Opinie użytkownika

Filtruj:
Wybierz
Sortuj:
Wybierz

Na półkach:

SZTUKA PAMIĘTANIA

W swojej szóstej już książce Maciej Hen (rocznik 1955) wraca do własnego dzieciństwa, by opowiedzieć skrawek historii w skali mikro. Warszawa lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, portretowana z godną podziwu spostrzewczością i pamięcią do szczegółów, jest tu przestrzenią pozornie zwyczajną: szkoła, podwórko, dom, radio. Co czyni wyjątkową tę akurat rodzinę to zanurzenie w kulturze, wszak ojciec młodego Maćka to pisarz-erudyta, stąd chłopiec dorasta w niezwyczajnej w jego wieku świadomości dzieł sztuki - od Beatlesów, przez Prousta, po Rubensa. Nierzadko więc przekłada własne, uroczo sensualnie ale z żartobliwym dystansem ujęte doświadczenia chłopięcego życia emocjonalnego, na ich odbicie w sztuce. Do pewnego zresztą momentu te przeżycia per se nie wykraczają poza uniwersalne doświadczenia dorastającego małolata - może poza towarzyszącym im otoczeniem, a dokładnie przewijającymi się w świecie Maciusia postaciami znanymi z katalogów bibliotecznych, jak Adam Bahdaj, Hanna Ożgowska, później Maciej Słomczyński ("zgryźliwy rudzielec"), czy Witold Wirpsza. No i poza epizodycznymi występami w filmach. Nie mogło w tym wszystkim zabraknąć, rzecz jasna, fascynacji muzyką Beatlesów, która w dorosłym już życiu zaowocowała arcyciekawą książką.

Ale pod tą codziennością powoli zbiera się mrok, przemoc, której źródeł dziecko początkowo nie potrafi zrozumieć, Antysemityzm wydarzeń marcowych ’68 nie wkracza w opowieść z hukiem, Hen nie czyni też przy tej okazji wykładu z historii, konsekwentnie trzymając się indywidualnej perspektywy wczesnego nastolatka. To raczej pęknięcia w świecie, który dotąd wydawał się stabilny. Ktoś znika z klasy (jak Monika Unger, córka Leopolda), dla kogoś przestajesz być "swój", narasta przemoc rówieśnicza - słowna i fizyczna, kolejni znajomi rodziców "podają na wyjazd". Historia wdziera się tu w życie nie przez wielkie słowa, ale przez indywidualne doświadczenie agresji, z którym chłopak próbuje sobie radzić najlepiej jak potrafi (jak w scenie z papierosem i "jogą").

Jednocześnie "Tratwa..." nie jest książką ponurą. Autor z czułością zapisuje drobiazgi: zapachy, gesty, często podszyte komizmem spotkania rówieśnicze, więź z rodzicami, rozmowy z innymi ważnymi członkami rodziny. To one budują przeciwwagę dla historycznego ciężaru. Hen zdaje się mówić: nawet w czasach tektonicznych wstrząsów życie nie przestaje się toczyć, a pamięć nie składa się wyłącznie z ran. Mimo wszystko młody Maciek kończy podstawówkę i rozpoczyna nowy etap.

Warto tę książkę czytać bez pośpiechu, by nie umknęła jej zmysłowość i drobne smaczki poszczególnych scen. O ile o gomułkowskiej rzeczywistości w skali makro jest dużo opracowań, to jej codzienne doświadczenie ożywa właśnie w indywidualnych wspomnieniach. To niezwykle cenne, że ktoś potrafi przelać je na papier.

___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.

SZTUKA PAMIĘTANIA

W swojej szóstej już książce Maciej Hen (rocznik 1955) wraca do własnego dzieciństwa, by opowiedzieć skrawek historii w skali mikro. Warszawa lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, portretowana z godną podziwu spostrzewczością i pamięcią do szczegółów, jest tu przestrzenią pozornie zwyczajną: szkoła, podwórko, dom, radio. Co czyni wyjątkową tę akurat...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

CZŁOWIEK Z ZACHODU

Biografia Kita (Christophera) Carsona (1809-1868), XIX-wiecznego trapera, przewodnika i dowódcy wojskowego, jednej z kluczowych postaci w dziejach podboju Pogranicza, to kolejna pozycja ze wspaniałej Serii Amerykańskiej wydawnictwa Czarne. Zarazem druga - po porywającym "Imperium księżyca w pełni" opisująca początki Teksasu i Nowego Meksyku, ale tym razem od strony białych zdobywców. Carson przez pół wieku był uczestnikiem i świadkiem długiego i krwawego pochodu osadników na zachód. W młodości był łowcą bobrów (identycznie jak współczesny mu znany ze "Zjawy" Hugh Glass). Był kurierem wojskowym, przewodnikiem słynnych wypraw Johna C. Frémonta, jako pierwszy przemierzył cały kontynent od Kalifornii do Waszyngtonu, zasłużył się w wojnie z Meksykiem o Teksas i wojnie secesyjnej. Miał też istotny wkład w likwidację wolnego plemienia Nawahów. Stał się bohaterem dziesiątek tanich powieści o Dzikim Zachodzie, jakimi karmiła się zbiorowa wyobraźnia XIX-wiecznych Amerykanów. "Krew i burza" to właśnie tytuł jednej z takich książek.

Z jak niejednoznaczną postacią mamy do czynienia, uzmysławia właśnie kwestia pacyfikacji Nawahów i rola Carsona w tym przedsięwzięciu. Ówczesne tereny Teksasu, Nowego Meksyku i Kalifornii przypominały tygiel z wrzącą zawartością, w którym o lepsze szły kolonizatorskie działania USA i Meksyku, a Indianie walczyli o przetrwanie i jednocześnie na potęgę rabowali osadników obu narodowości. Poszczególne plemiona walczyły też między sobą - zresztą od stuleci, a niektóre konflikty międzyplemienne datowały się na czasy starożytne. W tym krwawym bałaganie funkcjonowali tacy ludzie jak Carson. Żonaty kolejno z dwoma Indiankami i Meksykanką Josefą Jaramillo, z którą miał ośmioro dzieci, dobrze znał zagmatwaną specyfikę narodowościową Nowego Meksyku. Z Indianami rozmaitych plemion przyjaźnił się od młodych lat, co nie przeszkadzało mu brać udziału w walkach z nimi. W ostatnich latach życia płk. Carson przeprowadził pod dyktando gubernatora Nowego Meksyku Jamesa H. Carletona akcję pacyfikacji i przesiedlenia Nawahów z ich terenów plemiennych do rezerwatu w Bosque Redondo. Carson z tego okresu wyraźnie był rozdarty między niechęcią do całej operacji, a świadomością, że los Indian jako takich jest przesądzony i przesiedlenie do rezerwatu to próba ratowania ich przed całkowitą anihilacją. Zdawał sobie sprawę, że był tylko jednym z trybików procesu, który i bez niego by się toczył, starał się więc, na ile mógł uwikłany w wojskową zależność, złagodzić jego działanie. Jednocześnie niejednokrotnie - co widać w jego autobiografii, przytaczanej przez Sidesa - w specyficzny sposób był dumny z krwawych efektów swoich działań jako wojskowego, a wcześniej przewodnika. Cóż, Carson to produkt swoich czasów i jako takiego trudno oceniać go innymi kryteriami niż te z epoki. Z pewnością jednak nie był człowiekiem okrutnym.

Z pewnością zaś zasłużył się dla podboju i zbadania zachodu Ameryki, wykazał się nieraz niepospolitą odwagą i był bohaterem szeregu ekscytujących wydarzeń. Hampton Sides wykorzystał jego życiorys, by pokazać przy tej okazji dobre cztery dekady historii USA. Nie tylko z perspektywy świadka i uczestnika jakom był jego bohater, ale też w szerokim ujęciu zawirowań politycznych i operacji militarnych prowadzonych przez Stany, Meksyk, a wreszcie plemiona indiańskie (głównie Nawahów i Komanczów). Przy tym bez uciekania się do chwytów beletrystycznych udało mu się przedstawić Carsona niezwykle plastycznie i ze swadą (inaczej niż Michael Punke, który pod tym względem "Zjawę" kompletnie położył literacko).

