Waldemar Bawołek, albo nie „mam w dupie małych miasteczek” albo autystyk z reakcjami dezadaptycyjnymi
Młody Bursa pisał, że może mógłby napisać cztery reportaże o perspektywie rozwoju małych miasteczek, ale, tutaj cytat „mam w dupie małe miasteczka, mam w dupie miasteczka, mam w dupie małe miasteczka!”. Czy młody Bawołek również nie miał tego pragnienia ucieczki z dziury, z wiochy, z zadupia właśnie?
Ani też jak stary Larkin z wiersza „Pamiętam. Pamiętam”, który jadąc pociągiem mówi:
Toż to Coventry!- wykrzyknąłem- Tu się urodziłem.-
Wychylony, szukałem czegoś, co by jasno
potwierdziło, że jest to wciąż to samo miasto,
które tak długo było "moim miastem". Dziwne:
straciłem orientację (...)
Bawołek nie uciekał, żeby wrócić i zderzyć się z wspomnieniem?
Bawołek podjął inną decyzję, decyzję, rzecz można, programową. Wybrał Ciężkowice. W dwóch zdaniach: Ciężkowice – miasto w Polsce położone w województwie małopolskim, w powiecie tarnowskim(Bawołek umiejscawia Cieżkowice w Galicji, co też świadczy o pewnym, nowoczesny jednak wyborze). Ze względu na zachowany średniowieczny układ urbanistyczny i zachowaną drewnianą zabudowę w obrębie rynku miasto włączono do Małopolskiego Szlaku Architektury Drewnianej. Miasto ma charakter rolniczo-turystyczny. Według danych z 30 czerwca 2012 liczyło 2501 mieszkańców(za Wikipedią). (Z wywiadu: Właśnie o to chodzi, że nic się (w Ciężkowicach)nie dzieje, a można o tym pisać. Nie trzeba tworzyć wymyślnych fabuł, wystarczy w jednym miejscu długo żyć, współżyć z ludźmi, żeby słowa się pojawiały).
Jednak Ciężkowice nie wybrały go. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, panie Bawołek, można spuentować. Jednak Bawołek oddał się artystycznie temu miasteczku cały, całe swoje jestestwo uwiecznia Ciężkowice wybiera drogę, którą podążali kiedyś Faulkner w USA, a Hardy w UK wydzielając sobie oddzielne hrabstwa. Thomas Mann w Budenbrookach oddał Lubekę i chyba do czasu wielkiej sławy nie był tam mile widziany.
Czego się boją jednak ludzie, czy całe Ciężkowice mają coś na sumieniu, czy boją się być złapane na gorącym uczynku? Czy strach dotyczy tego, że „spisane będą czyny i rozmowy”? Że cienka warstewka mgiełki turystycznej, rozpierzchnie się i ujawni nędzę i pierwotne instykta? A może jak ci Indianie, boją się o swoją duszę, i nie pozwalają się fotografować? „niektórzy mają ochotę mi wpierdolić, gdyż boją się, że ich opiszę”.
„Skrawki dla Iriny” to właśnie dwugłos, dwie linie możliwego życia Bawołka. Waldka, który nie zostaje pisarzem i staje się kimś w rodzaju kierownika budowy(urzędnika średniego szczebla) zaczynając jednak od przypadkowych fuch, a Pisarzem. Bawołek stara się usprawiedliwić, że nie jest nieudacznikiem, utracjuszem, pijakiem, nikim. Bawołek dyskutując z Ciężkowicami( wiem, źe ta relacja go boli, ale to jego ból w jego miejscu) nadaje im miejsce, nie odrzuca ich nazywając „ciemnogrodem”. Zadaje poważne pytanie dla Polski B. Jaka jest funkcja pisarza w małych miasteczkach?
Oczywiście, Bawołek jest za dobrym pisarzem, żeby zadawać takie pytania wprost, i nie używa takich słów jak funkcja. Nasz ciężkowicki pisarz zabił więc swojego Pisarza. Kto go zabił?
Warto zauważyć przejścia oniryczne w rozdziałach, powtarzające się, jakby spotęgowane lęki bohatera(ów) przed wykluczeniem z gromady. Gromada to nazwa, którą Bawołek posługuje się celem określenia granic społeczności, którą bada, widzi i opisuję.
Bawołek opisuje tym samym słynny problem Gauguina z eseju Bernarda Williamsa „Moralny traf”. Czy możemy oceniać człowieka i jego decyzję nie znając jeszcze wyników jego postępowania? Gauguin stał się sławny i wiele mu wybaczamy, ale jakby mu się noga powinęła byłby zwykłym lumpem. Broniąc się przed gromadą, Pisarz co i raz stawia argument sławy, konkursów, znajomości( z Zadurą, z Komendantem, z Darkiem Fuksem etc.) jakby właśnie uzasadniał, że wybrał swoją drogę i żeby mógł spokojnie iść ulicą dalej bez wzgardy.
