-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać388 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać7 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać13 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać12
Biblioteczka
2026-02-10
Powieść niebanalna, bo zaczyna się od smutku i od strachu.
Jest 1943 rok i ludzie boją się o siebie i to, co da im życie, które już życia dawno nie przypomina.
Czytając wtapiasz się w treść i klimat Polski wojennej i tego zatrwożenia, jakie osiada w ludziach gęstą breją. Czasem tak trudno oddychać i patrzeć. W oczach widać wszystko. Można mamić słowami, sztucznym uśmiechem czy gestami pocieszenia, ale oczy... Oczy są lustrem duszy.
Te oczy zdradzają Miriam.
Kraków.
Oto Hans Töfel, młody SS-Mann ślepo zapatrzony w Hitlera i jego ideologię „czystej rasy”. To zaślepiony młody człowiek, który bezwzględnie dąży do rozwiązania kwestii żydowskiej, planując nawet zgłosić się jako ochotnik do pomocy przy krematoriach w obozie Auschwitz-Birkenau. Jednak wszystko obiera inny kierunek, gdy przypadkowo pada na niego wzrok Miriam, młodej Żydówki z getta.
Jest krew, są ranni i jest ona przy nich.
I te jej oczy...
I on jakiś inny. Nie swój, nie podobny do tyrana. Jakiś pomieszany... Wyciąga do niej dłoń. By z nią potem uciec. Odciąć się od siebie samego i tego, co dotychczas było. Ale dlaczego z nią? Przecież to Żydówka. Hans sam siebie nie poznaje, zadaje sobie pytania, waha się. Niejednokrotnie walczy z sobą reagując furią i biciem. Początkowo jest opryskliwy i brutalny, lecz u jej boku pod jej spojrzeniem zmienia się. Mięknie. Rozpuszcza się w nim czarna breja o niemieckich korzeniach.
Także rzeczywistość okazuje się być inna od tej obiecanej przez Hitlera. Na jego oczach „nazizm przegrywa z komunizmem i się przed nim ugina”. Potęga popada w ruinę, wszystko pęka w szwach obłudy. Hans czuje upokorzenie. Dostrzega oszustwo, w jakim żył i wykonywał rozkazy wierząc w siłę i potęgę Niemiec. A teraz? Czy to świat z fałszywych kart?
Wyłażą skryte w duszach demony. I on i ona tak pokiereszowani.
Porównują przeszłość z tym, co jest teraz. Szukają jeszcze żywych bliskich i znajomych. Szukają też siebie, bo zatracili swoje wszystko.
Wojna wyjaławia. I teraz trzeba szukać, szukać, „łapać duchy przeszłości” i tworzyć z tych resztek nową układankę własnego życia. Trzeba dokonywać nowych wyborów, podejmować nowe decyzje i przeć mądrze. Bo tylko to człowiekowi zostaje. A uczucia? Są teraz, ale jak to będzie kiedyś?
Mogłabym pisać o tej książce bez końca. Mogłabym pisać o niej i o myślach, jakie się we mnie z tego zaczytywania pojawiały. Ta niepozorna powieść o nieciekawej okładce zaskakuje treścią i obrazem nas, ludzi. I choć autorka, pani Weronika Kinga Greszka, osadza historię Niemica i Żydówki w tak trudnym czasie, to nic nie stoi na przeszkodzie, by patrzeć na twarze ludzi dziś i porównywać je do tych sprzed lat. Uderza kontrast osobowości, ale uczucie... Dostrzegasz te same emocje do dziś, te same porywy namiętności i pożądania. To samo zakochanie... Są rzeczy, których nawet wojna nie jest w stanie zgładzić. I o tym jest właśnie „Być taki, jak on”. O życiu. O zmianach nas. O decyzjach i o walce. Permanentnej walce z sobą i o siebie. Walce w obliczu upadającej złudnej prawdy.
To jak patrzenie na drewnianego Jezusa wiszącego na drewnianym krzyżu i szeptanie mu „Pomóż, proszę, pomóż Jezu”. I patrzenie Jezusa, przeciąganie się go i słowa „Nie mogę, bo jestem kawałkiem drewna”.
dziękuję sztukater za lekturę
#agaKUSIczyta
Powieść niebanalna, bo zaczyna się od smutku i od strachu.
Jest 1943 rok i ludzie boją się o siebie i to, co da im życie, które już życia dawno nie przypomina.
Czytając wtapiasz się w treść i klimat Polski wojennej i tego zatrwożenia, jakie osiada w ludziach gęstą breją. Czasem tak trudno oddychać i patrzeć. W oczach widać wszystko. Można mamić słowami, sztucznym...
2026-01-03
wspaniała publikacja
komiks, ale jaki??????????????
zaskakuje pięknem, precyzją i odbiorem. czytasz, oglądasz i zastygasz w skuleniu nad tym, co widzisz. znasz historię, lecz to, na co patrzysz wywołuje w tobie ziąb. czujesz chłód, głód i ból. płyną łzy. człowiek stoi na mrozie, pusty brzuch boli, życie ulatuje przez zasieki.
perfekcyjnie wręcz, pełen detali, skupienia i doskonałości - komiks o tych, co byli w obozie koncentracyjnym. stoi apel, ludzie marzną, zatrwożenie wżera się w oczy, wrasta w ciało, odbiera nadzieję. ale jest pośród tego tłumu Bóg. Bóg, co patrzy i jest i wrony są i śmierć jest...
i ten Bóg... i te Ptaszyska...
cudowna publikacja
wspaniała publikacja
komiks, ale jaki??????????????
zaskakuje pięknem, precyzją i odbiorem. czytasz, oglądasz i zastygasz w skuleniu nad tym, co widzisz. znasz historię, lecz to, na co patrzysz wywołuje w tobie ziąb. czujesz chłód, głód i ból. płyną łzy. człowiek stoi na mrozie, pusty brzuch boli, życie ulatuje przez zasieki.
perfekcyjnie wręcz, pełen detali, skupienia...
Oates nie jest taka, jaką znam z Wodospadu czy Córki Grabarza...
tu jest inny styl i fabuła
bazowanie na kilku danych i wiele fikcji literackiej - ale to wszystko razem - mimo porównania do wcześniejszych powieści - współgra ze sobą.
zaczyna się niewinnie, od marnej postawy marnego aspirującego medyka, który na początku nie ma ani wyglądu, ani gadanego, ani dyplomu. jest takim sobie nieciekawym mężczyzną, który chyba dzięki głupiemu fartowi i jakimś dziwnym, niewyjaśnionym, zbiegiem okoliczności trafia tu właśnie. do domu zamożnych ludzi, ale ... nic to nie daje, bo ten adept nie ma ani zalotnic, ani nadziei na nic. czasem to nawet nie ma i ambicji...
a zycie jakoś idzie....
potem jest inne miasteczko, trywialne przypadki i coraz bardziej wybujana ambicja Silasa Aloysiuas Weira. i jest szpital psychiatryczny w którym zaczyna "świadczyć swe lekarskie usługi" i leczyć coraz bardziej drastyczną metodą, czyli ginekopsychiatrią, której uważa się ojcem i propagatorem.
kobiety chorują? trzeba im popuścić krwi i ostudzić.
zaburzenia psychiczne da się wyleczyć przez wyeliminowanie schorzeń części intymnych. w końcu kobiety są odstręczające. ich narządy rodne nie powinny być nigdy ani dotykane, ani oglądane, ani tym bardziej erotycznie pobudzane. Kobiety w oczach Silasa są nieczyste, okropne i są tylko po to, by rodziły, prowadziły dom i by usługiwały. są gorsze od mężczyzn. ale... dzięki nim może on, Silas, piąć się po drabinach kariery -drogą pochłaniającą wiele ofiar.
ta powieść jest o brutalności, o chorej ambicji i o zawężonym umyśle człowieka, który nie myśli racjonalnie. o lekarzu, który sam powinien być leczony i to najlepiej w szpitalu pod zamknięciem. ta ksiązka jest o zaślepieniu, o martwocie uczuć i o chorym umyśle.
ta powieść daje do myślenia. to obraz kogoś, kto krył się za fasadą białego kitla...
jego pomysły, coraz większe
Oates nie jest taka, jaką znam z Wodospadu czy Córki Grabarza...
tu jest inny styl i fabuła
bazowanie na kilku danych i wiele fikcji literackiej - ale to wszystko razem - mimo porównania do wcześniejszych powieści - współgra ze sobą.
zaczyna się niewinnie, od marnej postawy marnego aspirującego medyka, który na początku nie ma ani wyglądu, ani gadanego, ani dyplomu. jest...
traumatyczne są opowieści w Medalionach.
Nałkowska perfekcyjnie wręcz pokazała surowość machiny niemieckiej wobec ludzi innych narodowości, wyznań, czy ras. To, co robiono z ciałami polskich umarłych, to, co się działo w obozie, w pociagach, w tej upokarzającej wojennej rzeczywistości - to wszystko paraliżuje...
traumatyczne są opowieści w Medalionach.
Nałkowska perfekcyjnie wręcz pokazała surowość machiny niemieckiej wobec ludzi innych narodowości, wyznań, czy ras. To, co robiono z ciałami polskich umarłych, to, co się działo w obozie, w pociagach, w tej upokarzającej wojennej rzeczywistości - to wszystko paraliżuje...
