-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać386 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać7 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać13 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać12
Biblioteczka
Ostatnio:
2026-04-08
2026-03-01
są książki, które zostają... w pamięci, w człowieku i w całym czytelniku dosłownie, wsiąkają w każdy por skóry i od czasu ich przeczytania wnikają...
osiadają każdą drobnostką, każdym słowem i zdaniem...
ta jest taka
to testament smutku spisany, gdy tata jeszcze żył. gdy jeszcze miał chwilę tego życia. gdy słaby, wątły i coraz chudszy był obok, siadał przy oknie i patrzył na swój ukochany ogród, którego już nie miał jak... dotknąć nawet. całe życie miał teraz za oknem. jego ogród stał się łóżkiem i bólem o daleko sięgających korzeniach. on, tak piękny w oczach syna, tak nagle mały i ukochany. on i ogród...
ogród i on...
a teraz nic...
pustak...
słone łzy i smutek...
gdzie jesteś? - wołają kwiaty i warzywa w ogrodzie.
gdzie jesteś? - woła syn...
tato, tatusiu...
#agaKusiczyta
są książki, które zostają... w pamięci, w człowieku i w całym czytelniku dosłownie, wsiąkają w każdy por skóry i od czasu ich przeczytania wnikają...
osiadają każdą drobnostką, każdym słowem i zdaniem...
ta jest taka
to testament smutku spisany, gdy tata jeszcze żył. gdy jeszcze miał chwilę tego życia. gdy słaby, wątły i coraz chudszy był obok, siadał przy oknie i patrzył...
2026-01-30
Widziałam rozdania NIKE i widziałam Panią Kącką odbierającą nagrodę - z córką obok, notabene bardzo sympatyczną osobą, otwartą (widać po twarzy) i radosną. I gdy zobaczyłam za co owa nagroda jest, to sięgnęłam i po Dorotę Masłowską (bo ta się pokazuje ciągle i staje obok siwych spracowanych warsztatowo literatów, co według mnie jest często niedorzeczne) i po panią Kącką, żeby poznać i książki i style pisania i zobaczyć - naocznie, acz książkowo - w czym się kryje ten magnes Nike.
I tak - Dorota Masłowska w nominowanej "Magicznej Ranie" odebrałam, jako przerost patologii, degregolandii i beznadziei kumulującej się między najbliższymi sobie ludźmi w czterech ścianach mieszkań pod wspólnym dachem. To beznadzieja z którą nie robi się nic - takie są jej opowiadania. Tak je odbieram, dlatego czuję i do Masłowskiej i do tej ksiązki niesmak.
a Zła ZIELONA MAMA?
ZIELONA MAMA (ZŁA) jest na początku ciekawa, bo bezradna ona i ona w niej, ale z każdą kolejną stroną jest ciągle to samo i jest tego coraz więcej i więcej. Do tego dochodzi chaos, porady ciążowe i bycie mamą dla dziecka, które jest inne. Ma inny świat od dzieci będących rówieśnikami, inaczej funkcjonuje i inaczej postrzega to, co ją otacza. To dziecko wrażliwe i wyjątkowe w swój wyjątkowy sposób, ale...
ale czy to porywa?
Czy powieść Pani Elizy Kąckiej zasługuje na Laur zdobywcy? Czy ta proza jest godna medalu?
Narażę się ponownie wielbicielom i Masłowskiej i Pani Kąckiej, ale powiem szczerze - dla mnie "Wczoraj byłaś zła na zielono" to słowotwórczy przerost nad formą. wystarczy być lub usłyszeć jeden wywiad z autorką i od razu mamy obraz całości i treści i zmagać matki. każdy wywiad jest do siebie podobny, każde zdanie przetwarzane na wiele sposobów i wiadomo w czym rzecz. Pani Kącką super się słucha (za pierwszym razem zachwycasz się jej studnią pięknego mówienia, zasobu słów i układania ich ze sobą w wyjątkowy sposób, ale ...).
Pani ELiza to piekielnie inteligentna persona o przebogatym i pięknym języku - mówionym. Ale czytanie Zielonej Mamy to ... nie dla mnie te achy i ochy. To analizowanie stanu ciążowego, codzienności i tego, jak było, jak jest i co to dało...
Widziałam rozdania NIKE i widziałam Panią Kącką odbierającą nagrodę - z córką obok, notabene bardzo sympatyczną osobą, otwartą (widać po twarzy) i radosną. I gdy zobaczyłam za co owa nagroda jest, to sięgnęłam i po Dorotę Masłowską (bo ta się pokazuje ciągle i staje obok siwych spracowanych warsztatowo literatów, co według mnie jest często niedorzeczne) i po panią Kącką,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2026-01-10
Poezja to trudny orzech do zgryzienia dla wielu osób. Orzech do powolnego rozłupania, za który najlepiej w ogóle się nie zabierać.
Poezja nie umie się rozpierać, ani rozpychać, bo sama w sobie jest subtelną pieśnią dla wybranych. Dlatego tomik wierszy ma trudną drogę do przebycia, by trafić do rąk czytelnika, czytelnika, który dostrzeże jej piękno i zrozumie treść. Ale, czasem pośród tych twardych orzechów trafia się ten wyjątkowy. Ten szczególny w pewien trudny do wyjaśnienia sposób. Jest Maciej Blacha i jego wersy w „Poezji...” co unosi.
„Czasem zastanawiam się, czy (...) istnieję naprawdę...”
Jestem nieobecny w tym czasie, co jest. Stałem się cieniem bez własnego cienia. Jestem rozdarty między tym co tu i czymś obok, czymś, co umyka. Jestem zawieszony w czasie i w sobie jednocześnie, jak niemy świadek wydarzeń wszelakich. Jestem jak rodzinny zegar, co jest i co nie ocenia, co chodzi, chodzi odmierzając ten czas, co płynie jak rzeka. A on, ten człowiek, ten ja, stoję na jej brzegu, a palce stóp obmywa mi woda. I zaduma, bo może „Jestem jak morze pełne ryb (…)”,
a może „Jestem nasionkiem rośliny,
Która ku światu kiełkuje?”
Jestem gdzieś w rozedrganiu i niepewności swojej bezbrzeżnej, w ciągłym niewiadomym, które majaczy na horyzoncie życia. Są zachody i wschody słońca, jest wolność moja i nie moja i jestem ja, ciągle w tym pomiędzy.
Przeszłość powraca w myślach. Ludzie, którzy odeszli, a których niebawem spotkam ponownie. Matka, tak kochana, przyjaciel mi bliski. Czekają tam na mnie. A ja tu, na razie, jak długo?
Przeszłość powraca i myśli o niej. O tej wspaniałej, co była koło mnie. Natarczywe chwile panoszą się w głowie. Wraca to dobre i to złe. Wraca tęsknota i głód dotyku i bliskości. Puste serce czuje chłód. Ale to było już, było i się wydarzyło. Teraz jestem tu z ciężką głową stoję u brzegu rzeki płynących wersów. Moje palce skostniały od wody. Noc odchodzi, słońce zaczyna grzać. Zamykam oczy. Marzę,
„(...) Bylebyśmy tylko po latach się nie spotkali
I tego co się nie stało obyśmy nie żałowali”
Teraźniejszość to wszystko, co Maciej Blacha ma. Przeszłość nie wróci, przyszłości jeszcze nie ma, choć majaczy na horyzoncie dni i nocy. Na jutro nie odkłada nic, na wczoraj już zrobiła. Teraz jest tu. Tu i teraz. Tu są słowa, natrętne czasem pragnienie dotyku, tego ostatniego i tej bliskości. Tej na zawsze już. Tej, która zapisze się w pamięci na wieczność.
Wspomnienia, czyny, słowa i ludzie. Wszystko miesza się z czasem, co przepływa przez klepsydrę stojącą na stole. Dzień wstaje. Za oknem budzi się jasność, a tu, w sobie gdzieś jakiś lęk czai się.
