-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać388 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać7 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać13 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać12
Biblioteczka
Kobieta wszystko zrobi dla miłości... Pewnie tak, czasem nawet nie tyle dla mężczyzny, w jakim się zakocha, ale dla dziecka. Dla własnego dziecka, które jest wynikiem wielu wypadkowych i wielu marzeń i jest… jej dzieckiem. Dzieckiem idealnym. Ale myśl o dziecku przychodzi potem, bo przychodzi prędzej, czy później. Ale najpierw jest młodość i praca i ambicje do bycia kimś, gdzieś z kimś...
i o tym jest w pobieżnym zarysie powieść „Prawdziwi Amerykanie” Rachel Khong. O tym i o wielu innych wypadkowych, które zmuszają do zatrzymania. Zmuszają do wstrzymania wskazówek upływającego czasu i pobyciu w danej chwili, chwili wyciętej z szablonu czasu. To pobycie w niebycie.
Poznajemy Lili Chen, stażystkę. Potem pojawia się Matthew, a potem spada na nich ni to miłość, ni zadurzenie. Tę dwójkę różni wszystko, ale to właśnie chyba ich do siebie przyciąga. Gdy ona potrzebuje słów, on milczy. Gdy on szuka prawdy w niej, ona cała staje się prawdą, której nie sposób ująć. Wszystko między nimi drga. Jednak Lili nie potrafi żyć. Nie potrafi być i samej się pojąć. Życie ją uwiera, wracają myśli i czucia. Pod powiekami majaczą obrazy. Jest i matka, która wiele nie rozumie, ale która stanowi zagadkę. Bo coś jest między nimi nie tak. Coś nie daje spokoju.
A potem jest dziecko, Nick.
I życie dalej trwa prowadząc ich krętymi drogami wybrukowanymi smutkiem, nigdy nie zadanymi pytaniami i pragnieniami. Brakuje ciepłej dłoni na policzku. Brakuje dotyku serca i spojrzeń kochanych oczu. Brakuje czyiś ramion i wyszeptanych słów pociechy.
Brakuje życia na to, by wszystko w nim upchać i dostać.
I zastanawiasz się podczas czytania, czy „Czy miłość to stan umysłu, stan istnienia, fenomen, kaprys, odpływający jeszcze na naszych oczach w przeszłość, w zakamarki historii? (...)” Czy miłość jest równoważna prawdzie? I czy miłość jest usprawiedliwieniem każdego czynu?
Bo „Prawdziwi Amerykanie” to saga nie tyle o ludziach, ile o ingerencji medycznej w ludzi. To książka, która muska strach, zwodzi i sprawia, że budzi się w tobie złość. Uzmysławiasz sobie, co może dać przyszłość i jak będzie ona skołtuniona od niedopowiedzeń i pół-prawd. Dostrzegasz możliwości ludzkich możliwości, ale i strachu przed nimi. Medycyna staje się wrogiem i zabawką w rękach tych, którzy się nią zajmują. Powieść udowadnia, jak ulotna i mylna jest granica dzieląca rozsądek od obłędu, czy miłość od zauroczenia i czym jest egoistyczna desperacja, która nie staje po żadnej stronie.
To literacki obraz ingerencji w to, co powinno zostać czyste i poddane swemu biegowi. Do obraz zmagania się z czasem i z sobą i tego, jak ten czas po latach potrafi zakpić i jak potrafi boleć. Czas potrafi rykoszetem walnąć w głowę, ale wtedy na wszystko jest już za późno.
Niebywała powieść.
Powieść z gatunku tych, które wracają i przypominają o sobie.
Jesteś ty, wieczór na progu domu i myśli, które jak mgła zatrzymanego czasu i ciebie w nim spowijają twoją głowę. „Dokąd to wszystko prowadzi?”, pytasz i nie czekasz na odpowiedź. Przyszłość na nią odpowie... Zapłacze... Jak ty, po lekturze.
#agaKUSIczyta
Kobieta wszystko zrobi dla miłości... Pewnie tak, czasem nawet nie tyle dla mężczyzny, w jakim się zakocha, ale dla dziecka. Dla własnego dziecka, które jest wynikiem wielu wypadkowych i wielu marzeń i jest… jej dzieckiem. Dzieckiem idealnym. Ale myśl o dziecku przychodzi potem, bo przychodzi prędzej, czy później. Ale najpierw jest młodość i praca i ambicje do bycia kimś,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-30
Widziałam rozdania NIKE i widziałam Panią Kącką odbierającą nagrodę - z córką obok, notabene bardzo sympatyczną osobą, otwartą (widać po twarzy) i radosną. I gdy zobaczyłam za co owa nagroda jest, to sięgnęłam i po Dorotę Masłowską (bo ta się pokazuje ciągle i staje obok siwych spracowanych warsztatowo literatów, co według mnie jest często niedorzeczne) i po panią Kącką, żeby poznać i książki i style pisania i zobaczyć - naocznie, acz książkowo - w czym się kryje ten magnes Nike.
I tak - Dorota Masłowska w nominowanej "Magicznej Ranie" odebrałam, jako przerost patologii, degregolandii i beznadziei kumulującej się między najbliższymi sobie ludźmi w czterech ścianach mieszkań pod wspólnym dachem. To beznadzieja z którą nie robi się nic - takie są jej opowiadania. Tak je odbieram, dlatego czuję i do Masłowskiej i do tej ksiązki niesmak.
a Zła ZIELONA MAMA?
ZIELONA MAMA (ZŁA) jest na początku ciekawa, bo bezradna ona i ona w niej, ale z każdą kolejną stroną jest ciągle to samo i jest tego coraz więcej i więcej. Do tego dochodzi chaos, porady ciążowe i bycie mamą dla dziecka, które jest inne. Ma inny świat od dzieci będących rówieśnikami, inaczej funkcjonuje i inaczej postrzega to, co ją otacza. To dziecko wrażliwe i wyjątkowe w swój wyjątkowy sposób, ale...
ale czy to porywa?
Czy powieść Pani Elizy Kąckiej zasługuje na Laur zdobywcy? Czy ta proza jest godna medalu?
Narażę się ponownie wielbicielom i Masłowskiej i Pani Kąckiej, ale powiem szczerze - dla mnie "Wczoraj byłaś zła na zielono" to słowotwórczy przerost nad formą. wystarczy być lub usłyszeć jeden wywiad z autorką i od razu mamy obraz całości i treści i zmagać matki. każdy wywiad jest do siebie podobny, każde zdanie przetwarzane na wiele sposobów i wiadomo w czym rzecz. Pani Kącką super się słucha (za pierwszym razem zachwycasz się jej studnią pięknego mówienia, zasobu słów i układania ich ze sobą w wyjątkowy sposób, ale ...).
Pani ELiza to piekielnie inteligentna persona o przebogatym i pięknym języku - mówionym. Ale czytanie Zielonej Mamy to ... nie dla mnie te achy i ochy. To analizowanie stanu ciążowego, codzienności i tego, jak było, jak jest i co to dało...
Widziałam rozdania NIKE i widziałam Panią Kącką odbierającą nagrodę - z córką obok, notabene bardzo sympatyczną osobą, otwartą (widać po twarzy) i radosną. I gdy zobaczyłam za co owa nagroda jest, to sięgnęłam i po Dorotę Masłowską (bo ta się pokazuje ciągle i staje obok siwych spracowanych warsztatowo literatów, co według mnie jest często niedorzeczne) i po panią Kącką,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Oates nie jest taka, jaką znam z Wodospadu czy Córki Grabarza...
tu jest inny styl i fabuła
bazowanie na kilku danych i wiele fikcji literackiej - ale to wszystko razem - mimo porównania do wcześniejszych powieści - współgra ze sobą.
zaczyna się niewinnie, od marnej postawy marnego aspirującego medyka, który na początku nie ma ani wyglądu, ani gadanego, ani dyplomu. jest takim sobie nieciekawym mężczyzną, który chyba dzięki głupiemu fartowi i jakimś dziwnym, niewyjaśnionym, zbiegiem okoliczności trafia tu właśnie. do domu zamożnych ludzi, ale ... nic to nie daje, bo ten adept nie ma ani zalotnic, ani nadziei na nic. czasem to nawet nie ma i ambicji...
a zycie jakoś idzie....
potem jest inne miasteczko, trywialne przypadki i coraz bardziej wybujana ambicja Silasa Aloysiuas Weira. i jest szpital psychiatryczny w którym zaczyna "świadczyć swe lekarskie usługi" i leczyć coraz bardziej drastyczną metodą, czyli ginekopsychiatrią, której uważa się ojcem i propagatorem.
kobiety chorują? trzeba im popuścić krwi i ostudzić.
zaburzenia psychiczne da się wyleczyć przez wyeliminowanie schorzeń części intymnych. w końcu kobiety są odstręczające. ich narządy rodne nie powinny być nigdy ani dotykane, ani oglądane, ani tym bardziej erotycznie pobudzane. Kobiety w oczach Silasa są nieczyste, okropne i są tylko po to, by rodziły, prowadziły dom i by usługiwały. są gorsze od mężczyzn. ale... dzięki nim może on, Silas, piąć się po drabinach kariery -drogą pochłaniającą wiele ofiar.
ta powieść jest o brutalności, o chorej ambicji i o zawężonym umyśle człowieka, który nie myśli racjonalnie. o lekarzu, który sam powinien być leczony i to najlepiej w szpitalu pod zamknięciem. ta ksiązka jest o zaślepieniu, o martwocie uczuć i o chorym umyśle.
ta powieść daje do myślenia. to obraz kogoś, kto krył się za fasadą białego kitla...
jego pomysły, coraz większe
Oates nie jest taka, jaką znam z Wodospadu czy Córki Grabarza...
tu jest inny styl i fabuła
bazowanie na kilku danych i wiele fikcji literackiej - ale to wszystko razem - mimo porównania do wcześniejszych powieści - współgra ze sobą.
zaczyna się niewinnie, od marnej postawy marnego aspirującego medyka, który na początku nie ma ani wyglądu, ani gadanego, ani dyplomu. jest...
Patrzę na zdjęcie wieloryba, zatrzymuję własne myśli. Staję się nim, tym wielkim ssakiem zanurzonym gdzieś w toni, w bezbrzeżnym świecie zawieszonym w martwocie. Intymny moment, który nie jest przypadkiem. Dobiega mnie daleki, ledwo słyszalny głos, ulotny zew, który nie daje się uchwycić, wrażenie zmysłowe oderwania od siebie. Poczucie rozszczepienia, pęknięcia gdzieś w środku. Zastanawiam się, czy było ono we mnie już wcześniej, czy pojawiło się dopiero teraz. Jakby było mnie dwie. Jedna patrzy na wieloryba i jest nim, druga rozgląda się nerwowo na boki próbując zatrzeć uczucie zagubienia.
„Każde z nich rodziło się z przypisaną sobie pieśnią. Ich dźwięki zmieniały wody, były czułością, która gładzi niezmierzone oceany, tworzy strukturę delikatną sieć utkaną z wielorybich śladów”. Ta muzyka przechodzi przez ciebie. Słyszysz ją, bo od wieków „wieloryby mieszały wody z dołu do góry i na boki. (…) To ogromne chochle w garze oceanów”. I dziwić może fakt, że nikt z nas, z nas ludzi, nie wstawił dotychczas głośnika pod wodę i nie puścił im naszej muzyki?
Czytasz „Godzinę wieloryba” Radki Franczak i pytasz – dlaczego świat tak się zatracił? Dlaczego walczymy o spektakularne sprawy, a o drobne, te bliskie, te potrzebne nie dbamy w ogóle? Dlaczego jeden ŻYWY wieloryb niknie w natłoku innych wykrzyczanych zdań i banerów nakłaniających do przemocy, obelg i deptania tego, co się ma? Nie różnimy się od zwierząt, ani od ssaków. Wprost przeciwnie – jesteśmy nimi. „Godzina wieloryba” otwiera oczy na to nasze pogubienie w życiu, które usilnie chwalimy. Otwiera oczy na rzeczywistość, bo czytanie w skupieniu nieuchronnie otwiera w tobie serce. Coś zaczyna przez ciebie przechodzić, przepływać wręcz. Coś cię oczyszcza i to coś sprawia, że jaśniejesz od środka. Jesteś, jak powieściowa Mary, która ufa. Jesteś jak Zbieracz Nasion, który trzymając ziarna w dłoni czuje ich moc i je same w sobie.
Myśli, uczucia i przeczucia krążą w tobie. Coś się odrywa, odpływa, uderza w następne, by rozpaść się na jeszcze więcej drobiazgów. Mnożą się myśli, teorie i strach. To reakcja łańcuchowa.
Radka Franczak literacko uchwyciła kruchość nas i naszego świata. Dziś jest tak, ale jutro już nie będzie tak samo. To co się dzieje, wszystkich nas w jakimś stopniu zmienia. Z minuty na minutę – niezauważalnie, acz trwale. Płyną wody pełne łez wielorybów, pełne ich wołań. Drży mur poczucia bezpieczeństwa budowanego od lat.
„Godzina wieloryba” jest notatnikiem balansującym na pograniczu baśni i rzeczywistości. To książka, która wymyka się poza szablony. Jest to, co wydaje się być abstrakcją niepojętą rozumem, ale i to, co codzienność ludziom serwuje. Jest samotność i śmierć, jest strach o przyszłość tej ziemi. Jest i poczucie maleńkości w tym ogromie zjawisk i problemów i drogi ludzkości ku czemuś…
W „Godzinie wieloryba” słyszysz krzyk o pomoc.
W „Godzinie wieloryba” słyszysz błaganie o życie.
Czytaj i dawkuj sobie lekturę, jak lekarstwo. Odkładaj w momentach zawirowań myśli, sięgaj w chwilach wyciszenia. Nie zmuszaj się do skakania po treści. Szybkość nie zawsze jest czymś dobrym. Daj sobie na nią czas, na literackie fale przepływające przez ciebie. Stań się koneserem zdań, stron i rozdziałów…
Degustuj, smakuj, chłoń… I pojmij, że warto w tym nadmiarze ogromu i przesytu dbać o swój mikroświat.
#agaKUSIczyta
dziękuję Sztukaterowi
Patrzę na zdjęcie wieloryba, zatrzymuję własne myśli. Staję się nim, tym wielkim ssakiem zanurzonym gdzieś w toni, w bezbrzeżnym świecie zawieszonym w martwocie. Intymny moment, który nie jest przypadkiem. Dobiega mnie daleki, ledwo słyszalny głos, ulotny zew, który nie daje się uchwycić, wrażenie zmysłowe oderwania od siebie. Poczucie rozszczepienia, pęknięcia gdzieś w...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Zacznę przewrotnie, nieco odskoczę od typowego pisania recenzji...
Czytając „Yuul” Pana Krzysztofa odczułam w sobie delikatny smutek, dlaczego? Moja wyobraźnia, choć szeroka i wymykająca się ramom, nijak się ma do wyobraźni i bajkowości autora. Jego pomysłowość, kreatywność i plastyczność przekraczają horyzonty literackie, sprawiają, że czytając człowiek znika. Staje się baśnią i kimś, kto jest, ale jest inny. Ta baśniowość i plastyczność powieściowego świata sprawiają, że umysł zaczyna tworzyć obrazy i jakiś kolorowy świat, który pulsuje, który żyje.
Takiej powieści jeszcze nie czytałam.
„YUUL” to fenomen literatury najwyższego pułapu.
Oto dziewczyna - elf, ma dziesięć lat. Jest mądra, piękna i jedyna w swoim rodzaju. Błyskotliwa i odważna. Nieujarzmiona i łaknąca coraz więcej poznania świata i swoich umiejętności. Zręczna, na swój sposób powabna i tajemnicza. To Yuul nieodgadniona.
Należy do najznamienitszego rodu, rodu królewskiego – to księżniczka, która czeka na narodziny braciszka. Jednak marzy o siostrze, która towarzyszyłaby jej w wyprawach i zabawie, lecz przepowiednia mówi chłopcu – to na niego wszyscy czekają. Moc Yuul nie ma znaczenia, bo jest dziewczynką. Władza należy do potomków męskich i to oni przejmują ciągłość panowania.
Yuul to ciemnowłosa istota o niebywałych wręcz zdolnościach i umiejętnościach. Jej moc i siła świadczą o tym, że jest wybrana... To elfka o mocy, która wymyka się najznamienitszym. Lecz na wszystko przyjdzie odpowiedni czas. Czas – on wszystko reguluje. Pokora nauczycieli i rodziców wobec Yuul przeinaczą się, potrzeba zrozumienia przyjdzie, bo oto wypełni się... Czasu i Przeznaczenia nie można oszukać.
„Yuul” zachwyca. To powieść wielowątkowa, przesycona mądrością i ukazująca los, który po części zależy od nas, po części do bogów, a po części do dziejów. To powieść o przeznaczeniu. Powieść, która wymaga oddania czytelniczego, jednak to pochłonięcie w treści sprawia rozkosz. To uczta literacka, która serwuje najlepsze dania kuchni.
Autor urzeka bajkowością, malowniczością opisów i plastycznością pióra. Odnoszę wrażenie, że Jego wyobraźnia łączy się z pięknymi snami, i że tworzą one kostkę Rubika, którą staram się ułożyć i która stanowi dla mnie zagadkę. Kostka przyciąga i magnetyzuje.
„Yuul” to niebywale precyzyjnie rozpisana powieść, którą się chłonie. I nawet jeśli nie gustujesz w literaturze fantasy, to prędzej, czy później zatopisz się tu czytelniczo. Odetniesz się od tego, co obok, od tego co za oknem i staniesz się elfim dzieckiem. Staniesz się Kimś wyjątkowym, bo taka jest „Yuul”.
To perła wydawnicza.
Zacznę przewrotnie, nieco odskoczę od typowego pisania recenzji...
Czytając „Yuul” Pana Krzysztofa odczułam w sobie delikatny smutek, dlaczego? Moja wyobraźnia, choć szeroka i wymykająca się ramom, nijak się ma do wyobraźni i bajkowości autora. Jego pomysłowość, kreatywność i plastyczność przekraczają horyzonty literackie, sprawiają, że czytając człowiek znika. Staje się...
Autyzm to nie choroba o czym często zapominamy. Ktoś, kto widzi „dziwne dziecko” automatycznie je mija, bojąc się o siebie, a matkę szybko ocenia w kategoriach tej, co matką być nie powinna. A to nie brak wychowania, to nie bezstresowe „posiadanie potomstwa”, telefonów, czy rozpasania lenistwem i samowolki dorastającego dziecka. Prawda jest i smutna i bolesna jednocześnie. Ciągle uczymy się, że schorzenia się ma i z nimi się żyje. Że organizmem walczy się o każdy dzień, a płacze się w samotności.
Jak Ana Dragu...
Jak Mateii Calinescu w „Portrecie Lui M”, który po śmierci swojego autystycznego syna napisał jego biograficzny obraz: „(...) w czterdzieści dni od jego śmierci – ten czas po śmierci zawsze jest symboliczny. Mogłem być wtedy pochłonięty jedynie myślami o nim, pisząc, przepisywać fragmenty o nim z moich dawnych, nieregularnie prowadzonych dzienników (...)” i „(...) tak się złożyło, że czterdziestego dnia poczułem się pogodzony ze swoim bólem, niemal opromieniony smutkiem... Zrozumiałem, że był on dla mnie – darem”.
Trudno się pogodzić, zwłaszcza będąc rodzicem, że historia całej rodziny może ulec zmianie, gdy jedno nieudane połączenie synaptyczne, jedna aktywność elektryczna wymyka się spod kontroli. Gdyby Sasza był przeźroczysty – marzy, wręcz roi Ana – gdybym mogła zobaczyć co w nim jest nie tak, jak trzeba, mogłabym go naprawić. Mogłabym ową „zepsutą elektrykę ludzkiego wnętrza” uzdrowić, by Sasza, mój syn – mój Dar, był normalny.
Ana, jako matka autystycznego dziecka co jakiś czas umiera.
„- Co to znaczy umrzeć? - pyta Ana.
- No to znaczy, że umrzesz, że cię nie będzie, że nikt cię nie obudzi rano buziakami. Że jak umarłeś, to zmieniasz się w kości i potem brzydko pachnie”.
Ana-Matka wydziera Saszę z zagrożeń, których ten nie jest świadom, łapie za ostatnią nitkę, jaka trzyma i jego i ją przy życiu. Są leki, są terapie, są rozmowy bez końca i tłumaczenie raz za razem. Jest czas wypełniony autyzmem, który promieniuje na całą dobę. Od autyzmu nie ma przerwy. Jest autyzm i dziecko i rodzina. Jest naukowa wiedza, wiedza bez dna, która nie daje się w pełni opanować, bo ciągle się coś zmienia, bo pojawia się nowy lekarz, nowy badacz, bo pojawia się nadzieja i innowacje i nowe kierunki. Ana czyta i siedzi w tym cała. A Sasza? Sasza dorasta i zmienia się.
Sasza ma słuch absolutny, ale wśród ludzi szybko się irytuje, zaczyna płakać. Ucieka od wrzawy i nadmiaru głosów, bo ludzie „robią tysiąc kilogramów hałasu”. Sam gra na pianinie, poprawia siostrę, gdy ta zasiada do klawiszy, uczy się muzyki jako samouk i osiąga wysoki poziom jako muzyk i wirtuoz jednocześnie. To także muzyk swego życia i wirtuoz codzienności.
„Grzeczne dłonie” i „Wszystko, co złe, i wszystko, co piękne na świecie” to literacki warkocz emocji i uczuć. To literacki obraz miłości matki do dziecka i dziecka do matki. To obraz siły życia i piękna. To smutek i łzy, które nieporadnie wyciera dłonią autystyczny Sasza. To śmiech i niedowierzanie jednocześnie. To zabawa nowotworzonymi słowami i radość z muzyki, jaka cię otula. Gra Sasza na czarno białych klawiszach, grają emocje w tobie. Wszystko drga i szukasz w sobie ukojenia jakiegoś, wyciszenia.
Bo ta powieść wywołuje emocje w czytelniku. To pamiętnik Matki i Syna. To dziennik życia i marzeń. To koncert rozpisany na nuty, partytury i utwory całe bez końca.
