czytający 
"Książka to przyjaciel, który nigdy nie zdradzi" - J.V. des Barreaux -------------------------------------------------------------------------------------------------------- Czytanie to najpiękniejsza rzecz przytrafiająca się człowiekowi który chce pobudzić swoją wyobraźnię. Czytam, bo chcę realniej widzieć swoje marzenia, chcę patrzeć na nie, spisane literami na kartach książek. Odczuciami książkowych bohaterów moja fantazja wzbija się do podniebnych lotów. Czytam, bo czasami widzę siebie w lustrze jakim jest książka.
41 lat, mężczyzna, Warszawa, status: bibliotekarz, dodał: 7 książek i 43 cytaty, ostatnio widziany 5 godzin temu
Teraz czytam
  • Idiota
    Idiota
    Autor:
    Oto powieść, z utworów Dostojewskiego kto wie czy nie największa, na pewno zaś najgłębiej badająca mroczne tajniki duszy, a zarazem wzywająca do wytrwania w poszukiwaniu piękna jej wnętrza, chrześcij...
    czytelników: 14402 | opinie: 307 | ocena: 8,1 (4824 głosy) | inne wydania: 18

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-16 17:54:23
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam, Posiadam
 
2018-12-16 17:46:36
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Jan Andrzej Morsztyn dobrze wie, jak ugrzęznąć wśród miłosnych westchnień i krotochwilnych umizgów. Chociaż jego wiersze napędza salonowy dowcip, to sam autor bardziej przypomina wycieńczonego amorami galernika, niż statecznego podskarbiego wielkiego koronnego XVII-wiecznej Polski. Za jakież grzechy w takim razie został przywiedziony na te miłosne galery? Prawdopodobnie za niebywały talent do... Jan Andrzej Morsztyn dobrze wie, jak ugrzęznąć wśród miłosnych westchnień i krotochwilnych umizgów. Chociaż jego wiersze napędza salonowy dowcip, to sam autor bardziej przypomina wycieńczonego amorami galernika, niż statecznego podskarbiego wielkiego koronnego XVII-wiecznej Polski. Za jakież grzechy w takim razie został przywiedziony na te miłosne galery? Prawdopodobnie za niebywały talent do tworzenia dworskich erotyków, za umiejętność wymyślania zręcznych metafor i barwnego opisywania upalnej miłości. Ten obyty w świecie salonowiec przy dźwiękach lutni potrafi wyczarować dosłownie wszystko, za jego sprawą nawet mróz pali a ogień chłodzi. Jednak czy dałem się nabrać na godne występku dumania zakochanych? Myślę, że wiele jeszcze braknie do tego, abym pisał peany na cześć jego twórczości.

Forma przytłoczyła treść i odsłoniła niestałość uczuć opisywanych przez Morsztyna kochanków. Umie on zastawiać sidła na nobliwe matrony i strwożone brakiem doświadczenia dziewice. Trzeba przyznać, że w przekornych strofach zawarł umiejętność łowienia nawet największych cnotliwych tego świata. Łowi żartem, łowi okraszoną namiętnością chwilą, poluje na serca kruchymi wersami pełnymi zgrabnych miłostek. Daje wiele efektu a mniej liryki. Cóż, od czasu do czasu można zaszaleć w karnawale prostych hołdów oddawanych Wenerze i Kupidynowi. Dobrze co jakiś czas poprawić swój humor i być może ogrzać zziębnięte serce. W płomieniach poezji barokowego poety rozgrzeje się nawet największy emocjonalny zmarźlak.

To literatura wzdychań i figli. Jeśli ktoś szuka poważnych uniesień doprowadzających do płaczu to może się srogo pomylić. Owszem, Morsztyn potrafi wyciskać łzy, ale tylko lekką tematyką ubraną w namiętne zwroty. Nie można ukrywać, że jest wytrawnym wirtuozem barwnego i finezyjnego języka. Jednak nie wolno też zapominać, że to człowiek baroku i wielbiciel francuskiej kultury z której czerpał pełnymi garściami. To kosmopolita, którego cechuje bogactwo formy wyrazu. Jest przykładem na to, że manieryczna poezja wzbudzała w jego czasach zachwyty. Ogromna ilość stosowanych przez niego środków ekspresji nadaje poezji cech wykwintnej erotyki.

Jan Andrzej Morsztyn pozostanie w mojej pamięci jako znakomitość barokowego świata, godny zapamiętania twórca niepospolitych rymów. To z mojej strony wielkie uznanie dla sławy tamtych czasów. Jednak osobiste ciągoty w kierunku bardziej poważnych trendów literatury skłaniają mnie ku przeświadczeniu, że być może ostatnie dni zostaną przeze mnie uznane za chwilowy kaprys, żart uczuć, osłabienie rozumu na korzyść emocji. Nie chciałbym Was jednak w jakikolwiek sposób zniechęcić do poety, którego można obecnie poznać już tylko wśród przykładów baroku, podawanych przez nauczycieli języka polskiego. Zapomniany a jednak wart spojrzenia dla samej zabawy słowami miłosnej liryki.

pokaż więcej

 
2018-12-12 20:43:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Nadszedł czas pytań, na których odpowiedzi próżno by szukać we wszystkich napisanych dotychczas książkach. Temat moralności bez Boga, chociaż tak mocno poruszany przez uczonych tego świata, nigdy do końca nie zostanie zgłębiony. Odsłonić rąbek tajemnicy próbowała również Iris Murdoch. W dusznej ale jednocześnie lodowatej atmosferze londyńskiej parafii chciała rozwiać mgłę, skrywającą upiorne... Nadszedł czas pytań, na których odpowiedzi próżno by szukać we wszystkich napisanych dotychczas książkach. Temat moralności bez Boga, chociaż tak mocno poruszany przez uczonych tego świata, nigdy do końca nie zostanie zgłębiony. Odsłonić rąbek tajemnicy próbowała również Iris Murdoch. W dusznej ale jednocześnie lodowatej atmosferze londyńskiej parafii chciała rozwiać mgłę, skrywającą upiorne kształty wielu sumień. W jeszcze żywym grobowcu starała się odkryć przyczyny niedorzecznej izolacji. Jednak ten odnaleziony przez nią skarb wcale nie olśnił mnie swym blaskiem jedynej słusznej prawdy. Wręcz przeciwnie, pozostawił gdzieś na samym dnie mojego umysłu cień wątpliwości. Drzwi, które na moment uchylił "Czas aniołów", zawarły się z hukiem, zostawiając swoich gości z niemym pytaniem na ustach.

Bohaterowie powieści Murdoch zachowują się jak strażnicy uśpionego zaklęcia. Żadne z nich nie odważy się przerwać pełnych niepokoju wyobrażeń. Wyzbywanie się moralności nie jest czymś prostym a wiara nie opuszcza ludzi tak często. Może się wydawać, że ogromny Londyn stanowiący tło dla rozgrywających się wydarzeń, jest dogodnym miejscem do ukrycia kontrowersyjnych dramatów przemijającej wiary. Jednak w "Czasie aniołów" to miasto staje się wyludnionym bastionem strachu przed konsekwencjami zwątpienia w niematerialne byty. Tu niczego się nie da ukryć. Zmierzch Boga, duchowa ekscentryczność, odrębność każdego człowieka i jego miejsce w społeczeństwie. Te wszystkie problemy nie potrafią zniknąć w wielkomiejskich oparach.

Gdybym zawsze umiał rozróżnić co jest czarne a co białe, to nie zadawałbym sobie takich pytań, jakie widziałem również na ustach intrygujących mnie postaci. Łączące ich dziwne więzi jeszcze bardziej potęgują uczucie niepewności własnych poglądów. Paraliż woli, tak wyraźnie zaznaczony w książce Murdoch, aż krzyczy o więcej dostępu do powietrza a przecież królująca tam mgła nie powinna zabierać ludziom tlenu. Ona ogranicza jedynie trzeźwość umysłu i zaciera kontury rzeczywistości. Daje się jednak wyczuć chęć rozbicia ustalonego porządku, do wybuchu kryzysu niewiele potrzeba.

Iris Murdoch zawsze mnie zaskakuje. Wstydliwymi kłopotami natury moralnej. Emocjonalnym odstawaniem od pionu. Światem pełnym fenomenalnej inności. Cienie zwątpienia na zmianę mijają się z jasnością trzeźwego rozsądku. Zauważyłem, że ludziom stworzonym przez anglo-irlandzką pisarkę brakuje często odwagi, żeby walczyć o dostęp do prawdy. Bo ta prawda jest często tak straszna, że ciężko uwierzyć w konieczność dochodzenia do niej. Zapewniam, że również i teraz będziecie się mogli zmierzyć z czymś zupełnie nieoczekiwanym. Iris Murdoch przygotowała cios, który dla wielu z Was wyda się zbyt silny aby obojętnie podejść do tej lektury.

pokaż więcej

 
2018-12-08 20:43:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Jestem przekonany, że miałem sposobność poznania Odyseusza XX-wiecznej poezji. Bo tak jak starożytny tułacz przemierzający tajemnicze i groźne morza, tak ten amerykański modernista również ukochał włóczęgę. Co prawda Odysa gnały najczęściej złe wiatry lub kapryśne boskie decyzje. Natomiast Ezra Pound świadomie i bez podlegania nadprzyrodzonym mocom tworzył serie obrazów, których istnienie... Jestem przekonany, że miałem sposobność poznania Odyseusza XX-wiecznej poezji. Bo tak jak starożytny tułacz przemierzający tajemnicze i groźne morza, tak ten amerykański modernista również ukochał włóczęgę. Co prawda Odysa gnały najczęściej złe wiatry lub kapryśne boskie decyzje. Natomiast Ezra Pound świadomie i bez podlegania nadprzyrodzonym mocom tworzył serie obrazów, których istnienie porównałbym właśnie do relacji z dalekich podróży. Zresztą jego peregrynacje po świecie nie były mniej imponujące od tych, będących udziałem starożytnego Greka. Pound odmalował starożytność tak wyraźnie, jakby sam się w niej narodził. Ucztowanie w jego poezji przypominało mi bardziej ekstazy Dionizosa, niż klasyczne rytmy korzystające z wydeptanych przez jego poprzedników ścieżek. Nawet rozpostarty nad nim cień faszyzmu nie przysłonił mi jego literackich osiągnięć. Te złe zauroczenia potraktowałem jako wypadek, nie mający wpływu na jego największe liryczne dzieła.

Potrzeba ogromnej erudycji aby rozróżnić kształty wynurzające się z historycznej materii, tak hojnie rozlewanej przez amerykańskiego poetę. Niektóre jego wiersze są wręcz nieczytelne a rozszyfrowywanie poetyckich łamigłówek, może stanowić dla niejednego czytelnika wspaniałą zabawę. To żmudne odczytywanie ma też z drugiej strony szansę na doprowadzenie niejednej osoby do wynikłego z niezrozumienia skrajnego znudzenia. Co jednych wzrusza i ciekawi, innych ma przecież prawo irytować. Tymczasem ja odnalazłem się w natłoku mitologicznych i historycznych aluzji całkiem dobrze. Zestawienie tego wszystkiego przez Pounda według niewytłumaczalnego klucza, nie zepsuło mi radości z obcowania z potężną dawką dobrej poezji.

Ezra Pound widzi wiosnę idącą od Tracji by za chwilę rzucać zachęty dla Walta Whitmana. Nie trzyma się konwencji, protestuje w jednym z wierszy pisząc: "Chodźcie, pieśni, mówmy o doskonałości - Zaczną nas raczej nie lubić." Stara się wyrażać w najprostszy sposób, jest bezpośredni, zimnym światłem omiata rzeczywistość. Jego wiersze przypominały mi bardziej natchnioną matematykę a wyrazy w jego rękach to materiał, w których kuje kunsztowne słowne wywijasy. Ciekawić może fragment jednego z utworów:

"Byłem;
Przestałem istnieć;
Tu zbłądził
Hedonista"

O czym może myśleć człowiek pełen wyczucia piękna? Co ma na myśli ktoś, komu w każdej chwili do ogrodu może wskoczyć faun?

Według Pounda literatura nie przynosi dobrych synekur. Jednak to nie przeszkadza przynajmniej w stąpaniu w wyobraźni po rzymskiej Via Sacra lub hyrkańskim molo. Pełna iluzji poezja przywodzi czytelnika do źródeł cywilizacji, do początków, w których chaosie z niczego narodziło się coś. Studiując tę lirykę, momentami wyczuwałem gromadzenie przez poetę delikatnej myśli, otulonej niekoniecznie przez wyczulone na krzywdę rymy. Można dostać zawrotu głowy od skomplikowanej syntezy, którą zaprezentował Ezra Pound. Z prostych elementów złożył trudne w odbiorze dzieła i wcale nie silił się na ich tłumaczenie na zwykły język przeciętnego śmiertelnika. Zachęcam do żmudnej lektury wszystkich tych, którzy z chęcią połamią sobie głowę nad z pozoru niespoistą i niezrozumiałą twórczością.

pokaż więcej

 
2018-12-04 21:05:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Seria: Seria z Okiem

Ta powieść jest dla osób o otwartych umysłach. Dla tych, którzy zmuszeni są żyć w tajemniczo brzmiącej Dolinie Mroków Życia. Również dla tych, którzy nie przejdą obojętnie wobec fascynacji Sokratesa Fajdrosem, ale też dla wszystkich innych, którym bliżej jest do tolerancji niż do dyskryminacji. Szerokie horyzonty wyznaczą zasięg odbiorców tej książki. Niech przeczytają ją nie tylko ci, którzy... Ta powieść jest dla osób o otwartych umysłach. Dla tych, którzy zmuszeni są żyć w tajemniczo brzmiącej Dolinie Mroków Życia. Również dla tych, którzy nie przejdą obojętnie wobec fascynacji Sokratesa Fajdrosem, ale też dla wszystkich innych, którym bliżej jest do tolerancji niż do dyskryminacji. Szerokie horyzonty wyznaczą zasięg odbiorców tej książki. Niech przeczytają ją nie tylko ci, którzy akceptują miłość taką, jaką ona jest. Prawdziwym szczęściem by było, żeby nikt nie musiał płakać z powodu najpiękniejszego uczucia świata. Właśnie, bo czym są Szczęśliwe Czasy, którym Edward Forster dedykował "Maurycego"? Moim zdaniem ta wyczekiwana przez niektórych epoka nadejdzie dopiero wtedy, kiedy ci, którzy nie czynią zła, przestaną się bać bycia sobą.

Bohaterami tego pięknego dzieła mogliby zostać Ganimedes niskiego stanu i lepiej od niego sytuowany Zeus, pochodzący z dobrej angielskiej rodziny. Łączy ich świat widziany po drugiej stronie lustra. Świat w którym wygórowane ambicje tradycyjnego społeczeństwa nijak się mają do pragnień ludzi z których ust często dobiega krzyk samotności. Nadzieje i tęsknoty stanowią nieodłączny element krajobrazu, przetykanego przez Forstera co kilkanaście stron hellenistycznymi akcentami. Ach, ta wielka tajemnica, która nakazuje dbać o dobre imię domu. Przecież na uczucia nie należy zwracać żadnej uwagi, najważniejszy jest społeczny porządek ustanowiony według żelaznych reguł. Skostniałe konwenanse edwardiańskiej Anglii wyznaczają granice osobistej wolności. Wystarczy być wzorowym obywatelem aby nie dotknąć bram piekła. A co zrobić z banitami, którzy aż się proszą, żeby to piekło przyszło do nich i wyzwoliło z umysłowej ciasnoty?

Bez trywialnej cielesności, prostymi ale subtelnymi słowami. W taki sposób angielski pisarz zdobył moje zaufanie. Niezwykła zażyłość o jakiej miałem okazję czytać, wcale nie wykazywała cech rozpasania. Wręcz przeciwnie. Widziałem ludzkie życie domagające się harmonii, dostrzegałem czytelną drogę jaką Forster wyznaczył uczestnikom tej miłosnej wędrówki. Na koniec nawet powiało wolnością. Pozostał po niej stosik płatków wiesiołka z przydomowego ogrodu. I to wszystko wydarzyło się ponad sto lat temu. Edward Forster przedstawił swoją wizję namiętności w sposób nie odbiegający od ogólnie przyjętych zasad dobrego wychowania. Grzecznie ale stanowczo przekazał, że z gwałtów zadawanych swojemu ciału i duszy nie wynika nic dobrego a zostaje po nich tylko wyobcowanie i niechęć do życia.

"Maurycy" obala teorię, że społeczeństwo szykuje każdemu bezpieczny i zgodny z jego przeznaczeniem kąt. Utwierdza pogląd, według którego zakłamanie gromadzi się niczym zbierająca burza w zakątkach duszy. Można przez pewien czas walczyć z ciałem, jednak sumienie ma za nic wszelkie próby narzucenia kagańca. Ta powieść nie zastawia sideł na cnotę, tylko pokazuje dwulicowość ludzi, których umysły niekoniecznie charakteryzują się szlachetnością. Dodałbym na zakończenie, że ona po prostu przedstawia przeciętne dni zwyczajnych bohaterów, których można tak samo spotkać w czasach nam współczesnych.

pokaż więcej

 
2018-11-30 20:38:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Teatr zwany życiem odsłonił przede mną kurtynę a moim oczom ukazał się mały wycinek ogromnego zbioru "Komedii ludzkiej". Swym paryskim dowcipem ujęła mnie rasa wykwintnej literatury. Zjednała śmiechem przez łzy, zauroczyła dobrym smakiem i subtelnymi błyskami rzucanymi przez prowincjonalnego dandysa. Scena na której umieścił swych bohaterów Honoriusz Balzak, aż skrzy się od mozaiki... Teatr zwany życiem odsłonił przede mną kurtynę a moim oczom ukazał się mały wycinek ogromnego zbioru "Komedii ludzkiej". Swym paryskim dowcipem ujęła mnie rasa wykwintnej literatury. Zjednała śmiechem przez łzy, zauroczyła dobrym smakiem i subtelnymi błyskami rzucanymi przez prowincjonalnego dandysa. Scena na której umieścił swych bohaterów Honoriusz Balzak, aż skrzy się od mozaiki charakterów, dźwigających na swoich barkach sławę Paryża i małomiasteczkowość Angoulême. Szlachetna wiara nazwana złudzeniem uświadomiła mi, jak wielkie trzeba mieć szczęście aby zaistnieć pośród ludzi spragnionych cudzych pieniędzy i sławy. Mało tego, ukazała potrzebę ogromnej odwagi niezbędnej do tego, żeby wypłynąć na zdradzieckich wodach intryganckiego świata. To komedia i dramat spotkały się w tych niespokojnych zakątkach francuskiej literatury i w jednym dziele pokazały skomplikowaną maszynerię egzystencji.

"Stracone złudzenia" są tak wielką zabawą słowem pisanym, jak potężna jest w nich porcja emocji. To ciernista droga dla geniuszy pokroju Lucjana Chardona. Stanowią połączenie wysokiej inteligencji emocjonalnej z mętnym dnem różnic klasowych. Dzięki tym niemożliwym do przebycia społecznym progom, Balzak czyni głębokie analizy. Rozkłada na czynniki pierwsze wszelkie zależności, wynikające z istnienia ludzi bogatych i biednych, naiwnych i pewnych siebie, chciwych i gotowych do poświęceń. Poświęca dużo czasu ofiarom nielitościwych barier, jest w stanie co chwilę wywołać modne w tamtych czasach omdlenie. W atmosferze pisanych przez damy chłodnych bilecików, wznosi się na wyżyny słowa tworzonego prozą. Balzak jest królem manier nawet wtedy, kiedy musi się zmierzyć z bagnem zdrady.

Na początku chciałem porównywać Stendhala do Balzaka. Myślałem o tym, żeby za pomocą przeciwieństw ukazać, który z nich dzierży palmę francuskiej literatury tego samego okresu. Jednak doszedłem do wniosku, że ci pisarze wzajemnie się uzupełniają, jedynie malując innym odcieniem te same kolory ludzkich charakterów. Spotkamy u nich podobne emocje, te same żądze zawiadujące losami spragnionych władzy i sławy. Stendhal może tylko stawia nieco większy nacisk na wrażliwość zagubionych amatorów rozgłosu, gdy Balzak na chłodno i metodycznie potrafi opisać piękno błyszczącego świata. Honoriusz Balzak to rozpływający się w szczegółach analityk a Stendhal jest romantykiem u którego ruiny marzeń może bardziej wystrzelają w niebo.

Czytając "Stracone złudzenia" trzeba się przygotować na obecność paryskiej cyganerii, na której przykładzie można podejrzeć mechanizmy zarządzające rynkiem prasy i księgarni. Warto też wtedy zadać pytanie o sumienie. Czym jest ten balast dla ludzi z pierwszej połowy XIX wieku, dla wszystkich pragnących przejścia z nędzy do dostatku. Zaglądając do głębi dziennikarskiego życia, francuski pisarz łapie swoich bohaterów na lep pochlebstw i roztacza przed nimi rozkosze dandysowskiej zabawy. Im więcej się ich złapie w sieci utkane z intryg, tym mocniejszych upokorzeń będą musieli doznać ci próżni ludzie. Czy szlachetna inteligencja oprze się pokusom arystokratycznych salonów? Czy piętno geniuszu wygra z miałkością ludzkich słabości? Sami się przekonajcie nie zważając na opasłe tomiszcze powieści Honoriusza Balzaka.

pokaż więcej

 
2018-11-16 20:10:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Niezrównana to była para. On, pretendent do władzy nad całym łacińskim światem. Ona, ostatnia królowa hellenistycznego Egiptu, mająca skłonności do zakochiwania się w rzymskich mężach stanu. Jego mieczem rządziło serce, jej rozumem zawładnęły żądze namiętności. Niezależnie od historycznego przekazu, takimi ich widział William Szekspir. Stali się bohaterami dramatu, w którym zmienna Fortuna... Niezrównana to była para. On, pretendent do władzy nad całym łacińskim światem. Ona, ostatnia królowa hellenistycznego Egiptu, mająca skłonności do zakochiwania się w rzymskich mężach stanu. Jego mieczem rządziło serce, jej rozumem zawładnęły żądze namiętności. Niezależnie od historycznego przekazu, takimi ich widział William Szekspir. Stali się bohaterami dramatu, w którym zmienna Fortuna kazała kołem się toczyć losom, tak zależnym w starożytnym świecie od jej kaprysów. Jednak ci rozkochani w sobie ludzie niekoniecznie musieli słuchać humorzastej bogini, ponieważ posiadając władzę i dobre urodzenie, sami wybierali co dobre i złe. Mogłem na własne oczy się przekonać, czym zakończyły się ich starania o wspólne szczęście. Nie będę niedyskretny, kiedy podpowiem Wam, że szekspirowski punkt widzenia niewiele się w tym wypadku różni od historycznej prawdy o tej wielkiej parze.

Kleopatra widziała w Marku Antoniuszu swojego Jowisza. Marek Antoniusz z kolei porównywał ją do pięknej Tetydy, która skradła jego uczucia. Zbliżył ich konflikt i wielka polityka a rozdzieliła jadowita trucizna i sztylet. Gdyby nie fatalna w skutkach bitwa pod Akcjum to kto wie, być może tych dwoje rządziłoby całym ówczesnym światem a ich egipskie bachanalia trwałyby do późnej starości. Tymczasem niezwyciężony dotąd uczestnik triumwiratu płacąc sercem swej Kleopatrze, musiał złożyć życie u stóp ostatniego ze swoich wrogów. Tak się zakończyła miłość i władza, ale żadne z nich nie żebrało o litość.

"Antoniusz i Kleopatra" to przykład tego, że rzymscy bogowie wcale nie muszą wspierać najwspanialszych ludzi. Szekspir stworzył namiętność, której wyczyny mogły zagrozić rozsadzeniem całego imperium. Bohaterami swojego utworu uczynił prawdę i oszczerstwo oraz zazdrość z dozgonną przyjaźnią. Na uczestników tragedii nałożył obowiązek uczynienia z niej najlepszego dramatu. Przyznam, że daleko mu do wspaniałego "Hamleta" czy "Makbeta". Z pewnością wartka i interesująca akcja nie dorównuje wydarzeniom zawartym w innych dziełach angielskiego poety. Nie nazwałbym jednak tego utworu porażką. Pomimo moich uwag, kronika miłosna Antoniusza i Kleopatry może zadziwić i wzruszyć niejednego czytelnika.

Gdzieś daleko tli się wspomnienie po Gajuszu Juliuszu Cezarze. Wygląda na to, że możni tego świata chętnie stawali się sługami kobiety tragicznie zapisanej na kartach historii. Uderza mnie u Szekspira wszechobecna gotowość do wojny. Zwada i miłość to dwie namiętności, którym twórca elżbietańskiego teatru poświęcił znaczną część swojego pisarskiego życia. Być może tym razem nie zachwycił mnie swoją wizją władczyni popijającej napar z mandragory. Może nie zaszczepił we mnie entuzjazmu do Rzymianina łaknącego pieszczot na egipskich łożach. Jednak podtrzymuję zdanie, że William Szekspir był tak wielkim dramaturgiem, że małe potknięcia nie zachwieją moim szacunkiem do niego.

pokaż więcej

 
2018-11-13 21:41:23
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Kwartet aleksandryjski (tom 1)

Historia pewnego romansu nie powinna dla mnie stanowić tak wielkiej wartości, która ekscytuje i hipnotyzuje mój umysł. Jednak tym razem mam do czynienia nie tylko z uczuciami pomiędzy ludźmi, ale z miłością do miasta widoczną na każdym kroku w powieści Lawrence'a Durrella. Te wysublimowane smaki Orientu z Konstandinosem Kawafisem w tle wzajemnie się uzupełniają, tworząc konstrukcję zawiłych... Historia pewnego romansu nie powinna dla mnie stanowić tak wielkiej wartości, która ekscytuje i hipnotyzuje mój umysł. Jednak tym razem mam do czynienia nie tylko z uczuciami pomiędzy ludźmi, ale z miłością do miasta widoczną na każdym kroku w powieści Lawrence'a Durrella. Te wysublimowane smaki Orientu z Konstandinosem Kawafisem w tle wzajemnie się uzupełniają, tworząc konstrukcję zawiłych stosunków nad którymi niepodzielnie czuwa miasto Aleksandria. Duch tego skupiska kultur i obyczajów tak silnie oddziałuje na pierwszy tom "Kwartetu aleksandryjskiego", że odniosłem wrażenie, iż wszystkie zawarte w nim odczucia są nie tylko przejawem jednostkowych marzeń o szczęściu, ale dążeniem całych zbiorowości do magicznego poczucia upojenia koegzystencją w wielkim tyglu narodów. Dlatego od książki Durrella bije mocny aromat niepowtarzalnego wpływu czegoś wielkiego na równie istotne ale pomniejsze gatunkowo sprawy. A to wszystko w scenerii starego miasta przesyconego wspomnieniami starożytności.

Przyznam się do zafascynowania intelektualnym opętaniem, jakie stało się domeną bohaterów "Justyny". Psychiczne zbliżenia są tutaj ważniejsze niż akty fizycznej miłości. W tym dziele nie szuka się rozkoszy ale cierpienia. Ból zadawany sobie wzajemnie przez czołowe osoby dramatu ludzkich namiętności, stanowi jakby podstawowy element układanki w której mieszanina kultur i ras jest planszą do gry. Z kroniki romansu rodzi się wręcz sensualny głód, dopraszający się kolejnych intelektualnych przeżyć. Po każdym przeczytanym rozdziale, moje wszystkie zmysły domagały się jeszcze większej ilości magicznych miejsc i nazw, dzięki którym wtopiłbym się w fabułę "Justyny".

W powieści Durrella słychać strzępy wielu języków basenu Morza Śródziemnego. Widać portową nędzę i rozpiętą pajęczą sieć aleksandryjskiego świata. Środowiska greckich i arabskich emocji. Siatce uczuć w której każdy jest odmieńcem zazdrośnie pilnującym swojej indywidualności. Lektura "Justyny" dała mi możliwość studiów nad psychiką miasta i jego kochanków. Aleksandria stała się ramą obrazu na którym obserwowałem wpływy kabały, przepuszczone przez oryginalne podejście do życia każdego z bohaterów. Tutaj cnota i występek są jednakowo naturalne a na wielowymiarowy efekt tej całej przestrzeni, składają się niezliczone aspekty, stanowiące plątaninę ludzkich dążeń.

Gdybym miał opisać "Justynę" jednym wyrazem, to pojęcie różnorodności zdominowałoby całą wiedzę na temat tej książki. Obfitość uczuć. Drgnienia serc. Feeria barw Orientu. Zasłona złożona z ekscentrycznych zachowań wyrazistych bohaterów. W tym wszystkim cząstka starożytności i przejawy greckiej liryki. Można by stwierdzić, że to wszystko co napisał Lawrence Durrell jest przykładem wylęgarni magnetyzujących wrażeń. Bo z pewnością takie było dla mnie spotkanie z jego prozą. Zachęcam Was do włóczęgi po ulicach Aleksandrii z angielskim pisarzem. Z nim poczujecie obecność interesujących ludzi w ciekawym mieście.

pokaż więcej

 
2018-11-07 20:45:27
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Obliczami miłości można by wypełnić wiele stron zbioru sielanek Teokryta, łatwo w tym wypadku dostrzec jego wielkie zainteresowanie uczuciami. On sam wyznaje, że ciężko jest kochać. Trudno znosić tęsknotę, kiedy nieodwzajemnione emocje targają zmęczonym staraniami miłośnikiem. Dobrze przekonał się o tym cyklop Polifem, nieszczęśliwie zakochany w nereidzie Galatei. Cóż mu pozostało poza... Obliczami miłości można by wypełnić wiele stron zbioru sielanek Teokryta, łatwo w tym wypadku dostrzec jego wielkie zainteresowanie uczuciami. On sam wyznaje, że ciężko jest kochać. Trudno znosić tęsknotę, kiedy nieodwzajemnione emocje targają zmęczonym staraniami miłośnikiem. Dobrze przekonał się o tym cyklop Polifem, nieszczęśliwie zakochany w nereidzie Galatei. Cóż mu pozostało poza wygrywaniem na fujarce smętnych melodii, kiedy piękna nimfa wybrała już innego zalotnika. Grecki poeta nie omija również miłości homoerotycznej i opowiada o wzgardzonym męskim uczuciu, na przykładzie którego podnosi konflikt starej i młodej krwi. Również w czasach starożytnych, bardziej doświadczeni chcieli być wyrocznią dla tych dopiero co początkujących. Jednak czy Teokryt podaje skuteczny sposób na odkochanie? Poza żartami na temat wstępowania do wojska i tym samym wyleczenia się z amorów, nie wskazuje innych powodów dla których mielibyśmy unikać zapadania na tak przyjemną dolegliwość jaką jest miłość.

Sycylijski poeta przybył jednak do Aleksandrii nie tylko po to, aby sławić najpiękniejsze ludzkie emocje. Mojra wysnuła mu piękne przeznaczenie, zgodnie z którym mógł chwalić władających Egiptem Ptolemeuszy. Pobyt na królewskim dworze z pewnością zaowocował niezbędnym spokojem, potrzebnym do tworzenia kunsztownie wypracowanych scenek rodzajowych. Być może budowana w tym czasie Biblioteka Aleksandryjska stała się dla niego źródłem inspiracji do tworzenia miłosnych łamigłówek oraz panegiryków na cześć ptolemejskich władców. Pewnym jest, że jego poezja mogła dzięki wielu sprzyjającym czynnikom unieśmiertelnić ludzi tamtych epok. To właśnie Teokrytowi zawdzięczamy mocne umiejscowienie greckiej twórczości w orientalnej stylistyce Bliskiego Wschodu.

Bardzo wiele miejsca poświęcił grecki poeta bóstwom z helleńskiego panteonu. Na każdym kroku mogłem spotkać wątki w których losy wszechmocnych bożyszcz splatają się z ziemskimi sprawami zwykłych śmiertelników. Teokryt nie bał się wspominać przerażającej Hekate. Poświęcał wiele czasu pięknej Afrodycie. Składał hołdy Demeter. Pochylał się nad kołyską Heraklesa, duszącego węże nasłane przez nienawistną Herę. Z jego poetyckich opowieści o władcach umysłów starożytnych ludzi, można by napisać nową mitologię. Podejrzewam, że jego poezja nawet teraz stanowi encyklopedię wiedzy dla wszystkich zainteresowanych odległymi epokami.

Starożytny helleński świat nieco inaczej podchodził do sposobów okazywania miłości w literaturze. W przeciwieństwie do chrześcijaństwa nie wstydził się odmienności i traktował ją jako coś zupełnie naturalnego. Sielanki Teokryta są właśnie przykładem postępowej poezji, przekonanej o istnieniu tolerancji. Można by pomyśleć, że temat przewodni renesansu "człowiekiem jestem i nic co ludzkie, nie jest mi obce", powstał pod wpływem między innymi twórczości starożytnych, takich jak Teokryt. Wynika z tego, że od ludzi jemu podobnych możemy się nawet teraz uczyć wielu ciekawych rzeczy, dotyczących pojmowania uczuć na przeróżne sposoby.

pokaż więcej

 
2018-11-03 18:02:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Seria: Magna carta

W dobrym towarzystwie nie ma czasu na nudę a Henryk Sienkiewicz jako bardzo praktyczny w swych zapatrywaniach człowiek, zapewnił mi ostatnimi czasy dość "dobre stosunki" z ludźmi, którzy mają wiele ciekawego do opowiedzenia o współczesnej im epoce. Za sprawę pierwszorzędną uznałem wobec tego konieczność odwdzięczenia się polskiemu pisarzowi i wystawiłem mu bardzo dobrą notę. Mógłbym oczywiście... W dobrym towarzystwie nie ma czasu na nudę a Henryk Sienkiewicz jako bardzo praktyczny w swych zapatrywaniach człowiek, zapewnił mi ostatnimi czasy dość "dobre stosunki" z ludźmi, którzy mają wiele ciekawego do opowiedzenia o współczesnej im epoce. Za sprawę pierwszorzędną uznałem wobec tego konieczność odwdzięczenia się polskiemu pisarzowi i wystawiłem mu bardzo dobrą notę. Mógłbym oczywiście marudzić i posunąć się do skrytykowania tego twórcy za zbytnią delikatność i serdeczność jego prozy. Mógłbym nawet żądać wystawienia na scenie bohaterów bardziej wyrazistych, będących ostatnimi kanaliami, szubrawcami odsądzanymi od czci i wiary. Jednak tego nie zrobię i cierpliwie poczekam na dalszą część perypetii zacnej rodziny Połanieckich, która z pewnością ujęła mnie swoją skłonnością do okazywania emocji na całkiem przyzwoitym poziomie. Mam nadzieję, że okazane im przeze mnie zaufanie zaowocuje jeszcze lepszą oceną kolejnego tomu.

Póki co, upewniłem się w przekonaniu, że "Rodzina Połanieckich" jest przede wszystkim historią wielkiej nadziei. Począwszy od uśpionej wioski zatopionej w blasku księżycowej nocy podczas której rozkwita uczucie a skończywszy na śmierci przypominającej o wielu życiowych dylematach. To wszystko zaświadcza o niesamowitej ludzkiej tęsknocie za wyborami świadczącymi o tym, że kurs po którym płynie przez życie człowiek, jest prawidłowy. Bohaterowie Sienkiewicza co chwilę upewniają się czy postępują tak jak powinni, aby dobrze żyć a nawet spokojnie umrzeć. Są ludźmi z dobrych domów, wobec tego taktownie i z pewnym rozczuleniem uświadamiają czytelników o przejściowości ludzkiego żywota.

Ta lekka literatura może być oceniana na wiele sposobów. Porywy serca nie bywają w niej ukazane z tak wielką egzaltacją, jak można by to dostrzec u Marcela Prousta czy Gabriela D'Annunzia. Nie spostrzeżemy tu tak wielkich wahań emocji towarzyszących "Sykstynie" Remy'ego de Gourmonta. Jednak trzeba pamiętać o tym, że tych wszystkich pisarzy łączy epoka w której tworzyli, natomiast dzieli poziom wrażliwości z jaką opisywali gorycz wielkiej miłości. Na tym tle wypada Henryk Sienkiewicz swojsko, nie wykazując przy tym przesadnej egzystencjalnej retoryki. Bywa uroczy, szybko się łączy z jego odbiorcami mocną nicią sympatii. Czasem można się przy nim rozmarzyć. Jednak czy zakochanie się w jego prozie będzie odpowiednim posunięciem, to zostawiam do rozstrzygnięcia tym, którzy się z nią zetkną.

Henryk Sienkiewicz bardzo subtelnie mi przekazał, że miłość to jeden wielki niepokój. To przecież prawda stara jak świat, ale nie każdy posiada umiejętność przekazania tego w tak taktowny sposób. Widać, że polski noblista wierzy w szlachetne rzeczy. Borykanie się z własnymi uczuciami wypełnia większą część jego powieści a świat miłości przeplata się ze współzawodnictwem w interesach. Patrząc przez pryzmat sienkiewiczowskiej powieści można odnieść wrażenie, że rzeczywista w życiu pozostaje jedynie śmierć. To ona wytwarza wspólnotę w obliczu nieszczęścia i zbliża ludzi doprowadzając ich nawet przed ołtarz. Chętnie się dowiem z kolejnej części "Rodziny Połanieckich", czy jej bohaterowie będą w stanie zrealizować cele postawione im przez życie.

pokaż więcej

 
2018-10-28 16:36:45
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Opuściłem mauzoleum wygasłego rodu z przekonaniem, że gorączkowy sen którego byłem świadkiem, wcale nie doprowadził do wyrównania moralnych rachunków. Będąc obecnym podczas ekshumowania wspomnień, nadal nie mogę uwierzyć w wielkość epitafium wyrytego przez Williama Faulknera. Tych kilka grobów z krzyczącymi napisami nie pomaga mi zapomnieć o fundamentalnym pytaniu zadanym bohaterom... Opuściłem mauzoleum wygasłego rodu z przekonaniem, że gorączkowy sen którego byłem świadkiem, wcale nie doprowadził do wyrównania moralnych rachunków. Będąc obecnym podczas ekshumowania wspomnień, nadal nie mogę uwierzyć w wielkość epitafium wyrytego przez Williama Faulknera. Tych kilka grobów z krzyczącymi napisami nie pomaga mi zapomnieć o fundamentalnym pytaniu zadanym bohaterom "Absalomie, Absalomie...". Dlaczego żyli? Dlaczego toczyli życie odłączone od wszelkiej rzeczywistości? W jakim celu stali się kłębem wątpliwości? Wyzwoleni z wszelkiej cielesności przebywali w ciemnym labiryncie, przeplatanym dumą i nienawiścią. W skazanym na zagładę domu oddychali chorą ambicją i miłością. Tak... tam jeszcze było miejsce dla miłości. Dla uczucia złego od samych podstaw, wyklętego przez prawo, kazirodczego od początku swego istnienia.

Bardzo ciężko jest mi zrozumieć Południe. To zmartwiałe od dusznego powietrza i przesycone zatęchłą od starości nienawiścią. A jednak ciągnie mnie tam, do odurzającej prozy Faulknera z której strumieniem świadomości wylewa się kara za nieludzkie pojmowanie honoru. "Absalomie, Absalomie..." jest piekłem w którym ugrzęzły całe pokolenia. Jest nowotworem moralności, którą prześladuje związek obcych ras oraz zemstą konfliktu białej i czarnej krwi. Osadzony w realiach wojny secesyjnej rasizm aż woła o jego zniszczenie. Krzyczy postacią demona w ludzkim stroju, Thomasa Sutpena i jego pogardą dla czarnoskórych. Nieludzko wyje ustami pozostałych bohaterów, skazanych ksenofobią na życie w wiecznym strachu. Ludzi czekających na dopełnienie aktu przeznaczenia, w którym diabelskie dziedzictwo weźmie górę.

Po zapachu wisterii można rozpoznać tę okolicę w której zniszczono niewinność. Sąsiedztwo starych cedrów wyznacza granice, w których zło postanowiło wybudować swoje purytańskie królestwo. Widma przeszłości krążą w nim na przestrzeni kilkudziesięciu lat, zaludniając przeklętą ziemię i tworząc przeklęte rodziny. Problem chorobliwej białej wyższości został tam wymieniony z jakąś niesamowitą pasją. Tylko Faulkner potrafi w tak bezwzględny sposób odkazić złowrogie fakty, położyć rękę na historii ludzi i ukazać w bolesnym wymiarze klęskę nadziei. Ta powieść przypomina "Światłość w sierpniu", jednak moim zdaniem stanowi jeszcze większą kwintesencję nietolerancji i pogardy dla innych ludzi.

Długo jeszcze pozostanie pamięć po latach segregacji, bo tak naprawdę te lata nadal trwają. Wywar z nienawiści zaparzony dawno temu, gotuje się w najlepsze i tych kilka grobów to tylko mały przyczynek dzieła, mającego na celu wyjaśnienie źródeł zła. "Zatrzymaj się, śmiertelniku; pomnij próżność i głupotę i strzeż się." Te nagrobne słowa oddają klimat w jakim przyszło amerykańskiemu pisarzowi tworzyć przestrogę dla potomnych. "Absalomie, Absalomie..." na zawsze pozostanie w mojej pamięci jako przerażająca legenda o sączących się uprzedzeniach. Z niecierpliwością czekam na moment, gry ponownie odkryję kolejne dzieła Williama Faulknera stawiające mnie oko w oko z tak trudną tematyką.

pokaż więcej

 
2018-10-20 21:15:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Poezja Aleksandra Puszkina szybuje wysoko nad Newą, jednak w swym uderzaniu w górne tony rosyjskiej państwowości nie pozostaje bezkrytyczna wobec tego, co wprawne oko poety dostrzeże na nizinach biedy i wyzysku. Chociaż poważnym teatralnym lorgnonem omiata miedzianego jeźdźca i przypomina o założeniu stolicy imperium Piotra I Wielkiego, to nie jest jej daleka problematyka społeczna. Puszkin to... Poezja Aleksandra Puszkina szybuje wysoko nad Newą, jednak w swym uderzaniu w górne tony rosyjskiej państwowości nie pozostaje bezkrytyczna wobec tego, co wprawne oko poety dostrzeże na nizinach biedy i wyzysku. Chociaż poważnym teatralnym lorgnonem omiata miedzianego jeźdźca i przypomina o założeniu stolicy imperium Piotra I Wielkiego, to nie jest jej daleka problematyka społeczna. Puszkin to niezapatrzony w rosyjskie okno na Europę piewca jedynowładztwa, ale obywatel Rosji z którego zdjęto nadzór policyjny dopiero po jego śmierci. Fakty świadczą same za siebie, polityka nie była obca rosyjskiemu przedstawicielowi romantyzmu. Kiedy wygasał splendor Moskwy a rósł w siłę majestat Petersburga, ten poeta ostro ganił carów i przez jakiś czas sprzyjał dekabrystom. W końcu stał się sumieniem Rosji a poeci potrafią to robić najlepiej.