___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.

CZŁOWIEK Z ZACHODU

Biografia Kita (Christophera) Carsona (1809-1868), XIX-wiecznego trapera, przewodnika i dowódcy wojskowego, jednej z kluczowych postaci w dziejach podboju Pogranicza, to kolejna pozycja ze wspaniałej Serii Amerykańskiej wydawnictwa Czarne. Zarazem druga - po porywającym "Imperium księżyca w pełni" opisująca początki Teksasu i Nowego Meksyku, ale tym...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Dwa lata po wielkim sukcesie "Żeby nie było śladów" świeżo upieczony laureat Nike cofnął się w przeszłość jeszcze głębiej, bo aż do międzywojnia, by przyjrzeć się bodaj najgłośniejszej sprawie o zabójstwo w historii II RP. W przeddzień Sylwestra 1931 roku w makabrycznych okolicznościach straciła życie nastoletnia córka cenionego lwowskiego architekta Henryka Zaremby. Podejrzenia padły na guwernantkę Ritę Gorgon, po dwóch poszlakowych procesach skazaną na 8 lat więzienia (w pierwszym wyroku na karę śmierci, w drugim uznano "afekt" jako okoliczność łagodzącą). Oskarżona nigdy nie przyznała się do winy, a jej losy po wrześniowej amnestii z 1939 roku nie są jasne. Natomiast wina - mimo jedynie poszlak, a nie twardych dowodów - nie pozostawia raczej wątpliwości i Łazarewicz, starając się jak najrzetelniej przedstawić wszystkie okoliczności, motywy i niejasności, nie dąży do sensacyjnej rewizji sprawy. Tworzy natomiast sugestywny, duszny i przykry w odbiorze portret ludzi zamkniętych w emocjonalnym klinczu, w którym właściwie każdy jest postacią współwinną rozgrywającego się dramatu (choć w największym stopniu chyba nie morderczyni, a ojciec zamordowanej). Fascynująca jest też oczywiście obserwacja przedwojennej kryminalistyki w działaniu - zarówno w śledztwie jak i na etapie obu procesów. Ogólnie - ciężka historia, do której przy choćby odrobinie empatii nie chce się wracać myślami.
--
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.

Dwa lata po wielkim sukcesie "Żeby nie było śladów" świeżo upieczony laureat Nike cofnął się w przeszłość jeszcze głębiej, bo aż do międzywojnia, by przyjrzeć się bodaj najgłośniejszej sprawie o zabójstwo w historii II RP. W przeddzień Sylwestra 1931 roku w makabrycznych okolicznościach straciła życie nastoletnia córka cenionego lwowskiego architekta Henryka Zaremby....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

MORDERSTWO JAKO REMAKE

Nie mogę nie przyznać, że kryminał o seryjnym mordercy, który prowadzi z paryską policją makabryczną grę w cytaty (w swoich zbrodniach rekonstruuje sceny z mniej lub bardziej znanych powieści kryminalnych) jest sprawnie napisany, posiada dość oryginalnego protagonistę - komisarz Camille Verhoeven charakteryzuje się dobrym śledczym nosem, niewysokim wzrostem nadmiernie podkreślanym przez autora, oraz pewną dozą pychy, która zaprowadzi go na manowce. Nie budzi on jednak żadnych żywszych uczuć. Natomiast finał - ¡UWAGA SPOILER! - jest przewidywalny do bólu dla każdego kto oglądał "Sie7em" Finchera. W dodatku autor chyba nie zdaje sobie sprawy z tej kliszy, co zaskakujące w powieści opartej właśnie na cytatach z innych kryminałów. Być może za dużo w życiu przeczytałem, ale od pierwszych stron było dla mnie jasne, że "głównym daniem" będzie ciężarna małżonka komisarza. KONIEC SPOILERA. Przewidywalność finału nadrabiana jest jego pomysłową aranżacją. Ale to tyle.

Być może "it's just me", ale dla mnie to za mało. Powieści Chandlera czy Ellroya ceni się za to, że nie są li tylko kryminałami, a pewną kompleksową wizją świata i człowieka. Wrońskiego uwielbiam za drobiazgową rekonstrukcję kolorytu minionego świata. A tu zabrakło mi jakiegoś naddatku. Lemaitre wprowadza co prawda grę w skojarzenia (co jest zasadniczo oryginalne i dobrze "pracuje") i dokłada do tego szantaż emocjonalny (zbyt ostentacyjny i przewidywalny) - ale koniec końców pozostawia uczucie niedosytu. A być może po prostu wyrosłem z "czystej" literatury kryminalnej.

--
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.

MORDERSTWO JAKO REMAKE

Nie mogę nie przyznać, że kryminał o seryjnym mordercy, który prowadzi z paryską policją makabryczną grę w cytaty (w swoich zbrodniach rekonstruuje sceny z mniej lub bardziej znanych powieści kryminalnych) jest sprawnie napisany, posiada dość oryginalnego protagonistę - komisarz Camille Verhoeven charakteryzuje się dobrym śledczym nosem, niewysokim...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

ŁODZIE POD PRĄD

Richard Russo to pisarz wyspecjalizowany w portretowaniu małomiasteczkowej Ameryki, położonej z dala od wielkich metropolii, słynnej Drogi 66 i szlaków turystycznych. Że amerykańska prowincja jest interesująca literacko, wiadomo nie od dziś - w tym przypadku urodzony na wschodnim wybrzeżu Russo zaprasza do stanu Maine, nad rzekę Knox. Trzeba odnotować także jego związki z filmem - zwłaszcza, że telewizyjna ekranizacja "Empire Falls" odniosła spory sukces (2 nagrody Emmy i tyleż Złotych Globów w samych kluczowych kategoriach), a ekranizacja jego wcześniejszej powieści "Naiwniak" przyniosła nominację do Oscara Paulowi Newmanowi. Newman zresztą zagrał i współprodukował "Empire Falls".

To pozornie nieatrakcyjny portret zbiorowości mieszkańców podupadłego miasteczka, którego byt jest uzależniony od miejscowej potentatki, a ta właśnie rozważa sprzedaż największego zakładu produkcyjnego w okolicy, od lat nieczynnego. Zbiorowość stopniowo odsłania swoją złożoną strukturę. W centrum opowieści pozostaje Miles Roby, wrażliwiec - nieudacznik, aktualnie w trakcie rozwodu, od lat prowadzący - nie całkiem z własnej woli - podupadający grill-bar. Wokół Milesa i jego baru orbituje kilkanaście postaci, tworzących zasadniczy zrąb małomiasteczkowej społeczności. Osobowości każdej z nich określone są wyrazistą kreską, na mocnych charakterystycznych cechach, ale nie tłumi to subtelności, bo wszystkie portrety są ciepło zniuansowane, nierzadko na drodze retrospekcji sięgających kilkadziesiąt lat wstecz. Wzajemne sympatie i antypatie wywodzą się bowiem z głębokiej przeszłości, a dawne wydarzenia zaskakująco dla samych bohaterów rzutują na obecną sieć wzajemnych powiązań. Dotyczy to zwłaszcza Milesa, dla którego wspomnienie tajemniczego romansu matki z czasów, gdy był dziewięcioletnim dzieckiem, okaże się kluczem do całego życia (odkrytym dzięki starej fotografii). Miles, z natury skłonny do dzielenia włosa na czworo, kompulsywnie rozpamiętuje własną i cudzą przeszłość, w myśl unoszącego się nad Empire Falls słynnego cytatu z Fitzgeralda: "Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość". Dopiero zrozumienie tamtej historii pozwoli mu zrozumieć siebie. I jakkolwiek z daleka śmierdzi to banałem, w prozie Russo wypada autentycznie i nienaiwnie.

Dzięki meandrom fabuły i licznym dygresjom mamy okazję przyjrzeć się ciepło sportretowanym mieszkańcom Empire Falls. O dziwo niejeden z nich może budzić mniejszą lub większą irytację, ale serdeczność autora pozwala zrozumieć nawet postać tak pogubioną jak prawie-była żona Milesa - Janice, jak skrajnie nieodpowiedzialny ojciec głównego bohatera - Max, wreszcie - jak makiaweliczna właścicielka większości miasteczka, pani Francine Withing. Szczególne miejsc zajmuje też 16-letnia córka Milesa, Trick, której przenikliwe spojrzenie na dorosłych ujawnia więcej, niżby sobie życzyli. Russo jest bacznym obserwatorem, i w wielu z dziesiątek scen i scenek jego powieści, w emocjach i przeżyciach gromadki jego bohaterów, można się przejrzeć jak w lustrze. Być może nie wszystkie te historie są równie istotne dla fabuły i pisarz ostatecznie nie uniknął pewnego przeładowania, ale przecież niemal każdy detal w tej układance ludzkich osobowości ma swój ciężar.

Pod serdeczną, miejscami trochę ironiczną wizją Richarda Russo kryje się wiele melancholii i cierpienia. Jest to w końcu historia niewybaczonej krzywdy, nieodwzajemnionych uczuć, niezrealizowanych marzeń, zawiedzionych nadziei. Bohaterowie czują się wolni jedynie poza Empire Falls, a konkretnie w pewnym letniskowym ośrodku nad oceanem (z wyjątkiem Maxa - ten wyjeżdża jak najdalej się da). To tam przeżywa najszczęśliwsze chwile Grace Roby, i to tam jej syn Miles będzie po latach odbudowywał zdruzgotaną osobowość swojej córki. Bo też i on sam tylko poza Empire Falls jest czuje się szczęśliwy, choć nie potrafi zeń wyjechać na stałe.

Russo swoją zniuansowaną powieścią złożył hołd nieco zapomnianej małomiasteczkowej Ameryce, ale też udało mu się spleść go z opowieścią o akceptacji życia - nie w żadnym hurraoptymistycznym ujęciu, ale raczej pomimo wszystko. Idealne wyważenie melancholii i humoru - trochę w stylu obyczajowych powieści Larry'ego McMurtry'ego - sprawiło, że uniknął pułapki przesłodzenia tematu i ostatecznie przyniosło mu nagrodę Pulitzera (na pobitym polu zostawił wówczas Jonathana Franzena i jego "Korekty", co z perspektywy czasu i świadomości znaczenia tej ostatniej powieści wydaje się, przy całej sympatii dla bohaterów Russo, werdyktem dyskusyjnym).
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.

ŁODZIE POD PRĄD

Richard Russo to pisarz wyspecjalizowany w portretowaniu małomiasteczkowej Ameryki, położonej z dala od wielkich metropolii, słynnej Drogi 66 i szlaków turystycznych. Że amerykańska prowincja jest interesująca literacko, wiadomo nie od dziś - w tym przypadku urodzony na wschodnim wybrzeżu Russo zaprasza do stanu Maine, nad rzekę Knox. Trzeba odnotować także...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

DENAT MIESIĄCA

(...) Cała intryga rozgrywa się w trójkącie "władza – media – biznes", co umożliwiło autorowi sugestywne pokazanie relacji prasy ze stróżami prawa, a także klimat polityczny II Rzeczypospolitej. Na szczęście obyło się bez taniej publicystyki, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że taki a nie inny wybór tematu intrygi rymuje się z atmosferą panującą w 2007 roku (a rok był to wyborczy, obfitujący w bezpardonowe starcia parlamentarne i zgoła nieparlamentarne). Wielotorowe śledztwo, zbudowane na naprawdę zaskakujących zwrotach akcji, pozwoli nam zerknąć w niebezpieczne zaułki Starówki, odwiedzić fantastyczną mordownię "Wykwintna", zajrzeć do redakcji prasowych i opuszczonych fabryk, zejść do dzielnicy żydowskiej tropem ukrywającego się komunizującego poety, którego pierwowzorem był Józef Łobodowski. Nie zabraknie oczywiście samochodowego pościgu (jedna z najlepszych scen w powieści), nie zabraknie też wątku męskiej przyjaźni w klasycznym chandlerowskim duchu. Dramatyzm akcji Wroński rozładowuje dobrze wyważoną ironią w narracji, ale z jeszcze większą przyjemnością czyta się inteligentne, cięte dialogi. Można wśród nich wyłowić kilka błyskotliwych "one-linerów", jakich nie powstydziłby się dobry hollywoodzki scenariusz. Z kolei klimatu retro dopełnia zabawa czcionkami i szpaltami przy pysznych cytatach z prasy lubelskiej, ładnie rozwiązane pierwsze strony rozdziałów (z wtopionymi pod tekst fotografiami), jak również reprodukcja na wyklejkach „Planu Wielkiego Miasta Lublina” z roku 1931, z naniesionymi nań kluczowymi dla fabuły miejscami. I chociaż "Morderstwo " nie jest dziełem doskonałym (wątek kryminalny pod koniec zaczyna sprawiać wrażenie lekko przekombinowanego, a z kolei pewne aspekty chciałoby się widzieć nieco pogłębionymi), to jest świetnie napisanym kawałkiem literatury popularnej. Wroński ani nie udaje Dostojewskiego, ani nie ucieka się do niepoważnych parodystycznych chwytów – choć humoru mu nie brakuje. Daje nam potoczyście i stylowo opowiedzianą historię policyjną, z pełnokrwistymi bohaterami, przy tym niewymuszenie, jakby "przy okazji", tworząc sugestywny nastrój i mieniący się barwami portret nieistniejącego już dziś miasta.

Całość tekstu na:
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.

DENAT MIESIĄCA

(...) Cała intryga rozgrywa się w trójkącie "władza – media – biznes", co umożliwiło autorowi sugestywne pokazanie relacji prasy ze stróżami prawa, a także klimat polityczny II Rzeczypospolitej. Na szczęście obyło się bez taniej publicystyki, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że taki a nie inny wybór tematu intrygi rymuje się z atmosferą panującą w 2007 roku...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

LECZENIE ROZPACZY

Chwała Czarnej Owcy za wznowienie tej wyjątkowej pozycji - ceny pierwszego wydania "Niezschego" na rynku wtórnym, grubo przekroczyły pułap 100 zł. Autor, z zawodu psychoterapeuta, w beletrystycznej formie pokazał mechanizmy jakimi posługuje się jego dziedzina, ale dzięki starannie wybranemu osadzeniu historycznemu i niezwykle precyzyjnej narracji nie jest to w żadnym razie suche omówienie przypadku. Wiedeński lekarz Josef Breuer i filozof Friedrich Nietzsche co prawda w rzeczywistości nigdy się nie spotkali, lecz - jak pokazuje autor w posłowiu, w oparciu o autentyczną korespondencję - do takiego spotkania o mały włos nie doszło. Punktem wyjścia jest próba wyleczenia słynnego (dodajmy - pośmiertnie słynnego) filozofa z rozpaczy i katastrofalnych migren, leczenie zaś Breuer prowadzi nieznaną w owych czasach metodą - rozmową z elementami hipnozy (przy czym autentyczny Breuer faktycznie wcześniej prowadził taką pionierską terapię na pacjentce). Yalom w fascynujący sposób pokazuje w praktyce przebieg rozmów terapeutycznych, prowadzonych trochę na oślep z powodu ich pionierskiego charakteru, jednocześnie - i to płaszczyzna równie fenomenalna - przybliżając filozofię Nietzschego. I tu trzeba podkreślić, że jego dzieła, błędnie i krzywdząco kojarzone z nazizmem (co jest winą siostry filozofa, Elizabeth), odegrały prominentną choć niedocenianą rolę w budowaniu podstaw psychoterapii przez Sigmunda Freuda (a to kolejna ważna postać w powieści), i do dziś stanową doskonały punkt wyjścia do podjęcia wysiłku samodoskonalenia. Nie wgłębiam się w dynamikę rozmów i w ogóle relacji Breuera i Nietzschego, dość powiedzieć tylko, że ów miesiąc rozmów zmienia ich obu, ale także może zmienić czytelnika. Z kolei nie chcąc odsłaniać się zbytnio, mogę tylko zaświadczyć, że zarówno psychoterapia jak i filozofia Nietzschego, a nawet elementy hipnozy i medytacje, to rzeczy które mogą zmienić życie. Yalom nadał swojemu dziełu podtytuł "Powieść psychoterapeutyczna" - i czytelnikowi poszukującemu, stojącemu na rozdrożu, czy zagubionemu we własnym wnętrzu, to wyjątkowe dzieło może po prostu pokazać jak sobie pomóc "od wewnątrz" i gdzie pomocy szukać na zewnątrz, a dla zainteresowanych psychologią i filozofią również może stanowić fascynującą lekturę. W gruncie rzeczy jej bohaterowie mierzą się z pytaniami, przed którymi prawdopodobnie każdy myślący i wrażliwy człowiek prędzej czy później stanie.

___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.

LECZENIE ROZPACZY

Chwała Czarnej Owcy za wznowienie tej wyjątkowej pozycji - ceny pierwszego wydania "Niezschego" na rynku wtórnym, grubo przekroczyły pułap 100 zł. Autor, z zawodu psychoterapeuta, w beletrystycznej formie pokazał mechanizmy jakimi posługuje się jego dziedzina, ale dzięki starannie wybranemu osadzeniu historycznemu i niezwykle precyzyjnej narracji nie jest...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

BIAŁY CZŁOWIEK, CZARNE SERCE

Mam kłopot z tą, zaliczaną do arcydzieł Conrada, nowelą. Nie ulega wątpliwości, że mimo skromnych rozmiarów jest to dzieło o wręcz niewyobrażalnej w stosunku do rozmiarów sile kulturotwórczej. To archetypiczna podróż w głąb, przy czym płaszczyzna realistyczna (w głąb lądu) stapia się z symboliczną (w głąb siebie) aż po samopoznanie, które wcale nie rozjaśnia, tylko zagęszcza mrok (w może aż nazbyt nachalnej symbolice na ostatnich stronach). Słowem - podróż w serce dzikiego kraju jest podróżą w dzikość serca. Jako dzieło symboliczne, "Jądro ciemności" niewiele ma sobie równych. Natomiast odstręcza mnie, i nic na to nie poradzę, rasistowski fundament warstwy realistycznej. Zdaję sobie sprawę z czasu jej napisania, ale mimo to utożsamienie mrocznej dzikości duszy z "dzikością" afrykańskiego ludu, rozsiane po tekście liczne dehumanizujące porównania, jak również pełne niedowierzania i wewnętrznego oporu odkrywanie przez Marlowa skromnego śladu pokrewieństwa z czarnoskórym sternikiem jako człowiekiem (dopiero po jego śmierci!) - budzi mój głęboki sprzeciw. W innych utworach Conrada ta kwestia nie rzuca się tak w oczy lub jest po prostu nieobecna, tu zaś - ponadczasowa, podkreślam, warstwa symboliczna ufundowana jest na perspektywie, która zestarzała się wyjątkowo źle. Ale to może jeszcze byłoby do zbycia argumentem, że Conrad był człowiekiem swojej epoki - tylko że - jak widać po osobie przyjaciela Conrada, Rogera Casementa (Vargas Llosa poświęcił mu niedawną powieść "Marzenie Celta") - taki wyrastający z kolonialnej tradycji rasizm nie był już wtedy jedyną opcją. Casement i E.D. Morel poświęcili wiele wysiłków i dobrych kilka lat na rzecz walki z bestialskim traktowaniem Afrykanów w belgijskim Kongu. Autor "Jądra ciemności", pogrążony w metafizycznej zadumie, jakby w tej kwestii nie odnalazł w sobie moralnego kompasu w realnym świecie, jednoznacznie odmawiająć przyjacielowi pomocy, podczas gdy Casement podjął walkę i za swoje wybory ostatecznie zapłacił cenę najwyższą. Zaś polski przyjaciel w decydującej o życiu i śmierci chwili z rozmysłem nie wyciągnął doń pomocnej dłoni. Nie mówcie mi, że to wszystko nie rzutuje - bo rzutuje. No, ale pozostała nam genialna alegoria.

___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.

BIAŁY CZŁOWIEK, CZARNE SERCE

Mam kłopot z tą, zaliczaną do arcydzieł Conrada, nowelą. Nie ulega wątpliwości, że mimo skromnych rozmiarów jest to dzieło o wręcz niewyobrażalnej w stosunku do rozmiarów sile kulturotwórczej. To archetypiczna podróż w głąb, przy czym płaszczyzna realistyczna (w głąb lądu) stapia się z symboliczną (w głąb siebie) aż po samopoznanie, które wcale...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

ŚMIERĆ I MĘŻCZYZNA

Wg niektórych doniesień Cormac począł pisać tę wydaną w 1979 roku powieść jeszcze sporo czasu przed debiutem i tworzył ją jakieś 20 lat, ale to nie jest jakieś istotne. Ważne, że od dzieciństwa do mniej więcej połowy lat 50. (z przerwami) sam mieszkał w (lub pod) Knoxville w Tennessee - i zasadniczo "Suttree" to portret tego właśnie czasu i miejsca. Trochę pokrewny Ulissesowi Joyce'a (są tu ślady, że zamierzenie), trochę faulknerowski i twainowski, korzystający z groteski Flannery O'Connor, za to w zdecydowanej opozycji do "Ulicy Nadbrzeżnej" Steinbecka, z którą pozornie może się kojarzyć. Ale Cormac gra na własnych zasadach, lekceważy fabułę zmierzającą od punktu A do punktu B, odrzuca sentymentalizm, ale też klasycznie rozumiany komizm - to ostatnie podkreślam, gdyż "Suttree" reklamowano jako najzabawniejszą powieść McCarthy'ego. Tymczasem jest to powieść o absurdzie życia i lęku przed śmiercią.

Cornelius Suttree odrzucił ustabilizowane życie (w tym rodzinę), wybrał barkę na rzece Tennessee i trudni się połowem ryb, a po godzinach brata się z mieszkańcami ubogich, nadrzecznych zakamarków Knoxville - McAnally Flats, w których zabudowa skromnymi domkami płynnie przechodzi, im bliżej rzeki, w sklecone z odpadów slumsy, zaś zaludnia je menażeria złożona z pijaków, wykolejeńców, drobnych złodziei, prostytutek i tym podobnych indywiduów w co najmniej dwóch kolorach skóry (z których wiele to postaci autentyczne), przemieszczających się między targiem na Market Street, spelunkami, bimbrownią u Aba Jonesa i brzegiem rzeki, gdzie mieszkają Suttree (na barce), stary szmaciarz i młody Harrogate (pod mostem), gwałciciel arbuzów. Suttree napotyka też przybyszy, samotnego Indianina, rodzinę poławiaczy małż, upomni się też o niego przeszłość, a pustelniczej wyprawy omal nie przypłaci życiem. Nade wszystko jednak Cormac zderza tu ze sobą dwa rodzaje absurdu - ten egzystencjalny, powiązany z Sartre'em i skandalem śmierci, z lękiem, z którym zmaga się Suttree, który w snach wabi doń widziadła, i który gna go na długą samotną wyprawę w góry; i absurd będący wynikiem nieskończonej ludzkiej pomysłowości, tu przejawiający się w wytrwałym dążeniu Harrogate'e do wzbogacenia (poluje on na rzekomo wściekłe nietoperze bo wyznaczono za nie nagrodę, próbuje wysadzić bank, okrada niemal 300 automatów telefonicznych i tym podobne), albo w upiornym lecz przekomicznym epizodzie z ojcem Leonarda (zwłoki starego trzymano w domu prawie pół roku pobierając rentę na nieboszczyka, aż nadeszła wiosna, a z nią ciepło - i martwy beneficjent się rozśmierdział). Samotnik Suttree trochę ojcuje Harrogate'owi, trochę sam szuka szczęścia (stąd kilkumiesięczny związek z prostytutką o imieniu odsyłającym do autora "Ulissesa" - a i sam ten tytuł też pojawia się w "Suttree'em" jako kolejne imię), ale nie trzyma się go ani potocznie rozumiane szczęście, ani pieniądze. Jemu zresztą bardziej chodzi o spokój ducha, o wewnętrzne - jak ja to widzę - zen. Tylko że to nie taka prosta sprawa, nawet jak się mieszka na rzece i łowi ryby.

To dziwna książka, zbudowana z mnogości epizodów o zmiennej dynamice i nastroju, nieukładających się w klasyczną, dramaturgicznie czytelną fabułę, zaludniona rzeszą postaci, ogromna (665 stron), kontemplacyjna, miejscami rubaszna i wulgarna, zderzająca proste, slangowe dialogi i obszerne opisy, szorstka i poetycka zarazem. To dziwna książka, bo jej refleksyjność właściwie nie jest zwerbalizowana w przemyślenia; tu nie ma wiele więcej poza opisami scenerii, działań i rozmów, niemal nic o wewnętrznych przeżyciach (jeśli już, to o zewnętrznych emocjonalnych reakcjach), to niemal czysta obserwacja w stylu - znów - zen. To dziwna książka, bo zaskakująca enigmatycznymi przebitkami z przeszłości i "przełączaniem" narratora. Ale jednak w alchemicznie magiczny sposób, we mnie przynajmniej, czytelnicze emocje i refleksje budzą się pośród samych tych opisów otoczenia i prostych działań, przezierają z gestów, wynikają z samego doboru słów, z kunsztownych, rozłożystych fraz i łańcuchów przymiotników, w których naturalizm stapia się z zadumą, a to co najwartościowsze w "Suttree'em", wyłania się spomiędzy tych słów i wersów, i licznych niedopowiedzeń. Świat tutaj to oczywiście żadna idylla, bo to Cormac, więc wiadomo - pejzaż ufundowany jest na śmietnisku i rozkładzie, a takie na przykład zachody słońca nad brzegiem rzeki bynajmniej nie przynoszą łatwych landszaftowych zachwytów. Mnie naprawdę trudno jest uchwycić i przekazać, na czym polega siła i urok tej powieści, i może w tej właśnie nieuchwytności tkwi jej literacka wielkość. Ale ona uderza od samego początku, od zapierającego dech cztery-i-pół-stronicowego wstępu, będącego poetyckim opisem ujścia strumienia do Tennessee River; jak nie jestem wielbicielem opisów przyrody od czasów liceum ("Nad Niemnem", oczywiście), to ten passus jest najpiękniejszym fragmentem spod ręki Cormaca i jednym z najpiękniejszych jakie zdarzyło mi się kiedykolwiek czytać. Także Maciej Świerkocki ("W ciemność") osiąga tu wręcz natchnione bogactwo słowa i czystą wirtuozerię w przekładaniu tak wielopiętrowych zdań, lakonicznych, szorstkich równoważników, jak i knajackich dialogów, łącząc to wszystko z wyczuciem rytmu, tak bardzo tu ważnego nastroju, i rozmaitych odcieni zadumy nad absurdem egzystencji. Książka pewnie nie dla każdego (a która jest taka?), ale dla mnie absolutnie niezwykła. A po powtórce jeszcze zyskała te ostatnie brakujące do maximum pół punktu.

A Cormac? Wydając "Suttree'ego" mieszkał już w El Paso w Teksasie i nasiąkał już innymi klimatami...

___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.

ŚMIERĆ I MĘŻCZYZNA

Wg niektórych doniesień Cormac począł pisać tę wydaną w 1979 roku powieść jeszcze sporo czasu przed debiutem i tworzył ją jakieś 20 lat, ale to nie jest jakieś istotne. Ważne, że od dzieciństwa do mniej więcej połowy lat 50. (z przerwami) sam mieszkał w (lub pod) Knoxville w Tennessee - i zasadniczo "Suttree" to portret tego właśnie czasu i miejsca....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

NA MARGINESIE MARGINESU

Trzecia powieść Cormaca (wyd. 1973), najkrótsza z dotychczasowych, stawia nie lada wyzwanie emocjonalne, mianowicie skłania czytelnika do empatii wobec jednostki odrażającej - mordercy i nekrofila. Jednakże historia Lestera Ballarda to przede wszystkim opowieść o odrzuceniu. Ballard, dziwak doświadczony ucieczką matki i samobójstwem ojca, zostaje wypchnięty przez społeczność której był członkiem jako nieprzystający do uważającej się za lepszą od niego społeczności. Tyle, że ta zbiorowość sama balansuje na granicy degeneracji. Mimo pozorów porządku (uosabianego przez szeryfa), społeczny margines stanowi większość pokazanej nam mieściny. Odrzucenie Ballarda, poparte fałszywym oskarżeniem o gwałt, pozwala pozostałym poczuć się lepiej, mocniej, wywrzeć na nim także brutalną przemoc fizyczną. Ciąg Lesterowych strat, poza obojgiem rodziców, obejmuje także domostwa - najpierw zlicytują mu chałupę w miasteczku, później spłonie zamieszkiwana przezeń rudera w lesie, co zmusi go do zamieszkania w jaskini. Te etapy wyznaczają kolejne stopnie alienacji Ballarda, której ubocznym skutkiem jest desperackie poszukiwanie bliskości, jednakże koniec końców tylko trupy nie są wobec naszego (anty)bohatera niechętne. Lester budzi głównie współczucie, lecz po wieloodcieniowości i symbolice poprzednich dzieł McCarthy'ego "Dziecię boże" wydaje się opowieścią zbyt jawnie opartą na szantażu emocjonalnym i nawet jeśli stawia pytanie o granice tego co daje się jakkolwiek usprawiedliwić, o punkt poza którym czyny zasługują na miano 'nieludzkich', to koncept ten cokolwiek trąci pretensjonalnością, której w tym przypadku nie równoważą nawet walory pisarskiego stylu, mniej interesującego niż we wcześniejszych tytułach.
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.

NA MARGINESIE MARGINESU

Trzecia powieść Cormaca (wyd. 1973), najkrótsza z dotychczasowych, stawia nie lada wyzwanie emocjonalne, mianowicie skłania czytelnika do empatii wobec jednostki odrażającej - mordercy i nekrofila. Jednakże historia Lestera Ballarda to przede wszystkim opowieść o odrzuceniu. Ballard, dziwak doświadczony ucieczką matki i samobójstwem ojca, zostaje...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

WĘDRÓWKA ZWANA ŻYCIEM

W drugiej swojej powieści (wyd. 1968) Cormac wyraźnie skręca w stronę alegorii. Nie porzuca charakterystycznego 'poetyckiego naturalizmu', jakim cechował się "Strażnik sadu" - i jaki będzie obecny w niemal całej jego twórczości. Ale tym razem opowieść o wędrówce młodej matki w poszukiwaniu odebranego jej dziecka, oraz (osobno) o wędrówce brata tejże w poszukiwaniu siostry, odbywa się bardziej w przestrzeni symbolicznej, niż w - ledwie sygnalizowanej - rzeczywistej topografii stanu Tennessee. To przestrzeń zapełniona mrokiem, gąszczem, naznaczona rozpadem i rozkładem, zawieszna między Poe a Faulknerem, a na naszym gruncie - kojarząca się z malarstwem Beksińskiego. Ona, Rinthy, niekiedy spotyka się z ludzką życzliwością, bo zło kryje się tu nie tyle w mieszkańcach co w samej krainie, zgodnie z biblijnym tytułem oznaczającym "ciemność zewnętrzną", a jego (zła) ucieleśnieniem są trzej jeźdźcy zagłady. W tej wersji są spieszeni, nie konno, i tylko trzej, ale bez wątpienia są czystym złem świata (powstaje pytanie, kto w tej metaforze jest jeźdźcem czwartym - demiurg-pisarz? a może czytelnik?). Ale to nie Rinthy, tylko jej brat, Culla, obciążony grzechem kazirodztwa i dzieciobójstwa (bo nawet jeśli malec tymczasowo uniknął śmierci, to przecież in spe został zabity), po tym jak przekracza symboliczny Styks (na promie, który tonie razem z przewoźnikiem i oszalałym ze strachu koniem - figurą Cerbera?), spotyka tych upiornych piechurów, po czym - zmuszony - bierze udział w ich makabrycznej kanibalistycznej komunii (ale czy kanibalizm nie jest wpisany w komunię niejako z symbolicznego założenia?). Przez mieszkańców odwiedzanych miasteczek Culla jest pod byle pretekstem przeganiany i ścigany. Grzech ciąży na nim niczym na błąkającym się po świecie Kainie, co wyczuwają inni, obwiniając go o rozmaite nawiedzające ich nieszczęścia - jak choćby grupa spotkanych przezeń świniopasów. Stado świń na widok Culli rzuca się w przepaść w jawnie biblijnym obrazie (tam, przypomnijmy, opętał je zły duch wygnany z człowieka przez Jezusa), a trzy ocalałe cudem prosiaki, niczym rewers upiornej trójki mężczyzn, beztrosko odbiegają w promieniach słońca (to bodaj jedyny moment, kiedy świeci ono jasno i ciepło). Ale to tylko chwila uniesienia, złudzenie zbawienia, zanim przyjdzie rachunek sumienia i Culla znów musi uciekać. Wędrówka u McCarthy'ego, będąca po prostu metaforą życia, odbywa się w pewnym zamkniętym niczym pułapka kręgu, wypełnionym alegoriami na niemal każdej stronie, w scenerii żywcem przeniesionej z gotyckiego horroru, z którego nie ma ucieczki. Jest tylko droga, ale nikt z bohaterów, czemu wielokrotnie dają wyraz, nie wie tak naprawdę do jakiego celu zmierza. Jak Rinthy, która rusza dalej nawet gdy już wie, że dziecka nie odnajdzie. Albo jak ślepiec z finałowej sceny, który co prawda nie zdaje sobie sprawy, że zmierza wprost na mokradła, ale przynajmniej wie, że nie widzi - i nie łudzi się, że jest inaczej.

___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.

WĘDRÓWKA ZWANA ŻYCIEM

W drugiej swojej powieści (wyd. 1968) Cormac wyraźnie skręca w stronę alegorii. Nie porzuca charakterystycznego 'poetyckiego naturalizmu', jakim cechował się "Strażnik sadu" - i jaki będzie obecny w niemal całej jego twórczości. Ale tym razem opowieść o wędrówce młodej matki w poszukiwaniu odebranego jej dziecka, oraz (osobno) o wędrówce brata tejże w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

ZAKISZENI

Druga odsłona planowanego na cztery tomy wojennego cyklu, którym mistrz kryminału zamierza połączyć wątki i postacie swoich już istniejących wcześnieszych siedmiu dzieł. Niestety wygląda na to, że krewki pisarz na stare lata zakochał się bez pamięci we własnym stylu i pisząc o Los Angeles w pierwszych miesiącach po Pearl Harbor (styczeń-kwiecień 1942) zapomniał jak prowadzi się fabułę i konstruuje wiarygodnych bohaterów. W efekcie powieść obejmująca trzy miesiące akcji liczy aż 826 stron, a jej fabuła, zbudowana - klasycznie dla Ellroya - z trzech splatających się śledztw kręci się większość czasu w kółko. Kolejne osoby powtarzają tu całymi stronami stwierdzenia dopiero wygloszone przez innych, dochodzą po kilka razy do tych samych wniosków, drepczą w miescu i pakują w siebie kolejne kilogramy benzendryny, która zresztą, jak się zdaje, wcale nie rozjaśnia im umysłów.

No właśnie - używki i cała reszta. Gliniarze Ellroya to nigdy nie byli aniołowie, ale to co na kartach "Burzy" odwalają wszystkie niemal bez wyjątku postacie, przechodzi ludzkie pojęcie. I nie, nie jeży włosów na głowie. Moralna zgnilizna w postaci używek, rozpasania seksualnego i fascynacji faszystowską i komunistyczną ikonografią jest tu skodensowane do tak kompletnie groteskowego stężenia, że odbiera choćby cień powagi. A szkoda, bo o nastrojach w wojennej Ameryce czy działaniach japońskiej V kolumny chciałoby się przeczytać coś poważnego. Niestety - zamiast społecznej panoramy dostajemy zakiszonych we własnym sosie 30 dewiantów, wśród których są co prawda policjanci, Japończycy, emigranci z Europy, naziści, komuniści, cesarska piąta kolumna i nawet gubernator z Meksyku, ale to nie przekłada się na żaden sensowny obraz poza absurdalnym wręcz dążeniem wszystkich do wydymania - dosłownie lub/i w przenośni - wszystkich pozostałych, ekhm, członków tej zapeklowanej w tomiszczu grupy. W przedziwny też sposób wiele osób wywala tu przed dopiero co spotkanymi obcymi własne i cudze brudy tylko po to, żeby ktoś, ekhm, posiadł określoną wiedzę. Nie pomaga też słynne ellroyowskie stacatto, które powtórzeniami fraz tylko pogłębia poczucie jałowości lektury. Nie jest to więc ani udana powieść kryminalna, bo śledztwa kręcą się tu w kółko, ani udana powieść historyczna, jaką planował autor, bo w nakreślonej tu fabule i świecie nie ma za grosz wiarygodności. Zupełnie inaczej niż w - pozornie podobnej - Perfidii, bo tam jednak z gorączkowej narracji wyłaniał się tętniący życiem portret zbiorowy. Tu zaś jedno, co się jako tako broni, to tylko fragmenty pewnego dziennika, bo w nich Ellroy odpuszcza swój męczący styl na rzecz bardziej normalnego pisania. Żal zmarnowanego potencjału, zwłaszcza że spora część postaci w "Burzy" to postaci autentyczne i o ciekawych życiorysach.

Najbardziej zaś jestem zaś wściekły na Ellroya za uczynienie ze swojego podobno ukochanego bohatera - Dudleya Smitha - karykaturalnego dewianta zafascynowanego zgoła erotycznie faszystowską estetyką. No kurde, tego już za wiele. Niestety jest to wisienka na strasznie zakalcowatym cieście - ukoronowanie najgorszej w dorobku powieści Ellroya, którą na koniec - niestety odległy od początku - odkłada się z ulgą i poczuciem dużej ilości zmarnowanego czasu. A to dopiero połowa planowanego czteroksięgu!

Jedno co budzi mój podziw, to wprost fenomenalny przekład Violetty Dobosz, weteranki Ellroya, która nie pierwszy raz imponuje im kunsztem w tworzeniu bardzo bezpośredniego, brudnego, ale jednocześnie niezwykle barwnego języka.
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.

ZAKISZENI

Druga odsłona planowanego na cztery tomy wojennego cyklu, którym mistrz kryminału zamierza połączyć wątki i postacie swoich już istniejących wcześnieszych siedmiu dzieł. Niestety wygląda na to, że krewki pisarz na stare lata zakochał się bez pamięci we własnym stylu i pisząc o Los Angeles w pierwszych miesiącach po Pearl Harbor (styczeń-kwiecień 1942) zapomniał...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach: ,

ANIOŁOWIE O BRUDNYCH TWARZACH

Umieszczona w szczególnym momencie historycznym akcja "Perfidii" stanowi udany mariaż epickiej fabuły policyjnej (jak w "Kwartecie LA") i ellroyowskiej wersji powieści historycznej (jak w trylogii "Underworld USA"). Śledztwo w sprawie mordu na japońskiej rodzinie splata się akcją internowania mieszkańców LA pochodzących z Kraju Kwitnącej Wiśni. Przy tej okazji przebiega też szemrana akcja rekwizycji nieruchomości. Wśród obywateli narasta antyjapońska histeria, a przy okazji jej ofiarami padają wrodzy wobec Japończyków, ale myleni z nimi Chińczycy. Jednym z głównych rozgrywających jest głowa Chinatown, potężny Ace Kwan. Kwan wchodzi w układ z zafascynowanym eugeniką chirurgiem - zamierzają za pieniądze operować chcących ukryć pochodzenie rasowe Japończyków. Aktywizuje się komunistyczna organizacja, inwigilowana przez policję. To wszystko odbywa się tuż obok Hollywood. Szef wytwórni filmowej jest namawiany do produkcji filmów porno. Dudley Smith sypia z Bette Davis. FBI nielegalnie podsłuchuje policjantów. Policjant sypie rodzinę przyjaciela. Wszyscy spodziewają się lada chwila ataku łodzi podwodnych na Los Angeles. W radiu nadaje rasistowski kaznodzieja Gerald K. Smith. Narastający chaos i przeczucie końca świata budzą poczucie bezkarności. Orkiestra Glena Millera gra z zapamiętaniem "Perfidię" - niczym orkiestra na "Titanicu". Nic więc dziwnego, że atmosfera jest napięta od pierwszej do ostatniej (z niemal dziewięciuset) strony. W Mieście Aniołów Ellroya każdy ma pełno za uszami, każdy próbuje bez skrupułów ugrać swoje.

Ten gąszcz wątków i epizodów splata się w tętniący pasją gorączkowy obraz, bogaty w mnóstwo mało znanych szczegółów i kapitalnych obserwacji socjologicznych. Stopień komplikacji, jak to u Mistrza, balansuje na granicy przyswajalności, ale na szczęście autor "Czarnej Dalii" powściągnął styl i powrócił nieco do bardziej klasycznej - jak na niego - formy opowiadania, znanej z "Kwartetu Los Angeles" (bo "trylogia Underworld USA" poziomem kondensacji języka przekraczała chwilami nawet moje normy). "Perfidia" to naturalne przedłużenie największych dzieł tego wyjątkowego pisarza. Pozostaje mieć nadzieję, że uda mu się planowanymi trzema powieściami spiąć w całość wielką sagę o Mieście Aniołów w równie wielkim stylu.
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.

ANIOŁOWIE O BRUDNYCH TWARZACH

Umieszczona w szczególnym momencie historycznym akcja "Perfidii" stanowi udany mariaż epickiej fabuły policyjnej (jak w "Kwartecie LA") i ellroyowskiej wersji powieści historycznej (jak w trylogii "Underworld USA"). Śledztwo w sprawie mordu na japońskiej rodzinie splata się akcją internowania mieszkańców LA pochodzących z Kraju Kwitnącej...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

CENA WŁADZY

O Williamsie poczytajcie gdzie indziej, natomiast tylko ta jedna z czterech jego powieści przyniosła mu jakąkolwiek nagrodę (National Book Award). To epistolarne studium dojrzewania do władzy, balansowania między etyką a pragmatyzmem w jej sprawowaniu, i wreszcie wysokiej ceny za przywilej jej sprawowania. Oktawian pokazany jest z wielu perspektyw, także od wewnątrz, najbardziej zaś przejmuje wątek konieczności dożywotniego uwięzienia ukochanej córki Julii. Augustowe rozmyślania bliskie są filozofom stoickim, jakkolwiek finalnie zaprawione znaczną - i zrozumiałą - dawką goryczy. Po serialu "Rzym" i (podobnie epistolarnych) "Idach marcowych" Wildera powieść Williamsa stanowi znakomite rozwinięcie ich wątków, w eleganckiej i przemyślanej literackiej formie. Teraz do kompletu tego autora życzyłbym sobie jeszcze przekład westernowego "Butcher's Crossing".

CENA WŁADZY

O Williamsie poczytajcie gdzie indziej, natomiast tylko ta jedna z czterech jego powieści przyniosła mu jakąkolwiek nagrodę (National Book Award). To epistolarne studium dojrzewania do władzy, balansowania między etyką a pragmatyzmem w jej sprawowaniu, i wreszcie wysokiej ceny za przywilej jej sprawowania. Oktawian pokazany jest z wielu perspektyw, także od...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

OGNIA!

Doceniam koncept 'szczęśliwego' społeczeństwa ogłupionego ze szczętem ekranową papką (który w sumie jest dość proroczy) i pomysł ze szwadronami palaczy książek, ale jako całość to szacowne dzieło razi łopatologią, bohaterowie to tylko nosiciele określonych postaw, a deklaratywność dialogów przyprawia o ból głowy. Nad brakiem logiki w szczegółach nie chcę się nawet rozwodzić, ale szkicowe światotwórstwo to cecha, której w s-f nie cierpię. Ocenę stawiam głównie za tą legendę, jaką książka Bradbury'ego jest owiana, ale do wyobraźni takiego na przykład Dicka czy Huxleya to tu daleko.

___
www.ZaOkladkiPlotem.pl | Rzetelne recenzje od 2011 r.

OGNIA!

Doceniam koncept 'szczęśliwego' społeczeństwa ogłupionego ze szczętem ekranową papką (który w sumie jest dość proroczy) i pomysł ze szwadronami palaczy książek, ale jako całość to szacowne dzieło razi łopatologią, bohaterowie to tylko nosiciele określonych postaw, a deklaratywność dialogów przyprawia o ból głowy. Nad brakiem logiki w szczegółach nie chcę się nawet...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Nie jestem i nie będę obiektywny, bo ofiara, Kasia, była moją koleżanką, ale moim zdaniem o tym konkretnym zwyrodnialcu nie powinno się w ogóle wspominać w przestrzeni publicznej póki żyje. Niech gnije w głuchej ciszy i samotności. Robienie, pod przykrywką poszukiwania "prawdy" czy "odpowiedzi", celebryty ze zwyrodnialca tylko nakręca i karmi jego poebany umysł. Może nie byłbym tak kategoryczny, gdyby nie wypowiedzi samego sprawcy w obszernym artykule Dobrowolskiej opublikowanym wiosną 2024 r. w "GW", z których jasno wynika, że jest głodny uznania i sławy. Zatem powtarzam - niech gnije.

Nie jestem i nie będę obiektywny, bo ofiara, Kasia, była moją koleżanką, ale moim zdaniem o tym konkretnym zwyrodnialcu nie powinno się w ogóle wspominać w przestrzeni publicznej póki żyje. Niech gnije w głuchej ciszy i samotności. Robienie, pod przykrywką poszukiwania "prawdy" czy "odpowiedzi", celebryty ze zwyrodnialca tylko nakręca i karmi jego poebany umysł. Może nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Dziwnie czyta się książkę opartą na koncepcie, ktory samemu się wymyśliło i wdrożyło kilka lat wcześniej z oparciu o klasyków Zen. Pomysł by zaprząc samurajów do psychoterapii brzmi karkołomnie, ale serio - współczesna psychologia śmiało sięga do dobrodziejstw buddyzmu z medytacją na czele. I bardzo dobrze, bo medytacja to potężne narzędzie. Anterfermo zaś, nawet dla kogoś oblatanego w temacie, stworzył świetną syntezę, przejrzysty przewodnik po zen-terapii, okraszony pouczającymi, obrazowymi anegdotami, których w pisarstwie Zen jest mrowie. Tak więc pozornie "Droga samuraja" może wyglądać zabawnie, ale jak chcecie uporządkować swoje wnętrze, poskromić emocje, odbić się od demonów - macie tu parę dobrze dobranych narzędzi do pracy. Dobrze też, że autor jest psychologiem - to inna jakość pisania. Warto jednak przypomnieć, że jeśli zmagacie się z poważnymi problemami, warto sięgnąć po bezpośrednią pomoc i udać się do lekarza-psychiatry.

Dziwnie czyta się książkę opartą na koncepcie, ktory samemu się wymyśliło i wdrożyło kilka lat wcześniej z oparciu o klasyków Zen. Pomysł by zaprząc samurajów do psychoterapii brzmi karkołomnie, ale serio - współczesna psychologia śmiało sięga do dobrodziejstw buddyzmu z medytacją na czele. I bardzo dobrze, bo medytacja to potężne narzędzie. Anterfermo zaś, nawet dla kogoś...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

PRZYPOWIEŚĆ O POJEDNANIACH

Przeszło dekadę po czwartej powieści cyklu, twórczyni Ziemiomorza w jednym roku zaserwowała czytelnikom aż dwa tomy: zbiór opowiadań, oraz piątą, ostatnią powieść. Warto przypomnieć sobie ostatni tekst tamtego zbioru ("Ważka"), gdyż stanowi on swoisty łącznik między "Tehanu" (bohaterki tych tekstów mają wspólną pewną fundamentalną cechę) a "Innym wiatrem" (gdzie się spotykają). Podobnie jak w czasie rzeczywistym, również kilkanaście lat upłynęło w historii najpiękniejszej z literackich krain, gdy niepokojące wydarzenia na granicy świata żywych i świata umarłych alarmują króla Lebannena (Arren z "Najdalszego brzegu"), magów z Roke, angażują smocze dziecko - już nastoletnią Tehanu i jej przybraną matkę Tenar ("Grobowce Atuanu"), a nawet trzymających się dotąd z dala od spraw Archipelagu wojowniczych mieszkańców Kargardu. Jedynie Ged zwany Krogulcem ("Czarnoksiężnik z Archipelagu") świadomie usuwa się na margines, co budzi w czytelniku odruchowy sprzeciw, ale po zastanowieniu trzeba przyznać, że jest to lekcja wielkiej pokory w duchu filozofii Wschodu. Zbiorowa wyprawa, szlakiem podobnym do wyprawy Krogulca i Arrena ze trzy dekady wcześniej, postawi swoich uczestników wobec konieczności przełamania narosłych między nimi barier, zburzenia wewnętrznych murów, pokonania wyuczonych czy wrodzonych lęków, wyciągnięcia ręki i współpracy. Szczególnie widać to w pełnej społecznych lęków Tehanu, u której makabryczne przeżycia z dzieciństwa okaleczyły nie tylko pół twarzy, ale też psychikę. O tej dziewczynie czyta się ze ściśniętym sercem, podobnie jak historię młodego czarodzieja Olchy i jego zmarłej żony, od których wszystko się zaczyna. Za to dla równowagi wątek opornie idącej integracji króla Lebannena z obcą kulturowo księżniczką Kargardu generuje akcenty humorystyczne, niepozbawione zresztą feministycznej szpilki. W istocie jest to powieść o szukaniu porozumienia i jedności, zarówno między ludźmi jak i między światami. Efekt wysiłków naszych bohaterów kieruje całość w stronę taoistycznego rozumienia życia po śmierci, co nie dziwi zważywszy bliskość tego nurtu samej Autorce i liczne elementy taoizmu rozsiane szczodrze po całym cyklu. Finalnie "Inny wiatr" pozostawia pewien niedosyt, być może przez znaczną liczbę bohaterów i rozproszenie uwagi, być może przez niedomknięcie pewnych wątków (los Geda dopełni się dopiero w późniejszym aż o 17 lat opowiadaniu "Blask ognia"). Z perspektywy czasu w światotwórstwie cyklu widać też szwy, "Inny wiatr" podważa wiedzę o zaświatach wyniesioną z wcześniejszych części (zwłaszcza z "Najdalszego brzegu"), podobnie jak zmienia się przedstawienie smoków, a w tej kwestii od pierwszego do ostatniego tomu Autorka wykonała zwrot o pełne 180 stopni. Trudno jednak, w tak złożonym, nasyconym symboliką, filozofią i znaczeniami, tworzonym przez aż 54 lata (!) wieloczęściowym fresku, o niezmienność idei i pomysłów, zwłaszcza że Autorka sama nieraz podkreślała, że dojrzewała wraz ze swym cyklem, a cykl wraz z nią. I w moim ostatnim tekście o Ziemiomorzu chcę to wyraźnie sformułować - jest on (cykl) jako całość czymś absolutnie wyjątkowym, bezprecedensowym na wielu płaszczyznach, nasyconym symboliką, filozoficznie mądrym i estetycznie spełnionym, godzącym intymne skupienie i epickie światotwórstwo, a wreszcie - i to może najważniejsze - łączącym powieść z medytacją. Dzieło niezwykłe.

Ode mnie:
Inny wiatr: 5,0 / 6
Ziemiomorze (cykl): 6 / 6
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.

PRZYPOWIEŚĆ O POJEDNANIACH

Przeszło dekadę po czwartej powieści cyklu, twórczyni Ziemiomorza w jednym roku zaserwowała czytelnikom aż dwa tomy: zbiór opowiadań, oraz piątą, ostatnią powieść. Warto przypomnieć sobie ostatni tekst tamtego zbioru ("Ważka"), gdyż stanowi on swoisty łącznik między "Tehanu" (bohaterki tych tekstów mają wspólną pewną fundamentalną cechę) a "Innym...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

POSZERZANIE ŚWIATA

Pięć opowiadań ze świata najpiękniejszego literackiego archipelagu to próba uzupełnienia niektórych z luk przed i pomiędzy kolejnymi powieściowymi historiami składającymi się na cykl o Ziemiomorzu. "Szukacz", będący w zasadzie z racji rozbudowanej konstrukcji bardziej nowelą niż opowiadaniem, przybliża genezę czarnoksięskiej szkoły na Roke, której początki obracają się wokół młodego Wydry tak jak wielkie skrzydła wrót szkoły obracają się wokół niepozornych zawiasów. "Diament i Czarna Róża" to historia wyboru między uczuciem a powołaniem. Najbardziej chyba dramatyczne "Kości Ziemi" dotykają młodości Ogiona, późniejszego nauczyciela Geda/Krogulca. "Historia z Górskich Moczarów" to znowóż czarnoksięskie dylematy, choć w nieco innym ujęciu niż w "Diamencie..." (mające miejsce w czasie arcyksiężnikowania Geda na Roke). Z kolei "Ważka", kolejny dłuższy tekst w zbiorze, zarówno przez postać bohaterki jak i fabułę, wpasowuje się pomiędzy późniejsze tomy Ziemiomorza (a dokładnie po "Tehanu"). Przy okazji tych epizodów poznajemy różne niuanse rzeczywistości i historii Archipelagu (jak choćby obecność i nieobecność kobiet w czarnoksięskiej szkole), a nawet te teksty, które pozornie niewiele wnoszą do cyklu i wiedzy o jego świecie ("Diament…" i "Historia...") , są udanymi migawkami, skłaniającymi do zadumy na przykład nad tym, że sam talent nie oznacza jeszcze przeznaczenia, kiedy nie ma woli by pójść za tym talentem. Ale to pierwsze, trzecie i piąte opowiadanie przesądzają o wartości zbioru, i to w nich, wewnątrz fabuł, najwięcej wplecionych jest zatrzymujących uwagę refleksji. W każdym razie piękno, prostota i niemal mitologiczny uniwersalizm przenikają te utwory w stopniu nie mniejszym, niż powieściowe odsłony cyklu o tym chyba najpiękniejszym z literackich światów.

Ode mnie: 5,5 / 6
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.

POSZERZANIE ŚWIATA

Pięć opowiadań ze świata najpiękniejszego literackiego archipelagu to próba uzupełnienia niektórych z luk przed i pomiędzy kolejnymi powieściowymi historiami składającymi się na cykl o Ziemiomorzu. "Szukacz", będący w zasadzie z racji rozbudowanej konstrukcji bardziej nowelą niż opowiadaniem, przybliża genezę czarnoksięskiej szkoły na Roke, której...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

PRZYPOWIEŚĆ O PORANIONYCH

Cykl o Ziemiomorzu ma tę cechę, że poszczególne opowieści splatają się i zazębiają, ale zachowują znaczną autonomię. Dzielą je spore odstępy czasowe i przestrzenne, a łączące je nitki wydarzeń podane są często mimochodem, a nie w formie jednolitej fabularnej sagi. Każda odsłona z trzech poprzednich obraca się wokół innej postaci (czarnoksiężnik Ged, kapłanka Tenar, książę Arren). "Tehanu" sprowadza ich wszystkich w jedno miejsce, na znaną nam już z pierwszej powieści wyspę Gont, ale kluczową rolę pełni tym razem jeszcze ktoś nowy: poparzone i okaleczone dziecko, dziewczynka cudem uratowana ze złych rąk przez niegdysiejszą kapłankę z Atuanu. Jednooka Therru nie jest jedyną pokiereszowaną osobą na Goncie, bo podobnie zdruzgotany jest Ged zwany Krogulcem, do niedawna Arcymag, przywieziony na Gont przez smoka zaraz po tym jak utracił swą czarnoksięską moc w finale "Najdalszego brzegu". Oboje, i Ged, i Therru, ale każde inaczej, będzie próbowało określić siebie na nowo, zbudować nową tożsamość na bliznach i gruzach, zmagając się z depresją i klasycznym zespołem stresu pourazowego. Brzmi to może mało literacko, ale takie jest sedno: "Tehanu", najbardziej kameralna i introwertyczna, ale zarazem najbardziej przejmująca odsłona Ziemiomorza, jest przypowieścią właśnie o re-konstruowaniu siebie.

Choć nie tylko. Przyjęta perspektywa, a jest nią punkt widzenia ponad 40-letniej już Tenar, pociąga za sobą wykładnię kobiecego widzenia świata, życia i przemijania. Opowieść, zamkniętą w obrębie tylko jednej wyspy i zaledwie trzech-czterech lokacji, w dodatku niemal zupełnie odartą z elementów fantastycznych, determinują relacje między bohaterami: ze zdruzgotanym Gedem, a także - może nawet ważniejsza - z poparzoną Therru. Tenar, która niegdyś sama odrzuciła splendor powierniczki Pierścienia Erreta-Akbego i wybrała proste pasterskie życie na wyspie Gont, jest teraz punktem odniesienia dla tych obojga po przejściach. Jej historia to też opowieść o odnajdywaniu swojej siły w prostocie codzienności, i o trudnym ale koniecznym wyzwalaniu się z ciasnego gorsetu ról społecznych. Role te nie są bowiem dane raz na zawsze, nie są samą tożsamością, a ta - też nie jest niezmienna. Tak, jest tu wyraźna perspektywa feministyczna (którą Autorka podkreśla także w posłowiu), ale jest to przesłanie na wskroś ogólnoludzkie. Arcymag nie musi być do śmierci arcymagiem, a pokiereszowane i zdruzgotane dziecko może rozwinąć skrzydła. Trzeba tylko czasu.

Ode mnie: 5,5 / 6
___
www.ZaOkladkiPlotem.pl : Rzetelne recenzje od 2011 r.

PRZYPOWIEŚĆ O PORANIONYCH

Cykl o Ziemiomorzu ma tę cechę, że poszczególne opowieści splatają się i zazębiają, ale zachowują znaczną autonomię. Dzielą je spore odstępy czasowe i przestrzenne, a łączące je nitki wydarzeń podane są często mimochodem, a nie w formie jednolitej fabularnej sagi. Każda odsłona z trzech poprzednich obraca się wokół innej postaci (czarnoksiężnik...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to