Oczytany 
Mój blog www.oczytany.eu
32 lat, mężczyzna, Lublin, status: Czytelnik, dodał: 30 książek i 6 cytatów, ostatnio widziany 1 dzień temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-07-19 21:41:36
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
 
2018-07-14 22:56:07
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Jak doskonale wiecie, Stephen King jest moim ukochanym autorem. Coraz mocniej cenię sobie także twórczość jego starszego syna – Joe Hilla. Tak się składa, że pisarzem jest także najmłodszy potomek Mistrza grozy – Owen. Oprócz napisanych do spółki ze swoim ojcem „Śpiących królewien”, o których pisałem w ubiegłym roku, napisał on tylko jedną książkę. „Jesteśmy w tym wszyscy razem”, bo o tej... Jak doskonale wiecie, Stephen King jest moim ukochanym autorem. Coraz mocniej cenię sobie także twórczość jego starszego syna – Joe Hilla. Tak się składa, że pisarzem jest także najmłodszy potomek Mistrza grozy – Owen. Oprócz napisanych do spółki ze swoim ojcem „Śpiących królewien”, o których pisałem w ubiegłym roku, napisał on tylko jedną książkę. „Jesteśmy w tym wszyscy razem”, bo o tej lekturze mowa, to jego literacki debiut.

Owen King urodził się 21 lutego 1977 w Bangor w stanie Maine. Amerykański pisarz. W 1999 roku ukończył Vassar College, a w 2002 Uniwersytet Columbia. Zadebiutował w 2005 roku zbiorem opowiadań „Jesteśmy w tym wszyscy razem”. Jest nauczycielem akademickim, kierunek: kreatywne pisanie.

„Jesteśmy w tym wszyscy razem”, to zbiór zawierający cztery opowiadania i tytułową nowelę, która otwiera całą książkę. Opowiada ona o nastolatku, który nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie potrafi zaakceptować nowego partnera swojej matki, dlatego George większość czasu spędza u swojego dziadka. Ten z kolei ponad wszystko nienawidzi George’a W. Busha i nie może się pogodzić z porażką Ala Gore’a w wyborach prezydenckich.

Jest to jeden lepszych utworów w tej książce. Jednak osoby, które nie znają historii zamieszania z ogłoszeniem wyników wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w 2000 roku, mogą mieć problem z jego zrozumieniem. Generalnie cała nowela kręci się wokół tego tematu, dlatego warto wcześniej poczytać sobie o tych wydarzeniach. Największym plusem tej minipowieści jest jej zakończenie. Smutne, ponure i niemające nic wspólnego z happy endem.

„Umiejętności skradania Emmy jednocześnie zachwyciły mnie i porządnie wystraszyły. Tylko matka mogła poruszać się tak cicho. W duchu poprzysiągłem sobie nigdy więcej nie zwalać konia bez wcześniejszego sprawdzenia, czy ktoś jest w korytarzu, i bez wsunięcia krzesła pod klamkę.”

„Zwierzęta na lodzie”, to historia objazdowego dentysty, który z dwoma traperami przebija się przez śnieżycę w górach, by dotrzeć do żony jednego z nich.

Bardzo mi się podobał początek tego opowiadania. Klaustrofobiczny klimat gór i westernowa otoczka sprawiały, że kilka pierwszych stron bardzo mnie wciągnęło. Niestety im bliżej końca, tym było gorzej, a końcówka to już zupełne nieporozumienie. Szkoda, że King nie utrzymał poziomu do końca, bo mogłaby być z tego wyjść prawdziwa perełka.

„Cuda”, to zdecydowanie najgorsza nowela w całym zbiorze. Młody bejsbolista z prowincjonalnej drużyny musi podjąć poważną decyzję.

Nic mi się nie podobało w tej minipowieści. Bardzo słabo zarysowane postacie, historia właściwie o niczym i niepasujące do całości zakończenie sprawiły, że czytanie tego opowiadania, było dla mnie małą drogą przez mękę.

„Wąż”, to historia szesnastolatka, który odkrywa, że dorośli bardzo często kłamią.

Ogólnie oceniam tę nowelę na plus, ponieważ czytało mi się ją całkiem dobrze. Jedynie pozytywne wrażenie zepsuło bardzo dziwne zakończenie.

Najbardziej zabawnym opowiadaniem w całym zbiorze jest „Moja druga żona”. Opowiada ono o mężczyźnie, który zastanawia się, czy potrafi jeszcze pokochać inną kobietę po odejściu żony.

„Jesteśmy w tym wszyscy razem” nie jest wybitnym dziełem. Każdemu z opowiadań czegoś brakuje. Najczęściej jest to brak dobrego zakończenia, albo rozwinięcia o kilka stron więcej. Nie da się także ukryć, że młody King czerpie inspiracje z twórczości swojego ojca. Podobne poczucie humoru, te same miejsca akcji i kryjąca się tuż za rogiem nutka ludzkiej okrutności sprawiają, że momentami można odnieść wrażenie, że czyta się dzieło autora „Zielonej Mili”. Na pewno nie można odmówić Owenowi talentu, ale muszę przyznać, że jest on najmniej zdolnym członkiem kingowej rodziny. Mimo to wielbiciele Mistrza grozy powinni być usatysfakcjonowani tą lekturę i to przede wszystkim właśnie tym osobom polecam tę książkę.

Opinia pochodzi z mojego bloga: www.oczytany.eu

pokaż więcej

 
2018-07-10 23:33:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Seria: Reportaż

Prawie rok temu opiniując na blogu dwie książki Stanisława Srokowskiego dotyczące tematyki rzezi wołyńskiej spytałem Was, o najbardziej wstrząsającą lekturę, jaką kiedykolwiek czytaliście. Kamil z bloga Świat Bibliofila wymienił wtedy reportaż „Dzisiaj narysujemy śmierć” Wojciecha Tochmana, który opowiada o ludobójstwie w Rwandzie. Muszę uczciwie przyznać, że bardzo mało wiedziałem o tamtych... Prawie rok temu opiniując na blogu dwie książki Stanisława Srokowskiego dotyczące tematyki rzezi wołyńskiej spytałem Was, o najbardziej wstrząsającą lekturę, jaką kiedykolwiek czytaliście. Kamil z bloga Świat Bibliofila wymienił wtedy reportaż „Dzisiaj narysujemy śmierć” Wojciecha Tochmana, który opowiada o ludobójstwie w Rwandzie. Muszę uczciwie przyznać, że bardzo mało wiedziałem o tamtych wydarzeniach, dlatego postanowiłem nadrobić tę zaległość i z dużą dozą ciekawości sięgnąłem po ten tytuł.

Wojciech Tochman urodził się 12 kwietnia 1969 w Krakowie. Reporter, autor non-fiction. Debiutował jeszcze jako licealista – w 1987 roku – reportażem o szkolnej szatni na łamach młodzieżowego tygodnika „Na przełaj”. W 1990 roku do pracy w dziale reportażu „Gazety Wyborczej” przyjęła go Hanna Krall. Pracował tam do 2004 roku. Od 1996 do 2002 roku prowadził w TVP1 program poświęcony osobom zaginionym „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. W 1999 roku założył Fundację ITAKA, poszukującą zaginionych i pomagającą ich rodzinom. Aktualnie, jako fundator, jest członkiem Rady Fundacji. W roku akademickim 2006-2007 wykładał w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Jest pomysłodawcą Klubu HEBAN i koordynatorem jego działań. Fundacja udziela pomocy dzieciom we wsi Nyakinama w Rwandzie. W 2009 roku założył w Warszawie wraz z Pawłem Goźlińskim i Mariuszem Szczygłem Instytut Reportażu, gdzie wykłada w Polskiej Szkole Reportażu. Publikuje w „Dużym Formacie” – magazynie reporterów „Gazety Wyborczej”.