. Bawołek nie jest pisarzem kawiarnianym i na poważnie wziął radę Gombrowicza, żeby „ z parobkami jeść chleb czarny”. (Wyczuwalna jest również słabość autora do wagabundów polskiej literatury, outsiderów takich jak Tadeusz Nowak, czy Stasiuk, na których czasami się powołuje).Widać to w języku i w myśleniu. Krytykuje swoją gromadę, ale widać, że krytykuję z czułością, po swojemu. Wyjście z kultury zapierdolu, stawia go w roli pasażera na gapę, ale i zadaję poważne pytanie:, po co wy to robicie? Cała jego egzystencja jest pytaniem i to bycie pytaniem w naszej kulturze szybkich odpowiedzi z ChatGPT stoi jak drzazga. Bo jak to miło czas płynie przy piwie i przy winie, w plenerze, na świeżym powietrzu, jak ja siedzę przed komputerem 8h?
(Z wywiadu2: UH: Rzadko czytam pytania, zazwyczaj od razu odpowiedzi.
WB: To jest jakieś podejście. Pamiętam, że pytania w szkole były na tyle uciążliwe, że nie dało się kłamać, bo jak kłamałeś, to dwója. Trzeba było znać odpowiedź na konkretne pytanie i dlatego moja edukacja się szybko zakończyła. Nigdy nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć, bo się nie uczyłem, a jak się nie uczysz, to sobie wszystko wymyślasz.)
Wystarczy zobaczyć jakie epitety dostaje Pisarz: darmozjad, zły przykład, zaprzedanie duszy diabłu, Poeta tylko głowa nie ta. Mimo to:
„Były czynione próby przesiedlenia mnie do cywilizacji. Mnie nie interesuje żadna Cywilizacja. Nawet Cywilizacja Miłości. Ja nie umiem pisać z kawiarni, o kawiarni. Celowo mieszkam w Galicji. W niej jest największy Absurd…”.
(Z wywiadu:„ Mam dla tej miejscowości wszystkie emocje. Nienawidzę jej i kocham ją. Ale to jest mój czakram. Gdyby nie one, to co bym robił? Moje książki piszą Ciężkowice, ja tylko przenoszę do języka to, co się wokół dzieje.”)
No nic i do Ciężkowic zawitała literatura. Może: Szczęśliwy naród który ma poetę/I w trudach swoich nie kroczy w milczeniu. Jednak Miłosz wydaje się czasami zbytnim optymistą, choć był swego czasu nawet zwany katastrofistą.
(Z wywiadu: Ja bym potrzebował docenienia, że ktoś mnie klepie po plecach i mówi: „Waldek, fajna ta książka". Ale nikt mi do tej pory tego w Ciężkowicach nie powiedział).
Fajna ta książka, panie Bawołek.
P.S. Książkę warto przeczytać choćby tylko dla anegdoty pt. „ „Czemu się, chuju, kręcisz?"”
Wywiad: https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,25854817,pisarz-waldemar-bawolek-na-prowincji-zawsze-cie-palcem.html
Wywiad2: https://www.dwutygodnik.com/artykul/8325-po-co-pytac-kiedy-mozna-klamac.html
OPINIE i DYSKUSJE o książce Bob albo mężczyzna na łodzi
🎣 „Karaoke proza” – kiedy rzeka ma rytm, a głos Fronczewskiego staje się instrumentem 🎣
📚 Ocena: 8/10 – za piękno słowa, hipnotyczny rytm i przekład, który brzmi jak oryginał myśli.
📖 To już moja druga wyprawa z Markusem – i ponownie w formie text-to-speech z głosem Piotra Fronczewskiego. To nie był zwykły odsłuch – to było literackie karaoke, gdzie tekst świecił się na ekranie, a głos prowadził mnie jak rzeka łódź Boba. Nie wiem, czy kiedykolwiek „dorosnę” do poezji, ale ta proza mnie do niej zbliżyła – nie nachalnie, a naturalnym kołysaniem fraz.
👌 Wspaniała, rytmiczna konstrukcja – zdania krótkie, powracające jak fale, pełne repetycji, które wciągają w swój nurt. Narracja niby prosta, a jednak hipnotyczna, jak mantra rzeki. Świetny przekład na polski – zachowuje muzyczność i surowe piękno oryginału.
🐠 To nie jest książka o rybach. To jest książka o byciu – o tym, że czasem człowiek staje się rzeką, a rzeka staje się człowiekiem. Markus potrafi sprawić, że zwykłe słowa zaczynają brzmieć jak pieśń.
😊 Polecam w tej formie – z głosem, który nadaje rytm, i tekstem, który świeci jak rozgwieżdżona noc nad wodą.
🎣 „Karaoke proza” – kiedy rzeka ma rytm, a głos Fronczewskiego staje się instrumentem 🎣
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to📚 Ocena: 8/10 – za piękno słowa, hipnotyczny rytm i przekład, który brzmi jak oryginał myśli.
📖 To już moja druga wyprawa z Markusem – i ponownie w formie text-to-speech z głosem Piotra Fronczewskiego. To nie był zwykły odsłuch – to było literackie karaoke, gdzie tekst świecił się na...
Bob łowi ryby.
Bob nie jest wędkarzem. Bob łowi ryby. Bob nie ma wędki, ale ma swoją łódź w kształcie metalowej ryby.
Bob jest samotnikiem.
Bob jest ojcem Boba, ale Bob o synu Bobie nie wie. Syn Boba też zaczyna łowić, chociaż wcześniej syn Boba nie łowił.
Syn Boba też jest ojcem, ale syn Boba wie, że nim jest.
Bob w swojej metalowej łodzi łowi ryby każdego dnia. Bob łowi bardzo dużo ryb, które potem je i które sprzedaje. Bob nosi te ryby w wiadrach, na targ, i zawsze wszystkie sprzedaje. Potem Bob wraca do łodzi z pustymi wiadrami i znowu bierze się do pracy.
Bob to ryba.
Bob, syn Boba, to też ryba, o czym wie syn Boba, który pewnego wieczora, czekając na tatę Boba, powiedział mu o tym, a w co Bob – tata nie mógł uwierzyć.
Bob, ojciec , który nie wie, że jest ojcem, szuka ryby. Tej ryby.
Bob szuka swojej śpiewającej ryby. Bob szuka ryby innej od innych, ryby wyjątkowej, ryby, która otwiera pyszczek, ale z tego pyszczka wydobywa się śpiew.
Bob szuka pod wodą ryby, a jak ją znajdzie, to będzie wiedział, że to ona, nawet jeśli nie będzie chciała śpiewać. Dlatego tak dużo łowi każdego dnia przez wszystkie pory roku i przy każdej pogodzie – nawet w zimie, pod lodem.
Bob ciągle szuka. Bob szuka dzień po dniu.
Bob je ryby każdego dnia.
Bob je oczy ryb, by widzieć pod wodą.
Bob rybie wnętrzności oddaje rzece, bo – jak mówi – te kiedyś znowu będą rybami.
Bob słucha rzeki i jeziora. Bob nasłuchuje ryb. Dla Boba nocą rzeka staje się niebem, w którym pływają gwiazdy. Bob łowi gwiazdy, bo nocami jest w niebie. Bob wyciąga dłoń po gwiazdę na wodzie i ta gwiazda rozpryskuje się na jeszcze więcej gwiazd.
Bob, gdy łowi ryby, a te nie dają się złowić, liczy gwiazdy na niebie. Kiedyś doliczył ich dwieście dwadzieścia dwie. Bob myśli, czy więcej jest ryb w wodzie, czy gwiazd nad głową?
… mogłabym pisać o Bobie po swojemu, bez końca.
Mogłabym snuć tak wiele różnych wersji przygód o Bobie i rybach, ile jest gwiazd nad głową w przejrzystą noc. Byłoby ich więcej niż ryb i więcej niż dwieście dwadzieścia dwie…
Bob jest centrum. Bob ma serce, ma cel, ma życie. Bob ma piękne życie, wbrew temu, co można by wywnioskować na jego codzienny znój i samotność, jaką wybrał. Jest mu dobrze, a sam nie jest – nigdy. Ma ryby, ma gwiazdy, ma przestrzeń. Nasłuchuje śpiewu, rybiego śpiewu, ale nie dociera do niego ani nuta, dlatego łowi i łowi i łowi aż pewnego dnia znika i nic już nie jest takie, jakie było wcześniej. Ani Bob, syn Boba, ani rzeka ani jezioro, ani to miasteczko i ludzie, którzy w nim mieszkają. Nawet inni wędkarze się zmienili, bo bez Boba już nie jest tak, jak z Bobem.
Bob jest bohaterem powieści Petera Markusa „Bob albo mężczyzna na łodzi”. To oszczędna w słowach historia dorosłego mężczyzny, która – wbrew pochopnym wnioskom – ma bardzo bogatą treść. Czytanie przypomina medytację, wnikanie nie tyle w środek siebie, ile w środek rybiego Boba, Boba - człowieka z rybim śpiewem w pamięci. Czytanie wrzuca w majestatyczny trans, który wciąga, jak toń rzeczna i nie pozwala się uwolnić. Czytasz losy Boba do ostatniego słowa, by potem, na końcu, zastygnąć na podobieństwo metalowej ryby. Po lekturze zostajesz z myślami, przemyśleniami i jakimś niedosytem w duszy. Bo ta powieść mogłaby mieć ciąg dalszy, mogłaby płynąć, jak rzeka i mienić się tysiącem gwiazd przeznaczonych tylko dla Boba i ciebie. I chyba to sprawia, że po przeczytaniu „Boba albo mężczyzny na łodzi” jej treść zaczynać przepływać w tobie.
Tyle słów ci do głowy napływa, tyle zdań, których jesteś autorem i które piszesz w umyśle ciągnąc los Boba dalej. Bo Bob zniknął, ale Bob jest, gdzieś musi być, bo człowiek – jak i ryba – ot tak nie znika. Może Bob zmienił miejsce łowienia? Może znalazł swoją śpiewającą rybę? Może Bob odpłynął w sobie tylko wiadomym kierunku i osiadł na innych wodach i może każdy jego nowy dzień, jest taki sam, jak te, które dostawał od życia tutaj? Ale „jak to zazwyczaj bywa, życia nie obchodzi, z jakimi oczekiwaniami w nie wkraczamy”.*
Niebywała jest ta książka. Tak inna, tak piękna, tak wartościowa. Czytanie przenosi w innym wymiar. Sama postać Boba i jego syna i to, co robią, kim są i do czego dążą – wszystko to urzeka i ujmuje. Wpadasz w czytelniczy trans nie wiedząc kiedy. Czytanie wymyka się rzeczywistości. Stajesz się Bobem rybą, Bobem w metalowej rybie z powieścią pod pachą i patrzysz na niebo na rzece...
Mistrzostwo pióra.
* „Coraz mniej światła” Nino Haratischwili
UCZTA od SZTUKATERA
#agaKUSIczyta
Bob łowi ryby.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBob nie jest wędkarzem. Bob łowi ryby. Bob nie ma wędki, ale ma swoją łódź w kształcie metalowej ryby.
Bob jest samotnikiem.
Bob jest ojcem Boba, ale Bob o synu Bobie nie wie. Syn Boba też zaczyna łowić, chociaż wcześniej syn Boba nie łowił.
Syn Boba też jest ojcem, ale syn Boba wie, że nim jest.
Bob w swojej metalowej łodzi łowi ryby każdego dnia. Bob...
„Oto opowieść o rybie, która nie ma końca.
To jest opowieść o Bobie.
Pamiętasz jego ręce.
Jego kłykcie są rzekami.
Skóra jego rąk, pokryta rybimi łuskami, wygląda tak,
jakby ręce zostały zanurzone w gwiazdach.”
To fragment prozy Petera Markusa, tekstu, który rezonuje we mnie już jakiś czas, tkwi w głowie, towarzysząc codziennym czynnościom, każe odczytywać się linearnie i wspak, recytować i odtwarzać, bym niczym śledczy mogła odkrywać wciąż nowe tropy i nimi podążać. Bez końca. Zaskakujące, sprzeczne, dziwaczne, wzniosłe i całkiem przyziemne, intertekstualne i bardzo życiowe, uogólnione i detaliczne.
Nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim potraktowaniem zdania. Zaczynamy od słowa. Bob. Rzeka. Jezioro. Łódź. Ryba. Ojciec. Syn. Księżyc. Gwiazdy. Wędka. To pojęcia kluczowe. I one też powtarzają się stale, ich periodyczność jest zamierzona. Za każdym razem dobudowany zostaje dodatkowy kontekst, słowo zyskuje więc szersze lub całkiem nowe znaczenie.
Kim więc jest Bob – spytamy. Jest ojcem, który nie wie, że ma syna. Jest też synem, który, niewidziany, żyje w cieniu ojca. Jest rzeką. Jest rybakiem na rzece istniejącym po to, by łowić. Jest Bobem, który szepcze do ryb, a one same wskakują mu do łodzi, która staje się wówczas „konstelacją ryb”. Boba nie obowiązują limity połowów. Nigdy nie wiesz, czy Bob cię słucha, bardzo rzadko cokolwiek odpowiada. Niełatwo uzyskać od niego informację, jak sami mamy łowić.
„Chciałbym móc powiedzieć: - Bob.
Chciałbym powiedzieć: - Ojcze.
Naucz mnie łowić ryby.”
Bob jest w łodzi na rzece obecny zawsze. Wszyscy wiedzą, kim jest, kupują od niego ryby, ale nie śmią zakłócać jego samotności, szanują ją. Przyjmują Boba takim, jaki jest.
Narratorem jest syn Boba, także Bob. Chciałby on bardzo zostać zauważony i móc nazwać Boba ojcem. Idzie jego śladem, patrzy na niego z oddali, myśli o nim bezustannie i chciałby być taki jak on.
Bob nie wie, czy złowi rybę, której szuka. Szuka tej, która go zawołała i zniknęła „I jak długo będzie rzeka, w której można łowić ryby, to, Bob wierzył głęboko w to, że jedna z tych ryb będzie tą rybą, którą od zawsze pragnął złowić.
Że jedna z tych ryb będzie tą rybą, która wołała go po imieniu.
Bob.”
Czym więc jest Bob? Kim jest? Może Bogiem, Absolutem, Potęgą…
„(…) Bob w swojej łodzi wygląda tak, jakby światło wydobywało się prosto z jego wnętrza.
Tak, jakby Bob stworzony był ze światła.”
Kim/czym jest więc rzeka, którą płynie łódź Boba? Kim/czym są owe ryby, niekiedy same garnące się do Boba, zwabione jego nawoływaniem, innym zaś razem łapiące się na jakiś rodzaj przynęty? Może to my sami, płynący na fali życia, często bez celu, duże ryby połykające żarłocznie inne, mniejsze rybki. Jedne z nas są drapieżne, z ostrymi zębami, inne nie. Jedne szarpią, miotają się na wędce, a nawet udaje się im uciec, zerwać… Inne zwisają bezwolne… zrezygnowane… poddańcze… Pragniemy łowić, ale też sami pragniemy zostać złowieni. Niemniej jednak musimy mieć na uwadze całą resztę życia, zobowiązań, w trakcie poszukiwań starać się nie tracić z oczu światła z okna pokoju syna, które niczym latarnia morska pokazuje nam drogę powrotną, byśmy nie utonęli w swych poszukiwaniach i nie skończyli na dnie rzeki, bądź martwi, wyrzuceni na brzeg .
A co łowimy? Ryb jest całe mnóstwo, różne wielkości i gatunki. Dla każdego inny smak jest tym upragnionym, wymarzonym. Łowienie może stać się naszym uzależnieniem. Sam proces łowienia, pogoni. Zaś ryba miotająca się na końcu wędki będzie okazywała się za każdym razem nie tą, której pragniemy. To pułapka. Łowienie może też być przygodą, poszukiwaniem wciąż nowych sensów, by coś stworzyć, by z tej rzeki wydobywać skarby, choćby naszych talentów. Coś twórczego, innowacyjnego, śmiałego, nieoczekiwanego, przełamującego stereotyp.
„W oczach Boba, w sercu Boba, jest ryba,
która jest czymś więcej niż tylko rybą.”
Dla każdego z nas jest czymś więcej. Esencją, treścią, miłością, bliskością, spełnieniem, tak, jak je każdy z nas rozumie indywidualnie.
Ta opowieść to jedna wielka parabola. Można pod nią podłożyć całą gamę znaczeń, to, co dla każdego najważniejsze. Może być przypowieścią o Bogu, czyli Dobrym, Mądrym choć zarazem Surowym Nauczycielu, którego chcemy mieć stale w polu widzenia, czując się wtedy bezpieczni. Jest stałym elementem na naszej rzece. Gdy znika, szukamy go, jak narrator, wołamy rozpaczliwie, bo nie nauczył nas jeszcze wszystkiego, nie odpowiedział na pytania, a nawet nie zdążyliśmy powiedzieć mu, że jest naszym Ojcem.
Może być przypowieścią o potrzebie rodzicielskiej miłości, o odpowiedzialności, o poszukiwaniu tożsamości, o pragnieniu ciągłości, gdy mamy Boba najstarszego i jego najmłodszego pra-prawnuka. O potrzebie akceptacji i pragnieniu wskazania nam drogi.
Albo też inaczej. Bob jako tradycja, klasyka, wzór, na bazie którego, mając go cały czas przed oczami, szukamy czegoś więcej, co go ubogaci, wzmocni, odmłodzi, a co on sam doceni jako nasz wkład. Łowimy więc w nadziei, że będziemy mogli wyciągnąć w jego stronę rękę ze złowioną rybą, by pokazać mu ją z dumą i powiedzieć: proszę, to dla ciebie. Nie wiem czy się tutaj nie zagalopowałam, ale moje myśli biegną w różnych kierunkach.
Właśnie taka jest ta proza. Magiczna. Symboliczna. Ulotna. Minimalistyczna. I niesamowicie inspirująca, poddająca tyle interpretacyjnych możliwości, że nie sposób się od niej wyzwolić. Niczym przypowieść biblijna, Wielka Księga, od której wszystko się rozpoczyna, od której ciągnie się cały łańcuch prawdopodobnych wydarzeń. Albo też niczym baśń. Metaforyczna poezja… Taki też trochę jest i układ wersów, taki rytm, rozwijająca się melodia, coraz szybsza i pewniejsza siebie, z powtarzalną nutą przewodnią, graną coraz to trochę inaczej. Jak fuga. Albo muzyka jazzowa, w której można ścigać się na interpretacje, improwizować, raz z dużą lekkością, innym zaś razem z podniosłością psalmu.
Czytając „Boba albo mężczyznę na łodzi” sami stajemy się rybakami, łowiąc jej wielosensy i mnogoznaczenia, prowadząc poszukiwania, zaczepiwszy koniec nici na słowach-kluczach, by nie zagubić się w labiryncie odgałęzień i korytarzy. Wszak wiele z nich może okazać się ślepe. To nas jednak nie zniechęca.
Czemu tak mało znany to pisarz, tak niszowy? Trudno się nie dziwić, gdyż ta proza fascynuje, wciąga, zatrzymuje przy sobie… Ha!art jest wydawnictwem, na którego wyborach można polegać, jeśli szuka się literatury znakomitej i jednocześnie eksperymentującej z językiem, z tematem, wymagającej od nas pewnej elastyczności i otwartości. Literatury nieoczywistej. Jeszcze długo będę grzebać przy tej rzece, łodzi, rybach i archetypicznym Bobie, wymyślać kolejne piętra znaczeń i ścieżki odczytań. „Płynę szukać Boba.”
Książkę przeczytałam dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
„Oto opowieść o rybie, która nie ma końca.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTo jest opowieść o Bobie.
Pamiętasz jego ręce.
Jego kłykcie są rzekami.
Skóra jego rąk, pokryta rybimi łuskami, wygląda tak,
jakby ręce zostały zanurzone w gwiazdach.”
To fragment prozy Petera Markusa, tekstu, który rezonuje we mnie już jakiś czas, tkwi w głowie, towarzysząc codziennym czynnościom, każe odczytywać się...
To książka o Bobie, czyli o mężczyźnie, który łowił ryby. To także książka o Bobie, który obserwował Boba. Po trzecie to książka o synu Boba, na którego także wołają Bob.
Bob szuka ryby. Wyjątkowej, która kiedyś być może przypłynie do Boba.
Bob żyje na łodzi, łowi ryby i patrzy w nocne niebo. Niebo usiane jest gwiazdami, zaś te odbijają się w rzecznej wodzie i świecą w oczach ryb Boba.
Bob sam jest rybą, jest gwiazdą, jest rzeką.
Rewelacja! Ok, nie czyta się książki Markusa od tak, rach-ciach. Kilkanaście krótkich wersów na stronie pozornie tylko przyspiesza czytanie. Nieustannie powtarzane frazy i całe zdania nie irytują (bądź co bądź to nawiązanie do Gertrudy Stein i jej literackich eksperymentów),lecz dodają książce jakiejś niezwykłej siły. To „tylko” opowieści mężczyźnie i jego łodzi (już po kilku pierwszych wersach zapalają się pierwsze światełka skojarzeniowe),porzuceniu, miłości ojcowskiej, a przede wszystkim o poszukiwaniu i oczekiwaniu. O nieograniczonej cierpliwości, która nie wie, co to horyzont.
Nic się tu nie dzieje, a jednocześnie dzieje się tak wiele, że trudno zrozumieć, jak Markus zdołał w tak ubogiej formie zagrzebać morza emocji, nawiązań i mistyki. Znalazło się nawet miejsce dla trupa i zaginionej łodzi.
Innymi słowy – odświerzająca i jedyna w swym rodzaju.
Fajnie, że poznałem Boba, Boba i małego Boba. Ha!
To książka o Bobie, czyli o mężczyźnie, który łowił ryby. To także książka o Bobie, który obserwował Boba. Po trzecie to książka o synu Boba, na którego także wołają Bob.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBob szuka ryby. Wyjątkowej, która kiedyś być może przypłynie do Boba.
Bob żyje na łodzi, łowi ryby i patrzy w nocne niebo. Niebo usiane jest gwiazdami, zaś te odbijają się w rzecznej wodzie i świecą w...
Bob, łódź, ryba, rzeka, błoto, Bob syn Boba. Minimalistyczna fabuła, język czasem przypominający bajki dla czterolatka, a w gruncie rzeczy poemat o pięknie przyrody, ziemi, nieba, ich symbolice.
Pierwsza myśl - Bob jak Santiago Hemingway`a. Człowiek rzeki, który łowi ryby. Ryba, rzeka to początek i koniec. Dla Boba jest wszystkim. Być tam zawsze, współistnieć, współodczuwać. Woda to dom, praca, życie. Rzeka bez Boba nie jest rzeką, a Bob bez rzeki nie jest Bobem.
Bob syn Boba - nowy motyw. Tęsknota za ojcem. Jego ciągły brak. Wyrzuty, że ryba jest ważniejsza niż syn. Bob syn Boba chce zostać rybakiem, by zrozumieć, by zbliżyć się do ojca. Kontakt z ojcem niszczy relację z synem. Konflikt tragiczny, sytuacja nie do pogodzenia.
To również książka o tworzeniu opowieści, o łączeniu wyrazów w zdania tworzące coraz bardziej wieloznaczną historię.
Poza wymienionymi skojarzeniami oczywiste nawiązania biblijne.
“Bob…” to poetycka proza napisana w awangardowy sposób. Przymiotniki ograniczone do minimum. Dominują rzeczowniki i czasowniki, powtórzenia, które z kolei tworzą wrażenie pieśni, mantry, zaklęć nieustannie powracających, by wywołać, odczuć określony obraz, dzięki któremu powstaje oniryczny, pierwotny, prosty, wysublimowany obraz świata.
Bob, łódź, ryba, rzeka, błoto, Bob syn Boba. Minimalistyczna fabuła, język czasem przypominający bajki dla czterolatka, a w gruncie rzeczy poemat o pięknie przyrody, ziemi, nieba, ich symbolice.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPierwsza myśl - Bob jak Santiago Hemingway`a. Człowiek rzeki, który łowi ryby. Ryba, rzeka to początek i koniec. Dla Boba jest wszystkim. Być tam zawsze, współistnieć,...
Strata czasu, mogłabym przeczytać 10 stron i wiedzieć to samo, co po lekturze całości.. Fabuła nie kończy się żadnym rozwiązaniem, to tylko i wyłącznie eksperyment literacki, którym krytycy się zachwycają. Owszem, innowacyjnie napisane, tylko co z tego?
Strata czasu, mogłabym przeczytać 10 stron i wiedzieć to samo, co po lekturze całości.. Fabuła nie kończy się żadnym rozwiązaniem, to tylko i wyłącznie eksperyment literacki, którym krytycy się zachwycają. Owszem, innowacyjnie napisane, tylko co z tego?
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNieznana u nas proza Petera Markusa jest jak baśń, jest jak baśniowy poemat pisany prostymi zdaniami, wypełniony rytmem i refrenami. "Bob..." jest jak starodawna opowieść. Jakby ktoś opisywał obraz, jakby ktoś wyobrażał sobie, co dzieje się poza płótnem. Jakby bohater tego obrazu w pewnym momencie znikał. Opowieść z rzeki, opowieść o rybie, opowieść wypełniona milczeniem, które jest rozmową.
Nieznana u nas proza Petera Markusa jest jak baśń, jest jak baśniowy poemat pisany prostymi zdaniami, wypełniony rytmem i refrenami. "Bob..." jest jak starodawna opowieść. Jakby ktoś opisywał obraz, jakby ktoś wyobrażał sobie, co dzieje się poza płótnem. Jakby bohater tego obrazu w pewnym momencie znikał. Opowieść z rzeki, opowieść o rybie, opowieść wypełniona milczeniem,...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWielka, inspirująca literatura, świetnie przetłumaczona i zredagowana. Dziękujemy i polecamy
Wielka, inspirująca literatura, świetnie przetłumaczona i zredagowana. Dziękujemy i polecamy
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWydawnictwo Ha!art od lat zaskakuje czytelników. A to za sprawą abstrakcyjnych wierszy wyprowadza ze strefy komfortu, a to znowu proponuje tekst prowadzony we wszystkich dostępnych gwarach, dialektach i odmianach języka polskiego, a to jeszcze przy następnej premierze zabiera nas do lasu, by tam poruszyć temat seksu w naturze. „Bob albo mężczyzna na łodzi”, czyli jedna z kilku nowości planowanych na końcówkę 2022 roku, doskonale wpisuje się w tę ofertę.
W oryginalnym wydaniu na okładce znajduje się łódź z człowiekiem na pokładzie, dryfująca gdzieś na środku jeziora. Jest ona łudząco podobna do zdjęcia z okładki zbioru opowiadań „Utracony dar słonej krwi”. Wydawnictwo Ha!art już w tym momencie postanowiło dokonać korekty. W ich wizji kluczem do interpretacji dzieła nie jest sama woda, a ryba. To właśnie ona została przedstawiona w centrum nowej okładki.
„Bob albo mężczyzna na łodzi” Petera Markusa odchodzi od tego, co dostrzegamy w większości debiutanckich powieści. Nie ma tu pchania na siłę modnych tematów, autor nie ozdabia swojej książki skomplikowanymi ornamentami, nie skupia się też na prezentacji psychologicznych, moralnych i społecznych form kształtowania się osobowości głównego bohatera. Nie wciska także na siłę fabularyzowanej wersji własnych doświadczeń.
Czym więc jest „Bob albo mężczyzna na łodzi”? Pisanym niewierszem, antygatunkowym, postkapitalistycznym i quasi-filozoficznym tekstem o poszukiwaniu ryby. Żadne streszczenie nie unaoczni rozmiarów tajfunu, który szaleje pod czaszką Petera Markusa. Spróbujmy jednak. W warstwie fabularnej oglądamy historię Boba, syna Boba i ojca Boba. Ten ostatni jest narratorem, który najpierw opowiada o swoim ojcu, a później go poszukuje. Bob na swojej łodzi o imieniu Bob, szuka pewnej ryby. Chce ją znaleźć, bo ona może mu powiedzieć, jak dalej żyć. Może zdradzić mu sens istnienia. Bob syn stara się pomóc Bobowi-ojcowi, mimo że przez tę aktywność zaniedbuje swoje obowiązki rodzinne. A najmłodszy Bob-wnuk czeka, aż jego ojciec stanie się ojcem spełnionym, przestanie być jak ten klaun z plasteliny oglądany w telewizji.