Maciej Blacha tą zwykłą, ludzką, tą swoją codzienność poetycko nanizał na nitkę, by te wszystkie dni móc trzymać w dłoniach, jak korale. Bo tylko one zostały. Do „Poezji...” zebrał spisane niegdyś wiersze, słowa jakieś i myśli kiedyś ważne i zamknął je w okładkach, by te stały się drzwiami do intymnego niemalże świata. Pukasz, przekraczasz próg i jesteś.
Wiersze Macieja Blachy to krótkie opowieści. To historie całe. To nuty słów ułożone w wersy. To spacer po kartach dni, co minęły i slajdy myśli, co się w każdej głowie rozsiadają, a które nie każdy potrafi spisać. Dlatego na „Poezję...” trzeba dać sobie czas, czasem dużo czasu. Trzeba ją poznawać subtelnie, bo tylko tak smakuje najlepiej.
dziękuję Sztukaterkowi
#agaKUSIczyta
Poezja to trudny orzech do zgryzienia dla wielu osób. Orzech do powolnego rozłupania, za który najlepiej w ogóle się nie zabierać.
Poezja nie umie się rozpierać, ani rozpychać, bo sama w sobie jest subtelną pieśnią dla wybranych. Dlatego tomik wierszy ma trudną drogę do przebycia, by trafić do rąk czytelnika, czytelnika, który dostrzeże jej piękno i zrozumie treść. Ale,...
2026-01-07
Przebudzenie.
Stawanie się.
Życie tu i teraz z tym co się ma i kim się jest.
Bycie w tym ludzkim niebycie, a może bycie w tym bycie? A może bycie gdzieś obok czasu, co pędzi i gna i wyrzuca człowieka z tej swojej gonitwy, przeciska jak piasek w klepsydrze? Wspomnienia mieszają się z pragnieniami. Dzień wstaje, budzi się za szybą jasność, a myśli o wszystkim chodzą po głowie.
Zegar tyka.
Młodość to cud, a starość? Starość nastręcza pytań wiele. I marzeń o spokojnej śmierci. Zostanie po nas wolne „miejsce w tramwaju”, bo „(...) codziennie zabija nas nieznane”.
„Nie znamy drogi,
bo nie znamy celu”.
Pojawia się tęsknota za łyżkami drewnianymi, za wytartą poduszką i za matką. Coraz częściej rozmawia się z Nim, choć te modlitwy to jakieś nieporadne bywają. Wspomina się lata minione, myśli wpychają czasem to, co niepotrzebne. Wraca obraz dawnej miłości „na linie rozpiętej”.
Lecz „(...) nie ma już nic, co było”.
I choć wiadomo, że „(...) zawsze jest tak,
jak miało być” , to jednak teraz, po latach, chciałbyś, by było inaczej.
Dzień wstaje i ty wraz z nim.
Zaraz noc cię szuka. A pomiędzy to bycie.
Dzień po dniu nanizane na nitkę codzienności, jak koraliki w różańcu. I wiesz, że to nie jest samotność, bo głowa pełna obrazów, a świat pełen rzeczy po tobie. Wiesz, że to wszystko nadal trwa i formuje jeszcze twój świat. Pamięć pełna wszystkiego po tobie, jak kufer na strychu skrywający pamiątki sprzed lat.
„Bosonogie szczęście” uzmysławia, że człowiek w każdym wieku tęskni. Tęskni i wspomina. Na bosaka przenosi się do młodości i staje przed twarzami kiedyś widzianymi. Szuka siebie w tym, co było i co jest. Nurzasz się w wierszach „Bosonogich” i dziwnie zastygasz nad wersami słów, które są przecież tak oczywiste, a tak w tobie czasem na koniec spychane.
Wiersze Andrzeja Podlewskiego to krótkie opowieści, drobne wycinki z przeszłości i z teraźniejszości. To zlepki myśli, jakie się znikąd pojawiły, i które szukały swego miejsca na kartkach papieru. To czasem samotny spacer po twarzach, kolorach i oddechach. To także pokora i szlachetność drogi, którą się podąża.
Na tą poezję trzeba dać sobie czas, czasem dużo czasu. Czytaj, odkładaj, sięgaj i wracaj. Bez pośpiechu, na „Bosaka” szukaj szczęścia.
dziękuję Sztukater za poetyckość dni
#agaKUSIczyta
Przebudzenie.
Stawanie się.
Życie tu i teraz z tym co się ma i kim się jest.
Bycie w tym ludzkim niebycie, a może bycie w tym bycie? A może bycie gdzieś obok czasu, co pędzi i gna i wyrzuca człowieka z tej swojej gonitwy, przeciska jak piasek w klepsydrze? Wspomnienia mieszają się z pragnieniami. Dzień wstaje, budzi się za szybą jasność, a myśli o wszystkim chodzą po...
2026-01-03
#agaKUSIczyta
Zaczyna się od kurzu, który jest wszędzie. Najpierw tańczy majestatycznie w powietrzu, by potem opaść na wszystko wkoło. Będzie zawsze, gdy nas już nie będzie. Będzie tańczył, osiadał, trwał. Będzie...
Adam ma 50 lat i żyje z Kacprem. Są małżeństwem, które się kłóci, godzi się, jest ze sobą... i które próbuje doszukać się miłości w głosie. Bo ta miłość zagubiła się chyba, zwłaszcza w Adamie. Zastanawia się nad nią, gdy odbiera telefon od Sebastiana, dawnego partnera, który chyba chce się pożegnać. Ten ostatni raz być z Adamem, bo to życie jakieś miałkie jest i nijakie i czas z nim coś zrobić.
i Adam rusza, na przekór Kacprowi, bo chce, bo musi, bo coś mu karze. Bo czuje, że musi się z nim widzieć tą chwilę, by mieć czyste sumienie i spokój i chyba też tego potrzebuje.
i wchodzi do Seby i rozmawiają, a potem Adam chce "Tylko wrócić, wrócić do domu. (...) Chciałem tylko wejść do mieszkania i wyjść. Cofnąć się o jeden dzień i poprzedni, chciałem przewinąć do tyłu taśmę z filmem, w którym zagrałem kiepską rolę (...). Odwrócić uwagę od sedna sprawy, (...) zacząć wszystko od nowa". I nie być "pierwszym, który widzi go po śmierci, nieruchomego w wannie, zanurzonego po piersi w cienkim barszczu ugotowanym na pożegnanie".
Nie ma Sebastiana, nie ma czasu, nie ma nic. Nicość jakaś panuje wokół Adama...
i Piękna byłaby to historia, historia o samotności, o tęsknocie i o drodze, którą zmierzasz w poszukiwaniu siebie samego. To mogła być szansa na poszukiwanie dobra w sobie i w ludziach. To mogła być, acz nie jest. "Bezruch" stał się przegadanym czasem i zapisanym "czymś" wspomnieniem. To "przebablana, przememlana" książka, w której jest wiele, bardzo wiele wątków kompletnie nieistotnych, acz pewnie niezbędnych dla autora. Czytasz i czasem to czytanie staje się mozołem. Ulatuje radość i ciekawość, bo jedyne co jest to Seba i jego koniec. Zapowiadało się świetnie, to przyznaję ze szczerością ogromną, ale zapowiedź nijak znajduje swoje odwzorowanie na dalszych stronach. Powieść się wije zakosami, przegadaniem, przemilczeniem i dywagacjami wspomnieniowymi o tym, co było i z kim i jak bardzo podniecającym. Często ważniejszy jest seks, papieros i kac nad ranem. A takie smaki chyba nie każdemu czytelnikowi podejdą.
A szkoda.
dziękuję za egzemplarz nakanapie.pl
#agaKUSIczyta
Zaczyna się od kurzu, który jest wszędzie. Najpierw tańczy majestatycznie w powietrzu, by potem opaść na wszystko wkoło. Będzie zawsze, gdy nas już nie będzie. Będzie tańczył, osiadał, trwał. Będzie...
Adam ma 50 lat i żyje z Kacprem. Są małżeństwem, które się kłóci, godzi się, jest ze sobą... i które próbuje doszukać się miłości w głosie. Bo ta miłość...
2026-01-03
wspaniała publikacja
komiks, ale jaki??????????????
zaskakuje pięknem, precyzją i odbiorem. czytasz, oglądasz i zastygasz w skuleniu nad tym, co widzisz. znasz historię, lecz to, na co patrzysz wywołuje w tobie ziąb. czujesz chłód, głód i ból. płyną łzy. człowiek stoi na mrozie, pusty brzuch boli, życie ulatuje przez zasieki.
perfekcyjnie wręcz, pełen detali, skupienia i doskonałości - komiks o tych, co byli w obozie koncentracyjnym. stoi apel, ludzie marzną, zatrwożenie wżera się w oczy, wrasta w ciało, odbiera nadzieję. ale jest pośród tego tłumu Bóg. Bóg, co patrzy i jest i wrony są i śmierć jest...
i ten Bóg... i te Ptaszyska...
cudowna publikacja
wspaniała publikacja
komiks, ale jaki??????????????
zaskakuje pięknem, precyzją i odbiorem. czytasz, oglądasz i zastygasz w skuleniu nad tym, co widzisz. znasz historię, lecz to, na co patrzysz wywołuje w tobie ziąb. czujesz chłód, głód i ból. płyną łzy. człowiek stoi na mrozie, pusty brzuch boli, życie ulatuje przez zasieki.
perfekcyjnie wręcz, pełen detali, skupienia...
ZBIERACZE BORÓWEK, wzdycham po zakończeniu czytania. Na myśl przychodzą mi pola z filmowej wersji "Przeminęło z wiatrem", czy robotnicy na polach z serialu "Północ Południe"...
ZBIERACZE BORÓWEK i ich dusze, które wniknęły w moją. Zaczęłam czytać niepozornie, przykucnęłam jakoś, że na chwilę tylko, że na dwadzieścia minut, że tylko zacznę, że zobaczę, że ... i nic z tego że na chwilkę nie wyszło. Zostałam w tej książce cała i do dziś chyba jestem, mimo, że lektura dawno odłożona.
i chyba to jest piękno, jakiego zawsze szukam w książkach. tej tajemnicy wymieszanej z ciekawością i z tym eterycznym zmysłem strachu jakiegoś. bo co jeśli...? co się stanie i dlaczego...?
i jak to życie pokrętne jest.
i nurzam się w historii rodziny, która zmaga się z tragedią - ze zniknięciem Ruthie. została sama na wzgórzu. tam ją zostawia Joe, który z tym jej zostawieniem do śmierci nie znajdzie w sobie ukojenia. koszmar czynu i samoobwinianie będą mu ściskać gardło do chwili śmierci. wiele kroków postawi z złym kierunku, zbyt wiele słów powie, których nie powinien, zbyt wiele przemilczy, zbyt wiele przełknie, zrobi i zniszczy... i upadnie w samotności i chorobie, by pewnego dnia dowiedzieć się o życiu bez niego.
i jest Norma, która Normą nie czuje się w ogóle. są sny i wiele niewiadomych i rodzice, którzy milczą lub mówią to, co chcą by wiedziała. a prawda? gdzie jest prawda? czy życie ma być ślizganiem się po przeczuciach, domysłach i jakiś wewnętrznych poszukiwaniach siebie gdzie indziej?
i nadchodzi moment, gdy choroba się panoszy, gdy zjawiają się ludzie - ci potrzebni i wyczekiwani, nadchodzi chwila ukojenia. dla wszystkich.
i puszcza węzeł na szyi, łapiesz oddech i wiesz, że życie - jakby nie było - jest bardzo dobre.
ZBIERACZE BORÓWEK czyta się z emocjami. czytasz i chłoniesz każdą z postaci. wiesz, co znaczy samotność pośród ludzi i łzy wypłakane w ciemnym pokoju. wiesz, jak ściska tata i jak głaszcze mama. wiesz, czym jest rodzina, bliskość i kochające oczy, które patrzą na ciebie. wiesz, czym jest dom i bycie w nim. tak wiele? oj, wiele, a niewiele.
wspaniała powieść, która wrasta w duszę czytającego i tam zostaje.
ZBIERACZE BORÓWEK, wzdycham po zakończeniu czytania. Na myśl przychodzą mi pola z filmowej wersji "Przeminęło z wiatrem", czy robotnicy na polach z serialu "Północ Południe"...
ZBIERACZE BORÓWEK i ich dusze, które wniknęły w moją. Zaczęłam czytać niepozornie, przykucnęłam jakoś, że na chwilę tylko, że na dwadzieścia minut, że tylko zacznę, że zobaczę, że ... i nic z tego że...
ta książka jest wyjątkowa.
przerażająca, ale i sprawiająca, że z trwogą czytelniczą nie możesz jej odłożyć. nie możesz złapać tchu, nie możesz wyrwać się z tej dusznej atmosfery domu i alkoholu, nie możesz oddychać, ale trzymasz ją w dłoniach. tę BABUNIĘ i nie możesz pogodzić się z tym, co w tobie osiada.
jest dorastanie
są łzy
pierwszy łyk byle czego i jakiś mężczyzna u boku
jest życie i marność bliska degradacji... i niewiadome - tych jest najwięcej.
aż przychodzi moment, gdy Magduśka, na kacu po raz kolejny w tym gównianym życiu, w domu, który chciała zostawić za sobą, a w którym znowu wylądowała, bo to osrane życie tak u niej żarty sobie stroi. za ścianą babunia z Alzheimerem, matka w szpitalu, a ona zapita po wieczorze z Radacovskim.
Oni wszyscy zjebali jej życie. podlali alkoholem, poniżyli ją i upodlili w tym rodzinnym gównie. i krzyczy, wrzeszczy na całą gębę, a Babunia chce tylko, by tu wywietrzyć, choć nigdy zaduch i smród jej nie przeszkadzał. ludzie jej przeszkadzali przed starością i przed chorobą, a teraz jest teraz i teraz czasem nie pamięta co pamiętała. A teraz, ta kochana wnuczka, wyrosła i pyskata szmata, bez ambicji, bez planów, bez niczego... znowu tu jest i szuka siebie w przeterminowanych puszkach i jogurtach. W przeterminowanym jedzeniu, którego jest tak pełno, bo Babusia przecież zawsze miała syndrom głodu i posiadania. bo musi być... jak i ona jest, i matka i babcia i to życie, którego ważność do spożycia dawno minęła.
Magduśka nie radzi sobie z sobą, z życiem, z zaduchem wokół. nie umie ani uciec stąd, ani zmienić cokolwiek. nawet rozmawiać nie umie. beznadziejna rzeczywistość wydrapuje jej oczy i sprawia, że jedyne co potrafi, to spalić chleb z jajkiem, który robiła dla babci.
Magduśka, wnuczka
Anetka, mama
i Babunia - najstarsza, seniorka od której wszystko zależało i nadal zależy.
i Tomasek - wnuczek
i ojciec pijak, Jarko.
i Mieścina 89`roku...
trzy pokolenia, trzy spojrzenia, trzy marzenia rozmyte w chmurkach komiksowych nad głowami.
ciężko się czyta taką książkę, ale i ciężko się z nią rozstaje. dlatego nadal czytam, bo chciałam powiedzieć coś, wstać, wywietrzyć pokój pełen smutku i przygnębienia. Babunia taka dziecinna, mama taka zmęczona i ona, wnuczka, taka zagubiona... a potem trumna i woskowa lalka w niej leżąca. i poczucie komizmu i jakiegoś niezrozumienia. ta lalka i wspomnienia zimy i mokrych kapci na nogach. tyle myśli niepotrzebnych z tego, co było i kim każdy był. tyle kartek z kalendarzy i dni zmarnowanych na marności i kacu i szukaniu siebie. a teraz? teraz została sama i babcia. on i jej Alzheimer...
i płaczę na końcu. powietrze z otwartego na oścież okna studzi moją głowę. Przytulam Babunię do piersi i staram się oddychać...
#agaKUSIczyta
ta książka jest wyjątkowa.
przerażająca, ale i sprawiająca, że z trwogą czytelniczą nie możesz jej odłożyć. nie możesz złapać tchu, nie możesz wyrwać się z tej dusznej atmosfery domu i alkoholu, nie możesz oddychać, ale trzymasz ją w dłoniach. tę BABUNIĘ i nie możesz pogodzić się z tym, co w tobie osiada.
jest dorastanie
są łzy
pierwszy łyk byle czego i jakiś mężczyzna u...
Oates nie jest taka, jaką znam z Wodospadu czy Córki Grabarza...
tu jest inny styl i fabuła
bazowanie na kilku danych i wiele fikcji literackiej - ale to wszystko razem - mimo porównania do wcześniejszych powieści - współgra ze sobą.
zaczyna się niewinnie, od marnej postawy marnego aspirującego medyka, który na początku nie ma ani wyglądu, ani gadanego, ani dyplomu. jest takim sobie nieciekawym mężczyzną, który chyba dzięki głupiemu fartowi i jakimś dziwnym, niewyjaśnionym, zbiegiem okoliczności trafia tu właśnie. do domu zamożnych ludzi, ale ... nic to nie daje, bo ten adept nie ma ani zalotnic, ani nadziei na nic. czasem to nawet nie ma i ambicji...
a zycie jakoś idzie....
potem jest inne miasteczko, trywialne przypadki i coraz bardziej wybujana ambicja Silasa Aloysiuas Weira. i jest szpital psychiatryczny w którym zaczyna "świadczyć swe lekarskie usługi" i leczyć coraz bardziej drastyczną metodą, czyli ginekopsychiatrią, której uważa się ojcem i propagatorem.
kobiety chorują? trzeba im popuścić krwi i ostudzić.
zaburzenia psychiczne da się wyleczyć przez wyeliminowanie schorzeń części intymnych. w końcu kobiety są odstręczające. ich narządy rodne nie powinny być nigdy ani dotykane, ani oglądane, ani tym bardziej erotycznie pobudzane. Kobiety w oczach Silasa są nieczyste, okropne i są tylko po to, by rodziły, prowadziły dom i by usługiwały. są gorsze od mężczyzn. ale... dzięki nim może on, Silas, piąć się po drabinach kariery -drogą pochłaniającą wiele ofiar.
ta powieść jest o brutalności, o chorej ambicji i o zawężonym umyśle człowieka, który nie myśli racjonalnie. o lekarzu, który sam powinien być leczony i to najlepiej w szpitalu pod zamknięciem. ta ksiązka jest o zaślepieniu, o martwocie uczuć i o chorym umyśle.
ta powieść daje do myślenia. to obraz kogoś, kto krył się za fasadą białego kitla...
jego pomysły, coraz większe
Oates nie jest taka, jaką znam z Wodospadu czy Córki Grabarza...
tu jest inny styl i fabuła
bazowanie na kilku danych i wiele fikcji literackiej - ale to wszystko razem - mimo porównania do wcześniejszych powieści - współgra ze sobą.
zaczyna się niewinnie, od marnej postawy marnego aspirującego medyka, który na początku nie ma ani wyglądu, ani gadanego, ani dyplomu. jest...
taki tytuł, co to przesuwa się ciągle przed oczami i szepcze... "poczytaj mnie, bom dobra..." bo tak wiele osób przeczytało i zachwalało...
przeczytałam i ja
i się zawiodłam
szkoda czasu na czytanie, na to miętoszenie wywiadów i historii rodem z Hollywood - albo Holyłud...
taki tytuł, co to przesuwa się ciągle przed oczami i szepcze... "poczytaj mnie, bom dobra..." bo tak wiele osób przeczytało i zachwalało...
przeczytałam i ja
i się zawiodłam
szkoda czasu na czytanie, na to miętoszenie wywiadów i historii rodem z Hollywood - albo Holyłud...
traumatyczne są opowieści w Medalionach.
Nałkowska perfekcyjnie wręcz pokazała surowość machiny niemieckiej wobec ludzi innych narodowości, wyznań, czy ras. To, co robiono z ciałami polskich umarłych, to, co się działo w obozie, w pociagach, w tej upokarzającej wojennej rzeczywistości - to wszystko paraliżuje...
traumatyczne są opowieści w Medalionach.
Nałkowska perfekcyjnie wręcz pokazała surowość machiny niemieckiej wobec ludzi innych narodowości, wyznań, czy ras. To, co robiono z ciałami polskich umarłych, to, co się działo w obozie, w pociagach, w tej upokarzającej wojennej rzeczywistości - to wszystko paraliżuje...
Polska jako organizator konkursu Chopinowskiego, misterium muzyki, jaka płynie spod tych czarno białych klawiszy oraz mistycyzm melomanów na całym świecie sprawiają, że nawet amator zareaguje. Muzyka Chopina mami podobnie jak biografia pióra Alana Walkera, która promienieje wdziękiem. Walker zaraża Fryderykiem. Pisze o nim, jak o kimś z sąsiedztwa, o kimś, kto jest przyjacielem, z którym się dorasta.
Już na początku lektury twoja fascynacja zaczyna generować pytania. Pytania, które jak nuty osiadają na pięciolinii rozpiętej ponad myślami- skąd się wziął talent w ciele tego chłopca, jedynego syna pastora Chopina? Kim był ten osesek dorastający obok trzech sióstr? Ten malec w spodenkach o słuchu niebywałym i zmysłach wymykających się wszelkiej wierze...?
Oto niespełna ośmioletni chłopiec zasiada do pianina. Ubrany w stylu małego angielskiego dżentelmena, z krótkimi pantalonami i szerokim kołnierzem z białej koronki. Ten blask wokół szyi kontrastuje z ciemnym aksamitem tużurki, co tylko podkreśla szyk i dostojność. Ze sceny bije klasa i szacunek wobec zebranej publiczności. Nie omieszkam szybko dodać, że z wiekiem owa pedanteria wyglądu przeszła u Chopina w niemalże obsesję.
A teraz, ten malec, okrywając przed publiką swój kunszt oraz poszanowanie dla muzyki, okazuje się być wirtuozem o króciutkich nóżkach i duszy dorosłego warto dodać, że od 1823 roku porównywano go do Liszta. Stał się „polskim Mozartem”, objawieniem wyjątkowości.
Podobnie rzecz się ma w przypadku Alana Walkera, który z fragmentarycznych danych stworzył prawdziwie piękny obraz Chopina. Z tej rozsypanej układanki suchych faktów ułożył misterną Biografię, która – na wzór i podobieństwo Fryderyka – jest „literacką wirtuozerią”
Fascynuje to, co odsłania autor – że w duszy Chopina żyła nie tylko muzyka. Ten chłopiec skrywał w sobie talenty także malarskie i pisarskie. Za życia notował myśli, czy wydarzenia. Skrobał żartobliwe notatki i spostrzeżenia pełne żartów. Z tych jego słów czasem też spływała samotność i ból ciała, które z upływem lat traciło siłę i wigor.
Żył 39 lat, o czym Walker pisze już na początku. I aż trudno uwierzyć, że tak krótki żywot dał takie owoce. Wydaje się, że Fryderyk żył łapczywie, że był głodny tego życia i żył ponad normę. Że ta dusza w nim nie szła spać. Że wszystko w nim grało.
W „Chopinie” Walker skrupulatnie odtwarza tło tamtych lat. Maluje wydarzenia historyczne, sięga po patriotyzm i polskość, a także po tradycję. To wszystko wpływało na rozwój Fryderyka, na jego relacje, wrażliwość, czy myśli. To wszystko wpływało na muzykę.
Walker ożywia Chopina, sprawia, że ten staje się mężczyzną z krwi i kości.
Lecz w tej publikacji bohaterem jest nie tylko Fryderyk. W tej książce bohaterem jest też sam autor, który staje w najbliższym cieniu Wirtuoza i pisze... Pisze nutami. Łapie je w swej ulotności i układa na kartach papieru.
