-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać388 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać7 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać13 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać12
Biblioteczka
Zacznę przewrotnie, nieco odskoczę od typowego pisania recenzji...
Czytając „Yuul” Pana Krzysztofa odczułam w sobie delikatny smutek, dlaczego? Moja wyobraźnia, choć szeroka i wymykająca się ramom, nijak się ma do wyobraźni i bajkowości autora. Jego pomysłowość, kreatywność i plastyczność przekraczają horyzonty literackie, sprawiają, że czytając człowiek znika. Staje się baśnią i kimś, kto jest, ale jest inny. Ta baśniowość i plastyczność powieściowego świata sprawiają, że umysł zaczyna tworzyć obrazy i jakiś kolorowy świat, który pulsuje, który żyje.
Takiej powieści jeszcze nie czytałam.
„YUUL” to fenomen literatury najwyższego pułapu.
Oto dziewczyna - elf, ma dziesięć lat. Jest mądra, piękna i jedyna w swoim rodzaju. Błyskotliwa i odważna. Nieujarzmiona i łaknąca coraz więcej poznania świata i swoich umiejętności. Zręczna, na swój sposób powabna i tajemnicza. To Yuul nieodgadniona.
Należy do najznamienitszego rodu, rodu królewskiego – to księżniczka, która czeka na narodziny braciszka. Jednak marzy o siostrze, która towarzyszyłaby jej w wyprawach i zabawie, lecz przepowiednia mówi chłopcu – to na niego wszyscy czekają. Moc Yuul nie ma znaczenia, bo jest dziewczynką. Władza należy do potomków męskich i to oni przejmują ciągłość panowania.
Yuul to ciemnowłosa istota o niebywałych wręcz zdolnościach i umiejętnościach. Jej moc i siła świadczą o tym, że jest wybrana... To elfka o mocy, która wymyka się najznamienitszym. Lecz na wszystko przyjdzie odpowiedni czas. Czas – on wszystko reguluje. Pokora nauczycieli i rodziców wobec Yuul przeinaczą się, potrzeba zrozumienia przyjdzie, bo oto wypełni się... Czasu i Przeznaczenia nie można oszukać.
„Yuul” zachwyca. To powieść wielowątkowa, przesycona mądrością i ukazująca los, który po części zależy od nas, po części do bogów, a po części do dziejów. To powieść o przeznaczeniu. Powieść, która wymaga oddania czytelniczego, jednak to pochłonięcie w treści sprawia rozkosz. To uczta literacka, która serwuje najlepsze dania kuchni.
Autor urzeka bajkowością, malowniczością opisów i plastycznością pióra. Odnoszę wrażenie, że Jego wyobraźnia łączy się z pięknymi snami, i że tworzą one kostkę Rubika, którą staram się ułożyć i która stanowi dla mnie zagadkę. Kostka przyciąga i magnetyzuje.
„Yuul” to niebywale precyzyjnie rozpisana powieść, którą się chłonie. I nawet jeśli nie gustujesz w literaturze fantasy, to prędzej, czy później zatopisz się tu czytelniczo. Odetniesz się od tego, co obok, od tego co za oknem i staniesz się elfim dzieckiem. Staniesz się Kimś wyjątkowym, bo taka jest „Yuul”.
To perła wydawnicza.
Zacznę przewrotnie, nieco odskoczę od typowego pisania recenzji...
Czytając „Yuul” Pana Krzysztofa odczułam w sobie delikatny smutek, dlaczego? Moja wyobraźnia, choć szeroka i wymykająca się ramom, nijak się ma do wyobraźni i bajkowości autora. Jego pomysłowość, kreatywność i plastyczność przekraczają horyzonty literackie, sprawiają, że czytając człowiek znika. Staje się...
Niedawno przeczytałam „Tonję z Glimmerdalen” o dziewczynce, która sobą zarażała mieszkańców całego miasteczka. Lubiła wszystko i wszystkich, z małym jednym ludzkim wyjątkiem – ale nikt nigdy na całym świecie nie polubiłby akurat tego pana, właściciela ośrodka wypoczynkowego, który wprowadził najgłupszy regulamin jaki tylko można (na szczęście tylko w obrębie swojego ośrodka). A będąc pod wpływem zachwytu Tonją, szybko złapałam za „Janie i Iwo” pióra pani Małgosi mając cichą, bardzo cichuteńką nadzieję, że i ona (Jania, nie Małgosia i nie Tonja) też będzie równie porywająca. Snułam delikatną nadzieję, że zanurzając się w tej książce będę dalej marzyć o dzieciństwie i uśmiechu i dorastaniu, które jest najpiękniejszym czasem na całej ludzkiej mapie życia i poczuję w sobie magię. I znowu wiatr rozwieje mi włosy, a brudna buzia nikomu nie będzie przeszkadzać. Gdy babcia posmaruje mi wielką kanapkę śmietaną i posypie cukrem...
I tak się stało.
Magia i zachwyt, jakie mnie otuliły sprawiły, że nie dość, że oderwałam się od rzeczywistości, to poczułam w sobie smutek, że ta powieść jest tak krótka. Że „Jania i Iwo” powinna trwać i trwać i dalej zarażać pięknem i głębią i roztaczać spokój w czytającym.
Takich książek jest niewiele (a szkoda). Takie książki to perełki wydawnicze, które powinny być eksponowane. Powinny zajmować królewskie miejsca, a tym rączkom, co po nie sięgają, dawać taką radość, która odbiera słowa. Radość, którą trudno opisać, bo swoim pięknem i emocjami wymyka się mowie.
„Jania i Iwo” to historia dwójki przyjaciół, którzy dorastają obok siebie, którzy uczą się życia, a jednocześnie czerpią z niego wszystko to, co dobre, właściwe i smaczne. Dosłownie. To dwójka dzieciaczków, które radują się na każdy nowy dzień i na swój sposób radzą sobie z trudnościami, jakie ich spotykają. To dzieci, które uczą się tego, by mądrze i rozważnie postępować, by być dobrym i szczerym.
Najbardziej wzrusza wyjazd nad morze i poranna pobudka i pakowanie góry kanapek i termosów i wszelkich dobroci na cały dzień. Każdy ma swój ekwipunek i każdy wie, co ma robić, by sprawnie ruszyć w drogę. Potem bieg na pociąg i jest - szum fal, wiaterek, woda i szczęście. I piasek – wiele piasku, który nie dość, że włazi między palce u stóp, to na dodatek pcha się do plecaków i kanapek.
Jest też rozdział o chorobie i o przyjaźni i o wpuszczaniu kota przez uchylone okno do pokoju chorej Jani i jest troska kolegi o koleżankę.
Niebywały warkocz emocji, w którym przoduje radość, wewnętrzne wyciszenie i piękno. Magia stron otula. Wyczytane słowa budzą się ze stronic książki, odrywają od kartek i fruwają wokół ciebie, jak barwne motyle.
Żeby nurzać się w takich książkach nie trzeba szukać żadnego pretekstu. Nie ma znaczenia wiek, pogoda za oknem, czy tymczasowa nuda, którą trzeba jakoś zapchać. Zbyteczny jest jakikolwiek powód, a tym bardziej tłumaczenie się. Na takie książki czas jest zawsze i wszędzie, a sama lektura i rysunki i marzenia, to rarytas – ekstra przyjemność, która sprawia, że czytając uśmiechasz się.
„Jania i Iwo” przeganiają chmury znad smutnej duszy, leczą umysł (bez leków i wizyty u specjalisty), poprawiają nastrój i sprawiają, że człowiek zaczyna marzyć z uśmiechem na twarzy. Nie wspomnę już, że Jania leczy chore ciało. We wnętrzu ponownie rodzi się w tobie dziecko, którym kiedyś byłeś. Wraca beztroska, wspomnienia i lekkość dorastania. Aż chciałoby się pobawić w piaskownicy i stawiać z piasku babki, które inni kupią za zielone liście.
Same plusy i to w nadmiarze.
A rysunki – ach, te w „Janie i Iwo” są urzekające. Samoczynnie się do nich uśmiechasz. Przytulanie buzi do chrapów konia, czy Jania siedząca na parapecie z kocem na ramionach i Iwo przy oknie, który przyszedł odwiedzić chorą koleżankę – te ilustracje hamują wzrok, by magia książki trwała dłużej. Czujesz niesamowitą bajkową magię, bo ta książka tworzy wokół ciebie tęczę pełną słońca i blasku.
Takie chwile warto kolekcjonować.
ocena 10/6
#agaKUSIczyta
Niedawno przeczytałam „Tonję z Glimmerdalen” o dziewczynce, która sobą zarażała mieszkańców całego miasteczka. Lubiła wszystko i wszystkich, z małym jednym ludzkim wyjątkiem – ale nikt nigdy na całym świecie nie polubiłby akurat tego pana, właściciela ośrodka wypoczynkowego, który wprowadził najgłupszy regulamin jaki tylko można (na szczęście tylko w obrębie swojego...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
„Pisał w prosty, przystępny sposób, który przemawiał zarówno do młodzieży, jak i dorosłych, a jednocześnie pozostawał wierny zasadom literatury przygodowej. Przedstawiał relacje między ludźmi, a zwierzętami, dodając głębi emocjonalnej swoim opowieściom...” czytam notatki o Curwoodzie na końcu powieści i utwierdzam się w przekonaniu, że to prawda, z którą się jednoczę. Klasyka literatury amerykańskiej z działu, którego dotychczas nie czytałam, a który urzekł mnie po kilku zaledwie stronach.
Wielu autorów wymaga czasu, skupienia i jakiegoś wewnętrznego wyciszenia, by sięgać po ich książki. Zmuszają do intelektu i wyłączności. Z Jamesem Curwoodem jest inaczej. On sprawia, że czytelnik nie dość, że podróżuje, to odpoczywa.