Siedzisz na widowni.
Na scenie pianino, orkiestra w ciszy i on – Sasza. Zaczyna grać...
Zamykasz oczy i czujesz w sobie pokorę... czujesz spokój, bo wiesz, że tak ma być. Że życie rozdaje swoje karty, że dostałeś swoją, i Ana swoją i Sasza swoją... I trzeba żyć mimo wszystko.
Chore dziecko to ukochany skarb, DAR, który z uśmiechem tulisz do siebie każdego dnia.
#agaKUSIczyta
Autyzm to nie choroba o czym często zapominamy. Ktoś, kto widzi „dziwne dziecko” automatycznie je mija, bojąc się o siebie, a matkę szybko ocenia w kategoriach tej, co matką być nie powinna. A to nie brak wychowania, to nie bezstresowe „posiadanie potomstwa”, telefonów, czy rozpasania lenistwem i samowolki dorastającego dziecka. Prawda jest i smutna i bolesna jednocześnie....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Czas niknie gdzieś w dali, nie słychać tykania ani wskazówek przesuwania. Nie ma tik, tak, nie ma nic. To przestrzeń, w której przebywanie wywołuje u ciebie strach, ale i ciekawość. Czujesz, że czas sobie z tobą igra, że wymyka się. Dusza w tobie kołata, jak serce do bram nieznanego, coś się z tobą dzieje i pytasz się, czy tracisz zmysły? Czy to śmierć może?
Chodź, dociera do ciebie szept zza pleców.
Nie bój się, zaufaj mi - szepcze Justyna Mrozek. Chodź…
Życie, ludzie i ich emocje – to nieustannie pleciony warkocz ludzkiego bytu. Jednego dnia człowiek praktykuje ćwiczenia jogi, uczy nowych joginów wyciszenia i medytacji, po to, by drugiego tkwić w czterech ścianach ze strachem w sobie. Pandemia zamyka wszystko – strach rygluje drzwi domów, serc, myśli i nadziei. Życie mija gdzieś obok. Życie tak inne od tego, które jeszcze teraz było. I sny – te są najgorsze. Koszmary, strach, powtarzające się motywy wywołujące bezsenność. Lecz te sny kryją więcej niż może się wydawać. I od tych snów właśnie zaczyna się powieść Justyny Mrozek. Powieść, która udowadnia, że człowiek nigdy nie wie, co jest mu pisane, zwłaszcza gdy podda się hipnozie.
Ludzka codzienność prowadzi po nieznanych drogach, które niejednokrotnie plączą się w sobie tylko wiadomym kierunku. A życie? Życie pisze własne opowiadania, które nijak mają się z ludzkimi planami.
Wszystko zaczęło się w 1864 roku i bal urodzinowy… A może winne były karty tarota?
A może… winna temu jest hipnoza tak rzeczywista, jak ten świat na wyciągnięcie dłoni?
Pytania – coraz więcej pytań i żadne nie ma swojej racjonalnej odpowiedzi. Powieściowa Julia zostaje rzucona w miejsca, które są „poza” nią. Zostaje wyznaczona do odnalezienia Księgi Umarłych, świętego Graala, który uratuje ziemię od zagłady. Jest wyjątkowa. Znaczenie ma jej numerologiczna liczba urodzin oraz predyspozycje. Tak, predyspozycje są najważniejsze. Posiada zdolność przenoszenia się w czasie, wchodzenia w ciało kogoś innego i ingerencji w przeszłość. Tylko ona może dokonać cudu – ratunku ziemi i cywilizacji. Ratunku planety i wszechświata. Ale zanim do tego dojdzie musi przejść szkolenie i nabyć wiedzy. Musi wykorzystać nauki płynące z tak dobrze opanowanej medytacji i zachować jasność umysłu. A nie jest łatwo. Pojawiają się obcy ludzie, organizacje, nakazy i jeden cel – Księga Umarłych, bo o nią tu chodzi…
Justyna Mrozek jest dla mnie ODKRYCIEM, niebywałym wirtuozem fantasy i czarnej magii. To dyrygent, który batutą wyznacza nowe kierunki dla muzycznych przestrzeni i historii. To ktoś, kto rozsiewa realizm magiczny i kto w tym świecie zatraca się. Autorka pisze i roztacza nikłą magię, która delikatnie oblepia, by potem zawładnąć czytelnikiem, lecz niepilnowana, wymyka się, jak mgła spomiędzy palców. Jest ulotna jak czas. Otwierasz książkę i na własną odpowiedzialność wkraczasz w świat, który nęci jakąś tajemnicą nieodkrytą. I choć nic nie jest pewne, nic nie da się przewidzieć, to chcesz w ten świat cały wejść. Chcesz w tym świecie być jak najdłużej, bo czujesz nieuzasadnioną potrzebę. Autorka nie tylko powieściową Julię, ale i czytelnika wprowadza w trans, w hipnozę nieznaną. Jesteś otumaniony, ale i zachwycony jednocześnie. Boisz się, ale chcesz tego. Jesteś zauroczony tym, co wiruje wokół ciebie.
Dajesz się ponieść i losowi i kartom i własnemu umysłowi.
Wnikasz w treść „Wędrowców Nocy” i nic już nie jest takie, jakie było wcześniej. Czytanie staje się kosztowną emocjonalnie przyjemnością. Nie można się od tej książki oderwać, ani tym bardziej wyzwolić umysłowo. Nie można o niej zapomnieć, ani wymazać jej z głowy.
Czytanie to przygoda.
Czytanie to emocje i słowa, które trawisz w sobie, a które z czasem musisz z siebie wyrzucić. Wszystko to zostawia w tobie ślady. Z czytelniczą duszą na ramieniu, dajesz się ponieść.
Justyna Mrozek napisała powieść, która bawi się gatunkami. To fantasy osadzone w codzienności, czy codzienność krocząca w fantasy? To mapa przestrzeni, której zaraz może nie być czy obraz, który jeszcze można zmienić? Tracisz poczucie mijanego czasu. Tracisz poczucie samego siebie.
Drobinki życia przesypują się w klepsydrze codzienności.
Niebywała powieść. Czytasz i sztywniejesz, znikasz. To już nie twój oddech, to nie twoje ciało. To już inne miejsce z tobą tak innym…
Znikasz…
#agaKUSIczyta
Czas niknie gdzieś w dali, nie słychać tykania ani wskazówek przesuwania. Nie ma tik, tak, nie ma nic. To przestrzeń, w której przebywanie wywołuje u ciebie strach, ale i ciekawość. Czujesz, że czas sobie z tobą igra, że wymyka się. Dusza w tobie kołata, jak serce do bram nieznanego, coś się z tobą dzieje i pytasz się, czy tracisz zmysły? Czy to śmierć może?
Chodź, dociera...
2025-03-20
„Legenda głosi, że raz na tysiąc lat może pojawić się śmiertelnik, który prawdziwym wirtuozem będąc, swoim darem i istoty wyższe ogarnąć będzie umiał.”
Tym wirtuozem jest z pewnością autor, Marcin Brodecki, który swoim piórem odczarował moją obawę co do powieści balansujących na pograniczu mistycyzmu, fantastyki, a życia twardo wrośniętego w rzeczywistość. Ale po kolei.
Wszystko zaczyna się nie tyle od dziwnego wezwania pomocy lekarskiej i dziwnej pacjentki z jeszcze dziwniejszym opiekunem, ile od rozmowy z ojcem. Sierpień, przyjęcie na studia medyczne i baśń Braci Grimm. Do tego towarzystwo ojca, który nagle wyjawia tajemnicę sprzed lat, wyciąga teksty, które skrywał i mówi coś, co zaskakuje. Lecz zegar nieubłagany jest, a jutro też będzie dzień. Jutro można rozmawiać dalej, bo pytań jest bezliku. Lecz ten wieczór okazuje się być tym ostatnim. A może tym, który wszystko zaczyna? Ojciec umiera lecz słowa pozostały. Słowa, które zaczynają układać się w całość, ale…
Ale teraz jest wezwanie i pacjentka. I ciemny las i przewodnik i chata, a w niej pacjentka, która czekała, ale nie na tego dr Cruciana. Na następny dzień nie ma ani przewodnika, ani chaty, ani ścieżki jako takiej. Są za pytania i niedowierzanie, są jakieś widziadła i wątpliwości. Bo to przecież niemożliwe. Przecież on, Martin Crucian był tu nie dalej niż wczoraj i widział. I szedł prowadzony ścieżką, a teraz nie ma nic. Zjawisko trudno nazwać.
Balans między leczeniem, a zaprzestaniem wymyka się, bo nagle zjawia się Czarna Pani u wezgłowia i wszystko wpada w otchłań, w nicość dziwną. Są stwory… Ni to śmierć kliniczna, ni sen, ni omdlenie. Ni film wyświetlany w innej czasoprzestrzeni. Ktoś mówi o nim, ważą się jego losy i życie. A on tylko przestawił łóżko z pacjentką. On tylko spróbował z nią wygrać…
Niespójne to, pomyślisz?
O, jakże się mylisz. Ta powieść jest idealnie przemyślana i jeszcze lepiej napisana. Wciąga od samego początku, jak gęsty las, który chcesz poznać, bo niby się go nie boisz, ale im dalej jesteś, tym bardziej zaczynasz wątpić w słuszność postawienia pierwszego kroku. Ale idziesz… Czytasz, A emocje w tobie równoważą się z ciekawością.
W powieści jest wiele czasoprzestrzeni, istot i słów, które razem stanowią idealny konglomerat treści. To spójna całość. Niebywała wyobraźnia i talent autora stanowią nieoceniony duet. Jeśli to jest debiut, to pozostaje mi życzyć sobie, by były i inne, następne. By debiut gonił debiut, bo to naprawdę dobra książka.
Na koniec zaś, syty po wybitnej lekturze „Żółtego Króla”, czas otworzyć Macallana, z 1911 roku, butelkowanego dla Petera Thomsona.
Na zdrowie.
dziękuję nakanapie.pl
#agaKUSIczyta
„Legenda głosi, że raz na tysiąc lat może pojawić się śmiertelnik, który prawdziwym wirtuozem będąc, swoim darem i istoty wyższe ogarnąć będzie umiał.”
Tym wirtuozem jest z pewnością autor, Marcin Brodecki, który swoim piórem odczarował moją obawę co do powieści balansujących na pograniczu mistycyzmu, fantastyki, a życia twardo wrośniętego w rzeczywistość. Ale po...
2025-03-04
Są książki, które każą na siebie czekać. Są, widzisz je, ale jakoś odsuwasz, bo ich towarzystwo ci nie odpowiada. Boisz się ich w jakiś sposób, bo masz świadomość, że to, co skrywa się pod ich okładkami, jest ci potrzebne i że to coś o tobie.
Odsuwasz czytanie. Nie teraz. Za chwilę, za jakąś dłuższą chwilę. Teraz nie.
I przesuwasz ją, przykrywasz innymi książkami, a ona, jak grzyb na ścianie, wyłazi. Dosłownie – wyłazi zawsze na wierzch. Tak jest z „PORADNIKIEM...”.
Niepozorny. Nieśmiały. Skromny – a jak bogaty i cenny to wie ten, kto do niego zajrzy.
Wystarczy pierwsze zdanie wstępu i decyzja pada. Zostajesz zaproszona do podróży w głąb siebie i od razu jej się poddajesz. To wyjątkowa podróż, bo wybierasz się w nią świadomie. Wiesz, że jest ci potrzebna, a co najdziwniejsze, choć nieco wystraszona, jesteś jej bardzo ciekawa.
Czy jesteś szczęśliwa w związku? - pytają autorki już na okładce. Czy znasz siebie? Znasz was? Jak u ciebie funkcjonuje psychika i postrzeganie?... Poznasz odpowiedzi na tak wiele pytań, na które dotychczas nie znalazłaś odpowiedzi, a które nad tobą wisiały, jak chmury gradowe. Ta podróż jest wyjątkowa, bo spersonalizowana dla ciebie. Dla was. Dla waszego wspólnego bycia.
„Kobieta musi przymknąć oczy na niektóre rzeczy, a mężczyzna musi udawać, że niektórych słów nie słyszał”. Kobieta i mężczyzna to dwie różne osobowości, dwie istoty, które różnią się na wielu płaszczyznach. Emocjonalność, postrzeganie siebie w rzeczywistości, czy poczucie własnej wartości, to tylko niektóre z nich, a wszystkie warto poznać.
Zasadnicze pytanie, które przemyka podczas lektury „PORADNIKA...” , skryte nieco w tyle, to: czy lubisz samą siebie? Bo to bardzo ważne. Autorki omawiają różne sytuacje, analizują struktury funkcjonowania związków, zachęcają do poznania siebie, lecz to wszystko osadza się na lubieniu samej siebie. Podejście do własnego ciała, dobro w sobie i pokora. I czas na odpoczynek, na wycofanie z codzienności, by zregenerować siły.
Człowiek jest maszyną, o którą trzeba dbać. Dbaj ty sama, ale i pozwól dbać bliskim. Dbaj o męża, dzieci, przyjaciół. Dbaj o wewnętrzną równowagę. Nic nie wynika z niczego, podkreślają autorki. Istotne są emocje, rozmowy, życie seksualne, wspólnie spędzany czas, czy choć zwyczajna codzienność. Gdy zaczyna szwankować jeden element, reszta prędzej czy później także zostanie zaburzona. Życie w parach jest wymagające, ale nie znaczy, że niemożliwe. A gdy coś zaczyna się psuć... skorzystaj z naprawy związku, jaki proponują autorki. To 30 ćwiczeń, które pomogą w lepszym poznaniu samej siebie, własnych emocji i szczęśliwym budowaniu relacji, nie tylko w rodzinie, ale i z samą sobą. Wszystko łączy niewidzialna sieć współzależności.
„Poradnik...” to studnia wiedzy. To nie tyle przekrój ciebie, ile ciebie w kontekście innych. To poradnik dla par, ale i dla samotnych. To mapa ludzkich wnętrz i potrzeb. To także dobra lektura do zapoznania. Aż trudno uwierzyć, że ta niepozorna publikacja to skrzynia pełna doświadczonej wiedzy. To recepta napisana prostymi słowami, by każdy mógł ją odczytać i wedle potrzeb zaaplikować.
Bo życie nie musi być wymuszonym spacerem po płaskiej tafli jeziora. Spacer ma nieść szczęście, poczucie bezpieczeństwa oraz bliskość drugiej osoby. Spacer to łapanie bliskiego za rękę i uczucie spełnienia, dumy z tego, co się pracą nad sobą osiągnęło i dokąd zaszło.
Wiele osób mając różnego typu problemy sięga po fachowe publikacje, które pomagają poradzić sobie z kłopotem. Stąd pewnie tak wielka ilość poradników w księgarniach. Tych dobrych jest jednak nie tak dużo, dlatego warto docenić ten.
Strach przed gabinetem lekarskim można przełamać w domowym zaciszu. Czytanie to przyjemność. To podróż w siebie. To moment naprawdę, na szczerość z samą sobą. To także pomoc w codzienności, bo i ta się zmieni, wierz mi. Zmieni na lepsze.
Pani Sylwia i Joanna w tej niepozornej objętościowo książce upchały ogromną dawkę wiedzy. I choć czasem poznanie prawdy o sobie boli, to godzisz się na to. „Poradnik...” otwiera oczy, budzi świadomość, zmienia otoczenie. O tej publikacji się mówi, wraca się do niej, a zalecenia się stosuje. Dbasz o nią i aż ściska cię w dołku, by nie wypuszczać jej od siebie na zbyt długo. By polecać, a nie pożyczać, bo nuż nie wróci...
#agaKUSIczyta
Są książki, które każą na siebie czekać. Są, widzisz je, ale jakoś odsuwasz, bo ich towarzystwo ci nie odpowiada. Boisz się ich w jakiś sposób, bo masz świadomość, że to, co skrywa się pod ich okładkami, jest ci potrzebne i że to coś o tobie.
Odsuwasz czytanie. Nie teraz. Za chwilę, za jakąś dłuższą chwilę. Teraz nie.
I przesuwasz ją, przykrywasz innymi książkami, a ona,...
2024-12-21
Siadasz w pustej o tej porze kawiarni, zajmujesz niewielki stolik pod oknem, zamawiasz największy kubek z mocną kawą. Na blacie kładziesz notes, ściągasz płaszcz, odwijasz szalik z szyi. Siadasz i wpatrujesz się w czerń za oknem. Patrzysz niby bezmyślnie, niby w strachu. Kelner, który obserwuje cię zza ekspresu dobrze cię zna. Boi się o ciebie, bo z jego perspektywy wyglądasz jak ktoś, kto boi się spać… Jak ktoś, kto boi się żyć teraz w tym czasie i miejscu…
Jest trzecia czterdzieści nad ranem.
Bezsenność coraz częściej staje się twoim nocnym towarzyszem. Zasypiasz lecz zaraz budzisz się. Rozmyślasz, szukasz w sobie czegoś, co nieznane, a co powinno być. Serce bije nerwowo, a dłonie robią się coraz bardziej spocone. Podobnie i czoło.
Nie patrząc na zegarek wstajesz, ubierasz się i wychodzisz. I zawsze z notesem przy sobie. Wchodzisz do cukierni, siadasz przy stoliku w rogu, a wzrok zanurzasz w czerni nocy za oknem. Ludzie śpią, marzą, malują pod powiekami bajki kolorowe, jak tęcza. Zaczynasz sączyć kawę. Pobliskie latarnie oświetlają ulice, a ty w marazmie i poplątaniu myślisz o swojej żonie i jej marzeniach, w które nie potrafisz się dopasować. Czujesz w sobie wadę i brak, zaczynasz czuć pustkę i bezsilność. Myślisz o dobrym kumplu i tym, co ci powiedział. Zaczynasz czuć dezorientację i wewnętrzną ciężkość. Czujesz, że odstajesz – od życia i od marzeń bliskich i od samego siebie. Wszystko puchnie w tobie, skronie pulsują. Coraz częściej masz ochotę rozpłakać się, bo naiwnie wierzysz, że łzy poluzują nieco węzeł, jaki zaciska ci się na szyi. Dusisz się w nadmiarze i pustce jednocześnie… Bez poczucia czasu zaczynasz myśleć o świecie, tak innym od tego tu na ziemi. Nad głową kosmos, który nigdy nie zasypia – gwiazdy, które nigdy nie spadają... Cała przyroda, natura, atomy i ludzie… Zjawiska. Od nawału myśli boli cię głowa. Wszystko cię przeraża.
Myśli, uczucia i przeczucia krążą nad tobą, jak metale w kosmosie. Coś się odrywa, krąży, uderza w następne, by rozpaść się na jeszcze więcej drobiazgu. Ten uderza w kolejne kawałki i wystrzeliwuje mnóstwo innych pocisków. Mnożą się myśli, teorie, strach. Potęguje się depresja. To reakcja łańcuchowa.
Paulo Giordano literacko uchwycił kruchość naszej wizji świata. Dziś jest tak, ale jutro już nie będzie tak samo. To co się dzieje, wszystkich ludzi w jakimś stopniu zmienia. Z minuty na minutę – niezauważalnie, acz trwale. Pandemia, promieniowanie, wojna, zaśmiecanie świata i zmiana klimatu… Jako ludzie tracimy poczucie bezpieczeństwa, a to koryguje optykę. Paulo Giordano KRZYCZY, że trzeba mądrzej żyć, uważniej, oszczędniej i – co smutne, acz konieczne – na dystans.
TASMANIA jest i powieścią i dziennikiem zarazem. To notatnik balansujący na pograniczu baśni i rzeczywistości. To książka, która wymyka się skatalogowaniu – ale czy jest ono TASMANII w ogóle potrzebne? Tu fabuła toczy się dwutorowo – jest to, co wydaje się być abstrakcją niepojętą rozumem, ale i to, co codzienność ludziom serwuje. Jest małżeństwo i samotność w nim. Jest genialny student i obsesja nauki i widelec, który leży pod ręką. Są myśli i strach o przyszłość tej ziemi. Jest i poczucie maleńkości w tym ogromie zjawisk i problemów i drogi ludzkości ku samozagładzie.
W TASMANII słyszysz krzyk o pomoc.
W TASMANII słyszysz błaganie o życie.
W TASMANII widzisz zagrożenie i niepokój i coś, co sprawia, że zaczynasz myśleć o świecie i o sobie w nim i to chyba stanowi kolejne tło powieści.
Ta książka potrzebuje czasu. Czytaj i dawkuj sobie lekturę, jak lekarstwo. Odkładaj w momentach zawirowań myśli, sięgaj w chwilach wyciszenia. Nie zmuszaj się do skakania po treści. Szybkość nie zawsze jest czymś dobrym. Daj sobie na nią czas. Stań się koneserem zdań, stron, rozdziałów…
Degustuj, smakuj, chłoń…
I pojmij, że warto w tym nadmiarze ogromu i przesytu dbać o swój mikroświat.
„Czy jest możliwe, że promieniowanie zachowuje pamięć o tym, czym było? Widmo emisji, które jeśli je przebadać właściwymi narzędziami, oddałoby nam spójną postać osoby, a nawet jej myśli? Czy byłoby to coś, co w innych sytuacjach nazywamy „duszą”? I czy w takim razie możliwe jest, że pod postacią promieniowania nadal istnieją wszyscy zmarli, wszyscy ci z przeszłości i wszyscy ci z teraźniejszości?”
dziękuję SZTUKATER
Siadasz w pustej o tej porze kawiarni, zajmujesz niewielki stolik pod oknem, zamawiasz największy kubek z mocną kawą. Na blacie kładziesz notes, ściągasz płaszcz, odwijasz szalik z szyi. Siadasz i wpatrujesz się w czerń za oknem. Patrzysz niby bezmyślnie, niby w strachu. Kelner, który obserwuje cię zza ekspresu dobrze cię zna. Boi się o ciebie, bo z jego perspektywy...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Autyzm to nie choroba o czym zarówno rodzice, jak i postronni zapominają. Ktoś, kto widzi „dziwne dziecko” odruchowo tworzy sobie mylny obraz rodzica. Że ten nie pilnuje, że nie wychowuje, że to skutek bezstresowego „posiadania potomstwa”, telefonów i rozpasanego dobrobytu naszych czasów.
A prawda jest całkiem inna. Prawda jest i smutna i bolesna jednocześnie. Nazw chorób nie pisze się na czole, o nich nie rozpowiada się na prawo i lewo. Schorzenia się ma, z nimi się żyje, walczy i opłakuje w samotności.
A rodzic dziecka z autyzmem? Z kochanym dzieckiem, które miało być zdrowe i takie, jak inne dzieci? co robić? Jak reagować? Kogo chronić – siebie, czy trzymane za rączkę kochane dzieciątko? Na autyzm nie ma lekarstwa. Nic nie dadzą maczkiem zapisane recepty na najnowsze specyfiki medyczne, nie ma leku, który można wystać w kolejce aptecznej licząc na bezgraniczny sukces.
„Autyzm nie zaraża. To tylko autyzm”, jak mądrze stwierdziło dziecko wyśmiewane przez rówieśników. Te osoby przy narodzinach dostają 10 punków w skali Apgar. Rosną, rozwijają się i nagle czar pryska. Coś zaczyna szwankować, coś zaczyna niepokoić i nagle stają się stałymi bywalcami gabinetów lekarskich. Są badania bez końca, rozmowy i szukanie. Zaczynają się konsultacje medyczne, dociekanie, podważanie wcześniejszych diagnoz i leczenie „na ślepo”. Dlatego tak ważna jest obserwacja dziecka od pierwszych dni życia i szybka reakcja. Ale – uwaga!!! - nie każda anomalia u dorastającego maleństwa jest chorobą, czy dysfunkcją, aczkolwiek są pewne objawy, które powinny stać się bodźcem do reakcji.
Lecz tego wszystkiego dowiesz się z książki Joanny Stalki-Jarskiej. Obraz, który w galerii medycyny stał dotychczas w piwnicach, zostaje odkurzony i powieszony na honorowym miejscu w gabinecie specjalisty. Autyzm – jak Mona Liza. Autyzm – jak dzieło do poznania dla każdego pacjenta, które analizuje się fragment po fragmencie. To obraz który zna każdy i na którego płótnie każdy znajdzie coś innego. Tak jest z autyzmem – wymaga indywidualnego podejścia i cierpliwości – co podkreśla autorka. Autyzm uzurpuje sobie czas na wyłączność, 24 godziny na dobę, 366 dni w roku bez dnia oddechu. To schorzenie nie wypuszcza ze swoich szponów – ani chorego ani najbliższych. Autyzmowi trzeba podporządkować wszystko i wszystkich.
Ta książka to poradnik dla rodziców, lekarzy i nauczycieli. To kompendium wiedzy dla każdego. To publikacja, która wyciąga do ciebie rękę i prowadzi cię krok po kroku - od formalności urzędowych, przez poradnie, metody edukacji i życie codzienne. To ktoś, kto jest i kto zawsze pomoże. Autyzm trzeba oswoić i wprowadzić go do swojego domu jak nowego członka rodziny, a autorka, Joanna Stalka-Jarska udowadnia, że nawet tego dodatkowego lokatora można ujarzmić.
I – co wynika po lekturze – gdy kończy ci się pokora, a cierpliwość ulatuje przez uchylone okna, masz prawo do złości, bezsilności i wolnego. Bo w autyzmie chodzi o równowagę.
Czytanie edukacyjnych rymowanek ma być radością, a chore dziecko ukochanym skarbem, które z uśmiechem tulisz do siebie.
„Murzynek Bambo w Afryce mieszka,
Czarną ma skórę ten nasz koleżka.
Uczy się pilnie przez całe ranki
Ze swej murzyńskiej Pierwszej czytanki.
A gdy do domu ze szkoły wraca,
Psoci, figluje - to jego praca.
Aż mama krzyczy: "Bambo, łobuzie!"
A Bambo czarną nadyma buzię.
Mama powiada: "Napij się mleka",
A on na drzewo mamie ucieka.
Mama powiada: "Chodź do kąpieli",
A on się boi, że się wybieli.
Lecz mama kocha swojego synka,
Bo dobry chłopak z tego Murzynka.
Szkoda, że Bambo czarny, wesoły,
Nie chodzi razem z nami do szkoły”.
Niebywała publikacja.
Studnia wiedzy dla każdego.
Autyzm to nie choroba o czym zarówno rodzice, jak i postronni zapominają. Ktoś, kto widzi „dziwne dziecko” odruchowo tworzy sobie mylny obraz rodzica. Że ten nie pilnuje, że nie wychowuje, że to skutek bezstresowego „posiadania potomstwa”, telefonów i rozpasanego dobrobytu naszych czasów.
A prawda jest całkiem inna. Prawda jest i smutna i bolesna jednocześnie. Nazw chorób...
2024-10-30
Wyobraź sobie, że jest poranek, sobota i nie idziesz do szkoły i możesz jeść śniadanie w łóżku, a mamusia przynosi ci w dużym kubku gorącą czekoladę z mlekiem i czujesz się, jak w najpyszniejszym raju świata. Lecz to nie wszystko, bo zaraz zaczyna się twój ulubiony program, a raczej bajka animowana pt. ”Było sobie życie”.
I w pokoju zapanowuje cisza.
„Siła Precyzji” jest właśnie taką animacją i projekcją jednocześnie – acz tekstową – na ekranie własnego umysłu. W tej książce – w przeciwieństwie do bajki, nie krążysz układem krwionośnym po całym organizmie, a poznajesz całą drogę, jaką przebyły wynalezione przedmioty. Od prymitywnych prototypów, po wysoko unowocześnione obecne urządzenia, bez których nie wyobrażamy sobie życia. Cylindry, broń, zegar,y, samoloty, soczewki, czy choćby Rolls-Royce. To tylko niektóre odkrycia z tej publikacji, która wymyka się okładkom. Ta książka rośnie wraz z każdym wyczytanym rozdziałem. Puchnie w tobie wiedza, spostrzeżenia i skojarzenia. Po soczewce pojawia się teleskop i lornetka i wszystko to bazuje na jednym odkryciu, które teraz jest niezbędne w każdej prawie zastosowanej technologii.
Ale, by wytworzyć precyzyjne przedmioty, potrzebny był człowiek. To od niego wszystko się zaczyna. Od pomysłu, wiedzy, pracy i ciągłym dociekaniu co z czego i jak. To jego ciekawość i pasja. Bez tego nie dokonano by żadnego odkrycia, bo zaprzestanie prac nie dałoby efektów. Ten głód poszukiwań stanowi podwaliny każdego odkrycia, a co za tym idzie? Wynalazek, który potem się udoskonala i modyfikuje. I nie ma znaczenia, czy to zegar, kłódka, czy tranzystor. Każda z tych rzeczy przebywa taką samą drogę.
Wszystko zaczyna się od ludzkiego umysłu i wiedzy. Sztuczna inteligencja także zaczęła się od ludzkiej pracy, edukacji i dostępności technologicznej, nie inaczej.
Pomysł – to od niego wszystko zyskuje początek, by po latach „wskoczyć” w codzienne użytkowanie.
Nie wyobrażamy sobie życia bez zegarów, soczewek, czy samolotu. Teraz są normalnością, lecz zadziwia fakt, że wszystkie przedmioty, jakie opisał autor, Simon Winchester, zostały wynalezione około 100 – 200 lat temu. Patrząc na drogę, jaką przeszły w przekroju czasu – przecież to tak niedawno. Kilka lat potrzeba było, by proste prototypy osiągnęły poziom profesjonalny. Ale i on ulega ciągłym przekształceniom, bo czas nie stoi w miejscu.
Przyszłość jest niewiadomą. Wszystko się przeinacza i zawsze jest o krok szybciej od teraźniejszości. Nauka nie śpi – co udowadnia w „Sile Precyzji” Simon Winchester. Pomysłów nie zamyka się w szafach instytutów naukowych – choć zamek do nich został już odkryty. Technologia żyje i z każdym dniem wskakuje na wyższy poziom. Wokół nas wszystko pulsuje.
Niewiarygodne są te wszystkie, nawet malutkie odkrycia, tak ważne dla całego świata.
Simon Winchester opisując przełomowe wynalazki dokonuje odczarowania nauki. Przedstawia znaczące nazwiska odkrywców, na płótnie rozpiętym na blejtramie maluje przed nami postaci, bez których nic nie byłoby takie, jakie jest.
Historia przenika do teraźniejszości.
„Siła Precyzji” to nie tyle kompendium wiedzy, dziennik chemiczno-naukowy, czy luźne zapiski bazujące na surowych danych. „Siła Precyzji” to coś na kształt beletrystyki naukowej, która toczy się cylindrem literackim. Autor pisze z pasją, z oddaniem. Tłumaczy, wyjaśnia, docieka. To piszący naukowiec pełen Precyzji i dokładności. Skrupulatny, acz ciekawy wszystkiego człowiek, który do dziś pamięta, jak to wszystko się – u niego – zaczęło.
Było pudełko.
Była tajemnica.
I był tata, który je otworzył i zaczarował chłopca na całe życie.
#agaKUSIczyta
Wyobraź sobie, że jest poranek, sobota i nie idziesz do szkoły i możesz jeść śniadanie w łóżku, a mamusia przynosi ci w dużym kubku gorącą czekoladę z mlekiem i czujesz się, jak w najpyszniejszym raju świata. Lecz to nie wszystko, bo zaraz zaczyna się twój ulubiony program, a raczej bajka animowana pt. ”Było sobie życie”.
I w pokoju zapanowuje cisza.
„Siła Precyzji” jest...
2024-09-10
Pewnego dnia w mieście pojawiają się czarne chmury. Zapytasz – w jakim mieście? W każdym – odpowiem. Wyobraź sobie, że nagle każde miasto na mapie zostaje spowite czarnym dymem, który wychodzi ze wszystkiego. Ze wszystkiego, co smutne, porzucone i niczyje. Wychodzi z kanałów, z kratek ulicznych, z koszy na śmieci. Czarne kłęby oblepiają wszystko, bo tyle jest tych niepotrzebnych rzeczy, że dym gęstnieje z minuty na minutę. Ten dym zamienia wszystko w czerń, odbiera zapachy i poczucie bezpieczeństwa. Ten dym zatrzymuje się między czarną ziemią, a niebieskim dotąd niebem. Jest jak żeliwna patelnia. I wszystko mogłoby się samo naprawić, bo przecież samo się zepsuło, ale ile trzeba będzie czekać? Aż znajduje się psiak, odważny, który postanowił temu zaradzić. Sam siebie w tym dymie nie poznawał. Kiedyś był biały, teraz brudno szary. Wszystko i wszyscy zostali odmienieni, lecz nie tak, jakby tego chcieli.
I ten wszędobylski czarny dym...
Pies i zmókł i sczerniał całkowicie i mało brakowało, a rozpłakałby się... przy smutkach. Bo to były one, płaczące smutne smutki.
Smutki? - zapytasz zdziwiony – Czyje?
Może na nasze, ludzkie, może zwierzęce, może te mieszkające w pluszakach wyrzuconych na śmietnik lub tkwiących samotnie w kącie od dłuższego czasu... może te skryte w zielonych liściach drzew? One wszystkie, nagromadzone przez lata całe. Smutki, które znalazły ujście i wypłakiwany się na świat. To smutne łzy naszych dusz – wszystkich.
„Pies, który rozweselił smutki” Ruty Briede jest książką dla dzieci i dorosłych, która wymyka się jednoznacznej interpretacji. Odbiór jej wielorakości zależy od czytającego. Sześciolatek odnajdzie w niej co innego, niż sześćdziesięciolatek. Ktoś skojarzy czarny dym z tym wydobywającym się z krematorium w Auschwitz, ktoś inny z kominem z pobliskiej kopalni węgla, czy ogniskiem, do którego powrzucano byle co i dym wielkim tumanem wzbija się w niebo. Wyobraźnia podsuwa różne obrazy, a te pociągają za sobą różne myśli i odczucia.
A może ta książka to obraz tego, co nas czeka już w niedalekiej przyszłości? Może smutki oceanów już płaczą? Może drzewa – i te duże i malutkie – też spowijają chmury smutków? A my? W nas też kłebią się czarne myśli, złe czyny, złe słowa, czy gesty... Wszystko ma w sobie smutek, który ukrywa.
Czas też...
Ta książeczka jest niby czarna, niby osnuta dusznym kurzem, szarością i brzydotą i tak kartka za kartką – bez przejaśnień. Szarość i szarość, aż mierzi i nie ma czym oddychać. Ta dymna atmosfera mami wzrok i węch i myli kierunki. Wszystko w jej obliczu traci sens.
A jednak – ta czarna książeczka daje nadzieję.
Tak rozumiem tą historię ja. Ile czytelników, tyle będzie rozumowań, a te dziecięce niejednokrotnie zaskoczą bardziej, że te dorosłe. Dzieci widzą więcej i ich myśli biegną innym torem niż tych, których życie zdążyło doświadczyć.
A jak ty ją odbierzesz? Co o niej powiesz, gdy skończysz czytanie? Co dostrzeżesz w tym czarnym, książkowym dymie? I co zrobisz? - bo coś musi być zrobione.
Mądra, wspaniała, zmuszająca do rozmów, do niekończących się rozważań i przypuszczeń z kategorii „Co gdyby...” – i to stanowi jej sedno i wartość samą w sobie - bezcenną.
za ucztę literacką dziękuję SZTUKATER
#agaKUSIczyta
Pewnego dnia w mieście pojawiają się czarne chmury. Zapytasz – w jakim mieście? W każdym – odpowiem. Wyobraź sobie, że nagle każde miasto na mapie zostaje spowite czarnym dymem, który wychodzi ze wszystkiego. Ze wszystkiego, co smutne, porzucone i niczyje. Wychodzi z kanałów, z kratek ulicznych, z koszy na śmieci. Czarne kłęby oblepiają wszystko, bo tyle jest tych...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-06-01
To bardzo dziwne, kiedy dwoje nieznajomych zaczyna iść razem.
Dusze niewiele się różnią. Czy to Tygrys, Szczur, czy Żółw. Nawet dusza człowieka potrzebuje tego samego, a mały tego, co duży. Każda istota na świecie potrzebuje tego samego.
Są słowa, które otwierają drogę do spokoju. I nie musisz być lepszy od innych, nie musisz być szybszy, czy bystrzejszy, by lepiej się poczuć. Nie musisz być od nikogo lepszy, bo masz być dobrym dla siebie. I nie szukaj porównania. Dobro się ma, dobrym się jest. Wystarczy uwierzyć, a drzwi do spokoju same staną przed tobą otworem. Zamknij rozwartą bramę do cierpień, odsuń się od niej i przestań wyciągać do niej dłonie.
Zacznij żyć i delektować się tym życiem. Łap każdą, nawet najdrobniejszą chwilę - czyjąś obecność, zapach kwiatu, czy dotyk głazu. Przecież każda chwila jest wyjątkowym momentem danym tylko tobie – tylko i wyłącznie – tobie. To wyjątkowy moment w czasie i przestrzeni. Jest tylko dla ciebie, a jedyne co musisz zrobić, to docenić ją. Uśmiechaj się sam do siebie, nawet jeśli nikt nie widzi. Żadnego z momentów, jakie dostajesz, nigdy więcej nie przeżyjesz. Są ci dane na jeden raz, perełki, które tworzą twoje życie. Nanizaj je na nitkę, jak koraliki o tysiącu barw i noś z sobą, niech ci przypominają o tym, co było cenne i co jeszcze takie będzie. W ten magiczny sposób nie poznasz zmęczenia życiem. Nie doświadczysz nudy i apatii i bylejakości. Nie będziesz miał sam siebie dość.
Uspokój myśli, skup się na tym, co teraz i miej własne marzenia.
Słuchaj siebie. „Los prowadzi nas krętą ścieżką i chociaż czasem sytuacja może wyglądać bardzo źle, to nigdy nie wiemy, czy nie obróci się na naszą korzyść”.
Masz w sobie moc odczarowywania strachu i ciemności. Jesteś magikiem własnej duszy i oczu. Bądź za to wdzięczny...
Kot, który szukał Spokoju i poczucia Zen. Kot, który wyruszył w drogę, by położyć się w konarach drzewa dającego poczucie sensu Zen. Ten kot, który dotąd nauczał i poszukiwał w sobie dopiero podczas wędrówki poznał prawdę. On jest Zen i życie samo w sobie w każdej minucie. Dobrem czynisz dobro, puszczasz je w ruch, nadajesz mu sens sobą i swoimi dobrymi uczynkami. Pomagasz, uśmiechasz się, skupiasz na tym, co robisz teraz. Nie uciekaj myślami w odległe czay, nie wybiegaj na przód. Osadź się w tym czasie i miejscu i daj głowie i myślom wyhamować.
Zen to nic innego, jak poczucie pełni, spokoju i szczęścia. To zamknięcie oczu, wyciągnięcie twarzy ku jasnemu niebu i wewnętrzne ciepło. To zawierzenie siebie ogromnemu pięknu świata.
Kotem z opowieści jesteś ty.
#agaKUSIczyta
To bardzo dziwne, kiedy dwoje nieznajomych zaczyna iść razem.
Dusze niewiele się różnią. Czy to Tygrys, Szczur, czy Żółw. Nawet dusza człowieka potrzebuje tego samego, a mały tego, co duży. Każda istota na świecie potrzebuje tego samego.
Są słowa, które otwierają drogę do spokoju. I nie musisz być lepszy od innych, nie musisz być szybszy, czy bystrzejszy, by lepiej się...
2024-03-12
Wyobraź sobie, że jesteś medykiem – ale nie byle jakim. Nie takim współczesnym z komputerem obok pacjenta i sztuczną inteligencją do pomocy. Jesteś medykiem i farmaceutą w jednym w Egipcie i jest rok... jest 3100 roku p.n.e. Chodzisz w sandałach, którymi są podeszwy wiązane rzemykami do nóg i jesteś niezwykle cennym (choć nie zawsze mądrym i skutecznym) docentem, jakich mało. Leczysz wszystko u każdego. Najczęściej są to siniaki i stłuczenia u tych, którzy budują piramidy. Są bolące oczy i skrzywienia kręgosłupa od pisania hieroglifów na papirusach (długich i zwijanych, jak papier toaletowy) lub odciski na dłoniach od ich wykuwania w kamieniu. Możesz mumifikować zwłoki lub doradzać swą wiedzą (ograniczoną, bo samo nabytą) w ramach eksperta (czyli „ę” i „ą” i ten tego...). Rybacy zaś proszą cię o skuteczne mydło, które zabiłoby odór ryb jakim przesiąkają dzień po dniu (po zapachu ryb każdy wyczuwa ich obecność nawet, jeśli jeszcze ich nie widzi). Zdarzają się i tacy, którzy czują klątwę na sobie (zbóje i złodzieje... co groby patroszą) i błagają o ratunek. Wtedy to masz klin (w głowie), co im zalecić i jak wypisać receptę.
Są nawet przypadki leczenia zajadów wokół ust od całowania (czasem spoconych i nieświeżych) stóp faraona. Twoi pacjenci to Egipcjanie, a że lekarz ma leczyć, to leczysz. I całe szczęście, bo lepsze to, niż całowanie stópek władcy, czy noszenie bloków i układanie ich w formę piramidy. Nie wspominając o mumifikowaniu ciał od początku do końca (i wyrzucaniu mózgu czy grzebaniu w bebechach brzucha). Medyk to był ktoś (powiedzmy). Od niego zależała kondycja ludzi, a ta była wprost proporcjonalna do (szybkości) wykonywanej pracy. Im zdrowszy był robotnik, tym szybciej harował. Nawet delikatny nieżyt żołądka mógł być kłopotliwy (tu pomagał specyfik z ogona martwej myszy i ziela łopianu).
A faraon? Ten to czasem wymyśla tak, że sandały z nóg spadają. Jego też kurujesz (czasem nawet wyciągasz z lenistwa, gdy rozrywek mu brak). Znudzony faraon to katastrofa (to jak mucha tse-tse, która bzyczy nad uchem i żądli gdzie chce i kogo chce)...
Medyk ma prestiż i renomę (i poważanie jako takie).
Jest 3100 rok p.n.e. i dzieje się, oj dzieje. Wiele się dzieje, zwłaszcza w tej genialnie napisanej książce. Clive Gifford zawiązał sobie sandały u nóg, a na głowę wcisnął opaskę ze złotą broszką (na wzór i podobieństwo faraona), zarzucił na siebie prześcieradło i zasiadł do hieroglifów (a raczej hieroglifopisania, czy innego hieroglifów rycia). „Co wolisz?” pyta autor, „Kim chcesz być?” docieka. Wybieraj, a jest w czym. W starożytnym Egipcie było wiele opcji i możliwości. Niewielu wybiło się ponad przeciętność (jak choćby Tutenchamon, czy Nefretete) ale nie sięgajmy zbyt wysoko.
Ta książka jest... wspaniała. Skrywa w sobie i zabawę i śmiech i naukę. Podczas czytania przechodzi transformację dopasowując się do ciebie – dziecko zauważy coś innego, niż dorosły, ale... śmiech i tak ogarnie każdego. Wymyka się poczucie realizmu, bo oto wybierasz mumifikację zmarłych i masz ręce pełne roboty (a raczej pełne metrów bandaża).
To niebywała perełka wydawnicza, która wymaga wyróżnienia na podium. Wyniesienia na sam szczyt piramidy. Ona prosi się o uwagę. Przyciąga i bawi. Śmieszy rysunkami i tekstem.
Niebywała.
To bezsprzecznie książka do której będziesz wracać.
#agaKUSIczyta
Wyobraź sobie, że jesteś medykiem – ale nie byle jakim. Nie takim współczesnym z komputerem obok pacjenta i sztuczną inteligencją do pomocy. Jesteś medykiem i farmaceutą w jednym w Egipcie i jest rok... jest 3100 roku p.n.e. Chodzisz w sandałach, którymi są podeszwy wiązane rzemykami do nóg i jesteś niezwykle cennym (choć nie zawsze mądrym i skutecznym) docentem, jakich...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-02-28
We własnym życiu i ciele nie jesteś tymczasowo. Twoje ciało i to, jak ono wygląda, jakie nosi imię i to, co czuje – to TY. To jesteś TY. Silna, piękna, wyprostowana, z dumie wypiętymi piersiami i z zaraźliwym uśmiechem na ustach. Jednak... w wielu nas tak wiele brakuje. Zatrzymujemy się czasem przed szybami witryn sklepowych i przyglądamy się własnemu odbiciu. Patrzymy i nie dowierzamy – to jestem ja? Ja tak przecież nie wyglądam? Ja się tak garbię? A ta fryzura?! Okropna... A to ciało? To niemożliwe...
Płakać ci się chce.
Patrzysz na szklany obraz rozpaczy.
Jednak taka witryna często potrafi dokonać cudów, od tego jednego spojrzenia zmieniasz się ty. Zmienia się twoje myślenie, postępowanie i przyszłość. Robisz wszystko, by nie być tą, którą zobaczyłaś w odbiciu. W takim momencie podsuwam ci „Postny reset dla kobiet”. Zaczytaj się i wyciągnij wniosku. Osadź siebie w tej książce, niespiesznie przez nią przechodź strona po stronie. Stań się własnym lekarzem – diagnozuj swoje ciało, szukaj siebie i odkrywaj SAMĄ SIEBIE. Taki ma cel autorka dr Mindy Pelz.
Napraw siebie tu i teraz, bo nigdy nie jest za późno.
„Nasze ciała i dusze do nas szepczą – może nawet krzyczą – żebyśmy wróciły do domu”. I chyba czas, by dla niektórych z nas stało się to nie tyle powodem, ile właśnie odkryciem siebie po raz pierwszy. Czas na bycie prawdziwą sobą – kobietą zadowoloną z własnego życia. Jednak, by tak było, musisz być ZDROWA. Minda Pelz uczy i podpowiada co i jak i dlaczego. Jej „Postny reset dla kobiet” bazuje na głodówce, ale nie tylko. Głodówka stanowi poniekąd medyczny pretekst tej publikacji. Dr Pelz uczy zdrowego jedzenia.
Ciało jest jak ludzka maszyna o wielu śrubkach i śrubeczkach (tkankach) i układach. By być sprawną, każdy narząd musi być sprawny, bo w organizmie wszystko jest po coś. Hormony, pierwiastki i emocje. Gdy wszystko działa – jesteśmy ZDROWE. Ot i cały sekret.
„Postny reset dla kobiet” podrzuca ci to, co zdrowe. Jest i naukowe analizowanie ciała, ale i kuchenne, bo wiele zależy od tego, co spożywamy. Dr Minda pisze o produktach i przeprawach i dorzuca do tego ketobiotyczne przepisy – pyszne, kolorowe i proste. Już same ich nazwy kuszą: muffiny z cukinią i jabłkiem, pasta ze świeżej mięty i groszku, czy frytki marchewkowe z kardamonem. Paluszki zdrowia lizać.
Keto to nie nuda, zdrowie to nie przeżytek. Okres poszczenia, czy głodowania (z rozsądkiem i głową na karku) ma i smak i wiele plusów. Nie musisz się im od razu poddawać, ale warto poczytać „Reset...”, by poznać choćby tajniki SAMEJ SIEBIE. Zmień kuchnię, odmień siebie – na lepsze i POLUB SIEBIE. Ot, po prostu.
Jesteś maszynistą własnej maszyny – musisz o nią dbać.
#agaKUSIczyta
We własnym życiu i ciele nie jesteś tymczasowo. Twoje ciało i to, jak ono wygląda, jakie nosi imię i to, co czuje – to TY. To jesteś TY. Silna, piękna, wyprostowana, z dumie wypiętymi piersiami i z zaraźliwym uśmiechem na ustach. Jednak... w wielu nas tak wiele brakuje. Zatrzymujemy się czasem przed szybami witryn sklepowych i przyglądamy się własnemu odbiciu. Patrzymy i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-12-05
Tą powieść dość długo odsuwałam od siebie. Tematyka balansująca na progu fantasy i science fiction nie dla każdego stanowi magnes. Ale miało to swoje wielkie plusy, bo jak tylko ją otworzyłam przepadłam. To nie jest typowa powieść osadzona międzygalaktycznie, to nie opis wojujących mocarstw gwiezdnych. To powieść o ludziach, którzy mają słabości, ale i nadzwyczajne zdolności nadnaturalne. To ludzie, którzy raz zawalają, dostają w gębę, czy pod żebra, ale i ludzie, którzy wyczuwają swąd wroga i znienacka go atakują.
Ale po kolei.
Oto dwa mocarstwa rywalizujące ze sobą – Imperium oraz Templarantis. Różni ich wszystko – począwszy od mieszkańców, na technologii kończąc. Templarantis jest światłe, pełne ekspertów z każdej dziedziny nauki, tu dominuje najwyższa technologia inżynierska niemająca sobie równych w całym uniwersum. Dlatego ma wrogów w postaci Imperium, na którym szerzy się kontrola ludzi, propaganda i wieczna żądza dominacji oraz bycie lepszym. To wiecznie niezaspokojone społeczeństwo, zwłaszcza ich przywódcy, którzy szukają sposobu na zniszczenie Templarantis. Na tle tej permanentnej, wzajemnej nienawiści poznajemy pewnego agenta, słowiańską wiedźmę, naukowca oraz córkę lekarza. Skąd się pojawili? Po co obcy sobie ludzie jednoczą siły by wypełnić zleconą im misję, podczas której można stracić życie?
O tym jest ta powieść. O zmaganiach, o walce, ale i o zaufaniu. O szpiegach i przyjaciołach. O słabych i silnych.
To powieść pełna zwrotów akcji i zaskakujących momentów nie tyle dla postaci, ile dla czytelnika. To powieść, której czytanie sprawia radość. Wnika się w jej fabułę i traci grunt pod nogami, dosłownie i w przenośni. To zasługa świetnej kreacji uniwersum i plastyczności tekstu. Tekstu, który się spija z kart powieści.
Mijający czas nie ma znaczenia, pilne obowiązki czekają, bo dla ciebie liczy się czytanie. Gdy zasiadasz z „Templarantis” musisz się skupić i skoncentrować na fabule. Dlaczego? Bo tylko tak jesteś w stanie podążać za bohaterami. Składasz fakty ze sobą, tworzysz coś na kształt hybrydy. To powieściowa kostka Rubika dla wytrwałych. Szatkowanie poszczególnych scen działa tak, że nie możesz się od tej powieści oderwać. Ciekawość wzbiera w tobie z każdą kolejną stroną. Próbujesz dociec kto, z kim, dlaczego i gdzie to wszystko zmierza. Jaki będzie finał.
To literacki warkocz o wielu wątkach, idealnie zapleciony kłos.
„Templarantis” to książka, którą, co zaskakujące, czyta się z wypiekami na twarzy. To powieść, która budzi w tobie cały wachlarz emocji, nawet te, o których istnieniu nie miałeś pojęcia.
Napisanie takiej powieści wymagało skrupulatnej pracy przed. Rozrysowanie poszczególnych scen, tworzenie bohaterów i płaszczyzn ujętego świata. To perfekcyjne wręcz dopracowanie każdego detalu. W „Templarantis” wszystko jest potrzebne – wszystko i wszyscy. Każda akcja pociąga za sobą kolejną, każde słowo ma znaczenie i każda reakcja. Czytaj i obserwuj zachowania bohaterów, dociekaj, gdybaj i szukaj.
Paweł Horyszny napisał bardzo dobrą powieść. Spektakularną wręcz. Wykreował wielopłaszczyznową fabułę, która zachwyca rozmachem, ale i wyobraźnią samego autora, mistrza tworzenia. „Templarantis” czyta się jak dobrą, współczesną powieść.
Wnika w czytelnika i zachwyca. To taka perełka pośród zalewu wszystkiego.
Czego chcieć więcej?
#agaKUSIczyta
Tą powieść dość długo odsuwałam od siebie. Tematyka balansująca na progu fantasy i science fiction nie dla każdego stanowi magnes. Ale miało to swoje wielkie plusy, bo jak tylko ją otworzyłam przepadłam. To nie jest typowa powieść osadzona międzygalaktycznie, to nie opis wojujących mocarstw gwiezdnych. To powieść o ludziach, którzy mają słabości, ale i nadzwyczajne...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-10-20
Pokusiłam się, jak nigdy, rzucić okiem na recenzje osób, które „Bryk...” przeczytały. Sama jestem już po lekturze i stąd moje zainteresowanie lecz ponownie zaznaczę, że nigdy nie kieruję się opiniami innych. I – co mnie bardzo zaskoczyło? Oceny są tak różne i tak skrajne, że odczuwam w sobie nikłą irytację. Dlaczego?
Och, Adamie (wzdycham do Mickiewicza), jakże ty jesteś pełen zagadek, zakrętów i emocji... Do dziś. Jakże ty jesteś poszkodowany. Łukasz Radecki wziął na warsztat utwory Wieszcza, które – nie oszukujmy się – czytane w szkole zrażają. Zrażają w ogóle do czytania i do jakiegokolwiek zagłębiania się w treść. „Pana Tadeusza” mało kto doczytał do końca, podobnie jest z „Dziadami”, czy „Grażyną”. Nie oszukujmy się, te dzieła (w oryginale) wymagają swojego czasu i wieku. Starszy czytelnik odnajdzie w nich głębię i piękno i dzięki klasyce Mickiewicza sięgnie po inne lektury tego okresu. Młodzież czyta ściągi, wszelkie streszczenia lub słucha interpretacji publikowanych w internecie. Czytanie stanowi górę nie do przebycia i gdyby nie nauczyciele, którzy omawiają lekturę i wyjaśniają jej sens, lekcja byłaby wypełniona ciszą.
Mogę brać udział w polemice i spierać się tymi, którzy myślą inaczej, dlatego odważnie zanurzyłam się w „Bryku bardzo niekonwencjonalnym” Łukasza Radeckiego. I co? I mnie porwało totalnie. Nagle okazało się, że z ballad Mickiewicza można czerpać przyjemność. Ba, można się nawet zadumać nad bezmyślnością bohaterów i nad ich decyzjami. Nagle Pan Tadeusz zaprosił mnie do rodzinnej posiadłości, choć wcześniej zrobił to Pan Twardowski zamaszyście czyniąc mi miejsce przy stole w oberży. Nagle wkroczyłam w świat, który, jakby nie było, nagle inaczej mi się objawił. Czytanie „Bryku ...” sprawiło, że wszystko nabrało jasności i zrozumienia. Nagle wiem o co w tekście chodzi.
I tak jest z każdym utworem Mickiewicza, który rozpracował Łukasz Radecki. Normalne słowa, proste, codzienne okazały się lekiem na treść. Czytasz i pojmujesz. Należy czytać najpierw oryginał i dać mu szansę, by poznać treść i sens. Potem dopiero łapać za „Bryk...” Radeckiego.
Porównaj, co bardziej się w tobie zagnieździło, co jest bardziej zrozumiałe i – co zasadnicze – zadaj sobie pytanie – można? Można zachwycać się klasyką pisaną wierszem? Można ją rozumieć? Można się nią w pewien sposób zauroczyć?
A czego nieświadomie dokonał autor „Bryku bardzo niekonwencjonalnego”? Publikacją ożywił Adama Mickiewicza. Dał mu powiew świeżości, co go nawet odmłodziło (autora pewnie też przy okazji) i co sprawiło, że Mickiewicz stał się przystępnym pisarzem. To osiągnięcie nie mające swojej miary.
Szkoła ma pomagać w nauce, co jest rolą nauczycieli. I chwała panu Łukaszowi za to, co zrobił. Rozłożył Mickiewicza (ale i Słowackiego) na łopatki, a dokonał tego genialnie. I bezboleśnie, bo w końcu nikt nie ucierpiał.
#agaKUSIczyta
Pokusiłam się, jak nigdy, rzucić okiem na recenzje osób, które „Bryk...” przeczytały. Sama jestem już po lekturze i stąd moje zainteresowanie lecz ponownie zaznaczę, że nigdy nie kieruję się opiniami innych. I – co mnie bardzo zaskoczyło? Oceny są tak różne i tak skrajne, że odczuwam w sobie nikłą irytację. Dlaczego?
Och, Adamie (wzdycham do Mickiewicza), jakże ty jesteś...
2023-03-20
Sercem domu jest kuchnia. Tak się jakoś przyjęło, samoczynnie. Tu na ścianach wiszą najlepsze cytaty o domu i o rodzinie, tu są też najsmaczniejsze obrazki, a każda szafka czymś pachnie. Jak nie świeżo otwartą kawą ziarnistą, to ciasteczkami cynamonowymi. Kuchnia to kraina zapachów i smaków i... ciepła. Każdy gość po przekroczeniu progu biegnie do kuchni. A i ty, już jako małolat, pierwsze, gdzie idziesz po wejściu do domu, to… do kuchni. Tu jest jakiś magnes o ogromnej sile przyciągania. O, i choćby to stanowi dla ciebie orzech do zgryzienia. Dlatego dziś ubierasz fartuszek gosposi (choć nie planujesz gotować obiadu), na głowie mocujesz czepek piekarza (chleba ani sernika piec nie potrafisz, ale nauczysz się... kiedyś, z innej książki), nie sięgasz po cukier, ani stolnicę, ani mąkę. Nie będzie jabłecznika (ten potrafisz zrobisz, ale co jeśli wszyscy zlecą się na sam zapach?). Lepiej działać w pojedynkę, a na pewno z tatą, bo to super gość i nie będzie się złościł, jak mama.
Ty i tata stajecie się fizykami. Ty jesteś małym Archimedesem, tata to Newton i Janssen w jednym (na szczęście nie trzeba shakera, by złączyć w tacie dwóch naukowców, bo jakby mieli się zmieścić w kielichu? I to trzech?). I choć jesteś mały, to przy doświadczeniach z tatą u boku jesteś no... najważniejszy, bo dyrygujesz (nie orkiestrą dętą – choć nie wiadomo, czy wybuchowe eksperymenty nie będą i dyrygenta potrzebowały).
I zaczynacie. Tata jest w pogotowiu, bo nigdy nie wiadomo, jakie będą skutki łączenia czegoś z czymś, bo szefem owej ekipy jesteś ty. To ty przeprowadzasz 50 doświadczeń naukowych. Bo, jak wynika z fenomenalnej wręcz książki „Eksperymenty są super”, każde zadanie potrafisz wykonać. Krok po kroku. Bez pośpiechu. Do tego każde z nich się udaje, a efekty okazują się być ...powalające (działanie siły grawitacji w dół, więc ręce ci opadają, a kolana się uginają). A wszystko z wrażenia i z odkryć.
Wystarczy to, co masz w domu. Zwykły słoik po zmrożeniu zamienia kuchnię w niebo. Cumulusy wokół ciebie... Ale uwaga, zanotowałeś niskie ciśnienie atmosferyczne i nagle deszcz zalewa chodnik i zlew... Aż wpada mama, której ciśnienie akurat skoczyło i zaczęła biegać za tobą z kapciem w ręce, by ci dać klapsa. Więc lepiej uważać. Na łączenie kabli też, bo jak spalisz telewizor, w którym mama ogląda swój ulubiony serial, to będzie koniec. Koniec lodów na deser i twojej kariery w zawodzie naukowca i koniec z bajkami na dobranoc. I choć tata jutro kupi nowy TV i choć ty nauczysz się zadanego wierszyka na pamięć (i to aż dziesięć linijek, których w ogóle nie rozumiesz), to mama i tak przez tydzień będzie, jak gradowa chmura ciskająca pioruny. No, ale jak tu zatrzymać prąd? Przecież go nawet nie widać... Bo czy ktoś go widział? A witaminy? - czy ktoś je widział na dziale warzyw?
Naukowe ABC zmienia dziecko w naukowca. Niemal w pasjonata nauki. Nie sposób czytać „Eksperymenty...” i nic z niej próbować. Do tego obrazki i dokładne opisy. I wszystko masz w domu. I miskę i słoiki i baterie i wodę. Wszystko możesz zrobić, a przy okazji nauczyć się. Są tu opisy zjawisk, tajemnice naukowe i ciekawostki. Może poznać cały świat od strony fizyki, biologii i chemii.
„Eksperymenty są super” zachwyca i budzi ciekawość. Dziecko po lekturze będzie mieć tylko jedno marzenie – mikroskop na urodziny. Koniecznie „wypasiony i z bajerami”.
I biały fartuszek naukowca. No i trochę czekoladek...
#agaKUSIczyta
Sercem domu jest kuchnia. Tak się jakoś przyjęło, samoczynnie. Tu na ścianach wiszą najlepsze cytaty o domu i o rodzinie, tu są też najsmaczniejsze obrazki, a każda szafka czymś pachnie. Jak nie świeżo otwartą kawą ziarnistą, to ciasteczkami cynamonowymi. Kuchnia to kraina zapachów i smaków i... ciepła. Każdy gość po przekroczeniu progu biegnie do kuchni. A i ty, już jako...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Costaricana, 46 piętro i Sala Purpurowa w hotelu Hilton. „Dyrekcja Hiltona gwarantuje brak BOMB w tym pomieszczeniu”. Miejsce niczego sobie, myślisz, i bezpieczne notabene, wiesz, że tu luksus goni luksus, lecz ciebie z tego luksusu wysiudali na setne piętro. No, ale – teraz idziesz po 46 piętrze, bo odbywa się tu Kongres Futurologiczny, na który cię zaprosili. Wchodzisz do Sali, a tam leci szlagier słowami mamiący umysł śpiewem niebanalnym „Tylko głupiec i kanalia lekceważy genitalia, bo najbardziej jest dziś modne reklamować części rodne”. Ach, hola, hola, to nie ta sala i nie ten zlot. Twoja Sala jest Purpurowa i musisz zjechać piętro niżej, na 45 piętro. Uf, myślisz, choć nieco im zazdrościsz tej wyżerki i bufetu. Bo u ciebie... zimny stół, przesolone sałatki i konsumpcja na stojąco. A potem pragnienie niemiłosierne.
Ale to kongres futurologiczny, nie degustacyjny. Będzie dyskusja o ludności, o kosmosie i o wszystkim tym, co odrywa ludzi i ich umysły od ziemskiego padołu. Od tych przyziemnych tematów, czasem wręcz niewygodnych dla polityków i świata finansjery. To będzie rozmowa o przyszłości, ale zanim do niej dojdzie, musisz się jako ten naukowiec odnaleźć w sobie i w hotelu. Czujesz się, jak outsider pomiędzy jawą a snem, czujesz absurd halucynacji i tego, gdzie przebywasz i co się dzieje. Cały pobyt tutaj odczuwasz w nader dziwny sposób. Woda pita z kranu mami umysł, ciało słabnie, wzrok szuka jakiegoś nieruchomego punktu na ścianie. I nagle debaty i 14 godzin prelekcji każdego z zaproszonych gości. Ale... nagle wybuch i trzęsie się ziemia pod stopami. Wyłazi strach i panika i wybiegasz na korytarz. Ci od Wyzwolonej Literatury też biegną przed siebie. Wszyscy czmychają, bo tak w małpim tłumie trzeba. Pędzisz i ty. Z nimi. Byleby skórę zachować. Bo owo trzęsienie wywołały zamieszki na ulicach. Wszystko przeradza się w regularną wojnę, a do jej tłumienia zostają użyte chemiczne środki halucynogenne. Dochodzi do absurdalnych wizji, urojeń i zachowań. Podobnie dzieje się z tobą.
„Człowiek potrafi owładnąć tym tylko, co może pojąć, z kolei może jedynie to, co da się wysłowić. Niewysłowione jest niepojęte.” I pewnie dlatego są rzeczy, w których człowiek się gubi inie wie, o co chodzi. Bombardowanie niewiedzą i ogromem wszystkiego jednocześnie przytłacza. W czasie nadmiaru, wysokiej konsumpcji i ciągłej gonitwy za bogactwem i posiadaniem tworzy z człowieka ogłupiałego manekina. Stanisław Lem pisząc „Kongres Futurologiczny” nakreślił literacko nas samych. Manipulacja jednostką jest bardzo łatwa, a jednostki budują społeczeństwa...
Dokąd to wszystko zmierza? Jaki nasuwa się wniosek?
Lem maluje wizję katastrofy ludzkości i świata. Na warsztat, jak to miał w swoim zwyczaju, bierze gatunek sobie upodobany, czyli science fiction osadzony na nogach rzeczywistości. Czytasz o jakimś dziwnym świecie, by nagle uzmysłowić sobie, że ten świat jest dziwnie podobny do tego, który na co dzień oglądasz i w którym sam żyjesz. To sarkastyczny, acz przerażający obraz tego, jaki chaos nas czeka w przyszłości, a może już jest jest? Społeczeństwo jest manipulowane, nakierowywane tak wiele prawd, że już ich trudno zliczyć. Panuje bajzel informacyjny, tożsamościowy i światowy. Doczekaliśmy się wojen, fabryk dronów, maszyn wojennych i bomb. Ludzie sami się niszczą i zabijają. Na świecie leje krew.
I można Lema nie czytać, można go mijać i odsuwać. Można... Pewnie, że można, bo człowiek może wszystko. O wolność walczy każdego dnia, a wolny wybór mu sprzyja. Ale nadchodzi moment, kiedy Lem ląduje w rękach. Otwierasz go i zaczynasz czytać... I przepadasz. Widzisz alegorię aktualną dziś. Widzisz prześmiewczą, acz do bólu autentyczną rzeczywistość zza okna.
Wybitne działa bronią się same. Wybitni pisarze zasługują na szacunek, zasługują na hołd.
#agaKUSIczyta
dziękuję Sztukaterowi
Costaricana, 46 piętro i Sala Purpurowa w hotelu Hilton. „Dyrekcja Hiltona gwarantuje brak BOMB w tym pomieszczeniu”. Miejsce niczego sobie, myślisz, i bezpieczne notabene, wiesz, że tu luksus goni luksus, lecz ciebie z tego luksusu wysiudali na setne piętro. No, ale – teraz idziesz po 46 piętrze, bo odbywa się tu Kongres Futurologiczny, na który cię zaprosili. Wchodzisz do...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to