Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Czarny Wygon. Tom 1

Cykl: Czarny Wygon (tom 1-2)
Wydawnictwo: Videograf
7,31 (158 ocen i 23 opinie) Zobacz oceny
10
14
9
18
8
41
7
41
6
29
5
9
4
3
3
2
2
0
1
1
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788378353447
liczba stron
372
kategoria
horror
język
polski
dodała
Ag2S

Połączone wydanie dwóch pierwszych tomów głośnego cyklu o przeklętej wiosce na Roztoczu, nominowanego do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Klątwa zatajenia, która spadła na jej mieszkańców sprawiła, że czas dla nich zatrzymał się w roku 1952 i od wtedy skazani są na samotne życie w równoległym, ponurym świecie, gdzie słońce ostatni raz widziano prawie pół wieku wcześniej, gdzie muszą mierzyć się...

Połączone wydanie dwóch pierwszych tomów głośnego cyklu o przeklętej wiosce na Roztoczu, nominowanego do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Klątwa zatajenia, która spadła na jej mieszkańców sprawiła, że czas dla nich zatrzymał się w roku 1952 i od wtedy skazani są na samotne życie w równoległym, ponurym świecie, gdzie słońce ostatni raz widziano prawie pół wieku wcześniej, gdzie muszą mierzyć się z upiornymi postaciami, starającymi się przeciągnąć ich na stronę zła i wiecznego potępienia. Nic nie wskazuje na możliwość zmian na lepsze, ale w 2001 roku do wioski przez przypadek dociera pewien młody mężczyzna… Czy z pomocą warszawskiego dziennikarza, Witolda Uchmanna, uda mu się zmienić przeznaczenie potępionych?

 

źródło opisu: Wydawnictwa Videograf, 2014

źródło okładki: http://www.videograf.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 193

Jedno Stefanowi Dardzie muszę przyznać - złowił mnie na swój chwyt marketingowy. Nie tylko on. Dobre opinie również. Ludzie to jednak małe wymagania mają. Na przyszłość zapamiętam, by podchodzić do tych ocen bardziej sceptycznie.

Po książkę sięgnęłam nawet z entuzjazmem. Jak kogoś porównuje się do Kinga, to chyba nie jest taki zły. Cóż, jeżeli „Czarny Wygon” to jedno z najbardziej spektakularnych dzieł polskiej literatury grozy, to, przyznam szczerze, aż boję się myśleć, jakie są te mniej spektakularne.

Ale zacznijmy od początku. No, nie do końca, ponieważ nie bardzo chce mi się streszczać w tym momencie fabułę, jakby to wyglądało w pełnoprawnej recenzji. Zresztą na górze wszystko jest napisane.

Na pierwszy ogień pójdzie coś, co sobie wrzuciłam do worka z napisem „niedociągnięcia techniczne”, jakkolwiek to brzmi. Na niewielu płaszczyznach można mnie nazwać perfekcjonistką, jednak poprawność tekstu pisanego jest dla mnie bardzo istotna. Brakujące przecinki, choć niby nic wielkiego, frustrują. Podobnie jak powtórzenia, które niezależnie od tego, czy były zamierzone, czy nie (odnoszę wrażenie, że nie), są niezgrabne i wybijają z rytmu. Stylizacja językowa też nie przypadła mi do gustu, podobnie jak i sama narracja (choć niechętnie przyznam, że parę odzywek wywołało uśmiech na moich ustach). Skupmy się jednak na stylizacji. Można jakoś przymknąć oko na chłopów ze Starzyzny (acz też szczególnie dobrze to nie wypada), ale Anielka wyraża się tragicznie i fakt, że jest dzieckiem, jej nie usprawiedliwia - głównie przez wzgląd na to, że autor chyba za bardzo chciał ją czymś wyróżnić, czego skutkiem jest nadużywanie przez nią czasu zaprzeszłego, co w efekcie wypada topornie i nienaturalnie (co za dużo, to niezdrowo). Do jej osoby potem wrócę.

Są jeszcze pewne błędy, niby drobne przewinienia, które jednak sprawiały, że nie wiedziałam, czy zostały one popełnione specjalnie, czy autor naprawdę tego nie dostrzegł, w dwóch przypadkach po prostu wolałam zatrzasnąć książkę, odłożyć w najciemniejszy kąt i zająć się czymś lepszym. Nie wiem, może to ja jestem niedouczona, ale zdawało mi się, że przed dwudziestym wiekiem jest dziewiętnasty, a nie osiemnasty. No ale fakt, w końcu dwie pierwsze cyfry to 18... Mało tego, przed dwudziestym wiekiem narodził się pradziadek Rafała, a w kalendarz mu się kopnęło, gdy niewiele mu brakowało do setki. Ale skoro autor twierdzi (a może Gielmuda?), że narodził się w osiemnastym wieku, no to przecież dożył prawie dwusetki. Chyba logiczne? Potem pan Darda wspomina o trzecim tysiącleciu, a dokładnie jego początku... zaraz po końcu dwudziestego wieku. Dziadek Franek coś mocno kopnął w ten kalendarz, bo ja cały czas byłam święcie przekonana, że żyję w drugim tysiącleciu. Ah, no tak, powinnam była słuchać, co stary Gielmuda wnukowi mówił, wszak czas w istocie to zwariowany wariat. Albo to tylko ja.

Jeszcze jednej pomyłki jest winny autor. Nie wiem, jak inni, ale ja lubię czasem popisać do szuflady. Nie pamiętam jednak, by zdarzyło mi się kiedykolwiek pomylić imię własnego głównego bohatera. W końcu to jeden z filarów opowieści, nie godzi się tak (to nie ironia).

Dobrze, niedociągnięcia techniczne z grubsza mamy omówione. Pora przejść do fabuły, a tej mam trochę do zarzucenia, aczkolwiek planuję skupić się tylko na tym, co najbardziej mi wadziło, bo inaczej sama napisałabym książkę.
Co takiego zastałam w fabule?

Cóż. Jest Bóg, Bóg, Bóg, a także Bóg... o czym to ja... a, czy wspominałam już o Bogu? Żeby nikt mnie źle nie zrozumiał - nie potępiam wierzących, ale chrześcijanką czy katoliczką bynajmniej nie jestem, jest mi natomiast bliskie pogaństwo, a zatem także rodzimowierstwo. Zaś na odwrocie książki czytam: "Zapraszamy do magicznego, wykreowanego z rozmachem świata, łączącego elementy SŁOWIAŃSKIEJ MITOLOGII LUDOWEJ oraz głęboko zakorzenionych wierzeń religijnych z twardymi realiami początku dwudziestego wieku [...]". Na wszelki wypadek jeszcze raz podkreślę, bo muszę się sama upewnić: słowiańskiej mitologii. No i zakorzenione wierzenia. A reszta to kontekst. Ale chwila. Co? Jak? Na pewno opis dotyczy zawartej wewnątrz treści? Spodziewałam się, że zetknę się na kartach tej książki z pierwotnymi bogami (z jakiegoś powodu miałam nadzieję, że choć wspomniany zostanie Weles), prastarymi rytuałami, magicznymi symbolami, świętymi miejscami, legendami... Gdzie to jest? A może Jezus miał słowiańskie korzenie? O czymś nie wiem? Owa książka jest przesycona religijną treścią. Bombardują mnie kościoły, księża, różaniec, Bóg, modlitwy, zakrystia i papież Polak (no dobra, o nim chyba wspomniał autor tylko raz), no i Gierek oraz komunizm przez parę sekund też. Nie tego oczekiwałam.
Porzućmy jednak ten kontrowersyjny temat.

Skłamałabym, gdybym napisała, że ani jedna rzecz mnie nie zaskoczyła. Fakt faktem, że mogłabym wyliczyć chwile zaskoczenia na palcach jednej ręki... I gdyby to zaskoczenie chociaż miało postać ''ale jaja, w życiu bym nie pomyślała!'' miast ''cóż, nie wzięłam pod uwagę tej możliwości", to jeszcze bym to przełknęła, wszak nie ilość, a jakość się liczy. Na myśl mi przychodzi taka analogia: istnieje materia - z niej składają się bodaj gwiazdy neutronowe - która jest tak gęsta, że jej łyżeczka miałaby masę około sześciu miliardów ton. Niby łyżeczka to tyle co nic, ale dosłownie miażdży. Może być jeszcze łyżeczka styropianu. Chrzanić łyżeczkę, może być cały blok styropianu! Ale czy zmiażdży?

Takim blokiem styropianu okazało się rozwiązanie tajemnicy Starzyzny. Radzę pominąć ten akapit, jeśli ktoś nie dotarł do tego momentu w książce. Chyba że mu nie zależy. Mniejsza, oznaczyłam przecież swoją wypowiedź jako spojler. Otóż był sobie ksiądz. Niby fajny i uczynny, ale nawet ziemniaków sobie by nie ugotował, skoro bez pomocy jadł ponoć byle co i na zimno. Więc sprowadzili mu dziewczynę, coby miał gosposię. A że oboje młodzi, to wyszło jak wyszło i, z racji rosnącego podejrzanie brzucha, gosposia miała zakaz pokazywania się ludziom. Ksiądz pozbyć się chciał dzieciaka, więc podjudził ciemny, bezmyślny lud, by później, korzystając z okazji, przyszłą mamę jakże widowiskowo zarżnąć na oczach wszystkich. Po pierwsze, ludzie dużo gorsze rzeczy robili i uchodziło im to na sucho. Po drugie, skoro już ksiądz koniecznie chciał ją zabić, to mógł to zrobić po cichu, a potem zwyczajnie skłamać, że odeszła. Powodów mogła mieć przecież mnóstwo. Ale nie, lepiej zdecydować się na trudny, niewiarygodnie głupi plan zmanipulowania całej wioski, gdzie niekoniecznie wszyscy będą chcieli się podporządkować, prawdopodobieństwo powodzenia jest ewidentnie małe, a w wielkim finale wypatroszyć publicznie babę.

Wracamy do Anielki. Na dobry początek... o co chodzi z tym nagminnym zdrabnianiem? Jeszcze Anielkę idzie przetrawić, bo to smarkacz, ale Helenka? Toż to baba w moim wieku, a nie przedszkolak. Choć sprawia wrażenie tak niewinnej i naiwnej (jak praktycznie wszystkie kobiety pojawiające się w tej książce; do tego jeszcze dojdę), że może coś z mentalności dziecka rzeczywiście ma. Jednak mowa o Anielce. Anielka. Diabeł w skórze aniołka. Mała, przerażająca dziewczynka. Chwila, chwila. Jak tak po raz kolejny czytam opis na odwrocie, rzuciło mi się w oczy sformułowanie „zaskakujące pomysły”. Tymczasem mnie się do tej pory wydawało, że straszne bachorki zostały już tak wyeksploatowane, że wplatanie ich w fabułę to zwyczajne cliché. Przy okazji - lubię ten ostatni wyraz. Właściwie bardzo dobrze oddaje, jaka ta książka jest.

Anielka to taka istota, która chyba potrafi sprawiać, że ludzie wokół niej nie myślą. Bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że dwoje (właściwie to troje) dorosłych bało się przed dzieciakiem postawić sprawę jasno, że tak, są ze sobą, że bardzo im przykro, ale tak już to jest w świecie? I że nie widzieli, jaką rozkapryszoną, małą lafiryndę mają przed sobą?

Jeszcze jedno, co mnie w tej książce drażni, to to, że autor nie potrafi przedstawić postaci żeńskich. Wszystkie są takie same. Wszystkie są od gotowania, bycia słabymi i płakania. Helenka jest niczym ta białogłowa, ta księżniczka, którą rycerz musi wyrwać z łap smoka, a potem nadstawić zakutą w zbroję pierś, by dziewczę mogło uronić łzę. Nie wiadomo, czy strachu, czy czego tak właściwie, ważne, by było dramatycznie. Niektórym nie podoba się sposób, w jaki Andrzej Sapkowski przedstawił choćby Zerrikanki. Szczerze powiedziawszy, po stokroć wolę obraz Zerrikanek (albo Nuk wykreowanej przez Ziemiańskiego, albo Lowy stworzonej przez Angusa Watsona), które umieją coś poza byciem kurą domową, niż tę całą Helenkę.

To chyba będzie już moja ostatnia uwaga. Uderzył mnie pewien brak spójności. Jak wiadomo, w Starzyźnie na drugi dzień wszystko jest takie, jak wczoraj. Rozbity kubek znów nadaje się do użytku, świece od nowa można palić, po ranach i brudzie (ale nie zawsze pocie!) nie ma śladu, a nawet życie wraca jak bumerang, jeżeli wcześniejsza śmierć nie była skutkiem samobójstwa. Cholera, nawet jeśli była, to się potem można przebudzić do życia. Ale trochę innego.

Zasada wszak głosi, iż wszystko (prócz tego, co dotyczy bezpośrednio życia mieszkańców, a także jedzenia) wróci do stanu poprzedniego nazajutrz. Wypadałoby wyklarować, co dokładnie oznacza, że coś „dotyczy bezpośrednio życia mieszkańców”. Mogli bawić się w remonty i przebudowy, których efekty nie znikały następnego dnia. To dotyczy ich życia bezpośrednio. Ale stłuczenie kubka, wystrzelenie naboju czy wypalenie świecy to przecież ta sama działka. A może dotyczy mniej? Główny bohater specjalnie stłukł gliniany kubek. Chciał, by rozleciał się na kawałki tak samo, jak mieszkańcy chcieli sobie zrobić remont. Dlaczego zatem kubek się magicznie skleił, a praca przy domu okazała się być permanentna? I dlaczego wystrzelony przez mieszkańca Starzyzny nabój nazajutrz był jak nowy, a wystrzelony przez Uchmanna się marnował? Przecież to jak ze świecą.

Mogłabym się jeszcze do wielu rzeczy przyczepić. Że w kościele wisielcy umierali, a na przykościelnym cmentarzu (który przecież powinien być poświęcony) już nie. Że lanie wody (gdy główny bohater postanowił iść w ślady Gielmudy i spisać, co przeżywa, po czym trzeba było po raz drugi przebrnąć chociażby przez przeprowadzkę do kościoła), a nawet że nie znalazłam tych wysmakowanych opisów przyrody, zaś fakt, że wszystko rozgrywa się w okolicach miejscowości zwanej Guciów, tylko dodaje groteskowego posmaku. Zastąpcie sobie Guciowem popularne nazwy znane z horrorów. Wyborne.

Rzadko mam takie zdanie o książkach. Zawsze próbuję dopatrzeć się czegoś pozytywnego, zazwyczaj też udaje mi się wybrać opowieści, które trafiają w mój gust i nawet jeśli nie są wybitne, to pozostawiają przyjemne wspomnienia. Tego o „Czarnym Wygonie” powiedzieć nie mogę. Czytał się szybko, a jednak opornie i mam nadzieję, że równie szybko (byle już nie opornie!) o nim zapomnę.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Conan i pradawni bogowie

Szacunek pojawia się, w momencie uświadomienia, że tandetna fabuła i linearny rozwój wydarzeń, znany z pierwszych produkcji rpg oraz kina, powstał wła...

zgłoś błąd zgłoś błąd