#agaKUSIczyta
Polska jako organizator konkursu Chopinowskiego, misterium muzyki, jaka płynie spod tych czarno białych klawiszy oraz mistycyzm melomanów na całym świecie sprawiają, że nawet amator zareaguje. Muzyka Chopina mami podobnie jak biografia pióra Alana Walkera, która promienieje wdziękiem. Walker zaraża Fryderykiem. Pisze o nim, jak o kimś z sąsiedztwa, o kimś, kto jest...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Wit Szostak oczarował mnie OBERKAMI - i ciągle nimi czaruje, bo wracam do nich i snuję je w sobie ciągle od nowa... Jestem w Rokocinach i czas przestaje mieć znaczenie. Ja sama przestaję wtedy istnieć w tym swoim bycie... Podobnie jest z WYLINKĄ - niesamowitą historią o dorastających dzieciach, które... nigdy nie dorosną, bo oto jest dziewczynka Klara, o której zapomnieli rodzice. zostaje sama w domu, który... nagle okazuje się nie być pustym. Na strychu mieszka on - chłopiec Janek, o złamanych okularach, który tyle wie... a który też jest samotny - o nim też zapomnieli rodzice. lata temu... Byli, a potem ich nie było. Była cisza i ich miłość, a potem tata odszedł, a na niebie pojawiły się samoloty i strach zamieszkał między ludźmi... I trzeba było się chować na strychu i kryć, by przeżyć.
Tych dwoje układa fragmenty swoich żyć w jakąś spójną całość. coś im się lepi, coś przychodzi do głowy, czasem coś rozsypuje w nieładzie, bo prawda przerasta wszelkie wyobrażenia.
Czasem najważniejsze okazują się cukierki w puszce, która stoi w kredensie na najwyższej półce i tylko Janek jest w stanie po nią sięgnąć. Tajemnicze cukierki, które sama się uzupełniają.
Pewne rzeczy nie mają wyjaśnienia, a pewne chwile nie mają odpowiednich słów. Czasem milczenie wypełnia białe plamy - jest lepiszczem na to, co rozpada się w dłoniach.
WYLINKA do powieść, która nic sobie nie robi z szufladkowania. Wyskakuje z każdej półki, bo choć skierowana jest do młodzieży, to jest i dla dorosłych. Jest i dla dzieci, bo czytanie jej dla każdego stanowi pewnego rodzaju odkrycie piękna. Piękna - mądrości i wartości samej w sobie. To książka o bliskości, o smutku i o uczuciach, które czasem wyskakują z ciała człowieka i szukają kogoś, kto je usłyszy.
To książka o byciu, które potrafi zmienić się w ciągu jednej zaledwie nocy.
To też powieść o tęsknocie, takiej bezbrzeżnej, która wiąże supeł w gardle i puchnie i którejś nocy zaczyna dusić.
Do wiecznego czytania,
Do przytulania do serca.
powieść, którą się czyta i ogląda i przeżywa...
I głaszcze, ciągle - nieprzerwanie - głaszcze...
Wit Szostak oczarował mnie OBERKAMI - i ciągle nimi czaruje, bo wracam do nich i snuję je w sobie ciągle od nowa... Jestem w Rokocinach i czas przestaje mieć znaczenie. Ja sama przestaję wtedy istnieć w tym swoim bycie... Podobnie jest z WYLINKĄ - niesamowitą historią o dorastających dzieciach, które... nigdy nie dorosną, bo oto jest dziewczynka Klara, o której zapomnieli...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
agaKUSIczyta
Nie sposób przejść obojętnie obok tej publikacji - no, po prostu się nie da. Magia Chopina, jego słów spisanych i tego, co zrobiło fenomenalne wydawnictwo MG, które wydało tę perłę literatury – to wszystko sprawia, że trudno nazwać subtelność, jaka się w tobie budzi. Ta książka dosłownie wpycha się w ręce, wnika w zmysły i sprawia, że muzyka oraz świat nut i wirtuozów nabiera innego znaczenia. Wyłapujesz pojedyncze dźwięki, ich barwy i eteryczność jednocześnie. Dostrzegasz też samotność artysty i to jego zmaganie się z odchodzeniem.
Muzyka Fryderyka Chopina wnika w ciebie, a on sam cię frapuje i ciekawi. Czytasz, a gdzieś za tobą delikatna muzyka puszczona z domowych głośników, niczym nimb, otula ci, muska twoją skórę, zmysły i rzęsy. Stajesz się nią i nim jednocześnie. Stajesz się Chopinem, który zasiada do klawiatury i z tych biało czarnych klawiszy wyczarowuje muzykę, która trwa do dziś. Którą się zachwycasz i ciągle poznajesz na nowo. .
Ta publikacja to podróż duchowa, to intymne zapiski Chopina, które nagle ujrzały światło dzienne, a z którym wypływa on, człowiek, esteta i indywiduum w pewien cichy sposób.
„Smakował sens słów, dobierając je niesłychanie trafnie… Jego słuch muzyczny ujawnił się również w budowaniu formy językowej…” Używał polszczyzny w sposób wyrafinowany, wysmakowany i wielce inteligentny. A pisał aforyzmy, pisał o różnych wydarzeniach z życia, notował myśli. W jednym zdaniu potrafił ująć i zachwyt i absurd ludzkiej głupoty. Pisał o ciężko chorej siostrze, o wieczornych wizytach u pobliskich znajomych, jak i o galeriach sztuki, w których obrazy tętniły pięknem, a które to piękno budziło w Chopinie muzykę.
Zachwycał się życiem, zwłaszcza, gdy to życie coraz bardziej osłabiało jego ciało. Denerwował się na niedomagania i pisał, „że nie ma czasu na chorobę”. Złościła go, odbierała siły, dech i energię. Czasem zapominał się w dziwnym poplątaniu zmysłów. Jednak 16 listopada 1848 roku dał ostatni koncert. Z gorączką, sparaliżowany tłumem i spojrzeniami słuchających, zagrał na rzecz polskich emigrantów. Jego siostra została przy nim do końca, bo - jak pisał sam Chopin już w 1832 roku, „z nikim razem westchnąć nie mogę”. I zmarł… Odszedł w łóżku, nędznie, bez sił…
Odszedł Wielki tego świata.
„Kapelusze z głów panowie! Oto geniusz!” pisał Robert Schumann.
Czytasz tą książkę, te cytaty, notatki i karteluszki i przeżywasz je na swój indywidualny sposób. Czujesz się przesiąknięty muzyką pasją i pazernością życia, które zawsze kończy się wtedy, gdy człowiek najbardziej chce żyć. Zaczynasz interesować się Fryderykiem Chopinem, szukasz jego dzieł i magii, która płynie przy wsłuchaniu się w jego muzykę – zatapiasz się w tym mistrzu, który żył zaledwie 39 lat. Żył pazernie i pełnie. Wydzierał chwile z życia, mieszały mu się dni i noce, tworzył – był dla nut, a one dla niego. Czekały na niego.
Obcowanie z tą książką i z Chopinem staje się luksusem samym w sobie, przyjemnością, która mogłaby się nie kończyć.
agaKUSIczyta
Nie sposób przejść obojętnie obok tej publikacji - no, po prostu się nie da. Magia Chopina, jego słów spisanych i tego, co zrobiło fenomenalne wydawnictwo MG, które wydało tę perłę literatury – to wszystko sprawia, że trudno nazwać subtelność, jaka się w tobie budzi. Ta książka dosłownie wpycha się w ręce, wnika w zmysły i sprawia, że muzyka oraz świat nut i...
#agaKUSIczyta
W każdym człowieku labirynty myśli. Wydrążone tunele długie bez końca. Idące myśli, wspomnienia, smutek, obrazy wyrwane z kontekstu i chwili. Czasem chcesz odpocząć od tego co tu i teraz, szukasz schronienia w ramionach przeszłości, w jakiś myślach nieskładnych, co przychodzą znikąd. Taki jest Sam Shepard w tekstach z „Prując przez raj”.
Ameryka, której już nie ma. Welcome, mówi do ciebie, Witam, szepcze...
i oto on, syn, teraz już sam. Teraz już bez matki. Bez ojca. Ale … za tym ojcem gdzieś w sobie tęskniący. Nie chce tego mówić na głos, bo ojciec nie był kimś, z kogo można by być dumnym. Pił, uciekał od żony, z domu. Chciał mieć swoją ziemię, działkę gdzieś dalej, gdzieś, gdzie jechałby autem. Kryjówkę taką chciał. Przerwę od życia i od bycia ojcem i mężem. Bo tak nie można, mówił często, tak cały czas nie można. Czasem trzeba odpocząć i wypisać się z tego. Szukał bytu w niebycie... i syn obok niego, wielokrotnie świadek tego, czego nie powinien widzieć, czy czuć. On, dziecko wrażliwe, spostrzegawcze i jakieś obok. Dziecko ozdoba, towarzysz, ktoś...