Wabigoon, w skrócie Wabi, był starszym bratem Minnetaki. W obojgu płynęła indiańska krew i choć bardzo różnili się z wyglądu, to jednak łączyła ich silna więź rodzinna. To, jak wyglądali odzwierciedlało ich temperament i mieszankę korzeni po rodzicach. Mieszkali na dalekiej północy Kanady i pewnie ich życie toczyłoby się wedle rodzinnych schematów, gdyby nie Roderick Drew, który zaprzyjaźnia się z Wabi i trafia pod opiekę jego rodziny. Choć... nie ma to wiele wspólnego z rodzinnym ciepłem i siedzeniem przed kominkiem. Tu trzeba żyć w surowym klimacie i polować na zwierzynę. Tu trzeba się ciepło ubierać i nabrać owej surowości natury, którą widać za oknem. Tu trzeba przetrwać... A Rod obcując z tym klimatem, w mig łapie bakcyla i szybko się aklimatyzuje. Ba, szybko poznaje dzikie zwierzęta i uczy się ich zachowań. Szkoli się także w strzelaniu i w szybkości ciała, bo tu, w ciemnościach, podczas polowania i podchodzenia do dzikich zwierząt, człowiek musi mieć świadomość – albo ja, albo one.
Zimno.
Rany, które się długo goją.
Krew, która nie chce szybko zastygnąć.
Odwaga pomieszana z głupotą...
Czasem walka z życiem...
„Łowcy wilków” serwują całą gamę uczuć i emocji. To niebywale precyzyjnie rozpisana na głosy wręcz powieść, którą się chłonie. Chłoniesz przyrodę, surowość i ciemne lasy. Chłoniesz strach chłopców i zwierząt, na jakie się zasadzają, a które zranione i krwawiące uciekają. Walczysz o życie, o ostatni dech, o siłę, której nie masz. Ryzykujesz, jak łowcy, bo od tego, co upolują zależy ich życie – zwycięży głód i pusty brzuch, czy jednak sytość i radość ciała. Chłoniesz też, co zaskakujące, strach i lęk zwierząt. Dajesz się porwać tej przygodzie i dziwisz się, że to literatura skierowana do młodego czytelnika.
Powieść Curwooda można odbierać wielorako. To opis przyrody i ludzi i ich uczuć. To opis tego, jaka potrafi zrodzić się więź i miłość nie tylko człowieka do człowieka, ile człowieka do zwierzęcia. To opis ludzi i zwierząt i tego, co się rodzi w sercu, gdy staje się nagle na granicy śmierci, i gdy ta wyciąga swe szpony. To strach w oczach i tchórzostwo czasem, które przykrywa się bladym uśmiechem, trzęsącymi się dłońmi, czy umykaniem przerażonych oczu. I nawet jeśli nie gustujesz w tego typu powieściach, to prędzej, czy później zatopisz się tu czytelniczo.
dziękuję Szttukaterkowi za czytanie z przyjemnością
#agaKUSIczyta
„Pisał w prosty, przystępny sposób, który przemawiał zarówno do młodzieży, jak i dorosłych, a jednocześnie pozostawał wierny zasadom literatury przygodowej. Przedstawiał relacje między ludźmi, a zwierzętami, dodając głębi emocjonalnej swoim opowieściom...” czytam notatki o Curwoodzie na końcu powieści i utwierdzam się w przekonaniu, że to prawda, z którą się jednoczę....
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
WSPANIAŁA - opowieść o zwierzętach, ale to o nas przecież jest... o naszych pragnieniach, marzeniach, planach i tym, co ekscytuje. To także obraz postrzegania innych wedle schematów, niesłusznych bardzo. bo zawsze było tak, a tak i teraz nagle pojawia się nowy, taki na przykład Szczurek i chce wszystko zmienić i nie boi się i jak... on... może ?
wspaniała
piękna
mądra
i zachwyca
zawsze i wszędzie
każdego
WSPANIAŁA - opowieść o zwierzętach, ale to o nas przecież jest... o naszych pragnieniach, marzeniach, planach i tym, co ekscytuje. To także obraz postrzegania innych wedle schematów, niesłusznych bardzo. bo zawsze było tak, a tak i teraz nagle pojawia się nowy, taki na przykład Szczurek i chce wszystko zmienić i nie boi się i jak... on... może ?
wspaniała
piękna
mądra
i...
WSPANIAŁA - opowieść o zwierzętach, ale to o nas przecież jest... o naszych pragnieniach, marzeniach, planach i tym, co ekscytuje. To także obraz postrzegania innych wedle schematów, niesłusznych bardzo. bo zawsze było tak, a tak i teraz nagle pojawia się nowy, taki na przykład Szczurek i chce wszystko zmienić i nie boi się i jak... on... może ?
wspaniała
piękna
mądra
i zachwyca
zawsze i wszędzie
każdego
#agaKusiczyta
WSPANIAŁA - opowieść o zwierzętach, ale to o nas przecież jest... o naszych pragnieniach, marzeniach, planach i tym, co ekscytuje. To także obraz postrzegania innych wedle schematów, niesłusznych bardzo. bo zawsze było tak, a tak i teraz nagle pojawia się nowy, taki na przykład Szczurek i chce wszystko zmienić i nie boi się i jak... on... może ?
wspaniała
piękna
mądra
i...
Czas niknie gdzieś w dali, nie słychać tykania ani wskazówek przesuwania. Nie ma tik, tak, nie ma nic. To przestrzeń, w której przebywanie wywołuje u ciebie strach, ale i ciekawość. Czujesz, że czas sobie z tobą igra, że wymyka się. Dusza w tobie kołata, jak serce do bram nieznanego, coś się z tobą dzieje i pytasz się, czy tracisz zmysły? Czy to śmierć może?
Chodź, dociera do ciebie szept zza pleców.
Nie bój się, zaufaj mi - szepcze Justyna Mrozek. Chodź…
Życie, ludzie i ich emocje – to nieustannie pleciony warkocz ludzkiego bytu. Jednego dnia człowiek praktykuje ćwiczenia jogi, uczy nowych joginów wyciszenia i medytacji, po to, by drugiego tkwić w czterech ścianach ze strachem w sobie. Pandemia zamyka wszystko – strach rygluje drzwi domów, serc, myśli i nadziei. Życie mija gdzieś obok. Życie tak inne od tego, które jeszcze teraz było. I sny – te są najgorsze. Koszmary, strach, powtarzające się motywy wywołujące bezsenność. Lecz te sny kryją więcej niż może się wydawać. I od tych snów właśnie zaczyna się powieść Justyny Mrozek. Powieść, która udowadnia, że człowiek nigdy nie wie, co jest mu pisane, zwłaszcza gdy podda się hipnozie.
Ludzka codzienność prowadzi po nieznanych drogach, które niejednokrotnie plączą się w sobie tylko wiadomym kierunku. A życie? Życie pisze własne opowiadania, które nijak mają się z ludzkimi planami.
Wszystko zaczęło się w 1864 roku i bal urodzinowy… A może winne były karty tarota?
A może… winna temu jest hipnoza tak rzeczywista, jak ten świat na wyciągnięcie dłoni?
Pytania – coraz więcej pytań i żadne nie ma swojej racjonalnej odpowiedzi. Powieściowa Julia zostaje rzucona w miejsca, które są „poza” nią. Zostaje wyznaczona do odnalezienia Księgi Umarłych, świętego Graala, który uratuje ziemię od zagłady. Jest wyjątkowa. Znaczenie ma jej numerologiczna liczba urodzin oraz predyspozycje. Tak, predyspozycje są najważniejsze. Posiada zdolność przenoszenia się w czasie, wchodzenia w ciało kogoś innego i ingerencji w przeszłość. Tylko ona może dokonać cudu – ratunku ziemi i cywilizacji. Ratunku planety i wszechświata. Ale zanim do tego dojdzie musi przejść szkolenie i nabyć wiedzy. Musi wykorzystać nauki płynące z tak dobrze opanowanej medytacji i zachować jasność umysłu. A nie jest łatwo. Pojawiają się obcy ludzie, organizacje, nakazy i jeden cel – Księga Umarłych, bo o nią tu chodzi…
Justyna Mrozek jest dla mnie ODKRYCIEM, niebywałym wirtuozem fantasy i czarnej magii. To dyrygent, który batutą wyznacza nowe kierunki dla muzycznych przestrzeni i historii. To ktoś, kto rozsiewa realizm magiczny i kto w tym świecie zatraca się. Autorka pisze i roztacza nikłą magię, która delikatnie oblepia, by potem zawładnąć czytelnikiem, lecz niepilnowana, wymyka się, jak mgła spomiędzy palców. Jest ulotna jak czas. Otwierasz książkę i na własną odpowiedzialność wkraczasz w świat, który nęci jakąś tajemnicą nieodkrytą. I choć nic nie jest pewne, nic nie da się przewidzieć, to chcesz w ten świat cały wejść. Chcesz w tym świecie być jak najdłużej, bo czujesz nieuzasadnioną potrzebę. Autorka nie tylko powieściową Julię, ale i czytelnika wprowadza w trans, w hipnozę nieznaną. Jesteś otumaniony, ale i zachwycony jednocześnie. Boisz się, ale chcesz tego. Jesteś zauroczony tym, co wiruje wokół ciebie.
Dajesz się ponieść i losowi i kartom i własnemu umysłowi.
Wnikasz w treść „Wędrowców Nocy” i nic już nie jest takie, jakie było wcześniej. Czytanie staje się kosztowną emocjonalnie przyjemnością. Nie można się od tej książki oderwać, ani tym bardziej wyzwolić umysłowo. Nie można o niej zapomnieć, ani wymazać jej z głowy.
Czytanie to przygoda.
Czytanie to emocje i słowa, które trawisz w sobie, a które z czasem musisz z siebie wyrzucić. Wszystko to zostawia w tobie ślady. Z czytelniczą duszą na ramieniu, dajesz się ponieść.
Justyna Mrozek napisała powieść, która bawi się gatunkami. To fantasy osadzone w codzienności, czy codzienność krocząca w fantasy? To mapa przestrzeni, której zaraz może nie być czy obraz, który jeszcze można zmienić? Tracisz poczucie mijanego czasu. Tracisz poczucie samego siebie.
Drobinki życia przesypują się w klepsydrze codzienności.
