Wielka księga cenzury PRL w dokumentach

7,83 (6 ocen i 2 opinie) Zobacz oceny
10
0
9
1
8
3
7
2
6
0
5
0
4
0
3
0
2
0
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788361344704
liczba stron
580
kategoria
literatura faktu
język
polski
dodała
Koko

W 1977 roku Tomasz Strzyżewski, pracownik krakowskiej delegatury urzędu cenzury (nazywanego dla niepoznaki Głównym Urzędem Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk), wywiózł potajemnie do Szwecji ponad 700 stron własnoręcznie przepisanych zapisów i zaleceń cenzorskich znajdujących się w Księdze zapisów i zaleceń GUKPPiW oraz szeroki, a zatem reprezentatywny, zbiór periodycznych materiałów...

W 1977 roku Tomasz Strzyżewski, pracownik krakowskiej delegatury urzędu cenzury (nazywanego dla niepoznaki Głównym Urzędem Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk), wywiózł potajemnie do Szwecji ponad 700 stron własnoręcznie przepisanych zapisów i zaleceń cenzorskich znajdujących się w Księdze zapisów i zaleceń GUKPPiW oraz szeroki, a zatem reprezentatywny, zbiór periodycznych materiałów instruktażowych i analityczno-sprawozdawczych tego urzędu w formie oryginalnej. Kłamstwo PRL-u zostało zdemaskowane.

 

źródło opisu: http://www.prohibita.pl/

źródło okładki: http://www.prohibita.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 633
moi | 2017-02-28
Na półkach: Przeczytane

Powrót cenzury

Cenzura kojarzy nam się wyraźnie z okresem komunizmu. Tymczasem jej początki sięgają czasów starożytnych. Już cesarz August nakazywał palenie ksiąg proroczych i magicznych. W średniowieczu i w czasach nowożytnych wydano wiele zakazów tępiących druk niektórych książek i pism (zarówno przez Kościół katolicki, prawosławny, jak i tzw. kościoły reformowane). Warto pamiętać, że w 1939 roku została uchwalona ustawa o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego. Jednak cenzura przed wojną nie obejmowała słowa mówionego, czyli wszelkiego typu wypowiedzi publicznych: na zebraniach, wiecach, w parlamencie, sądzie, podczas spektakli teatralnych, kabaretowych, czy audycji radiowych. Sytuacja ta zmieniła się diametralnie wraz ze zmianą sytuacji politycznej w Polsce po II wojnie światowej. Przede wszystkim wprowadzono kontrolę prewencyjną (tzn. poprzedzającą wydanie tekstu lub prezentację dzieła) wszystkiego, co miało charakter wypowiedzi publicznej. Urząd cenzury do 1970 r. kontrolował również etykietki i informacje na opakowaniach produktów, a nawet druki administracyjne i finansowe. Stosowano zasadę odpowiedzialności zbiorowej, to znaczy, że ze swej „cenzorskiej czujności” byli rozliczani wszyscy, którzy brali udział w przygotowywaniu, tworzeniu, publikowaniu i rozpowszechnianiu różnych informacji podawanych do publicznej wiadomości. W przypadku niesubordynacji wysuwano daleko idące konsekwencje. Skutkowało to tym, że sam Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, mający swoją siedzibę na Mysiej w Warszawie był tylko wierzchołkiem góry lodowej, która obejmowała różnorodne instytucje i ludzi na różnych szczeblach odpowiedzialnych za efekt końcowy informacji przedstawianych publicznie. Nad funkcjonowaniem całego systemu czuwała zaś jedna partia rządząca – najpierw PPR, a potem PZPR.
Czyż nie mamy obecnie, po objęciu rządów przez PIS, do czynienia z narodzinami podobnej instytucji? Od kiedy PIS przejął media publiczne w TVP nie wolno wyświetlać „Pokłosia” Władysława Pasikowskiego, „Obywateli” Jerzego Stuhra, czy „Idy” Pawła Pawlikowskiego. Te trzy filmy były przeznaczone do emisji, ale zdjęto je z ramówki – ślad po nich pozostał jedynie w wydrukowanych programach telewizyjnych dołączonych do gazet.
W ten sam sposób pozbył się „niewygodnych” przedstawień nowy dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu – Cezary Morawski, który zastąpił Krzysztofa Mieszkowskiego. Nowy dyrektor zdjął z afisza siedem przedstawień (w tym „Tęczową Trybunę 2012", sztukę o gejach-kibicach, duetu Strzępka-Demirski, która zawsze gromadziła nadkomplet widzów), nie proponując nic nowego w zamian.
Czystki objęły też popularne stacje radiowe i telewizyjne. Po wymianie kierownictwa i zastąpieniu go „swoimi” ludźmi nowa władza wymaga od pracowników całkowitej podległości i autocenzury – dokładnie tak, jak to robił GUKPPiW w czasach komunizmu. Cenzorzy nigdy de facto nie byli zatrudniani na stanowiskach „cenzorskich”, a jako „radcy” „doradzający” dziennikarzom, reżyserom, redaktorom i pisarzom, co i jak należy pisać, by wydźwięk słów nie pozostawiał wątpliwości, co do przekazu. Czy nie do tego zwyczaju i nazwy odwołuje się powołana niedawno Rada Mediów Narodowych opiniująca programy radiowe i telewizyjne? Wiosną serwisy dla wszystkich państwowych stacji radiowych zaczęła przygotowywać Informacyjna Agencja Radiowa, co dało władzom radia możliwość skuteczniejszej kontroli informacji podawanych publicznie. Toteż o poczynaniach rządu mówiło się językiem, jakim chciał rząd. O niefortunnych losach negocjacji w sprawie caracali nie można było mówić inaczej niż „zakończenie negocjacji” (słowo „zerwanie” było zakazane, pojawiło się jedynie w serwisie radiowej Trójki, gdzie serwisanci - mimo nacisków - indywidualnie przygotowywali wiadomości). Po śmierci Andrzeja Wajdy o reżyserze nie wolno było mówić „wybitny”, gdy jednak to słowo padło z anteny radiowej Trójki poleciały głowy serwisantów przygotowujących materiały - Małgorzaty Spór i Anny Zaleśnej. Z kolei w telewizyjnych Wiadomościach materiał o śmierci Andrzeja Wajdy przygotowywali nowicjusze bez doświadczenia – Jan Korab i researcherka Aneta Szydlik. Materiał ukazał się jako piąty z kolei – zaraz po informacji o wizycie rządowej delegacji w Mielcu i Świdniku. Świadczy to wyraźnie o tym, że nikomu z obecnej dyrekcji TVP nie zależało na jakości tego materiału i nadaniu mu odpowiedniej rangi.
Stefan Kisielewski w jednym ze swoich felietonów napisał: „Czy kłamstwo rozbudowane i uporczywe ma na celu oszukanie ludzi, czy też nakłonienie ich, aby z pełną świadomością wzięli w nim udział? {…} Konstruując kłamstwo doskonałe i wszechstronne konstruujący daje jednak pośrednio wyraz swemu zaufaniu do bezsilnego, lecz świadomego odbiorcy {…} Zdaje się on mówić do swego odbiorcy i partnera: widzisz bracie, ty mojego monolitu nie ugryziesz, nie ma w ogóle gdzie włożyć palca, wszystko przewidziałem i ubezpieczyłem na wszelkie sposoby. Wobec tego daj sobie spokój ze zwalczaniem mnie, przyjmij w całości […} to, co ci mówię, a jeżeli już koniecznie upierasz się, że to jest nieprawda, przyjmij rzecz jako nasz wspólny język, jako mowę ochronną, umowną a konieczną” .
„Wielka księga cenzury PRL w dokumentach” Tomasza Strzyżewskiego to rzecz o takim właśnie „wspólnym języku” wypracowanym ze społeczeństwem przez urząd cenzury wespół z podległymi mu instytucjami i ludźmi. Sięgnijmy po nią właśnie teraz, gdyż temat cenzury zdaje się być palący i pilny dla nas obecnie, jak nigdy dotąd w III RP wcześniej.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Na plaży Chesil

Najpierw obejrzałem film, potem dowiedziałem się, że powstał on na podstawie tej książki i po prostu musiałem to przeczytać. Książkę czyta się właściw...

zgłoś błąd zgłoś błąd