Siarczysty wschodni mróz nie przeszkodził Puszkinowi w stworzeniu dandysowatego Eugeniusza Oniegina. W sieć paryskiej i londyńskiej mody wplótł znudzonego młodzieńca zarażonego spleenem i ogarniętego chandrą, której nie przeszkodziła nawet szalejąca młodość. Do szczęścia potrzebny jest klucz a pogardzenie blichtrem salonowego świata stanowi jeden z etapów przemiany tego bogatego pedanta. Puszkin miesza wszystko w pyle dziejów. Zajrzy nawet na cmentarz i wytknie różnice pomiędzy jego miejską a wiejską wersją. Wyliczanie na nagrobkach cnót zmarłych ludzi jest jego zdaniem mniej ważne od zwykłego westchnienia nad mogiłą biedaka. Tęskni za majestatyczną ciszą umarłych, bardziej niż za rozkrzyczaną obecnością rang nawet po śmierci.

"Kto, powiedz, natchnął twoją lirę?". Również chciałbym zadać takie samo pytanie, jakie pojawiło się na kartach "Eugeniusza Oniegina". Może tym bodźcem dla rosyjskiego poety były bezdroża po których cwałowali dońscy Kozacy. Może w tamtych stepowych okolicach mógłby znaleźć spokój duszy a podczas nudy tworzyć coraz piękniejsze poematy. Pośród takich krajobrazów umieścił w swej poezji biesy, których lot podczas śnieżnej zamieci przestraszy nawet największych niedowiarków. Aleksander Puszkin to mistrz nastroju mroźnych zawiei i jęków wydawanych przez egzotyczne twory ludzkiej wyobraźni. Olbrzymie połacie Rosji wyśmienicie się nadają do tego typu skojarzeń przygniecionych ogromem bezludzi.

Historia nie zapomni niechlubnych słów poety wypowiedzianych po wybuchu polskiego powstania listopadowego. Jednak jego poezja pełna jest określeń wolności krytykujących carski absolutyzm. Aleksander Puszkin nie był despotą. Jego niektóre wiersze bardziej przypominają manifest tyranobójcy niż zagorzałą chwalbę starego porządku. Jego Rosja krwawi a on szuka nadziei na poprawę sytuacji. Niech zaświadczy o jego wolnościowych marzeniach fakt, że został zesłany przez cara za swoją twórczość na rubieże imperium. Na zakończenie warto przytoczyć wiersz pod tytułem "Mój nagrobek", napisany przez Aleksandra Puszkina o sobie samym:

"Tu leży Puszkin. Wesół z muzą w świat wyruszył.
Kochał się, leniuchował, wreszcie kresu dobiegł.
Nie robił nic dobrego - ale w głębi duszy
Był to, jak Boga kocham, dobry człowiek."

Jak widać, z ogromnym dystansem potrafił podejść do swojej osoby ten jeden z największych rosyjskich poetów.

pokaż więcej

 
2018-10-17 20:37:25
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Być może ludzie epoki Stendhala namiętnie hodowali swoją umiejętność obłudy. Pomimo tego przyznam, że pośród ich zakłamanych frazesów francuski pisarz umieścił mnóstwo pereł. Niektórzy mogą go posądzać o śmieszność podczas wygłaszania wzniosłych romantycznych maksym, ale to właśnie on powiązał dumę z miłością na tle społecznych różnic. To Stendhal odmalował czerwień i czerń jako interesy tronu... Być może ludzie epoki Stendhala namiętnie hodowali swoją umiejętność obłudy. Pomimo tego przyznam, że pośród ich zakłamanych frazesów francuski pisarz umieścił mnóstwo pereł. Niektórzy mogą go posądzać o śmieszność podczas wygłaszania wzniosłych romantycznych maksym, ale to właśnie on powiązał dumę z miłością na tle społecznych różnic. To Stendhal odmalował czerwień i czerń jako interesy tronu i ołtarza. W czasach, kiedy królowała moda na bladość cery, rozgrzał do najwyższych granic pojęcia wzgardy i cnoty. W pięknym stylu roztoczył aurę rozkoszy kochania, umieszczając w centrum uwagi delikatnego ale przebiegłego łacinnika, w którego oczach dosyć łatwo można było wyczuć błysk intelektualnej wyższości. Julian Sorel to prawdziwa ozdoba tej powieści a niszczycielska eksplozja przeżywanej przez niego miłości na długo zostanie przeze mnie zapamiętana.

Żyłem ostatnio teoriami namiętności, okraszonymi ogromną ambicją uczonego młodzieńca. Zdążał ku szczytom powodzenia a rola uwodziciela przypadła mu do gustu tak dobrze, że sam Don Juan George'a Byrona miałby w nim dobrego nauczyciela. Aby jednak osiągnąć pełen sukces, potrzeba było splotu wielu okoliczności, na które niestety bohater Stendhala nie miał całkowitego wpływu. Nawet jego wielki wdzięk nie mógł się przebić przez skostniałą strukturę społeczną Francji pierwszej połowy XIX wieku. Miłość to skomplikowany mechanizm a jeśli dodamy do tego jeszcze ryzyko popełnienia mezaliansu i kastowy honor, to otrzymamy konfrontację paryskiej śmietanki towarzyskiej z uprzedzeniami prowincjonalnych ale równie wysoko się ceniących figur.

Stendhal włożył w usta Juliana Sorela słowa o pustyni egoizmu zwanej życiem. Rzeczywiście, jego bohater wykazał się najwyższym zuchwalstwem i zachłannością aby tylko należeć do wyższych sfer. Niestety okazał się przy tym adresatem westchnień niewłaściwych kobiet. To wszystko nie tylko nie pomogło mu w pełnym wyzwoleniu od nędzy życia ale wpakowało w kłopoty, o których nie mogę Wam wspominać zbyt wiele. W każdym razie jego kariera preceptora łaciny nie mogła wyjść poza swój wąski zakres z powodu intryganctwa niesprzyjających mu osób. Cóż z tego, że pijany od ambicji młody światowiec próbuje swym wyrachowaniem pokonać możnych. Muru dziedziczonych przywilejów nie można rozbić urokiem osobistym.

"Czerwone i czarne" nie unika najwyższych uniesień. Romantyzm wykazuje zamiłowanie do niezwykłości i takie też jest zakończenie tej powieści. Tyle mogę Wam zdradzić bez posądzania samego siebie o spojlerowanie. Śmiechem Mefistofelesa zakończy bohater Stendhala swoje miłosne podboje i tym samym dostarczy czytelnikom powodów do zastanawiania się nad kondycją społeczeństwa. Ta lektura to nie tylko roztrząsanie ciekawie opisanych romansów ale też głębokie penetrowanie ludzkiej psychiki. Stendhal napisał powieść filozoficzną wielkiego formatu a zaszczytne w niej miejsce poświęcił uczuciom. Sam ten fakt już wystarczy aby zainteresować czytelników pragnących wyśmienitej lektury na coraz dłuższe jesienne wieczory.

pokaż więcej

 
2018-10-08 21:32:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Uśmiechem melancholii pożegnałem krótką przygodę z poezją Alfreda de Musseta. Nie zazdrościłem mu bólu zadanego przez uczucia. Nie chciałem przeżywać tych samych cierpień co jego zraniona dusza. Nie potrzebowałem niepokoju i koszmarnej wizji samotności. Chciałem tylko upojenia chwilą, która zamknęła się w jednym krótkim tomiku wierszy. Potrzebowałem gloryfikowanych uczuć aby ze zwielokrotnioną... Uśmiechem melancholii pożegnałem krótką przygodę z poezją Alfreda de Musseta. Nie zazdrościłem mu bólu zadanego przez uczucia. Nie chciałem przeżywać tych samych cierpień co jego zraniona dusza. Nie potrzebowałem niepokoju i koszmarnej wizji samotności. Chciałem tylko upojenia chwilą, która zamknęła się w jednym krótkim tomiku wierszy. Potrzebowałem gloryfikowanych uczuć aby ze zwielokrotnioną siłą je przeżywać. Chciałem umieć marzyć. Tak jak francuski poeta konstruować dytyramby na cześć emocjonalności i przywoływać napisane przez niego słowa: "Lecz o samej miłości nie wątp ani trochę. Miłość jest wszystkim, miłość to życie wśród słońca, kochać - to punkt najwyższy". Nie wątpię w nią. Wiem, że Musset mówi prawdę a jego dialogi z własnym sercem są mistrzowskimi pokazami wrażliwości. Wiele bym dał za to, aby odczuwać tak intensywnie wszystko co piękne.

