czytający 
"Książka to przyjaciel, który nigdy nie zdradzi" - J.V. des Barreaux -------------------------------------------------------------------------------------------------------- Czytanie to najpiękniejsza rzecz przytrafiająca się człowiekowi który chce pobudzić swoją wyobraźnię. Czytam, bo chcę realniej widzieć swoje marzenia, chcę patrzeć na nie, spisane literami na kartach książek. Odczuciami książkowych bohaterów moja fantazja wzbija się do podniebnych lotów. Czytam, bo czasami widzę siebie w lustrze jakim jest książka.
41 lat, mężczyzna, Warszawa, status: bibliotekarz, dodał: 7 książek i 43 cytaty, ostatnio widziany 2 godziny temu
Teraz czytam
  • Poezje wybrane
    czytelników: 13 | opinie: 0 | ocena: 8,25 (4 głosy)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-17 20:46:28
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam, Posiadam
 
2018-10-17 20:37:25
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Być może ludzie epoki Stendhala namiętnie hodowali swoją umiejętność obłudy. Pomimo tego przyznam, że pośród ich zakłamanych frazesów francuski pisarz umieścił mnóstwo pereł. Niektórzy mogą go posądzać o śmieszność podczas wygłaszania wzniosłych romantycznych maksym, ale to właśnie on powiązał dumę z miłością na tle społecznych różnic. To Stendhal odmalował czerwień i czerń jako interesy tronu... Być może ludzie epoki Stendhala namiętnie hodowali swoją umiejętność obłudy. Pomimo tego przyznam, że pośród ich zakłamanych frazesów francuski pisarz umieścił mnóstwo pereł. Niektórzy mogą go posądzać o śmieszność podczas wygłaszania wzniosłych romantycznych maksym, ale to właśnie on powiązał dumę z miłością na tle społecznych różnic. To Stendhal odmalował czerwień i czerń jako interesy tronu i ołtarza. W czasach, kiedy królowała moda na bladość cery, rozgrzał do najwyższych granic pojęcia wzgardy i cnoty. W pięknym stylu roztoczył aurę rozkoszy kochania, umieszczając w centrum uwagi delikatnego ale przebiegłego łacinnika, w którego oczach dosyć łatwo można było wyczuć błysk intelektualnej wyższości. Julian Sorel to prawdziwa ozdoba tej powieści a niszczycielska eksplozja przeżywanej przez niego miłości na długo zostanie przeze mnie zapamiętana.

Żyłem ostatnio teoriami namiętności, okraszonymi ogromną ambicją uczonego młodzieńca. Zdążał ku szczytom powodzenia a rola uwodziciela przypadła mu do gustu tak dobrze, że sam Don Juan George'a Byrona miałby w nim dobrego nauczyciela. Aby jednak osiągnąć pełen sukces, potrzeba było splotu wielu okoliczności, na które niestety bohater Stendhala nie miał całkowitego wpływu. Nawet jego wielki wdzięk nie mógł się przebić przez skostniałą strukturę społeczną Francji pierwszej połowy XIX wieku. Miłość to skomplikowany mechanizm a jeśli dodamy do tego jeszcze ryzyko popełnienia mezaliansu i kastowy honor, to otrzymamy konfrontację paryskiej śmietanki towarzyskiej z uprzedzeniami prowincjonalnych ale równie wysoko się ceniących figur.

Stendhal włożył w usta Juliana Sorela słowa o pustyni egoizmu zwanej życiem. Rzeczywiście, jego bohater wykazał się najwyższym zuchwalstwem i zachłannością aby tylko należeć do wyższych sfer. Niestety okazał się przy tym adresatem westchnień niewłaściwych kobiet. To wszystko nie tylko nie pomogło mu w pełnym wyzwoleniu od nędzy życia ale wpakowało w kłopoty, o których nie mogę Wam wspominać zbyt wiele. W każdym razie jego kariera preceptora łaciny nie mogła wyjść poza swój wąski zakres z powodu intryganctwa niesprzyjających mu osób. Cóż z tego, że pijany od ambicji młody światowiec próbuje swym wyrachowaniem pokonać możnych. Muru dziedziczonych przywilejów nie można rozbić urokiem osobistym.

"Czerwone i czarne" nie unika najwyższych uniesień. Romantyzm wykazuje zamiłowanie do niezwykłości i takie też jest zakończenie tej powieści. Tyle mogę Wam zdradzić bez posądzania samego siebie o spojlerowanie. Śmiechem Mefistofelesa zakończy bohater Stendhala swoje miłosne podboje i tym samym dostarczy czytelnikom powodów do zastanawiania się nad kondycją społeczeństwa. Ta lektura to nie tylko roztrząsanie ciekawie opisanych romansów ale też głębokie penetrowanie ludzkiej psychiki. Stendhal napisał powieść filozoficzną wielkiego formatu a zaszczytne w niej miejsce poświęcił uczuciom. Sam ten fakt już wystarczy aby zainteresować czytelników pragnących wyśmienitej lektury na coraz dłuższe jesienne wieczory.

pokaż więcej

 
2018-10-08 21:32:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Uśmiechem melancholii pożegnałem krótką przygodę z poezją Alfreda de Musseta. Nie zazdrościłem mu bólu zadanego przez uczucia. Nie chciałem przeżywać tych samych cierpień co jego zraniona dusza. Nie potrzebowałem niepokoju i koszmarnej wizji samotności. Chciałem tylko upojenia chwilą, która zamknęła się w jednym krótkim tomiku wierszy. Potrzebowałem gloryfikowanych uczuć aby ze zwielokrotnioną... Uśmiechem melancholii pożegnałem krótką przygodę z poezją Alfreda de Musseta. Nie zazdrościłem mu bólu zadanego przez uczucia. Nie chciałem przeżywać tych samych cierpień co jego zraniona dusza. Nie potrzebowałem niepokoju i koszmarnej wizji samotności. Chciałem tylko upojenia chwilą, która zamknęła się w jednym krótkim tomiku wierszy. Potrzebowałem gloryfikowanych uczuć aby ze zwielokrotnioną siłą je przeżywać. Chciałem umieć marzyć. Tak jak francuski poeta konstruować dytyramby na cześć emocjonalności i przywoływać napisane przez niego słowa: "Lecz o samej miłości nie wątp ani trochę. Miłość jest wszystkim, miłość to życie wśród słońca, kochać - to punkt najwyższy". Nie wątpię w nią. Wiem, że Musset mówi prawdę a jego dialogi z własnym sercem są mistrzowskimi pokazami wrażliwości. Wiele bym dał za to, aby odczuwać tak intensywnie wszystko co piękne.

Pozostawanie marzeń w opozycji do rzeczywistości jest wdzięcznym tematem każdych rozmyślań. To przy okazji bardzo dobry powód, aby zaangażować się po stronie serca w jego walce z często nudnym realizmem. Marzeniem chyba każdego romantyka jest zaledwie tolerowanie zewnętrznego świata i hołubienie przestrzeni w której rozwijają się emocje. Tak właśnie postępuje francuski poeta. Eksploruje kolejne stany ducha i przekracza granice swych miłosnych pragnień. Skala uczuć jest czymś, co chyba już nie wystarcza jego rozbujanej wyobraźni. On tworzy poza skalą, przemierza najpiękniejsze dni życia, twierdząc że to dar od miłości.

Gdzie można spotkać twórcę tak urokliwych arcydzieł sentymentalizmu? Ja go dostrzegłem na szczycie Jungfrau, kiedy próbował szlachetnych wzruszeń. Widziałem go w Wenecji podczas zmierzchu, gdy zachwycał się najwspanialszymi etapami swego życia. Widywałem tego estetę u stóp Pirenejów, gdzie w cieniu starych klasztornych dzwonnic wspominał Dejanirę. Można go też było podobno spotkać wśród górskich grzbietów Tyrolu, upojonego marzeniami o wolności. Pewne jest to, że myśli tego artysty wędrowały przez wszystkie fazy miłości. Bo miłość stanowi centralny element jego poetyckiego programu.

Studiowanie nieprzewidywalnych uczuć ma też swoje konsekwencje. Musset również tego doświadczył, co widać po jego wewnętrznym rozdarciu. Nie uniknął też oskarżeń o podkradanie romantycznych uniesień George'a Byrona. Jednak nawet gdyby odium emocjonalnego plagiatu zawisło nad nim zbyt wyraźnie, to i tak jestem w stanie potwierdzić niezwykłą subtelność tworzonej przez niego liryki. Roztrwonił dni swojej młodości dla niedościgłej miłości. Rzucił wyzwanie swej ziemskiej powłoce aby ubrany we wzruszenia, stać się jednym z czołowych twórców francuskiego romantyzmu. Zewnętrznie pozował na dandysa, natomiast swym wnętrzem zaświadczył o niezwykłych porywach serca.

pokaż więcej

 
2018-10-06 23:25:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Każdy z nas pamięta momenty swojego życia, podczas których kropla drążąca skałę doprowadza do powtórnych narodzin. Wszystkie monumentalne zasady ulegają wtedy rozpadowi, aby odkryć wielką tajemnicę przemiany. Przestępstwem wobec własnego sumienia byłoby powstrzymywanie się od tak przełomowego kroku, jakim jest odnalezienie wewnętrznego spokoju. To nie tchórzostwo doprowadza nas do takich... Każdy z nas pamięta momenty swojego życia, podczas których kropla drążąca skałę doprowadza do powtórnych narodzin. Wszystkie monumentalne zasady ulegają wtedy rozpadowi, aby odkryć wielką tajemnicę przemiany. Przestępstwem wobec własnego sumienia byłoby powstrzymywanie się od tak przełomowego kroku, jakim jest odnalezienie wewnętrznego spokoju. To nie tchórzostwo doprowadza nas do takich decyzji lecz przeświadczenie, że to sumienie a nie prawo ma dyktować nam nasze obowiązki. O oczyszczeniu próbuje nam ciągle przypominać Liviu Rebreanu. O tym, że bardzo łatwo jest zakłócić duchową równowagę. To właśnie jego bohater jako szaleniec lub obłąkaniec przykuł moją uwagę przez ostatni tydzień. A może ta niespokojna dusza to nadczłowiek z którego postępowania powinniśmy brać przykład.

Sądzący został sam osądzony a jego lojalność została wystawiona na ogromną próbę. Gdy ziarno wątpliwości padnie na podatny grunt, to nie jest już możliwe usunięcie zasianego niepokoju. Apostoł Bologa stanowi przykład człowieka, którego zaczyna kusić śmierć po bliższym przyjrzeniu się jej wdziękom. Chociaż Rebreanu tłumaczy, że każde życie jest lepsze niż jego kres, to Bologa uparcie dąży do samozagłady. Jego wstrząsany ciągłą szamotaniną umysł nie przyjmuje informacji, że rozpaczliwe wybuchy myśli doprowadzą co najwyżej do bohaterskiej śmierci. Jeśli znajdą się oczywiście śmiałkowie, którzy potraktują ten tragiczny koniec jako wyraz buntu sprawiedliwości nad fałszem.

"Las wisielców" doprowadza do nieodwołalnych postanowień. Bardzo łatwo przychodzi Rebreanu stawianie szubienic, tak samo prędko tworzy wątpliwości. Jednocześnie jest mistrzem w odmowie udzielania odpowiedzi na nurtujące problemy. Radość życia może zostać zszargana milionami powodów, jednak przyczyn tego zamętu nie poznamy. Wydaje mi się, że każdy czytelnik tej książki powinien wypracować sobie koncepcje przybliżające go do zrozumienia protestu powstałego w umyśle inteligentnego człowieka. Co miało największy wpływ na postępowanie Bologi? Odciśnięcie piętna wojny na dotąd spokojnym sumieniu? Widok stryczków będących prezentem od ojczyzny? Odpowiedzi może być wiele a brzemię przygniatające duszę wymaga wnikliwej analizy.

Rumuński pisarz wspomina, że "cierpienia nam trzeba, wielkiego, ciężkiego. Tylko w cierpieniu rozwija się i rodzi prawdziwa, zwycięska miłość". Można się z tym stwierdzeniem nie zgadzać, ale warto zaznaczyć, że "Las wisielców" jest niczym innym jak jedną wielką drogą cierniową umysłu w którym zagnieździły się niespokojne idee. W przypadku tej powieści, uznałbym za najważniejszy problem dylemat człowieka, którego podświadomy humanitaryzm nie licuje z karą wymierzaną przez bezwzględny aparat państwowy. To stawianie wyimaginowanego obowiązku ponad ludzką moralność prowadzi prędzej czy później do powstania tego typu dzieł. Z wyśmienitej uczty kulturalnej zapamiętam, że ciężko osądzać innych, kiedy nasza własna dusza jest pełna wahania.

pokaż więcej

 
2018-09-29 20:09:18
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Błotnistymi łódzkimi rynsztokami pełnymi moralnego brudu popłynęła moja wiara w ludzką przyzwoitość. Jednak zwątpiłem w nasz człowieczy ród jedynie na moment, bo pod wpływem zabrudzonego fabrycznym pyłem piękna zanegowałem istnienie filantropii. W porę się jednak ocknąłem, ponieważ siedem dni zajęło mi wsłuchiwanie się w nielitościwe wycie syren, aby również po takim samym czasie doświadczyć... Błotnistymi łódzkimi rynsztokami pełnymi moralnego brudu popłynęła moja wiara w ludzką przyzwoitość. Jednak zwątpiłem w nasz człowieczy ród jedynie na moment, bo pod wpływem zabrudzonego fabrycznym pyłem piękna zanegowałem istnienie filantropii. W porę się jednak ocknąłem, ponieważ siedem dni zajęło mi wsłuchiwanie się w nielitościwe wycie syren, aby również po takim samym czasie doświadczyć otuchy, wlanej w moje serce przez Władysława Reymonta. Nie wszystko jest stracone. Leżąca w gruzach etyka i panoszące się łajdactwo mogą być synonimami ziemi przeklętej, jednak polski pisarz daje mi również wiarę w istnienie ziemi obiecanej. A tę wyśnioną ziemię będą tworzyć miłość i uczciwość. Chcę jeszcze wierzyć w tak wysokie ideały.

Fabryczna Łódź na każdym kroku opluwa czytelnika swoim błotem i przypomina, że nawet najpiękniejsze brylanty najlepiej wyglądają w oprawie z gotówki. Jej powierzchowność może świadczyć o silnym etosie pracy, jednak to tylko pozory kształtowane przez ciągle zabieganych i martwiących się o swoje miliony fabrykantów. Niekończące się święto pracy wespół ze szlachetnym postępowaniem? Nic z tych rzeczy. To bardziej miasto zasnute dymem z kominów, tak jak dorobkiewiczowska psychika usłana jest żądzą zysku. To obłożony moralnymi i fabrycznymi bankructwami moloch w którym ledwie widać litość. Wielkie fabryki wysysają uczucia a w to miejsce pompują strach o jutro. W takiej atmosferze szum pracujących maszyn świetnie współgra z chórem nędzy, otaczającym to bogate w cierpienia miasto.

Skłaniam się ku temu, aby uwierzyć bohaterom Reymonta, że w ich wyśnionej ziemi można zdobyć wszystko oprócz szczęścia. Jednak wizja mickiewiczowskiego dworku oraz płomienne uczucia przewijające się w tej wspaniałej powieści, dają podstawę do mojego pozytywnego zapatrywania na świat "Ziemi obiecanej". Nie wszystko jest zepsute do samych korzeni ludzkich poczynań. Należy oddzielić zgliszcza umierających uczuć od postępującej koncentracji nad ich subtelnym wyniesieniem ponad wszystko co podłe. Owszem, w powieści Reymonta jest dużo obłudy i braku skrupułów nawet wobec najbliższych. Jednak to często okrutne mocowanie się z życiem na kartach "Ziemi obiecanej", tworzy również pożądanie dobra, wyzierające z wielu umysłów zaprzęgniętych w reymontowskie dzieło. Widocznie sam pisarz wierzył w zwycięstwo tego co piękne.

Na długo pozostanie w mojej pamięci ten potężny wir w którym obracają się pieniądze i namiętności. Uszanowanie dla mamony i pogarda dla ludzkiej nędzy to znak rozpoznawczy większości rozdziałów dzieła polskiego noblisty. Interesy w "Ziemi obiecanej" to rzecz święta, jednak warto pochylić się nad kiełkującymi wśród nich filantropijnymi rozważaniami. Kto z Was oczekuje po tej lekturze bogatych opisów towarzyskiego życia, ten je dostanie. Kto chce podglądać uczciwość w roli głupstwa, ten zaspokoi swoje wymagania. A kto bardziej ceni wplecione w fabułę romanse, ten również nie będzie się czuł zawiedziony. Ja dostałem wszystko czego chciałem i jestem przeświadczony o wielkości dzieła Władysława Reymonta.

pokaż więcej

 
2018-09-22 17:45:57
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

W swej ziemskiej wędrówce po zakurzonych andaluzyjskich dróżkach, proza poetycka Juana Ramóna Jiméneza dotyka zlewającego się z morzem nieba. Próbuje marzeń, lecących z wiatrem po hiszpańskich wioskach i w koleinach gorącego lata odsłania drogie skarby ludzkich emocji. Jej drogi są ziemskie jedynie z nazwy, ponieważ w swych peregrynacjach zbyt często dotyka obłoków aby mówić o jej przywiązaniu... W swej ziemskiej wędrówce po zakurzonych andaluzyjskich dróżkach, proza poetycka Juana Ramóna Jiméneza dotyka zlewającego się z morzem nieba. Próbuje marzeń, lecących z wiatrem po hiszpańskich wioskach i w koleinach gorącego lata odsłania drogie skarby ludzkich emocji. Jej drogi są ziemskie jedynie z nazwy, ponieważ w swych peregrynacjach zbyt często dotyka obłoków aby mówić o jej przywiązaniu do pospolitych spraw. Bardzo mnie cieszy właśnie taki charakter twórczości noblisty z miasteczka Moguer. Łagodnie kojąca, uległa i czasami tkliwa. Pachnąca miłością do przyrody i przesycona zapachem świeżego chleba. Po prostu bliska ludziom, pomimo jej ponadstuletniego oddalenia od czasów w których żyjemy.

Zapewne długo będę jeszcze wspominać pełne żalu porykiwanie. Niejeden raz przypomnę sobie różnorodność życia i przejmujące przyglądanie się kwiatom i ptakom. Zatęsknię do potulnego osiołka oraz niebiańskich i jednocześnie ziemskich woni, przenikających się wzajemnie. Na moich oczach, wśród spieczonych słońcem pól, rodzi się przytulna i pełna pokory poezja na co dzień. Jej codzienność to radość i ból. To białe motyle towarzyszące bohaterom tej ponadczasowej baśni. To kwiaty tak małe jak gwiazdy na niebie i gwiazdy tak wielkie jak kwiaty na łące. Tak się zapewne przejawia zachwyt, którego z powodu braku słów nie jestem w stanie do końca wyrazić.

"Srebroń i ja" urzekł mnie podniosłą ale pogodną siłą trwania, nawet wtedy, gdy śmierć przekreśla nasze pragnienia. Rozkołysał moje marzenia z dzieciństwa i przypomniał o prostych i nadzwyczaj cieszących mnie scenach życia. Poczułem co oznacza poetycka przyjaźń zamknięta w lekkiej formie, która równie dobrze mogłaby stanowić duchowy pokarm dla każdego wrażliwego człowieka. Atmosfera dzieła, które tak wielką rozkosz mi dało, przepojona jest słońcem i wiatrem. Otulona pozytywnymi uczuciami, sprawia przyjemność nawet wtedy, kiedy znienacka zasnuje bezchmurne niebo zasłona żałoby. Wystukiwana oślim truchtem ufność życia może niejednego czytelnika przyprawić o zmysłowy dreszcz. Jiménez sprawia, że to co jest zwyczajne, predestynuje do miana najbardziej niezwyczajnych rzeczy na ziemi.

Na jednej ze ścian domu w rodzinnej miejscowości hiszpańskiego noblisty widnieje napis: "Amor y poesía cada día" - "Miłość i poezja każdego dnia". To prawda, dzieło Jiméneza jest przesiąknięte ciepłymi uczuciami zanurzonymi w morzu poezji. Osobowość Srebronia sprzyja takiemu wyobrażeniu szacunku dla dziecięcej radości i beztroski. Pocieszny osiołek jest kwintesencją tego wszystkiego, za czym można tęsknić w dorosłym życiu. Jest czymś autentycznym jak młodziutkie życie nieświadomej zagrożeń osoby, dopiero co wchodzącej do świata dorosłych. Jednak czy należy się śpieszyć do dorosłości? Może wypada chociaż na chwilę zatrzymać się w dziecięctwie Srebronia przybranego w strój osła? Zapewniam Was, że warto a nawet trzeba zapomnieć o tym kim jesteśmy, aby zanurzyć się w sjeście przygotowanej przez prozę poetycką Jiméneza.

pokaż więcej

 
2018-09-18 20:09:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Będąc świadom tego, że dokonuję na sobie umysłowego eksperymentu, przez chwilę stałem się pogrążoną w teraźniejszości istotą żyjącą. Cokolwiek miałbym w związku z tą sytuacją odczuwać, to wydaje mi się, że wiedza na temat materii i ducha, którą Henri Bergson próbował mi przekazać, nie utrwaliła się dostatecznie mocno w moim obciążonym nadmiarem informacji mózgu. Pomimo tego, że francuski... Będąc świadom tego, że dokonuję na sobie umysłowego eksperymentu, przez chwilę stałem się pogrążoną w teraźniejszości istotą żyjącą. Cokolwiek miałbym w związku z tą sytuacją odczuwać, to wydaje mi się, że wiedza na temat materii i ducha, którą Henri Bergson próbował mi przekazać, nie utrwaliła się dostatecznie mocno w moim obciążonym nadmiarem informacji mózgu. Pomimo tego, że francuski filozof dwoił się i troił aby udowodnić mi, gdzie jest granica pomiędzy przeszłością a przyszłością, to ja i tak zapadłem w specyficzny rodzaj kontemplacji, której głównym celem było jak najszybsze zakończenie lektury "Materii i pamięci". Ten rodzaj medytacji zwiemy popularnie nudą. Otóż ten tchnący spokojem stan ducha rozwijał się w najlepsze podczas czytania zawiłych tasiemcowych wywodów, których nie szczędził mi laureat Nagrody Nobla. Dzięki niemu dostałem nauczkę, że jeśli w dziedzinie poznawania filozofii chcę zrobić krok do przodu, to najpierw muszę się cofnąć o dwa kroki do tyłu.

Bergson z wielkim zapałem wprowadza do gry "Deus ex machina", nowa koncepcja ma zapewne zrewolucjonizować naukę w końcówce XIX wieku. Kroi i szyje swój skrawek materii po to, abyśmy pośród spraw niewytłumaczalnych i niezrozumiałych, mieli lepsze wyobrażenie o otaczającym nas świecie. Jednak czy drobiazgowy rozbiór nagromadzonych wspomnień lub też oddzielanie postrzeżenia od rozpoznania przybliża nas do bycia mądrzejszymi, zostawię to Waszej ocenie. Moja indolencja, którą odkryłem na początku lektury, wcale nie zmalała podczas posuwania się ku zakończeniu. Wręcz przeciwnie. Tkwiła na swoich mocno okopanych pozycjach i ziewała w najlepsze.

"Materia i pamięć" w swoich rozważaniach nad życiem umysłowym, zwraca uwagę na rozległe obszary świadomości refleksyjnej i bezpośredniej. Rozbiera na czynniki pierwsze uczucia i namiętności. Z matematyczną dokładnością a nawet z zastosowaniem wzorów próbuje wytłumaczyć czym jest trwanie i co ono oznacza dla człowieka. Chwile naszego istnienia nie są dla Bergsona jedynie łatwo wytłumaczalnymi emocjami, których tak wiele dostrzegamy w swoim życiu. Noblista nurkuje w głębinach świadomości aby rozświetlić dotychczas nieznane rejony mózgu i kroczyć przez naukę milowymi krokami zdobywcy. Niestety zabrakło mi sił do przejścia razem z nim przez niezbadane akweny poznania.

Dzieło Bergsona wywołuje niezmierne natężenie umysłu i w związku z tym jest przeznaczone tylko dla wybitnie ścisłych intelektów. Pojęcie znaczenia epifenomenu z pewnością będzie dla nich wielkim wyzwaniem a poszukiwanie punktu przecięcia się materii i ducha, pozwoli na jeszcze lepsze wykorzystanie zwojów mózgowych. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że moje ironizowanie w żadnym stopniu nie oznacza bagatelizowania dorobku Bergsona. Wiem, że na moim obecnym poziomie zaawansowania w dziedzinie filozofii, prowadzenie ze mną wszelkich zaawansowanych dyskusji jest jałowe. Dopóki nie nabędę odpowiedniej wiedzy w podstawowym zakresie, dopóty będę być może nieświadomie ignorować bardzo ważne naukowe aspekty. Wobec tego czeka mnie wiele pracy przed sobą.

pokaż więcej

 
2018-09-12 16:11:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Na zadane cudzoziemcowi przez Charlesa Baudelaire'a pytanie, co ten zagraniczny przybysz kocha najbardziej, poeta otrzymał odpowiedź, że "Kocham obłoki... przelotne obłoki... tam, ot tam... te cudowne obłoki!". Gdy Baudelaire wspomniał temu człowiekowi jednocześnie o miłości do piękna to usłyszał: "rad bym je kochał, boskie i nieśmiertelne". Tak samo gdyby mnie teraz zapytano, co dostrzegam w... Na zadane cudzoziemcowi przez Charlesa Baudelaire'a pytanie, co ten zagraniczny przybysz kocha najbardziej, poeta otrzymał odpowiedź, że "Kocham obłoki... przelotne obłoki... tam, ot tam... te cudowne obłoki!". Gdy Baudelaire wspomniał temu człowiekowi jednocześnie o miłości do piękna to usłyszał: "rad bym je kochał, boskie i nieśmiertelne". Tak samo gdyby mnie teraz zapytano, co dostrzegam w chmurach płynących w wierszu "Cudzoziemiec", odpowiedziałbym, że widzę poezję... ulotną i szybko przebiegającą przez pamięć, że odczuwam jej niezniszczalną chociaż zarazem efemeryczną naturę. Paul Claudel błagał o odebranie mu artystycznego talentu z którego nic mu namacalnego nie zostaje. Ponad miarę marzący Arthur Rimbaud podróżował po płynnych bezdrożach. Jean Moréas przywoływał kołyszące go w snach głosy. Tymczasem ja, dzięki nim mogę uczestniczyć w największych poetyckich pokazach fantazji.

Wyśmienitego wyboru dokonał Paweł Hertz, sięgając po przetłumaczone jeszcze na początku XX wieku przez Zenona Przesmyckiego wiersze. Rojno w nich od mglistych przypuszczeń powstałych w natchnieniu słynnych marzycieli. Pełno tu tajemnych woni, gdzie nie wiadomo czy takie obłędne zapachy wydaje świt czy kwiaty. Mnóstwo tu trosk, tych mniej i bardziej pospolitych. Tych dotyczących dalekosiężnych spojrzeń Mauricego Maeterlincka i tych bliższych ziemi z urwistych wybrzeży Victora Hugo. Wszystkich poetów zgromadzonych w tym tomie poezji łączy chęć poznania drugiej strony ludzkiego istnienia, mrocznej lub rozświetlonej istoty tkwiącej pod postacią naszego sumienia.

Théodore de Banville woła: "Powietrza! światła! w błękit! w blask! Ach, skrzydeł! skrzydeł! skrzydeł! skrzydeł!". Gdyby sam teraz mógł popatrzeć jak lekka jest jego poezja. Jak z perspektywy czasu dojrzałe i zwiewne są wersy toczące się pomiędzy gwiazdy, identycznie jak w jego "Skoku z trampoliny". Teraz właśnie z odległości ponad stu lat widać "bujność form i konturów czystość polerowną" jakiej pragnął Joséphin Soulary. Całe lata wygładziły i przybrały niezliczoną ilością ozdób tę ulubienicę greckich muz. Pewnie nawet w swych zuchwałych marzeniach, żaden z tych wielkich poetów nie przeczuwał, jak wspaniały los zapiszą im karty literatury pięknej.

Kto przeczyta zasady sztuki poetyckiej wyłożone przez Paula Verlaine'a, ten się zakocha w jego rymach. Kto bez żadnej przyczyny poczuje żal, ten się dowie jak wielki wpływ ma na niego poezja. Wszyscy, którym liryczne wzruszenia zostawią w sercu trwały ślad domyślą się, że można ich szukać pod każdą szerokością geograficzną. Przeczytany przeze mnie tom wierszy poetów francuskojęzycznych nie jest tu wyjątkiem. Piękno słów można znaleźć wszędzie. "U poetów" sprowadził na mnie jeszcze większy głód doznań. Jednak mam na myśli doznania podane ze smakiem, szczególnie te serwowane przez dojrzałych wiekiem poetów, zweryfikowanych dzięki pokoleniom najlepszych znawców literatury.

pokaż więcej

 
2018-09-11 16:58:34
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Zgromadziwszy ogromny kapitał sceptycyzmu, ubranego w pesymistyczną ocenę wszystkiego o czymkolwiek można by pomyśleć, Emil Cioran poszedł dalej. Omiatając swoim krytycznym "okiem poznania" wszelkie przejawy życia, zaczął eksportować wątpliwości w świat. Pod jego wpływem zapewne niejeden z nas uległ pokusie niefascynowania się z pozoru nierzeczywistymi błahostkami egzystencji. Być może wielu... Zgromadziwszy ogromny kapitał sceptycyzmu, ubranego w pesymistyczną ocenę wszystkiego o czymkolwiek można by pomyśleć, Emil Cioran poszedł dalej. Omiatając swoim krytycznym "okiem poznania" wszelkie przejawy życia, zaczął eksportować wątpliwości w świat. Pod jego wpływem zapewne niejeden z nas uległ pokusie niefascynowania się z pozoru nierzeczywistymi błahostkami egzystencji. Być może wielu odbiorców jego literatury spojrzy przychylniejszym okiem na nicość lub zatęskni za brakiem pragnień. Jednak czy te abstrakcyjne rozważania powinny być przeznaczone dla współczesnego człowieka, pragnącego cieszyć się pełnią życia? Czy pomagają one w rozwiązaniu jego problemów egzystencjalnych? Z pewnością warto zastanowić się nad jego filozofią aby nie być obojętnym wobec skomplikowanych aspektów życia. Jednak nie wolno nadwyrężać możliwości poznawczych ludzkiego rozumu bo cytując Ciorana: "Najtrudniejszą w świecie rzeczą jest dostrojenie się do melodii bytu, uchwycenie jego tonu". Już Horacy wspominał o "Aurea mediocritas" - Złotym środku, który powinien znaleźć każdy z nas aby żyć tak, żeby zaznać szczęścia.

Po lekturze rumuńskiego filozofa mam wrażenie, że człowiek nie jest niczym nadzwyczajnym. Stwierdziłbym nawet, że bycie człowiekiem to coś fatalnego. Jesteśmy stworzeniami, które musząc się ciągle mierzyć z istotą swojego człowieczeństwa, nie panują nad wręcz obsesyjnym analizowaniem swoich stosunków ze światem. Nosimy w sobie pokusę śmierci a pojawiająca się od czasu do czasu niesamowita jasność umysłu doprowadza nad do samobójstwa. Ta wykraczająca daleko poza ramy naszego rozumu chciwość absolutu, wydała na światło dzienne "Złego demiurga". Za jego pomocą Emil Cioran oprowadza czytelnika po ślepych zaułkach "ja", gdzie zjada nas własne "ego" a pragnienia są nieuleczalne. Cioran jak zwykle burzy i buduje. Tam gdzie zmąci spokój, to jednocześnie zasieje ziarno zrozumienia dla złożonej ludzkiej egzystencji do której jego zdaniem przywiązujemy zbyt wielką wagę.

"Zły demiurg" został wpisany przez Kościół katolicki do indeksu ksiąg zakazanych. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ Cioran w ekskomunice nałożonej na stwórcę poszedł bardzo daleko i stwierdził, że ludzie wyszli spod ręki boga nieszczęśliwego i złego. Nadająca kształt celnym dywagacjom filozofa anatomia dobra i zła, wygląda jak kuglarstwo maskowane teologicznymi akrobacjami. Jednak zjadliwe poglądy Ciorana na cielesność i prokreację wcale nie muszą być pozbawione rozsądku. Wszystko zależy od tego, do kogo są skierowane i jak mocno osadzony w wierze będzie ich odbiorca.

Odkrycie faktu że nic nie ma trwałych podstaw, może się wydać zbyt drastyczne dla wielu ludzi. Emil Cioran jest bardzo bezpośredni w swojej emanacji pesymizmem i nie ukrywa tego. Sam przyznaje, że "w rewirach demona, stajemy się ponurzy. Jak ja...". Momentami miałem wrażenie, że wypowiada swoje osądy z mieszaniną obojętności i pogardy. Ten filozof nawet szczęście i nieszczęście uznaje za ten sam dopust. Więc czemu się mielibyśmy dziwić, że te poglądy wywołują skrajne emocje. Jego koncepcje mogą posłużyć do utemperowania zbyt wybujałych aspiracji. Są korzeniem wszystkiego, co dotyczy ucieczki do środka własnej jaźni. To właśnie jest głównym powodem dla którego zdecydowałem się na poznanie dzieł Emila Ciorana.

pokaż więcej

 
2018-09-08 16:40:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Dręczące mnie pragnienie ucieczki od rzeczywistości uważam za zaspokojone. Przynajmniej przez chwilę czułem się posiadaczem kluczy do świata, którego miarą czasu jest coś zupełnie niepojętego. Poczucie bycia pielgrzymem dotykającym relikwii nie opuści mnie jeszcze długo. Będzie co wspominać po tej podróży wyczarowanej w nurtach realizmu magicznego. Bo przecież podczas drgających w rytm... Dręczące mnie pragnienie ucieczki od rzeczywistości uważam za zaspokojone. Przynajmniej przez chwilę czułem się posiadaczem kluczy do świata, którego miarą czasu jest coś zupełnie niepojętego. Poczucie bycia pielgrzymem dotykającym relikwii nie opuści mnie jeszcze długo. Będzie co wspominać po tej podróży wyczarowanej w nurtach realizmu magicznego. Bo przecież podczas drgających w rytm prymitywnej muzyki wydarzeń, stało się coś niesamowitego. Nie słysząc dźwięków, poczułem ich oddech. Rozbudzony intelektualnie do granic możliwości, wracałem do pierwotnych korzeni. Wspominając IX symfonię Ludwiga van Beethovena, oczarowany zostałem odgłosami puszczańskich instrumentów muzycznych. Mógłbym zaprezentować jeszcze wiele takich zestawień. Jednak najważniejsze jest to, że po słowach Alejo Carpentiera mogłem przejść do tajemniczego królestwa zmysłów nie ruszając się ze swojego domu.

Pierwszy etap odkrywania kubańskiego pisarza mam za sobą. Udało mi się z lamusa marzeń wyciągnąć świat, skrojony przez niego specjalnie na potrzeby zabieganych ludzi współczesności. Być może Carpentier napisał "Podróż do źródeł czasu" właśnie po to, żebym odzyskał utraconą kiedyś w nowoczesnym świecie równowagę i przekroczył granicę dziejów człowieka. Ponieważ ze swoim zatraceniem w świecie konsumpcji, jestem w pewnym sensie bankrutem zachodniego człowieka. Cokolwiek by to miało znaczyć, bardzo potrzebowałem spotkania z głębokimi śladami jakie wyżłobiła prymitywna kultura, żyjąca gdzieś poza czasem. Tak wiele książek musiałem przeczytać aby dojść do El Dorado mitów zaginionych cywilizacji.

"Podróż do źródeł czasu" odkrywa cudowny majestat puszczy, stanowi Genesis ery przedludzkiej. Gorączka chwili tu nie dociera a świadomość prastarej tradycji i wierzeń ukorzeniają się mocno w powoli sączącym się czasie. Urzeczony tym odmiennym światem, można łatwo zatracić kontakt z rzeczywistością. Jeśli tylko ktoś jest spragniony cudów, to tu je zobaczy. Realizm magiczny daje ogromne pole do popisu dla czytelniczej wyobraźni. Carpentier tylko podsuwa pewne zagadki a to my sami musimy przekraczać progi nieznanego. To dlatego zachowujemy się jak konkwistadorzy w poszukiwaniu królestwa Manoa. Dlatego zupełnie inaczej widzimy pogrzeb w ciemnościach wywołanych chmarami kolorowych motyli. Dlatego też czujemy się nago jak u siebie w domu a otoczeni pierwotnymi rytmami życia nie zwracamy uwagi na konwenanse.

W mojej głowie zamigotała myśl, aby wzorem głównego bohatera "Podróży do źródeł czasu" nie wracać do nowoczesnego życia. Z pewnością będę mógł częściowo zrealizować ten zamiar, stosując gimnastykę umysłową podczas czytania kolejnych dzieł tego prozaika. Pamiętajcie, że Alejo Carpentier to przede wszystkim tajemnica. Trudno zrozumieć grę w którą z nami gra. Jednak sugestywność jego fantazji jest tak silna, że ciężko sobie odmówić odsłaniania kolejnych zasłon pradawnych miraży. Ta literatura jest podróżą przez tysiąclecia ale nie znaczyłaby dla mnie tak wiele, gdyby nie estetyczne wzruszenia serwowane przez Alejo Carpentiera. Serdecznie Was zapraszam, zostawcie współczesne więzienie za sobą i chodźcie tam, gdzie zaczyna się życie a poczujecie wolność dotychczas Wam nieznaną.

pokaż więcej

 
2018-09-02 18:37:40
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Podczas najpiękniejszych lat swojej młodości Krzysztof Kamil Baczyński poznał zbyt wiele trudnych słów, aby pozostało to niezauważone przez jego poezję. Na swoje dwudzieste urodziny wiedział już tyle co niejeden mędrzec, który przeżywszy długie życie, chełpi się starczą mądrością. Jednak to nie doświadczenie lat pokoju kształtowało tego młodego człowieka. To niemiłosiernie wiejące wichry... Podczas najpiękniejszych lat swojej młodości Krzysztof Kamil Baczyński poznał zbyt wiele trudnych słów, aby pozostało to niezauważone przez jego poezję. Na swoje dwudzieste urodziny wiedział już tyle co niejeden mędrzec, który przeżywszy długie życie, chełpi się starczą mądrością. Jednak to nie doświadczenie lat pokoju kształtowało tego młodego człowieka. To niemiłosiernie wiejące wichry historii odcisnęły piętno na tym, co tworzył. Pomimo tego, że Baczyński często zahaczał o słoneczne emocje i nie dawał się smutnym huraganom, to widać jego niepokój o jutro. Jednak zawsze znalazł sposób aby przemycić coś optymistycznego. W letnim i wiosennym niebie potrafił drążyć studnie w których echa młodzieńczych marzeń rywalizowały ze sobą o miano najbardziej miłujących życie. Tak głębokie są te przestrzenie dobroci i piękna, że można się w nich utopić, ale najpierw trzeba się zakochać. Bo moim zdaniem Baczyński przeszedł do literackiej wieczności właśnie dzięki miłości.

Napiętnowany wczesną śmiercią. Stąpający po łąkach krwi. Boleśnie przeżywający dni. Wrażliwość młodego polskiego poety musiała znieść wiele tragicznych wydarzeń, aby mogły z niej powstać tak piękne rymy. Bo chociaż zalęgła się w nim śmierć, chociaż nadeszły straszne lata, które zburzyły najpiękniejsze chwile, to jednak on sam zabronił się bać ciemności. Zakazał obawiania się bezgwiezdnych nocy. Wolał tworzyć liryczne sny, ciążące ku miłości struktury od których bije jasność. Przypadający na ostatnie lata jego twórczości mroczny czas, uderza nieustannymi kontrastami. Wiara i nadzieja. Zawsze je podziwiał i pielęgnował.

Podczas ostatnich dwóch dni z wielką przyjemnością przeszedłem po słynnym i ogarniętym szałem tańca moście w Awinionie. Przypatrywałem się zagadkowym strofom które mówiły, że "Jeśli testament - to z liści, a pomnik jeśli - z płomienia". Mogę się tylko domyślać, czy Krzysztof Kamil Baczyński w ten sposób wyobrażał sobie upamiętnienie jego wierszy. Bardzo częstym motywem w poezji poety były sny. Począwszy od dziecinnych i pachnących wanilią fantazji a skończywszy na erotycznych abstrakcjach dojrzewającej młodości. Niebo i uśmiech. To domena Baczyńskiego. A gdzieś pomiędzy trafiały się ugory czasu, pozbawionego ludzi i towarzyszących im wojen.

To podobno liryki najpiękniejsze. Tak przynajmniej twierdzi okładka tego tomiku wierszy. Jak jest naprawdę, to przekonacie się sami. Mnie szczególnie oczarowało w nim wyrażenie "ja i ty", które dostrzegłem w jednym z utworów. Wtedy już czułem, że pomimo tragicznych wydarzeń na ziemi, istnieje coś na kształt wzajemnego przywiązania, coś bardzo ważnego dla Baczyńskiego. To słowo "kochać", brzmiące tak samo pięknie z najdalszych zakątków wszechświata. Warto o tym pamiętać, bo jesteśmy śmiertelni i nie wiemy ile czasu nam pozostało. Być może poniższy cytat daje większe wyobrażenie o tym, co mam na myśli:

"A do mej śmierci jak ostatni dar
jest tylko przestrzeń".

pokaż więcej

 
2018-08-31 18:10:31
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Ecce homo - oto jest człowiek z jego wszystkimi wątpliwościami, z osobowością pełną rozbieżności. Oto natura domagająca się wyjaśnień i jednostka biorąca na siebie cierpienie. To nowy człowiek przechodzący przez próbę sumienia, toczący walkę z samym sobą. Osamotnienie tej postaci sięga granic ale jej świadomość to wielki skarb buntowniczego umysłu. Stworzył go Fiodor Dostojewski jako... Ecce homo - oto jest człowiek z jego wszystkimi wątpliwościami, z osobowością pełną rozbieżności. Oto natura domagająca się wyjaśnień i jednostka biorąca na siebie cierpienie. To nowy człowiek przechodzący przez próbę sumienia, toczący walkę z samym sobą. Osamotnienie tej postaci sięga granic ale jej świadomość to wielki skarb buntowniczego umysłu. Stworzył go Fiodor Dostojewski jako wspaniałomyślnego i dobrego lub zimnego i brutalnego. Możemy wybrać z jego charakterystyki co tylko zapragniemy i nie pomylimy się w swoim osądzie. Kto dał mu prawo do wydawania wyroków? Kto dał mu możliwość orzekania o dobru i złu? Otóż jako człowiek nasycający się anatomią własnego obłędu, nadał sobie sam takie prawa.

Raskolnikow jest cały poplamiony krwią swoich ofiar oraz tych, którym chciał pomagać. Jego udręczony umysł wzywa ciemne moce aby dojrzeć do tego, że życie nadal istnieje. Używa do tego pokrętnej kazuistyki wymyślonej po to, żeby wytłumaczyć popełnione przez siebie czyny. Nad wieloma góruje inteligencją i wiedzą ale złowrogi sens tej przewagi uwidacznia się w momencie zakazanego prawem zachowania. Swoboda umysłu i woli doprowadza go do studiów wyrządzonego przez siebie zła. Tak właśnie dojrzewają wyrzuty sumienia. W taki oto sposób rodzi się droga do zbrodni a złudzenia napawają coraz większą grozą.

