Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Mars

Wydawnictwo: Powergraph
6,75 (185 ocen i 23 opinie) Zobacz oceny
10
5
9
13
8
31
7
66
6
41
5
20
4
4
3
1
2
3
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788361187097
liczba stron
416
język
polski

Inne wydania

Na Marsa przybywali przez stulecia osadnicy z przeludnionej Ziemi, szukając nowego, lepszego świata. Zbudowali na Czerwonej Planecie miasta, stworzyli cywilizację. Gdzieś nad tym idealnym światem wisi jednak widmo zagłady. Ludzie wciąż mają te same wady. Na słabiej rozwiniętej półkuli południowej nasilają się ruchy separatystyczne. Porzucenie w połowie realizacji programów formujących planetę...

Na Marsa przybywali przez stulecia osadnicy z przeludnionej Ziemi, szukając nowego, lepszego świata. Zbudowali na Czerwonej Planecie miasta, stworzyli cywilizację. Gdzieś nad tym idealnym światem wisi jednak widmo zagłady. Ludzie wciąż mają te same wady. Na słabiej rozwiniętej półkuli południowej nasilają się ruchy separatystyczne. Porzucenie w połowie realizacji programów formujących planetę rujnuje jej klimat. Ścierające się koncepcje polityczne pchają cywilizację na drogę, z której nie ma powrotu.
Dokładnie trzysta lat po rozpoczęciu terraformowania Marsa, na pustyni dokonano przerażającego odkrycia, które stawia w zupełnie innym świetle historię Czerwonej Planety. Tę dawną i tę zupełnie nową.

 

źródło okładki: zdjęcie autorskie

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 931
Mamerkus | 2013-09-03
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 25 sierpnia 2013

Koszmar stylu i konceptu. Z Kosikiem miałem do tej pory do czynienia dosyć dużo, byłem pozytywnie do niego nastawiony po "Verticalu", pierwszych dwóch, czy trzech powieściach z cyklu o Felixie, Necie i Nice oraz fenomenalnym opowiadaniu "Ilsa". Niestety każda z powieści zawiera braki, które wskazują na to, że Kosik nie umie pisać dłuższej formy. W "Verticalu" prawie się udało, świetny koncept został spartolony katastrofalnym zakończeniem (pisałem o tym), w rozdętym do niepojętych rozmiarów "Kameleonie" nie ma nic ciekawego, poza ostatnim rozdziałem, który jest zresztą pierwowzorem powieści, "Gang niewidzialnych ludzi" to w zasadzie zbiór opowiadań w formie rozdziałów, połączonych koncepcyjnie postaciami bohaterów, reszta powieści stanowi mniejsze lub większe powielenie pomysłów z "Gangu niewidzialnych ludzi". Jedynie niedoceniana "Trzecia kuzynka" stanowi najlepszą powieść Kosika.

"Mars" plasuje się na tym samym poziomie, co "Vertical" i "Kamelon", dodatkowo zawierając wszystkie możliwe wady powieściowego debiutu. To, co pisałem odnośnie "Verticalu:", odnosi się także do "Marsa". Kosik pisze bez konspektu, jak leci, jak mu akurat makówka podpowiada (sam się d tego przyznał w jednym z wywiadów), i to widać. Kosik nie jest Danem Simmonsem, by mu się takie bezkonspektowe pisanie udało. Nudy, nudy, nudy, przeplatane domorosłą filozofią bohaterów poprowadzonych jak w teatrzyku kukiełkowym. Tytułem przykładu scena: środek pustyni marsjańskiej (nie wiadomo gdzie, chociaż należy mniemać, że chodzi o półkulę północną) senator Griffin, który przeżył katastrofę samolotu, który najpierw był przedstawiany jako podstarzały zboczeniec (niech mi ktoś wytłumaczy o co chodziło z macaniem Doris po kolanie), a potem zbawca ludzkości, prowadzi dyskusję światopoglądową na temat religii z ludźmi pustyni, którzy go uratowali (i którzy nie mają pojęcia, co to religia??!!! WTF?, bo na Marsie nie ma ustawowo religii):

"(...)- Religia jest więc złem?

- Jeśli jest prywatną sprawą ludzi, to nie. Problemy zaczynają się, gdy miesza się z polityką i próbuje ingerować w życie publiczne. A już dwie różne religie z reguły oznaczają nienawiść. W jednym społeczeństwie może istnieć tylko jedna religia. Jeśli jest inaczej, zaczyna narastać konflikt. Tak było na Ziemi, gdy zaczęły znikać granice. Nie ma religii - nie ma wojen ideologicznych.(...)" Taki trochę poziom myślenia i naiwności piętnastolatka, który widzi wszędzie proste sposoby na rozwiązanie fundamentalnych problemów ludzkości. Trochę jak z pomysłem apartheidu swego czasu. Idea nie była zła, ale pomysł w praktyce tak głupi, że wszyscy na świecie od początku stukali się w głowę.

Pomijając już fakt wiekopomnych i prowadzonych na poziomie dysput spod budki z piwem dyskusji o sprawach ważnych, to wytłuszczony wniosek jest tak karygodny i totalnie nietrafiony, że nawet głowa małego dziecka, by to ogarnęła. Nie wiem, co łyka Kosik, ale za pisanie o sprawach, na których się nie zna, nie powinien się zwyczajnie zabierać. Przecież truizmem jest, że to właśnie brak rozwarstwienia społecznego, życie multi-kulti (religijno-narodowościowe) jest źródłem pokoju między narodami. Oczywiście musi to być pełna symbioza, nie może to być coś na kształt apartheidu, ale na kształt Rzeczpospolitej Obojga Narodów z XVI wieku, gdzie wszyscy żyli ze wszystkimi w wielkiej zgodzie i wzajemnym szacunku.

Fabularnie akcja dzieje się najpierw w roku 2300, około trzysta lat po rozpoczęciu zasiedlania Marsa, gospodarczo i społecznie jest dosyć tradycyjnie, nie ma specjalnych usprawnień technicznych, prawie jak aktualny XXI wiek. Następnie przenosimy się o około 50 lat w przód i tu nagle się okazuje, że w trakcie tych 50 lat wszystko się pozmieniało, ludzie żyją z czipami, gdzieś po drodze zaszła niesamowita rewolucja społeczna i techniczna. Ale gdzie, kiedy, jak to możliwe, że są zmiany traktujące mózg człowieka jak serwer komputera. Trochę to wygląda, jakby ze średniowiecza w 50 lat przeskoczyć od razu do lotów w kosmos. Brak stanu pośredniego, stopniowego rozwoju. To jest jedna kwestia.

Drugą kwestią jest fabuła powieści jako całości. Takowej nie ma. "Mars" jest poszatkowany i nie trzyma się kupy. Intryga zawiązuje się gdzieś tak w połowie książki. Rozwiązanie intrygi, ta cała mega zagadka podziemnej budowli jest durna i obrzydliwa i trąci na kilometr popłuczyną po Daenikenie. Do tego Kosik próbuje ją tandetnie wyjaśnić podłą naturą człowieka. No way, mister author, braków warsztatowych nie należy usprawiedliwiać tandetnymi frazesami. Bohaterowie się miotają w tę i wewtę, Kosik się miota, bo nie wie o czym pisze, czytelnik się gubi, bo nie wie, o czym czyta. Tragedia.

To jest oczywiście przykład na to, o czym "Mars" tak naprawdę jest. Teoretycznie "Mars" to książka o terraformingu czwartej planety, w rzeczywistości powieść ta to konglomerat zbędnej treści, fatalnie poprowadzonych kukiełkowych bohaterów (np. Kosik zna się na kobietach jak mało kto, Doris dostaje od Allena w prezencie uwaga .... krem przeciw zmarszczkom i z wdzięczności całuje go w policzek; normalnie koń by się uśmiał), nudy i rzucenia się autora na zbyt głęboką wodę. "Mars" już na starcie nie wytrzymuje porównania z traktującą o analogicznych sprawach trylogii marsjańskiej Kima Stanleya Robinsona. Nie ta skala (np. Robinson znał szczegółową topografię planety i do niej dopasował fabułę, Kosik w ogóle nie korzysta z topografii Marsa, bo jej zwyczajnie nie zna; no dobra wspomina o Olympus Mons i o Cydonii, normalnie mistrzostwo świata), nie to gruntowne przemyślenie tematu i umiejętność ogarnięcia tego, o czym się chce pisać. Kosik pracuje bez konspektu, co widać na każdej stronicy "Marsa". Proponuję skupić się na pisaniu opowiadań, są idealne dla takiego stylu pisania.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Oczy Smoka

King zabawił się w bajkopisarza wykorzystując do tego postacie ze swoich książek (Roland, Flagg) i stworzył całkiem zgrabną opowieść. Dla wielbicieli...

zgłoś błąd zgłoś błąd