Niebywała powieść. Czytasz i sztywniejesz, znikasz. To już nie twój oddech, to nie twoje ciało. To już inne miejsce z tobą tak innym…
Znikasz…
#agaKUSIczyta
Czas niknie gdzieś w dali, nie słychać tykania ani wskazówek przesuwania. Nie ma tik, tak, nie ma nic. To przestrzeń, w której przebywanie wywołuje u ciebie strach, ale i ciekawość. Czujesz, że czas sobie z tobą igra, że wymyka się. Dusza w tobie kołata, jak serce do bram nieznanego, coś się z tobą dzieje i pytasz się, czy tracisz zmysły? Czy to śmierć może?
Chodź, dociera...
Życie składa się z wielu opowieści. Małe słowa, nikłe zdarzenia, czy twarze ludzkie – to wszystko tworzy odrębne opowiadania, które można rozbudowywać bez końca i tym samym tworzyć z nich wielkie arcydzieła. O tych drobnostkach można pisać, by lepiej je zrozumieć, lub, by tak po ludzku, poradzić sobie z nimi. Najwięcej jednak historii skrywają ściany mieszkań. Cztery niepozorne mury i dach, a wewnątrz smutek, łzy, śmiech, miłość, odrzucenie… tyle ludzkich emocji, marzeń i snów… I można sięgnąć po ołówek i napisać o tym jednym, wielkim pragnieniu, jak zrobił to Robert Klose. Pragnieniu posiadania drugiego syna.
I można te słowa ubrać w książkę i nadać jej tytuł „Jak adoptowałem Antona”.
„Nic tak szybko nie otwiera wrót przyjaźni i zażyłości, jak to światło w oczach drugiej osoby, które nieomylnie sygnalizuje radość i zadowolenie z czyjegoś towarzystwa”. Robert jest samotnym ojcem Aloszy, adoptowanego z Rosji chłopca, który obecnie ma trzynaście lat. Kocha go, bo to jego syn, lecz gdzieś w nim rodzi się potrzeba posiadania, ba – wychowania – jeszcze jednego chłopca. Swoje dokumenty wysyła do ośrodka adopcyjnego, który już przy Aloszy, bardzo mu pomógł, potem rusza cała procedura. Procedura i biurokracja, która nie ma końca. Wszystko trwa i ciągnie się w nieskończoność, lecz wystarczy jeden telefon i wszystko nabiera zawrotnego tempa. Wyjazd na Ukrainę i przesiadka w Warszawie.
Podróż pociągiem, współpasażerowie, strach i niewyspanie.
Potem kłamstwa i oszustwa i próby naciągania.
I wydatki, czasem niepotrzebne, acz ratujące sytuacje.
I wreszcie cel i zdjęcia i on – dziecko – chłopiec – narzucony nieco odgórnie, ale to właśnie na nim skupia się Robert. I to on, ten dorastający aniołek Anton, zostaje jego synem.
Lecz zanim wyjdzie z urzędu ukraińskiego słyszy: „Jeśli temu chłopcu stanie się coś złego, dopadniemy pana. Kilka lat temu samotny mężczyzna z pobliskiego miasta adoptował jednego z naszych chłopców. Kiedy wrócił z nim do domu, zamordował go” – przestroga i groźba jednocześnie. Słowa, które w przyszłym ojcu budzą trwogę. Bo jak można okazać się tak ludzkim zwierzęciem? Jak można swoją złość i frustrację utopić w krwi dziecka?
Robert od początku kocha. Kocha szczerze i prawdziwie. Bo – mówiąc szczerze - wystarczy, że dziecko potrafi kochać. Na pewnym poziomie tylko to się liczy. „Wszystko co osiągnie się ponad to, będzie stanowiło premię”.
Klose pisze o swoich przeżyciach, swoim życiu i o sobie. Pisze o swoim strachu, obawach, ale i nadziejach. Pisze o dotyku dłoni, o spojrzeniu w oczy, o przytuleniu i o dumie. Klose to wspaniały ojciec, ale… to sam dostrzeżesz podczas lektury. Ba, zaczniesz odczuwać pragnienie posiadania takiego taty. To tata odważny i mężny, który dla ciebie, dla dziecka, zrobi wszystko. To tata, który daje wolny wybór, ale który czuwa i zawsze jest gdzieś obok.
„Jak adoptowałem Antona” gra na twojej czytelniczej wrażliwości. Nieświadomie stajesz się autorem, który oto staje na ziemi ukraińskiej i … i co? I boi się – tak zwyczajnie, tak po prostu – boi się.
Jak ty.
„Można być wszędzie, jakby u siebie w domu… tu w chałupie i tam… Ale można być też, jak dzikie ziele w ogrodzie o pięknych kwiatach*”.
• „Ludzie stamtąd” Maria Dąbrowska, wyd. Marginesy
#agaKUSIczyta
Życie składa się z wielu opowieści. Małe słowa, nikłe zdarzenia, czy twarze ludzkie – to wszystko tworzy odrębne opowiadania, które można rozbudowywać bez końca i tym samym tworzyć z nich wielkie arcydzieła. O tych drobnostkach można pisać, by lepiej je zrozumieć, lub, by tak po ludzku, poradzić sobie z nimi. Najwięcej jednak historii skrywają ściany mieszkań. Cztery...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-10-05
W każdym człowieku labirynty myśli.
Zostawiasz za sobą dom i codzienność w nim mieszkającą. Musisz od niej odpocząć, uciec od niej na kilka dni. Wymazać z głowy Anglię i Europę całą i tym samym zrobić miejsce dla Ameryki.
Wylatujesz.
Lecisz.
Żyjesz. Ona obok, od lat, od zawsze, obok ciebie. Teraz też.
Lądujesz.
Wysiadasz. Ameryka.
Welcome Juesej.
Cześć. Przyleciałem z Europy. Co u ciebie słychać? Witasz się, bo wypada, choć twoje słowa pochłania terminal lotniska, a głosy ludzi tu przebywających zagłuszają każdą literę.
Ameryka żyje zbliżającymi się wyborami prezydenckimi. Europa mieli wojnę na Ukrainie, która przestawiła oś czasu na godzinę zero.
Szukasz ukojenia w muzyce.
W Milesie, Bernsteinie, czy Bachu.
A noc? Podczas jednej z nich „(...) na ekranie powiek ukazuje ci się twarz zmarłej mamy”. Błyszczy, jak światło. Wyciąga do ciebie ręce. Żegna się z tobą po trzech latach od śmierci.
Ból ciała. Myśli. Im nie potrzeba paszportu ani wizy. Nie czekają na stempel, na bilet, na twoją zgodę. Są zawsze, gdziekolwiek pojedziesz, gdziekolwiek uciekniesz. Nieodłączni towarzysze, na których możesz liczyć, choć wolałbyś zgubić je w zatłoczonym miejscu i uciec.
W Ameryce widzisz inność. Inność w ludziach, ich głowach, ich codzienności, czy historii, której wszędzie dotykasz, a która czasem wywołuje u ciebie zgagę.
Przeszłość zbudowali ludzie, których już nie ma – tak cenni.
Teraźniejszość należy do tych udających wielkich – tych mniej cennych.
Juesej – konglomerat wszystkiego. Ras, mentalności, celów, kolorów, biedy i bogactwa... Innych potrzeb i dróg.
Sczytujesz słowa, które drgają w tobie. Czytasz, wracasz na początek i znowu zaczynasz. W „Juesej” wyczuwasz smutek, próbę pogodzenia się z sobą samym, z bólem w sobie i ze światem. Skłaniasz głowę na znak pokory, że tak, godzisz się, bo taka jest kolej rzeczy.
Po lekturze utworzył się we mnie zlepek myśli, słów, jakiś zdań ni moich, ni autora. Co mam napisać o „Juesej”? Bogdan Frymorgen zmienił się. Wcześniej pisał inaczej, teraz otwiera się na siebie, szuka pokory i cierpliwości. Wygładza drgania w sobie, godzi się na nieodłączny ból. Inny, lecz nadal to on. „Juesej” to nie tyle opis wyjazdu, ile osobiste myśli, spostrzeżenia, czy przemyślenia dojrzałego mężczyzny. To próba ułożenia chaosu świata na swój sposób.
To Bogdan Frymorgen... w którym zaczytujesz się ciągle od nowa i za każdym razem poznajesz go w inny sposób. Słuchacie razem Bacha, patrzycie na zdjęcia wystawione w muzeum, dotykacie skamielin, które od lat tu tkwią. Czujesz chropowatość drzew pod opuszkami palców, ale czujesz i jego – autora – towarzystwo.
Gdy kończysz zamykasz oczy.
Wychodzisz z terminala lotniska, by złapać autobus do domu.
„Zbawcza jest moc, która sprowadza człowieka na ziemię”.
#agaKUSIczyta
W każdym człowieku labirynty myśli.
Zostawiasz za sobą dom i codzienność w nim mieszkającą. Musisz od niej odpocząć, uciec od niej na kilka dni. Wymazać z głowy Anglię i Europę całą i tym samym zrobić miejsce dla Ameryki.
Wylatujesz.
Lecisz.
Żyjesz. Ona obok, od lat, od zawsze, obok ciebie. Teraz też.
Lądujesz.
Wysiadasz. Ameryka.
Welcome Juesej.
Cześć. Przyleciałem z...
To moje pierwsze spotkanie z Valerie Perrin - pewnie zaskoczę tym wszystkich, bo każdy z pewnością poznał ją już w ŻYCIU VIOLETTE,a ja dopiero tu - w ZAPOMNIANYCH NIEDZIELACH.
Zaczęłam czytać i sama sobie się dziwiąc - kompletnie przepadłam. Oto mam niebieski zeszycik i zapisuję w nim opowieści, opowieści ludzi, którymi się opiekuję w domu opieki, gdzie prawie każdy z mieszkańców ma powyżej 90 lat. Oni wspominają, snują historie z młodości, przywołują uczucia, ludzi, gesty, spojrzenia... a ja to wszystko układam w pisane słowa. Każdego dnia wpisuję to, co mi powiedzieli. Tak powstała historia o Helene, wspaniałej kobiecie, która spotkała w życiu Luciena i jej życie całkiem się zmieniło. on sprawił, że świat nabrał liter, kolorów i miał cel. Opowiada o nim, ja piszę, a mój zeszyt, gdy już ta historia się skończy i postawię ostatnią kropkę, dostanie syn Helene. A ja tym pisaniem próbuję uporać się z własnym życiem. Jestem sierotą wychowywaną przez dziadków. Gdy miała zaledwie 3 lata moi rodzice i rodzice mojego kuzyna zginęli razem na miejscu w wypadku samochodowym. Przypadek? A może perfidnie zrealizowany czyjś plan? - teraz to nie ma znaczenia...
Nie będę pisać więcej o fabule - poznajcie ją sami. Warto wsadzić w tą cudowną powieść nos i zachłysnąć się nią, smakować ze smakiem, czytać i dać się ponieść, by czas i bijący zegar wiszący na ścianie w kuchni - ucichł i by nic nie miało znaczenia. Przekroczcie prób domu starości, zajrzyjcie do Justine, bohaterki, usiądźcie przy stole, popijajcie kawę i bądźcie uczestnikami jej codzienności.
Niedziele okażą się nagle tymi NIE-zapomnianymi, a wypełnionymi ludźmi, którzy przyjadą i będą troskliwie trzymać cię za rękę, głaskać i uśmiechać się czasem z przymusem, ale będą. Bo w życiu najczęściej chodzi o wspólnie spędzony czas i zwykłe BYCIE.
"Starzenie się nie jest „straconą młodością”, ale nowym etapem możliwości i siły"
To moje pierwsze spotkanie z Valerie Perrin - pewnie zaskoczę tym wszystkich, bo każdy z pewnością poznał ją już w ŻYCIU VIOLETTE,a ja dopiero tu - w ZAPOMNIANYCH NIEDZIELACH.
Zaczęłam czytać i sama sobie się dziwiąc - kompletnie przepadłam. Oto mam niebieski zeszycik i zapisuję w nim opowieści, opowieści ludzi, którymi się opiekuję w domu opieki, gdzie prawie każdy z...
Bob łowi ryby.
Bob nie jest wędkarzem. Bob łowi ryby. Bob nie ma wędki, ale ma swoją łódź w kształcie metalowej ryby.
Bob jest samotnikiem.
Bob jest ojcem Boba, ale Bob o synu Bobie nie wie. Syn Boba też zaczyna łowić, chociaż wcześniej syn Boba nie łowił.
Syn Boba też jest ojcem, ale syn Boba wie, że nim jest.
Bob w swojej metalowej łodzi łowi ryby każdego dnia. Bob łowi bardzo dużo ryb, które potem je i które sprzedaje. Bob nosi te ryby w wiadrach, na targ, i zawsze wszystkie sprzedaje. Potem Bob wraca do łodzi z pustymi wiadrami i znowu bierze się do pracy.
Bob to ryba.
Bob, syn Boba, to też ryba, o czym wie syn Boba, który pewnego wieczora, czekając na tatę Boba, powiedział mu o tym, a w co Bob – tata nie mógł uwierzyć.
Bob, ojciec , który nie wie, że jest ojcem, szuka ryby. Tej ryby.
Bob szuka swojej śpiewającej ryby. Bob szuka ryby innej od innych, ryby wyjątkowej, ryby, która otwiera pyszczek, ale z tego pyszczka wydobywa się śpiew.
Bob szuka pod wodą ryby, a jak ją znajdzie, to będzie wiedział, że to ona, nawet jeśli nie będzie chciała śpiewać. Dlatego tak dużo łowi każdego dnia przez wszystkie pory roku i przy każdej pogodzie – nawet w zimie, pod lodem.
Bob ciągle szuka. Bob szuka dzień po dniu.
Bob je ryby każdego dnia.
Bob je oczy ryb, by widzieć pod wodą.
Bob rybie wnętrzności oddaje rzece, bo – jak mówi – te kiedyś znowu będą rybami.
Bob słucha rzeki i jeziora. Bob nasłuchuje ryb. Dla Boba nocą rzeka staje się niebem, w którym pływają gwiazdy. Bob łowi gwiazdy, bo nocami jest w niebie. Bob wyciąga dłoń po gwiazdę na wodzie i ta gwiazda rozpryskuje się na jeszcze więcej gwiazd.
Bob, gdy łowi ryby, a te nie dają się złowić, liczy gwiazdy na niebie. Kiedyś doliczył ich dwieście dwadzieścia dwie. Bob myśli, czy więcej jest ryb w wodzie, czy gwiazd nad głową?
… mogłabym pisać o Bobie po swojemu, bez końca.
Mogłabym snuć tak wiele różnych wersji przygód o Bobie i rybach, ile jest gwiazd nad głową w przejrzystą noc. Byłoby ich więcej niż ryb i więcej niż dwieście dwadzieścia dwie…
Bob jest centrum. Bob ma serce, ma cel, ma życie. Bob ma piękne życie, wbrew temu, co można by wywnioskować na jego codzienny znój i samotność, jaką wybrał. Jest mu dobrze, a sam nie jest – nigdy. Ma ryby, ma gwiazdy, ma przestrzeń. Nasłuchuje śpiewu, rybiego śpiewu, ale nie dociera do niego ani nuta, dlatego łowi i łowi i łowi aż pewnego dnia znika i nic już nie jest takie, jakie było wcześniej. Ani Bob, syn Boba, ani rzeka ani jezioro, ani to miasteczko i ludzie, którzy w nim mieszkają. Nawet inni wędkarze się zmienili, bo bez Boba już nie jest tak, jak z Bobem.
Bob jest bohaterem powieści Petera Markusa „Bob albo mężczyzna na łodzi”. To oszczędna w słowach historia dorosłego mężczyzny, która – wbrew pochopnym wnioskom – ma bardzo bogatą treść. Czytanie przypomina medytację, wnikanie nie tyle w środek siebie, ile w środek rybiego Boba, Boba - człowieka z rybim śpiewem w pamięci. Czytanie wrzuca w majestatyczny trans, który wciąga, jak toń rzeczna i nie pozwala się uwolnić. Czytasz losy Boba do ostatniego słowa, by potem, na końcu, zastygnąć na podobieństwo metalowej ryby. Po lekturze zostajesz z myślami, przemyśleniami i jakimś niedosytem w duszy. Bo ta powieść mogłaby mieć ciąg dalszy, mogłaby płynąć, jak rzeka i mienić się tysiącem gwiazd przeznaczonych tylko dla Boba i ciebie. I chyba to sprawia, że po przeczytaniu „Boba albo mężczyzny na łodzi” jej treść zaczynać przepływać w tobie.
Tyle słów ci do głowy napływa, tyle zdań, których jesteś autorem i które piszesz w umyśle ciągnąc los Boba dalej. Bo Bob zniknął, ale Bob jest, gdzieś musi być, bo człowiek – jak i ryba – ot tak nie znika. Może Bob zmienił miejsce łowienia? Może znalazł swoją śpiewającą rybę? Może Bob odpłynął w sobie tylko wiadomym kierunku i osiadł na innych wodach i może każdy jego nowy dzień, jest taki sam, jak te, które dostawał od życia tutaj? Ale „jak to zazwyczaj bywa, życia nie obchodzi, z jakimi oczekiwaniami w nie wkraczamy”.*
Niebywała jest ta książka. Tak inna, tak piękna, tak wartościowa. Czytanie przenosi w innym wymiar. Sama postać Boba i jego syna i to, co robią, kim są i do czego dążą – wszystko to urzeka i ujmuje. Wpadasz w czytelniczy trans nie wiedząc kiedy. Czytanie wymyka się rzeczywistości. Stajesz się Bobem rybą, Bobem w metalowej rybie z powieścią pod pachą i patrzysz na niebo na rzece...
Mistrzostwo pióra.
* „Coraz mniej światła” Nino Haratischwili
UCZTA od SZTUKATERA
#agaKUSIczyta
Bob łowi ryby.
Bob nie jest wędkarzem. Bob łowi ryby. Bob nie ma wędki, ale ma swoją łódź w kształcie metalowej ryby.
Bob jest samotnikiem.
Bob jest ojcem Boba, ale Bob o synu Bobie nie wie. Syn Boba też zaczyna łowić, chociaż wcześniej syn Boba nie łowił.
Syn Boba też jest ojcem, ale syn Boba wie, że nim jest.
Bob w swojej metalowej łodzi łowi ryby każdego dnia. Bob...
2024-07-18
Zacznę od końca. Cóż to za kosmiczno-międzygalaktyczna uczta czytelnicza! Cóż to za wspaniała podróż czytelnicza... Niebywała przygoda pełna akcji, komedii i ironii, komedia, która nie ma planu, bo ten sam się tworzy. I może scedujmy ów kłopot, jeśli takowym jest, na maszynę o napędzie nieprawdopodobieństwa, która sama sobie sterem i kapitanem. I choć to maszyna, która miała być najznakomitsza i najlepsza i najbardziej precyzyjna, okazała się w rzeczywistości kapryśna, jak kobieta i fochy ma. Jak każdy zresztą, kto przebywa gdzieś tam, albo gdzieś nigdzie. To statek „Serce ze Złota” z garstką Ziemian na pokładzie (homo sapiens), choć Marvin to raczej rozlazłe błoto w formie góry z plasteliny, a dwugłowemu BleBleBleStworowi dalej do człowieka niż bliżej. Nawet ten, który jest człowiekiem, Zaphod to – według pradziadka – „Marnotrawiusz i okropnie zarozumiały wypierdek”.
No, ale „(...) cóż warci są życia wszelcy żyjący?”
Ale, ale – wracamy do powieści, którą czytasz i przy której jednocześnie „odpoczywasz po godzinach ciężkiego popołudniowego odpoczynku na plaży” (lub balkonie).
Na początku było Słowo – oj, to nie ta historia. W tej tutaj najpierw był wszechświat, a potem cała reszta. Choć są i tacy, co wierzą, że pierwsze było kichnięcie, potem smark, trzeci w kolejności był ów wykichany Wszechświat, a czwarte w tworzeniu było słowo - „Na zdrowie”. Faktem pozostaje, że spór trwa do dziś.
To zacznę jeszcze raz...