„W którym miejscu zaczyna się czyjaś historia, skoro każde życie ma więcej niż jeden wątek, a to, co nazywamy narodzinami, nie jest jedynym początkiem, podobnie jak śmierć nie oznacza definitywnego końca”,* bo życie samo w sobie jest zagadką. Życie jest tajemnicą, którą odkrywamy fragmentarycznie każdego dnia. Tajemnicą, którą skrzętnie skrywa mrok czasu.
Tak jest w „Jadwidze...”
Poznaj dziewczynkę, Jadwigę Andegaweńską, która dorasta pod matczyną opieką i która z dnia na dzień musi się z tą ukochaną mateczką pożegnać. Musi zgodzić się na los jej wyznaczony i bez względu na wiek opuścić matczyne mury domostwa. Poślubi dorosłego mężczyznę, osiądzie w nowych murach daleko na nowej ziemi, będzie Panią Panującą. Jadwiga pakuje się i wyjeżdża. Zostaje wrzucona w tory przyszłości tak dla niej niewiadomej i nieznanej, choć skrzętnie zaplanowanej. Od lat była przygotowywana do pełnienia roli Królowej. Kształciła się, umiała czytać, znała języki obce, a i odkryła w sobie pasję muzyki i nauki. Aż przyszedł ten dzień, gdy los wyrwał ją i zabrał od Węgrów...
Ten los posłał Jadwigę, dwunastolatkę, drobniutkie dziewczę jeszcze, do nowej ziemi.
Ma zostać Królową Polski. Ma prowadzić ten kraj ku wzmocnieniu, sile i dobrobycie. Ma być Najważniejszą Panią na tronie Polski.
„Panieneczka śliczna, cudna...” - mówili między sobą ci, co pomagali wysiadać jej z wozu. „Do babki podobna” - szeptali.
A tu, na zamku, zaczęło się odpowiedzialne życie, choć – co pokazuje powieściowo snując historię autorka powieści – Jadwiga Królowa zachowała w sobie dziecko. Miała maskotkę, żywego Szczura, bawiła się z rówieśnikami, a jej podejście do podległego ludu było często „zbyt nieprzystające” Królowej.
Ona, Nowa Pani, uczona była odpowiedniego chodu, dojrzałych myśli i wymowy. Uczono ją nowych słów, przybliżano jej nieznane dotychczas pojęcia. Uczyła się nowych mów godnych Królowej. Ona, Jadwiga, dziecko przecież, musiała w sobie to dziecko stłamsić i schować w sobie, by stać się Panią. By Król był z niej dumny, by lud ją poważał, by dworscy ludzie i podwładni szanowani. Tu panował system dworski tak nowy dla niej przecież i tak nieznany. Hierarchia zmuszała do należytych gestów i słów. Dziecięce marzenia trzeba wymazać... Trzeba stać się dorosłą i odpowiedzialną kobietą. Trzeba być żoną, Królową i matką, bo takie są koleje rodu. Ród czeka na potomka, który po ojcu zasiądzie na tronie i przejmie władzę. Lud poczeka na oseska. Na wszystko przyjdzie czas.
Wożona do wielu obcych jej dworów, stawiana twarzą twarz przed wielkimi tego świata, musiała podpisywać ważne dokumenty i listy. Musiała podejmować kluczowe decyzje i godzić się na treść traktatów, których treści czasem nie pojmowała. Ona, dziewczę przecież. Ona, tak krucha dziewczynka...
Aż zachodzi w ciążę tak wyczekiwaną przez wszystkich. Na świat przychodzi dziewczynka, Elżbieta... Lecz te drobne ciałka dwa nie dają rady... nie dają rady żyć...
Autorka powieści – Pani Dorota, drobiazgowo i niebywale wręcz precyzyjnie odtwarza koleje życia Jadwigi oraz klimatu tamtych lat. Tworzy perfekcyjny obraz literackiego kontrastu pomiędzy surowością murów, a delikatnością dziecka. Nakreśla hierarchię, powinności i obowiązki, ale i radości. Radości, jaka płynęła z głębi dziecięcego serca. Ukazuje ciągle tlącą się beztroskę i swobodę.
Pani Dorota idealnie wniknęła w klimat przełomu 1300 – 1400 roku, ba, zaprasza niemalże do wkroczenia w tamte zamki i pałace. Czytasz i chłoniesz literacką wyobraźnię autorki. Ze strzępków danych historycznych, z karteluszek, na których więcej jest znaków zapytania niż autentycznych i potwierdzonych zapisów, wykreowała tak barwną powieść. ”Jadwiga...” jest pełna emocji, ciekawości i jakiejś cichej nadziei, że może jednak przewrotna historia okaże się nieco inna?
Dorota Pająk – Puda pisze wręcz filmowo.
Personalizujesz się z tą kruchą Królową, scalasz się z treścią, z emocjami, a - co nader zaskakujące – akceptujesz pojawiającą się czasem irytację na surowość tych mężczyzn wokoło. Na brak ciepła, dobrych ramion do schowania, czy ciepłego słowa od męża. Ale to podkreśla tylko walory tej książki.
A najbliższa wycieczka, jaką zaplanujesz? Kierunek Kraków i Wawel i zwiedzanie bez końca. Oddanie hołdu wielkim naszej historii.
* Elif Shafak „Wyspa zaginionych serc”
#agaKUSIczyta
„W którym miejscu zaczyna się czyjaś historia, skoro każde życie ma więcej niż jeden wątek, a to, co nazywamy narodzinami, nie jest jedynym początkiem, podobnie jak śmierć nie oznacza definitywnego końca”,* bo życie samo w sobie jest zagadką. Życie jest tajemnicą, którą odkrywamy fragmentarycznie każdego dnia. Tajemnicą, którą skrzętnie skrywa mrok czasu.
Tak jest w...
Polska jako organizator konkursu Chopinowskiego, misterium muzyki, jaka płynie spod tych czarno białych klawiszy oraz mistycyzm melomanów na całym świecie sprawiają, że nawet amator zareaguje. Muzyka Chopina mami podobnie jak biografia pióra Alana Walkera, która promienieje wdziękiem. Walker zaraża Fryderykiem. Pisze o nim, jak o kimś z sąsiedztwa, o kimś, kto jest przyjacielem, z którym się dorasta.
Już na początku lektury twoja fascynacja zaczyna generować pytania. Pytania, które jak nuty osiadają na pięciolinii rozpiętej ponad myślami- skąd się wziął talent w ciele tego chłopca, jedynego syna pastora Chopina? Kim był ten osesek dorastający obok trzech sióstr? Ten malec w spodenkach o słuchu niebywałym i zmysłach wymykających się wszelkiej wierze...?
Oto niespełna ośmioletni chłopiec zasiada do pianina. Ubrany w stylu małego angielskiego dżentelmena, z krótkimi pantalonami i szerokim kołnierzem z białej koronki. Ten blask wokół szyi kontrastuje z ciemnym aksamitem tużurki, co tylko podkreśla szyk i dostojność. Ze sceny bije klasa i szacunek wobec zebranej publiczności. Nie omieszkam szybko dodać, że z wiekiem owa pedanteria wyglądu przeszła u Chopina w niemalże obsesję.
A teraz, ten malec, okrywając przed publiką swój kunszt oraz poszanowanie dla muzyki, okazuje się być wirtuozem o króciutkich nóżkach i duszy dorosłego warto dodać, że od 1823 roku porównywano go do Liszta. Stał się „polskim Mozartem”, objawieniem wyjątkowości.
Podobnie rzecz się ma w przypadku Alana Walkera, który z fragmentarycznych danych stworzył prawdziwie piękny obraz Chopina. Z tej rozsypanej układanki suchych faktów ułożył misterną Biografię, która – na wzór i podobieństwo Fryderyka – jest „literacką wirtuozerią”
Fascynuje to, co odsłania autor – że w duszy Chopina żyła nie tylko muzyka. Ten chłopiec skrywał w sobie talenty także malarskie i pisarskie. Za życia notował myśli, czy wydarzenia. Skrobał żartobliwe notatki i spostrzeżenia pełne żartów. Z tych jego słów czasem też spływała samotność i ból ciała, które z upływem lat traciło siłę i wigor.
Żył 39 lat, o czym Walker pisze już na początku. I aż trudno uwierzyć, że tak krótki żywot dał takie owoce. Wydaje się, że Fryderyk żył łapczywie, że był głodny tego życia i żył ponad normę. Że ta dusza w nim nie szła spać. Że wszystko w nim grało.
W „Chopinie” Walker skrupulatnie odtwarza tło tamtych lat. Maluje wydarzenia historyczne, sięga po patriotyzm i polskość, a także po tradycję. To wszystko wpływało na rozwój Fryderyka, na jego relacje, wrażliwość, czy myśli. To wszystko wpływało na muzykę.
Walker ożywia Chopina, sprawia, że ten staje się mężczyzną z krwi i kości.
Lecz w tej publikacji bohaterem jest nie tylko Fryderyk. W tej książce bohaterem jest też sam autor, który staje w najbliższym cieniu Wirtuoza i pisze... Pisze nutami. Łapie je w swej ulotności i układa na kartach papieru.
#agaKUSIczyta
Polska jako organizator konkursu Chopinowskiego, misterium muzyki, jaka płynie spod tych czarno białych klawiszy oraz mistycyzm melomanów na całym świecie sprawiają, że nawet amator zareaguje. Muzyka Chopina mami podobnie jak biografia pióra Alana Walkera, która promienieje wdziękiem. Walker zaraża Fryderykiem. Pisze o nim, jak o kimś z sąsiedztwa, o kimś, kto jest...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Mało jest książek, które lokują się w umyśle i znajdują swoje miejsce, jak obraz na ścianie. Obraz, który wieszasz i jak na początku nie mogłeś się do niego przyzwyczaić, tak nagle łapiesz się na tym, że zerkasz co jaki czas na niego i sam się sobie dziwisz, że wcześniej go tu nie było, choć powinien. Tak jest z „Wrocławską Madonną”, dziełem, które w dziwnych okolicznościach zaginęło zostawiając po sobie idealny falsyfikat. Czytasz tę powieść i czujesz piękno dzieła, które trzeba odnaleźć. Przesiąkasz sztuką, która zaczyna wyostrzać ci smak i poczucie estetyki. Jesteś na tropie perły, która ma wartość sama w sobie.
Jolanta Maria Kaleta wzięła na warsztat literacki autentyczny fakt zniknięcia z kaplicy arcybiskupa wrocławskiego renesansowego obrazu Łukasza Cranacha Starszego, Madonna pod jodłami, który powszechnie zwano Wrocławską Madonną. Ten punkt w historii Polski stał się zapalnikiem twórczym. Ten moment zatrzymała w książce Pani Kaleta, przed którą chylę głowę. To, czego dokonała łącząc fikcję z wyobraźnią i historią z kart, osiągnęło laur. „Wrocławska Madonna” magnetyzuje i fabułą i poruszanymi wątkami. To odważna powieść, która zasługuje na kontemplację, na czas i na swoje miejsce w dłoniach. To wielowymiarowa książka, która śmiało wkracza na różne płaszczyzny, a te przenikając się tworzą nowe drogi i nadają nowe kierunki wszystkiemu temu, co powinno być inne.
Jest późna jesień 1970 roku, gdy wrocławski historyk sztuki, Marek Wolski, dotąd kawaler lekkoduch acz profesjonalista w dziedzinie historii sztuki, dostaje intratną propozycję. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ot okazja do zarobku i ekstra zajęcie, gdyby nie fakt, że oferta dotyczy i Kościoła i dzieła, które praktycznie spisano na straty. Wolski w sutannie wyrusza na zachód. Jako fałszywy ksiądz staje się kameleonem, który próbuje – no właśnie, czego? Próbuje zaspokoić i kler, i siebie i swoje ciało. Próbuje być też świetnym aktorem, który wciela się w rolę dotąd mu nieznaną. I choć jego urok osobisty oraz inteligencja idą w parze, to jednak potrzeby ciała i jego reakcje w zaciszu hotelowego pokoju pozostawiają wiele do życzenia.
Zachód ma uszy. Ma swoich ludzi, którzy nigdy nie śpią. Ma swoje służby, którym nigdy nic nie przejdzie koło nosa niezauważone. Na celowniku staje Polski Kościół, dzieło Cranacha i cywil, Marek Wolski – pionek w czarnej sukience krępującej kolana. Gra toczy się o wysoką stawkę, a akcja nabiera tempa. Każde słowo ma znaczenie, każde spojrzenie oczu zostaje przechwycone, a każdy krok zarejestrowany. Wolski igra z życiem choć nie ma o tym pojęcia. Podobnie Bednarski, wysoko postawiony hierarcha duchowny. Jednak wraz z czytaniem uzmysławiasz sobie, że owo ryzyko śmierci zacieśnia się także wokół dwóch rabusiów, którzy włamaniami dorabiają się luksusów. Ciekawe? I to jak, dlatego lepiej na tym poprzestanę, by nie zdradzić zbyt wiele. Madonna pod jodłami zasługuje na ciszę i na wyjątkową ucztę literacką, do której zaprasza Jolanta Maria Kaleta.
We „Wrocławskiej Madonnie” porywa świat oszust, malarstwa i intryg. Porywa ludzka obłuda i bezwzględność. W tej powieści zachwiana zostaje wiara w praworządność, choć ta powinna być katolicko wręcz stabilna, jak filary kościoła. Autorka nie boi się poruszać różnych, czasem nawet wrażliwych tematów. Odważnie wchodzi do kościelnych zakrystii, do kawalerek w bloku, czy szynków oferujących wysmażone schabowe wraz z butelką wódki i ogórkami konserwowymi. Nie boi się zapukać do pokoju hotelowego i patrzeć na nieudolnie noszoną koloratkę tego, który do niej w ogóle nie pasuje.
We „Wrocławskiej Madonnie” przesiąkasz wachlarzem emocji. Oddychasz pięknem sztuki, kurzem nieodkurzanych archiwów, jak i mroźnym, nocnym powietrzem. Ta powieść wymyka się zmysłom i to stanowi jej wielką, nieoszacowaną wartość.
#agaKUSIczyta
Mało jest książek, które lokują się w umyśle i znajdują swoje miejsce, jak obraz na ścianie. Obraz, który wieszasz i jak na początku nie mogłeś się do niego przyzwyczaić, tak nagle łapiesz się na tym, że zerkasz co jaki czas na niego i sam się sobie dziwisz, że wcześniej go tu nie było, choć powinien. Tak jest z „Wrocławską Madonną”, dziełem, które w dziwnych...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-08-10
ta krótka nowela jest wstrząsająca.
to obraz szczerej miłości matki do syna.
to obraz tego, co niewypowiedziane, bo to jest, a życie trwa i nie trzeba słow, by wiedzieć, że matka kocha swe dziecko miłością... która wymyka się słowom. On pracuje, a dym z komina fabrycznego daje matce siłę. To ona, palacz - tam dorzuca... jest komin a z niego dym i ona, w domu w kuchni przy oknie patrzy i żyje tym widokiem. widzi komin i wie, co i jak, wie, kiedy wejdzie ukochane dziecko do domu i będzie głodne i zasiądzie do stołu...
aż zdarza się tragedia.
matka odchodzi od okna
zamyka oczy
to koniec
czytam te słowa co jakiś czas, wracam do nich, przeżywam, czuję to, co matka. zasiadam do drewnianego stołu w ciemnej kuchni, podnoszę wzrok ku oknu
ta krótka nowela jest wstrząsająca.
to obraz szczerej miłości matki do syna.
to obraz tego, co niewypowiedziane, bo to jest, a życie trwa i nie trzeba słow, by wiedzieć, że matka kocha swe dziecko miłością... która wymyka się słowom. On pracuje, a dym z komina fabrycznego daje matce siłę. To ona, palacz - tam dorzuca... jest komin a z niego dym i ona, w domu w kuchni przy...
ta krótka nowela jest wstrząsająca.
to obraz szczerej miłości matki do syna.
to obraz tego, co niewypowiedziane, bo to jest, a życie trwa i nie trzeba słow, by wiedzieć, że matka kocha swe dziecko miłością... która wymyka się słowom. On pracuje, a dym z komina fabrycznego daje matce siłę. To ona, palacz - tam dorzuca... jest komin a z niego dym i ona, w domu w kuchni przy oknie patrzy i żyje tym widokiem. widzi komin i wie, co i jak, wie, kiedy wejdzie ukochane dziecko do domu i będzie głodne i zasiądzie do stołu...
aż zdarza się tragedia.
matka odchodzi od okna
zamyka oczy
to koniec
czytam te słowa co jakiś czas, wracam do nich, przeżywam, czuję to, co matka. zasiadam do drewnianego stołu w ciemnej kuchni, podnoszę wzrok ku oknu
ta krótka nowela jest wstrząsająca.
to obraz szczerej miłości matki do syna.
to obraz tego, co niewypowiedziane, bo to jest, a życie trwa i nie trzeba słow, by wiedzieć, że matka kocha swe dziecko miłością... która wymyka się słowom. On pracuje, a dym z komina fabrycznego daje matce siłę. To ona, palacz - tam dorzuca... jest komin a z niego dym i ona, w domu w kuchni przy...
Bolek, daj pyska – chciałoby się powiedzieć. Boleczku, Bolesławie ty Chrobry Ty Wspaniały Człeku...
Wielki byłeś i jesteś i pewnie taki już zostaniesz (choć w oczach niektórych na takowe przymiotniki absolutnie nie zasługujesz) jednak dzięki Pawle Wakule masz swą Wielkość zapewnioną, jak złotą lokatę w banku (który za twoich czasów zapewne parał się handlem wymiennym - daje mniej, bierze więcej - w siłę rośnie, aż monet się doczeka... koło 1025 roku).
Wakuła odczarował surowość historii, suchych faktów i powagę Króla, jako wszech-mądrego i nieomylnego (co wąsem dzieci pewnie odstraszał, a wojował, jak wojował...) Paweł Wakuła napisał książkę, która nie dość, że obrazowo prezentuje nam sylwetkę władcy, to na dodatek bawi, śmieszy i na długo pozostaje w pamięci. A w tle owych przygód Bolesława piszą się wielkie dzieje naszej polskiej historii. Dlatego nie lękam się obwieścić, iż bezpieczniej będzie, by książki historyczne schowały się w archiwach i by przyprószył je kurz czasu. Niech cisną się na długich półkach niemających końca, bo oto na salony literackie wkracza Boluś Chrobry w interpretacji Pawła Wakuły.
Kurtyna się podnosi. Szanowni czytelnicy – oznajmia autor – oto sztuka jedyna w swoim rodzaju, wspaniała etiuda pełna gagów i zaskoczeń pod tytułem „Jak zostałem królem”, czyli Chrobry w naszych czasach.
Bolesław był synem Mieszka I (księcia) i Dobrawki (księżniczki czeskiej), która zmarła, gdy Boluś miał 13 lat. Po niej nastała era macochy, Ody, która okropną panią była (okropną okropnością – mówiąc dosadniej i po niemiecku). Bolesław nie czuł ani jej opieki, ani wsparcia, ani tym bardziej (o zgrozo!) miłości. Okropną mamą była, dlatego gdy Bolek osiągnął wiek 25-ciu lat wygnał i ją i przyrodnich braci swych. Ha, ale to był – uwaga, uwaga poddani, obwieszczam wam wszem i wobec – to był dopiero początek brawury, jaka się w nim kryła. Bolesław porywczy był, odważny (czasem aż za bardzo) i szybki (jak konna Formuła 1). Często wchodził w konflikty z innymi możnymi Panami, prowadził wojny – czasem kilkuletnie, a że porywczość w nim zajmowała poczytne miejsce, to częstokroć sam sobie (jak mniemam) pluł w brodę za raptownie chlapnięte banialuki. Szybkie reakcje miał we krwi, o co można winić rodziców (a że syna nie tępili, to krew płynęła i emocje chłopca toczyła).
Okaleczał, mordował, biesiadował - jak każdy władca zresztą, ale jak mógł, na kolację do domu i żony wracał. W końcu „Mądrzy ludzie powiadają, że za każdym wielkim mężczyzną stoi silna kobieta”. Z żonami Bolka było różnie, w przeciwieństwie do siostry, Świętosławy. Została królową szwedzkich wikingów i otrzymała nie tylko nowe imię – Sygryda, ale i przydomek Storrada, czyli Dumna.
A wracając do Bolesława – ten po lasach ganiał, we wrogów celował a to strzałami, a to oszczepami. Czasem nawet siekierą rzucił i mieczem zamachnął. Wojny prowadził permanentnie i faktem jest, że wrogowie mieli przerąbane. Naparzanki były codziennością – zasadzanie się w krzakach, przemarsze po mostach lub wpław. Były i nudy i uczty sute z dzikim mięsem z rożna. Jedzenia było po loki same, paluszki tłuszczem ociekały, no i alkoholem wszystko podlewano. Potem było spanie i sadła hodowanie. Notabene – współczuć należy koniom i wszelkim kopytnym, które owych spasionych panów wozili. Wytrzeszcz oczu mógł nastąpić – u tych drugich oczywiście...
Mogłabym pisać i pisać o Bolku i o autorze. Superlatywy toczyłyby się, jak Chrobry po sutej kolacji, gdy wielki brzuch był pierwszy, potem długo nic nic, aż pojawiała się twarz. Paweł Wakuła to mistrz i historii i lekkiego pióra. To ktoś, kto pisze i świetnie się przy tym pisaniu bawi. Swobodnie snuje żarty, coś do faktów dopisuje, a wychodzi z tego iście literacka uczta naszych czasów. „Jak zostałem królem” można czytać i czytać non stop. Rozluźnienie gwarantowane, dobry humor też, a i samopoczucie wskakuje na wyższy poziom. Czytasz i uczysz się – czytasz i ciało się regeneruje. Czytasz i budzi się w tobie dziecko i jesteś Bolkiem w pełnym orężu i rechoczesz z książką w dłoni (bo miecz leży pod łóżkiem, a twoja chabeta wzięła sobie wolne...)
#agaKUSIczyta i dziękuje za miłą lekturę Sztukater
Bolek, daj pyska – chciałoby się powiedzieć. Boleczku, Bolesławie ty Chrobry Ty Wspaniały Człeku...
Wielki byłeś i jesteś i pewnie taki już zostaniesz (choć w oczach niektórych na takowe przymiotniki absolutnie nie zasługujesz) jednak dzięki Pawle Wakule masz swą Wielkość zapewnioną, jak złotą lokatę w banku (który za twoich czasów zapewne parał się handlem wymiennym -...
Jest rok 1938. Kończy się spokój. W całym świecie buzuje, dzieje się coś złego, co zatrważa ludność. Nawet tu, w Istebnej. Niepokój i strach stają się coraz cięższe, przygniatają ludzi, jak pierzyna, której nie sposób z siebie odrzucić. Ta wszechobecna groza przenika Joasię, modą pielęgniarkę, która w zaawansowanej ciąży czeka na narodziny dziecka. Czeka i na Stanisława, który w trosce o nią zrezygnował z posady lekarza, by mogli uciec tam, gdzie będzie bezpieczniej.
To jest. Jest ciąża, kochany mąż, strach przed nieznanym i czekanie.
Wszyscy czekają na najgorsze.
Wpływy obcych państw zaczynają zagrażać Polsce.
Ale zanim to wszystko nastąpi, zanim strach podszyty coraz bardziej zbliżającymi się Niemcami osiądzie w ludziach na dobre, jest rok 1928, a w nim marzenia, jako taka beztroska dorastania u wujostwa oraz rysunki. Tych Joasia tworzy coraz więcej, łapiąc na papierze ulotne chwile zachwytu nad życiem. Umiera jej tata, mama sprzedaje dobytek, sytuacja zmusza je do przenosin do wuja. Tak trafiają do Krakowa.
Joasia ma głowę pełną marzeń i planów, bo świat w jej oczach jest piękny, ludzie dobrzy, a życie styka się niemalże z rajem. Lecz marzenia – rojenia, bo życie takie nie jest.
O tym jest właśnie powieść Danuty Chlupowej. Autorka napisała coś, co wymyka się z rąk. Czytasz coś, co przenosi cię w literacki inny wymiar rzeczywistości. Jesteś w starym, przedwojennym Krakowie, potem w Istebnej i choć tu twoja czytelnicza codzienność zamyka się w murach szpitala dla chorych na płuca, to przepadasz w nich kompletnie. Dotykasz pacjentów, łapiesz ich za ręce, by dać nadzieję. Rozmawiasz, walczysz, pomagasz. Masz siłę, jak bohaterka Joanna. Masz miłość, której boisz się zaufać, a która porywa cię szczerością. Trauma związana z pożądliwością wuja sprawia, że boisz się bliskości z mężczyzną starszym od ciebie. No, ale kiedyś musisz… Kiedyś musisz zawalczyć o siebie, stanąć z sobą samą twarzą w twarz.
O tej powieści mogłabym snuć swoją własną, opowiadać o „Słonecznych Tarasach” i opowiadać. A to za sprawą plastycznego języka Danuty Chlupowej. „Tarasy…” porywają malowniczością, pięknem i faktami. To powieść osadzona na prawdzie, na historii i na niebywałej wręcz wiedzy. Te opisy miejsc, zabiegi lekarskie, procesy leczenia gruźlicy w różnym stadium rozwoju – to sprawia, że czytanie staje się ucztą, a wiedza autorki zachwyca. Czytasz i budzą się w tobie uczucia, o jakich dawno zapomniałeś. I choć nie zawsze są one pożądane, to jednak stanowią dopełnienie wyczytanej historii.
„Słoneczne tarasy” magnetyzują na swój wysublimowany sposób. Oto bowiem natrafiasz na misternie odtworzony obraz sprzed stu lat. Dotykasz wręcz historycznych murów budynków, oddychasz przedwojennym powietrzem 1928 roku, odnajdujesz się w autentycznych miejscach, by poczuć bogaty klimat tamtych czasów.
Zachwycasz się tą książką i jej autorką jednocześnie. A gdy czytanie dobiegnie końca, z troską zamykasz tę książkę i przykładasz ją do serca. Bo wiesz, co przyszło w 1939 roku i wiesz, że dalszy ciąg o Joannie i Stanisławie będzie trudnym czasem. Że życie nie będzie ich szczędziło… Że wszystko podleje krew, okrutność i czystki. Że przyjdzie obce, zezwierzęcone wojsko i rozsiądzie się w Polsce na kilka lat.
Lecz póki co…
Istebna… Joasia.
„Przeniesie na płótno ciemną ścianę lasu i sklepienie pełne gwiazd. Te ostatnie zagęści i bardziej je rozświetli aby podkreślić kontrast pomiędzy ciemnością ziemi, a jasnością nieba. Na jej obrazie będzie ono tajemnicą, że gdzieś daleko jest takie miejsce, w którym zawsze zwycięża światło”.
#agaKUSIczyta
Jest rok 1938. Kończy się spokój. W całym świecie buzuje, dzieje się coś złego, co zatrważa ludność. Nawet tu, w Istebnej. Niepokój i strach stają się coraz cięższe, przygniatają ludzi, jak pierzyna, której nie sposób z siebie odrzucić. Ta wszechobecna groza przenika Joasię, modą pielęgniarkę, która w zaawansowanej ciąży czeka na narodziny dziecka. Czeka i na Stanisława,...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Powieść niebanalna, bo zaczyna się od strachu. W niezwykły sposób wtapiasz się w treść i klimat Polski wojennej i tego zatrwożenia, jaki zasiała w ludziach. Fascynuje cię zachowanie ludzi i to, co w nich tak naprawdę siedzi, a co próbują ukryć przed oczami innych zachowując swoją dumę. Ciekawi cię ich dbałość o własny byt w obliczu brutalnej rzeczywistości. Jednak pośród tego ogromu emocji podziwiasz odwagę do walki i zastanawiasz się, czy ty też zrobiłbyś tak samo? Czy byłbyś honorowy wobec siebie?
Oto Bruno Biedermann, który ma akurat trzy naboje. Trzy, na całą rodzinę. Nic innego nie zostało, nic innego nie ma sensu, takie są wyroki tego 1945 roku. Ale zanim się to stanie...
Za oknem Łódź, która kiedyś kwitła od przemysłu i handlu. Rozwijała się ku zadowoleniu i pracodawców i pracowników. Tak było jeszcze niedawno, a teraz? Teraz jest wojna i strach i ludzie tracą pracę. Zamyka się dobrze dotychczas prosperujące zakłady, a głód i bieda pukają do drzwi, jak natrętny listonosz. Wszyscy handlują wszystkim, szerzy się kradzież. Plagą staje się brak zaufania. Za kromkę chleba ludzie są zdolni do niewiarygodnych czynów. taka jest codzienność Janka, chłopaka pełnego ambicji, któremu wojna podcięła kolana i pozbawiła lat młodzieńczych. Ojciec z wózkiem wyładowanym rzeczami, co dzień rusza, by coś sprzedać i by było na chleb, na ziemniaki, na cokolwiek. Janek żyje inaczej niż niż ona, Marylka, córka potentata fabryki. Tu jest wszystko póki co, a głód nijak się ich nie łapie - do czasu. I choć to dwie strony tego samego życia, to przewrotny los sprawia, że trafiają na siebie. A to spotkanie zmienia wszystko. Lecz to ich "bycie razem" jest tłem dla wydarzeń, o jakich jest ta powieść, bo to, co się dzieje, miłości nie sprzyja. W Łodzi wrze, ludzie w desperacji strajkują, dokonują dewastacji budynków, do których niedawno chodzili do pracy, buntują się przeciw bezrobociu, zwalnianiu, czy wyzyskowi. Bruno do końca broni swoich pracowników. Zamawia towary, kolory i nowe odcienie, bo przecież jest sens... Będzie jakaś przyszłość przecież. Przyszłość dla zakładu pracy, lecz dla rodziny już nie...
Mogłabym pisać o „Lodzermensch...” bez końca. O niej i o sobie podczas zaczytywania się w niej. Bo czytanie przypomina płynięcie łódką po beztroskich wodach rzeki, która w pewnym momencie zaskakuje rwącym nurtem. Czytasz bowiem o strachu i o walce, czytasz o bezsilności i bezradności. Sam też tak się czujesz, bo udzielają ci się emocje ze stron powieści. I choć bronisz się przed nimi, to jednak nieuchronnie nie jesteś w stanie ich powstrzymać.
Ta powieść wymyka się skatalogowaniu. Bo jest to i powieść obyczajowa i wojenna i jednocześnie pamiętnik pełen wspomnień. To książka o wartości historycznej bazująca na prawdziwych wydarzeniach, które autor obudował fenomenalną fabułą. To powieść z gatunku tych, jakie czyta się z wypiekami na twarzy. Bo ciągle ciekawi. Do samego końca. Do tego serwuje ciągle inne emocje i myśli.
Co się stanie z Jankiem i jego rodziną?
Jak potoczą się losy rodziny Biedermannów?
Czy człowiek jest coś wart? …
Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi. Czytasz i poszukujesz na nie odpowiedzi. I to jest kluczem do „Lodzermensch...” - ten ciągły czytelniczy niedosyt.
#agaKUSIczyta
Powieść niebanalna, bo zaczyna się od strachu. W niezwykły sposób wtapiasz się w treść i klimat Polski wojennej i tego zatrwożenia, jaki zasiała w ludziach. Fascynuje cię zachowanie ludzi i to, co w nich tak naprawdę siedzi, a co próbują ukryć przed oczami innych zachowując swoją dumę. Ciekawi cię ich dbałość o własny byt w obliczu brutalnej rzeczywistości. Jednak pośród...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Korci mnie by zacząć pytania - Czym jest komiks Alexa Inkera?
Ktoś powie, że niczym niezwykłym. Inny oznajmi, że czymś, co pewnie w zarysie zapamięta na krótko, albo może i w ogóle, bo marnizna i do tego podlana brzydotą. Ale z pewnością znajdzie się ktoś, kto powie, że „Robota...” jest drogą prowadzącą ku życiu, wierze i przyszłości lepszej od tego, co tu i teraz. To historia o człowieku, który nie chciał tkwić w długach, w opuszczeniu i zacofaniu.
Welcome Alabama.
Oto koniec lat dwudziestych XX wieku. T. Martin poznaje Marię, zakochuje się i szybko żeni. A że fascynuje się elektrycznością więc na farmie, na której mieszkają zaczyna ją doprowadzać. Miasto nie robi nic w tym kierunku, rolnicy toną w długach, banki nie chcą udzielać kredytów bez dna. Nie ma nadziei na spłatę długów, a wszystko zmierza ku bankructwu. Jednak Martin nie zamierza się poddawać i z pomocą czarnoskórego kumpla podciąga do siebie elektryczność. Stawia słupy, rozpina i kable i szybko odbija się od dna. Pracuje dzięki maszynom, które przyspieszyły całą robotę i w gospodarstwie i na polu. I wszystko złotem by się wnet okryło, gdyby nie tragedia i więzienie i na samotność skazanie.
Żona nie odwiedza męża, syn także. Nikt znajomy się nie zjawia.
Lata mijają....
„ Oh! Carry me back to the land of my dreams.
Oh! Carry me back to theeeeereee....!”
A w międzyczasie jest sztylet w samym środku brzucha, majaczenia i o życie walka. Jest pobicie i o ponowna o życie walka. Jest i sztywna ręka i dłoń podkurczona i lewą ręką kreślone życie. I psów ujadanie i wycie...
Lata mijają...
Aż czas otwiera bramy więzienia i mówi: „Wyłaź Robaku i więcej nie wracaj”. I wraca do żony zmienionej, do grubego syna, do siebie wraca choć to wszystko już nie jego.
Jest zaledwie zarys tego, co znajduje się w „Robocie...” Inkera, pobieżny rys dodam, to w komiksie i tak przepadniesz. Jest to historia ludzi z Alabamy, gdzie susza i pył znaczą dni i stąd pewnie pomysł na zastosowanie pomarańczowej kreski rysunków. „Robota...” to komiks, który napawa wiarą i optymizmem i byłaby to szczęśliwa historia, gdyby nie spięcie – w przenośni i dosłowne. Spięcie na linii, spięcie w domu i rozpad tego, co było dobre. To historia człowieka, który wyprzedził swoje czasy, za co musiał słono zapłacić. To historia kogoś, kto nie godził się na biedę, na harówkę i na głód. To także obraz ludzi i bliskich, którzy nie rozmawiają ze sobą, ale szybko się wzajemnie skreślają. Nie słuchają ani siebie, ani rozsądku. O ludziach zaślepionych, których nawet w więzieniu nie brakuje.
„Robota jak każda inna” to komiks nietuzinkowy. Wyjątkowy i uniwersalny.
Czytasz i choć początkowo wydaje ci się, że to będzie wesoła opowieść w obrazkach, tak w połowie następuje zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i nic już nie jest takie, jak powinno być. To, co miało być szansą na lepsze życie staje się tragedią, a twoja – czytelnicza – wiara w dobry koniec rozmywa się, jak chmura na niebie.
Iker stworzył komiks o tym, jak zwykłe życie może nagle stać się nieprzewidywalne. O ludziach, którym los rzucił kłody pod nogi i tymi kłodami przetrącił karki. To komiks o brutalności życia i szarości dni i zwykłych ludziach karmionych przez ziemię.
„Robotę” napisało życie i prawdziwa historia, a Inker nadał temu komiksową fabułę. Tylko? czy aż? – oceń sam.
dziękuję SZTUKATER za egzemplarz.
#agaKUSIczyta
Korci mnie by zacząć pytania - Czym jest komiks Alexa Inkera?
Ktoś powie, że niczym niezwykłym. Inny oznajmi, że czymś, co pewnie w zarysie zapamięta na krótko, albo może i w ogóle, bo marnizna i do tego podlana brzydotą. Ale z pewnością znajdzie się ktoś, kto powie, że „Robota...” jest drogą prowadzącą ku życiu, wierze i przyszłości lepszej od tego, co tu i teraz. To...
Co napisać o książce, która rozrywa serce, która swoją treścią osiada we wnętrzu i przytyka oddech i która po prostu zmienia człowieka? Człowieka jako istotę i człowieka czytelnika?
Co napisać o książce, która odbiera mowę i sprawia, że każde słowo, jakie się teraz powie o niej będzie niewłaściwe? Nie takie, jak powinno być? Będzie zbyt małe, zbyt trywialne?
Co napisać...? Jak to ująć...?
„Matilde”...
Czujesz się mały wobec niej. Czujesz się ziarnem, odłamkiem, który boi się drobnego choćby podmuchu wiatru, zgrzytu metalu czy wybuchu. Czujesz w sobie – no właśnie, co? Czarne dziury, czy białe plamy? A może i to i to, bo w tych przepaściach przecież i tak wszystko znika. Umiera. I nadzieja jakakolwiek i szacunek do samego siebie i sens bycia. Bo jakie to bycie jest?
„Matilde” wrzuca w okres wojny zarówno dzieci, jak i dorosłych, ludzi którzy mieli cieszyć się latami młodości i pierwszymi porywami zakochanych serc. Wkracza wojna, niebo przesłaniają bombowce, szerzy się panika, śmierć i zezwierzęcenie. Niemcy okazują się być wrogami samych siebie, Rosjanie borą co chcą i niszczą wszystko, nawet resztki wiary tych, co ją jeszcze w sobie mieli. Gwałcą, piją, a bełkocząc bawią się strzelając na ślepo. Tak wygląda teraz świat dorastającej Matilde i ambitnego Hansa. Tak wygląda cały świat. W marzenia uderzyła bomba, a na młodość nie ma czasu. Dzieci stają się dorosłymi. Nic nie jest takie, jak wcześniej. Przywódcy toczą ze sobą spory kosztem cywilów. Odzierają ludzi z człowieczeństwa, zabijają, depczą lub palą w krematoriach obozów koncentracyjnych. Na tej planszy wojennej chodzi o usuwanie – najpierw Żydów, a potem już każdego. Wygra ten, kto pierwszy dotrze do mety, do zwycięstwa, do potęgi.
Matilde rzucona w wir zawieruchy traci rodziców i Hansa. Traci dach nad głową, bliskość, traci wiarę. Hans ginie w zawiłych okolicznościach, a ona zostaje pielęgniarką. Wszędzie krew, ból, śmierć. Cierpieni, które wchodzi w jej serce. Nie ma czasu na ckliwość, lecz przecież i człowiek ma w sobie pewien poziom wytrzymałości.
Mówi się, że czas leczy wszystko, jednak autor, R. A. Olek daje do zrozumienia, że czas to morderca. Jak cichy zabójca, zabija prawdziwą miłość. Morduje ją dzień po dniu, aż zostanie tylko szary popiół i zgliszcza. Wystarczy dmuchnąć, a popiół rozwieje się bezpowrotnie.
„Matilde” to powieść ni o historii, ni o pokoleniach, ni o godności, ni o przekleństwie życia w 1939 roku. To książka, która na przestrzeni kilku najtrudniejszych lat historii kreśli losy ludzi, z których zakpiło życie. „Matilde” odbiera mowę. Po przeczytaniu ostatniego słowa, zamkniesz ją i w ciszy czterech ścian przytulisz do serca.
Brakuje słów.
Płaczesz do środka, do wnętrza siebie. Próbujesz zwalczyć tkwiącą w gardle gorycz.
Ta książka zachwyca w wyjątkowy sposób. Pochłania cię, wciąga i nie puszcza. Żyjesz nią i tymi ludźmi tak różnymi od ciebie w tak innym czasie i miejscach. W „Matilde” im więcej dowiadujesz się o postaciach, tym bardziej czujesz ciężar ich bólu. Rozlewa się w tobie ciemność, gaśnie światło, a razem z nim nadzieja. Nadziei wyczerpały się baterie...
Misterium słów...
#agaKUSIczyta
Co napisać o książce, która rozrywa serce, która swoją treścią osiada we wnętrzu i przytyka oddech i która po prostu zmienia człowieka? Człowieka jako istotę i człowieka czytelnika?
Co napisać o książce, która odbiera mowę i sprawia, że każde słowo, jakie się teraz powie o niej będzie niewłaściwe? Nie takie, jak powinno być? Będzie zbyt małe, zbyt trywialne?
Co...
2025-02-28
Książka romans z historią w tle. Oni zakochani, a nie powinni, wojna weszła do kraju, a nie powinna. Ludzie nadal, póki żyją, ale jak długo?
Oto Tatiana i jej siostra oraz obiekt uczuć tej drugiej, starszej - Aleksander. Lecz miłość przekorna jest, a serce nie sługa i rozumu nie słucha. W Aleksandrze zakochuje się Tatiana, a on zakochuje się w niej.
Jest 1941 rok.
Leningrad.
Wojna nadchodzi.
A z nią śmierć, głód, bieda i zezwierzęcenie i ucieczka. By dalej, by żyć, by nie umrzeć tu, samej, gdzieś daleko....
A szczerze pisząc - świetnie się czyta. Dobry styl, język i całość treści. Ale... ale ta historia końcem staje się nieco naiwną. Tu miłość (nasze) będzie wieczna (nawet bomby nas nie rozdzielą) - amen. Sentymentalizm zakochanych ludzi i tragedie ich bliskich wokoło. Tragedie, które ich bezpośrednio aż tak nie ranią, bo to najważniejsze persony powieści przecież.
Książka romans z historią w tle. Oni zakochani, a nie powinni, wojna weszła do kraju, a nie powinna. Ludzie nadal, póki żyją, ale jak długo?
Oto Tatiana i jej siostra oraz obiekt uczuć tej drugiej, starszej - Aleksander. Lecz miłość przekorna jest, a serce nie sługa i rozumu nie słucha. W Aleksandrze zakochuje się Tatiana, a on zakochuje się w niej.
Jest 1941...
2025-02-22
Jak dobrze jest poczytać o wartościach cenionych przed laty. O szacunku do ziemi i jej zarządzaniu od dziada pradziada, o mądrym jej gospodarowaniu, ale i o ludziach z tamtych czasów. O tradycji, o obyczajowości i dobrych gustach. O tym, jak człowiek cenił to, co miał, żywił rodzinę z tego, co zebrał, a czasem i sprzedał. I, czego dowodzi Rodziewiczówna, takie historie są świetnym tematem powieści.
Oto kurtyna odsłania scenę teatralną, a ty w ciszy, jako widz, zostajesz przeniesiony w świat arystokracji i właścicieli ziemskich oraz codzienność ludzi, którym życie nie zawsze sypie diamenty pod nogi. Oto Leon Holszański, który musi wracać do dawnego domu rodzinnego i stać się zarówno jego panem, jak i zarządcą. Alfred, jego brat, który dotychczas piastował to stanowisko, zginął w tragicznych okolicznościach, więc ojcowizna przeszła na kolejnego, ostatniego potomka rodu. Na Leona. I to on, prócz kasy i dobrego, acz mądrego jej zarządzania, ma w obowiązku utrzymanie ziem, ale i „gęby do wykarmienia” bo są i kucharki i gosposie i służący i kamerdyner i cała rzesza innych pracowników. I trzeba gospodarzyć i trud znosić i troski w sobie nosić... A troska to rzecz, „(...) której nikt nie kupi. Troska cię znajdzie wszędzie i dzieciom jej nie oszczędzisz. Bo nawet zmieniając miejsce człowiek nosi ze sobą ciężary, zgryzoty, zawody i straty, klęski i smutki”*.
Leon Holszański jest odludkiem, typem człowieka stręczącym od ludzi. Zmuszony do towarzystwa przebywa z nim, czasem i bryluje, lecz szybko umyka do swej gburowatości i malkontenctwa. Jest bierny, wręcz apatyczny, a obowiązki zarządzania nijak mu nie wychodzą. Do czasu, bo to najczęściej czas i ludzie zmieniają wszystko. Leon dzięki przyjaźni z panem Grzymałą oraz właściwymi osobami, zmienia się. Coś w nim samym pęka i samoczynnie otwiera mu oczy i uszy i serce. Tak, serce, bo i to zakochuje się. Zakochuje się ponownie po latach w tej samej kobiecie. I choć jest już starsza, jak i on sam, to okazuje się, że to dawne uczucie tli się w ich duszach do teraz.
I choć to prosta historia, to jednak coś w niej jest. Coś, co zachwyca, zatrzymuje przy lekturze, ale i pobudza myśli. Ten prosty język, jakim posłużyła się autorka, okazuje się być tym najlepszym. Tu każda rozmowa dokądś zmierza, każde spojrzenie oczu, czy myśl ma znaczenie. Sceny przenikają się tworząc barwny wachlarz tamtych lat. Rodziewiczówna staje się malarzem pięknego, literackiego obrazu, któremu z przyjemnością się przyglądasz.
No i dialogi... Te bohaterów dysputy i słowa. Bezbłędne, jak choćby słowa hrabiego Maszkowskiego:
„Człowiek jest jak koń! Bez tresury - kawaler, z narowami – stary kawaler, z ułogą – mąż złej żony. Ale mąż dobrej żony to ideał konia.”
„Błękitni” to powieść o ludziach, o ich charakterach, aspiracjach i marzeniach. Autorka dokonała skrupulatnego przekroju postaci, by dać wiarygodny obraz tamtych lat, co zrobiła … urzekająco.
Czytaj i samego siebie stawiaj w różnych miejscach i sytuacjach. Dokonuj personifikacji i baw się nią. Bacznie obserwuj poczynania i zapędy bohaterów, a po zakończeniu czytania długo, długo o niej rozmawiaj. Zapewniam, że jest o czym.
* „Klejnot” Maria Rodziewiczówna, wydawnictwo MG
#agaKUSIczyta
Jak dobrze jest poczytać o wartościach cenionych przed laty. O szacunku do ziemi i jej zarządzaniu od dziada pradziada, o mądrym jej gospodarowaniu, ale i o ludziach z tamtych czasów. O tradycji, o obyczajowości i dobrych gustach. O tym, jak człowiek cenił to, co miał, żywił rodzinę z tego, co zebrał, a czasem i sprzedał. I, czego dowodzi Rodziewiczówna, takie historie są...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Czas zwalnia, jakby niewidzialna ręka przetrzymywała wskazówki zegara. Zmienia się atmosfera, zapachy i odczucia. Boli cię serce od ludzkich niegodziwości i ich poniżania. Jesteś zamknięta w ciemni i czekasz na wyjście, na to wyrzucenie siebie i dziecka na ludzkie spojrzenia, osądy i pogardę. Na ich „rzucanie kamieniami” w ciebie, bo przecież jesteś przeklęta. Dopuściłaś się grzechu, Hester Prynne – szepcze opętany gniewem lud. Snuje się ich syk jadowitych języków, każdy prze do przodu, bo chce widzieć.
Aż otwierają się wrota. Jeden krok, drugi...
Ale co ona ma na piersi? - pyta jeden drugiego. Co to jest?
To litera „A” wycięta z delikatnej czerwonej tkaniny, obdziergana misternym haftem i ozdobiona fantazyjnymi zawijasami złotej nici. To precyzyjnie wykonana ozdoba stroju winowajczyni. I co nie umknie żadnej plotkarze, zdradza ona zręczność i szeroką, acz gustowną wyobraźnię tej, co go wykonała. Ta litera rzuca wokół refleksy światła. Ma moc zaklęcia, pozbawiającego winowajczynię wszelkich zwyczajnych relacji z pozostałą częścią rodzaju ludzkiego i zamykającego ją w pewnej przeznaczonej tylko dla niej sferze. Izoluje ją, bo ów symbol, jak stygmat, widać od razu.
Każda z kresek litery „A” ma dokładnie trzy i jedna czwarta cala długości. Zapytasz, czy to ozdobny element stroju? Szybko odpowiem – przyłóż do serca, do piersi, a poczujesz „niemalże fizyczne odczucie palącego gorąca, jakby litera ta nie była z czerwonego materiału, a z rozgrzanego czerwonego żelaza”.
Ta litera jest ci przeznaczona. Czujesz wręcz jej ciężar na piersi. I pewnie coś byś sobie zrobiła, by uciąć to zhańbione od teraz życie, ale jest ona. Córka. Niewinne, małe dziecko, które musisz wychować. Jest ta Perełka, której dałaś życie. I choć nigdy nie ujawnisz jej ojca, to dla niej żyjesz, tylko dla niej. Dla siebie chyba nie warto, myślisz. Ojciec tej kruszyny to twoja tajemnica i stąd ta kara. Dopuściłaś się Hester nierządu w małżeństwie. Masz bękarta.
Wdech dla złapania jasności umysłu, wydech. Wdech, by nie upaść od nadmiaru cierpienia w sobie, wydech. Wdech i dasz radę – ze wszystkim. I zdzierasz z siebie tą szkarłatną literę, ciskasz pod nogi. Lecz Perełka patrzy wrogo. To nie ty, mamusiu – mówi jej wzrok. Nie ty. Bez litery jesteś inna, niby wolna, lecz jakaś słaba. Jesteś wolna, lecz to kosztuje i przerasta cię i z trwogą sięgasz po ten odrzucony materiał i umieszczasz go na właściwym sobie miejscu.
Tak wygląda zarys i jednocześnie początek „Szkarłatnej litery” Nathaniel`a Hawthorne`a. Czytasz z ciekawością, zatrwożeniem i jakimś gniewem milczenia w sobie. Dawkujesz sobie słowa i czekasz aż osiądą w tobie, by móc je poczuć. Czytasz o przeklętej przez ludzi i wyklętej przez kościół kobiecie, która poczuła czym jest miłość, i która się tej miłości poddała. Lecz, wbrew temu, co mówią ludzie, nie żałuje tego. Jest dziecko, jest wspomnienie i on. Bo ojciec Perełki żyje pośród społeczności. W ciszy ciemnego pokoju przeżywa katusze, zadaje sobie ból i pogardza sobą.
Ale gdy ich oczy spotykają się gdzieś w przelocie...
Gdy serce nadal bije i czuje - i twoje i jego... Kochasz, nadal, bez pretensji. Kochasz po swojemu i tą miłość w sobie pielęgnujesz, bo jest twoja.
Czujesz w sobie strwożone bicie serca. Z każdą wyczytaną stroną coraz bardziej stajesz się Hester Prynne. Wnikasz w jej skórę i w nią całą. Nie dowierzasz emocjom, jakie biorą cię we władanie. Zewsząd przytłacza cię ludzka pogarda. Czytasz i dusisz się od przytłaczającej atmosfery tego miasta. Dusisz się od fałszu, który unosi się nad ludźmi, jak chmura gradowa. Nienawiść walczy z miłością, a wszystko skąpane w niebiańskim blasku. Pokłady tych uczuć buzują między sobą, kotłują lub przenikają, by czasem przemienić się w idealną miłość.
Czytasz i czujesz, że od nienawistnych spojrzeń obrastasz rdzą, która wnika we wrażliwe tkanki twojego ciała. Granica wytrzymałości przesuwa się. Zamykasz oczy. Walczysz by być obojętnym, co jest prawie niemożliwe, bo czujesz to, co Hester. I choć za autorem powtarzasz, jak mantrę, że wypełnia się los, że to przeznaczenie, że to też kara i pokuta za życia, to płaczesz.
Korozja nie osiada na duszy.
Płaczesz, bo czujesz do końca. Współczujesz...
„Na czarnym polu litera A, czerwona”.
To jest siła tej powieści. To jest jej piękno.
Za doborową lekturę dziękuję Stowarzyszeniu Sztukater.
#agaKUSIczyta
Czas zwalnia, jakby niewidzialna ręka przetrzymywała wskazówki zegara. Zmienia się atmosfera, zapachy i odczucia. Boli cię serce od ludzkich niegodziwości i ich poniżania. Jesteś zamknięta w ciemni i czekasz na wyjście, na to wyrzucenie siebie i dziecka na ludzkie spojrzenia, osądy i pogardę. Na ich „rzucanie kamieniami” w ciebie, bo przecież jesteś przeklęta. Dopuściłaś...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-01-05
Zaczyna się od daty. Jest 12 czerwca 1914 roku, jest i Sarajewo i on, Josip Gubernik, który przyjeżdża do domu dwóch kobiet. Kto to on? – pytasz dziwną formą. Kto to one? I w ogóle o co chodzi, bo nic nie jest jasne w tym początku. Po paru stronach dopiero zaczynasz orientować się w tym słownym chaosie i miejscu lecz w osobie Josipa jeszcze nie. Co do jego persony musisz obuć się w cierpliwość, bo nikt, kto zjawia się ot tak, nagle, niby znikąd, nie daje się szybko poznać. Nawet Josip, któremu tak szybko zaufały one dwie.
Josip to ktoś z mgły prawie, a fakty z jego życiorysu wysupływać będziesz, jak guziki rozrzucone w stogu siana. Josip tak dobry i pokorny, a tak tajemniczy jednocześnie. Josip, magnetyczny ktoś, kto jest i kto obrasta domysłami już po paru dniach obecności w tym miejscu. Ktoś, kto budzi uśpioną dotąd ciekawość.
Domyślasz się, że mama Josipa była utalentowaną skrzypaczką, która swój talent odłożyła wraz z pojawieniem się na świecie synka. Wszystko wokół niej organizował mąż, który wierzył i w nią i w syna też. Chciał by żona kwitła, a ona? Ona nikła w domu i gasła w czterech ścianach nie mając chęci na nic, na muzykę szczególnie. Dlatego ten jej odłożony talent i skrzypce musiały się gdzieś ujawnić i ponownie wyjść na światło dzienne. Żadna rzecz przecież tak szybko nie tonie, zwłaszcza zrobiona z dobrego drzewa. I mijają lata i oto on, syn, Josip, podczas niedzielnego obiadu oświadcza, że będzie studiował leśnictwo. „Lasy są starsze od prawa i filozofii. Starsze są od człowieka i od wszystkiego, co człowiek zna”.
Latami śmiali się później z tych wydarzeń przy niedzielnym obiedzie. Każdy z ich śmiechów przy tych talerzach sprzed lat był śmiechem dla siebie, różnym w uczuciach i przyczynach, ale jednak śmiali się razem. Byli szczęśliwą rodziną. I tak powstało dziecięce marzenie, które razem z Josipem dorastało, przekształcało się i zmieniało – jak, dojrzewając, zmienia się każdy człowiek – i nie opuściło go nigdy. W Bośni badał jawor falisty – dlaczego? Chciał zrobić dla matki skrzypce o piękniejszym brzmieniu niż te, które skłoniły ją do płaczu. Szukał go – jaworu idealnego, jaworu wręcz matczynego, którego przywróci do życia. Jaworu, którego dotknie, pogładzi i przytuli.
Ale, ale…
Kim w ogóle był Josip? W powieści ciągle pojawiają się znaki zapytania, bo nikt nie wie, czy istniał naprawdę, czy był jedynie wymysłem i urojeniem ludzkiego zwodniczego umysłu. Jawi się jako dobroduszny idealista, lunatyk zakochany w co porannym nakręcaniu zegarka, czy obserwacji Siniority. Jawi się jako dobry ojciec, czuły poeta i wrażliwy nauczyciel. Jawi się jako marzyciel zakochany w uczennicy, która stoi u drzwi pokoju i boi się do niego wejść. A, pokazuje on, nauczyciel. B, na drugi dzień… M, parę tygodni później. Ona, uczennica u drzwi, wystraszona, nieświadoma swego piękna analfabetka. I on, zakochany, niespełniony nauczyciel z alfabetem na podorędziu.
Pokazuje jej jawor i deseczki jednakowej długości i szerokości – zawsze z odległości. Siniorita patrzy i boi się, a on rozum traci. Dziś miałaby zdiagnozowaną neurastenię, lecz wtedy była inna – miała inny świat, który zachwycał tych, co chcieli go poznać. Jak Josip, który kochał ją na swój sposób – śnił o niej, że ucieka, jak duch z jego pokoju. Że była koło niego z dłonią nad jego twarzą i tylko powietrze zachowało pamięć o niej.
Ale jest jeszcze jawor, powyginany z obwisłymi gałęziami i rzadkimi liśćmi. „Doskonałość tkwi w zniekształceniu i odstępstwie od normy, a nie w harmonii i symetrii, w boskim triumfie gatunku”. Jawor i ona – niepoznane tajemnice, które zachwycają Gubernika.
„Człowiek jest głupi, mówił, gromadzi pieniądze, złoty dukat do złotego dukata, i to złoto w końcu przerośnie go i przeżyje. A po co mu to w grobie? Biedak za życia nie widzi ani grajcara, bogacz się męczy, zbiera złoto, trzyma je pod podłogą, a potem umiera i nawet nie zdąży go wydać. Komu jest gorzej – biednemu, czy bogatemu? Źle jest jednemu i drugiemu. Najlepiej by było, gdyby się jakoś udało, umrzeć minutę po wydaniu ostatniego grosika”.
Nie ciekawi go majątek, sława, bycie pomnikiem za życia.
Nieznany jest jego wygląd, majaczy jego twarz i sylwetka cała. To człowiek nowych czasów, żywego umysłu, dzikiej, anarchicznej wyobraźni i wewnętrznej siły psychicznej. Jest kamienną bryłą do samodzielnego wyrzeźbienia. Olbrzym z przyszłości, który umyka ku przyszłości.
Oczy stare jak żółw, czasem młode, jak u chłopca.
Oczy bezbarwne, jak toń wody.
Oczy bez dna i życia.
I pytasz, czy on, czy Josip G. żył? Czy Seniority żyły? Gubernik pakuje rzeczy, nie pisze o rozstaniu z Senioritą. Słowa rozsypały się, jak drobinki piasku na wietrze. Czy ta historia miłosna miała miejsce? – dociekasz. Czy to tylko utkana przez nas, marzycieli i czytających historia kogoś kto mógł być? Czy to bohater, czy nikt?
„Bębny nocy” to taniec słów i myśli i słów i palców... i twarzy... i znowu kogoś u boku. Zachwycasz się osobą i odrywasz od kart historii i ulatujesz gdzieś w 1919 rok. Uczysz się liter stojąc z zatrwożeniem czytelniczym u progu pokoju i patrzysz na nauczyciela - na Josipa, który jawi ci się wielki, jak Mikołaj Car z ogromną brodą i łapskami, jak łopaty. Marzysz i roisz też i sam już czytelniczo nie wiesz, co jest prawdą wyczytaną, co jest teorią utkaną nieświadomie przez twoją wyobraźnię. Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Znaczenie ma ta przygoda i to uniesienie ciała ponad ziemię. Znaczenie ma to, co się z tobą podczas lektury dzieje i to, co czujesz. A czujesz tak wiele…
Zaczyna się od daty. Jest 12 czerwca 1914 roku, jest i Sarajewo i on, Josip Gubernik, który przyjeżdża do domu dwóch kobiet. Kto to on? – pytasz dziwną formą. Kto to one? I w ogóle o co chodzi, bo nic nie jest jasne w tym początku. Po paru stronach dopiero zaczynasz orientować się w tym słownym chaosie i miejscu lecz w osobie Josipa jeszcze nie. Co do jego persony musisz...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2025-01-02
#agaKUSIczyta
„Nie widziałem jeszcze statku, na którym nie byłoby podejrzanych typów”, brzmi, jak zdanie wyrwane z powieści Agathy Christie, a to przecież powieść Edgara Wallace. Niebanalny klimat książki, intryga i Scotland Yard w tle mamią umysł czytelniczy, co – wbrew pozorom – sprawia rozkosz. Dobry kryminał w rękach sprzyja opuszczeniu codzienności i zanurzeniu się w świecie, jaki nas ciekawi, pochłania i nader kusi. I choć to nie powieść królowej kryminału, to czytanie Wallace`a sprawia frajdę – i to wielką. Bo – co zauważysz bardzo szybko – jedno drugiemu niczym nie ustępuje.
Klasyka z wysokiej półki, czego nie trzeba ukrywać, jak zwłok w szafie.
„Drzwi z siedmioma zamkami” stanowią wybitną ucztę, podczas której smaki przenikają się by zwodzić umysł i zmysły wszelakie. Jest zimna i cierpka intryga (niejedna), są słodkie nuty zakochania oraz delikatność sosów (ni z krwistych buraków, ni wyrafinowanych esencji kwiatowych). I jest oficer, Dick Martin, który marzy o tym, by do owej uczty zasiąść (wreszcie), a co nie jest mu dane. Marzy o zakończeniu pracy zawodowej (wreszcie), lecz dopiero o północy dostanie wymarzoną wolność. Do tego czasu… Do północy jest pracownikiem i czynnym oficerem i pełni służbę i ma na dziś zlecenie i basta – szef Scotland Yardu jest jego szefem aż do północy, potem może być kumplem od piwa. Ale północ – to ona wszystko wyznacza. Po północy Dick Martin będzie szefem dla samego siebie.
I zaczyna się, zaczyna się niby spokojnie, co nie zawsze stanowi dobrą wróżbę. Oto na horyzoncie pojawia się znajomy przestępca (winny) i obiad z nim lecz to, co miało być szybko załatwione, szybko załatwione NIE będzie. Zaraz potem konieczna staje się wizyta w bibliotece, bo jakiś wolumin zniknął, a tam ona za pulpitem i jej szare oczy tak magnetyczne. Jest i spokój jakiś, gdy nagle wszystko się zmienia i rzeczywistość przywołuje do siebie, bo „(…) umysł przeciętnego przestępcy nie błyszczy mądrością, jego zasięg jest ograniczony, horyzonty wąskie. On żyje tylko zbrodnią, jaką ma popełnić, przestępstwem i tym, jak je ukryć”.
EXSURGE DOMINE ET IUDICA CAUSAM TUAM „Powstań, Panie, i rozsądź sprawę swoją”. Łaciński cytat tak prawdziwy i tak okropny jednocześnie. Akcja nabiera tempa, pojawia się coraz więcej niewiadomych, coraz więcej twarzy i majaków sennych, które mieszają się i mamią oczy. Pojawia się ona i uczucie i multum pytań do samego siebie. Powieść Wallace`a to perfekcyjnie rozpisana sztuka teatralna, która przykuwa widza do fotela. Śledzisz tok akcji i starasz się sam wszystko przewidzieć. Denerwują cię rozpraszające jazgoty innych, czy znudzenie. Ty się nie nudzisz – jesteś tak uważny, jak mało kiedy. To wybitna sztuka literacka, która pochłania.
Czytanie „Drzwi z siedmioma zamkami” sprawia radość. Nie daje szans na nudę, czy swobodny oddech. Jakaś sprawa policyjna pociąga następną i nagle odkrywasz, że to długi łańcuch bez końca z tobą gdzieś pomiędzy ogniwami. Czytasz i przepadasz, bo dajesz się wciągnąć w intrygę.
To mieszanka sentymentalizmu literackiego i delikatnego kryminału wywołującego drżenie zmysłów. To połączenie elegancji, dreszczyku brzydkiej ciekawości czytelniczej i wysmakowanej uczty. To literacka klasyka, której czytanie sprawia radość. Wkraczasz w świat tak inny od własnego, odkrywasz miejsca tak inne od tych, w jakich często jesteś, że umyka ci poczucie czasu. Bo o to chodzi w dobrym kryminale – o owe zatracenie i pomieszanie zmysłów.
#agaKUSIczyta
„Nie widziałem jeszcze statku, na którym nie byłoby podejrzanych typów”, brzmi, jak zdanie wyrwane z powieści Agathy Christie, a to przecież powieść Edgara Wallace. Niebanalny klimat książki, intryga i Scotland Yard w tle mamią umysł czytelniczy, co – wbrew pozorom – sprawia rozkosz. Dobry kryminał w rękach sprzyja opuszczeniu codzienności i zanurzeniu się w...
niesamowita jeśli chodzi o klimat
idealnie obnaża ludzkie furie, wady i gniew, którego się nie kontroluje. czytasz i uzmysławiasz sobie, że dziś jet podobnie, acz nie tak bezpośrednio. jest fałsz, jest bieg po bogactwo i brak szacunku... byle moje wygrało i byle tylko o siebie zadbać, a reszta?
reszta to gra
niesamowita jeśli chodzi o klimat
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toidealnie obnaża ludzkie furie, wady i gniew, którego się nie kontroluje. czytasz i uzmysławiasz sobie, że dziś jet podobnie, acz nie tak bezpośrednio. jest fałsz, jest bieg po bogactwo i brak szacunku... byle moje wygrało i byle tylko o siebie zadbać, a reszta?
reszta to gra