A teraz, po latach, został niebyt, cisza pustki i zdjęcia w ramkach na ścianach domu. Zdjęcia z zapisanymi przez obiektyw chwilami. Jedno, drugie... czarno-biali świadkowie momentów, które były.
Budzi się smutek, tęsknota, nostalgia jakaś dorosłego już człowieka. Wyłażą z grobu wspomnienia.
Tata.
Tata – ktoś dorosły, niedościgniony, obecny – nieobecny. I jakaś dziwna więź syna do ojca. Jakiś magnes, przyciąganie – przez szybę. On męski, nie przytuli, nie pocieszy. Ojciec, człowiek który w jasnej kuchni staje przy oknie i patrzy w kierunku dziecka na zewnątrz. Lecz go nie widzi. Wygląda przez okno z drinkiem w dłoni, a syn chce by wyszedł do niego. By przywitał się, poklepał może po ramieniu, po głowie... By zmierzwił włosy po całym dniu trudów... A on nic.
Taka tęsknota wyziera z każdego niemalże opowiadania Sama Sheparda. Smutek do danego czasu, do dawnej Ameryki i do siebie samego. Wszystko się zmieniło. Odeszły chwile z przyjaciółmi, z ludźmi przypadkowo spotkanymi, z rodzicami w domu, który był, jaki był. Obrazy przeszłości wyświetlają się na ekranie powiek autora, a on sięga po nie i przypomina sobie. Tak – wtedy było tak. A tu jest on... Tu byliśmy razem, zmęczeni, spoceni...
Klisze Ameryki, która minęła i ludzi, którzy ją tworzyli.
Z napisanych słów wymyka się i tęsknota i smutek i sentyment. Nostalgia.
Widzisz inność. Inność w ludziach, ich głowach, ich codzienności, czy historii, której wszędzie dotykasz, a która czasem wywołuje u ciebie zgagę. Przeszłość zbudowali ludzie, których już nie ma. Teraz jest konglomerat wszystkiego i wszystkich. Mieszanka ras, mentalności, biedy i bogactwa... Innych potrzeb i dróg.
Po lekturze tworzy się w tobie zlepek myśli. Czytasz o intymnych chwilach, czy pragnieniach dojrzałego już mężczyzny. To próba ułożenia życia na swój sposób. W każdym nowym tekście poznajesz Sama Sheparda w inny sposób. Czujesz wręcz jego towarzystwo.
A gdy kończysz zamykasz oczy.
Wychodzisz z terminala lotniska, by złapać autobus do domu. Wracasz z Ameryki... Do siebie.
#agaKUSIczyta
W każdym człowieku labirynty myśli. Wydrążone tunele długie bez końca. Idące myśli, wspomnienia, smutek, obrazy wyrwane z kontekstu i chwili. Czasem chcesz odpocząć od tego co tu i teraz, szukasz schronienia w ramionach przeszłości, w jakiś myślach nieskładnych, co przychodzą znikąd. Taki jest Sam Shepard w tekstach z „Prując przez raj”.
Ameryka, której już...
kiedyś raptularz był księgą, brulion, gdzie odręcznie zapisywano różne - często bieżące - informacje – takich jak sprawy domowe,, finansowe, urzędowe, czy też anegdoty i zdarzenia.
a co zrobiła Pani Ula ?
poetka?
ona w tym Raptularzu - nagrodzonym tomiku wierszy - pisała o samotności, o tęsknocie, o ciemnych nocach i słowach, które przychodzą do jej łóżka, siadają w nogach...
to wiersze o tym, co było i co jest teraz
to wersy składane o życiu, o tym gdzie głowa spoczywa i gdzie umysł szuka...
słowa pomiędzy
zawieszone
gdzieś
ona i oddech
kiedyś raptularz był księgą, brulion, gdzie odręcznie zapisywano różne - często bieżące - informacje – takich jak sprawy domowe,, finansowe, urzędowe, czy też anegdoty i zdarzenia.
a co zrobiła Pani Ula ?
poetka?
ona w tym Raptularzu - nagrodzonym tomiku wierszy - pisała o samotności, o tęsknocie, o ciemnych nocach i słowach, które przychodzą do jej łóżka, siadają w...
2025-07-17
Niebo umysłu pokrywają to jasne, to ciemne chmury smutku i łez słonych, jak morze. Wspomnienia mieszają się z pragnieniami, ciepły piasek plaży tego szumiącego ciągle morza przesypuje się w klepsydrze stojącej na stole.
Dzień wstaje, budzi się za szybą jasność, a tu, w ciemnym, zatęchłym pokoju lęk jakiś czai się.
Choroba wstaje, bo dzień wstaje...
„Chrobot z gardła
przeciera szlak
do gardzieli nieba...”
Brzmienie głosu uwięziło wąskie gardło, ślina ścieka kącikami drętwych warg. Wszystko spowija ból i rzężenie jakieś nieskładne. Tu, w stęchliźnie choroby ciągle mrok panuje. Zazdrostki i tiul w oknie tłumią słońce i ptaków trele. Radość dzieci chłoną drzewa i niebo wysokie.
I zastanawiasz się i czy jutro nadejdzie? Czy proza życia zrobi swoje?
Dzień po dniu nanizane na nitkę codzienności. Tylko one zostały. I fotel z wklęsłym odciskiem, co zieje pustką i chłodem i czekaniem nienazwanym. W nim wpisana jest trajektoria zdarzeń miejsc odwiedzanych i twarzy ludzi kiedyś spotkanych. Tabernakulum pamięci o tobie, „(...) Absurdalna zbędność...” po tobie.
Grat z „zacerowaną dziurawą przeszłością”.
Przeszedłeś przez ziemię, a ja tu i teraz szukam sensu tego wczoraj i dzisiaj i czasu, jaki mi został.
Samotność to nie jest, bo głowa pełna obrazów, a świat pełen rzeczy po tobie.
Wszystko trwa, „formuje świat”, w uszy wpadają słowa przez ciebie przemilczane, przypominają się i te czasem niedbale napisane, a ciągle obecne.
Moja pamięć pełna wszystkiego po tobie. Pojemna, jak szafa, której nie opróżnię, nie posprzątam.
Są i sny niewyraźne, „mamroczę przez sen...”, coś jest, czegoś nie ma.
Kogoś dotknąć chcę.
Sen i jawa grubą ścianą dyskrecji oddzielone.
„Białe ściany dyszą
biała cała ja ...”
Czy aniołem jestem o białej szyi? O szyi jak znak zapytania? Aniołem, jak łabędź?
Jestem, tęsknię, wspominam.
Banka Konopka odsuwa „Dymiącą szufladę” i wysypuje z niej spisane niegdyś wiersze, słowa jakieś i myśli kiedyś ważne. Teraz jest wiatr z otwartego na oścież okna, ulatują wersy pod sufit, opadają na dywan, pod stopy. Białe ptaki tańczą w chaosie, jak wystraszone motyle.
Czytam te słowa, buduję z nich sens, a ten zaczyna przenikać me palce. Dłonie drżące, słabe są. Łzy płyną po twarzy. Tyle tu wspomnień, żałoby i straty. Tyle czekania na kogoś i na coś.
Był i odszedł. Żył... Teraz szukać grobu.
Teraźniejszość to wszystko, co Konopka ma. Przeszłość nie wróci, przyszłości jeszcze nie ma, choć majaczy na horyzoncie dni i nocy. Na jutro nie odkłada, na wczoraj już zrobiła.
Tu i teraz.
Tu są słowa, zdjęcia, natrętne pragnienia dotyku, tego ostatniego. Tego na zawsze już. Tego, który zapisze się w pamięci na wieczność.
Wiersze Blanki Konopki to krótkie opowieści. Historie całe. To muzyka słów ułożona w wersy. To spacer po twarzach, kolorach i oddechach. To szlachetność własnej drogi, którą się podąża. Te wiersze, jak i drogę poetki, trzeba poczuć w sobie. Trzeba dać sobie czas, czasem dużo czasu, by odważyć się stawiać krok za krokiem i iść mapą wersów, słów i myśli. Czytaj, odkładaj, sięgaj i wracaj.
#agaKUSIczyta
Niebo umysłu pokrywają to jasne, to ciemne chmury smutku i łez słonych, jak morze. Wspomnienia mieszają się z pragnieniami, ciepły piasek plaży tego szumiącego ciągle morza przesypuje się w klepsydrze stojącej na stole.
Dzień wstaje, budzi się za szybą jasność, a tu, w ciemnym, zatęchłym pokoju lęk jakiś czai się.
Choroba wstaje, bo dzień wstaje...
„Chrobot z...
Kobieta wszystko zrobi dla miłości. A konkretniej – dla bycia pożądaną i kochaną. Dla bycia tą niezwykłą dla niego, czymś na kształt „uwodzicielskiej perły z dorodnym biustem, wąską talią i jędrnymi pośladkami”.
Kobieta wyda każdy pieniądz, posunie się do niecnych czynów, czy choćby stanie się kimś nieznanym dla samej siebie, byle czuć dotyk – jego – na swoich piersiach, muśnięcie warg – jego na jej szyi. Byle móc poczuć jego pożądanie i to, jak na nią napiera, jak chce się do niej wedrzeć, jak jej potrzebuje. To buduje poczucie kobiecej godności i piękna, lecz to krucha budowa wyrosła na marnych fundamentach, bo miłość nie daje żadnej stabilności. Miłość to nie gwarant trwałości do śmierci. Miłość to gra obarczona ryzykiem.
Oto Czeskie Budziejowice.
I ona, madame, szefowa domu rozkoszy wszelakiej.
I on, Rudolf Silva, lekarz dam lekkich obyczajów, które musiały być zarejestrowane, mieć swoje kartoteki medyczne i co miesiąc przechodzić badania.
I one i cały ich wachlarz urody, wdzięku i seksapilu. Jest Magdalena, Salomea i Anna, Anna Vaclavikowa , najpiękniejsza z kwiatów kobiecych, jakie nosiła ta ziemia. Anna, którą widzieli niektórzy, a o której roją wszyscy. Anna, na punkcie której Rudolfa opętała obsesja i zmysły postradały jasność. Relację pacjent – lekarz przebił mur żądzy, który nie powinien mieć miejsca. Chwila słabości zaważyła na wszystkim, wszystko zniweczyła...
Tak toczy się fabuła „Cafe Groll” Jana Stiftera. Niepozorna historia sprzed stu lat, która wkracza w teraźniejszość Rudolfa Silvy przy okazji sprzątania strychu przez Libuskę. Do jego rąk trafiają dokumenty ze zdjęciami dawnych pacjentek z Budziejowic. Wracają wspomnienia, twarze, słowa. Wracają kobiety i ich piersi i miłość i namiętność. Wraca sentyment do ludzi i czasu, który bezpowrotnie minął. Ale przypomina się też i chwila słabości oraz własne upodlenie. Własny upadek, który tak wiele zmienił.
„Cafe Groll” to opowieść nie tyle o pracy medyka, ile powieść o uczuciach. O pięknie miłości, którą można odnaleźć nawet w burdelu. To książka, która muska skórę, zwodzi zmysły i sprawia, że budzi się w tobie ciekawość charakterów osób, o których czytasz. Zatapiasz się w Budziejowicach, w oczach kobiet i zmysłach, które nie mają czasu na wyciszenie. Stifter udowadnia, jak nikła jest granica dzieląca rozsądek od obłędu, czy miłość od zauroczenia i czym jest desperacja, która nie staje po żadnej stronie.
„Czy miłość to stan umysłu, stan istnienia, fenomen, kaprys, odpływający jeszcze na naszych oczach w przeszłość, w zakamarki historii? (...)”.
Jest w „Cafe Groll” także magia realizmu. Czytasz i czekasz. Czekasz na dotyk kobiecych, drobnych dłoni, na przytulenie, na spojrzenie prosto w oczy, na okazanie szczerej miłości - tylko dla ciebie przeznaczonej. Czas mija cię, igra z tobą, a ty, zaczytany, szukasz pomiędzy stronami Anny, bo chcesz ją zobaczyć... czekasz na Magdalenę i na Libuskę i na ciepło wieczoru, który spowija kolejny dzień.
Niebywała powieść. Powieść z gatunku tych, z którymi się jednoczysz i personalizujesz w dziwny, niewytłumaczalny sposób. Często powracasz do niej, do Budziejowic wieczorną porą, do samotności z dokumentami w rękach, do zdjęć i wspomnień. Dopisujesz inny koniec, może bardziej czuły? Spokojniejszy? A może bardziej frywolny z gonitwą po stopach żądzy? Bo tam rozsądek, skoro chuć bierze w tobie górę? Starasz się coś dopisać, choć sam autor, Jan Stifter zrobił to w mistrzowski sposób.
Czytasz i nic poza książką nie istnieje.
Nic i nikt.
Jesteś ty, wieczór na progu domu i wspomnienia, które jak mgła spowijają twoją siwą już głowę.
#agaKUSIczyta
Kobieta wszystko zrobi dla miłości. A konkretniej – dla bycia pożądaną i kochaną. Dla bycia tą niezwykłą dla niego, czymś na kształt „uwodzicielskiej perły z dorodnym biustem, wąską talią i jędrnymi pośladkami”.
Kobieta wyda każdy pieniądz, posunie się do niecnych czynów, czy choćby stanie się kimś nieznanym dla samej siebie, byle czuć dotyk – jego – na swoich piersiach,...
Zaczyna się od Vojkovej. Tu zawsze świeci słońce. Nawet w zimie.
Tu razem ogląda się telewizję, razem słucha się radia. Jest Rok – młodszy brat, jest tata, Janez, co ma mało włosów na głowie, jest Dada – mama mamy, która dużo pali i jest Mita – mamusia, najpiękniejsza mama na świecie. I jest ona, Bronja.
Tu życie toczy się razem, najczęściej w kuchni.
„Nasza kuchnia jest bardzo zadymiona, bo palicie, wszyscy (…). W naszej kuchni dużo się śmieje (…). W naszej kuchni kawę pije się przez cały dzień (…). W naszej kuchni robi się wszystko. Rozciąga się ciasto na strudel, zwija poticę, rozbija zrazy, zagniata ciasto na makaron, je się. Przy stole odrabia się prace domowe, uczy, pisze życzenia noworoczne, czyta się (…). w naszej kuchni czasem kąpie się i śpi. I prasuje (…), również dużo się bawi. U nas w kuchni gotuje się codziennie, i to kilka razy. W naszej kuchni dużo się też kłóci i płacze. Czasem słyszy się rzeczy, od których uginają się nogi... W naszej kuchni dużo się świętuje.”
Witaj w domu pełnym ludzi i życia, na Vojkovej. Tu ciągle się coś dzieje. A to wypadek ma jakieś dziecko i trafia do szpitala, a to ktoś z rodziny umiera i telefon odbiera Dada. Podnosi słuchawkę nowego, wiszącego telefonu i w milczeniu osuwa się na podłogę. Mama ma ranę na żołądku i przechodzi operację. Życie toczy się wielkim kołem do przodu.
Potem jest przeprowadzka. Ogromne poddasze na Gregorcicevskiej, po którym można by było jeździć rowerkiem. Tu zamieszkają we czwórkę, już bez Dady lecz nie na długo. Niebawem jest ich troje i wszystko nabiera innego światła. To, co dotychczas było jasne i wesołe bez mamy staje się mroczne, ociężałe i bez życia. Nawet ona, Bronja, która zaczyna chorować na raka. Choroby i łzy znajdują ich adres zamieszkania i włażą nawet na poddasze.
„Rozpadam się, wyślizguję z własnych rąk. Wszystko, czym jestem, wycieka bez kontroli, bez jakiegokolwiek nadzoru. Nawet kiedy zaciskam dłonie, nie pomaga. Uciekam daleko od siebie, sączę się między palcami, rozlewam po całej podłodze”. Wszystko staje się trudne. Wszystko się kończy.
Wesoła kuchnia w domu Dady nijak ma się do ciszy w tej obecnej.
Uśmiech mamy wyłapujesz w snach, a w życiu nawet tobie nie chce się uśmiechać.
Milczenie spowija wszystkich. Milczenie, które pęcznieje w gardłach.
Niebywała powieść, która w niebywały sposób fascynuje. Jest świat dorastania w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, jest radość dziecięca i babunia i wariackie pomysły wszystkich wokoło. Każdy był wesoły, zaradny i nie bał się życia. Bronja Zakelj napisała powieść, która rzuca na czytelnika sieć utkaną z perełek. Pochłania cię czytanie, ba, staje ci się wręcz bliskie. Znasz to wszystko, a jednak patrzysz teraz z innej perspektywy. Do wesołego domu wchodzą tragedie. Najpierw rozpasana śmierć, potem ciężka choroba i ból i samotność pośród bliskich. Wchodzi bezradność i strach.
„Białe pierze się w dziewięćdziesięciu” jest powieścią napisaną przez życie. Tu są wszystkie jego odcienie, cała gama emocji i słów. Czasem się śmiejesz, czasem płaczesz, czasem tracisz czytelniczy dech, lecz zachwycasz się nią.
Czytasz i czujesz, że łza spływa ci po policzku. Łza szczęścia. Łza cierpienia. Łzy mieszają się ze sobą. Czujesz w sobie mieszankę wszystkiego i to jest największym walorem tej książki. Treść osiada w tobie, zapuszcza korzenie i zostaje na zawsze. Takie powieści się pamięta – na długo. Takie powieści wybudzają sentyment. Takie historie żyją w tobie, by pisać się dalej.
Takie książki zostają z tobą na zawsze.
dziękuję Sztukaterkowi
#agaKUSIczyta
Zaczyna się od Vojkovej. Tu zawsze świeci słońce. Nawet w zimie.
Tu razem ogląda się telewizję, razem słucha się radia. Jest Rok – młodszy brat, jest tata, Janez, co ma mało włosów na głowie, jest Dada – mama mamy, która dużo pali i jest Mita – mamusia, najpiękniejsza mama na świecie. I jest ona, Bronja.
Tu życie toczy się razem, najczęściej w kuchni.
„Nasza kuchnia jest...
#agaKUSIczyta
„(...) Tajemnicą w swej istocie jest człowiek, który istnieje, jest czas przeszły. Czas teraźniejszy to jest miganie czy migotanie sekund, nieuchwytne w zasadzie, a czas przyszły to jest kwestia wyobraźni.” powiedział zmarły niedawno mistrz pióra Wiesław Myśliwski. I te jego słowa, tak głębokie w znaczeniu nabierają wielkiego sensu w odniesieniu do powieści „Ptasiek” Williama Whartona. Oto historia kogoś, kto jest teraz, w kucki siedzi samotny, zamknięty. Uśmiecha się i patrzy w okno. Niewielki przesmyk nieba i widzi ptaki, swoje ukochane ptaki. I jest szczęśliwy, jak mało kto na świecie.
„Ptasiek”, to losy kogoś, kogo przerosły marzenia, te z przeszłości, te, o których nie mówi, a których każdy się tylko domyśla. Przeszłość odleciała ku niebu, machając skrzydłami. Przeszłość odleciała zostawiając teraźniejszość? Zostawiając bycie w niebycie acz bycie w spełnieniu. W poczuciu dotknięcia marzeń delikatnych, jak ptasie pióra.
W „Ptaśku” poznajemy Ala i jego przyjaciela Ptaśka. Al, jako rekonwalescent ma za zadanie wyrwanie Ptaśka z otępienia i tej wewnętrznej izolacji, którą lekarze mogliby nazwać ”ptasim otępieniem”. Al, odwiedzając przyjaciela, rozmawia z nim i przywołuje przeszłość. Wspomina ich wybryki młodzieńcze, ich samych i ludzi, którymi się wtedy otaczali. Gada i gada i tak z tych jego słów budujemy sobie ich obraz. Dwóch młodzieńców z głowami pełnymi wariactwa, marzeń i wiecznego głodu na życie.
Jednak, gdy spojrzysz na Ala i Ptaśka z innej, nieco własnej perspektywy, tej obecnej, to dojrzysz w nich dwóch rozbitków wyplutych przez życie. Rozbitków wyrzuconych poza burtę. Życie sobie z nich zakpiło, nie inaczej. Ich głowy, tak pełne marzeń i planów, uderzyły w mur dorosłości. Ptasiek żył ptasimi trelami, ptasim pięknem i tym samym sam stał się ptaszo-mężczyzną skierowanym na leczenie w szpitalu psychiatrycznym. Al to weteran z raną w głowie. Obecne życie nie ma już posmaku młodzieńczości, szaleństwa ubrały ciężkie buciory i stanęły na ziemi. Przychodzi do Ala i gada z nim, by wyrwać go z chorobliwego otępienia. Takie są zalecenia lekarzy – a jaki te jego słowa dadzą rezultat?
Wharton zbudował fabułę „Ptaśka” na plączących się ze sobą wątkach monologów, które siedzą w głowach lub próbują wybrzmieć układając się w słowa i jako takie dźwięki. Al mówi, krzyczy, czasem milczy patrząc na rówieśnika z bezradnością widoczną w rękach i w sobie całym. Bo jak pomóc przyjacielowi sprzed lat? Jak wyrwać go z tego wewnętrznego otępienia? A w ogóle – pytasz się, jako czytelnik – kto tu potrzebuje leczenia? I czy to leczenie jest w ogóle potrzebne?
Ptasiek, co dostrzegasz po jakimś czasie, żyje tak, jak nikt inny. Zna wartość piękna i subtelności. Wie, co znaczą marzenia i co znaczy chcieć więcej i więcej. Wie, co znaczy podążać ku spełnieniu i jak wzbogacić życie, które nie musi być szare, a pełne, „syte”. Czytasz historię człowieka i zastanawiasz się nad własnym życiem i nad jego barwami. Zastanawiasz się nad własną osobowością i tym, kim jesteś, dokąd doszedłeś i co robisz. Chwile powieściowej ciszy w powieści wypełniają twoje słowa, które samoczynnie przymykają ci po głowie. I to jest chyba największa wartość „Ptaśka”. Czytasz powieść, która zatrważa i równocześnie bawi. Czytasz o chłopakach, którzy uciekli od dorosłości na swój pokrętny sposób. Czytasz o ludziach wyrzuconych poza margines tego, co jest społecznie „normalne” i „akceptowalne”. Al z ranami w ciele, traumą wojenną i bagażem ciężkiej przeszłości, a obok niego Ptasiek, który skrył się w klaustrofobicznym świecie ptaków.
„Ptaśka” czytałam niedługo po wydaniu, około 1995 roku. Potem przyszły inne książki Williama Whartona, a jego samego zaczęłam cenić, jak żadnego innego pisarza. To on – mogę powiedzieć – w głównej mierze ukształtował mój gust czytelniczy. Pokazał piękno powieści, ich sens i drugie tło historii snutych w słowach i treści. Ujawnił ich nieoszacowaną wartość.
„Ptasiek” to książka o każdym i o nikim jednocześnie. To powieść o chaosie i szaleństwie, ale i depresji i niewiadomej. To powieść o nas, dlatego tak bardzo spaja się z duszą.
#agaKUSIczyta
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„(...) Tajemnicą w swej istocie jest człowiek, który istnieje, jest czas przeszły. Czas teraźniejszy to jest miganie czy migotanie sekund, nieuchwytne w zasadzie, a czas przyszły to jest kwestia wyobraźni.” powiedział zmarły niedawno mistrz pióra Wiesław Myśliwski. I te jego słowa, tak głębokie w znaczeniu nabierają wielkiego sensu w odniesieniu do powieści...