Na początku stworzono Wszechświat. Potem było bum, trochę zamieszania i dymu i oto mamy dwa latające obiekty - jeden ociężały, acz najpotężniejszy i najbardziej nieobliczalny statek z Ziemianami na pokładzie zwany „Serce ze złota” i jeden obrzydliwy statek Vogonów, który (cóż za planowany niefart) leci kursem na Ziemian. Tu od razu szybko nadmienię, że gdy już poznasz w tej historii kto z kim i dlaczego i po co i jak, to tak się wciągniesz w lekturę, że nie dość, że się spocisz (od tempa akcji i śmiechu), to przy okazji zapomnisz, jak się nazywasz i ile masz głów (nie mówiąc o twarzy). I w ogóle będziesz dociekał, gdzie wylądowałeś, bo twój własny pokój okaże się być zbyt „ziemski”. Jednak po lekturze „Restauracji na końcu świata” będziesz sobie w skrytości czytelniczego kosmodromu obiecywał, że jeśli kiedykolwiek spotkasz samego siebie, to tak się trzaśniesz, że od razu zapomnisz, kto ci przywalił. Obiecujesz sobie, że to było pierwszy i ostatni raz (i wcale nie chodzi o cios). Obiecujesz sobie tkwiąc umysłem gdzieś w czasoprzestrzeni literkowego wszechświata z pośladkami na tapczanie, że od teraz – od „Restauracji na końcu świata”, będziesz częściej sięgał po podobne książki. I koniecznie z rysunkami. Te muszą być z najwyższej półki (kreślarskiego talentu ilustratora), muszą być co najmniej tak świetne, jak te w „Restauracji”. Wywołują bowiem zawroty głowy, niekontrolowany śmiech i jednocześnie są, jak postoje międzyplanetarne. Gapisz się na szczegóły, jak sroka w gnat (czy raczej jak Ford Prefect w konsolę podczas awarii napędu nieprawdopodobieństwa, gdy pojazd stracił moc).
Wypośrodkowując morał z tej powieści można rzec co następuje - Wszechświat jest tak niewyobrażalnie wielki, że jego rozmiary mogą wywołać mózgopokręcenie oraz oczopląs, dlatego większość istot myślących (MYŚLĄCYCH!!!) o tym, woli zapomnieć. Wielu z ochotą przeniosłoby się do jakiegoś mniejszego miejsca. Do zakątka odpowiedniego dla ich horyzontów myślowych. Lecz tu panuje WIR CAŁKOWITEGO ZROZUMIENIA wszystkich BioForm – brzmi jak szyfr? Po lekturze „Restauracji” nic ci obce nie będzie. A i humor ci się poprawi (skutek uboczny).
W powieści jest wiele śmiesznych momentów i trudno wskazać ten jeden. Niemalże w każdym rozdziale absurd (kosmiczny) bawi i śmieszy. Warto jednak wyszukać najlepszego smaczku (według mnie) o podłożu przedsiębiorczym. Opowieści kustosza Wiru Zrozumienia o szczęśliwej planecie, na której powstało zbyt wiele sklepów obuwniczych i samych butów, co doprowadziło do gospodarczego krachu. Populacja niemalże wymarła, a co poniektórzy (ci bardziej Bio-formą elastyczni) przemutowali się w ptaki przeklinając stopy i chodzenie po powierzchni.
I masz tu ambaras, żeby wszyscy chcieli naraz – nawet dwie stopy, czy już nie stopy, którym od nadmiaru niedobrze się zrobiło i źle na tym wyszły – na bosaka.
Czyta się świetnie, lekko i zabawnie i choć nie znałam wcześniejszej części, to jakoś się odnalazłam i w ludziach i półludziach i statkach i nazwach, czy miejscach. Swoją drogą podziw wzbudził we mnie autor i jego horyzont nieograniczonej wyobraźni - wyobraźni o napędzie nieprawdopodobieństwa wręcz.
Polecam z nieprzerwanie trwającym ubawem w sobie.
za lekturę dziękuję SZTUKATER
#agaKUSIczyta
Zacznę od końca. Cóż to za kosmiczno-międzygalaktyczna uczta czytelnicza! Cóż to za wspaniała podróż czytelnicza... Niebywała przygoda pełna akcji, komedii i ironii, komedia, która nie ma planu, bo ten sam się tworzy. I może scedujmy ów kłopot, jeśli takowym jest, na maszynę o napędzie nieprawdopodobieństwa, która sama sobie sterem i kapitanem. I choć to maszyna, która...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-07-11
POMIĘDZY czymś i niczym
czytanie takich powieści jest dla mnie rozkoszą, a ta stała się jednocześnie odkryciem niesamowitego autora - pana Pawła.
Magia i realizm
ludzie i drzewa
biali i Cyganie
Kobiety i mężczyźni...
i ja pomiędzy, pomiędzy wszystkim i niczym jednocześnie.
czytałam i świat znikał, albo to ja znikałam i czasem zastanawiałam się kto bardziej i szybciej. ja pomiędzy stronami powieści, która mnie doszczętnie pochłonęła. nie było mnie tu, bo byłam tam, w niej, cała. pomiędzy postaciami, czasem koło pochylonej gruszy, która zawsze tu była, byłam w tej krainie w środku lasu, w Zrębach, gdzie raz w roku bagno wyłaziło z ziemi, gdzie grzęzły i nogi i myśli i alkohol tumanił... Gdzie przybyli Cyganie i on, Białowłosy, obcy, a meliorant i mądry nie byle kto, bo gadał z księdzem podczas ślubu, którego nie powinno być.Potem był on, dziwny nieco ni ciemny, ni biały, dziecko gdzieś pomiędzy dwoma ojcami. Rodzice jacyś dziwni, babcia jeszcze gorsza. Uciekał, do Ignacego, który milczał, bo nie miał potrzeby gadać. siedzieli razem, jeden koło drugiego i byli. byli koło ogniska i to płomienie opowiadały. snuły historie o tym, co było, a czego nie ma. o ludziach, którzy pomarli, którzy nie chcieli żyć, albo zmarło im się z pętlą na gardle, czy w wozie po kolana. ogień snuł powieści, a trzeba było tylko słuchać.
Pomiędzy życiem a nie-życiem
pomiędzy miłością a nienawiścią
pomiędzy tym tu i tam
i z tym czymś w sobie, po wyczytaniu powieści do końca, po pogładzeniu jej, po przytuleniu, z tym czymś siedzisz w sobie. czymś co osiadło między sercem, a duszą. treść puszcza korzenie, osadza się jak stare drzewo, silne, którego nikt nie zrani. ta powieść zostaje na zawsze - we mnie.
uwielbiam takie historie, które toczą się gdzieś poza mną, ale mnie otaczają i porywają. przenoszą gdzieś, gdzie chciałam, a czego nie umiałam namalować. łapią mnie te historie w siebie i budzą zachwyt i smutek i coś Pomiędzy smutkiem, że on, że ta książką, ma swój koniec, a ja chciałabym dalej, więcej i więcej
To raczej odczucia, nie recenzja - nie wiem, może coś POMIĘDZY?
Panie Pawle dziękuję za ucztę... za tą powieść, za talent do snucia opowieści, za słowa, które ją tworzą...
za wszystko w niej i poza nią
Panie Pawle, proszę pisać i pisać, bez końca, ciągle... bawić się pisaniem historii, które będą pomiędzy życiem, a kartkami papieru...
POMIĘDZY czymś i niczym
czytanie takich powieści jest dla mnie rozkoszą, a ta stała się jednocześnie odkryciem niesamowitego autora - pana Pawła.
Magia i realizm
ludzie i drzewa
biali i Cyganie
Kobiety i mężczyźni...
i ja pomiędzy, pomiędzy wszystkim i niczym jednocześnie.
czytałam i świat znikał, albo to ja znikałam i czasem zastanawiałam się kto bardziej i...
2024-03-18
Nie sposób przejść obojętnie obok tej publikacji - no, po prostu się nie da. Dla MODIGLIANIEGO, dla AUTORA i tego, co zrobiło fenomenalne wydawnictwo ARKADY, które wydało tę perłę literatury. Ta książka dosłownie wpycha się w ręce, wnika w czytelnika i sprawia, że malarstwo oraz świat artystów nabiera innego znaczenia. Zaczynasz dostrzegać barwy, problemy i samotność artysty. Malarstwo Modiglianiego wnika w ciebie. On sam cię frapuje i ciekawi, dlatego po czytaniu szukasz więcej jego obrazów, na które już inaczej patrzysz. Widzisz perspektywę, odcienie, barwy, kreskę... Widzisz dzieło, które potrafisz zanalizować, a poprzez jego interpretację zrozumieć duszę malarza, który w tym płótnie zostawił swoją część. I co się wówczas dzieje? Podziwiasz go, współczujesz mu, ale i oddajesz hołd talentowi. To się dzieje po „Książę Modiglianim” Angelo Longoni.
Ta powieść to podróż malarsko-duchowa, to pełna barw historia życia Amedeo Modiglianiego, który „(...) miał w sobie magiczne i nadprzyrodzone pragnienie by być”. Jego wola życia wyciągała go w dzieciństwie z wielu poważnych chorób. Jednak, stojąc u drzwi śmierci nie zapukał w nie, a zrobił krok w tył i umknął, porzucił zaproszenie do przekroczenia progu kostuchy. Powiedział „jeszcze nie teraz, to nie ten czas”, a owa siła woli w nim dawała mu szczególne prawo do życia. Wspierała go matka, która wielbieniem Amedeo odtrącała dwójkę pozostałych dzieci. On był najważniejszy, tylko on. Jednak dla samego Modiglianiego najważniejsza była sztuka. Zaczynał w rzeźbie, potem dopiero sięgnął po pędzel. On, Włoch, podchodził do pracy z wielką pokorą. Uczył się od innych, jednak ingerencja skostniałych przekonań mierziła go. Poszukiwał, chciał czegoś, co nie potrafił określić, jednak to, co było, nie pociągało go. Modeli postrzegał na swój indywidualny sposób. Uciekał od rzeczywistości. „Czuję się bezpieczny, gdy chronią mnie anonimowość i obojętność”. Tłumy go krępowały. Bycie w centrum zainteresowania paraliżowało go. Dobrze się czuł w towarzystwie, poznawał nowych artystów, próbował żyć i to życie odczuwać. Żyć ponad życiem. U jego boku pojawiali się Picasso, Manuel Ortiz de Zarate, Ludwig Meidner, czy Toulouse-Lautrec. Była też Suzanne Valadon i jej nieślubny syn, Maurice Utrillo, który dołączył w pewien sposób do grupy znajomych Paryżan, jacy skupiali się wokół Amedeo. Dyskutowali, kłócili się, palili, pili. Tworzyli nieformalną bohemę, która rządziła się swoimi prawami, myślami i czynami. Wolne duchy?, zapytasz, czy protagoniści nowych kierunków w sztuce? Dysputanci, czy ludzie czynu? Wielu z nich szybciej zdobywało wiedzę niż mądrość, wielu przepadło w oparach tytoniu, czy litrach alkoholu. Wielu utonęło w używkach, czy bylejakości. Ale on, Modigliani żył inaczej. „Chciałbym malować niepowtarzalne chwile zapomnienia”.
Przecież miał być na „zawsze”.
Nie na teraz, nie na „kiedy”, nie na jakąś przyszłość nieznaną. On miał być na „zawsze”, nigdy nie umrzeć. Miał przekroczyć próg nieskończoności, czego sam nie pojmował, a co się dokonało po jego śmierci.
Sztuka i piękno sprawiały, że czuł się mniej samotny. Otaczał się nimi, tkwił w nich, dzielił się z innymi. One pokazywały mu życie inne, podobne do jego, acz nieco lepsze. W sztuce zatracał się. Nie bał się swoich płócien, czy farb. Walczył ze słabościami i wątłym ciałem, bo to jego życie było wyrwane śmierci. Mogło się szybko skończyć, dlatego pożerał je, chłonął całym sobą, póki miał możliwość. Żył, jak nikt inny.
Mogłabym pisać o nim i pisać. Mogłabym malować obraz Modiglianiego bez końca. Mogłabym nurzać się w jego losie, płótnach i marnej codzienności, a wszystko to sprawka powieści Angelo Longoni. Stworzył on historię, którą chłoniesz. Sczytujesz każde słowo, zdanie, całe strony wręcz, które układają się w tobie, scalają w jeden obraz. Słowa autora malują w tobie barwne płótno, które przeżywasz w swój indywidualny sposób. Czujesz się przesiąknięty sztuką, pasją i pazernością życia.
Parafrazując słowa z powieści, Angelo Longoni stworzył „(...) barwny świat malujący wiersz, który zasługuje na zapamiętanie”.
„Książę Modigliani” zostaje w pamięci, muska skórę, by potem się w nią wtopić. Wrasta w ciebie, otwiera ci spojrzenie na piękno, uczy łapać chwile ulotności. Powieść otwiera świat tak inny od twojego, tak barwny, że zaczynasz marzyć. Zaczynasz interesować się sztuką, przez wielkie „S” i tym, co ona zrodziła. Sięgasz po inne nazwiska, po Picassa, po Van Gogha, po Muncha. Szukasz, patrzysz i widzisz. Sam ten fakt stanowi o mistrzostwie pióra Angelo Longoni.
Ta książka zachwyca. Jest w niej jakaś magia, która nie tyle, że otumania, to całkowicie pęta. Nurzasz się w jej stronach, podróżujesz po Europie, poznajesz ludzi pędzla, uczysz się dostrzegać szczegóły, o których mówią skupieni wokół stołów ludzie. Obcowanie z tą powieścią staje się luksusem samym w sobie, przyjemnością, która mogłaby się nie kończyć. I choć to historia Modiglianiego osadzona na faktach, acz fikcyjnie ubrana w słowa, to chylę czoła przed geniuszem pióra.
Jedna z najlepszych powieści, obok "Pasji życia" o Vincencie Van Goghu.
Za ten świetny czas spędzony z lekturą dziękuję Stowarzyszeniu Sztukater.
#agaKUSIczyta
Nie sposób przejść obojętnie obok tej publikacji - no, po prostu się nie da. Dla MODIGLIANIEGO, dla AUTORA i tego, co zrobiło fenomenalne wydawnictwo ARKADY, które wydało tę perłę literatury. Ta książka dosłownie wpycha się w ręce, wnika w czytelnika i sprawia, że malarstwo oraz świat artystów nabiera innego znaczenia. Zaczynasz dostrzegać barwy, problemy i samotność...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-06-01
To bardzo dziwne, kiedy dwoje nieznajomych zaczyna iść razem.
Dusze niewiele się różnią. Czy to Tygrys, Szczur, czy Żółw. Nawet dusza człowieka potrzebuje tego samego, a mały tego, co duży. Każda istota na świecie potrzebuje tego samego.
Są słowa, które otwierają drogę do spokoju. I nie musisz być lepszy od innych, nie musisz być szybszy, czy bystrzejszy, by lepiej się poczuć. Nie musisz być od nikogo lepszy, bo masz być dobrym dla siebie. I nie szukaj porównania. Dobro się ma, dobrym się jest. Wystarczy uwierzyć, a drzwi do spokoju same staną przed tobą otworem. Zamknij rozwartą bramę do cierpień, odsuń się od niej i przestań wyciągać do niej dłonie.
Zacznij żyć i delektować się tym życiem. Łap każdą, nawet najdrobniejszą chwilę - czyjąś obecność, zapach kwiatu, czy dotyk głazu. Przecież każda chwila jest wyjątkowym momentem danym tylko tobie – tylko i wyłącznie – tobie. To wyjątkowy moment w czasie i przestrzeni. Jest tylko dla ciebie, a jedyne co musisz zrobić, to docenić ją. Uśmiechaj się sam do siebie, nawet jeśli nikt nie widzi. Żadnego z momentów, jakie dostajesz, nigdy więcej nie przeżyjesz. Są ci dane na jeden raz, perełki, które tworzą twoje życie. Nanizaj je na nitkę, jak koraliki o tysiącu barw i noś z sobą, niech ci przypominają o tym, co było cenne i co jeszcze takie będzie. W ten magiczny sposób nie poznasz zmęczenia życiem. Nie doświadczysz nudy i apatii i bylejakości. Nie będziesz miał sam siebie dość.
Uspokój myśli, skup się na tym, co teraz i miej własne marzenia.
Słuchaj siebie. „Los prowadzi nas krętą ścieżką i chociaż czasem sytuacja może wyglądać bardzo źle, to nigdy nie wiemy, czy nie obróci się na naszą korzyść”.
Masz w sobie moc odczarowywania strachu i ciemności. Jesteś magikiem własnej duszy i oczu. Bądź za to wdzięczny...
Kot, który szukał Spokoju i poczucia Zen. Kot, który wyruszył w drogę, by położyć się w konarach drzewa dającego poczucie sensu Zen. Ten kot, który dotąd nauczał i poszukiwał w sobie dopiero podczas wędrówki poznał prawdę. On jest Zen i życie samo w sobie w każdej minucie. Dobrem czynisz dobro, puszczasz je w ruch, nadajesz mu sens sobą i swoimi dobrymi uczynkami. Pomagasz, uśmiechasz się, skupiasz na tym, co robisz teraz. Nie uciekaj myślami w odległe czay, nie wybiegaj na przód. Osadź się w tym czasie i miejscu i daj głowie i myślom wyhamować.
Zen to nic innego, jak poczucie pełni, spokoju i szczęścia. To zamknięcie oczu, wyciągnięcie twarzy ku jasnemu niebu i wewnętrzne ciepło. To zawierzenie siebie ogromnemu pięknu świata.
Kotem z opowieści jesteś ty.
#agaKUSIczyta
To bardzo dziwne, kiedy dwoje nieznajomych zaczyna iść razem.
Dusze niewiele się różnią. Czy to Tygrys, Szczur, czy Żółw. Nawet dusza człowieka potrzebuje tego samego, a mały tego, co duży. Każda istota na świecie potrzebuje tego samego.
Są słowa, które otwierają drogę do spokoju. I nie musisz być lepszy od innych, nie musisz być szybszy, czy bystrzejszy, by lepiej się...
2024-05-08
„Oko słonia”
...po lekturze tak wiele słów ciśnie mi się na usta. Zbyt wiele, by wykrzyczeć je jednocześnie. Zbyt wiele, by mówione jednocześnie miały jakiś szyk, sens, czy właściwą sobie kolejność. Dlaczego? Głębokimi wdechami i długimi wydechami łapię spokój, wyciszam rozemocjonowane myśli i mówię – składnie, acz wyraźnie i dobitnie akcentując każde słowo. Bo „(...) kiedy znajdziesz właściwe słowa, to tak, jakby świat nabierał ostrości”.
Czym jest „Oko słonia”? „Oko...” to książka, z której patrzą na ciebie oczy – jeno oko należy do człowieka, drugie zaś do zwierzęcia. Do wielu zwierząt, tych zagrożonych, cennych mieszkańców Afryki, które proszą o życie. O życie TERAZ, bo to „teraz” ma szansę na BYCIE i kiedyś. „Oko...” to oddechy zwierząt, które człowiek czuje na skórze. To oddechy potrzebujących pomocy, słabych, smutnych i częstokroć głodnych ssaków, które płaczą. Płaczą w powolnej agonii. Chcą żyć, a są zagrożone. Ich trwanie zależy od tak wielu czynników, przy czym najbardziej zatrważającym i najbardziej wrogim jest człowiek. Człowiek ze strzelbą na nich wycelowaną.
Jeden strzał, jedno życie mniej.
Trzeba to ukrócić.
Trzeba zakończyć.
Kłusownicy tworzą czarny rynek, a ten rządzi się własnymi regułami i zasadami, a co najgorsze – podbija ceny narzucając w ten sposób trend temu, co trudne do zdobycia. Czarny rynek podjudza towarami.
Jest mięso, kości, futra, kamienie – wszystkim można handlować, a zyski przesłaniają prawdę. Zyski i bogacenie się dowartościowują i handlarzy i fałszerzy, oszustów i kłamców.
Jednak... „Oko słonia” nie jest tak naprawdę o słoniach. I nie zgadzam się z tymi, co piszą o tej książce używając słów „piękna”, czy „zachwycająca”. Ta książka jest przeokropna, bo PRAWDZIWA. Jest okropna, bo AUTENTYCZNA. Ta książka to świadek tego, jak wygląda świat przysypany piaskiem i ziemia wysuszona długotrwale prażącym słońcem. To obraz tego, czego nie znamy. Delia i Mark Owensowie stawiają cię z zasłoniętymi oczami przed obrazem i własnymi słowami opisują ci go w sposób, który odbierasz zmysłami. Wyłączasz wzrok, włączasz duszę. I choć czasem ich głos tłumią łzy, bo świadomość tego co zostało zrobione, a jeszcze MUSI być jeszcze podjęte – odbiera im siłę.
Jednak Owensowie to też przewodnicy, bo „Oko słonia” można czytać i w ten sposób. Ta książka to niemalże mapa z opisami, ale i podręcznik i encyklopedia i atlas. To konglomerat treści i znaczeń i każdy wyłapie tu coś, czego szuka i potrzebuje.
„Oko słonia” to też poradnik – dlaczego? Bo znajdziesz tu słowa, które budują ludzką psychikę, dają wiarę w siebie i w to, co się robi nawet wówczas, gdy jest mała szansa powodzenia. To poradnik uczący powstawania z kolan i walczenia, do otrzepywania kurzu z nóg i pokazywaniu dalszej drogi. Bo w tej książce chodzi o CZŁOWIEKA! Tak - bezsprzecznie o człowieka. O „human being”, o humanitarność. Bo majestat i godność zwierząt będzie, jeśli i myślenie człowieka takie będą. Jest równość gatunków, trzeba jej bronić i walczyć w imię życia. Takie jest – według mnie – przesłanie i trzon „Oka słonia”.
Nie ma akceptacji na nienawiść do bezbronnych, na cierpienie, czy łzy bólu tych, którzy niczemu nie są winni.
„Przeklinaj śmierć. Niesprawiedliwie jest nam wyznaczona.
Błagaj bogów, niech dadzą lekkie umieranie.
Kim jesteś, te trochę ambicji, pożądliwości i marzeń
nie zasługuje na karę przydługiej agonii.
Nie wiem tylko, co możesz zrobić, sam, ze śmiercią innych
dzieci oblanych ogniem, kobiet rażonych śrutem, oślepłych żołnierzy,
która trwa wiele dni, teraz, tu, obok Ciebie.
Bezdomna twoja litość, nieme twoje sławo
I boisz się wyroku za to, że nic nie mogłeś”
Czesław Miłość „Twój głos”
#agaKUSIczyta
„Oko słonia”
...po lekturze tak wiele słów ciśnie mi się na usta. Zbyt wiele, by wykrzyczeć je jednocześnie. Zbyt wiele, by mówione jednocześnie miały jakiś szyk, sens, czy właściwą sobie kolejność. Dlaczego? Głębokimi wdechami i długimi wydechami łapię spokój, wyciszam rozemocjonowane myśli i mówię – składnie, acz wyraźnie i dobitnie akcentując każde słowo. Bo „(...)...
2024-04-16
2024-01-16
Life goes in circles, powiem.
Życie kołem się toczy, podsuwa nam ścieżkę pod nogi, którą idziemy sądząc, że samodzielnie ją wybraliśmy.
Życie jest kołem, a czas staje się drogą, co można spuentować słowami z "Trąbki do słuchania", że „(...) świat różowy i świat niebieski przenikają się wzajem w postaci cząsteczek, niby dwa roje pszczół, i że kiedy niebieska pszczoła zderza się z różową, następują cuda. Wszystko to ma coś wspólnego z czasem”. Takie myśli nachodzą cię po lekturze „Córki rzeźnika” Yaniv Iczkovits`a, powieści, która toczy się w tempie kół jadącego powozu.
Oto poznajemy rodzinę Szpajzmanów, dwie siostry, Mindę i Fanię, każda zamężna i każda mieszka "na swoim" "ze swoim". Mają ze sobą kontakt, odwiedzają się i życie jakoś się toczy, do czasu tragedii. Pojawia się ogłoszenie w gazecie, wzmianka ujęta w paru słowach - o mężu, który opuścił żonę i dzieci. To szwagier Fani, mąż Mindy, który wyjechał w nieznane, zostawiając ją samą z dwójką dzieci. Status zostawionej kobiety jest najgorszy. Nie jest ona ani rozwódką, ani wdową, co oznacza, że nie wolno jej powtórnie wyjść za mąż. Minda zostaje w rozpaczy, prawie bez dachu nad głową, w depresji i z niewiadomą przyszłością. Dlatego to Fania przejmuje pałeczkę i porzucając swoją rodzinę, wyrusza na poszukiwania Cwi-Meira. Postanawia go znaleźć i zmusić do podpisania dokumentów rozwodowych. Jej siostra nie może umrzeć za życia bez mężczyzny u boku. Ma dzieci, musi żyć i nie ma być sama. Nie w społeczności żydowskiej.
W wyprawę Fani dołącza także Zizko Breszov. Tajemniczy wioślarz przewożący ludzi rzeką na drugą jej stronę. Nikt go nie zna, nikt nic o nim nie wie. Milczący. I właśnie on staje u boku kobiety, by razem ruszyć w drogę. I tak toczą się ich losy.
"Córka rzeźnika" to powieść drogi, pełna postaci, które są, by zaraz zniknąć. Postaci, które coś wnoszą w treść, ale i takich które szukają towarzysza do rozmów, do wyrzucenia z siebie bolączek i dramatów. Kalejdoskop postaci, jaki przewija się w „Córce rzeźnika” zadziwia. Daje nam obraz społeczeństwa i mentalności ludzi, gdzie pierwsze miejsce w szeregu należy do mężczyzny. Kobieta nie ma prawa głosu. Kobieta jest jedynie tłem, kucharką w domu, matką dzieci swego wybranka, żoną do bycia.
Powieść porywa do połowy. Do czasu, gdy ilość postaci spotykanych w obozach staje się niejako zbyteczna. Poznajemy ich przeszłość do momentu tu i teraz. Ale czy to coś wnosi w tekst? Niektóre strony są przegadane, jakby doklejone do treści, by ową podróż ubarwić, podkolorować nieco. Ale całość? Całość kołem się toczy...
A podróż? Raz jest nużąca, raz porywająca, jak to w drodze bywa...
Lecz najważniejsze podczas całej podróży są czujne oczy Fani Kajzman, która musi zdobyć to, z czym wyruszyła.
Jest w końcu córką rzeźnika. Zwinną w posługiwaniu się nożem rzeźniczym.
Fania ma misję...
Podpis albo on.
Life goes in circles, powiem.
Życie kołem się toczy, podsuwa nam ścieżkę pod nogi, którą idziemy sądząc, że samodzielnie ją wybraliśmy.
Życie jest kołem, a czas staje się drogą, co można spuentować słowami z "Trąbki do słuchania", że „(...) świat różowy i świat niebieski przenikają się wzajem w postaci cząsteczek, niby dwa roje pszczół, i że kiedy niebieska pszczoła...
2023-12-05
Tą powieść dość długo odsuwałam od siebie. Tematyka balansująca na progu fantasy i science fiction nie dla każdego stanowi magnes. Ale miało to swoje wielkie plusy, bo jak tylko ją otworzyłam przepadłam. To nie jest typowa powieść osadzona międzygalaktycznie, to nie opis wojujących mocarstw gwiezdnych. To powieść o ludziach, którzy mają słabości, ale i nadzwyczajne zdolności nadnaturalne. To ludzie, którzy raz zawalają, dostają w gębę, czy pod żebra, ale i ludzie, którzy wyczuwają swąd wroga i znienacka go atakują.
Ale po kolei.
Oto dwa mocarstwa rywalizujące ze sobą – Imperium oraz Templarantis. Różni ich wszystko – począwszy od mieszkańców, na technologii kończąc. Templarantis jest światłe, pełne ekspertów z każdej dziedziny nauki, tu dominuje najwyższa technologia inżynierska niemająca sobie równych w całym uniwersum. Dlatego ma wrogów w postaci Imperium, na którym szerzy się kontrola ludzi, propaganda i wieczna żądza dominacji oraz bycie lepszym. To wiecznie niezaspokojone społeczeństwo, zwłaszcza ich przywódcy, którzy szukają sposobu na zniszczenie Templarantis. Na tle tej permanentnej, wzajemnej nienawiści poznajemy pewnego agenta, słowiańską wiedźmę, naukowca oraz córkę lekarza. Skąd się pojawili? Po co obcy sobie ludzie jednoczą siły by wypełnić zleconą im misję, podczas której można stracić życie?
O tym jest ta powieść. O zmaganiach, o walce, ale i o zaufaniu. O szpiegach i przyjaciołach. O słabych i silnych.
To powieść pełna zwrotów akcji i zaskakujących momentów nie tyle dla postaci, ile dla czytelnika. To powieść, której czytanie sprawia radość. Wnika się w jej fabułę i traci grunt pod nogami, dosłownie i w przenośni. To zasługa świetnej kreacji uniwersum i plastyczności tekstu. Tekstu, który się spija z kart powieści.
Mijający czas nie ma znaczenia, pilne obowiązki czekają, bo dla ciebie liczy się czytanie. Gdy zasiadasz z „Templarantis” musisz się skupić i skoncentrować na fabule. Dlaczego? Bo tylko tak jesteś w stanie podążać za bohaterami. Składasz fakty ze sobą, tworzysz coś na kształt hybrydy. To powieściowa kostka Rubika dla wytrwałych. Szatkowanie poszczególnych scen działa tak, że nie możesz się od tej powieści oderwać. Ciekawość wzbiera w tobie z każdą kolejną stroną. Próbujesz dociec kto, z kim, dlaczego i gdzie to wszystko zmierza. Jaki będzie finał.
To literacki warkocz o wielu wątkach, idealnie zapleciony kłos.
„Templarantis” to książka, którą, co zaskakujące, czyta się z wypiekami na twarzy. To powieść, która budzi w tobie cały wachlarz emocji, nawet te, o których istnieniu nie miałeś pojęcia.
Napisanie takiej powieści wymagało skrupulatnej pracy przed. Rozrysowanie poszczególnych scen, tworzenie bohaterów i płaszczyzn ujętego świata. To perfekcyjne wręcz dopracowanie każdego detalu. W „Templarantis” wszystko jest potrzebne – wszystko i wszyscy. Każda akcja pociąga za sobą kolejną, każde słowo ma znaczenie i każda reakcja. Czytaj i obserwuj zachowania bohaterów, dociekaj, gdybaj i szukaj.
Paweł Horyszny napisał bardzo dobrą powieść. Spektakularną wręcz. Wykreował wielopłaszczyznową fabułę, która zachwyca rozmachem, ale i wyobraźnią samego autora, mistrza tworzenia. „Templarantis” czyta się jak dobrą, współczesną powieść.
Wnika w czytelnika i zachwyca. To taka perełka pośród zalewu wszystkiego.
Czego chcieć więcej?
#agaKUSIczyta
Tą powieść dość długo odsuwałam od siebie. Tematyka balansująca na progu fantasy i science fiction nie dla każdego stanowi magnes. Ale miało to swoje wielkie plusy, bo jak tylko ją otworzyłam przepadłam. To nie jest typowa powieść osadzona międzygalaktycznie, to nie opis wojujących mocarstw gwiezdnych. To powieść o ludziach, którzy mają słabości, ale i nadzwyczajne...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-10-30
Zacznę od przyznania się do własnej niemocy. Czuję, że brakuje mi właściwych słów, by powiedzieć o tej książce to, co naprawdę odczuwam i to, co chciałabym wyrazić. Te opowieści wciągają w inną przestrzeń. W magiczną, ale jakże przyziemną krainę zamieszkałą przez ludzi i ryby i anioły... Ten zbiór baśni, który może kojarzyć się z kolorową czytanką dla dzieci jest niebywałą perłą mądrości. Historie spisane przed laty, które ujmują pięknem, kolorytem i szacunkiem do świata i życia. Czytasz i celebrujesz czas, jaki masz na lekturę. Malujesz w sobie obrazy, ich treść i szybko odnajdujesz ciepło w sobie. Tu zwycięża dobro, uśmiech i miłość.
Kiedyś podróżowano po to, by dotknąć czegoś nowego, innego, czegoś zmiennego. Dziś szukamy czegoś, co trwa, co nie ulega rozpadowi. Podróżujemy w głąb poznając samych siebie od nowa. Szukamy ucieczki od nadmiaru. Chcemy zatopić się w aurze przeszłości i odsłonić kurtynę przesłaniającą naszą krainę marzeń, o której zapomnieliśmy.
„Gwiazda przeznaczenia świeci nocą między drugą, a trzecią godziną. Wtedy też jest najciszej”. Bezchmurne niebo potęguje chłód. To najlepszy czas na baśnie MIMEI OGAWY. Zakładasz ciepłe skarpetki i owinięty kocem siadasz u nóg babci i zapatrzony w nią słuchasz „Czerwonych świec...” i czujesz, że twoje serce zaczyna raźniej bić. Czujesz, że nie chce ci się spać, a noc jest piękna, rozświetlona blaskiem baśni. Jesteś dzieckiem odurzonym pięknem i mądrością owych bajek, które swoją prostotą zachwycają. Słuchanie ich wyrywa cię z szarej i zmęczonej rzeczywistości.
Podróżujesz.
Wypełnia cię smutek, gdy patrzysz na samotną syrenę, płaczesz, gdy słyszysz ile wieków przetrwała czarka na sake, a która kończy na wystawie sklepowej. Złościsz się na okrucieństwo niemłodej już kobiety, która bezmyślnie, acz celowo, odrzucając niegrzecznie arbuz do kosza uszkadza inny. Niedoszła klientka drwi ze sprzedawcy i odchodzi pozostawiając go zrozpaczonego bezradnością...
Tych historii jest tak wiele, a każda tak mądra i tak ujmująca, że chłoniesz je całym sobą. Każda ma w sobie przesłanie. I choć większość jest na swój sposób smutna, to czujesz, że zawsze dobro zwycięża. Że tylko ono ma siłę i sens, a puszczone w ruch, wraca ze zdwojoną mocą.
Czytasz „Czerwone świece...” i zastanawiasz się, jak to możliwe, że tak zwykłe, czasem wręcz proste historie przetrwały niezmienione do dziś. Czujesz pachnące lata, które minęły. Wdychasz czar przeszłości. Przysłuchujesz opowieściom gwiazd, szukasz anioła przechodząc obok każdej cukierni, a ciemne wieczory rozjaśniasz ognikiem zapalonej świecy.
Mimei Ogawa pisze dla każdego. W jego baśniach każdy znajduje coś dla siebie. Każdy odkrywa tu jakąś cząstkę własnej duszy i budzi w sobie wrażliwość.
Mimei Ogawa otwiera serca i oczy. Otwiera też krainę baśni, która okazuje się być na wyciągnięcie dłoni. Autor z kieszeni kimona wyciąga tajemniczy klucz i uchyla dla ciebie drzwi, gestem zaprasza do wejścia, po czym sam wycofuje się zostawiając cię w krainie baśniowych barw.
Zrób pierwszy krok, zachęca Ogawa.
Zatracasz się.
A rysunki, jakie poprzedzają każdy rozdział. To już sztuka sama w sobie. To malunek tego, co spotkamy i tego, co nas czeka. A czeka nas baśniowy raj Japonii. Wyjątkowy.
#agaKUSIczyta
Zacznę od przyznania się do własnej niemocy. Czuję, że brakuje mi właściwych słów, by powiedzieć o tej książce to, co naprawdę odczuwam i to, co chciałabym wyrazić. Te opowieści wciągają w inną przestrzeń. W magiczną, ale jakże przyziemną krainę zamieszkałą przez ludzi i ryby i anioły... Ten zbiór baśni, który może kojarzyć się z kolorową czytanką dla dzieci jest niebywałą...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
#agaKUSIczyta
W każdym człowieku labirynty myśli. Wydrążone tunele długie bez końca. Idące myśli, wspomnienia, smutek, obrazy wyrwane z kontekstu i chwili. Czasem chcesz odpocząć od tego co tu i teraz, szukasz schronienia w ramionach przeszłości, w jakiś myślach nieskładnych, co przychodzą znikąd. Taki jest Sam Shepard w tekstach z „Prując przez raj”.
Ameryka, której już nie ma. Welcome, mówi do ciebie, Witam, szepcze...
i oto on, syn, teraz już sam. Teraz już bez matki. Bez ojca. Ale … za tym ojcem gdzieś w sobie tęskniący. Nie chce tego mówić na głos, bo ojciec nie był kimś, z kogo można by być dumnym. Pił, uciekał od żony, z domu. Chciał mieć swoją ziemię, działkę gdzieś dalej, gdzieś, gdzie jechałby autem. Kryjówkę taką chciał. Przerwę od życia i od bycia ojcem i mężem. Bo tak nie można, mówił często, tak cały czas nie można. Czasem trzeba odpocząć i wypisać się z tego. Szukał bytu w niebycie... i syn obok niego, wielokrotnie świadek tego, czego nie powinien widzieć, czy czuć. On, dziecko wrażliwe, spostrzegawcze i jakieś obok. Dziecko ozdoba, towarzysz, ktoś...
A teraz, po latach, został niebyt, cisza pustki i zdjęcia w ramkach na ścianach domu. Zdjęcia z zapisanymi przez obiektyw chwilami. Jedno, drugie... czarno-biali świadkowie momentów, które były.
Budzi się smutek, tęsknota, nostalgia jakaś dorosłego już człowieka. Wyłażą z grobu wspomnienia.
Tata.
Tata – ktoś dorosły, niedościgniony, obecny – nieobecny. I jakaś dziwna więź syna do ojca. Jakiś magnes, przyciąganie – przez szybę. On męski, nie przytuli, nie pocieszy. Ojciec, człowiek który w jasnej kuchni staje przy oknie i patrzy w kierunku dziecka na zewnątrz. Lecz go nie widzi. Wygląda przez okno z drinkiem w dłoni, a syn chce by wyszedł do niego. By przywitał się, poklepał może po ramieniu, po głowie... By zmierzwił włosy po całym dniu trudów... A on nic.
Taka tęsknota wyziera z każdego niemalże opowiadania Sama Sheparda. Smutek do danego czasu, do dawnej Ameryki i do siebie samego. Wszystko się zmieniło. Odeszły chwile z przyjaciółmi, z ludźmi przypadkowo spotkanymi, z rodzicami w domu, który był, jaki był. Obrazy przeszłości wyświetlają się na ekranie powiek autora, a on sięga po nie i przypomina sobie. Tak – wtedy było tak. A tu jest on... Tu byliśmy razem, zmęczeni, spoceni...
Klisze Ameryki, która minęła i ludzi, którzy ją tworzyli.
Z napisanych słów wymyka się i tęsknota i smutek i sentyment. Nostalgia.
Widzisz inność. Inność w ludziach, ich głowach, ich codzienności, czy historii, której wszędzie dotykasz, a która czasem wywołuje u ciebie zgagę. Przeszłość zbudowali ludzie, których już nie ma. Teraz jest konglomerat wszystkiego i wszystkich. Mieszanka ras, mentalności, biedy i bogactwa... Innych potrzeb i dróg.
Po lekturze tworzy się w tobie zlepek myśli. Czytasz o intymnych chwilach, czy pragnieniach dojrzałego już mężczyzny. To próba ułożenia życia na swój sposób. W każdym nowym tekście poznajesz Sama Sheparda w inny sposób. Czujesz wręcz jego towarzystwo.
A gdy kończysz zamykasz oczy.
Wychodzisz z terminala lotniska, by złapać autobus do domu. Wracasz z Ameryki... Do siebie.
#agaKUSIczyta
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW każdym człowieku labirynty myśli. Wydrążone tunele długie bez końca. Idące myśli, wspomnienia, smutek, obrazy wyrwane z kontekstu i chwili. Czasem chcesz odpocząć od tego co tu i teraz, szukasz schronienia w ramionach przeszłości, w jakiś myślach nieskładnych, co przychodzą znikąd. Taki jest Sam Shepard w tekstach z „Prując przez raj”.
Ameryka, której już...