6 kwietnia 1994 r. nad Kigali został zestrzelony samolot prezydencki. Na pokładzie znajdował się dyktator Rwandy Juvénal Habyarimana oraz prezydent Burundi Cyprien Ntaryamira – obaj z plemienia Hutu. Wracali z tanzańskiej Aruszy, gdzie podpisano porozumienie pokojowe z plemieniem Tutsi. Obaj zginęli. Rozpoczęło to masakrę osób pochodzenia Tutsi dokonaną przez ekstremistów Hutu. Rzeź trwała 100 dni. Jej ofiarą padło blisko milion osób. Morderstwo co osiem i pół sekundy.

„Dzisiaj narysujemy śmierć” nie jest monografią. Jest to zbiór wspomnień kilkunastu osób, którym udało się przeżyć masakrę. Tochman pozwala swoim rozmówcom swobodnie mówić o tamtych wydarzeniach. Stara się nie zadawać najtrudniejszych i najbardziej bolesnych pytań, pozostawiając nas w sferze domysłów. Jednak, jeżeli już któraś z osób decyduje się otwarcie opowiedzieć o tym, co przeżyła, to jest to bardzo wstrząsająca relacja. Niektóre fragmenty powodowały, że musiałem przerwać na chwilę czytanie i bardzo głęboko odetchnąć.

„– Ścięli nas wszystkich – usłyszeli wreszcie. – Sąsiedzi. Mamę, tatę, braci też, i siostry. Było nas dziesięcioro. Jeszcze babcię, ciotkę i jej dzieci, wszystkich ośmioro. Leżałem pod nimi chyba tydzień. Bez ruchu, powietrza, wody. Piłem sok, który z nich wypływał.”

Autor nie bał się także poruszyć bardzo trudnego tematu, jakim była obojętność katolickich księży i żołnierzy znajdujących się w tym czasie na pokojowych misjach w Rwandzie. Praktycznie żaden z nich nie kiwnął palcem, żeby pomóc ofiarom. Po raz kolejny w XX wieku, bardziej cywilizowane kraje udawały, że niczego nie widzą.

„Nie musiała – to już wiemy – jak inne matki patrzeć na śmierć swoich dzieci. Ale i te, które musiały, nie miały najgorzej. Tak ludzie w Rwandzie mówią. Bo było i tak, że zmuszano kobiety do zabijania tych, które urodziły. One tez nie miały najgorzej. Bo zdarzało się i tak, że rodziły na bagnach, a potem kazano im zjadać martwe ciała swych dzieci.”

Na pewno „Dzisiaj narysujemy śmierć”, to jedna z najbardziej wstrząsających książek, jakie miałem okazję kiedykolwiek czytać. Pozwoliła mi także dużo lepiej poznać temat ludobójstwa w Rwandzie. Oceniam ją jednak minimalnie niżej od kresowych opowiadań Srokowskiego. Spowodowane jest to tym, że rzeź wołyńska dotknęła bezpośrednio moją rodzinę. Mimo to, zdecydowanie warto przeczytać ten reportaż, chociażby po to żeby zobaczyć jak niewiele potrzeba, aby najbliżsi sąsiedzi stali się śmiertelnymi wrogami. Dokładnie tak samo jak na Wołyniu.

Opinia pochodzi z mojego bloga: www.oczytany.eu

pokaż więcej

 
2018-06-29 22:36:22
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Drugą książką Wiesława Wernica, jaką w ostatnim czasie miałem przyjemność przeczytać była „Słońce Arizony”.

Wiesław Wernic urodził się 28 lutego 1906 roku w Warszawie. W 1936 roku ukończył Szkołę Główną Handlową, ale jeszcze w liceum wraz ze szkolnymi kolegami, między innymi Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim, założył grupę literacką „Kwadryga”, której członkowie tworzyli czasopismo o tej...
Drugą książką Wiesława Wernica, jaką w ostatnim czasie miałem przyjemność przeczytać była „Słońce Arizony”.

Wiesław Wernic urodził się 28 lutego 1906 roku w Warszawie. W 1936 roku ukończył Szkołę Główną Handlową, ale jeszcze w liceum wraz ze szkolnymi kolegami, między innymi Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim, założył grupę literacką „Kwadryga”, której członkowie tworzyli czasopismo o tej samej nazwie. Po studiach pracował w Polskiej Agencji Telegraficznej. W 1933 na łamach czasopisma „Kurier Poranny” ukazała się jego pierwsza książka – była to krótka powieść detektywistyczna zatytułowana „Daleka przygoda”. Podczas wojny Wernic był zaangażowany w działalność konspiracyjną oraz redakcję prasy podziemnej. Po wojnie pracował jako dziennikarz prasowy i radiowy – najpierw, jako kierownik działu miejskiego w dzienniku „Rzeczpospolita”, od 1951 roku w Polskim Radiu, a następnie – między 1951 a 1973 rokiem – w „Tygodniku Demokratycznym”, gdzie pisał liczne artykuły, między innymi na temat historii Warszawy, ekonomii oraz twórczości rzemieślniczej. Autor zmarł 1 sierpnia 1986 roku w Warszawie.

Arizona, rok 1883. Potworny upał. Czerwona, spękana z gorąca ziemia, potężne, zwaliste skały, olbrzymie kaktusy saguaro. Odludna mieścina Rainy Valley, z której mieszkańcy wypędzili szeryfa. Na tych pogrążonych w bezprawiu ziemiach grasuje banda bezwzględnych rabusiów o tajemniczej nazwie „Słońce Arizony”. Napada ona na miejscową ludność, podróżnych, którzy na swą zgubę zapuścili się w te strony, Indian z plemienia Nawaho. Karol Gordon – słynny traper i przyjaciel czerwonoskórych, oraz doktor Jan wyruszają Indianom z pomocą i wdają się w nierówną walkę ze złoczyńcami ze „Słońca Arizony”. Kim jest tajemniczy przywódca bandytów? Czy Karol Gordon, doktor Jan, Nawahowie i Apacze zdołają rozbić bandę niosącą im zagładę? Czy odnajdą ukryte skarby „Słońca Arizony”?

„Słońce Arizony”, to jedna z najlepszych i chyba najbardziej znanych powieści w dorobku tego autora. Jak w większości książek Wernica i tym razem głównymi bohaterami są doktor Jan i traper Karol Gordon. Kowboje, Indianie, osamotniony szeryf, bandyci terroryzujący miasteczko, poszukiwacze złota – znajdziemy w tej lekturze wszystko to, za co miłośnicy westernów kochają świat Dzikiego Zachodu. Największym plusem „Słońca Arizony” jest wartka akcja. Od pierwszego rozdziału zostajemy wciągnięci w wir wydarzeń i praktycznie do samego końca nie ma strony, która spowodowałaby, że powieść zaczęłaby się nam nudzić. Kolejną zaletą książki jest jej realizm. Wiesław Wernic kilkakrotnie odwiedził Stany Zjednoczone i Kanadę i bardzo dokładnie poznał historię tych krajów. Efektem tego jest to, że fabuła jego powieści osadzona jest na szeroko zarysowanym tle epoki. Nie brakuje w nich także polskich wątków. Muszę do tej beczki miodu dodać jednak łyżkę dziegciu. O ile pozytywni bohaterowie są jak zwykle u tego autora bardzo dobrze nakreśleni, to czarne charaktery już niestety nie. W „Słońcu Arizony”, członkowie tytułowej bandy są delikatnie mówiąc naiwnymi przygłupami. Praktycznie każde spotkanie głównych bohaterów z którymś z nich, kończy się ośmieszeniem bandyty. Cały czas siedziało mi w głowie pytanie, jak tacy mało inteligentni złoczyńcy mogli dokonywać tak zorganizowanych przestępstw?

Jak wspomniałem na początku, „Słońce Arizony” to zdecydowanie jedna z najlepszych książek Wiesława Wernica. Jako wielki miłośnik książek Karola Maya, z wielką przyjemnością ponownie przeniosłem się w magiczny świat Dzikiego Zachodu. Bardzo polecam tę lekturę wielbicielom westernów. Jeżeli ktoś szuka powieści, którą się bardzo szybko i lekko czyta, to na pewno się nie zawiedzie. Tak jak ja.

Opinia pochodzi z mojego bloga: www.oczytany.eu

pokaż więcej

 
2018-06-22 22:45:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

„O psie, który jeździł koleją” autorstwa Romana Pisarskiego, to jedna z najsmutniejszych książek, jakie miałem okazję czytać w dzieciństwie. Po ponad dwudziestu latach, ponownie sięgnąłem po to opowiadanie.

Roman Pisarski urodził się 23 marca 1912 roku w Stanisławowie, na Ukrainie. Ukończył polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracował w kilku szkołach, m.in. w liceach...
„O psie, który jeździł koleją” autorstwa Romana Pisarskiego, to jedna z najsmutniejszych książek, jakie miałem okazję czytać w dzieciństwie. Po ponad dwudziestu latach, ponownie sięgnąłem po to opowiadanie.

Roman Pisarski urodził się 23 marca 1912 roku w Stanisławowie, na Ukrainie. Ukończył polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracował w kilku szkołach, m.in. w liceach ogólnokształcących, umiejscowionych w Gliwicach, Zabrzu i Poznaniu. Stanowisko nauczyciela porzucił w latach 50., kiedy to poświęcił się całkowicie pisarstwu. Debiut literacki pisarza miał miejsce jednak znacznie wcześniej, bo w 1939 roku, kiedy na łamach „Kuriera Literacko-Naukowego” opublikowany został utwór „Granica”. Po porzuceniu profesji nauczyciela języka polskiego pisarz rozpoczął pracę nad podręcznikami. Efektami pracy autora były dwie uznane publikacje: „Rzekła rzepa rzepakowi” i „Kolorowa gramatyka”. Pisarski zmarł 10 lipca 1969 roku w Warszawie.

Zawiadowca z Marittimy znajduje na stacji kolejowej wesołego kundelka, który jest mieszańcem owczarka i szpica. Postanawia go przygarnąć i nazwać imieniem Lampo, co po włosku znaczy błyskawica. Tak zaczyna się historia wielkiej przyjaźni, jaka może zrodzić się wyłącznie pomiędzy psem a człowiekiem.

Książka Pisarskiego, to króciutkie opowiadanie, którego przeczytanie zajęło mi kilkanaście minut. Nowela jest napisana bardzo prostym językiem i jest bardzo mocno monotematyczna. I chociaż jako osoba dorosła traktuję to jako duży minus, to wiem, że jest to lektura skierowana przede wszystkim do najmłodszych moli książkowych, dla których będzie to niewątpliwie duże ułatwienie w czytaniu. Najmocniejszą stroną tej książki, jest jej zakończenie. Jako że jestem wielkim miłośnikiem psów, to nie ukrywam, że końcówka spowodowała, że gdzieś w sercu bardzo mocno mnie ścisnęło. Myślę, że niejeden wrażliwy czytelnik uroni łezkę czytając ostatnie strony „O psie, który jeździł koleją”. Natomiast za największy minus tej noweli uważam to, że nie zostało w żaden sposób wyjaśnione, dlaczego Lampo jeździł pociągami i w jaki sposób poznał tak doskonale rozkłady jazdy kolei.

„O psie, który jeździł koleją”, to opowiadanie o prawdziwej przyjaźni pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem. W doskonały, chociaż też w niełatwy sposób pokazuje młodym czytelnikom, do jakich poświęceń zdolny jest pies, któremu ofiaruje się miłość. Warto zapoznać się z tą lekturą, tym bardziej, że jest ona oparta na prawdziwej historii, jaka wydarzyła się we Włoszech w pięćdziesiątych latach ubiegłego wieku.

Opinia pochodzi z mojego bloga: www.oczytany.eu

pokaż więcej

 
2018-06-20 23:17:08
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Jak wielokrotnie wspominałem na blogu, w młodości zaczytywałem się w powieściach, których akcja toczy się na Dzikim Zachodzie. Jednym z moich ulubionych autorów w tamtym okresie był Wiesław Wernic. Dlatego gdy zauważyłem, że wydawnictwo Siedmioróg wydaje wznowienia jego książek, to postanowiłem przypomnieć sobie lektury, która kilkanaście lat temu sprawiały mi tak wiele przyjemności. Na... Jak wielokrotnie wspominałem na blogu, w młodości zaczytywałem się w powieściach, których akcja toczy się na Dzikim Zachodzie. Jednym z moich ulubionych autorów w tamtym okresie był Wiesław Wernic. Dlatego gdy zauważyłem, że wydawnictwo Siedmioróg wydaje wznowienia jego książek, to postanowiłem przypomnieć sobie lektury, która kilkanaście lat temu sprawiały mi tak wiele przyjemności. Na pierwszy ogień poszła „Ucieczka z Wichita Falls”.

Wiesław Wernic urodził się 28 lutego 1906 roku w Warszawie. W 1936 roku ukończył Szkołę Główną Handlową, ale jeszcze w liceum wraz ze szkolnymi kolegami, między innymi Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim, założył grupę literacką „Kwadryga”, której członkowie tworzyli czasopismo o tej samej nazwie. Po studiach pracował w Polskiej Agencji Telegraficznej. W 1933 na łamach czasopisma „Kurier Poranny” ukazała się jego pierwsza książka – była to krótka powieść detektywistyczna zatytułowana „Daleka przygoda”. Podczas wojny Wernic był zaangażowany w działalność konspiracyjną oraz redakcję prasy podziemnej. Po wojnie pracował jako dziennikarz prasowy i radiowy – najpierw, jako kierownik działu miejskiego w dzienniku „Rzeczpospolita”, od 1951 roku w Polskim Radiu, a następnie – między 1951 a 1973 rokiem – w „Tygodniku Demokratycznym”, gdzie pisał liczne artykuły, między innymi na temat historii Warszawy, ekonomii oraz twórczości rzemieślniczej. Autor zmarł 1 sierpnia 1986 roku w Warszawie.

Charyzmatyczny Robert Dreer, równie szlachetny, jak i niedoświadczony życiowo i nieświadomy ludzkiej podłości, z jaką przyjdzie mu się zmierzyć, pada ofiarą obłudnej intrygi, w konsekwencji której zostaje wpleciony w próbę zabójstwa kolegi z pracy, Boba Locka. Dreer musi udowodnić swoją niewinność i odnaleźć prawdziwego sprawcę przestępstwa. Wyrusza w samotną podróż, w czasie której poznaje tajemniczego Allana Bowa, człowieka, o którym nie wiadomo ani skąd przybywa, ani dlaczego nie opuszcza niechętnego mu bohatera.