"Zbrodnia i kara" dostarcza danych psychologicznych do badania natury człowieka. Przypomina o kardynalnych zasadach rządzących moralnością i porusza zagadnienia ludzkiego sumienia z iście chorobliwym zacięciem do uzewnętrzniania wszystkiego co własne i skryte. Kunsztownie skonstruowane dialogi brzmią czasem jak majaki mających straszne rzeczy na sumieniu niespokojnych charakterów. Czytając to dzieło Dostojewskiego miałem poczucie niezwykłej wagi etyki w otaczającej mnie rzeczywistości. Zestawiałem ze sobą duchowe i materialne czynniki, nakładając je na siebie i ważąc ciężar morderstwa. Przymierzałem zbrodnię do spodziewanej kary, oczekując moralnego wytłumaczenia czynów Raskolnikowa.

"Człowiekiem jestem; nic co ludzkie nie jest mi obce". Jednak pomimo tej humanistycznej dewizy, wzdrygam się na myśl o usprawiedliwianiu problemów stanu duchowego zbrodniarza. Oddaję pokłon niepotrzebnemu cierpieniu i bohaterom zgnębionym lękiem. Jednak boję się oceniać przypominający chorobę, upadek silnej woli. Uważam "Zbrodnię i karę" za najlepszą przeczytaną przeze mnie dotychczas powieść rosyjskiego pisarza. Myśli będącego wielkim psychologiem Dostojewskiego, brzmią w niej bardzo rozsądnie. Chociaż jego bohaterowie bywają często chaotyczni i ordynarni, to potrafi on włożyć w ich usta zdania będące epokowymi odkryciami psychologii. Z wielkim niepokojem śledziłem drogę "Zbrodni i kary" do ukazania wewnętrznej walki, toczonej gdzieś w głębi duszy. Jeśli ktoś z Was dopiero planuje odkrywanie twórczości Fiodora Dostojewskiego, to zachęcam do tego, aby się zmierzył najpierw z upadkiem Rodiona Romanowicza Raskolnikowa.

pokaż więcej

 
2018-08-25 21:13:06
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Czy poezja każdego poety posiada aurę nieśmiertelności? Sądzę, że taka chwała jest znakiem rozpoznawczym większości twórców liryki, których utwory na zawsze zapadają w pamięci ludziom, spragnionym wyczarowanej ze słowa pisanego namiętności. Również pod tym względem wiersze Williama Butlera Yeatsa nie wyróżniają się zbytnio pośród tłumu im podobnych liryk. Emanują tym, czego od nich oczekujemy,... Czy poezja każdego poety posiada aurę nieśmiertelności? Sądzę, że taka chwała jest znakiem rozpoznawczym większości twórców liryki, których utwory na zawsze zapadają w pamięci ludziom, spragnionym wyczarowanej ze słowa pisanego namiętności. Również pod tym względem wiersze Williama Butlera Yeatsa nie wyróżniają się zbytnio pośród tłumu im podobnych liryk. Emanują tym, czego od nich oczekujemy, są nieprzemijalne. Jednak warto zaznaczyć, że nie każdy poeta mógł obserwować źródła swojego natchnienia z wieży Thoor Ballylee. Nie wszyscy mieli szansę dostrzec opisywany przez nich świat z góry Ben Bulben. Natomiast Yeats wyczarował całą swoją pradawną i celtycką Irlandię, mając te dwa wysoko położone miejsca za wyznacznik swoich literackich przemyśleń. On po prostu widział więcej, niż wszyscy inni żyjący w tym samym czasie.

Ten wychowany w epoce wiktoriańskiej poeta nie stronił od bardzo poetyckich danajskich wybrzeży. W swoich licznych podróżach przepływał nie tylko morza i oceany ale też podróżował przez czas i marzenia. Wynikiem jego zainteresowań jest tomik wierszy, których układ został skomponowany przez osobę dokonującą wyboru w sposób wyznaczający rytm życia. Młodość gasi swoje pragnienie erotyką. Dojrzałość przywołuje irlandzką tradycję i starania o niepodległość. Tymczasem starość wita myślami o ostateczności i zapytaniami o zgrzybiały wiek. We wszystkich tych trzech okresach, poezja Yeatsa meandruje przez życie, stając się sztuką wieczności.

"Tak samo chłodno spójrz
Na życie i na śmierć.
Nie wstrzymuj konia, jedź!"

Powyższy cytat mógłby stanowić motto twórczości tego najbardziej znanego irlandzkiego poety. Yeats nie bał się przemijania. Traktował na równi narodziny i upadek, będąc ciekawym co jest po drugiej stronie istnienia. Zafascynowany reinkarnacją obserwował koło odradzającego się życia i wierzył, że nasza egzystencja jest włączona w porządek wszechświata. Tworzywem jego twórczości były celtyckie i gaelickie legendy a swoją ukochaną wieżę traktował jako metaforę istnienia. Jej długie i kręte schody przyrównywał do powikłanych ścieżek życia. Brzmi jak baśń? Tak wygląda siła wyobraźni w której z pewnością Yeats był mistrzem.

Wizja niepodległej Irlandii stała się pokarmem dla marzeń a ambicje Yeatsa w tym temacie były bardzo duże. Na równi stawiał miłość i nienawiść, starając się umieścić je na zawrotnych wysokościach swojej twórczości. Skrajne uczucia wywołują największe emocje i irlandzki poeta dobrze potrafił to wykorzystać. Umiał się cieszyć z jesieni życia, podkreślając na swoje siedemdziesiąte urodziny, że "w mężczyźnie chłopak gości, A nigdym nie tańczył z radości". Zapamiętam go jako wpatrzonego w piękną Tetydę Peleusa, któremu udało się posiąść jeden z najpiękniejszych skarbów mitologii greckiej. William Butler Yeats również posiadł bogactwo, jest nim umiejętność życia pełną piersią.

pokaż więcej

 
2018-08-22 16:23:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Seria: Kameleon

Kiedy Iris Murdoch zaczyna swoją psychologiczną grę z czytelnikiem to wiem, że gdzieś na "Ultima Thule" ludzkiej świadomości powstaje coś bardzo niebezpiecznego. Może to kiełkujące ziarno obłędu, może pewien impuls samozniszczenia, trzepoczący w pajęczynie przyczyn i skutków. Przypomina to z pewnością tajemnicze myśli szaleńca, podyktowane mu przez skomplikowany układ międzyludzkich stosunków.... Kiedy Iris Murdoch zaczyna swoją psychologiczną grę z czytelnikiem to wiem, że gdzieś na "Ultima Thule" ludzkiej świadomości powstaje coś bardzo niebezpiecznego. Może to kiełkujące ziarno obłędu, może pewien impuls samozniszczenia, trzepoczący w pajęczynie przyczyn i skutków. Przypomina to z pewnością tajemnicze myśli szaleńca, podyktowane mu przez skomplikowany układ międzyludzkich stosunków. Chciałoby się wręcz pokiwać głową i potwierdzić, że tylko Murdoch jest zdolna do tak obrazowego ukazania fałszywej miłości, zrodzonej z urazy podsycanej zazdrością. Że jedynie ta anglo-irlandzka pisarka potrafi wyczarować na krańcach ludzkiej jaźni, tak piękny i groźny spektakl ulegania złudzeniom. W powieściach Iris Murdoch czuwają demony a w "Morze, morze" to być może rytmiczny stukot fal przywołuje je do życia z wydawałoby się niekończącego się snu.

Dawne romantyczne uczucie może się łatwo skończyć niepotrzebnym rozgrzebywaniem przeszłości. Z takim problemem mierzy się główny bohater tej pasjonującej powieści. W kłębowisku oplatających go uczuć tworzy wielki plan i przekracza graniczny Rubikon, za którym rozciąga się niczym nieskrępowana wolność i wspaniała miłość. Jednak nie zawsze tak wielka odwaga prowadząca do podjęcia wyzwania kończy się szczęściem. Czasami śmiałkowie po zakończeniu miłosnej podróży zbierają już tylko skorupy rozbitych uczuć. Niestety pośród szczątków wspomnień można znaleźć coś więcej. Zazdrość chętnie się rodzi w odmętach pamięci. Obłęd zaczyna jej towarzyszyć na każdym kroku. Z zadowolonego podróżnika uczuciowych wojaży, zamienić się można w nieszczęśliwego życiowego rozbitka, zmęczonego nękającymi go obsesjami.

Tego lata morze Iris Murdoch jest wyjątkowo piękne. Opisywane przez nią przypływy i odpływy nie wydają się być zainteresowane ludzkim światem ścierających się uczuć. To jednak tylko złudzenie, bo z każdym powiewem wiatru od strony morza dowiadywałem się czegoś nowego o tragicznych wydarzeniach mających miejsce w "Shruff End". Ucieczka od świata ludzi do świata przyrody, niekoniecznie oznacza zostawienie za sobą poprzedniego życia z jego hedonistycznymi zainteresowaniami. Tak właśnie eksperymentuje Murdoch. Zestawia młodość ze starością. W podeszłym wieku rozbudza namiętności i nadzieje na które może się wydawać za późno. Ożywia przeszłość i zabarwia je śladami mistycznej miłości przynoszącej bezsensowne poświęcenie.

"Zazdrość rodzi się wraz z miłością, ale nie zawsze z nią umiera". Iris Murdoch wypuszcza bardzo złośliwego demona, którego obecność można odczuć niemal przez cały czas czytania powieści. Uśmiercone uczucie tworzy chronicznie nieszczęśliwe osoby. Sparaliżowanie ich zdrowego rozsądku powoduje wpadanie w sidła swych własnych myśli. To trudne emocjonalnie tematy, chociaż sama lektura tego dzieła jest przyjemna i lekka. "Morze, morze" czyta się właśnie tak, jak może wyglądać życie na odludnym wybrzeżu. Będąc przeświadczonym o zaistnieniu dobrych warunków do zagłębiania się w swoją psychikę, studiujemy krok po kroku życie i wyłuskujemy elementy nas interesujące. Sami sprawdźcie w jaki sposób udało się bohaterom Iris Murdoch utrzymać na tym podmywanym wieloma morskimi prądami, rumowisku śladów odległej przeszłości.

pokaż więcej

 
2018-08-14 17:39:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Seria: Seria Retro

Minęły trzy lata od momentu, kiedy zauroczony pięknem języka Marcela Prousta postanowiłem czekać na pisarza tej miary co on. Chciałem jeszcze raz zakosztować neurastenicznego uczucia i stanąć u wrót opowieści o czystej miłości. Aż w końcu trafiłem na dzieło, które pod wpływem nałożonej przez czas nobliwej patyny, stało się odpowiednikiem siedmiotomowego cyklu "W poszukiwaniu straconego... Minęły trzy lata od momentu, kiedy zauroczony pięknem języka Marcela Prousta postanowiłem czekać na pisarza tej miary co on. Chciałem jeszcze raz zakosztować neurastenicznego uczucia i stanąć u wrót opowieści o czystej miłości. Aż w końcu trafiłem na dzieło, które pod wpływem nałożonej przez czas nobliwej patyny, stało się odpowiednikiem siedmiotomowego cyklu "W poszukiwaniu straconego czasu". Nie przeczuwałem, że tak szybko będę mógł kogoś porównać do Prousta. Jednak nadeszła chwila, że pośród strzelistych i odpowiednio udramatyzowanych aktów, z pełną świadomością umieszczam Remy'ego de Gourmonta na tym samym podium z jego wielkim rodakiem. Zaręczam, że Gourmont stawia swe kroki na kosmopolitycznych salonach z nie mniejszą odwagą niż Proust a elokwencją i ekstrawaganckim przedstawianiem uczuć z pewnością mu dorównuje. Porównywanie tych dwóch pisarzy podczas ich pojedynków w turnieju estetyki, stanowi dla mnie prawdziwe wyzwanie i jest powodem do dumy.

"Sykstyna" nie jest zwykłą powieścią. To bardziej stan duszy, podczas którego w lekkim roztargnieniu można kontemplować wybitne monologi wewnętrzne głównego bohatera. Sama fabuła nie jest czymś, co mogłoby pociągnąć mnie na skraj szaleństwa, ale powiązanie jej z niesamowitą grą wyobraźni adoranta i adorowanej, stawia ją na najwyższym poziomie w tym niesamowitym akcie adoracji. Remy de Gourmont staje się analitykiem namiętności dla którego lęk z nadzieją i zwątpieniem stanowią nieodstępne elementy miłości. Wystarczy uchwycić jego o wiele za dużo mówiące spłoszone spojrzenia, aby zakotwiczyć gdzieś pod niebem w metafizycznych chmurach. "Kocham, ponieważ cierpię". To jedno zdanie mówi wiele o podobnych uczuciach Gourmonta i Prousta do swoich obiektów westchnień.

Technika Remy'ego de Gourmonta wydała mi się bardzo bliska wyższych sfer literatury a tytułowa Sykstyna stała się w moich oczach żądzą nie do zaspokojenia. Ona jest bardziej senną zjawą i efemerydą odczuć, niż kobietą z krwi i kości. To coś na wzór nieuchwytnej tęsknoty za poszukiwaniem sposobności wyrwania się spod władzy spleenu. Chociaż nie ukrywam, że pojawiająca się apatia dodaje czasem tej powieści czarnego i nieodpartego uroku. Francuski pisarz zaprezentował za jednym zamachem niemal poetycką szkołę uczuć a jednocześnie w pełnej dystynkcji prozie, dokonał przeglądu wielu stanów ducha jego niepozbawionych wrażliwości bohaterów.

Podziwiam Gourmonta za erudycję. Chylę czoła przed ułożoną przez niego wykwintną literacką kompozycją. Jestem zwolennikiem stwierdzenia, że nie ma rozkoszy bez wysiłku a trud włożony w czytanie "Sykstyny" zwróci się w postaci interesujących miłosnych eksperymentów. Jednocześnie zastrzegam, że gros bohaterów tego dzieła stanowi towarzystwo charakterów nieskalanych pracą. Ich zmysłowość ma tym samym wystarczająco dużo czasu, aby dojrzewać i wchodzić w proces destrukcji. Wydaje mi się, że to tylko kolejna zachęta do tego, aby potraktować "Sykstynę" dwuznacznie i z lekkim dystansem do spowijających ją uczuć. Kto przyjrzy się dywagacjom o miłości Remy'ego de Gourmonta, ten nie pożałuje chwil spędzonych z tą ambitną lekturą.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
394 348 19727
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (89)

Ulubieni autorzy (97)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (4)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd