz twarzą w twarz z napastnikiem, który kawałkiem rury z rusztowania uderza cię w sam środek głowy. I coś pęka, słyszysz, że pękło, ale stoisz. To chyba nie twój mózg, myślisz. Nie, nie tym razem… jeszcze żyjesz. Żyjesz… I to jest najważniejsze. Wdech, wydech. Jesteś. Czujesz. Po policzkach spływają ci łzy szczęścia. Życie… Twoje życie nadal trwa.
Taki jest świat, który otacza autora. Wystarczy jeden moment, jedno spojrzenie oczu, dwa słowa. Każde z opowiadań jest miniaturą codziennego życia. Odrębne historie wymalowane na makacie, którą niewielkimi pineskami rozpinasz w sobie. To obraz człowieka z wszystkimi wadami i zaletami, nie inaczej.
To drobne zdarzenia, które nagle nabierają znaczenia. Stają się majestatyczne. Samotność tkwi w czterech ścianach, jest zsuwana w cień wstydu, a to przecież duża bomba i ciężar. Starość nie jest brzydka, nie jest niepotrzebna. Jest i niech trwa.
Bogdan Frymorgen, jak Leonard Cohen, „(…) stawia prostotę słowa nad intelektualnym bełkotem. To umiejętność, której zaczyna nam brakować. Tracimy podstawowe akordy”. Pomiędzy „Miniatury…” wsuwasz swoje czytelnicze łzy, jedna po drugiej. Ludzie i historie i miejsca tak bardzo wnikają w twoją czytelniczą duszę, tak wżerają się w umysł, że nieświadomie szlochasz. Coraz szybciej bije ci serce, coraz bardziej gorycz puchnie w gardle. Czytasz, a litery rozmywają się przed oczami.
Krew, cierpienie, radość z życia i z kolejnego łyku kawy, jaki jest ci dany.
Kalejdoskop emocji, od których nie możesz się uwolnić. One wnikają w ciebie. Bo „Miniatury londyńskie” są tak naprawdę o nas. O ludzkich psychikach, marzeniach i pragnieniach. To ubrane w słowa losy ludzi, którzy mieszkają w naszym bloku, w domu za miedzą, czy w wielkich willach odgrodzonych tujami. To ludzie z miast i wiosek. To świat, ot po prostu. Bogdan Frymoergen napisał książkę, która rozdziera wnętrze, szatkuje je. Nie stroni od bólu, nie łagodzi tekstem tego, co ma swoją brutalność i co rani do krwi. Pisze szczerze, otwarcie i autentycznie, a to jest niebywałą wartością tych miniatur. Jest i śmierć i uratowane życia. Jest bezsilność, zagubienie, ale i czuła dłoń w twojej dłoni i spacer i radość. Jest żal i szczęście. I pomoc…
Jest życie.
Dziękują za te historie.
#agaKUSIczyta
Można pisać o ludzkich dramatach w dużych miastach. Można bohaterów swoich książek tak bardzo wciskać w szarą codzienność, że ci wpadają w depresję, w zgorzknienie i wieczny niedosyt bycia kimś innym nie w tym miejscu. Można, poprzez postaci książkowe leczyć siebie, co stosuje wielu pisarzy. Ale… Ale można pisać, jak Bogdan Frymorgen i pokazywać ową codzienność zwyczajnie i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-09-07
Któż z nas nie zna emblematu YSL? Za inicjałami kryje się skromny Yves Saint Laurent, który spełniając własne marzenia stał się jednym z największych kreatorów mody na świecie. Przy czym on tą modę zmienił, unowocześnił, wyzwolił ze wzorców i ram, a haute couture wniósł na piedestał prawdziwej sztuki. Już jako siedemnastolatek, ściskając w ręku teczkę własnych, amatorskich rysunków, przybył do Paryża, gdzie wziął udział w konkursie na projekt sukienki koktajlowej. Wygrał, a wtedy też otworzyły się drzwi do... do raju świata Christiana Diora. Młodziutki, bo zaledwie dwudziestojednoletni YSL zostaje głównym projektantem firmy.
To spełnienie marzeń, które pociąga za sobą wiele pracy, ryzyka i rezygnacji – z życia prywatnego. Jednak praca to pasja. Dla młodego Yves to nie obowiązek – to przyjemność i radość. To artystyczne zatracenie i niewyobrażalna fobia, wręcz trans bliski odurzeniu.
Jako dziecko, w szkole przeżył poniżanie, bicie i kpiny ze strony kolegów. Miał inne gesty, był wrażliwy i nieco wycofany. Był homoseksualistą, do czego przyznał się kilka lat później. Z tej racji nie powołano go do wojska, a wrzucono do szpitala psychiatrycznego w jednej z dzielnic Paryża. Zapytasz, czy to z powodu orientacji seksualnej? Trochę tak, jednak głównym powodem były stany depresyjne YSL. Zaaplikowano mu elektrowstrząsy oraz zbyt dużą dawkę leków z substancjami psychoaktywnymi, co było nie tyle, że nieskuteczne, to jeszcze stało się zaczątkiem zaburzeń psychicznych. Zdrowie stało się też wyznacznikiem jego dalszych dróg życia i podejmowanych decyzji. Odszedł z Diora i mając (zaledwie) dwadzieścia pięć lat otworzył swój pierwszy butik (był 4 XII 1961r.), a już w styczniu następnego roku odbył się tu pokaz mody.
YSL w ciągu zaledwie piętnastu dni potrafił wykonać 600 szkiców nowej kolekcji. Pomysły w nim kipiały. Był skrupulatny, innowatorski i odważny. Kochał pracę. Żył nią. Wdychał ją i się nią dosłownie żywił.
Pomiędzy zawodowymi spotkaniami poznał Pierra Berge, z którym związał się i finansowo i prywatnie. Pierre był jego przeciwieństwem. Był mężczyzną niskim, porywczym, bezwzględnym i kontrolującym wszystko wkoło. Do tego tak zdeterminowany, że bez względu na koszty parł by zdobyć życiowy sukces. Kierował firmą YSL i wyniósł ją na szczyt. Butiki powstawały na całym świecie. Zajmował się finansami, podczas gdy Yves pracował nad projektami. Gwiazdy kina ubierały się w jego stroje, a te potem znikały z wieszaków. Jako pierwszy zaprojektował marynarki dwurzędowe, spodium, czy trapezowe sukienki. Oswobodził damską sylwetkę. Często wzorował się na mistrzach płótna, jak choćby van Goghu. Śledził rynek, co miało swój przerzut na ciuchy, jakie wychodziły spod jego mistrzowskiej reki. Raz były hafty, potem cekiny, czasem drobne inkrustacje, a wszystko to gustowne i smaczne.
I mogłabym tak pisać o nim. O tym, jaki był podczas tworzenia, a jaki poza enklawą pracowni, gdy miały do niego dostęp demony, narkotyki i alkohol. Mogłabym pisać o nim, jako twórcy i o nim, jako chłopcu, który dorósł lecz w duszy zachował młodzieńczą niewinność i dziecięcą beztroskę.
Spełnił marzenia lecz one przyczyniły się do jego choroby. Przerosły go talent i sukcesy...
Zmarł w wieku siedemdziesięciu jeden lat.
1 czerwca 2008 roku odszedł Mistrz Mody.
Ta książka to perełka godna YSL. Są tu zdjęcia, historia kreatora oraz jego rozwój zawodowy, a wszystko to prowadzone niebywałym monologiem narratora. Jest i życie prywatne, spoza kulis i spoza wybiegów. Są jego muzy i on sam. Są ciekawostki, są niuanse dotyczące jego osoby i życia. A to wszytko tak porywające i tak piękne, że czujesz się oniemiały. To opium dla czytelnika. To przygoda z modą i światem kolorów. To przyjaźń z wizjonerem i mistrzem. To radość z bycia gdzieś, gdzie się nigdy nie było...
#agaKUSIczyta
Któż z nas nie zna emblematu YSL? Za inicjałami kryje się skromny Yves Saint Laurent, który spełniając własne marzenia stał się jednym z największych kreatorów mody na świecie. Przy czym on tą modę zmienił, unowocześnił, wyzwolił ze wzorców i ram, a haute couture wniósł na piedestał prawdziwej sztuki. Już jako siedemnastolatek, ściskając w ręku teczkę własnych, amatorskich...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-08-07
Patrząc na tytuł książki Mateusza Gradowskiego, można BŁĘDNIE nastawić się do niej nader sceptycznie. Myślisz sobie „Tak! Rzuciłem korpo, wielkie mi aj waj, jakby było się czym chwalić”. I z pewnością szybko nie będziesz chciał po nią sięgnąć. Będziesz ją przekładał z półki na stolik, ze stolika na łóżko, potem położysz na stosie innych książek, przykryjesz innym tytułem, ale ona zawsze gdzieś pod ręką jest. Aż przyjdzie taki moment, że pewnie dla świętego spokoju weźmiesz ją do ręki i zaczniesz czytać.
Wszystko ma swój czas.
Przepadasz, a nos zanurzony pomiędzy stronami sprawia, że … ciałem na kanapie, lecz głową podróżujesz.
A w czym rzecz?
Mateusz Gradowski znalazł się w martwym punkcie swojego życia. Pracownik wielkiej korporacji, którego dzień nie różnił się od dnia, gdzie już nic innego nie potrafił z siebie wykrzesać, nic więcej osiągnąć, niczym zabłysnąć. Frustracja w nim narastała, dochodziło przygnębienie i typowe pytania – co dalej? Czy tak będzie zawsze? Dzień po dniu bez końca? I gdyby nie ten wielomyślowy bagaż codzienności, nigdy nie zdecydowałby się na nic. A on – z dnia na dzień złożył wypowiedzenie i ruszył. Przed siebie. Dosłownie i w przenośni. Ruszył spełnić marzenie życia. 13 listopada 2017 roku wyjechał z domu bez jakiegokolwiek dalekosiężnego planu na siebie i na przyszłość. Założeniem była podróż dookoła świata, albo prawie dookoła, bo musiał ją przerwać, ALE…
ALE…
Ta podróż była niemalże terapeutyczna. Pomimo wielu przygód, nie zawsze pozytywnych i chcianych, jak choćby pływanie w Morzu Martwym, „pożarcie” karty przez bankomat w Aleksandrii, brak pieniędzy zmuszający do łapania pracy za noclegi, czy chodzenie nago po plaży, zawsze czuł, że żyje. Że życie jest piękne i niebywałe i że nigdy nie da się go poznać doszczętnie. Poczuł wdzięczność za to kim był, dokąd doszedł i co zdobył. Emocje wypełniały go całego. Podobnych wrażeń nigdy nie doświadczył siedząc za biurkiem. Poczuł człowieczeństwo w sobie, poczuł wartość siebie samego. Dostrzegł sens własnego bytu i nauczył się o tym mówić, czego wcześniej nie potrafił i czego nigdy nie robił. Były momenty, że czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, że ten stoi przed otworem i czeka, aż sięgnie po to, co ma do zaoferowania. Były momenty, że czuł iż może dokonać wszystkiego, czego sobie tylko życzy.
Ale były i inne chwile.
„(…) Pod koniec dnia każdy z nas jest w trakcie swojej podróży, czy to fizycznej, czy duchowej, i nasze drogi ostatecznie rozchodzą się znowu. Dlatego też zrozumiałem, jak ważne jest nawet w życiu codziennym, aby nauczyć się być samemu ze sobą. (…) Jeśli to będziemy potrafili, łatwiej będzie nam funkcjonować w społeczeństwie. Dopóki nie będziemy w stanie żyć w zgodzie ze sobą, prawdopodobnie nie uda nam się żyć w zgodzie z drugim człowiekiem.”
Mateusz Gradowski SOBĄ udowadnia, że niemożliwe istnieje po to, by stać się MOŻLIWE. Sam tego doświadczył, sam to poczuł i tego skosztował. Skosztował życia na uczcie, na którą zaprosił go świat. Nie chcę pisać o treści, o miejscach gdzie był, kogo poznał, gdzie było co i dlaczego. Nie o to w tej książce chodzi. Nie o zachwyt Seulem, czy przygodami na kutrze. Tu chodzi o coś więcej, o coś, co czujesz podświadomie, w tle niemalże. Tu chodzi o zmianę – siebie, swojej psychiki, swojego odczuwania i bycia.
„Jak rzuciłem korpo” to podróżniczy poradnik o narodzeniu NOWEGO JA. To psychologiczna przygoda, którą pisała rzeczywistość, a której doświadczył Mateusz. To kompendium wiedzy o człowieku, jego stylu życia, marzeniach i ich łapaniu za nogi. To „laminowana” mapa zapraszająca do podróży, ucztowania i radości. Autor nie wskazuje ci drogi, nie naprowadza, a jedynie proponuje. Uzmysławia ci, że warto kosztować swoje życie, póki się je ma. Że warto ucztować i się nim wręcz delektować. Że na materializmie nie zbuduje się szczęścia, nie na kieracie od poniedziałku do piątku, a na czymś zupełnie innym. Lecz to Mariusz Gradowski poczuł wychodząc zza biurka i zamykając drzwi własnego mieszkania z plecakiem na barkach.
Po roku wrócił.
Inny.
A teraz?
Teraz puszcza energię dalej…
Thomas Jefferson mawiał: „Jeśli chcesz zdobyć coś, czego nigdy nie miałeś, musisz być gotowy robić rzeczy, których nigdy nie robiłeś”.
#agaKUSiczyta
Patrząc na tytuł książki Mateusza Gradowskiego, można BŁĘDNIE nastawić się do niej nader sceptycznie. Myślisz sobie „Tak! Rzuciłem korpo, wielkie mi aj waj, jakby było się czym chwalić”. I z pewnością szybko nie będziesz chciał po nią sięgnąć. Będziesz ją przekładał z półki na stolik, ze stolika na łóżko, potem położysz na stosie innych książek, przykryjesz innym tytułem,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2022-08-16
„ŻYRARDÓW” Przemysław Lis-Markiewicz
/ Strajk kobiet, żydowski strajk Szpularek /
Struktura tej powieści przypomina rozpiętą pajęczynę. Idealna, misterna praca tkacza – pająka, na wzór szwaczek, o których pisze Przemysław Lis-Markiewicz. Ta precyzyjna konstrukcja ma swój punkt, początek, ma centrum, od którego promieniście rozchodzą się łączenia i struktura delikatnej, jak muślin, pajęczyny. Ten środek, to Żyrardów, punkt centralny. Punkt dobra i zła, pracy i biedy, śmierci, ale i życia, chorób i uśmiechów. Kolebka wszystkiego. Żyrardów z Fabryką Włókienniczą, w której w 1885 roku pracowało bez mała 6368 osób (w książce znajdziemy wiele odnośników do bibliografii, z jakiej korzystał autor, a niektóre dane są zawarte w tekście, co przybliża nam ogrom wydarzeń, a tym samym staje się bardziej wiarygodne i odczuwalne). Prócz dorosłych pacowały tu także dzieci do 14 roku życia.
Na owej pajęczynie autor umiejscawia poszczególnych bohaterów powieści, którzy zapętleni we własną młodość, ambicje i gniew, samotnie przyjeżdżają do Żyrardowa. Do tego miejsca, o którym mówi się w superlatywach. Do miejsca, które większości (spoza) jawi się, jako raj ziemi polskiej. Ci nowo napływający najczęściej uciekają z domów rodzinnych. Przyjazd tu, to poniekąd forma buntu wobec żyjących rodziców.
I zjawiają się między innymi Zamenhof, Zygmunt Grudziński, Jana Tenkratova, Eudoksja Mychajliwna Łynduk, czy Johann Piltz... Ci ludzie z obrzeży rozpiętej pajęczyny przyjeżdżają w sam środek – do Żyrardowa. Tu przecież jest dobrobyt, można się nieźle urządzić, zamieszkać, dobrze w życiu ustawić. W końcu, tak mówią ludzie, a ci muszą mieć powód do takich plotek. I zjeżdżają z walizkami pełnymi planów na siebie, ambicji i map świetlanej przyszłości. Jednak zderzenie z rzeczywistością boli. Oj, boli. Podrażnia płuca, osłabia psychikę, budzi niemoc, bezsilność i ból w stawach.
Nie tak miało być.
„ŻYRARDÓW” Przemysława Lisa-Markiewicza jest piękną powieścią, która wymyka się zaszufladkowaniu w przegródce z napisem „powieść”. To książka, kompendium, literacka perełka, która powinna poruszyć nie tyle czytelnika, ile społeczeństwo. Zmusić do rozmów, rozważań i wspomnień jednocześnie. Do przywrócenia faktów oraz pamięci o tych, którzy pracowali w Fabryce Włókienniczej. Musimy oddać im hołd – do tego namawia autor, Przemysław Lis-Markiewicz. Pochylmy głowy nad tymi ludźmi, którzy doświadczyli najgorszego.
Dostrzegam w tym pewien absurd. Obecnie zwalcza się nielegalne fabryki produkujące odzież w Bangladeszu, w których warunki pracy urągają wszelkim ludzkim normom. Czy to nie przypomina Żyrardowa? Każde wyjście do pracy to dniówka, ale i strach o własne życie i zdrowie. Wychodzę z domu, zamykam za sobą drzwi, ale czy do tego domu będzie mi dane wrócić? Czy ponownie otworzę drzwi do własnego domu po zakończeniu zmiany?
Niebywała powieść.
Zatrważa. Otwiera oczy. Rani wnętrze i duszę. Zmusza do wyzbycia się wrażliwości, co robimy głównie w trosce o siebie. Dla własnego bezpieczeństwa. Wiele osób będzie czytać przeżywając wachlarz emocji, które mogą go przerosnąć. Lepiej „odsunąć od siebie człowieczeństwo i współczucie”, stać się biernym obserwatorem tej sztuki pod tytułem „Żyrardów”. Na nie przyjdzie czas po lekturze. Autor autentyczne dane historyczne oraz fakty wplótł w fabułę powieści, którą się dosłownie „połyka”. Autor, jak tkacz stworzył delikatną osnowę wokół ludzi, którzy mieli odwagę. Zaprasza do ciszy, do lektury i do... samotności też.
Ale, jest ale, bo musi być. Przemysław Lis-Markiewicz opatrzył „Żyrardów” własnym wstępem. Według mnie zbytecznym i kompletnie niepotrzebnym. Wyrażając swoją opinię polityczno-historyczną staje się niemalże „nachalnym mentorem mądrości”. Potępia władzę Polski i ustroje, wykłada „własną prawdę” i przekonania i co robi w ten sposób? Segreguje odbiorców tej książki. Przesiewa tych, co po nią sięgną i ją przeczytają. Stąd i moje przypuszczenie, że po „Żyrardów” chwycą nieliczni. A szkoda. Wielka szkoda, gdyż wartość tekstowa i jakość są niedocenione.
Literatura z najwyższej półki.
#agaKUSIczyta
„ŻYRARDÓW” Przemysław Lis-Markiewicz
/ Strajk kobiet, żydowski strajk Szpularek /
Struktura tej powieści przypomina rozpiętą pajęczynę. Idealna, misterna praca tkacza – pająka, na wzór szwaczek, o których pisze Przemysław Lis-Markiewicz. Ta precyzyjna konstrukcja ma swój punkt, początek, ma centrum, od którego promieniście rozchodzą się łączenia i struktura delikatnej,...
Polska jako organizator konkursu Chopinowskiego, misterium muzyki, jaka płynie spod tych czarno białych klawiszy oraz mistycyzm melomanów na całym świecie sprawiają, że nawet amator zareaguje. Muzyka Chopina mami podobnie jak biografia pióra Alana Walkera, która promienieje wdziękiem. Walker zaraża Fryderykiem. Pisze o nim, jak o kimś z sąsiedztwa, o kimś, kto jest przyjacielem, z którym się dorasta.
Już na początku lektury twoja fascynacja zaczyna generować pytania. Pytania, które jak nuty osiadają na pięciolinii rozpiętej ponad myślami- skąd się wziął talent w ciele tego chłopca, jedynego syna pastora Chopina? Kim był ten osesek dorastający obok trzech sióstr? Ten malec w spodenkach o słuchu niebywałym i zmysłach wymykających się wszelkiej wierze...?
Oto niespełna ośmioletni chłopiec zasiada do pianina. Ubrany w stylu małego angielskiego dżentelmena, z krótkimi pantalonami i szerokim kołnierzem z białej koronki. Ten blask wokół szyi kontrastuje z ciemnym aksamitem tużurki, co tylko podkreśla szyk i dostojność. Ze sceny bije klasa i szacunek wobec zebranej publiczności. Nie omieszkam szybko dodać, że z wiekiem owa pedanteria wyglądu przeszła u Chopina w niemalże obsesję.
A teraz, ten malec, okrywając przed publiką swój kunszt oraz poszanowanie dla muzyki, okazuje się być wirtuozem o króciutkich nóżkach i duszy dorosłego warto dodać, że od 1823 roku porównywano go do Liszta. Stał się „polskim Mozartem”, objawieniem wyjątkowości.
Podobnie rzecz się ma w przypadku Alana Walkera, który z fragmentarycznych danych stworzył prawdziwie piękny obraz Chopina. Z tej rozsypanej układanki suchych faktów ułożył misterną Biografię, która – na wzór i podobieństwo Fryderyka – jest „literacką wirtuozerią”
Fascynuje to, co odsłania autor – że w duszy Chopina żyła nie tylko muzyka. Ten chłopiec skrywał w sobie talenty także malarskie i pisarskie. Za życia notował myśli, czy wydarzenia. Skrobał żartobliwe notatki i spostrzeżenia pełne żartów. Z tych jego słów czasem też spływała samotność i ból ciała, które z upływem lat traciło siłę i wigor.
Żył 39 lat, o czym Walker pisze już na początku. I aż trudno uwierzyć, że tak krótki żywot dał takie owoce. Wydaje się, że Fryderyk żył łapczywie, że był głodny tego życia i żył ponad normę. Że ta dusza w nim nie szła spać. Że wszystko w nim grało.
W „Chopinie” Walker skrupulatnie odtwarza tło tamtych lat. Maluje wydarzenia historyczne, sięga po patriotyzm i polskość, a także po tradycję. To wszystko wpływało na rozwój Fryderyka, na jego relacje, wrażliwość, czy myśli. To wszystko wpływało na muzykę.
Walker ożywia Chopina, sprawia, że ten staje się mężczyzną z krwi i kości.
Lecz w tej publikacji bohaterem jest nie tylko Fryderyk. W tej książce bohaterem jest też sam autor, który staje w najbliższym cieniu Wirtuoza i pisze... Pisze nutami. Łapie je w swej ulotności i układa na kartach papieru.
#agaKUSIczyta
Polska jako organizator konkursu Chopinowskiego, misterium muzyki, jaka płynie spod tych czarno białych klawiszy oraz mistycyzm melomanów na całym świecie sprawiają, że nawet amator zareaguje. Muzyka Chopina mami podobnie jak biografia pióra Alana Walkera, która promienieje wdziękiem. Walker zaraża Fryderykiem. Pisze o nim, jak o kimś z sąsiedztwa, o kimś, kto jest...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to