„Ucieczka z Wichita Falls” to jedna z tych książek Wenica, w których nie występuje ani doktor Jan ani Karol Gordon (traper jest tylko kilka razy przywoływany we wspomnieniach). Jak wszystkie powieści tego pisarza, tak i ta jest napisana prostym językiem, dzięki czemu nawet najmłodsi czytelnicy nie powinni mieć problemów ze zrozumieniem tej lektury. Książka rozpoczyna się bardzo zachęcająco. Poznajemy dwóch głównych bohaterów i możemy się domyślać, że ich drogi w tej powieści jeszcze nie raz się przetną. I tak faktycznie się dzieje. Następnie dzięki wspomnieniom przenosimy się kilka lat wstecz i przez około sto stron poznajemy koleje losu Roberta. Warto tutaj zwrócić uwagę, że autor często stosuje zabieg historii w historii. W czasie opowiadania przez kogoś wydarzeń z przeszłości, przytacza ta osoba opowieść, którą słyszała od kogoś innego. Mniej więcej w połowie „Ucieczki z Wichita Falls” akcja powraca do teraźniejszości, ale niestety nie trzyma poziomu początku. Wyjątek stanowi bardzo poruszający rozdział o Przeklętej Karawanie. Ogólnie druga połowa książki jest dość mocno naciągana i przepełniona zbyt dużą ilością przypadkowych zbiegów okoliczności, których kulminacja następuje na ostatnich kilku stronach.

Bardzo się cieszę, że wydawnictwo Siedmioróg zdecydowało się na przypomnienie młodszym czytelnikom powieści Wernica. Dla mnie jest to absolutna klasyka literatury młodzieżowej. I chociaż „Ucieczka z Wichita Falls” nie należy do najbardziej udanych powieści tego autora, to warto się z nią zapoznać. Prosty język, czarno-białe postacie i przepiękne opisy przyrody, wszystko to sprawia, że jest to przyjemna lektura na dwa wieczory. Szczególnie polecam ją miłośnikom twórczości Karola Maya oraz tym, którzy nie oczekują skomplikowanych historii. Warto jednak czytać książki Wernica chronologicznie, bo w każdej z nich znajdziemy nawiązania do poprzedniczek.

P.S. Wielkim plusem ponownych wydań jest to, że nawiązują one okładkami do serii wydawanej w ubiegłym wieku przez wydawnictwo Czytelnik.

Opinia pochodzi z mojego bloga: www.oczytany.eu

pokaż więcej

 
2018-06-17 00:14:42
Dodał cytat z książki: Outsider
Jak u wielu mężczyzn po sześćdziesiątce, jego prostata rosła wraz z kontem emerytalnym, a pęcherz zdawał się kurczyć równolegle z seksualnymi aspiracjami.
 
2018-06-15 23:10:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Benjamin Franklin powiedział kiedyś, że na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki. Ja do tej listy dorzuciłbym jeszcze to, że Stephen King wyda, co najmniej jedną książkę w roku. „Outsider”, to najnowsze dzieło mojego ulubionego pisarza i jak się zapewne domyślacie, gdy tylko ta powieść wpadła w moje ręce, to od razu zabrałem się do jej czytania.

Stephen King (pisze także pod...
Benjamin Franklin powiedział kiedyś, że na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki. Ja do tej listy dorzuciłbym jeszcze to, że Stephen King wyda, co najmniej jedną książkę w roku. „Outsider”, to najnowsze dzieło mojego ulubionego pisarza i jak się zapewne domyślacie, gdy tylko ta powieść wpadła w moje ręce, to od razu zabrałem się do jej czytania.

Stephen King (pisze także pod pseudonimem Richard Bachman) urodził się 21 września 1947 w Portland. Jako dziecko był świadkiem nieszczęśliwego wypadku – jeden z jego przyjaciół został potrącony przez pociąg i zmarł. King zanim odniósł sukces, jako pisarz pracował, jako nauczyciel języka angielskiego w szkole. W 1973 roku ogromny sukces literacki odniosła jego pierwsza powieść „Carrie”. Od tamtej pory jego książki rozeszły się w nakładzie przekraczającym 350 milionów egzemplarzy, co czyni go jednym z najbardziej poczytnych pisarzy na świecie. Jest wielokrotnym zdobywcą Nagród Brama Stokera i British Fantasy Award. W 1999 roku został potrącony przez samochód. Jego obrażenia – wielokrotne złamanie biodra, połamane żebra i uszkodzone płuco – unieruchomiły go w szpitalu na prawie trzy tygodnie. King przez ponad dziesięć lat miał problemy z alkoholem i narkotykami. Jego dwaj synowie – Owen King oraz Joe Hill – są również pisarzami.

W parku miejskim znalezione zostaje zmasakrowane ciało jedenastoletniego chłopca. Naoczni świadkowie i odciski palców nie pozostawiają wątpliwości: sprawcą zbrodni jest jeden z najbardziej lubianych obywateli Flint City. To Terry Maitland, trener drużyn młodzieżowych, nauczyciel angielskiego, mąż i ojciec dwóch córek. Detektyw Ralph Anderson, którego syna Maitland kiedyś trenował, nakazuje przeprowadzić natychmiastowe aresztowanie w świetle jupiterów. Maitland ma wprawdzie alibi, ale Anderson i prokurator okręgowy wkrótce zdobywają kolejny niezbity dowód: ślady DNA. Sprawa wydaje się oczywista.

Zawsze niecierpliwie czekam na premierę najnowszej książki Kinga. Jednak tym razem wyjątkowo mocno zachęcił mnie opis tej powieści (w odróżnieniu od okładki, którą uznaję za jedną z najbrzydszych w dorobku tego autora) i nie ukrywam, że miałem spore oczekiwania, co do „Outsidera”. I nie zawiodłem się! Lektura zaczyna się od bardzo mocnego uderzenia. Pierwsze dwieście stron, to kawał rewelacyjnego kryminału, od którego nie byłem w stanie się oderwać. Jeżeli ktoś myśli, że Król nie radzi sobie z tym gatunkiem, to jest w ogromnym błędzie. Ten początek, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie wyszły spod pióra Mistrza grozy i zaryzykuję stwierdzenie, że jeżeli Stephen poszedłby w tym kierunku do samego końca, to mielibyśmy jedną z najlepszych książek tego pisarza. Jednak King nie byłby sobą, gdyby do historii nie wplótł wątku paranormalnego. Od mniej więcej połowy, „Outsider” przekształca się w kryminał ze sporą dawką horroru. I to jest niestety nie do końca dobry kierunek, ponieważ lektura traci swoją wyjątkowość i robi się mocno kingowa. W dodatku na scenę wkracza Holly Gibney czyli jedna z głównych bohaterek trylogii Pan Mercedes. Wraz z nią, pojawia się mnóstwo spoilerów, dlatego jeżeli ktoś jeszcze nie zapoznał się historią Billa Hodgesa to może dowiedzieć się sporo rzeczy, które popsują mu przyjemność czytania tych trzech książek. Jeżeli chodzi o zakończenie, to jest mocno przewidywalne, chociaż jak na Stephena całkiem niezłe. Zabrakło mi jednak tego, czym zachwycałem się ostatnio czytając Ketchuma, czyli mocnego uderzenia na koniec, po którym mógłbym powiedzieć: wow.

Trzeba przyznać Kingowi, że stworzył świetnych bohaterów. Nie często mi się zdarza tak emocjonalnie związać się z tak dużą ilością postaci. Ze wszystkich sił ściskałem kciuki za powodzenie rozwiązania zagadki morderstwa i muszę przyznać w momencie śmierci niektórych bohaterów czułem ogromny smutek. Jedynie osoba Holly bardzo mocno mnie irytowała, ale do jej dziwnych zachowań zdążyłem już się przyzwyczaić czytając trylogię Pana Mercedesa.