Pozostawanie marzeń w opozycji do rzeczywistości jest wdzięcznym tematem każdych rozmyślań. To przy okazji bardzo dobry powód, aby zaangażować się po stronie serca w jego walce z często nudnym realizmem. Marzeniem chyba każdego romantyka jest zaledwie tolerowanie zewnętrznego świata i hołubienie przestrzeni w której rozwijają się emocje. Tak właśnie postępuje francuski poeta. Eksploruje kolejne stany ducha i przekracza granice swych miłosnych pragnień. Skala uczuć jest czymś, co chyba już nie wystarcza jego rozbujanej wyobraźni. On tworzy poza skalą, przemierza najpiękniejsze dni życia, twierdząc że to dar od miłości.

Gdzie można spotkać twórcę tak urokliwych arcydzieł sentymentalizmu? Ja go dostrzegłem na szczycie Jungfrau, kiedy próbował szlachetnych wzruszeń. Widziałem go w Wenecji podczas zmierzchu, gdy zachwycał się najwspanialszymi etapami swego życia. Widywałem tego estetę u stóp Pirenejów, gdzie w cieniu starych klasztornych dzwonnic wspominał Dejanirę. Można go też było podobno spotkać wśród górskich grzbietów Tyrolu, upojonego marzeniami o wolności. Pewne jest to, że myśli tego artysty wędrowały przez wszystkie fazy miłości. Bo miłość stanowi centralny element jego poetyckiego programu.

Studiowanie nieprzewidywalnych uczuć ma też swoje konsekwencje. Musset również tego doświadczył, co widać po jego wewnętrznym rozdarciu. Nie uniknął też oskarżeń o podkradanie romantycznych uniesień George'a Byrona. Jednak nawet gdyby odium emocjonalnego plagiatu zawisło nad nim zbyt wyraźnie, to i tak jestem w stanie potwierdzić niezwykłą subtelność tworzonej przez niego liryki. Roztrwonił dni swojej młodości dla niedościgłej miłości. Rzucił wyzwanie swej ziemskiej powłoce aby ubrany we wzruszenia, stać się jednym z czołowych twórców francuskiego romantyzmu. Zewnętrznie pozował na dandysa, natomiast swym wnętrzem zaświadczył o niezwykłych porywach serca.

pokaż więcej

 
2018-10-06 23:25:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Każdy z nas pamięta momenty swojego życia, podczas których kropla drążąca skałę doprowadza do powtórnych narodzin. Wszystkie monumentalne zasady ulegają wtedy rozpadowi, aby odkryć wielką tajemnicę przemiany. Przestępstwem wobec własnego sumienia byłoby powstrzymywanie się od tak przełomowego kroku, jakim jest odnalezienie wewnętrznego spokoju. To nie tchórzostwo doprowadza nas do takich... Każdy z nas pamięta momenty swojego życia, podczas których kropla drążąca skałę doprowadza do powtórnych narodzin. Wszystkie monumentalne zasady ulegają wtedy rozpadowi, aby odkryć wielką tajemnicę przemiany. Przestępstwem wobec własnego sumienia byłoby powstrzymywanie się od tak przełomowego kroku, jakim jest odnalezienie wewnętrznego spokoju. To nie tchórzostwo doprowadza nas do takich decyzji lecz przeświadczenie, że to sumienie a nie prawo ma dyktować nam nasze obowiązki. O oczyszczeniu próbuje nam ciągle przypominać Liviu Rebreanu. O tym, że bardzo łatwo jest zakłócić duchową równowagę. To właśnie jego bohater jako szaleniec lub obłąkaniec przykuł moją uwagę przez ostatni tydzień. A może ta niespokojna dusza to nadczłowiek z którego postępowania powinniśmy brać przykład.

Sądzący został sam osądzony a jego lojalność została wystawiona na ogromną próbę. Gdy ziarno wątpliwości padnie na podatny grunt, to nie jest już możliwe usunięcie zasianego niepokoju. Apostoł Bologa stanowi przykład człowieka, którego zaczyna kusić śmierć po bliższym przyjrzeniu się jej wdziękom. Chociaż Rebreanu tłumaczy, że każde życie jest lepsze niż jego kres, to Bologa uparcie dąży do samozagłady. Jego wstrząsany ciągłą szamotaniną umysł nie przyjmuje informacji, że rozpaczliwe wybuchy myśli doprowadzą co najwyżej do bohaterskiej śmierci. Jeśli znajdą się oczywiście śmiałkowie, którzy potraktują ten tragiczny koniec jako wyraz buntu sprawiedliwości nad fałszem.

"Las wisielców" doprowadza do nieodwołalnych postanowień. Bardzo łatwo przychodzi Rebreanu stawianie szubienic, tak samo prędko tworzy wątpliwości. Jednocześnie jest mistrzem w odmowie udzielania odpowiedzi na nurtujące problemy. Radość życia może zostać zszargana milionami powodów, jednak przyczyn tego zamętu nie poznamy. Wydaje mi się, że każdy czytelnik tej książki powinien wypracować sobie koncepcje przybliżające go do zrozumienia protestu powstałego w umyśle inteligentnego człowieka. Co miało największy wpływ na postępowanie Bologi? Odciśnięcie piętna wojny na dotąd spokojnym sumieniu? Widok stryczków będących prezentem od ojczyzny? Odpowiedzi może być wiele a brzemię przygniatające duszę wymaga wnikliwej analizy.

Rumuński pisarz wspomina, że "cierpienia nam trzeba, wielkiego, ciężkiego. Tylko w cierpieniu rozwija się i rodzi prawdziwa, zwycięska miłość". Można się z tym stwierdzeniem nie zgadzać, ale warto zaznaczyć, że "Las wisielców" jest niczym innym jak jedną wielką drogą cierniową umysłu w którym zagnieździły się niespokojne idee. W przypadku tej powieści, uznałbym za najważniejszy problem dylemat człowieka, którego podświadomy humanitaryzm nie licuje z karą wymierzaną przez bezwzględny aparat państwowy. To stawianie wyimaginowanego obowiązku ponad ludzką moralność prowadzi prędzej czy później do powstania tego typu dzieł. Z wyśmienitej uczty kulturalnej zapamiętam, że ciężko osądzać innych, kiedy nasza własna dusza jest pełna wahania.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
405 359 20483
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (91)

Ulubieni autorzy (98)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (4)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd