Bob albo mężczyzna na łodzi

Okładka książki Bob albo mężczyzna na łodzi autora Peter Markus, 9788366571662
Okładka książki Bob albo mężczyzna na łodzi
Peter Markus Wydawnictwo: Wydawnictwo Ha!art Seria: Seria przekładów literatura piękna
116 str. 1 godz. 56 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Seria przekładów
Tytuł oryginału:
Bob, or Man on Boat
Data wydania:
2022-09-19
Data 1. wyd. pol.:
2022-09-19
Liczba stron:
116
Czas czytania
1 godz. 56 min.
Język:
polski
ISBN:
9788366571662
Tłumacz:
Piotr Siwecki
Średnia ocen

7,5 7,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Bob albo mężczyzna na łodzi w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Bob albo mężczyzna na łodzi

Średnia ocen
7,5 / 10
21 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Bob albo mężczyzna na łodzi

avatar
866
604

Na półkach:

🎣 „Karaoke proza” – kiedy rzeka ma rytm, a głos Fronczewskiego staje się instrumentem 🎣

📚 Ocena: 8/10 – za piękno słowa, hipnotyczny rytm i przekład, który brzmi jak oryginał myśli.

📖 To już moja druga wyprawa z Markusem – i ponownie w formie text-to-speech z głosem Piotra Fronczewskiego. To nie był zwykły odsłuch – to było literackie karaoke, gdzie tekst świecił się na ekranie, a głos prowadził mnie jak rzeka łódź Boba.
Nie wiem, czy kiedykolwiek „dorosnę” do poezji, ale ta proza mnie do niej zbliżyła – nie nachalnie, a naturalnym kołysaniem fraz.

👌 Wspaniała, rytmiczna konstrukcja – zdania krótkie, powracające jak fale, pełne repetycji, które wciągają w swój nurt. Narracja niby prosta, a jednak hipnotyczna, jak mantra rzeki. Świetny przekład na polski – zachowuje muzyczność i surowe piękno oryginału.

🐠 To nie jest książka o rybach. To jest książka o byciu – o tym, że czasem człowiek staje się rzeką, a rzeka staje się człowiekiem. Markus potrafi sprawić, że zwykłe słowa zaczynają brzmieć jak pieśń.

😊 Polecam w tej formie – z głosem, który nadaje rytm, i tekstem, który świeci jak rozgwieżdżona noc nad wodą.

🎣 „Karaoke proza” – kiedy rzeka ma rytm, a głos Fronczewskiego staje się instrumentem 🎣

📚 Ocena: 8/10 – za piękno słowa, hipnotyczny rytm i przekład, który brzmi jak oryginał myśli.

📖 To już moja druga wyprawa z Markusem – i ponownie w formie text-to-speech z głosem Piotra Fronczewskiego. To nie był zwykły odsłuch – to było literackie karaoke, gdzie tekst świecił się na...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1039
1003

Na półkach: , , , , , , , ,

Bob łowi ryby.

Bob nie jest wędkarzem. Bob łowi ryby. Bob nie ma wędki, ale ma swoją łódź w kształcie metalowej ryby.

Bob jest samotnikiem.

Bob jest ojcem Boba, ale Bob o synu Bobie nie wie. Syn Boba też zaczyna łowić, chociaż wcześniej syn Boba nie łowił.

Syn Boba też jest ojcem, ale syn Boba wie, że nim jest.

Bob w swojej metalowej łodzi łowi ryby każdego dnia. Bob łowi bardzo dużo ryb, które potem je i które sprzedaje. Bob nosi te ryby w wiadrach, na targ, i zawsze wszystkie sprzedaje. Potem Bob wraca do łodzi z pustymi wiadrami i znowu bierze się do pracy.

Bob to ryba.

Bob, syn Boba, to też ryba, o czym wie syn Boba, który pewnego wieczora, czekając na tatę Boba, powiedział mu o tym, a w co Bob – tata nie mógł uwierzyć.

Bob, ojciec , który nie wie, że jest ojcem, szuka ryby. Tej ryby.

Bob szuka swojej śpiewającej ryby. Bob szuka ryby innej od innych, ryby wyjątkowej, ryby, która otwiera pyszczek, ale z tego pyszczka wydobywa się śpiew.

Bob szuka pod wodą ryby, a jak ją znajdzie, to będzie wiedział, że to ona, nawet jeśli nie będzie chciała śpiewać. Dlatego tak dużo łowi każdego dnia przez wszystkie pory roku i przy każdej pogodzie – nawet w zimie, pod lodem.

Bob ciągle szuka. Bob szuka dzień po dniu.

Bob je ryby każdego dnia.

Bob je oczy ryb, by widzieć pod wodą.

Bob rybie wnętrzności oddaje rzece, bo – jak mówi – te kiedyś znowu będą rybami.

Bob słucha rzeki i jeziora. Bob nasłuchuje ryb. Dla Boba nocą rzeka staje się niebem, w którym pływają gwiazdy. Bob łowi gwiazdy, bo nocami jest w niebie. Bob wyciąga dłoń po gwiazdę na wodzie i ta gwiazda rozpryskuje się na jeszcze więcej gwiazd.

Bob, gdy łowi ryby, a te nie dają się złowić, liczy gwiazdy na niebie. Kiedyś doliczył ich dwieście dwadzieścia dwie. Bob myśli, czy więcej jest ryb w wodzie, czy gwiazd nad głową?
… mogłabym pisać o Bobie po swojemu, bez końca.

Mogłabym snuć tak wiele różnych wersji przygód o Bobie i rybach, ile jest gwiazd nad głową w przejrzystą noc. Byłoby ich więcej niż ryb i więcej niż dwieście dwadzieścia dwie…
Bob jest centrum. Bob ma serce, ma cel, ma życie. Bob ma piękne życie, wbrew temu, co można by wywnioskować na jego codzienny znój i samotność, jaką wybrał. Jest mu dobrze, a sam nie jest – nigdy. Ma ryby, ma gwiazdy, ma przestrzeń. Nasłuchuje śpiewu, rybiego śpiewu, ale nie dociera do niego ani nuta, dlatego łowi i łowi i łowi aż pewnego dnia znika i nic już nie jest takie, jakie było wcześniej. Ani Bob, syn Boba, ani rzeka ani jezioro, ani to miasteczko i ludzie, którzy w nim mieszkają. Nawet inni wędkarze się zmienili, bo bez Boba już nie jest tak, jak z Bobem.

Bob jest bohaterem powieści Petera Markusa „Bob albo mężczyzna na łodzi”. To oszczędna w słowach historia dorosłego mężczyzny, która – wbrew pochopnym wnioskom – ma bardzo bogatą treść. Czytanie przypomina medytację, wnikanie nie tyle w środek siebie, ile w środek rybiego Boba, Boba - człowieka z rybim śpiewem w pamięci. Czytanie wrzuca w majestatyczny trans, który wciąga, jak toń rzeczna i nie pozwala się uwolnić. Czytasz losy Boba do ostatniego słowa, by potem, na końcu, zastygnąć na podobieństwo metalowej ryby. Po lekturze zostajesz z myślami, przemyśleniami i jakimś niedosytem w duszy. Bo ta powieść mogłaby mieć ciąg dalszy, mogłaby płynąć, jak rzeka i mienić się tysiącem gwiazd przeznaczonych tylko dla Boba i ciebie. I chyba to sprawia, że po przeczytaniu „Boba albo mężczyzny na łodzi” jej treść zaczynać przepływać w tobie.
Tyle słów ci do głowy napływa, tyle zdań, których jesteś autorem i które piszesz w umyśle ciągnąc los Boba dalej. Bo Bob zniknął, ale Bob jest, gdzieś musi być, bo człowiek – jak i ryba – ot tak nie znika. Może Bob zmienił miejsce łowienia? Może znalazł swoją śpiewającą rybę? Może Bob odpłynął w sobie tylko wiadomym kierunku i osiadł na innych wodach i może każdy jego nowy dzień, jest taki sam, jak te, które dostawał od życia tutaj? Ale „jak to zazwyczaj bywa, życia nie obchodzi, z jakimi oczekiwaniami w nie wkraczamy”.*
Niebywała jest ta książka. Tak inna, tak piękna, tak wartościowa. Czytanie przenosi w innym wymiar. Sama postać Boba i jego syna i to, co robią, kim są i do czego dążą – wszystko to urzeka i ujmuje. Wpadasz w czytelniczy trans nie wiedząc kiedy. Czytanie wymyka się rzeczywistości. Stajesz się Bobem rybą, Bobem w metalowej rybie z powieścią pod pachą i patrzysz na niebo na rzece...
Mistrzostwo pióra.

* „Coraz mniej światła” Nino Haratischwili
UCZTA od SZTUKATERA

#agaKUSIczyta

Bob łowi ryby.

Bob nie jest wędkarzem. Bob łowi ryby. Bob nie ma wędki, ale ma swoją łódź w kształcie metalowej ryby.

Bob jest samotnikiem.

Bob jest ojcem Boba, ale Bob o synu Bobie nie wie. Syn Boba też zaczyna łowić, chociaż wcześniej syn Boba nie łowił.

Syn Boba też jest ojcem, ale syn Boba wie, że nim jest.

Bob w swojej metalowej łodzi łowi ryby każdego dnia. Bob...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
816
816

Na półkach:

„Oto opowieść o rybie, która nie ma końca.
To jest opowieść o Bobie.
Pamiętasz jego ręce.
Jego kłykcie są rzekami.
Skóra jego rąk, pokryta rybimi łuskami, wygląda tak,
jakby ręce zostały zanurzone w gwiazdach.”

To fragment prozy Petera Markusa, tekstu, który rezonuje we mnie już jakiś czas, tkwi w głowie, towarzysząc codziennym czynnościom, każe odczytywać się linearnie i wspak, recytować i odtwarzać, bym niczym śledczy mogła odkrywać wciąż nowe tropy i nimi podążać. Bez końca. Zaskakujące, sprzeczne, dziwaczne, wzniosłe i całkiem przyziemne, intertekstualne i bardzo życiowe, uogólnione i detaliczne.

Nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim potraktowaniem zdania. Zaczynamy od słowa. Bob. Rzeka. Jezioro. Łódź. Ryba. Ojciec. Syn. Księżyc. Gwiazdy. Wędka. To pojęcia kluczowe. I one też powtarzają się stale, ich periodyczność jest zamierzona. Za każdym razem dobudowany zostaje dodatkowy kontekst, słowo zyskuje więc szersze lub całkiem nowe znaczenie.

Kim więc jest Bob – spytamy. Jest ojcem, który nie wie, że ma syna. Jest też synem, który, niewidziany, żyje w cieniu ojca. Jest rzeką. Jest rybakiem na rzece istniejącym po to, by łowić. Jest Bobem, który szepcze do ryb, a one same wskakują mu do łodzi, która staje się wówczas „konstelacją ryb”. Boba nie obowiązują limity połowów. Nigdy nie wiesz, czy Bob cię słucha, bardzo rzadko cokolwiek odpowiada. Niełatwo uzyskać od niego informację, jak sami mamy łowić.

„Chciałbym móc powiedzieć: - Bob.
Chciałbym powiedzieć: - Ojcze.
Naucz mnie łowić ryby.”

Bob jest w łodzi na rzece obecny zawsze. Wszyscy wiedzą, kim jest, kupują od niego ryby, ale nie śmią zakłócać jego samotności, szanują ją. Przyjmują Boba takim, jaki jest.

Narratorem jest syn Boba, także Bob. Chciałby on bardzo zostać zauważony i móc nazwać Boba ojcem. Idzie jego śladem, patrzy na niego z oddali, myśli o nim bezustannie i chciałby być taki jak on.

Bob nie wie, czy złowi rybę, której szuka. Szuka tej, która go zawołała i zniknęła „I jak długo będzie rzeka, w której można łowić ryby, to, Bob wierzył głęboko w to, że jedna z tych ryb będzie tą rybą, którą od zawsze pragnął złowić.
Że jedna z tych ryb będzie tą rybą, która wołała go po imieniu.
Bob.”

Czym więc jest Bob? Kim jest? Może Bogiem, Absolutem, Potęgą…
„(…) Bob w swojej łodzi wygląda tak, jakby światło wydobywało się prosto z jego wnętrza.
Tak, jakby Bob stworzony był ze światła.”

Kim/czym jest więc rzeka, którą płynie łódź Boba? Kim/czym są owe ryby, niekiedy same garnące się do Boba, zwabione jego nawoływaniem, innym zaś razem łapiące się na jakiś rodzaj przynęty? Może to my sami, płynący na fali życia, często bez celu, duże ryby połykające żarłocznie inne, mniejsze rybki. Jedne z nas są drapieżne, z ostrymi zębami, inne nie. Jedne szarpią, miotają się na wędce, a nawet udaje się im uciec, zerwać… Inne zwisają bezwolne… zrezygnowane… poddańcze… Pragniemy łowić, ale też sami pragniemy zostać złowieni. Niemniej jednak musimy mieć na uwadze całą resztę życia, zobowiązań, w trakcie poszukiwań starać się nie tracić z oczu światła z okna pokoju syna, które niczym latarnia morska pokazuje nam drogę powrotną, byśmy nie utonęli w swych poszukiwaniach i nie skończyli na dnie rzeki, bądź martwi, wyrzuceni na brzeg .

A co łowimy? Ryb jest całe mnóstwo, różne wielkości i gatunki. Dla każdego inny smak jest tym upragnionym, wymarzonym. Łowienie może stać się naszym uzależnieniem. Sam proces łowienia, pogoni. Zaś ryba miotająca się na końcu wędki będzie okazywała się za każdym razem nie tą, której pragniemy. To pułapka. Łowienie może też być przygodą, poszukiwaniem wciąż nowych sensów, by coś stworzyć, by z tej rzeki wydobywać skarby, choćby naszych talentów. Coś twórczego, innowacyjnego, śmiałego, nieoczekiwanego, przełamującego stereotyp.

„W oczach Boba, w sercu Boba, jest ryba,
która jest czymś więcej niż tylko rybą.”

Dla każdego z nas jest czymś więcej. Esencją, treścią, miłością, bliskością, spełnieniem, tak, jak je każdy z nas rozumie indywidualnie.

Ta opowieść to jedna wielka parabola. Można pod nią podłożyć całą gamę znaczeń, to, co dla każdego najważniejsze. Może być przypowieścią o Bogu, czyli Dobrym, Mądrym choć zarazem Surowym Nauczycielu, którego chcemy mieć stale w polu widzenia, czując się wtedy bezpieczni. Jest stałym elementem na naszej rzece. Gdy znika, szukamy go, jak narrator, wołamy rozpaczliwie, bo nie nauczył nas jeszcze wszystkiego, nie odpowiedział na pytania, a nawet nie zdążyliśmy powiedzieć mu, że jest naszym Ojcem.

Może być przypowieścią o potrzebie rodzicielskiej miłości, o odpowiedzialności, o poszukiwaniu tożsamości, o pragnieniu ciągłości, gdy mamy Boba najstarszego i jego najmłodszego pra-prawnuka. O potrzebie akceptacji i pragnieniu wskazania nam drogi.

Albo też inaczej. Bob jako tradycja, klasyka, wzór, na bazie którego, mając go cały czas przed oczami, szukamy czegoś więcej, co go ubogaci, wzmocni, odmłodzi, a co on sam doceni jako nasz wkład. Łowimy więc w nadziei, że będziemy mogli wyciągnąć w jego stronę rękę ze złowioną rybą, by pokazać mu ją z dumą i powiedzieć: proszę, to dla ciebie. Nie wiem czy się tutaj nie zagalopowałam, ale moje myśli biegną w różnych kierunkach.

Właśnie taka jest ta proza. Magiczna. Symboliczna. Ulotna. Minimalistyczna. I niesamowicie inspirująca, poddająca tyle interpretacyjnych możliwości, że nie sposób się od niej wyzwolić. Niczym przypowieść biblijna, Wielka Księga, od której wszystko się rozpoczyna, od której ciągnie się cały łańcuch prawdopodobnych wydarzeń. Albo też niczym baśń. Metaforyczna poezja… Taki też trochę jest i układ wersów, taki rytm, rozwijająca się melodia, coraz szybsza i pewniejsza siebie, z powtarzalną nutą przewodnią, graną coraz to trochę inaczej. Jak fuga. Albo muzyka jazzowa, w której można ścigać się na interpretacje, improwizować, raz z dużą lekkością, innym zaś razem z podniosłością psalmu.

Czytając „Boba albo mężczyznę na łodzi” sami stajemy się rybakami, łowiąc jej wielosensy i mnogoznaczenia, prowadząc poszukiwania, zaczepiwszy koniec nici na słowach-kluczach, by nie zagubić się w labiryncie odgałęzień i korytarzy. Wszak wiele z nich może okazać się ślepe. To nas jednak nie zniechęca.

Czemu tak mało znany to pisarz, tak niszowy? Trudno się nie dziwić, gdyż ta proza fascynuje, wciąga, zatrzymuje przy sobie… Ha!art jest wydawnictwem, na którego wyborach można polegać, jeśli szuka się literatury znakomitej i jednocześnie eksperymentującej z językiem, z tematem, wymagającej od nas pewnej elastyczności i otwartości. Literatury nieoczywistej. Jeszcze długo będę grzebać przy tej rzece, łodzi, rybach i archetypicznym Bobie, wymyślać kolejne piętra znaczeń i ścieżki odczytań. „Płynę szukać Boba.”
Książkę przeczytałam dzięki portalowi: https://sztukater.pl/

„Oto opowieść o rybie, która nie ma końca.
To jest opowieść o Bobie.
Pamiętasz jego ręce.
Jego kłykcie są rzekami.
Skóra jego rąk, pokryta rybimi łuskami, wygląda tak,
jakby ręce zostały zanurzone w gwiazdach.”

To fragment prozy Petera Markusa, tekstu, który rezonuje we mnie już jakiś czas, tkwi w głowie, towarzysząc codziennym czynnościom, każe odczytywać się...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

48 użytkowników ma tytuł Bob albo mężczyzna na łodzi na półkach głównych
  • 25
  • 23
13 użytkowników ma tytuł Bob albo mężczyzna na łodzi na półkach dodatkowych
  • 5
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Peter Markus
Peter Markus
Urodzony w 1966 roku amerykański pisarz i wykładowca w programie InsideOut Literary Arts Project. Autor powieści Bob, Or Man on Boat (2008),kilku tomów opowiadań (Good Brother, The Singing Fish, We Make Mud, The Fish and the Not Fish) oraz tomu wierszy When Our Fathers Return to Us as Birds (2021). W 2012 roku otrzymał stypendium Kresge Arts. Mieszka w Detroit.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Trash Story Mateusz Górniak
Trash Story
Mateusz Górniak
Historia śmieci wyciągniętych (wyprutych) ze śmietnika łudząco przypominającego miasto. Szczury i ludzie mają tu ze sobą wiele wspólnego. Sama absurdalna rzeczywistość, jak i jej zblazowani bohaterowie, ciągle napędzani są różnymi lekami czy używkami, co tworzy groteskowy obraz. Ciekawa, eksperymentalna proza. Bardzo podobały mi się dramatyczne wstawki, w których najczęściej przedmioty życia codziennego komentowały wydarzenia niczym antyczny chór w dramatach. Polecam. „Stajesz się ospałym ludzikiem, który o świcie wyskakuje z drukarki 3D. Wgrywa sobie rozgrzewkę, łapie rytmiczny krok i już się nie zatrzyma. Ludzik mija drzewa, jeziora, oazy. Ma roztropność kreta, pęd szczura, uśmiech jak sto dolarów. W pewnym momencie napotyka na swojej drodze ludzi, którzy rozbili piknik. Wabią go cynamonowymi bułeczkami, kadzidłem, kakałkiem, obietnicą wspólnego życia w zgodzie i zrozumieniu. Ludzik czule ich pozdrawia, ale idzie dalej. Idzie, bo musi. Idzie i idzie. Spacerem, który wymyka się mapom, miejscom, przeszkodom, pokusom”. s.28 „[…] Dni zamieniają ludzi we wraki, wraki jednak muszą jeść i odpoczywać, żeby rano mieć siłę wstać, zaparzyć kawę, zjeść i ruszyć do pracy”. s.30 „Pomiędzy tą śmiercią a tym zmartwychwstaniem rozlega się dźwięk - ten, który wydaje ból pulsujący w głowie. No, ale wie to tylko ten, który czuje w głowie ból”. s.35 „A kiedy nie zostaje już nic, bo wszystko zostało zmiecione z ziemi i zmiażdżone na pył, Walduś wychodzi spod gruzów na światło dnia. Śmiejąc się, zieje szkarłatnym podniebieniem, a z dziury po szóstce wylatuje tłuste jak bąk słoneczko”. s.39 „OCALAŁA DONICZKA: Po osunięciu się tych zasranych kamienic ujrzałam słońce. DUCH BABKI: Jednak we własnej piwnicy czułam się lepiej niż na gruzowisku. OPONA ZIMOWA: Niechże mnie kto weźmie na ten spacer. OSTATNIA KĘPKA TRAWY: Damy radę. WALDUŚ: NIUCHNIUUU”. s.39 „[…] I igrać ze śmiercią. Z nią się co prawda i tak igra, ale chciałoby się przecież igrać inaczej: chciałoby się igrać z nią wobec czyjejś temperatury ciała, z odsłoniętą głową, z zapałem zapadania się we wspólny czas”. s.41 „[…] Wrócił od kumpla, z którym cały wieczór pił piwo. Trochę pokłócił się po powrocie z narzeczoną i wzburzony poszedł do łazienki. Wszedł pod prysznic i w trakcie mycia zachciało mu się jeszcze zrobić kupę, więc wyszedł bez wycierania się i chciał usiąść na kiblu, żeby zrobić co trzeba. I wtedy stało się nieszczęście. Według ekspertyz po prostu nie trafił. Usiadł obok kibla, zamiast na. I zrobił to tak niefortunnie, że szczotka do kibla wbiła mu się w odbyt. Zaczął wierzgać nogami, poślizgnął się i zapierdolił głową w ścianę. I tak właśnie umarł - od uderzenia głową i z zainstalowaną głęboko szczotką od kibla”. s.58-59 „Chodzi o wyobrażenie sobie kogoś, kto wyglądał jak każdy, czyli - jak się przypatrzeć - trochę śmisznie. Miałby na pewno dość szerokie dżinsy i buty do chodzenia po górach, a reszty ciała, twarzy też, po prostu się nie pamięta”. s.63 „Chciało mu się napoju aloesowego, zapiekanki z kurczakiem i sosem czosnkowym, coli, gulaszu i umrzeć jak najszybciej”. s.76 „[…] Powoli zapadał zmierzch, a Normik czuł, jak ostatnie nici wiążące go z dzieciństwem pękają, jak oddala się od dobrze znanej i bezpiecznej przystani jako zdrajca, nikczemnik i pijak”. s.76 „[…] Nie oceniaj innych i trzymaj się jak najdalej polityki, tak mu zawsze mówiła”. s.78 „[…] Po nim - wiedział to dobrze - powinno nastąpić wyjście do pracy, na świat tak zwany zewnętrzny, w którym nikt nie respektuje praw rozpaczy. Wsłuchiwał się w jej szloch, starał się współczuć, ale jego emocje dawno się wyczerpały. Potrafił tylko mechanicznie powtarzać gesty i frazesy wsparcia, ale było to bezcelowe, a także - jak zaczynał myśleć - paskudne i niemoralne”. s.85 „[…] Pomyślał, że otworzy okno, żeby trochę wywietrzyć, a rano weźmie się do kupy i zrobi wszystko: będzie walczył jak lew i szukał nadziei nawet w bezdennej rozpaczy”. s.86 „[…] Poza zafiksowaniem na etyce jedzenia był klasycznym smutnym chujem. Samotnym trzydziestolatkiem w obskurnej kawalerce. Nałogowym palaczem mentoli i kolesiem grającym z innymi kolesiami w gry planszowe, których nawet nie lubią i mówią sobie o tym po sześciu piwkach, w rogu jakiejś zapuszczonej piwnicy. Ponadto był dłużnikiem i świeżo upieczonym ratownikiem medycznym podczas drugiego śniadania”. s.87 „PLAMA KRWI: Czuję, jak się rozlewam, staję niezależna. Wylewam się bełtami z otwartego brzucha i pokrywam coraz większy obszar. Jako plama mam ze zwłokami wspólną pamięć”. s.89 „[…] Czasem się obudzisz przerażony i zlany potem, ale wystarczy mocno przytulić poduszkę i pomyśleć o czymś miłym, na przykład o ruchaniu, żeby ponownie zasnąć i znowu być zupełnie gdzie indziej, z dala od starych bab w kolejkach do sklepu i poza zasięgiem jebniętej pani kurator”. s.95 „[…] Najlepiej zacząć od pogrzebu. Trzeba pogrzebać przeszłość. Trzeba pogrzebać te wszystkie rzeczy, które stały się świadkami. Wyciągam z szuflady młotek, a potem wyciągam całą szufladę, z której wysypują się wszystkie pozostałe rzeczy. A potem rozpierdalam wszystko jeszcze bardziej i szuflada zaczyna przypominać mnie, czyli jest nie do poznania”. s.100 „MAŁA FAŁDA NA BRUDNEJ POŚCIELI: Ona ma brzusio od harnasia i hummusiku. Została dzisiaj w mieszkaniu, w łóżku, i leży tu sobie, pachnąc jak mały piesio. I znowu opowiada tę swoją historię. Znowu mówi, że wobec tylu rzeczy czuje się bezradna. Wy, ludzie, macie przejebane”. s.107 „Tłusty Szczur i Kenny znajdują wśród gruzów i śmieci pomarańczową kanapę, a potem wynoszą ją na dach jednego z budynków, co ostały się w okolicy. Siadają na oparciu, palą papierosy. Grają w schizolotkę, oglądają landszaft z gówna i dymów, jakąś głupią oponę, co toczy się ulicą i nie może przestać”. s. 118
absurdalneżycie - awatar absurdalneżycie
ocenił na718 dni temu
Chochma Svens Kuzmins
Chochma
Svens Kuzmins
🌫️ Miałem koncentrację, a domknięcia nadal nie czuję. Nie rozstrzygam — spróbuję drugi raz. Nie wiem, czy to się skleja, czy ma zostać "nieszczelne'" Całkiem możliwe, że ta nieszczelność robi robotę 10/10. 🔁 Drugi przebieg przede mną. 🌀🧠 Drugie zanurzenie: „lekko śmieszno”, a potem robi się… szczelnie 🌀🧠 🎭 Gatunek: powieść w opowiadaniach / kronika transformacji + psycho-groteska + traktat w przebraniu żartu
 🌡️ Nastrój: śmiech przez zęby, lęk pod skórą, absurd, który czasem pachnie chorobą
 🎧 Tryb czytania: najlepiej 2×. Za pierwszym — dezorientacja. Za drugim — zaskakująco precyzyjna mapa
 ⭐ 9,5/10 — za to, że reklama, używki, mit i lęk są tu jedną substancją, z której robi się człowiek i miasto. 🧩 O czym to jest (fabuła – w punktach, bez spoilerowania „sensu”) 🧩
 To jest Chochma: fikcyjne nadmorskie miasteczko, które raz bywa „rajem”, a raz „asteroidą” — i w którym lata 90. nie są tłem, tylko substancją rzeczywistości. 🔹 Uncle Ben’s: dziecięca obsesja na punkcie sosu w czasach, gdy nowe produkty są jak nowe bóstwa, a przemoc i „porachunki” brzmią nocą w parku.
 🔹 „Legion” i nauczyciel Horacy: rozmowa o tym, czy można czuć, że „nie jest się sobą” — scena jednocześnie tragiczna, śmieszna i niepokojąco prawdziwa (alkohol jako trans, filozofia jako dymna zasłona, człowiek jako pęknięcie).
 🔹 Lifeswapping: internetowa „religia” zamiany życia z kimś obcym na kilkanaście dni — pomysł tak głupi, że aż przerażająco logiczny jako metafora epoki.
 🔹 GLERTP: próba rozszyfrowania świata jak kodu — „dziadek-mechanizm”, rodzinny sekret i klimat niepokojącej bajki / choroby / urojenia.
 🔹 Doktor Levi i Alkostop: reklama, biurokracja i „lek na kaca” jako obietnica cywilizacyjnego zbawienia — śmieszne w formie, bardzo gorzkie pod spodem.
 🔹 Kapsuła Czasu / „Podwaliny kultury XXI wieku”: pseudo-naukowy traktat do przyszłych antropologów — zaczyna się jak żart, kończy jak lustro. 🧠 Sedno (bez sędziowania): „nieszczelność” jako stan świata 🧠
 Tu „nieszczelność” nie jest brakiem warsztatu. Jest metodą oddania rzeczywistości, w której:
 🔹 jaźń bywa wymienialna jak rola (lifeswapping),
 🔹 język potrafi wejść do głowy jak obcy kod (GLERTP),
 🔹 używki, lęk i „trans codzienności” robią z człowieka kogoś, kto sam siebie nie poznaje. Dlatego to się miejscami gmatwa — bo ta książka nie udaje, że psychika ma zawsze prostą linię. 🧷 Posłowie, które ustawia klucz 🧷 
Tytuł „Chochma/Hohma” niesie napięcie między żartem a mądrością (z kabalistycznym cieniem w tle),więc ta proza od początku ma prawo być jednocześnie komiczna i „metafizycznie podejrzana”. 🪞 Dlaczego u mnie dopiero 2× zagrało 🪞
 Za pierwszym razem próbowałem z tego zrobić „spójną fabułę”.
Za drugim — zobaczyłem, że to działa jak miasto: wchodzisz w uliczki, wracasz, łączysz przejścia podziemne.
 I nagle: lekko śmieszno → bardzo szczelno.
Endryou Poczopko - awatar Endryou Poczopko
ocenił na103 miesiące temu
Skrawki dla Iriny Waldemar Bawołek
Skrawki dla Iriny
Waldemar Bawołek
Waldemar Bawołek, albo nie „mam w dupie małych miasteczek” albo autystyk z reakcjami dezadaptycyjnymi Młody Bursa pisał, że może mógłby napisać cztery reportaże o perspektywie rozwoju małych miasteczek, ale, tutaj cytat „mam w dupie małe miasteczka, mam w dupie miasteczka, mam w dupie małe miasteczka!”. Czy młody Bawołek również nie miał tego pragnienia ucieczki z dziury, z wiochy, z zadupia właśnie? Ani też jak stary Larkin z wiersza „Pamiętam. Pamiętam”, który jadąc pociągiem mówi: Toż to Coventry!- wykrzyknąłem- Tu się urodziłem.- Wychylony, szukałem czegoś, co by jasno potwierdziło, że jest to wciąż to samo miasto, które tak długo było "moim miastem". Dziwne: straciłem orientację (...) Bawołek nie uciekał, żeby wrócić i zderzyć się z wspomnieniem? Bawołek podjął inną decyzję, decyzję, rzecz można, programową. Wybrał Ciężkowice. W dwóch zdaniach: Ciężkowice – miasto w Polsce położone w województwie małopolskim, w powiecie tarnowskim(Bawołek umiejscawia Cieżkowice w Galicji, co też świadczy o pewnym, nowoczesny jednak wyborze). Ze względu na zachowany średniowieczny układ urbanistyczny i zachowaną drewnianą zabudowę w obrębie rynku miasto włączono do Małopolskiego Szlaku Architektury Drewnianej. Miasto ma charakter rolniczo-turystyczny. Według danych z 30 czerwca 2012 liczyło 2501 mieszkańców(za Wikipedią). (Z wywiadu: Właśnie o to chodzi, że nic się (w Ciężkowicach)nie dzieje, a można o tym pisać. Nie trzeba tworzyć wymyślnych fabuł, wystarczy w jednym miejscu długo żyć, współżyć z ludźmi, żeby słowa się pojawiały). Jednak Ciężkowice nie wybrały go. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, panie Bawołek, można spuentować. Jednak Bawołek oddał się artystycznie temu miasteczku cały, całe swoje jestestwo uwiecznia Ciężkowice wybiera drogę, którą podążali kiedyś Faulkner w USA, a Hardy w UK wydzielając sobie oddzielne hrabstwa. Thomas Mann w Budenbrookach oddał Lubekę i chyba do czasu wielkiej sławy nie był tam mile widziany. Czego się boją jednak ludzie, czy całe Ciężkowice mają coś na sumieniu, czy boją się być złapane na gorącym uczynku? Czy strach dotyczy tego, że „spisane będą czyny i rozmowy”? Że cienka warstewka mgiełki turystycznej, rozpierzchnie się i ujawni nędzę i pierwotne instykta? A może jak ci Indianie, boją się o swoją duszę, i nie pozwalają się fotografować? „niektórzy mają ochotę mi wpierdolić, gdyż boją się, że ich opiszę”. „Skrawki dla Iriny” to właśnie dwugłos, dwie linie możliwego życia Bawołka. Waldka, który nie zostaje pisarzem i staje się kimś w rodzaju kierownika budowy(urzędnika średniego szczebla) zaczynając jednak od przypadkowych fuch, a Pisarzem. Bawołek stara się usprawiedliwić, że nie jest nieudacznikiem, utracjuszem, pijakiem, nikim. Bawołek dyskutując z Ciężkowicami( wiem, źe ta relacja go boli, ale to jego ból w jego miejscu) nadaje im miejsce, nie odrzuca ich nazywając „ciemnogrodem”. Zadaje poważne pytanie dla Polski B. Jaka jest funkcja pisarza w małych miasteczkach? Oczywiście, Bawołek jest za dobrym pisarzem, żeby zadawać takie pytania wprost, i nie używa takich słów jak funkcja. Nasz ciężkowicki pisarz zabił więc swojego Pisarza. Kto go zabił? Warto zauważyć przejścia oniryczne w rozdziałach, powtarzające się, jakby spotęgowane lęki bohatera(ów) przed wykluczeniem z gromady. Gromada to nazwa, którą Bawołek posługuje się celem określenia granic społeczności, którą bada, widzi i opisuję. Bawołek opisuje tym samym słynny problem Gauguina z eseju Bernarda Williamsa „Moralny traf”. Czy możemy oceniać człowieka i jego decyzję nie znając jeszcze wyników jego postępowania? Gauguin stał się sławny i wiele mu wybaczamy, ale jakby mu się noga powinęła byłby zwykłym lumpem. Broniąc się przed gromadą, Pisarz co i raz stawia argument sławy, konkursów, znajomości( z Zadurą, z Komendantem, z Darkiem Fuksem etc.) jakby właśnie uzasadniał, że wybrał swoją drogę i żeby mógł spokojnie iść ulicą dalej bez wzgardy. . Bawołek nie jest pisarzem kawiarnianym i na poważnie wziął radę Gombrowicza, żeby „ z parobkami jeść chleb czarny”. (Wyczuwalna jest również słabość autora do wagabundów polskiej literatury, outsiderów takich jak Tadeusz Nowak, czy Stasiuk, na których czasami się powołuje).Widać to w języku i w myśleniu. Krytykuje swoją gromadę, ale widać, że krytykuję z czułością, po swojemu. Wyjście z kultury zapierdolu, stawia go w roli pasażera na gapę, ale i zadaję poważne pytanie:, po co wy to robicie? Cała jego egzystencja jest pytaniem i to bycie pytaniem w naszej kulturze szybkich odpowiedzi z ChatGPT stoi jak drzazga. Bo jak to miło czas płynie przy piwie i przy winie, w plenerze, na świeżym powietrzu, jak ja siedzę przed komputerem 8h? (Z wywiadu2: UH: Rzadko czytam pytania, zazwyczaj od razu odpowiedzi. WB: To jest jakieś podejście. Pamiętam, że pytania w szkole były na tyle uciążliwe, że nie dało się kłamać, bo jak kłamałeś, to dwója. Trzeba było znać odpowiedź na konkretne pytanie i dlatego moja edukacja się szybko zakończyła. Nigdy nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć, bo się nie uczyłem, a jak się nie uczysz, to sobie wszystko wymyślasz.) Wystarczy zobaczyć jakie epitety dostaje Pisarz: darmozjad, zły przykład, zaprzedanie duszy diabłu, Poeta tylko głowa nie ta. Mimo to: „Były czynione próby przesiedlenia mnie do cywilizacji. Mnie nie interesuje żadna Cywilizacja. Nawet Cywilizacja Miłości. Ja nie umiem pisać z kawiarni, o kawiarni. Celowo mieszkam w Galicji. W niej jest największy Absurd…”. (Z wywiadu:„ Mam dla tej miejscowości wszystkie emocje. Nienawidzę jej i kocham ją. Ale to jest mój czakram. Gdyby nie one, to co bym robił? Moje książki piszą Ciężkowice, ja tylko przenoszę do języka to, co się wokół dzieje.”) No nic i do Ciężkowic zawitała literatura. Może: Szczęśliwy naród który ma poetę/I w trudach swoich nie kroczy w milczeniu. Jednak Miłosz wydaje się czasami zbytnim optymistą, choć był swego czasu nawet zwany katastrofistą. (Z wywiadu: Ja bym potrzebował docenienia, że ktoś mnie klepie po plecach i mówi: „Waldek, fajna ta książka". Ale nikt mi do tej pory tego w Ciężkowicach nie powiedział). Fajna ta książka, panie Bawołek. P.S. Książkę warto przeczytać choćby tylko dla anegdoty pt. „ „Czemu się, chuju, kręcisz?"” Wywiad: https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,25854817,pisarz-waldemar-bawolek-na-prowincji-zawsze-cie-palcem.html Wywiad2: https://www.dwutygodnik.com/artykul/8325-po-co-pytac-kiedy-mozna-klamac.html
prej7 - awatar prej7
ocenił na73 lata temu
Gogolowe disco Paavo Matsin
Gogolowe disco
Paavo Matsin
Groteska, absurd, purnonsens i przede wszystkim „wiecznyj kajf”. Nie dla każdego i ten kajf, i to disco z Gogolem. A szkoda. Przed czytaniem/słuchaniem tej niewielkiej książeczki warto zgłębić, znajdujący się na końcu, słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych. Naprawdę jest przydatny. Znajomość proponuję rozpocząć od słówka – "kajf" (frajda, haj, odlot - jednym słowem - euforia wywołana środkami odurzającymi),dlatego, że percepcję „Gogolowego disco” determinuje właśnie kajf. W tym wypadku czysto literacki, ale jednak! I żeby to zrozumieć, trzeba książkę Matsina przeczytać. Tego nie da się zrelacjonować! Mimo iż sama jestem inicjatorką wielu spektakularnych wydarzeń w życiu codziennym i potrafię zrobić „coś” z niczego, i absolutnie nie mam na myśli zupy czy obiadu ;) to autor „Gogolowego disco” prześcignął moje skromne umiejętności z naddatkiem. Niewątpliwie duszą tego utworu są bohaterowie, czyli zgodnie z założoną konwencją powieści, dziwacy, odszczepieńcy i wykolegowani przez życie marzyciele. Polubiłam ich od pierwszego spotkania i bardzo się z nimi zżyłam. No i mistrz, i prorok - Gogol! Postać nie z tej ziemi! Zdecydowanie bardziej spod ziemi, w dodatku, z wypełnionymi piachem kieszeniami. Gogola nie pokona nikt, „nawet informatyk nie dosięgał Gogolowi do pięt, chociaż chodził dziwacznie ubrany i mówił niezrozumiałym językiem” :D Proces oswajania przeze mnie tej książki trwa nadal, bo ciągle mam wrażenie, że poznałam tylko jej wierzchnią warstwę. Wielu sytuacji nie zrozumiałam, wydają się hermetycznie estońskie, takie nie „nasze”, wiele z nich wymaga zgłębienia kabały i głębszej wiedzy religijnej i mistycznej, dlatego wyposażyłam się właśnie w wersję papierową „Gogolowego disco”, bo na pewno będę chciała wrócić do tego duszoszczypatielnego klimatu i języka, by ogarnąć go też wzrokiem. Powtórzę się też za tym co napisałam kiedyś o „Mistrzu i Małgorzacie”, bo nie mam wątpliwości, że to stwierdzenie jest i tutaj bardzo na miejscu - z połączenia realizmu, groteski i fantastyki wyłania się „nienormalna normalność”. Do moich ulubionych wątków i motywów należą: - w.c. książki, czyli „podziemie czytelnicze”, w którym literatura została sprowadzona do toalet, - cztery ewangelie spisane na podstawie wypowiedzi „proroka” Gogola, ale powstałe w duchu „swoistej prawdy” każdego z trzech ewangelistów i jednej ewangelistki (sic!),- wspaniały język, melancholijny, ale pełen ironii, gry słów, z fonetycznymi angielskimi wstawkami Wasi Kaługina (zagorzałego fana Beatlesów) w stylu: „Gaad bles ju!”, „ol-ju-niid-is-law”. I cudne – „Naszynal Dżeografiki, przedziwne czasopismo z niewiarygodnymi fotografiami”, i melodyjnie brzmiące słówko „stiliaga”, i sentymentalna „Murka”, niosąca ze sobą zapowiedź nieuchronnego, a także genialny neologizm – "sydent" (nie mylić z dysydentem!).
wiola - awatar wiola
oceniła na72 lata temu
Najskrytsza pamięć ludzi Mohamed Mbougar Sarr
Najskrytsza pamięć ludzi
Mohamed Mbougar Sarr
Powieść Mohameda Mbougara Sarra, Najskrytsza pamięć ludzi, to literackie zjawisko, które zasłużenie zdobyło Nagrodę Goncourtów, stając się jednym z najważniejszych głosów współczesnej frankofonii. Moja ocena to entuzjastyczne 8/10 – to książka totalna, labiryntowa i oszałamiająca swoją erudycją, choć wymagająca od czytelnika pełnego zaangażowania i intelektualnej czujności. Punktem wyjścia jest historia Diégane’a Latyra Faye’a, młodego senegalskiego pisarza mieszkającego w Paryżu, który trafia na trop legendarnej, niemal mitycznej książki z 1938 roku pt. Labyrinthe de l'inhumain (Labirynt nieludzkości). Jej autor, T.C. Elimane, okrzyknięty niegdyś „czarnoskórym Rimbaudem”, zniknął z radaru opinii publicznej po skandalu związanym z oskarżeniami o plagiat. Faye staje się obsesyjnym poszukiwaczem prawdy o Elimane’u, co rzuca go w wir podróży przez trzy kontynenty (Afrykę, Europę i Amerykę Południową) oraz przez tragiczne karty historii XX wieku – od kolonializmu, przez II wojnę światową, aż po współczesność. Sarr konstruuje swoją powieść jako szkatułkową narrację. Głosy bohaterów, listy, wywiady i fragmenty odnalezionych tekstów nakładają się na siebie, tworząc gęstą strukturę. To nie jest tylko opowieść o człowieku; to opowieść o samej literaturze, o jej niszczycielskiej sile i o tym, jak pisanie może stać się zarówno przekleństwem, jak i jedyną formą ocalenia. Największym atutem powieści jest sposób, w jaki Sarr mierzy się z problematyką postkolonialną. Robi to jednak bez publicystycznego zacięcia. Interesuje go relacja między pisarzem afrykańskim a „zachodnim kanonem”. Czy autor z Senegalu musi zawsze pisać o swojej „afrykańskości”, by zostać dostrzeżonym w Paryżu? Elimane jest tu symbolem buntu przeciwko takiemu szufladkowaniu, ale i ofiarą systemu, który najpierw go wykreował na egzotyczną ciekawostkę, a potem brutalnie zniszczył. Autor z niezwykłą swobodą porusza się między stylami. Potrafi być ironiczny, gdy opisuje paryskie salony literackie, by za chwilę uderzyć w ton niemal mityczny, gdy akcja przenosi się do Senegalu. Najskrytsza pamięć ludzi to hołd dla wielkich mistrzów: od Roberto Bolaño (któremu książka jest dedykowana),przez Borgesa, aż po Yambo Ouologuema. Sarr gra z czytelnikiem, ukrywając liczne nawiązania i sprawiając, że lektura staje się procesem odkrywania kolejnych warstw znaczeń. Ocena odzwierciedla mój podziw dla odwagi stylistycznej Sarra. To książka napisana z niesamowitym rozmachem, gęsta od idei i emocji. Jednak ta gęstość bywa momentami wyzwaniem. Dla czytelnika nieprzyzwyczajonego do narracji nielinearnej, liczne dygresje i długaśne zdania (momentami przypominające styl Prousta) mogą być barierą nie do przebicia. Niektóre partie tekstu wydają się niemal przeładowane znaczeniami, co sprawia, że tempo lektury znacząco spada. Jest to jednak cena, którą warto zapłacić za obcowanie z literaturą tak wysokiej próby. Najskrytsza pamięć ludzi to powieść o „poszukiwaniu absolutnego tekstu”, która sama pretenduje do tego miana. Mohamed Mbougar Sarr udowodnił, że literatura wciąż ma moc budowania mostów nad przepaściami historii i kultury. To książka bolesna, piękna i niezwykle inteligentna. Jeśli szukasz lektury, która nie pozwoli Ci zasnąć i zmusi do przemyślenia wszystkiego, co wiesz o sztuce pisania, Sarr będzie Twoim najlepszym przewodnikiem.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na81 miesiąc temu
Trudne miłości Italo Calvino
Trudne miłości
Italo Calvino
„Prawdziwa miłość nie jest dialogiem, lecz splotem dwóch monologów, które błądzą w poszukiwaniu wspólnego rytmu pośród zgiełku codzienności”. Bohaterowie zbioru opowiadań „Trudne miłości” autorstwa Italo Calvino to postacie zanurzone w głębokiej, egzystencjalnej samotności, mimo że ich historie formalnie dotyczą relacji z drugim człowiekiem. Calvino nie kreśli tu klasycznych romansów; jego bohaterami są m.in. podróżny w pociągu, kobieta kąpiąca się w morzu, urzędnik czy fotograf. Każdy z nich znajduje się w sytuacji pozornej bliskości, która jednak zostaje uniemożliwiona przez barierę nieporozumienia, wstydu lub po prostu niefortunnego zbiegu okoliczności. Ich „trudność” nie wynika z wielkich życiowych dramatów, lecz z drobnych, wewnętrznych blokad: braku odpowiedniego słowa, lęku przed dotykiem czy obsesji na punkcie własnego postrzegania rzeczywistości. Są to ludzie, którzy kochają bardziej swoje wyobrażenie o miłości niż osobę stojącą obok, co czyni ich sytuację tyleż komiczną, co przejmująco smutną. Największą zaletą prozy Calvino jest jej niesłychana precyzja i intelektualna elegancja. Autor posiada rzadki dar opisywania najbardziej ulotnych stanów emocjonalnych w sposób niemal geometryczny, klarowny, a zarazem poetycki. Każde opowiadanie to zamknięta, dopracowana do perfekcji miniatura, w której autor analizuje mechanizmy pożądania i alienacji z dystansem badacza i wrażliwością artysty. Styl Calvino jest lekki, a jednocześnie gęsty od znaczeń – potrafi on uczynić z prostego aktu zgubienia części kostiumu kąpielowego wielką metaforę utraty tożsamości. Kolejnym atutem jest humor; subtelna ironia, która pozwala czytelnikowi uśmiechnąć się nad małostkowością i zagubieniem bohaterów, rozpoznając w nich własne lęki. ⚠️ Wady i niedociągnięcia Przyznając ocenę 7/10, należy wskazać na pewną chłodną dystansowość, która dla części odbiorców może być barierą. Calvino bardziej operuje intelektem niż czystym afektem, co sprawia, że historie te czyta się z podziwem dla konstrukcji, ale rzadko z autentycznym wzruszeniem. Momentami narracja staje się zbyt analityczna, co może nużyć czytelnika szukającego w literaturze o miłości większego ognia i emocjonalnego zaangażowania. Niektóre opowiadania wydają się też nieco zbyt abstrakcyjne, tracąc grunt pod nogami w dążeniu do formalnej doskonałości. „Trudne miłości” to lektura obowiązkowa dla wielbicieli prozy wyrafinowanej i poszukującej. Italo Calvino udowadnia, że o uczuciach można pisać bez patosu, skupiając się na milczeniu, które dzieli kochanków skuteczniej niż odległość. To rzetelny, błyskotliwy portret ludzkiej niekomunikatywności, który mimo upływu lat nie stracił nic ze swojej aktualności.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na71 miesiąc temu
W szafie Tereza Semotamová
W szafie
Tereza Semotamová
Zaczynając recenzować tę powieść, już wiem, że moje myśli popłyną dziwnym meandrem słów. Bo „W szafie” wymyka się normalności – i życia i czasu i człowieka w ogóle. „(...) Każdy ze swoją dziwnością stanowi wkład w historię cyrku, jakim jest życie(...) Dramaturgia zasadniczych momentów w życiu wcale nie jest poetycka.” Bolesne, acz czasem tak bliskie każdemu z nas. „Światło, które codziennie pada na przedmioty, człowiek może absorbować tylko przez ograniczony czas, a potem się cieszy kiedy te wszystkie eksponaty (włącznie z nim samym) przez chwilę nie są tak bardzo widoczne... noc pożera świat” A czym jest „W szafie” Terezy Semotamovej? Bo prócz tego, że to powieść na wzór i podobieństwo kostki Rubika, to stanowi ona połączenie pamiętnika, literackiej degradacji duszy i sztuki teatralnej w jednym. To także pewnego rodzaju poradnik psychologiczny, w którym – co zaskakujące – dostrzegasz brak wyjaśnień niektórych pojęć. To poradnik, który trzeba uzupełnić własnymi wpisami. To jak wizyta u psychologa, który nagle zostawia pacjenta samego i wychodzi z gabinetu. Oto Hana, pogubiona w życiu i zagubiona psychicznie dziewczyna, która nie potrafi żyć. Hana to rozbitek wypluty na brzeg plaży zwanej „życie”, która nie wie, czy chce wrócić do wody, czy jednak zostać na lądzie. Ciągle tkwi pomiędzy – pomiędzy dniem, a nocą, pomiędzy piętrami bloku, mężczyznami, pomiędzy rodziną, a siostrą i jej dziećmi, a niczym w sobie. Nie umie siebie odnaleźć na mapie własnego bytu. Nie chce być, jak inni, nie chce iść tą samą drogą, co każdy - drogą zwaną normalność. Normalność ją mierzi, irytuje i do niej kompletnie nie pasuje. Kroczenie po drodze „normalności” rani jej stopy i pięty, a udając, że nią kroczy, okłamuje samą siebie – i bliskich też. „Świat jest rozparcelowany. Wszystko do kogoś należy. Każdy ma kilka swoich metrów kwadratowych, ale niektórzy tylko snują się między cudzymi parcelami. (…) Człowiek to zwierzę społeczne! Potrzebuje innych i dzięki nim poznaje samego siebie, często samego siebie przeżywa przez innych. Sam w swojej jamce staje się bezradny.” Hana nie potrafi żyć. Czuje, że nie pasuje do bycia tu i teraz i do tego, co stanowi jej życie. Pewnego dnia zamieszkuje w szafie, którą siostra chce wyrzucić, a która dla niej stanowić będzie mieszkanie. Stawia ją w podwórzu kamienicy niewidocznym z ulicy i wciska w kąt, by nikt się nią nie interesował. W tej szafie tylko śpi zawinięta w śpiwór. Żyje namiastką życia, a wszystkich wkoło okłamuje. Powracają do niej wspomnienia, słowa, osoby, powraca przeszłość i pytanie – co dalej? Bo coś przecież musi być. Zawsze jest. „(...) Tak bardzo chciałam być sama, nikomu nie przeszkadzać, i teraz, kiedy to mam, sama sobie przeszkadzam”. „W szafie” nie czyta się łatwo. Treść poszatkowana nie niedługie rozdziały wywołuje u ciebie wachlarz emocji ciekawość, irytację i zadumę. Czasem nie wiesz czy to jawa, czy sen, czy majaki na granicy bycia i pustki. Ta historia oplata cię jak bluszcz. Ta powieść pęta cię i coraz bardziej zaciska. Czasem masz ochotę odrzucić ją i nie wracać do dziwnych słów dziwnej i niedojrzałej bohaterki. Irytują cię postacie, jakie ta spotyka na swej drodze, czasem i ona sama, ale... „W szafie” ma w sobie jakiś absurdalny magnes, który sprawia, że i tak – własnym tempem – doczytasz do końca. Ta książka wydziera dla siebie czas na wyłączność. Jest albo treść, albo nic. Rozgryzasz ją na swój sposób i tak też ją interpretujesz. Wymyka się zapuszkowaniu. To konglomerat myśli, wizji, marzeń i poszukiwań. To dramat młodej kobiety, która musi coś zrobić, a jedyne, co jej wychodzi to kroki w tył. Jeden do przodu, trzy do tyłu... Życie to dziwnie apatyczny reżyser. Podobnie rzeczywistość, która jest chorobą, a ta tyle samo człowiekowi daje, co odbiera. I o tym jest poniekąd ta powieść. T „(...) Życie jest trucizną, jeśli się w nie nie wierzy. Trucizną jeśli jest jedynie narzędziem do zaspokajania próżności, ambicji czy zazdrości”*. * „Siostra” Sandor Marai #agaKUSIczyta
Agnesto - awatar Agnesto
ocenił na71 rok temu
Biały głód Aki Ollikainen
Biały głód
Aki Ollikainen
Bardzo krótka, błyskawicznie przeczytana mimo trudnego tematu. Nie sprawiła na mnie jednak zbyt porażającego wrażenia, chyba właśnie z powodu zbyt krótkiej formy, bo czytelnik dostaje właściwie migawki przeżyć kilkorga bohaterów – od biedoty wyruszającej na południe za chlebem przez dobrze sytuowanego lekarza, aż po senatora, członka władz Finlandii. Sporo też tu było wyimaginowanych wtrąceń – snów, majaczeń, wspomnień poprzedniego życia itp. Dość dużo, jak na tak mało obszerny utwór, co mnie osobiście dodatkowo wybijało z rytmu. Styl jest surowy, czasem aż za bardzo. Z początku sytuacja opisywana w powieści skojarzyła mi się z wielkim głodem w Irlandii, ale szybko wyprowadzono mnie z błędu. Tragedia miała inny wymiar, bo jest to kraj położony na innej szerokości geograficznej, więc i powtarzająca się rok do roku klęska nieurodzaju łączy się z paraliżującym zimnem przynoszącym jeszcze więcej śmierci, ale też i wyciszającym nastroje. Książka zaciekawiła mnie do tego stopnia, że chciałam ją dokończyć mimo zastrzeżeń. Czytałam bez większych nadziei na szczęśliwe zakończenie jakiegokolwiek wątku, choć czekało mnie tu zaskoczenie. Porusza też temat, z którego nie zdawałam sobie sprawy, więc po zakończeniu zaczęłam szukać na ten temat informacji – niektóre wątki dopiero wtedy stały się dla mnie zrozumiałe. Książkę warto przeczytać, bo poszerza znajomość historii Europy, a i forma i styl pewnie znajduje swoich zwolenników. Ja nie żałuję, że ją przeczytałam, choć nie polubiłam się z nią zbytnio.
aredhela - awatar aredhela
oceniła na624 dni temu
Jełgawa ʼ94 Jānis Joņevs
Jełgawa ʼ94
Jānis Joņevs
W moje ręce trafiła trochę przypadkiem. Ojciec wygrał egzemplarz w jakimś internetowym konkursie, po czym mi go podarował. Może dlatego podszedłem do lektury bez oczekiwań i od początku potraktowałem ją jako przyjemną lekturę typu odmóżdżającego. Dla pokolenia wychowanego jeszcze bez smartfonów i stałego łącza tematyka będzie dość uniwersalna. To po prostu błyskotliwie opisane perypetie, losy i problemy nastolatka dorastającego w latach 90. w prowincjonalnym mieście. Pierwsze używki, pierwsze miłości, przegrywane kasety, bijatyki i kłopoty, brak pieniędzy i perspektyw połączony z gigantycznymi marzeniami. Wszystko jest nowe, a ogromną rolę gra muzyka. W tym wypadku bohater wciąga się w ostrzejsze granie, w ciągu 2 lat przechodząc drogę od fascynacji Kurtem Cobainem do ekstremalnego metalu. Metal nigdy nie grał mi w duszy, ale w okresie późnopodstawówkowo-licealnym miałem znajomych z tych klimatów. Dlatego kojarzę niektóre z padających nazw zespołów, jak i opisywany tu specyficzny enturaż oraz charakterystyczną dla nich mieszankę upozowanej arogancji z ukrywaną niepewnością i kompleksami. Jednak w gruncie rzeczy nie o metal chodzi w tej książce, bo równie dobrze można podstawić inny gatunek muzyki "młodzieżowej" - rap, hiphop, elektronikę, punk, reggae itd. Autor sugestywnie opisuje pustkę i zagubienie towarzyszące okresowi dorastania i szukanie bezpiecznego azylu w niszowej muzyce i atrakcyjnej subkulturze. Potraktowałem książkę jak serial. Czytało się fajnie, ale dawkowałem sobie niewielkie ilości i ukończenie jej zajęło mi z pół roku. Po kilkudziesięciu stronach odkładałem i po paru tygodniach wracałem ponownie. Dzięki temu dawała mi odprężenie po pracy i nie wymęczyła. Dobrze oddana monotonia życia na prowincji sprawia, że niektóre opisywane tu wydarzenia się zlewają (wyprawa na giełdę płytową, kolejne imprezy klubowe i koncerty, Czarny Piątek). Przyznam szczerze, że trochę więcej oczekiwałem po zakończeniu, które wydało mi się nieco banalne i pozbawione kropki nad i. Ale jak to się mówi, "takie jest selawi".
rocombey - awatar rocombey
ocenił na71 rok temu
Radio Noc Jurij Andruchowycz
Radio Noc
Jurij Andruchowycz
„Kiedy świat płonie, a sprawiedliwość zapada się pod ziemię, ostatnim bastionem wolności staje się głos płynący z eteru – głos, który nie pozwala zasnąć sumieniom”. 🎭 Sylwetka bohatera: Josip Rotsky, czyli DJ apokalipsy Głównym protagonistą „Radia Noc” jest Josip Rotsky – postać tragiczna, fascynująca i wielowymiarowa, będąca uosobieniem losu środkowoeuropejskiego intelektualisty rzuconego w wir historii. Rotsky to wieczny banita, pianista i rewolucjonista, którego znakiem rozpoznawczym jest gra na barykadach podczas ukraińskich zrywów narodowych. Po upadku kolejnej rewolucji Josip zostaje zmuszony do ucieczki, stając się koczownikiem krążącym między tajemniczymi miastami Europy. Jego sytuacja to egzystencja w cieniu – prowadzi nocne audycje radiowe, które są połączeniem muzyki, filozofii i politycznego manifestu. Rotsky to „radio-diabeł” i „radio-święty” w jednym; człowiek, który stracił wszystko oprócz swojego głosu i integralności. Andruchowycz kreuje go na nowoczesnego Orfeusza, który zamiast do Hadesu, schodzi w mroczne zakamarki współczesnej polityki, służb specjalnych i globalnego chaosu. Josip jest uosobieniem melancholii zmieszanej z ironią, bohaterem, który wie, że przegrał, ale mimo to odmawia poddania się dyktatowi milczenia. Moja ocena to entuzjastyczne 9/10, ponieważ „Radio Noc” to arcydzieło współczesnej prozy, które wymyka się gatunkowym ramom. Największą zaletą powieści jest jej niesamowita rytmika i muzyczność. Andruchowycz nie pisze zdań – on komponuje partyturę. Narracja płynie niczym nocna audycja, w której rockowe riffy przeplatają się z klasycznym fortepianem, a wulgaryzmy z wysoką poezją. Rzetelność tej prozy objawia się w proroczym niemal zmyśle autora. Andruchowycz z bolesną precyzją opisuje mechanizmy władzy, inwigilację i poczucie osaczenia, które towarzyszy każdemu, kto odważy się myśleć samodzielnie. Kolejnym atutem jest mistrzowskie połączenie gatunków: mamy tu thriller szpiegowski, powieść łotrzykowską, traktat filozoficzny i głęboko poruszający romans. To książka totalna, która pulsuje energią buntu i głębokim smutkiem nad kondycją Europy. Andruchowycz udowadnia, że jest jednym z najważniejszych głosów kontynentu, a jego styl – barokowy, nasycony metaforami i czarnym humorem – jest w szczytowej formie. ⚠️ Wady i drobne niedociągnięcia Przy tak wysokiej nocie trudno mówić o znaczących wadach, jednak dla niektórych wyzwaniem może być fragmentaryczność i nadmiar intertekstualnych gier. Czytelnik nieznający kontekstu politycznego Ukrainy czy historii muzyki rockowej może poczuć się momentami zagubiony w gąszczu odniesień, którymi autor żongluje z wielką swobodą. Momentami surrealistyczne zwroty akcji wymagają od odbiorcy pełnego zawieszenia niewiary, co w zestawieniu z rzetelnym opisem brutalnej polityki może tworzyć pewien dysonans poznawczy. „Radio Noc” to lektura obowiązkowa dla każdego, kto wierzy, że literatura wciąż ma moc zmieniania świata. To hołd dla wolności, sztuki i odwagi bycia „przeciw”. Jurij Andruchowycz stworzył literacki monument, który jest jednocześnie intymnym wyznaniem i potężnym krzykiem w stronę głuchej nocy. To książka, która zostaje w czytelniku długo po wybrzmieniu ostatniego akordu.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na91 miesiąc temu

Cytaty z książki Bob albo mężczyzna na łodzi

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Bob albo mężczyzna na łodzi