I tak to się toczy. Bob pływa na łodzi, Bob śpi na łodzi, Bob łowi więcej niż inni, Bob śpiewa rybom, Bob sprzedaje ryby. Autor z zadziwiającą sprawnością i precyzją kroczy przez zamieć zdarzeń, z której wyłania się szokująca prawda: to wszystko jest przemyślane. Od pojedynczego słowa, aż do metaforycznego znaczenia poszczególnych postaci i czynów. Woda jako moc oczyszczająca, ryba jako Bóg, doświadczenie przegranego pościgu i walki z siłami przyrody, która daje początek nowej historii. Markus otwiera dziesiątki ścieżek interpretacyjnych, dzięki czemu cały utwór nieustannie ewoluuje, pozwala się tworzyć na nowo w spotkaniu z czytelnikiem.
Jest w tej książce kilka znaczących scen. Jedną z nich jest moment połowu. Bob wyciągnął małą rybę, ale ta okazała się niewystarczająca, niezdolna do zaspokojenia jego potrzeb. Gdy chciał tę małą rybę oddać naturze, połknęła ją duża ryba. Bob wyłowił więc tę dużą rybę. W jej ustach znalazł małą nietkniętą, niepogryzioną i nieprzetrawioną. Uratował ją, a dużej postanowił dać nauczkę. Oczyścił ją, ugotował i zjadł. Nauczanie jest jednym z sensów pisarstwa Markusa. Jest on przewodnikiem dla swoich czytelników, pokazuje, że nie zawsze siła ma znaczenie, nie zawsze technika jest najważniejsza, nowoczesność wcale nie jest lepsza, od instynktów pierwotnych.
Markus żongluje elementami z najróżniejszych gatunkowych porządków, odwołuje się do licznych dzieł literackich, odświeża język. Liczbę słów redukuje do minimum, ale przy tym stawia na repetetywność. Zwraca tym samym uwagę na zdanie, jako jednostkę kompozycji, przełamuje jego sens syntaktyczny.
„Bob łowi w jeziorze, kiedy nie łowi w rzece.
Są ludzie w mieście, którzy wierzą, że duże ryby żyją w jeziorze.
Ale są też małe ryby, które żyją w jeziorze.
Ryby z jeziora czasami wpływają do rzeki.
Ryby z rzeki czasami wpływają do jeziora.
Bob nie dba o to, czy łowi w rzece, czy w jeziorze.
Bob wie, że ryba, którą on chce złowić nie dba o to, czy jest w rzece, czy w jeziorze.
Dla ryby woda jest wodą.
Dla Boba woda jest wodą.”
Tak to wygląda. I o dziwo wcale nie jest nudne. Układa się w piękną, transcendentną pieść o ziemskiej i niebiańskiej materii.
I na koniec jeszcze humor, bo gdzieś tam o nim wspomniałem. Tak, „Bob albo mężczyzna na łodzi” bywał dla mnie zabawny. Nie w sensie humoru sytuacyjnego. Śmiałem się z samej konstrukcji zdań. I to chyba najlepiej pokazuje, jak bardzo zakorzeniłem się w tym, co typowe dla literatury. Jak bardzo potrzebuję głosów, które zwracają uwagę na istotę rzeczy, a nie grają na emocjach.
„Kiedy martwy mężczyzna wypadł ze swojej łodzi i wpadł do rzeki, to, gdyby łowił blisko jakichś innych łodzi łowiących na rzece tamtego dnia, to martwy mężczyzna pewnie by żył, martwy mężczyzna zostałby uratowany przez innego rybaka, który byłby wystarczająco blisko, żeby rzucić linę martwemu mężczyźnie, żeby ten mógł złapać tę linę rzuconą przez tego rybaka, który byłby wystarczająco blisko, żeby wyłowić martwego mężczyznę z rzeki i wciągnąć do swojej łodzi.”
Drogie Wydawnictwo Ha!art, więcej Markusa poproszę!
Recenzja ukazała się pod adresem http://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2022/09/recenzja-bob-albo-mezczyzna-na-odzi.html
Wydawnictwo Ha!art od lat zaskakuje czytelników. A to za sprawą abstrakcyjnych wierszy wyprowadza ze strefy komfortu, a to znowu proponuje tekst prowadzony we wszystkich dostępnych gwarach, dialektach i odmianach języka polskiego, a to jeszcze przy następnej premierze zabiera nas do lasu, by tam poruszyć temat seksu w naturze. „Bob albo mężczyzna na łodzi”, czyli jedna z...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to