Z przyjemnością stwierdzam, że „Outsider” to najlepsza książka Stephena Kinga od czasu mojego ukochanego „Dallas’63”. Czytanie tej powieści sprawiło mi bardzo dużą przyjemność. Ocierająca się o doskonałość pierwsza część lektury, wyraziste postacie oraz akcja, która jeżeli już zwalnia, to tylko na chwilę. Wszystko to sprawia, że ta książka to najlepszy dowód na to, że Mistrz grozy ma się nadal dobrze. Szczerze polecam tę powieść wszystkim czytelnikom, chociaż tak jak wspominałem, warto wcześniej poznać przygody Billa Hodgesa. Ach gdyby King, nie poszedł w tą paranormalność…

Opinia pochodzi z mojego bloga: www.oczytany.eu

pokaż więcej

 
2018-06-13 21:03:13
Posłuchaj synu: Onego czasu wziął Chrystus uczni swoich i szedł z nimi do miasta Jeruzalem. A gdy wyszli z miasta Betlejem, a było gorąco, usiedli na górze wysokiej w cieniu upragnionym i w kości grać poczęli. I wziął kości Piotr, i rzucił je, i wyrzucił dziesiątkę, i ucieszyło się serce Piotra, a zasmuciło serce Jana. A wziął kości Jan, a rzucił je i wyrzucił dwunastkę; i ucieszyło się serce Jana, a zasmuciło serce Piotra. A wziął kości Pan, a potrząsnął nimi i rzucił; i wyrzucił trzynastkę; i zasmuciło się serce Jana. Rzekł tedy: „Panie, nie czyń cudów, azaliż jest to uczciwa gra na gotówkę.
 
2018-06-09 13:38:06
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Moja przygoda z twórczością Marka Hłaski rozpoczęła się kilka lat temu od świetnych „Pięknych dwudziestoletnich”. Od tamtej pory, bardzo lubię sięgnąć raz na jakiś czas po książkę tego autora. Tym razem mój wybór padł na pewien zbiór opowiadań.

Marek Jakub Hłasko urodził się 14 stycznia 1934 roku w Warszawie. Gdy miał niespełna trzy lata, jego rodzice rozwiedli się. Wkrótce potem chłopiec...
Moja przygoda z twórczością Marka Hłaski rozpoczęła się kilka lat temu od świetnych „Pięknych dwudziestoletnich”. Od tamtej pory, bardzo lubię sięgnąć raz na jakiś czas po książkę tego autora. Tym razem mój wybór padł na pewien zbiór opowiadań.

Marek Jakub Hłasko urodził się 14 stycznia 1934 roku w Warszawie. Gdy miał niespełna trzy lata, jego rodzice rozwiedli się. Wkrótce potem chłopiec przeżył kolejną tragedię – jego ojciec zmarł w wyniku choroby nerek. Hłasko przez kilka lat pracował jako kierowca samochodowy. Był korespondentem „Trybuny Ludu”. Po sukcesie literackim noweli Baza Sokołowska (1954), którą drukował w prasie, poświęcił się twórczości pisarskiej. Pracował krótko w redakcji studenckiego tygodnika „Po prostu” (redaktor działu prozy). W 1958 wyjechał do Berlina Zachodniego, z podróży tej już do Polski nie powrócił. Przebywał w różnych krajach, pracę pisarską łączył z zarobkowymi zajęciami fizycznymi. Współpracował z paryską kulturą. W grudniu 1968 roku wydarzył się tragiczny wypadek z udziałem pisarza. W wyniku żartobliwych przepychanek Hłaski i jego przyjaciela Krzysztofa Komedy, ten drugi upadł i poważnie uderzył się w głowę. Wkrótce, na skutek obrażeń zmarł w szpitalu. Marek przeżył przyjaciela tylko o dwa miesiące, ponieważ zmarł 14 czerwca 1969 w Wiesbaden w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. W 1975 jego prochy sprowadzono do kraju.

Książka zawiera trzy opowiadania. Pierwszym z nich jest „Ósmy dzień tygodnia”.

Historia dwojga młodych ludzi, Agnieszki i Piotra, pary kochanków, która w popaździernikowej Polsce rozpaczliwie poszukuje odrobiny prywatności. Ale w szarej i nędznej rzeczywistości odnalezienie jakiejkolwiek nadziei na godne życie jest równie niemożliwe jak zdobycie dla siebie jakiegoś kąta.

Jest to bardzo smutna i ponura nowela. Warszawa i jej mieszkańcy są niczym żywcem wyjęci z „Germinalu” Emila Zoli. Wszyscy bohaterowie cierpią z jakiegoś powodu, żaden z nich nie jest szczęśliwy. Jedyną iskierką nadziei na lepsze jutro, jest tytułowy ósmy dzień tygodnia, na który każdy z nich czeka z innego powodu. Jednak, kiedy on nadchodzi, przynosi jedynie pasmo rozczarowań i cierpień.

Drugą minipowieścią są „Cmentarze”.

Przypadkowe spotkanie ze znajomym z czasów partyzanckich okazuje się dla bohatera katastrofalne w skutkach. Kilka beztrosko rzuconych słów i Franciszek Kowalski, dotychczas uczciwy i oddany sprawie członek partii, trafia do aresztu, zostaje posądzony o dwulicowość i dywersję, pozbawiony legitymacji partyjnej, wyrzucony z pracy. Próbując się oczyścić, zwraca się do swoich dawnych towarzyszy z partyzantki, którzy mogliby zaświadczyć o jego uczciwości.

Opowiadanie w doskonały sposób ukazuje paradoksy PRL. Tytułowy bohater przeżywa życiową tragedię, z powodu niepotrzebnie wypowiedzianych po pijanemu kilku słów. Niczym Józef K. z „Procesu” Kafki, zostaje wciągnięty w wir niezrozumiałych dla niego wydarzeń. Komunistyczna machina po kolei zabiera mu wszystko to, co było dla niego w życiu ważne. Wszystko to, w co do tej pory wierzył, okazuje się utopią i czasem przeszłym. Doprowadza to do tragicznego, ale także bardzo zaskakującego zakończenia, które jest zdecydowanie najmocniejszą stroną tej noweli.

Trzecim i ostatnim utworem jest „Następny do raju”.

W górach w okolicach Bystrzycy Kłodzkiej w odciętej od świata bazie transportowej pracuje przy zwózce drewna grupa życiowych rozbitków. Doświadczeni przez los mężczyźni nie myślą o przyszłości, lecz z każdym dniem coraz bardziej pogrążają się w samotności i we wspomnieniach. Rozpadające się ciężarówki z demobilu, których używają, wszechogarniający marazm, niebezpieczne, pełne wyrw drogi potęgują ich frustrację i poczucie ciągłego zagrożenia. Do leżącej na uboczu bazy któregoś dnia przybywa przedstawiciel partii. Jego pojawienie się z żoną w zamkniętej, męskiej społeczności pogłębia istniejące w niej konflikty. Kobieta próbuje za wszelką cenę wydostać się z odludzia…

Jest to zdecydowanie najlepsza część tego zbioru. Hłasko opisał w niej swoje doświadczenia z czasów, gdy sam pracował jako kierowca przy zwózce drewna. I pewnie dlatego jest to tak doskonała nowela, bo jak sam autor przyznaje w posłowiu, jest ona w dużej mierze autobiograficzna. Opowiada ona o grupie wyrzutków społeczeństwa, która znalazła się w Karkonoszach, ponieważ z różnych powodów nie było dla nich innej pracy. I tak w dzień narażają oni swoje życie i zdrowie, wieczorami zaś grają w karty, marząc o lepszym jutrze, które nie nadchodzi.

,,Posłuchaj synu: Onego czasu wziął Chrystus uczni swoich i szedł z nimi do miasta Jeruzalem. A gdy wyszli z miasta Betlejem, a było gorąco, usiedli na górze wysokiej w cieniu upragnionym i w kości grać poczęli. I wziął kości Piotr, i rzucił je, i wyrzucił dziesiątkę, i ucieszyło się serce Piotra, a zasmuciło serce Jana. A wziął kości Jan, a rzucił je i wyrzucił dwunastkę; i ucieszyło się serce Jana, a zasmuciło serce Piotra. A wziął kości Pan, a potrząsnął nimi i rzucił; i wyrzucił trzynastkę; i zasmuciło się serce Jana. Rzekł tedy: „Panie, nie czyń cudów, azaliż jest to uczciwa gra na gotówkę…”

Doskonale zarysowane postacie, rewelacyjne dialogi, niezwalniająca nawet na chwilę akcja a to wszystko przyprawione szczyptą czarnego humoru, wszystko to sprawia, że dla mnie jest to jedno z największych dzieł w polskiej literaturze.

Zdecydowanie warto także obejrzeć film w reżyserii Czesława Petelskiego „Baza ludzi umarłych”, który został nakręcony na podstawie tej minipowieści. Główne role zagrała w nim elita polskiego kina: Tadeusz Łomnicki, Emil Karewicz, Zygmunt Kęstowicz, Leon Niemczyk i zmarły kilka dni temu Roman Kłosowski.

Wszystkie utwory w tym zbiorze są, podobnie jak praktycznie cała twórczość Marka Hłaski, bardzo smutne i depresyjne. W każdym z nich nie ma happy endu, a bohaterowie są zawsze przegrani. Ale, mimo że nie są to łatwe w odbiorze opowiadania, to zdecydowanie warto je przeczytać, a zwłaszcza ostatnie z nich. Jak wielu z nas w dzisiejszych czasach czeka na ósmy dzień tygodnia? Jak wielu zawalił się świat z powodu drobnego błędu? Ilu z nas czeka na lepsze jutro, które nie nadchodzi? Odpowiedz sobie sam Szanowny Czytelniku na te pytania, ale wcześniej zapoznaj się z tym zbiorem. Zdecydowanie warto.

Opinia pochodzi z mojego bloga: www.oczytany.eu

pokaż więcej

 
2018-05-27 14:05:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Czy oglądałeś Szanowny Czytelniku rewelacyjny film Martina Scorsese „Wilk z Wall Street”, z genialną rolą Leonardo DiCaprio? Jest to ekranizacja książki Jordana Belforta, którą wreszcie po pięciu latach udało mi się przeczytać.

Jordan Ross Belfort urodził się 9 lipca 1962 w Nowym Jorku. Amerykański były makler giełdowy i mówca motywacyjny. W latach 90. założył firmę maklerską Stratton...
Czy oglądałeś Szanowny Czytelniku rewelacyjny film Martina Scorsese „Wilk z Wall Street”, z genialną rolą Leonardo DiCaprio? Jest to ekranizacja książki Jordana Belforta, którą wreszcie po pięciu latach udało mi się przeczytać.

Jordan Ross Belfort urodził się 9 lipca 1962 w Nowym Jorku. Amerykański były makler giełdowy i mówca motywacyjny. W latach 90. założył firmę maklerską Stratton Oakmont, której działalność polegała na oszukiwaniu inwestorów poprzez sprzedaż fałszywych akcji, za co został skazany na 22 miesiące pozbawienia wolności.

Satyryczna rekonstrukcja jednej z najbardziej zwariowanych karier w historii światowego biznesu. W latach 90-tych XX wieku Jordan Belfort był jednym z najbardziej znanych ludzi w Stanach Zjednoczonych. Za dnia zarabiał tysiące dolarów na minutę. Nocą wydawał je równie błyskawicznie na narkotyki, seks i zagraniczne podróże. Prowadząc interesy na krawędzi prawa bądź je łamiąc, zwrócił na siebie uwagę amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, lecz nawet wtedy nie zrezygnował z hulaszczego trybu życia. W ten sposób rozpoczęła się emocjonująca gra w kotka i myszkę z FBI oraz instytucjami nadzorującymi nowojorską Wall Street.

Tak jak napisałem w pierwszym akapicie, jestem wielkim fanem filmu Scorsese. Niestety okazało się, że książka bardzo mocno różni się od swojej ekranizacji. O ile sam początek jest niemal identyczny, to po kilkudziesięciu stronach akcja przenosi się już do czasów, gdy Jordan jest już mężem pięknej Nadine. I o ile jeszcze przez moment czyta się to bardzo dobrze (fanów drugiej żony Wilka uspokajam, że w książce jest słynna scena w ukrytą kamerą w dziecięcym pokoju), to gdzieś po mniej więcej stu stronach zaczyna bardzo mocno wiać nudą. Po pierwsze pojawia się mnóstwo giełdowy pojęć, które w pewnym momencie dla osoby niemającej do czynienia z tym tematem, stają się bardzo trudne do ogarnięcia. Po drugie tytułowy bohater, co chwila chwali się ile czego nie wziął, czym tego nie popił, a słowo „cytrynki” jest kilkaset razy odmieniane prze wszystkie przypadki. Scorsese w filmie pokazał to wszystko w szalony, ale dowcipny sposób. Tymczasem tutaj praktycznie nie ma opisanych większości wybryków zwariowanej ekipy z Stratton Oakmont, a za to, co chwila czytamy, że Jordan Belfort może bezkarnie połknąć taką ilość narkotyków, jaka powaliłaby całą drużynę futbolu amerykańskiego. I tak niestety jest praktycznie do końca. Dopiero ostatnie pięćdziesiąt stron czyta się bardzo przyjemnie. Niestety sto pięćdziesiąt stron dobrego czytania, przy pięciuset stronicowej książce to zdecydowanie za mało, żeby uratować tę lekturę.

Tytułowego bohatera z jednej strony bardzo ciężko polubić. Narkoman, alkoholik, zdradzający na prawo i lewo swoją piękną żoną. W dodatku bardzo irytuje w nim jego cwaniactwo, przechwałki i zarozumiałość. Ale z drugiej strony muszę uczciwie przyznać, że gdzieś w duchu zazdrościłem mu takiego życia w luksusie. Tego amerykańskiego snu, który z biedaka z kilkoma dolarami w kieszeni, stał się milionerem mogącym sobie pozwolić na spełnienie każdej fantazji.

Niestety „Wilk z Wall Street” okazał się moim kolejnym czytelniczym rozczarowaniem. Po obejrzeniu filmu spodziewałem się równie rewelacyjnie przedstawionej historii. Niestety dzieło Scorsese opiera się tylko w niewielkiej części na książce, a cała reszta jest wytworem wyobraźni scenarzysty. Pomimo bardzo dobrego początku i naprawdę niezłej końcówki, nie mogę powiedzieć, że jest to dobra lektura. Gdyby ją skrócić o połowę i zmniejszyć ilość chwalenia się na każdej stronie ilością pochłoniętych narkotyków, to moja ocena byłaby dużo lepsza. A tak mogę ją polecić tylko pasjonatom giełdy oraz tym czytelnikom, którzy nie widzieli jeszcze ekranizacji.

Opinia pochodzi z mojego bloga: www.oczytany.eu

pokaż więcej

 
2018-05-23 16:44:04
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać, Chcę mieć
Autor:
 
2018-05-19 22:59:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Dead River (tom 3)

Napisana do spółki z Luckym McKee „Kobieta”, to ostatnia część ketchumowej trylogii o kanibalach.

Jack Ketchum (właściwie Dallas William Mayr) urodził się 10 listopada 1946 roku w Livingston. Był znanym amerykańskim pisarzem, specjalizującym się w powieściach grozy. Swoje książki wydawał również pod pseudonimem Jerzy Livingston. Zanim pod koniec lat 70-tych ubiegłego wieku chwycił za pióro,...
Napisana do spółki z Luckym McKee „Kobieta”, to ostatnia część ketchumowej trylogii o kanibalach.

Jack Ketchum (właściwie Dallas William Mayr) urodził się 10 listopada 1946 roku w Livingston. Był znanym amerykańskim pisarzem, specjalizującym się w powieściach grozy. Swoje książki wydawał również pod pseudonimem Jerzy Livingston. Zanim pod koniec lat 70-tych ubiegłego wieku chwycił za pióro, podejmował się różnych zajęć. Był m.in. aktorem, piosenkarzem, sprzedawcą, agentem literackim i nauczycielem. Napisał kilkanaście powieści, z których kilka zostało przeniesionych na taśmę filmową. Kilkukrotnie zdobywał nagrodę Brama Stokera, najbardziej prestiżową nagrodę dla utworów grozy. Był także autorem wielu opowiadań. Prywatnie pisarz mieszkał w Nowym Jorku, gdzie zmarł 24 stycznia 2018 roku.

Lucky McKee urodził się w 1975 roku w Jenny Lind w stanie California – producent, reżyser, scenarzysta, i aktor filmowy, specjalizujący się w horrorach. Od kilku lat pracuje przy filmowych adaptacjach powieści Ketchuma.

Kobieta, ostatnia z plemienia kanibali, jest dzika. Christopher Cleek jest dobrze sytuowanym prawnikiem z modelową rodziną, który ją schwytał, uwięził i postanowił ucywilizować. Jego cyniczny sadyzm kontra jej pierwotne instynkty. I jej prosta filozofia: pożywienie wtedy jest wartościowe, gdy ma świadomość bycia pożywieniem. A któż jest bardziej świadomy niż człowiek… Kto zwycięży w tym starciu?

Zaczynając czytać „Kobietę”, miałem spore obawy czy nie będzie to kolejna książka Ketchuma, która mnie rozczaruje. Po „Potomstwie”, które okazało się marną kopią „Poza sezonem” zupełnie nie miałem ochoty na kolejną nieudaną powtórkę z rozrywki. Na szczęście autor drugi raz nie popełnił tego samego błędu i dostałem takiego Jacka, jakiego lubię najbardziej, czyli masakrującego mnie psychicznie.

Powieść zaczyna się w modelowym dla Ketchuma stylu, czyli bardzo spokojnie i sielankowo. Poznajemy typową amerykańską rodzinę, której na pierwszy rzut nie można nic złego zarzucić. Jednak z każdą kolejną stroną zaczynają wypływać na wierzch kolejne głęboko skrywane patologie. Przemoc fizyczna, molestowanie seksualne, kazirodcza ciąża, znęcanie się nad zwierzętami a do tego rodzinna tajemnica skrywana gdzieś głęboko w psiej budzie. Momentami miałem wrażenie, że czytam drugą część „Złe” Michała Jana Chmielewskiego. Jakby tego wszystkiego było mało, to głowa rodziny postanawia ucywilizować dziką kobietę, poprzez uwięzienie jej w piwnicy własnego domu. I chociaż od tego momentu spodziewałem się jak będzie wyglądało zakończenie, to ostatnie trzydzieści stron zwaliło mnie z nóg. Końcówka „Kobiety” pędzi z taką szybkością, jakiej nie powstydziłby się sam Robert Kubica na torze Monza. Hektolitry krwi, wnętrzności wypływające na wierzch a do tego wszystkiego poznajemy tajemnicę psiej budy. Muszę przyznać, że po przeczytaniu tego fragmentu musiałem zrobić sobie krótką przerwę na pozbieranie się. Nie wiem, co takiego siedziało w głowie Ketchuma, że tworzył takie rzeczy, ale ten facet naprawdę potrafi mną wstrząsnąć jak żaden inny pisarz.

„Rozkrawa mu brzuch od krocza po mostek. Do miękkich partii ostrze nadaje się idealnie. Mężczyzna jest zdumiony, że idzie tak gładko. Nawet nie wie, co się dzieje. Kobieta mu demonstruje. Odrzuca ostrze, kuca przy nim i sięga z obu stron podłużnej rany, jakby odgarnia wysokie trawy – otwiera go i zanurza wewnątrz głowę. Poprzez gorąco i wilgoć słyszy jak krzyczy.”

Do książki jest dołączone króciutkie opowiadanie „Reproduktor”, które opowiada o dalszych losach bohaterów „Kobiety”. Nie jest to rewelacyjna nowela, ale zdecydowanie warta przeczytania, chociażby ze względu na bardzo intrygujące zakończenie.

„Kobieta” to powieść, która zawiera elementy znane z innych utworów Ketchuma. Miłośnicy Jacka znajdą w niej odniesienia do „Dziewczyny z sąsiedztwa”, „Jedynego dziecka”, „Rudego” i oczywiście do dwóch pierwszych części trylogii Dead River. Dla mnie jest to jedna z lepszych pozycji w dorobku tego autora. Zdecydowanie polecam tę lekturę wszystkich miłośnikom klimatów gore. Na pewno wszyscy wielbiciele autora „Zabawy w chowanego” będą także usatysfakcjonowani. Ja byłem.

Opinia pochodzi z mojego bloga: www.oczytany.eu

pokaż więcej

 
2018-05-18 09:08:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Po bardzo dobrych „Rogach” postanowiłem sięgnąć po kolejną książkę Joego Hilla. Mój wybór padł na „Strażaka”.

Joe Hill urodził się w 1972 roku. Jego pełne nazwisko brzmi Joseph Hillstorm King – jest starszym synem Stephena i Tabithy King. Jego opowiadania (przede wszystkim fantasy) były publikowane w licznych czasopismach, otrzymał za nie wiele nagród i wyróżnień, m.in. nagrodę Williama L....
Po bardzo dobrych „Rogach” postanowiłem sięgnąć po kolejną książkę Joego Hilla. Mój wybór padł na „Strażaka”.

Joe Hill urodził się w 1972 roku. Jego pełne nazwisko brzmi Joseph Hillstorm King – jest starszym synem Stephena i Tabithy King. Jego opowiadania (przede wszystkim fantasy) były publikowane w licznych czasopismach, otrzymał za nie wiele nagród i wyróżnień, m.in. nagrodę Williama L. Crawforda dla najlepszego nowego pisarza fantasy w 2006 roku. W lutym 2007 roku w USA ukazał się jego debiutancka powieść „Pudełko w kształcie serca”, która dostała się na 8. Miejsce listy bestsellerów „The New York Timesa”. Joe Hill mieszka w Nowej Anglii. Ma żonę Leonardę i trzech synów. Mieszka w New Hampshire.

Nikt nie wie dokładnie, kiedy i jak to się zaczęło. Przez kraj przetacza się przerażająca plaga, która uderza w kolejne miasta: Boston, Detroit, Seattle. Lekarze nazywają to Draco Incendia Trychophyton. Dla wszystkich innych to Smocza łuska, wysoce zakaźny, śmiertelny zarodnik. Najpierw na ciele pojawiają się piękne czarno-złote plamy, a następnie ludzie stają w płomieniach. Zakażają się miliony, ogień wybucha wszędzie. Nie ma antidotum. Nikt nie jest bezpieczny. Pielęgniarka Harper Grayson opiekowała się setkami zainfekowanych pacjentów, zanim jej szpital całkowicie spłonął. Teraz złote plamy odkryła na własnym ciele. W szpitalu widziała wiele matek, które rodziły zdrowe dzieci, więc wierzy, że jej dziecko też takie będzie… jeśli sama dożyje dnia porodu.

Czytając opis „Strażaka” od razu rzuca się w oczy bardzo duże podobieństwo do „Bastionu”. Joe Hill podjął się moim zdaniem bardzo ryzykownego zadania napisania własnej wersji jednej z najlepszych książek Stephena Kinga. Sam autor zresztą we wstępie przyznaje, że czerpał inspirację z twórczości swojego ojca. Czy podołał temu zadaniu? Moim zdaniem nie do końca.

Powieść zaczyna się bardzo zachęcająco. Hill świetnie przedstawił ewolucję relacji Harper i Jakoba. Liczyłem, że „Strażak” pójdzie właśnie w tym kierunku. Nie do końca jednak tak się stało. Spowodowało to, że autor nie wykorzystał potencjału, jaki drzemał w postaci męża głównej bohaterki, który na pierwszych stronach książki jest najlepiej napisanym bohaterem w całej lekturze. W momencie, gdy Harper pojawiła się w obozie przytłoczył mnie natłok postaci, w których ciężko było mi się połapać. Na szczęście po kilkudziesięciu stronach spokojnie to ogarnąłem, ponieważ tylko niektórzy z nich okazali się istotni dla dalszych losów powieści. Mniej więcej w połowie „Strażaka” pojawiły się dłużyzny. Akcja wyraźnie zwolniła, a my stajemy się świadkami ciągłych śpiewów w kościele, intryg i knowań. I tak jest niestety przez dobre dwieście stron. Dopiero końcówka książki podnosi poziom, chociaż zakończenie, które jest dość zaskakujące, to i tak mogłoby być jeszcze lepsze, gdyby było mniej szczęśliwe.

Hillowi udało się bardzo dobrze przedstawić sekrety ludzkiej psychiki. Z jednej strony doskonale pokazał jak w kryzysowych sytuacjach w człowieku budzą się najgorsze instynkty, a z drugiej, że w takich okolicznościach dzieci szybko dorastają, najgorsze ofermy stają się bohaterami a kobiety są zmuszone podejmować męskie decyzje.

„Strażak” to książka zdecydowanie gorsza od „Bastionu”. Z jednej strony cieszy mnie to, że Hill inspiruje się twórczością mojego ulubionego pisarza i naśladuje jego styl (Ach te ostatnie zdania w rozdziale w stylu: „Ale wróciła późną nocą i w obozie nic już nie było takie samo”), ale z drugiej strony chciałbym, żeby szedł własną drogą. Ciekawy pomysł z postapokaliptyczną wizją świata, ciekawe postacie i spora dawka humoru sprawiają, że ogólnie oceniam tę powieść dobrze, chociaż „Rogi” podobały mi się dużo bardziej. Wielbiciele obu Kingów na pewno będą zadowoleni pod warunkiem, że nie będą oczekiwali „Bastionu 2”.

Opinia pochodzi z mojego bloga: www.oczytany.eu

pokaż więcej

 
2018-05-10 00:40:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Cykl: Dead River (tom 2)

Po przeczytaniu rewelacyjnego „Poza sezonem” z wielkimi nadziejami sięgnąłem po drugą część ketchumowej trylogii o kanibalach. Jednak „Potomstwo”, bo o tej książce mowa, okazała się o wiele gorszą lekturą.

Jack Ketchum (właściwie Dallas William Mayr) urodził się 10 listopada 1946 roku w Livingston. Był znanym amerykańskim pisarzem, specjalizującym się w powieściach grozy. Swoje książki...
Po przeczytaniu rewelacyjnego „Poza sezonem” z wielkimi nadziejami sięgnąłem po drugą część ketchumowej trylogii o kanibalach. Jednak „Potomstwo”, bo o tej książce mowa, okazała się o wiele gorszą lekturą.

Jack Ketchum (właściwie Dallas William Mayr) urodził się 10 listopada 1946 roku w Livingston. Był znanym amerykańskim pisarzem, specjalizującym się w powieściach grozy. Swoje książki wydawał również pod pseudonimem Jerzy Livingston. Zanim pod koniec lat 70-tych ubiegłego wieku chwycił za pióro, podejmował się różnych zajęć. Był m.in. aktorem, piosenkarzem, sprzedawcą, agentem literackim i nauczycielem. Napisał kilkanaście powieści, z których kilka zostało przeniesionych na taśmę filmową. Kilkukrotnie zdobywał nagrodę Brama Stokera, najbardziej prestiżową nagrodę dla utworów grozy. Był także autorem wielu opowiadań. Prywatnie pisarz mieszkał w Nowym Jorku, gdzie zmarł 24 stycznia 2018 roku.

Szeryf miasteczka Dead River w stanie Maine sądził, że wybił ich wszystkich przed dziesięcioma laty – prymitywnych, czających się w jaskiniach, drapieżnych dzikusów. A jednak prawda okazuje się inna. Klan przetrwał. Rozmnożył się. I rusza na łowy. Zabija i żywi się tym, co upoluje. Ludźmi. Jeśli mieszkańcy Dead River chcą przetrwać tę noc, muszą wyzwolić w sobie pierwotny instynkt…

Nie wiem, dlaczego ta książka powstała. Jeżeli ktoś czytał „Poza sezonem”, to nie znajdzie w „Potomstwie” niczego nowego. Powieść jest, bowiem marną kopią pierwszej części trylogii. Odniosłem wrażenie, że Ketchum koniecznie chciał napisać „dwójkę”, ale zupełnie nie miał na nią pomysłu. I tak otrzymaliśmy praktycznie identyczną historię, różniącą się jedynie bohaterami. Samotny domek na odludziu, nocny atak kanibali na jego mieszkańców, poszukiwania przez policję, tortury w kryjówce a na koniec strzelanina. Brzmi znajomo? Czy tego nie było w „Poza sezonem”? Było. A w dodatku o wiele lepiej napisane. „Potomstwo” jest także o wiele mniej makabryczną lekturą. W odróżnieniu od poprzedniczki, tutaj nie było ani jednego fragmentu, który by mną wstrząsnął. Wprawdzie cały czas jest krwawo, wnętrzności i fekalia raz na jakiś czas wypływają na zewnątrz, ale wszystko to jest podane w dużo delikatniejszej formie. Jakby tego wszystkiego było mało, to zakończenie książki jest zupełnie niepasujące do tego autora. To, co w innych powieściach Ketchuma było najmocniejszą stroną, tutaj mocno kuleje.

Ze wszystkich postaci tej lektury, ponownie najlepiej wypada Peters. Ten obecnie emerytowany gliniarz ponownie staje do walki z kanibalami. Jako jedyny pamięta wydarzenia, które wydarzyły się jedenaście lat wcześniej. I chociaż jedyne, o czym teraz marzy to święty spokój i butelka whisky, to wspomnienia tamtych wydarzeń nie dają mu spokoju. Fragmenty, w których się pojawia należą zdecydowanie do najciekawszych w całej książce. Z kolei najbardziej irytowały mnie imiona ludożerców. Przez pół powieści czytam o Króliku, żeby nagle dowiedzieć się, że to samica. A do tego inne nazwy: Krowa, Druga Zabrana, Ziemiojad itp. Jakieś to takie niepasujące do horroru.

„Potomstwo” to zdecydowanie najgorsza książka Ketchuma, jaką miałem okazję poznać. Niestety niczym mnie ta lektura nie zaskoczyła. Gdybym nie czytał „Poza sezonem”, to moja opinia byłaby zapewne lepsza. A tak miałem powtórkę z rozrywki. W dodatku mało udaną. Miłośnicy klimatów gore też będą mocno rozczarowani. Polecam tę powieść tym czytelnikom, którzy albo nie czytali pierwszej części trylogii, albo chcą poczytać o kanibalach w łagodniejszej formie, żeby się przekonać czy taki gatunek książki jest w ogóle dla nich do przełknięcia.

Opinia pochodzi z mojego bloga: www.oczytany.eu

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
529 94 880
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (22)

Ulubieni autorzy (15)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (14)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd