-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać388 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać7 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać14 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać12
Biblioteczka
Na obwolucie tej powieści czytam, że „Modelka” „to bezlitosny obraz zaabsorbowania sobą i desperacji artysty. W tej gęstej, niepokojącej powieść Christensen opowiada o granicy między życiem a sztuką i rysuje przenikliwy portret człowieka, który dla twórczości jest gotów na każde poświęcenie”.
Czy faktycznie o tym jest ta powieść? Po jej lekturze odnosisz bowiem wrażenie, że jest o czymś diametralnie innym. Ale po kolei.
Oto Peter Wihl, malarz, który tworzy każdego dnia. Wszystko zaczęło się dwadzieścia lat temu, gdy na przekór planom ojca wybrał sztukę i to, co ona wyraża, a czego właśnie ojciec nie uznawał, ulotność i mistycyzm. Ulotnością raczej trudno określać wyrwane części ciał, żyły i krew, jakie malował Peter. Jednak właśnie te obrazy stały się tymi, jakie ugruntowały mu pozycję i nazwisko w świecie artystów. Pierwsza wystawa, pierwszy wernisaż, sława i pieniądze. Pojawiła się też rodzina – żona i dorastająca córka, oczko w jego głowie. W tym miejscu powinna pojawić się kropka, bo przecież żyli długo i szczęśliwie. Jednak… nie ma kropki, nie ma bycia razem, nie ma szczęścia, a ukochana córka boi się taty o nie tych oczach, jakie miał wcześniej. Nie tak miało być, lecz życie nie ma nic wspólnego z napisaną i zaaranżowaną wcześniej sztuką teatralną.
Peter się wypala. Jego obrazy już nie są tak popularne, jak przed laty, a ciągle powtarzane motywy fragmentów ciała ludzkiego spowszechniały. Jeden z nich wisi nawet w poczekalni dla pacjentów, do której trafia malarz, lecz nikt się nim nie zachwyca. Wprost przeciwnie – płótno mierzi, a jego oglądanie nasącza widza wstrętem. Peterowi potrzeba nowego tematu, nowego pomysłu i nowego spojrzenia.
Co Peter robi w poczekalni z własnym obrazem na jednej ze ścian? To okulista. Peter traci wzrok. Zaczęło się omdleniem, potem było następne. Wzrok zaczyna igrać sobie z nim. Coś złego się dzieje i tego czegoś panicznie się boi. Jak będzie malował? A jego córka? Już jej nie zobaczy? Myśli się tłoczą, pytania mnożą, strach podlewa każdą minutę i każde płótno. A przecież zbliża się wystawa, ma termin, ma nienamalowane płótna, ma … Ma w oczach strach i bojaźń, bo nagle odkrywa, że stoi nad przepaścią. Pod nim wezbrana woda, fale biją o skaliste wybrzeże rycząc, jak lwy morskie. Co się dzieje? – pyta siebie. Musi być na to jakiś sposób, przecież od ślepoty można się uratować. Dlatego Peter, w egoistycznej, zatajonej desperacji, podejmuje się dokonać czegoś, co wykracza poza etykę ludzkiego pojmowania normalności.
Inne oczy sprawiają, że nie jest sobą. Mówi słowa, jakby te bezwolnie wymykały się z ust. Zachowuje się nie tak, jak dotychczas. Nie przytula, nie buduje bliskości, niszczy własne obrazy. Widzi – więc o co chodzi? Zastanawiasz się, lecz szybko sam sobie na to pytanie odpowiadasz, bo czytasz, by poznać dalszy ciąg. Ciekawi cię ta ścieżka pochyła prowadząca artystę ku przepaści, ku depresji i samotności.
Lars Chistensen pędzlem artysty maluje w „Modelce” historię ludzkiego egoizmu w jego najgorszej postaci. Człowiek-malarz w obliczu tragedii staje naprzeciw wagi, gdzie na jednej szali kładzie wzrok, na drugiej zaś stawia córkę i żonę i siebie jako ślepca. Stoi i patrzy po czym sięga do tej ze wzrokiem i od tego momentu nic nie jest takie, jak powinno być. Nie ma uśmiechu, nie ma ciepłych ramion córki oplatających jego szyję, nie ma żony, która dotąd zawsze była. Nic nie ma. Zostaje za to on, mężczyzna, który dostaje oczy – niebieskie – i choć widzi, staje się innym człowiekiem. Christensen pokazuje ludzkie zagubienie, w którym ciągle przoduje snobizm, egzystencjalna pustka i własne „ja”. Sięga po coś, co może przydarzyć się każdemu, nie tylko malarzowi, czy artyście zawodowo parającym się sztuką. Wybebesza najokropniejsze czyny, akty desperacji i myślenie, które chce przeskoczyć czas. A tego nie sposób ani cofnąć, ani przewidzieć. Czas ma swój rytm, z czym trudno się pogodzić.
Ta powieść bebeszy też twoje wnętrze. Irytuje cię decyzja, jaką podejmuje powieściowy Peter. Obwiniasz go o samolubstwo, o przemilczenie i o bezmyślną wiarę w naiwny cud. Przykro ci w imieniu jego żony i córki, z którymi nie ma już wiele wspólnego. Kim się stał ów dobry dotychczas tata, który dostał nowe oczy? Nic się w nim nie zmieniło, poza tym niebieskim spojrzeniem, lecz poza tym wszystko jest takie, jakie było.
Wszystko?
Christensen kolejną powieścią udowadnia swoje mistrzostwo pióra.
Bezsprzecznie „Modelka” to jedna z jego dobrych książek z gatunku tych, które trzeba przeczytać w samotności, przemyśleć i pozwolić by osiadły w pamięci.
#agaKUSIczyta
Na obwolucie tej powieści czytam, że „Modelka” „to bezlitosny obraz zaabsorbowania sobą i desperacji artysty. W tej gęstej, niepokojącej powieść Christensen opowiada o granicy między życiem a sztuką i rysuje przenikliwy portret człowieka, który dla twórczości jest gotów na każde poświęcenie”.
Czy faktycznie o tym jest ta powieść? Po jej lekturze odnosisz bowiem wrażenie,...
Czas niknie gdzieś w dali, nie słychać tykania ani wskazówek przesuwania. Nie ma tik, tak. Jest muzyka, wygrywana na oberkową nutę. Delikatna, wręcz eteryczna, muskająca skórę i bawiąca się czasem. Zmienia się atmosfera, zapachy i odczucia, zmienia się dusza. Gdy przytłoczony całodziennym szumem i biegiem, które ujawniają się wieczorem, czujesz, że coś się z tobą dzieje. Że oto odsłania się przed tobą na poły magiczna wieś z żywymi ludźmi. Zaczarowana przez kapliczki stojące na jej straży. Chodź, mówią mieszkańcy, posłuchaj, szepcze Wit Szostak.
Wit Szostak jest dla mnie ODKRYCIEM, niebywałym pisarzem z naszego rodzimego ogródka, który – w przeciwieństwie do nas - tak wiele widzi i czuje. To swojak, ktoś tak bliski, jak kapota na grzbiecie. To ktoś, kto pisze i kto tym pisaniem oczarowuje. Pisze i roztacza nikłą magię, która delikatnie oblepia, by potem zawładnąć czytelnikiem, lecz niepilnowana, wymyka się, jak mgła spomiędzy palców. Pisanie Szostaka otumania, bo wraz z otwarciem książki na własną odpowiedzialność wkraczasz w świat, który nęci jakąś tajemnicą. I chcesz w tym świecie być jak najdłużej, bo czujesz niewiarygodną bliskość tego "nowego czegoś". Jesteś otumaniony, ale i zachwycony. Zauroczony tym, co wiruje wokół ciebie.
Dajesz się ponieść i nie boisz się tego.
Zasłuchujesz się w wygrywane przez Wichrów OBERKI i nic już nie jest takie, jakie było wcześniej. Czytanie staje się kosztowną emocjonalnie przyjemnością. Nie można się od tej książki oderwać, ani tym bardziej wyzwolić. Nie można o niej zapomnieć, wymazać jej z głowy. Czytanie to rozkosz, ale i ból moszczący się w duszy. Muzyka pisze słowa, słowa siedzą w głowach ludzi i czasem tych słów jest tak wiele, że trzeba je z siebie wyrzucić. Tak robiły Wichry od dziada pradziada. Swoje dole i niedole chowali w muzyce i grali, a grali tak, że ich smutki ulatywały gdzieś między ludzi. Siedziały pod sufitem, albo na ławie obok. Ich trwogi, odchodzenie, przemijanie, łzy wypłakane... Wszystko to zostawia w tobie swe trwałe ślady. Dajesz się ponieść oberkowym historiom. Smutkom bębnów, skrzypiec, Diabłom mieszkającym w starych wierzbach, duszom zagubionym. Domom, które w samotności przesuwają się do lasów, uciekają od ludzi.
Rokiciny, tu się wszystko rodzi i zapętla i tu wszystko umiera. Tu zaczarowany czas nie wchodzi. Mija Rokiciny i Kapliczkę Świętego Antoniego z jednej strony i Figurkę Frasobliwego Jezusa z drugiej. Czasem magia, czasem rzeczywistość. Tu mieszają się minuty i dni. Tu mieszkają Wichrowie. Kiedyś przyszedł z dala Maciej i się tu osiedlił. Teraz jest wnuk, Józef. A każdy z nich to oberkowy muzyk. Grajek. Bo oberki to pokoleniowa scheda. Grał dziad, ojciec, teraz wnuki i one dalej przekażą? Ale czy będzie komu? Czy aby oberkowych dźwięków w pewnym momencie życia Józka nie należy zaprzestać? Czy one nie stają się przepowiednią samą w sobie?
Czy Oberki są przekleństwem i to całe granie też?
Maria, Józefowa żona, Wichrowa Pani. Ona też czuje, że oberki muszą odejść. Odejść, jak dusze bliskich spoczywających w grobach. Muszą wreszcie znaleźć odpoczynek. Instrumenty się gubią gdzieś. Odchodzą wraz z duchami i nutami, z taktami. Bo coś było, teraz tego nie ma, oś nieznanego ma nastać. Coś umiera, coś się kurczy. Wichrowie kończą losy swe, oberki odchodzą, muzyka żegna ich. Te oberki niesione nisko, tuż przy samej ziemi, po trawie, ulatują wraz z wiatrem. Rozpływają się jak dawne Rokiciny, jak Wichry wszystkie... I tylko Jezus Frasobliwy wraz ze św. Antonim tkwią na swoich miejscach patrząc na kolejne dni życia świata, które dniami z przeszłości już nie są.
Młodzi nie chcą starych nut. Nie chcą starych dźwięków, dlatego oberki im umykają. Nie dają się zagrać. Plączą się takty, męczą palce, słuch jakoś zawodzi. Muzyka nie ożywia już wesel i zabaw. Nie ożywia historii, łez, szczęścia. Chore nogi nie tańczą, serca już tak nie skaczą, a zgrabiałe palce nie nadążają za oberkowym rymem...
Rokiciny doszły do swojego końca.
Wichry odeszły, wiatr przygiął stare drzewa, dom podszedł bliżej lasu. Lecz w jego progi nagle wkracza wnuk. Wnuk, który nic nie rozumie, a który kiedyś wstydził się wsi i dziadków. Co zrobi teraz? Jak odnajdzie siebie w tym, co po nich zostało? Oberkowe dźwięki nie pomogą. Nie będą wskazówką. Nie ma już Wichrów, nie ma Józka, nie ma Marii. Pusty dom skrzypi i zapada się. Dachówki odpadają. Ród oberkowy się skończył. Wichry odeszły.
Wit Szostak nakreślił historię ludzi, która rozdrapuje czytelniczą wrażliwość. Wnika w nią i osadza się, by cierpliwie zapuszczać korzenie. Wichry były, dużo ich było i te ich ścieżki ułożone przez życie też były. Jednak ziemia jest i rusza się, a jej taniec przenikają dni i noce. Tworzy pory roku i uzmysławia mijanie czasu. Uzmysławia, że koło trwania kręci się miarowo, dla każdego bez wyjątku.
Tik, tak – wskazówki prą do przodu minuta po minucie.
Drobinki życia przesypują się w klepsydrze codzienności.
Piękno nut otula skórę. Dźwięki biegną, igrają, stają się wspomnieniem, smutkiem jakimś...
Niebywała powieść.
Czytasz i sztywniejesz. Czytasz i nic poza tym czytaniem nie istnieje. Tańczysz oberki na byle jak położonym parkiecie, na deskach jakiś, a przecież pierwszy raz tu jesteś. Stary jesteś. Ty nigdy tak szybko nie robiłeś obrotów i wykroków. Oddychasz nowym sobą i czujesz, że to bycie sprawia ci radość i ból jednoczenie.
Jestem zachwycona tą książką. Porwana melodią, ale i smutkiem Wichrowych losów.
Nie sposób wyrazić słowami tego, co się ze mną stało.
Jak mówić o Oberkach? Słowami czy lepiej nutami i graniem i muzyką szeptaniem?
#agaKUSIczyta
Czas niknie gdzieś w dali, nie słychać tykania ani wskazówek przesuwania. Nie ma tik, tak. Jest muzyka, wygrywana na oberkową nutę. Delikatna, wręcz eteryczna, muskająca skórę i bawiąca się czasem. Zmienia się atmosfera, zapachy i odczucia, zmienia się dusza. Gdy przytłoczony całodziennym szumem i biegiem, które ujawniają się wieczorem, czujesz, że coś się z tobą dzieje. Że...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-10-29
Wyjątkowa
na swój sposób inna...
bez dużych liter zaczynających nowe zdania.
bez przystanku czytelniczego
i pisana w formie ciągłych powtórzeń, powrotu słów, zdań, obrazów...
Powieść - użyję słowa - RZEKA. on, stary malarz i jego obrazu stojące przy ścianie, jedne odwrócone do ściany, inne zaś blejtramami. Są te, które pojadą na wystawę i te, z którymi trudno się rozstać, które na sprzedaż nie trafią. jak wiele innych, na strychu, z którymi człowiek nie ma ochoty się żegnać.
i jest ktoś, kto odwiedza starego artystę.
hermetyczny wręcz świat, ludzie w nim i słowa.
coś się dzieje, koś pije, ktoś w delirce nie ma siły wstać z łóżka, nawet jeśli trzeba napić się, wódki, by drżenie i zimno ustąpiły i by zacząć jakoś dzień.........
Wyjątkowa
na swój sposób inna...
bez dużych liter zaczynających nowe zdania.
bez przystanku czytelniczego
i pisana w formie ciągłych powtórzeń, powrotu słów, zdań, obrazów...
Powieść - użyję słowa - RZEKA. on, stary malarz i jego obrazu stojące przy ścianie, jedne odwrócone do ściany, inne zaś blejtramami. Są te, które pojadą na wystawę i te, z którymi trudno się...
2024-10-19
Marzenie – każdy jakieś ma. Każdy do niego dąży.
Marzenie – to cel, a wszystko, co robimy, by go osiągnąć, nadaje sens życiu i zwykłemu byciu. Droga ku marzeniu jest już w nas wytyczona, trudna, ale ciągle na horyzoncie.
Marzenie dodaje skrzydeł, buduje motywację.
Z marzeniem tak jest, ale… nie zawsze. Tadeusz Dołęga-Mostowicz w „Złotej Masce” kreśląc losy osiemnastoletniej Magdy z Warszawy udowadnia, że marzenie może być i radością i bólem jednocześnie. Że marzenie, to ogromna praca, to wiele wyrzeczeń, rozstań, to samotność pośród tłumu. I łzy, słone łzy ronione w ciemnym, obcym pokoju. Łzy, które palą policzki, potęgujące poczucie strachu i zagubienia. Strach mieszka w duszy i zimnem spowija ciało Magdy. Tkwi pomiędzy – pomiędzy marzeniem, a rzeczywistością, które nijak nie chcą się połączyć.
Marzenie może też omamić i przesłonić racjonalność. Marzenie może ranić bliskich i niszczyć, deptać okazywaną miłość i stać się samolubnym jedynakiem, egoistycznym celem samym w sobie. Moje marzenie nie musi być naszym. Twoje nie musi być moim. Ale i moje łzy nie są twoimi...
Lecz najlepiej zacząć od początku.
„Marzyć można samemu. We dwójkę można co najwyżej porozmawiać” ileż to prawdy w tym jednym zdaniu, ile głębi. Życie ciągle nas czegoś uczy, ciągle przekonuje nas o własnej racji i wyciąga na swoją powierzchnię, by się człowiek nie zatracił ani w majakach, ani w marzeniach. Bo chcąc przetrwać wszelkie zawirowania, burze i tragedie, człowiek musi stać na pewnym gruncie. Pewny grunt pod nogami pozwoli sięgać wysoko, a czy bohaterka, Magda trafiła na taki?
Magda jest córką rzeźnika, który prowadzi sklep. A córka Magda? - nie dla niej praca w tym miejscu, nie dla niej mięso i kasa do prowadzenia. Jej dusza wyrywa się zza krat codzienności. Świat na nią czeka – inny niż ten tu. W głowie pełno marzeń i to jedno – taniec. Taniec wskazuje drogę, nieznaną, trudną, ale jakże szczęśliwą. I Magda rusza. Bez rodziny, wyklęta przez ojca, pozbawiona domu i ciepła dorasta w szybkim czasie. Słono płaci za ten nowy, tak dziwny świat. Zdana na własne siły doświadcza upokorzeń, powszechnej wrogości i jadowitych szpilek ironii tych, którzy okazali się być fałszywymi sprzymierzeńcami. Trafia na niewłaściwych mężczyzn, poznaje gorycz zdrady i bezdomności. Tańczy w teatrze, na wymarzonej scenie, ale ten taniec nie smakuje tak, jak powinien. W gardle pali gorzkie uczucie niższości i nic nie układa się tak, jak powinno. Z tej strony obraz nijak ma się do tego, który oglądała zza kasy rzeźni. Ktoś podmienił płótno, ktoś ją oszukał stawiając przed oczy falsyfikat.
Tylko scena była prawdą. Tylko scena dawała ukojenie.
Gdy występowała, czuła się jakby nie była sobą, albo jakby właśnie wtedy była sobą najbardziej. Nic nie istniało poza sceną i nią na tej scenie. Oślepiające żarówki, pot na plecach, widownia, która siedzi, a której nie widać. I ona – tancerka. Ona – artystka. To dla niej tu przyszli...
Czy Magda chciała być w teatrze? - myślisz poznając jej losy. Czy chciała być w rewii? Chyba nie. Marzyła o innym, piękniejszym życiu, a teatr był jej po drodze. Sam fakt wyrwania z domu, bycia w tym miejscu swojego życia, było zapewne trudniejsze, lecz z pewnością piękniejsze. Życie nie było takie, jak wcześniej. Już przecież nie była tą samą Magdą ze sklepu mięsnego, która siedzi do południa przy kasie.
Pożegnalny marsz. Okręt podnosi kotwicę.
Żegnaj.
Żegnajcie...
„Złota Maska” jest historią o prawdziwym, acz słonym życiu. Wszystko ma znaczenie. Nawet własne korzenie, rodzice i to, kim jesteś dzięki nim. Autor szepcze ci do ucha - Doceń ojca i kochaj go, bo tylko jego masz. Zauważ siostrę i jej dobro. Przytul, gdy czujesz, że tego potrzebujesz. Szanuj pracę i pamiętaj o sobie. Ty jesteś ważna.
Tadeusz Dołęga-Mostowicz porusza delikatne struny kobiecości i wrażliwości w tobie. Gra na nich sentymentalną, acz smutną melodię. W tle słychać słowa chóru „Dawaj, a dostaniesz”. Świat z każdą kolejną stroną nabiera wyrazistszych kolorów, emocje coraz bardziej dochodzą do głosu. Wniosek nasuwa się sam - o życie trzeba dbać.
Po lekturze zastanawiasz się, czy warto za wszelką cenę dążyć za marzeniem? Zwłaszcza podszytego egoizmem? Co warte jest marzenie, które rani i rzuca w sidła samotności? Które zmusza do zamknięcia drzwi domu rodzinnego? Co jest warte takie marzenie? Pytania rodzą się w tobie, ewoluują. Szukasz złotego środka, który odnajdujesz ciągle w innym miejscu.
A Tadeusz Dołęga-Mostowicz – jakże on wspaniale pisze. Jak prowadzi po treści, po słowach i po malowniczym klimacie sprzed lat. Odradza się powojenny świat i ludzie wraz z nim. Wszystko w powieści żyje. Czujesz każde słowo na skórze, w uszach pobrzmiewa melodia tamtych lat. Tak niebywała książka stanowi nie dość, że hołd dla czasów, które odeszły, to swoim pięknem czaruje.
Takich książek nie ma wiele.
Taka książka to wyjątkowa perła o wartości nie do oszacowania.
#agaKUSIczyta
Marzenie – każdy jakieś ma. Każdy do niego dąży.
Marzenie – to cel, a wszystko, co robimy, by go osiągnąć, nadaje sens życiu i zwykłemu byciu. Droga ku marzeniu jest już w nas wytyczona, trudna, ale ciągle na horyzoncie.
Marzenie dodaje skrzydeł, buduje motywację.
Z marzeniem tak jest, ale… nie zawsze. Tadeusz Dołęga-Mostowicz w „Złotej Masce” kreśląc losy...
2024-03-18
Nie sposób przejść obojętnie obok tej publikacji - no, po prostu się nie da. Dla MODIGLIANIEGO, dla AUTORA i tego, co zrobiło fenomenalne wydawnictwo ARKADY, które wydało tę perłę literatury. Ta książka dosłownie wpycha się w ręce, wnika w czytelnika i sprawia, że malarstwo oraz świat artystów nabiera innego znaczenia. Zaczynasz dostrzegać barwy, problemy i samotność artysty. Malarstwo Modiglianiego wnika w ciebie. On sam cię frapuje i ciekawi, dlatego po czytaniu szukasz więcej jego obrazów, na które już inaczej patrzysz. Widzisz perspektywę, odcienie, barwy, kreskę... Widzisz dzieło, które potrafisz zanalizować, a poprzez jego interpretację zrozumieć duszę malarza, który w tym płótnie zostawił swoją część. I co się wówczas dzieje? Podziwiasz go, współczujesz mu, ale i oddajesz hołd talentowi. To się dzieje po „Książę Modiglianim” Angelo Longoni.
Ta powieść to podróż malarsko-duchowa, to pełna barw historia życia Amedeo Modiglianiego, który „(...) miał w sobie magiczne i nadprzyrodzone pragnienie by być”. Jego wola życia wyciągała go w dzieciństwie z wielu poważnych chorób. Jednak, stojąc u drzwi śmierci nie zapukał w nie, a zrobił krok w tył i umknął, porzucił zaproszenie do przekroczenia progu kostuchy. Powiedział „jeszcze nie teraz, to nie ten czas”, a owa siła woli w nim dawała mu szczególne prawo do życia. Wspierała go matka, która wielbieniem Amedeo odtrącała dwójkę pozostałych dzieci. On był najważniejszy, tylko on. Jednak dla samego Modiglianiego najważniejsza była sztuka. Zaczynał w rzeźbie, potem dopiero sięgnął po pędzel. On, Włoch, podchodził do pracy z wielką pokorą. Uczył się od innych, jednak ingerencja skostniałych przekonań mierziła go. Poszukiwał, chciał czegoś, co nie potrafił określić, jednak to, co było, nie pociągało go. Modeli postrzegał na swój indywidualny sposób. Uciekał od rzeczywistości. „Czuję się bezpieczny, gdy chronią mnie anonimowość i obojętność”. Tłumy go krępowały. Bycie w centrum zainteresowania paraliżowało go. Dobrze się czuł w towarzystwie, poznawał nowych artystów, próbował żyć i to życie odczuwać. Żyć ponad życiem. U jego boku pojawiali się Picasso, Manuel Ortiz de Zarate, Ludwig Meidner, czy Toulouse-Lautrec. Była też Suzanne Valadon i jej nieślubny syn, Maurice Utrillo, który dołączył w pewien sposób do grupy znajomych Paryżan, jacy skupiali się wokół Amedeo. Dyskutowali, kłócili się, palili, pili. Tworzyli nieformalną bohemę, która rządziła się swoimi prawami, myślami i czynami. Wolne duchy?, zapytasz, czy protagoniści nowych kierunków w sztuce? Dysputanci, czy ludzie czynu? Wielu z nich szybciej zdobywało wiedzę niż mądrość, wielu przepadło w oparach tytoniu, czy litrach alkoholu. Wielu utonęło w używkach, czy bylejakości. Ale on, Modigliani żył inaczej. „Chciałbym malować niepowtarzalne chwile zapomnienia”.
Przecież miał być na „zawsze”.
Nie na teraz, nie na „kiedy”, nie na jakąś przyszłość nieznaną. On miał być na „zawsze”, nigdy nie umrzeć. Miał przekroczyć próg nieskończoności, czego sam nie pojmował, a co się dokonało po jego śmierci.
Sztuka i piękno sprawiały, że czuł się mniej samotny. Otaczał się nimi, tkwił w nich, dzielił się z innymi. One pokazywały mu życie inne, podobne do jego, acz nieco lepsze. W sztuce zatracał się. Nie bał się swoich płócien, czy farb. Walczył ze słabościami i wątłym ciałem, bo to jego życie było wyrwane śmierci. Mogło się szybko skończyć, dlatego pożerał je, chłonął całym sobą, póki miał możliwość. Żył, jak nikt inny.
Mogłabym pisać o nim i pisać. Mogłabym malować obraz Modiglianiego bez końca. Mogłabym nurzać się w jego losie, płótnach i marnej codzienności, a wszystko to sprawka powieści Angelo Longoni. Stworzył on historię, którą chłoniesz. Sczytujesz każde słowo, zdanie, całe strony wręcz, które układają się w tobie, scalają w jeden obraz. Słowa autora malują w tobie barwne płótno, które przeżywasz w swój indywidualny sposób. Czujesz się przesiąknięty sztuką, pasją i pazernością życia.
Parafrazując słowa z powieści, Angelo Longoni stworzył „(...) barwny świat malujący wiersz, który zasługuje na zapamiętanie”.
„Książę Modigliani” zostaje w pamięci, muska skórę, by potem się w nią wtopić. Wrasta w ciebie, otwiera ci spojrzenie na piękno, uczy łapać chwile ulotności. Powieść otwiera świat tak inny od twojego, tak barwny, że zaczynasz marzyć. Zaczynasz interesować się sztuką, przez wielkie „S” i tym, co ona zrodziła. Sięgasz po inne nazwiska, po Picassa, po Van Gogha, po Muncha. Szukasz, patrzysz i widzisz. Sam ten fakt stanowi o mistrzostwie pióra Angelo Longoni.
Ta książka zachwyca. Jest w niej jakaś magia, która nie tyle, że otumania, to całkowicie pęta. Nurzasz się w jej stronach, podróżujesz po Europie, poznajesz ludzi pędzla, uczysz się dostrzegać szczegóły, o których mówią skupieni wokół stołów ludzie. Obcowanie z tą powieścią staje się luksusem samym w sobie, przyjemnością, która mogłaby się nie kończyć. I choć to historia Modiglianiego osadzona na faktach, acz fikcyjnie ubrana w słowa, to chylę czoła przed geniuszem pióra.
Jedna z najlepszych powieści, obok "Pasji życia" o Vincencie Van Goghu.
Za ten świetny czas spędzony z lekturą dziękuję Stowarzyszeniu Sztukater.
#agaKUSIczyta
Nie sposób przejść obojętnie obok tej publikacji - no, po prostu się nie da. Dla MODIGLIANIEGO, dla AUTORA i tego, co zrobiło fenomenalne wydawnictwo ARKADY, które wydało tę perłę literatury. Ta książka dosłownie wpycha się w ręce, wnika w czytelnika i sprawia, że malarstwo oraz świat artystów nabiera innego znaczenia. Zaczynasz dostrzegać barwy, problemy i samotność...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-04-18
Już Modigliani i jego towarzysze pędzla uważali Pabla Picassa za najbardziej utalentowanego malarza. „Nie można nie znać Picassa – mówili – to jakby nie znać Caravaggia, Leonarda czy Michała Anioła. (…) Przyszłość nazywa się, między innymi, Picasso”. A ten początkowo malował całe obrazy w tonacji błękitów ale szczególnych, pełnych melancholii i smutku. Były to nostalgiczne obrazy przedstawiające najbiedniejsze warstwy społeczeństwa – żebraków, głodne dzieci, biedotę w szerokim spektrum ujęcia, czy brzydotę. Potem zmienił styl i obrał drogę różu. Teraz skupiał się na aktorach, cyrkowcach, linoskoczkach, czy tancerkach. Ujmował symboliczne postaci, które usiłują pokonać smutek i są jakby w ruchu, jakby wymykały się przygnębieniu.
Początkowo odrzucano jego dzieła uznając je za „zbyt innowacyjne”, niepasujące do obecnych odbiorców. Nie pisała o nim żadna gazeta, gardzono i nim i jego obrazami, które się po prostu nie podobały, a tym samym – nie sprzedawały. A on? Na przekór opinii publicznej malował dalej, za nic mając sobie zdanie pospólstwa. Zaczynał wcześnie rano, a kończył wieczorem, kiedy to wychodził jeść. „Niektórzy mówili, że boi się biedy, której doświadczył, gdy był dzieckiem” - tak uzasadniano jego obsesję twórczą.
A dlaczego o nim piszę ten zarys biograficzny?
Piszę, by mieć o nim pojęcie zanim stał się malarzem światowym.
Na początku w Paryżu, czy we Włoszech „skopali mu tyłek”. Wyznawał zasadę wolności tworzenia. Nie inspirował się nikim, nikogo nie naśladował, ani tym bardziej nie kopiował. Był autentyczny w tym, co robił. Trzymał się własnej, prostej duszy. „Sztuka powinna zacząć od początku – mówił kolegom malarzom i tym, którzy skupiali się wokół jego osoby chłonąc jego słowa. - Powinna zacząć od spontaniczności, instynktów i pasji”. Dążył do wizji, które nie były realistyczne, a wewnętrzne, jak je tłumaczył, czego świadkiem był choćby wielki Modigiani. Ci dwaj geniusze światowi poznali się i choć każdy malował inaczej, byli dla siebie w pewien sposób inspiracją tworzenia. Skoro jeden może malować nie pętając się w ramach czegoś sztucznego, to dlaczego drugi nie może? Płótno ma wyzwalać ducha – artysta jest od tworzenia czegoś nowego. A Picasso miał odwagę i tupet.
Ale... ale gdyby nie prawnik, John Quinn i jego koledzy, którzy kupili dla niego obraz, a ten... go zachwycił. Był on pędzla nikomu nieznanego dotąd Pabla Picassa. I choć nie wielu znajomych odbierało go pozytywnie, to on i tak utwierdzał się w przekonaniu, że „obraz jest bardziej żywy niż książka” o czym pisał w 1909 roku do jednego z irlandzkich przyjaciół. „Malarstwo może zmienić poczucie rzeczywistości tak, jak postęp naukowy zmienia rozumienie biologii lub chemii”. Każde pokolenie ma w końcu swoją sztukę, a ta musi się rozwijać, iść do przodu, odważnie zmieniać to, co stare.
„Wojna o Picassa” jest tak naprawdę powieścią o Johnym Quinnie, dzięki któremu świat usłyszał o Picassie. Dosłownie. Bo po skończeniu czytania dociera do ciebie, że gdyby nie on, gdyby nie przypadkowy zakup „w ciemno”, to świat nigdy nie poznałby kogoś takiego, jak malarz Pablo Picasso.
Otwierasz powieść i już z pierwszą stroną czujesz magię sztuki. Oto jest 1911 rok, a ty kroczysz u boku Quinna idąc na pierwszą w historii wystawię dzieł Picassa w Ameryce. Nagle zatrzymujecie się przed czteropiętrową budowlą przy Piątej Alei i wkraczacie do jej wnętrza, by za chwilę rozpocząć zwiedzanie.
Idziesz i słuchasz słów Quinna. Słuchasz jego opowieści o obrazach, o sztuce, o malarzach, których dzieła nabywał i promował, o jego pasji i zamiłowaniu do obrazów. Słuchasz o jego poczuciu estetyki i piękna, bo w końcu nie od dziś wiadomo, że sztuka dla każdego znaczy co innego.
Mogłabym tak pisać i pisać o tej powieści, która mnie oszołomiła. Bo to nie tyle historia o Picassie, ale i o innych artystach dzieł najznamienitszych. Porwał mnie świat malarstwa i jego tajniki, to ukryte zaplecze i tło poniekąd. Hugh Eakin sprawił, że pochłonęła mnie aura artystów. Zafascynowała mnie osoba Pabla Picassa, wielkiego mistrza ponad mistrze, po którego obrazy i albumy sięgnęłam już podczas lektury. Chciałam poznać, przybliżyć sobie jego sztukę, zatrzymać się nad nią i nauczyć się ją oglądać. Nauczyć się doceniać kunszt.
„Wojna o Picassa” jest wyjątkową powieścią.
Jestem pełna zachwytu dla autora, Hugh Eakina. Za podjęty temat, za bogactwo wiedzy, za pióro i za całą historię, którą opisał. Pozwolił mi przekroczyć próg artystycznej bohemy, poczuć splendor, ale i wejść do świata sztuki pisanej przez duże „S”.
powieść ma w sobie jaką tajemnicę i pasję. To historia, w jaką wchodzisz, i którą chłoniesz z wypiekami na twarzy. I choć wiesz, że Picasso wkroczy na scenę światową, to jednak czytając próbujesz w ten jego talent wątpić. Emocje sięgają zenitu od samego początku i trzymają do końca.
Znalazłam się w innej przestrzeni.
Ta powieść to kompilacja, której punktem wyjścia jest zrobienie pierwszego kroku do galerii...
Za świetny czas spędzony z lekturą dziękuję Stowarzyszeniu Sztukater.
#agaKUSIczyta
Już Modigliani i jego towarzysze pędzla uważali Pabla Picassa za najbardziej utalentowanego malarza. „Nie można nie znać Picassa – mówili – to jakby nie znać Caravaggia, Leonarda czy Michała Anioła. (…) Przyszłość nazywa się, między innymi, Picasso”. A ten początkowo malował całe obrazy w tonacji błękitów ale szczególnych, pełnych melancholii i smutku. Były to nostalgiczne...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2024-06-01
„Posługujemy się dźwiękami, aby tworzyć muzykę, tak jak posługujemy się słowami, aby tworzyć język” powiedział Fryderyk Chopin, a od niego nasz mistrz muzyki zaczyna swój ostatni koncert, potem ożywia Beethovena. A potem nie ma już nic. Następuje paraliż ciszy, zatrważającej ciszy, która się nigdy nie skończy...
Wyobraź sobie, że siedzisz na widowni, gasną światła, zalega cisza. Cała sala czeka na wejście mistrza, który przywita słuchaczy skinieniem głowy po czym zasiądzie przy instrumencie, najczęściej bokiem do publiczności. Trwa cisza, cisza przed wielką chwilą, cisza przed muzyką. I nagle dźwięk, potem drugi... Zamykasz oczy i choć ciałem jesteś tu, w tej sali, to duszą jesteś gdzie indziej. Podróżujesz w sobie tylko znanych rejonach. Dajesz się unieść i zachwycić. Dajesz się melodyjnie otumanić.
Koncert mija nie wiesz kiedy.
Owacje na stojąco. Oklaskujesz mistrza, twojego przewodnika... Oklaskujesz jego ostatni koncert lecz tego nie wiesz. Nikt nie wie. Wie tylko maestro i jego lekarz. Po tym koncercie nie będzie o nim nic, nigdzie. Nie będzie go pośród ludzi, bo zniknie, wypisze się z życia, a to dzisiaj, to jego pożegnanie z dźwiękami, nutami i muzyką w całym spektrum. To osobisty hołd dla wieloletniej pasji, pracy i muzy.
Kurtyna opada, ktoś klaszcze, ktoś zaabsorbowany zbiera się do wyjścia. Ty stoisz i nieprzerwanie klaszczesz i choć nie wiesz, że to ostatni raz, że od teraz w życiu maestra nie będzie dźwięków, nie będzie nut, czy pięciolinii z kluczem wiolinowym, i choć nie wiesz, że to koniec, to tym klaskaniem okazujesz mu swój szacunek.
Maestro schodzi ze sceny. W nim panuje bezbrzeżna pustka, cisza opanowana przez chorobę.
Kiedyś Z. święcił tryumfy. Był charyzmatycznym artystą, którego nazwisko było jednym z pierwszych w świecie muzyki. Był przykładem tymczasowości bycia – i sławy i chwały i życia jednocześnie. I ów obraz dojrzał po ostatnim zejściu ze sceny. Jednak, co zaskakujące, mimo tej ulotności był bardzo silny psychicznie. Zmienił się pod wpływem choroby, lecz pozostał spokojny i wyciszony. Cierpiał z pogodą ducha, cierpiał w samotności, we wnętrzu, jakby upychał ból w sobie, jakby go ukrywał. Nie chciał litości, nie szukał pomocy, nie szukał towarzystwa, czy gwaru przy zagłuszaniu ciszy. Duchowa równowaga w nim sprawiała, że on sam, mimo choroby, stał się niemym wirtuozem własnych dźwięków. Bezgłośny wstrząs w nim wyciszył dawne roszczenia wobec świata i ludzi. Gdy po wielu długich miesiącach szpitalnego leczenia trafia do uzdrowiska, to w tym odciętym od świata miejscu prosi tylko, by uszanowano jego przyjazną samotność. Wiele? Nie, niewiele. Twarz tego człowieka, jak i on sam nie zachęcały do przyjaźni. Uczestniczył we wspólnych posiłkach, lecz tuż po nich opuszczał skupione nad talerzami towarzystwo.
Jednak pewnego razu, na przekór sobie, odsłania się nieco... Mówi zbyt wiele o sobie, jakby tego potrzebował. Nie kalkuluje wypowiadanych słów, ani tego, o czym mówi. Mówi, bo potrzebuje. Jednak następny dzień serwuje kaca nadmiernej wylewności i ponownie Z. zamyka się w sobie.
Po kilku dniach każdy z kuracjuszy opuszcza uzdrowisko. Każdy bez pożegnania wraca do swojego, głupiego czasem, życia, by ciągnąć je dalej.
Potem jest cisza, paraliż czasu i zegara, aż pewnego dnia dostajesz wiadomość, że on, że wielki Z. nie żyje i zostawił coś dla ciebie. Odnajdujesz zapiski, wyrwane z kiedyś wspomnienia, które miały to istotne znaczenie dla Z. Poznajesz kawałek przeszłości, która go zabiła. Była kobieta i pasja efemerycznej namiętności i choroba i leki i balans na granicy śmierci, a potem była cisza. Cisza czekania na koniec.
Życie to dziwnie apatyczny reżyser. Podobnie rzeczywistość, która jest chorobą, a ta tyle samo człowiekowi daje, co odbiera. I o tym jest poniekąd ta powieść. To historia ludzkiego życia, które się nagle urwało bez ostrzeżenia. Dlatego trzeba żyć, akcentuje między słowami autor „Siostry”, Sandor Marai. Nie bać się euforii i odrzucać strach, który ją blokuje. „(...) Życie jest trucizną, jeśli się w nie nie wierzy. Trucizną jeśli jest jedynie narzędziem do zaspokajania próżności, ambicji czy zazdrości”.
W tej powieści ważną, według mnie, jest subtelna, muślinowa wręcz ścieżka dźwiękowa, którą autor wygrywa w tle fabuły. Tej misternej acz cichej muzyce towarzyszą wspomnienia chorego kompozytora, który nałogowo dostaje przeciwbólowe środki narkotyczne. Natężenie bólu to muzyka, której nie sposób zapisać nutowo. Każdy zastrzyk to inna melodia, melodia choroby i ciała i reakcji na nią. To muzyka, która narzuca swój rytm i swoje tony. To muzyka, którą tworzy ból rozpanoszonej w ciele choroby. Dlatego Z. woła o nie, błaga, czeka na ich królowanie w swoim obiegu. I pewnie te strzykawki zabiłyby go, gdyby nie kobiecy głos: „Chcę, żebyś żył”. Te kilka słów staje się wybawieniem. Łapie się resztek sił w sobie i odwraca od śmierci, która już wyciągała swe pazerne szpony. „Nie teraz” – szepcze do kostuchy, „jeszcze musisz poczekać”.
Jeszcze jeden oddech, jeszcze to drżenie strachu nocną porą, kolejne kilka chwil życia. Wszystko staje się wibracją. Muzyka to nieodłączna część życia, nawet na szpitalnym łóżku. Do Z. dochodzą dźwięki wyrwane ze szpitalnej codzienności. Głowa trzeszczy, ból dźga gdzieś we wnętrzu, słychać szum płynącej żyłami krwi i bicia serca. Muzyka to królowa głęboko ukrytego osobistego wszechświata.
Sandor Marai to literacki muzyk, który w „Siostrze” sięgając po nuty z pięciolinii wkleił je na stronach książki tworząc w ten sposób historię Z. Bez muzyki ludzka egzystencja staje się chorobliwa i przygnębiająca. Muzyka w pewien niewytłumaczalny sposób wycisza to, co rozedrgane, wprowadza równowagę.
Muzyką są też słowa. „Chcę, byś żył”.
Podczas czytania, na przekór ciszy, rób przerwy dla muzyki. Słuchaj i czytaj, czytaj i słuchaj. Nie spiesz się. Baw się melodiami, sczytuj słowa, twórz nowe kompozycje słowno-nutowe. Pisz w sobie stając się czytelniczym melomanem, smakoszem dźwięków i czasu i słowa. Daj sobie przyzwolenie na wycofanie z biegu codzienności i na usłyszenie siebie w sobie. Poczuj paraliż Z., poczuj to, co on. Zasmakuj w samotności i jednocześnie uważaj na siebie. Podczas lektury stracisz kontrolę nad własnymi emocjami, a to samo w sobie świadczy o wybitności tej książki.
To perełka pośród szaroburych kamieni. Nuta, pośród hałasu.
Pochyl nad nią czoło.
Za doborową lekturę dziękuję Stowarzyszeniu Sztukater.
#agaKUSIczyta
„Posługujemy się dźwiękami, aby tworzyć muzykę, tak jak posługujemy się słowami, aby tworzyć język” powiedział Fryderyk Chopin, a od niego nasz mistrz muzyki zaczyna swój ostatni koncert, potem ożywia Beethovena. A potem nie ma już nic. Następuje paraliż ciszy, zatrważającej ciszy, która się nigdy nie skończy...
Wyobraź sobie, że siedzisz na widowni, gasną światła, zalega...
2024-03-23
Wspaniała podróż po biografii Vincenta Van Gogha
śledzimy każde jego miejsce - poczynając od domu rodzinnego, poprzez szkoły malarskie, wyjazd z domu i tułaczkę po innych miastach Europy... Możemy patrzeć, jak zmieniała się ręka Vincenta, jak szukając siebie i swojego stylu oraz możliwości wyrażenia próbował kolorów, cieni, twarzy ludzi zwłaszcza tych utrudzonych codzienną pracą. Poszukiwał siebie w sobie, co wyrażał obrazami. I choć śledził malarstwo innych, nigdy nie śmiał oceniać, czy krytykować autorów wobec własnego stylu. spotykał się z innymi malarzami, wymieniał spostrzeżenia, zastanawiał się nad obrazami innych, ale nie kopiował niczego. trzymał się swojej drogi i swoich celów, które jakoś (gdzieś w sobie) ułożył i dążył do nich poprzez wypracowanie perfekcji. malował dotąd, aż nie uzyskał odpowiedniego cienia, barwy czy ciepła. I choć to świadczyło o jego perfekcjonizmie, to jednak chyba właśnie to go zgubiło.
Van Gogh nigdy nie był nudny, nigdy nie był nijaki - ewoluował i szukał najlepszej kreski, odpowiedniego koloru i odcienia. Jego słoneczniki, ludzie jedzący kartofle, czy pola uprawne - to klasyka. to dzieła malarstwa, które - niestety - zostały docenione dopiero po jego śmierci. a on sam? cierpiał biedę, głód, samotność, ziąb... jego los zależał od pieniędzy Theo, brata. Nigdy nie zarobił odpowiednich pieniędzy. tylko grosze i potem nic, długo nic... i znowu jakiś grosz...
kto zna życie Van Gogha (choćby ze wspaniałej książki "PASJA ŻYCIA", czy filmu VINCENT będącym kolażem obrazów malarza) ten wie, jak szukał zapomnienia nawet bez płótna. gdy uczył się na pastora, potem przymierał głodem, chorował, miał problemy psychiczne... leczył się w placówkach, gdzie wychodził na prostą, ale... Życie samo w sobie go przerosło. kobiety też, a zwłaszcza wyobrażenia o nich. pomieszały się marzenia, jawa i sen, pomieszała się szarość dnia z ciemnością nocy...
nigdy nie był w pełni szczęśliwy
życie kpiło sobie z niego, aż go opuściło... wypluło i wyrzuciło...
zmarł mając niespełna 40 lat. jego brat Theo pół roku później...
odeszli razem... tak, jak żyli, tak i teraz spoczywają - obaj w innym świecie
Wspaniała podróż po biografii Vincenta Van Gogha
śledzimy każde jego miejsce - poczynając od domu rodzinnego, poprzez szkoły malarskie, wyjazd z domu i tułaczkę po innych miastach Europy... Możemy patrzeć, jak zmieniała się ręka Vincenta, jak szukając siebie i swojego stylu oraz możliwości wyrażenia próbował kolorów, cieni, twarzy ludzi zwłaszcza tych utrudzonych codzienną...
2024-01-08
Nie sposób przejść obojętnie obok tej publikacji - no, po prostu się nie da. i to z dwóch powodów.
Po pierwsze - choćby z racji gabarytów.
Po drugie - dla MALCZEWSKIEGO i tego, co zrobiło fenomenalne wydawnictwo ARKADY.
Ten album, to podróż malarsko-duchowa. Prócz obrazów Malczewskiego są tu też notatki (czasem zaskakujące) o nim samym i jego życiu oraz o ludziach, którzy w jego życiu odcisnęli piętno lub po prostu byli ważni. Obrazy ułożono chronologicznie co ułatwia zaobserwowanie zmian, jakie w Malczewskim zachodziły. Jak dojrzewał artystycznie, osiągał perfekcję i jak osiągną poziom mistrzowski. Siedzisz z nosem w tych kartach i wpatrujesz się w precyzję pędzla, w ujęcie kolorów, czy odbiór autora. Oczywiście, życie prywatne miało wpływ na jego twórczość - czemu trudno się dziwić, były wzloty i trwanie bez uczuć, było zagubienie, złe zdrowie, złe myśli i brak przyszłości. wszystko było, jak to w życiu. i to wszystko częstokroć rzutowało na malowane obrazy.
A Malczewski był mężem i ojcem trójki berbeci, których trzeba bylo utrzymać.
Malczewski był też kimś, kto czasem potrzebował ucieczki od tego, co życie serwowało. długie małżeństwo wypaliło go, coś w nim umarło... i trafiła się inna, kobieta, urocza, muza i ktoś kompletnie inny od żony. Malował i ją i ją siebie z nią. u jej boku odżył, zmienił się, dał sobie szansę na dalsze tworzenie. Uciekał od gnuśności. A obrazy? Obrazy były różne - zarówno tematycznie, jak i gabarytowo. A niczego się nie bał. Swój wizerunek umieszczał na obrazach przeobrażając się choćby w Jezusa. Malując autoportrety bawił się przekształcaniem własnej twarzy. Nie potrzebował modela, sam go stanowił.
Precyzja pędzla Malczewskiego zachwyca.
Jest w tym albumie jakaś magia, która nie tyle, że otumania, to całkowicie pęta. Nurzasz się w tych stronach, podróżujesz, uczysz się dostrzegać szczegóły, o których czytasz z wpisów obok. Uczysz się poniekąd sztuki "czytania płótna". A do tego wąchasz druk owej publikacji.
niesamowita.
zachwycająca.
magnetyczna
takich dzieł szukam.
#agaKUSIczyta
Nie sposób przejść obojętnie obok tej publikacji - no, po prostu się nie da. i to z dwóch powodów.
Po pierwsze - choćby z racji gabarytów.
Po drugie - dla MALCZEWSKIEGO i tego, co zrobiło fenomenalne wydawnictwo ARKADY.
Ten album, to podróż malarsko-duchowa. Prócz obrazów Malczewskiego są tu też notatki (czasem zaskakujące) o nim samym i jego życiu oraz o ludziach, którzy...
2023-11-30
Co napisać o książce, która nie ma akcji? Ma swój gwóźdź, niemalże osadzenie, ale toczy się wokoło ciszy, zamyślenia i analiz. Krąży wokół planszy do gry go, na której rządzą dwa kolory, biały i czarny. Krąży wokół graczy i ich zachowań. Dwóch mistrzów zasiada do pojedynku życia, a swój los oddają w ręce przeznaczenia.
„Meijin. Mistrz Go” to hybryda poradnika psychologicznego, powieści w stylu slow i dziennika gracza. Kanwą powieści jest rozgrywana w 1938 roku półroczna partia gry go pomiędzy dwudziestym pierwszym Honinbō – pełnym godności i niepokonanym dotychczas mistrzem Shūsai, a młodszym i utalentowanym pretendentem do tytułu Ōtake. Takie wydarzenia mają swoje zasady i regulamin, którego muszą przestrzegać zarówno uczestnicy stający ze sobą w szranki, jak i zebrani widzowie. To prawie ceremoniał o wielkim znaczeniu. Mistrzowie go są szanowani, oddaje się im pokłony uznania i stanowią pewnego rodzaju cenioną osobowość. Są znani, a ich umiejętności stale wychwalane. Tu przy jednej planszy spotykają się mistrz i zdolny Otake. Shusai należy do „starej gwardii”. To starszy pan, który osiadł w przeszłości. Kultywuje to, co zostało zduszone przez nowoczesność i teraźniejszość. Odstaje od tego świata, staje obok tego, co ono narzuca, nie pasuje tu. W przeciwieństwie do rywala, który bawi się grą zaniżając nieco jej dostojeństwo.
Dwóch graczy, dwie osobowości, dwa podejścia do gry go.
Dwóch rozgrywających, jak biały i czarny. Kontrast.
Ysunari precyzyjnie pokazuje konflikt pokoleń i ścieranie się tradycji. Na jednej z szal kładzie przeszłość, na drugiej teraźniejszość i co? Okazuje się, że znacząca jest chwila obecna. Starość odchodzi, ulatuje wręcz. Mało kto nosi w sobie poszanowanie dla przeszłości. Widać to wyraźnie na przykładzie graczy. Młodość i starość przy jednej planszy. Irytacja i spokój. Nerwowość i zamyślenie. Opieszałość i analiza. Bylejakość i precyzja.
Autor historią rozgrywanej partii go pokazuje, jak ściera się historia z nowoczesnością. Pokazuje jak odchodzi świat kiedyś obecny, jak staje się historią i jak tradycja kultywowana od lat zostaje wyparta przez młodych. Obecne czasy stawiają jednostkę ponad wszystko i można odnieść wrażenie, że jej wolność nie posiada żadnych ograniczeń. Pozostającym w tyle okazywana jest obojętność, a nowoczesność próbuje reorganizować obowiązujące i od lat kultywowane tradycje. Mistrz Shusai odchodzi do lamusa. Gra, do której podchodzi z należnym jej respektem nie cieszy jak kiedyś, bo staje w obliczu nieuchronnych zmian.
Ta z pozoru tylko kronikarsko opisana historia z subtelnością przenika w czytelnika. Nie trzeba znać zasad gry Go, by poczuć spokój w sobie, wyciszenie godne mistrza. Jego oczami patrzysz na rywala, który biega do toalety, nerwowo tika, czy niecierpliwi się czekaniem na swój ruch. Mistrz nie odnajduje się w tych nowych czasach. Staje się starym outsiderem, który nie potrafi zaakceptować zmian. Ma z nimi problem. I może dlatego ta partia staje się ostatnią?
Ysunari pisze oszczędnie, acz elegancko i w pewien sposób skrótowo. Nie wnika w odczucia. Stara się stać z boku. Staje się kimś na kształt obserwatora starcia dwóch mistrzów, kimś, kto relacjonuje rozgrywkę. Uczucia w tej powieści odnajduje czytelnik.
Czytanie „Mistrza go” to pewnego rodzaju uczta japońska. Wysublimowana, perfekcyjna i urokliwa.
Zmienia postrzeganie otoczenia i ludzi na zawsze.
#agakusiczyta
Co napisać o książce, która nie ma akcji? Ma swój gwóźdź, niemalże osadzenie, ale toczy się wokoło ciszy, zamyślenia i analiz. Krąży wokół planszy do gry go, na której rządzą dwa kolory, biały i czarny. Krąży wokół graczy i ich zachowań. Dwóch mistrzów zasiada do pojedynku życia, a swój los oddają w ręce przeznaczenia.
„Meijin. Mistrz Go” to hybryda poradnika...
2023-11-18
„W którym miejscu zaczyna się czyjaś historia, skoro każde życie ma więcej niż jeden wątek, a to, co nazywamy narodzinami, nie jest jedynym początkiem, podobnie jak śmierć nie oznacza definitywnego końca”.* Bo życie, życie w samo w sobie jest zagadką. Życie jest tajemnicą, którą odkrywamy każdego dnia.
Tak jest w „Złotym domu” Jessie Burton, kontynuacji „Miniaturzystki”. A wszystko ma początek w 1686 roku w bogatej dzielnicy Amsterdamu, do której trafia osiemnastoletnia dziewczyna Petronella, Nella. Zostaje młodziutką żoną zamożnego Johanesa, kupca i wprowadza się do jego domu. Jednak wita ją zgryźliwa siostra męża, Marin, na którą jest wręcz skazana. Johanes mało bywa w domu, gardzi nią i nie interesuje się tym, co robi, jak jej mija czas, czy jak się czuje. Dom jest duszny, zimny, pusty uczuciowo. Brak w nim miłości i śmiechu. To niemalże martwy budynek. I ta permanentna samotność. I chyba jako rekompensatę, Johanes daje jej prezent, wymuszony poniekąd podarunek dobrotliwego pana domu - miniaturkę ich domu, replikę kamienicy w formie kredensu.
I od tego momentu wszystko się zmienia.
Jest 1705 rok, Amsterdam. Nella umiera przy porodzie córki, Thea`i. Młoda dziewczyna nie ma matki, a jej ojciec to czarnoskóry dawny służący, co nie pomaga w niczym. Do tego krnąbrna ciotka, siostra ojca, która nie szczędzi sobie docinków i notorycznego krygowania. Thea nie ma znikąd wsparcia. Do tego dochodzi nagonka do zamążpójścia i, co najgorsze, rodzina wybiera jej przyszłego męża. Męża, który poprawi byt zadłużonej rodziny. Thea jest kartą przetargową bez możności mowy, zmuszona niemalże do tego, o czym zdecydowali rzekomo „mądrzejsi” od niej. Aż pewnego dnia wszystko nabiera innego tempa. Przychodzi tajemnicza przesyłka z miniaturami...
Wychodzą brudy, tajemnice, prawda, która boli, a której już nie sposób zamieść pod dywan...
Burton niebywale wręcz precyzyjnie odtwarza zaduch mieszczańskich umysłów. Konserwatyzm kipi w tym ciemnym domu. Najważniejsze są hierarchia, potem reszta. Uczuć nie ma w ogóle. Pustka, surowość, spętanie. Jessie Burton w „Złotym domu” idealnie, ponownie przeniknęła w klimat znany z „Miniaturzystki”. To perfekcyjna wręcz kontynuacja losów ludzi, których już poznaliśmy, a którzy ponownie zapraszają nas do przekroczenia ich progu domu. Wkraczasz w muzeum ludzkich figur, a herbata serwowana przed starszą panią domu, Marin, smakuje dziegciem i chemią. Nie ma cukru... Nie ma smaku, nie ma wyrazu podobnie, jak ci ludzie, jak to miejsce i jak siatka skrzętnie uknutych zamierzeń.
Czytasz i chłoniesz. I mimo tragizmu, smutku i goryczy, jakie się w tobie rozsiadają podczas lektury, to odczuwasz jakiś dziwny spokój. Coś na podobieństwo pewności, że losy Thea`i zmierzają w dobrym kierunku. Boisz się o nią, trwożysz przy otwarciu każdej przesyłki, obserwujesz reakcje i strach, ale wiesz, że dobro przytłoczone zapchlonym kocem wyjdzie na jaw.
Jessie Burton pisze tak, że czytając wyświetlasz w sobie film. Personalizujesz się z Thea. Brniesz w fabułę na własne ryzyko. Scalasz się z treścią, z emocjami, i co zaskakujące, irytacja także w ciebie wstępuje, ale dajesz jej przyzwolenie. Tworzysz w sobie literacki film, którego jesteś jedynym widzem i który chcesz nagrodzić.
* Elif Shafak „Wyspa zaginionych serc”
#agaKUSIczyta
„W którym miejscu zaczyna się czyjaś historia, skoro każde życie ma więcej niż jeden wątek, a to, co nazywamy narodzinami, nie jest jedynym początkiem, podobnie jak śmierć nie oznacza definitywnego końca”.* Bo życie, życie w samo w sobie jest zagadką. Życie jest tajemnicą, którą odkrywamy każdego dnia.
Tak jest w „Złotym domu” Jessie Burton, kontynuacji „Miniaturzystki”....
2023-11-02
Mało jest książek, które lokują się w umyśle na lata, na zawsze. Mało jest tych książek, których tekst strona po stronie zapisuje się w tobie. Słowo po słowie. I chyba dlatego te, którym się to przydarza, są perłami mającymi dla ciebie nieoszacowaną wartość. Nie inaczej jest z powieścią Franka Wynne`a „To ja byłem Vermeerem”. Treść i prowadzenie fabuły to niewiarygodna wręcz droga przebyta przez utalentowanego, acz pazernego, Hana Van Meegerna. Pragnącego uznania, ścian najznamienitszych muzeów i galerii, a także utarcia nosa kolekcjonerom, znawcom dzieł sztuki i rzeczoznawcom.
Fałszerstwo jest mroczną stroną sztuki, występkiem, bez którego niemożliwa jest cnota, nie mówiąc o uczciwości. Artyście z odrobiną talentu, ale bez skrupułów, fałszerstwo oferuje nie tylko bogactwo, lecz pewną potajemną sławę, a do tego właśnie aspirował Meegern biorąc się za Vermeera. Sama świadomość ekspozycji obrazu swojego pędzla w Luwrze, Metropolitan Muzeum of Art, czy Tate Gallery jest najsłodszą zemstą. To wyzwala w malarzu żądzę, która jątrzy się latami i wzmaga. I wniosek nasuwa się sam: dzieła sztuki wiszące w największych muzeach świata to nic innego, jak dobre falsyfikaty, które nie zostały wyśledzone. Takimi płótnami są wszystkie te spod pędzla Meegerna. Artysty, który kłamał, oszukiwał, cudzołożył, zdradzał i marnotrawił. Do tego był przeokropnie bogaty. Nie znał bolączek codzienności, nie doświadczył głodu podczas wojny ani strachu o własne życie. Był alkoholikiem i morfinistą, a do tego stałym klientem miejscowych prostytutek. Miał wątłe zdrowie psychiczne. Był hipochondrykiem, cierpiał na złudzenia paranoidalne, nałogowo palił. Miał zdiagnozowane zaburzenia osobowości i często to, co mówił oscylowało na pograniczu faktu i zmyślania. Jak powiedział jeden z medyków zajmujący się tą specjalizacją: „Próba ustalenia z tymi osobami „prawdy” przypomina próbę schwytania posmarowanej tłuszczem świni”.
Wracając do lat dzieciństwa, Meegern miał zawsze bystre oko i pewną rękę. Od zawsze lubił rysować i malować. Podczas pierwszych nieoficjalnych nauk, Bartus, nauczyciel, widząc niecierpliwość chłopca nakazywał mu kontrolować rysowanie, by go nie zdominowało. On, jako malarz, miał być ponad nim, ponad wszelkimi żądzami. „Nie rywalizuj z aparatem fotograficznym” powtarzał. Jednak samo rysowanie to za mało. „Najważniejsze piękno jest to wewnątrz”, powtarzał nauczyciel, „piękno to stanowiące ukryte sedno, a jedyną drogą jest ciężka praca, dyscyplina i szacunek dla tematu”.
Z upływem lat nauczyciel stał się przyjacielem. Po nim jego miejsce zajęła Anna, pierwsza żona Hansa, która całe życie hołubiła go, jako artystę. „Oddajesz światłem brzmienie chorału Bacha” mówiła. Była jego muzą i powietrzem, była natchnieniem. Mieli syna Jacquesa i córkę Pauline, później zwaną Inez. Po latach bycia razem, rozwiedli się, jednak Han szybko wskoczył w kolejne małżeństwo z aktorką. Nie powstrzymywało go to jednak przed notorycznymi zdradami żony. Bez kobiet nie umiał żyć, jak i bez leków i alkoholu i malowania. Uzależnił się od wszystkiego. Bawił się życiem ryzykując własnym zdrowiem, reputacją i życiem i to go niszczyło.
Malował obsesyjnie, perfekcyjnie dążył do ideału. Postarzał płótna, tworzył nowe kolory, barwy i odcienie. Usuwał stare warstwy malunków, by potem z mozołem i precyzją godną mistrza nakładać nowe warstwa po warstwie podrabiając styl mistrza Vermeera.
Wodził za nos konserwatorów i badaczy autentyczności. Stał się wyrafinowanym fałszerzem obrazów. Konserwacja dzieł sztuki sprawiła, że zaczął przekraczać rozsądne granice. Zaczął owe płótna „poprawiać” stając się ich nowym autorem. Stał się... Vermeerem Hanem Meegernem we własnej pracowni, którego obrazy zostaną dopiero odkryte... Ujawnione...
Jednak pazerność, swoboda i igranie z rynkiem dzieł sztuki musiały się kiedyś skończyć... Nie inaczej było z zabawą, drwinami i z coraz bardziej chorymi ambicjami i obsesjami. Wszystko zmierzało ku najgorszemu i o tym jest ta niesamowita w treści powieść. To obraz człowieka, którego zjadły pragnienia. To obraz perfekcjonisty, który utopił się we własnym micie doskonałości. Osiągnął więcej niż jakikolwiek fałszerz dzieł sztuki w dziejach historii. Ozdobił ściany najznamienitszych galerii Europy, z czasem też świata. Zabłysnął i utarł nosa specjalistom mianującym się „nieomylnymi wyroczniami”, udowodnił hipokryzję i sprzedajność świata sztuki i ludzi, którzy się nią zajmują. Naświetlił jej kulenie i ułomność. Kpił z ekspertyz i opinii naukowców. Bawił się nimi. Zapłacił za to najwyższą cenę, lecz tego pragnął. Był artystą, który za życia osiągnął spełnienie... Osiągnął pełnię.
Mogłabym tak pisać i pisać o tej powieści, która mnie otumaniła bez końca. O powieści, która otworzyła mi oczy na „czarny rynek” dzieł sztuki i na licytacje opiewające na miliony dolarów, podczas których oryginały stają w towarzystwie z rupieciami lub falsyfikatami bliskimi oryginałom. Ale... ta powieść też, przewrotnie nieco, wciągnęła mnie w rynek podróbek dzieł najznamienitszych mistrzów pędzla.
Fałszerstwo płócien... Fałszerz okazuje się być lepszy od oryginału.
Porwał mnie świat malarstwa i jego tajniki. Pochłonęła mnie aura artystów, ale i tych, którzy zajmują się jej drugą stroną – badaczy autentyczności, konserwatorów i fałszerzy. Zaintrygował skrywany proceder falsyfikatów dzieł najwyższej jakości.
Zafascynował mnie Vermeer, mistrz ponad mistrze, po którego albumy musiałam sięgnąć. Musiałam poznać, zatrzymać się nad nimi o nauczyć się oglądać. Nauczyć się doceniać.
„To ja byłem Vermeerem” jest perłą literacką.
Jestem pełna zachwytu dla autora, Franka Wynne`a. Za podjęty temat, za bogactwo barw, za pióro i za całą historię, którą stworzył. Pozwolił mi przekroczyć próg artystycznej bohemy, poczuć splendor, ale i wejść do pracowni.
Znalazłam się w innej przestrzeni.
Poczułam zapach mieszanych farb, odczynników malarskich i starych płócien. Poczułam zaduch ciemnych pracowni. Poczułam satysfakcję, którą osiąga się dzięki wytrwałej pracy, pracy do samej śmierci.
Ta powieść to historia chemii sztuki.
To kompilacja, której punktem wyjścia jest płótno rozciągnięte na blejtramie. Nagie płótno...
Han Van Meegern malował by żyć, a autor Wynne udowodnił, że Hans Van Meegern żył, by malować.
„To ja byłem Vermeerem” zajmuje od teraz zaszczytne miejsce w mojej prywatnej biblioteczce. Tuż obok „Pasji życia” o Vincencie Van Goghu. Takich powieści strzegę, jak największych skarbów.
#agaKUSIczyta
Mało jest książek, które lokują się w umyśle na lata, na zawsze. Mało jest tych książek, których tekst strona po stronie zapisuje się w tobie. Słowo po słowie. I chyba dlatego te, którym się to przydarza, są perłami mającymi dla ciebie nieoszacowaną wartość. Nie inaczej jest z powieścią Franka Wynne`a „To ja byłem Vermeerem”. Treść i prowadzenie fabuły to niewiarygodna...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-10-25
Tę książkę trudno zakwalifikować, czy wsunąć do jednej tylko szafki z działem typowo literackim. Wymyka się dramatowi, nie pasuje do erotyki, nijak ma się do obyczajowości. To hybryda wszystkiego po trochu przerobiona na nowo. Jest tu miłość i żałoba, jest ból i śmiech często podlany słonymi łzami. Jest cienka linia między jawą, a snem. „Od demonów nie uciekniesz” jest właśnie takim trwaniem pomiędzy, pomiędzy tym, co tu zwiesz życiem, a tym, co egzystuje równolegle, co jest ulotne, piękne acz niedostępne. Nie wiesz co wybrać i co jest prawdą. Wszystko straciło sens.
Lorenzo Molletti to ktoś, kto zasmakował i doświadczył wszystkiego. Kochał i był kochany, ale miłość odeszła. Została depresja i wieczne pytania biegające po głowie, dlaczego? Lorenzo to artysta malarz. Po stracie rodziców opuszcza rodzinne strony i osiada w Rzymie, gdzie zaczyna studia. Wspomnienia nadal go atakują, ogarnia go smutek i samotność, z której wyrywają go znajomi. Trafia do „Klubu Bez Nazwy” i od tej pory nic już nie jest takie, jak było wcześniej. Pojawiają się alkohol, przypadkowe kobiety i wyuzdany seks w obskurnych często miejscach. Pojawiają się niewytłumaczalne zwidy po środkach odurzających. Wkracza w inne przestrzenie, osaczają go demony, wchodzi do nieznanych miejsc. I z każdym dniem jest tego więcej i więcej. Lorenzo wnika w inny wymiar osobowości.
Przez życie popada w depresję.
O swoich przeżyciach i traumach zwierza się psychoterapeutce. Skrupulatnie melduje się w gabinecie lekarskim i mówi i mówi. Jak jeszcze nigdy nikomu. Pomiędzy opowieściami, a raczej epizodami z przeszłości padają pytania, na które odpowiada i jednocześnie wątpi w to, co słyszy z własnych ust. Nagle bowiem otrzymuje obraz samego siebie.
Historia kojarzy się z rozpiętym płótnem na blejtramie i artystą stojącym przed nim z pędzlem w ręku, który zastanawia się nad rozmieszczeniem własnych wizji. Tych jeszcze nie ma, ale nadejdą. Muza artyzmu nigdy nie zawodzi.
Postrzegając powieść nieco przewrotnie wyznam, że „Od demonów...” jest książką o nijakich, młodych ludziach na krawędzi życia. O ludziach zagubionych, którzy wstydzą się przyznać do samotności i do ciszy, jaka się często wokół nich rozsiada. Wręcz się jej boją. Mogę nawet powiedzieć, że z braku pomysłów na siebie sięgają po to, co zakazane, bo kuszące. Nie boją się nadużywać wszystkiego. Używki pozwalają im nie widzieć własnego rozsypującego się życia. Nie potrafią znieść codzienności.
Ciekawa, czasem zaskakująca. Taka jest powieść Bellini, która wodzi czytelnika za nos. Jest tu wiele fantastyki i wizji niemających nic wspólnego z trzeźwością, ale to triki pisarskie zastosowane dla złapania czytającego w sieć. Jesteś artystą, który owe wizje maluje w sobie od nowa. I choć to powieść, która szybko zniknie z pamięci, to warto wsadzić w nią nos, by oderwać się choć na chwilę od swojej – poważnej – rzeczywistości.
#agaKUSIczyta
Tę książkę trudno zakwalifikować, czy wsunąć do jednej tylko szafki z działem typowo literackim. Wymyka się dramatowi, nie pasuje do erotyki, nijak ma się do obyczajowości. To hybryda wszystkiego po trochu przerobiona na nowo. Jest tu miłość i żałoba, jest ból i śmiech często podlany słonymi łzami. Jest cienka linia między jawą, a snem. „Od demonów nie uciekniesz” jest...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-09-07
Któż z nas nie zna emblematu YSL? Za inicjałami kryje się skromny Yves Saint Laurent, który spełniając własne marzenia stał się jednym z największych kreatorów mody na świecie. Przy czym on tą modę zmienił, unowocześnił, wyzwolił ze wzorców i ram, a haute couture wniósł na piedestał prawdziwej sztuki. Już jako siedemnastolatek, ściskając w ręku teczkę własnych, amatorskich rysunków, przybył do Paryża, gdzie wziął udział w konkursie na projekt sukienki koktajlowej. Wygrał, a wtedy też otworzyły się drzwi do... do raju świata Christiana Diora. Młodziutki, bo zaledwie dwudziestojednoletni YSL zostaje głównym projektantem firmy.
To spełnienie marzeń, które pociąga za sobą wiele pracy, ryzyka i rezygnacji – z życia prywatnego. Jednak praca to pasja. Dla młodego Yves to nie obowiązek – to przyjemność i radość. To artystyczne zatracenie i niewyobrażalna fobia, wręcz trans bliski odurzeniu.
Jako dziecko, w szkole przeżył poniżanie, bicie i kpiny ze strony kolegów. Miał inne gesty, był wrażliwy i nieco wycofany. Był homoseksualistą, do czego przyznał się kilka lat później. Z tej racji nie powołano go do wojska, a wrzucono do szpitala psychiatrycznego w jednej z dzielnic Paryża. Zapytasz, czy to z powodu orientacji seksualnej? Trochę tak, jednak głównym powodem były stany depresyjne YSL. Zaaplikowano mu elektrowstrząsy oraz zbyt dużą dawkę leków z substancjami psychoaktywnymi, co było nie tyle, że nieskuteczne, to jeszcze stało się zaczątkiem zaburzeń psychicznych. Zdrowie stało się też wyznacznikiem jego dalszych dróg życia i podejmowanych decyzji. Odszedł z Diora i mając (zaledwie) dwadzieścia pięć lat otworzył swój pierwszy butik (był 4 XII 1961r.), a już w styczniu następnego roku odbył się tu pokaz mody.
YSL w ciągu zaledwie piętnastu dni potrafił wykonać 600 szkiców nowej kolekcji. Pomysły w nim kipiały. Był skrupulatny, innowatorski i odważny. Kochał pracę. Żył nią. Wdychał ją i się nią dosłownie żywił.
Pomiędzy zawodowymi spotkaniami poznał Pierra Berge, z którym związał się i finansowo i prywatnie. Pierre był jego przeciwieństwem. Był mężczyzną niskim, porywczym, bezwzględnym i kontrolującym wszystko wkoło. Do tego tak zdeterminowany, że bez względu na koszty parł by zdobyć życiowy sukces. Kierował firmą YSL i wyniósł ją na szczyt. Butiki powstawały na całym świecie. Zajmował się finansami, podczas gdy Yves pracował nad projektami. Gwiazdy kina ubierały się w jego stroje, a te potem znikały z wieszaków. Jako pierwszy zaprojektował marynarki dwurzędowe, spodium, czy trapezowe sukienki. Oswobodził damską sylwetkę. Często wzorował się na mistrzach płótna, jak choćby van Goghu. Śledził rynek, co miało swój przerzut na ciuchy, jakie wychodziły spod jego mistrzowskiej reki. Raz były hafty, potem cekiny, czasem drobne inkrustacje, a wszystko to gustowne i smaczne.
I mogłabym tak pisać o nim. O tym, jaki był podczas tworzenia, a jaki poza enklawą pracowni, gdy miały do niego dostęp demony, narkotyki i alkohol. Mogłabym pisać o nim, jako twórcy i o nim, jako chłopcu, który dorósł lecz w duszy zachował młodzieńczą niewinność i dziecięcą beztroskę.
Spełnił marzenia lecz one przyczyniły się do jego choroby. Przerosły go talent i sukcesy...
Zmarł w wieku siedemdziesięciu jeden lat.
1 czerwca 2008 roku odszedł Mistrz Mody.
Ta książka to perełka godna YSL. Są tu zdjęcia, historia kreatora oraz jego rozwój zawodowy, a wszystko to prowadzone niebywałym monologiem narratora. Jest i życie prywatne, spoza kulis i spoza wybiegów. Są jego muzy i on sam. Są ciekawostki, są niuanse dotyczące jego osoby i życia. A to wszytko tak porywające i tak piękne, że czujesz się oniemiały. To opium dla czytelnika. To przygoda z modą i światem kolorów. To przyjaźń z wizjonerem i mistrzem. To radość z bycia gdzieś, gdzie się nigdy nie było...
#agaKUSIczyta
Któż z nas nie zna emblematu YSL? Za inicjałami kryje się skromny Yves Saint Laurent, który spełniając własne marzenia stał się jednym z największych kreatorów mody na świecie. Przy czym on tą modę zmienił, unowocześnił, wyzwolił ze wzorców i ram, a haute couture wniósł na piedestał prawdziwej sztuki. Już jako siedemnastolatek, ściskając w ręku teczkę własnych, amatorskich...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2023-04-20
Dziecko, Johanne Lien, to nieśmiała dziewczynka przywiązana do domu rodzinnego, do codzienności i tego, co znane, bo bezpieczne, gdy nagle... zostaje tego świata pozbawiona. Rodzice posyłają ją na służbę do państwa Ihlenów. Każdego dnia zgłasza się rano do pracy, wieczorem kończy. Uczy się tego, co i jak należy wykonywać, poznaje nowe osoby, ale i nową siebie. Okazuje się bowiem, że przyjaźń z Tullik, córką gospodarzy, sprawia, że Johanne szybko dorasta. Nie ma czasu na głupoty, bo te grożą złem, gniewem i wykluczeniem. Towarzystwo Tullik zmusza do mądrzejszego postrzegania otoczenia i ludzi wokół siebie.
Dlaczego?
Sekret tkwi w Edvardzie Munchu, malarzu, który przez wielu postrzegany jest jako dziwak i odszczepieniec. Znajomość z nim uważa się za ujmę, zwłaszcza dla młodych dziewcząt, które do niego lgną, które go niemalże łakną. Jednak on sam, jego dzieła i to, co wyrażają oko i pędzel odbierane są dwojako. Albo diabelskie i odstręczające, albo wręcz odwrotnie, magnetyzujące i zachwycające. Obrazy, które suszy porozstawiane po ogrodzie, kuszą sobą w niewyjaśniony sposób. Jeden z nich przeraża Johanne tłumem ludzi, jaki podąża ulicą wprost na nią, ale i intryguje tajemniczą postacią stojącą tyłem do oglądającego. Taki sam jest Munch. To mężczyzna o dwóch osobowościach i to w nich zakochuje się Tullik. Na przekór radom, na złość rodzicom i na własne pokuszenie umawia się z Edvardem. Renoma rodziny wisi na włosku. Wymykanie z domu zagraża i Johanne, która zostaje wciągnięta w kłamstwa. Matka zaczyna szukać dla niej nowej posady, bo trzpiotowatość Tullik staje się niebezpieczna dla wszystkich.
Czym to się skończy? Czy jest szansa na prawdę?
Tą historię trzeba poznać samemu. Trzeba się nią rozkoszować i smakować w swój indywidualny sposób. Czytanie staje się bowiem niebywałą ucztą... wszelkich barw i zmysłów. Oto stajesz obok Muncha i wraz z nim patrzysz na obraz „Dziewczynki z poziomkami”, która już dorosła i stoi wraz z wami. To dziecko z płótna zasłania się czasem, by się skryć. Płótno zatrzymało ją w jakimś punkcie, jednak życie toczy się dalej. Dziecko to już młoda kobieta.
Lecz zjawia się Munch i wszystko nabiera innego wymiaru.
Jakże ta powieść jest wspaniale napisana...
Lisa Stomme stworzyła niewiarygodną historię, w której fikcja przeplata się z autentycznością. Stromme napisała książkę, która namiętnością kolorów farb sprawia, że nie możesz się od niej oderwać. Czytasz o obrazach, o artyście, o jego romansie, ale i o psychice. Psychice ludzi, którzy częstokroć nie mając własnego zdania, zdają się na innych. To powieść o sztuce, ale i normalności, to powieść o marzeniach, ale i realności. Przyciąga, wciąga i pochłania. Zmusza do oddania całego siebie, do złożenia siebie, jako ofiary na ołtarzu bardzo dobrej literatury.
Uwielbiam takie książki. Pełne kontrastów i w treści i w odbiorze. Namiętność, ale i odraza. Gorąc i nadzieje koło zimna i obojętności. I ciągłe wątpliwości o każdy następny dzień.
Dokąd bohaterów zaprowadzą ich uczucia? Czyżby na … stracenie?
Niesamowita powieść.
Dla mnie wspaniała. Najpiękniejsza.
Prawdziwa.
#agaKUSIczyta
Dziecko, Johanne Lien, to nieśmiała dziewczynka przywiązana do domu rodzinnego, do codzienności i tego, co znane, bo bezpieczne, gdy nagle... zostaje tego świata pozbawiona. Rodzice posyłają ją na służbę do państwa Ihlenów. Każdego dnia zgłasza się rano do pracy, wieczorem kończy. Uczy się tego, co i jak należy wykonywać, poznaje nowe osoby, ale i nową siebie. Okazuje się...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to2022-08-10
„Ojcze nasz, któryś jest w niebie...”, tfu, to nie tak, to nie o modlitwie mam pisać lecz o książce.
„Malarzu nasz, któryś jest w niebie” Dariusza Kunickiego, to niesamowita powieść osadzona współcześnie, acz – co dodaje smaczku literackiego – w teraźniejszość wkracza odległa przeszłość. Obok żywych pojawiają się ci, co umarli wieki temu. Nawet sam czarnoskóry Jezus. To konglomerat postaci, świetnej konstrukcji fabuły i ciekawości, która od samego początku czytania trzyma w pętach i nie puszcza do ostatniej strony. Okazuje się bowiem, że Pan z Niebios Nasz Stworzyciel jest malarzem, a świat jest namalowanym obrazem. Choć uściślając, są to cztery obrazy tworzące spójną całość. Bóg jest malarzem, artystą, a nie rzemieślnikiem tworzącym Ziemię i stwarzającym ludzi, zwierzęta i przyrodę, na co poświęcił sześć dni. Jego obraz żyje. Ludzie się mnożą, wszystko jest w ruchu, wymyka się kontroli bożej. I choć to obraz idealny i poniekąd boski, to jednak jest to obraz. I choć Bóg jest Stwórcą ziemi i świata to jednak owym tworzywem jest pędzel i farby. Barwy, które mieszają się tworząc inne odcienia. Bóg w końcu dał nam życie, nam – ludziom, ale i wszystkiemu temu, co nas otacza.
Bóg – Malarz, jak się też okazuje, to portrecista, którego często imają się żarty. Na swoim płótnie czasem kpi z człowieka, czasem go przerysowuje, prowadzi nieznanymi nawet sobie ścieżkami życia i obserwuje jego trudy. Poddaje próbie ludzi, którzy rodzą się dzięki pędzlowi. Bo wszystko jest … namalowane. Świat jest malowidłem bożego narzędzia. Stworzyciel nie ślęczy, jak rzemieślnik nad trwałym budulcem. „Rzeźbienie jest wtórne do malowania. Bóg maluje rzeźbiarzy. A nie odwrotnie”.
Autor, Dariusz Kunicki na wzór Boga, ukazuje nam konwencję rzeczywistości będącą przeinaczeniem prawdy biblijnej, w którą wierzymy. Oto czasy współczesne, Adam i Ewa śmiertelnicy oraz Antichristos i Samael, śmierć, to materie przenikające przez ściany. I wszyscy spotykają się na ziemi, bo całkiem nie umarli. Po śmierci Bóg oczyścił im dusze, które wcześniej oczyścił, zesłał na nich ogrom nieszczęść i cierpienia i przeniósł na kolejne płótno, które zaczynał malować. Teraz rodzą się, jak ludzie. Z matki i ojca.
Jednak...na hojność Boga trzeba sobie zasłużyć. Czym? Droga do każdego Boga wybrukowana jest modlitwą, pokorą i wiarą. W „Malarzu...” jest podobnie, ale, co zaskakujące, owa droga będzie długa jeśli zostanie odgadnięta tajemnica istoty życia.
Autor bawi się biblijnymi postaciami, faktami spisanymi przez ewangelistów i życiem, a raczej jego sensem. Czytasz, a w tobie kumuluje się coraz więcej pytań – dlaczego Bóg stworzył świat i ludzi? Czy Adam i Ewa mieli w raju drzewo poznania Dobra i Zła? Co jest sensem życia każdego człowieka? Jaki jest wspólny mianownik? Jedno słowo?
I co to jest dusza?
Pytania, wiele pytań, ale – wedle słów bożych – tylko wytrwali poznają prawdę. Czytaj do końca, a będzie ci dane na owe pytania uzyskać odpowiedzi. Dariusz Kunicki do końca wodzi za czytelniczy nos. Żongluje wątkami, rzuca czasem na manowce, lecz to tylko pozory. W „malarzu... „ wszystko ma znaczenie, wszystko jest istotne, a to, co wydawało się poboczne w finale powieści powraca do fabuły, by znaleźć się na płótnie artysty.
„Malarz...” zmusza do zadumy, skupienia i powolnej kontemplacji. To boska uczta czytelnicza.
#AgaKUSIczyta
#alternatywne
„Ojcze nasz, któryś jest w niebie...”, tfu, to nie tak, to nie o modlitwie mam pisać lecz o książce.
„Malarzu nasz, któryś jest w niebie” Dariusza Kunickiego, to niesamowita powieść osadzona współcześnie, acz – co dodaje smaczku literackiego – w teraźniejszość wkracza odległa przeszłość. Obok żywych pojawiają się ci, co umarli wieki temu. Nawet sam czarnoskóry Jezus. To...
2022-08-22
Jak znaleźć własną drogę w życiu? Gdyby to było łatwe, nikt z nas specjalnie nie głowiłby się nad tym, nie zastanawiał, nie poświęcał temu dylematowi nawet dłuższej chwili. Ot, „coś się wybierze” kierując się sentencją, że „kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje”. I każdy ma rację, w pewnym stopniu, jednak warto stanąć i zastanowić się nad właściwym wyborem i drogi i przyszłości. Do tego nakłania Krzysztof Stanio, autor książki „Aktor też człowiek”, w której to zarówno doradza innym, jak i sam siebie oczyszcza i analizuje. Pisząc szuka sensu i głębi zawodu, jakim się para od lat. Wnika w aktorstwo, w aktora i w scenę. Wnika w deski, na których ujawnia się cała prawda o sobie, jako aktorze i jako człowieku. Dochodzi do skrupulatnej analizy wnętrza, ducha i głowy. I wszystko musi być spójne, bo tylko ta harmonia gwarantuje sukces.
Aktor, zawód niby, jak każdy inny, choć – jak wynika ze słów autora, ten jest nader wymagający. Będąc na scenie, wcielając się w daną rolę, w człowieku zachodzi transformacja. Jakieś powolne wejście w buty kogoś, kogo się odgrywa. Rola – dumnie brzmi. Rola – najtrudniejsze słowo w sztuce teatralnej. Ta bowiem wymaga od siebie czegoś na miarę anatomicznej analizy, narzuca pewne wytyczne, ma pewne potrzeby. W rolę trzeba wejść, jak to często mawiają aktorzy. Najwięcej o granych rolach oraz o zawodzie aktora dowiadujemy się z licznych wywiadów, jakie możemy znaleźć w prasie, czy usłyszeć w telewizji. I, jak zaobserwujemy, inaczej funkcjonuje aktor teatralny, inaczej filmowy. Choć zawsze jest wspólny mianownik, by rola była autentyczna, aktor też musi taki być. Widzowie wyłapią kłamstwo. Zauważą niespójność, niedopasowanie, czy wręcz parodię granej postaci, czego nie ma w scenariuszu.
Jednak, co zaskakuje, a co nie powinno w końcu dziwić, aktor musi być w zgodzie z samym sobą. To on dokonuje pierwszej oceny odtwarzanej postaci, po nim dopiero robi to widz. Widz jest najlepszym recenzentem. To na jego ocenie aktorowi zależy, na jego współodczuciu, jego emocjach i myślach.
„Aktor też człowiek” to książka hybrydowa. Łączy w sobie zarówno poradnik, jak i podręcznik psychologii. Czytając oryginalny tekst dostajemy stricte poradnik dla aktora. Coś z gatunku – Chcesz być świetnym w tym co robisz, przeczytaj i zastosuj. Ale, musi być zawsze ale dla dodania smaczku. Jeśli zastosujesz trik i wykreślisz z tekstu słowo aktor, otrzymasz personalną książkę z działu psychologii, która pomoże ci w wyborze tego, co właściwe. I to wcale nie musi być aktorstwo, to nie muszą być sceny teatralne.
Jednak przyznam szczerze, że takie publikacje giną w natłoku wielu sobie podobnych. Teksty w nich zawarte nie interesują odbiorców w jakiejś szczególnej mierze. Aktor – każdy się sobą chwali i szczyci z (dodam) własnych osiągnięć. Każdy z nich pisze i mówi o tym zawodzie, jak o jakimś ni to powołaniu, ni mozolnej, arcytrudnej pracy. Pracy nie dla każdego. Bo psychicznie dużo kosztuje wchodzenie w rolę, a potem z niej wychodzenie. I ile to wyrzeczeń w życiu prywatnym pociąga za sobą ów zawód. Wniosek – praca dla wybranych, jedynych w swoim rodzaju... Ja takich samochwał mam czasem dość. Odnoszę wrażenie, że kto, jak kto, ale aktor to prawie Achilles naszych czasów, z którym mało kto się liczy, a powinien. Że to osoba na swój specyficzny sposób wyjątkowa, dlatego i prywatnie... pompatyczna i z zawyżonym bardzo poczuciem własnej wartości. Takie mam wrażenie po każdym wywiadzie w prasie, po każdej takiej publikacji. Tu niestety to wrażenie nadal u mnie trwa.
Krzysztof Stanio pisząc „Aktora...” dokonał własnej analizy wykonywanego zawodu. Czegoś na wzór Rachunku Sumienia. Znalazł moment, od którego wszystko się zaczęło, i który wyznaczył dalszą drogę. Pisze o uczuciach, emocjach, wzlotach i upadkach. Pisze o obserwacji otoczenia, siebie i innych. Porównuje się dla aspiracji, narzuca pewne ramy.
Ta książka może pomóc każdemu.
@wydawnictwopsychoskok
#agaKUSIczyta
Jak znaleźć własną drogę w życiu? Gdyby to było łatwe, nikt z nas specjalnie nie głowiłby się nad tym, nie zastanawiał, nie poświęcał temu dylematowi nawet dłuższej chwili. Ot, „coś się wybierze” kierując się sentencją, że „kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje”. I każdy ma rację, w pewnym stopniu, jednak warto stanąć i zastanowić się nad właściwym wyborem i drogi i...
więcej mniej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to
Mało jest książek, które lokują się w umyśle i znajdują swoje miejsce, jak obraz na ścianie. Obraz, który wieszasz i jak na początku nie mogłeś się do niego przyzwyczaić, tak nagle łapiesz się na tym, że zerkasz co jaki czas na niego i sam się sobie dziwisz, że wcześniej go tu nie było, choć powinien. Tak jest z „Wrocławską Madonną”, dziełem, które w dziwnych okolicznościach zaginęło zostawiając po sobie idealny falsyfikat. Czytasz tę powieść i czujesz piękno dzieła, które trzeba odnaleźć. Przesiąkasz sztuką, która zaczyna wyostrzać ci smak i poczucie estetyki. Jesteś na tropie perły, która ma wartość sama w sobie.
Jolanta Maria Kaleta wzięła na warsztat literacki autentyczny fakt zniknięcia z kaplicy arcybiskupa wrocławskiego renesansowego obrazu Łukasza Cranacha Starszego, Madonna pod jodłami, który powszechnie zwano Wrocławską Madonną. Ten punkt w historii Polski stał się zapalnikiem twórczym. Ten moment zatrzymała w książce Pani Kaleta, przed którą chylę głowę. To, czego dokonała łącząc fikcję z wyobraźnią i historią z kart, osiągnęło laur. „Wrocławska Madonna” magnetyzuje i fabułą i poruszanymi wątkami. To odważna powieść, która zasługuje na kontemplację, na czas i na swoje miejsce w dłoniach. To wielowymiarowa książka, która śmiało wkracza na różne płaszczyzny, a te przenikając się tworzą nowe drogi i nadają nowe kierunki wszystkiemu temu, co powinno być inne.
Jest późna jesień 1970 roku, gdy wrocławski historyk sztuki, Marek Wolski, dotąd kawaler lekkoduch acz profesjonalista w dziedzinie historii sztuki, dostaje intratną propozycję. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ot okazja do zarobku i ekstra zajęcie, gdyby nie fakt, że oferta dotyczy i Kościoła i dzieła, które praktycznie spisano na straty. Wolski w sutannie wyrusza na zachód. Jako fałszywy ksiądz staje się kameleonem, który próbuje – no właśnie, czego? Próbuje zaspokoić i kler, i siebie i swoje ciało. Próbuje być też świetnym aktorem, który wciela się w rolę dotąd mu nieznaną. I choć jego urok osobisty oraz inteligencja idą w parze, to jednak potrzeby ciała i jego reakcje w zaciszu hotelowego pokoju pozostawiają wiele do życzenia.
Zachód ma uszy. Ma swoich ludzi, którzy nigdy nie śpią. Ma swoje służby, którym nigdy nic nie przejdzie koło nosa niezauważone. Na celowniku staje Polski Kościół, dzieło Cranacha i cywil, Marek Wolski – pionek w czarnej sukience krępującej kolana. Gra toczy się o wysoką stawkę, a akcja nabiera tempa. Każde słowo ma znaczenie, każde spojrzenie oczu zostaje przechwycone, a każdy krok zarejestrowany. Wolski igra z życiem choć nie ma o tym pojęcia. Podobnie Bednarski, wysoko postawiony hierarcha duchowny. Jednak wraz z czytaniem uzmysławiasz sobie, że owo ryzyko śmierci zacieśnia się także wokół dwóch rabusiów, którzy włamaniami dorabiają się luksusów. Ciekawe? I to jak, dlatego lepiej na tym poprzestanę, by nie zdradzić zbyt wiele. Madonna pod jodłami zasługuje na ciszę i na wyjątkową ucztę literacką, do której zaprasza Jolanta Maria Kaleta.
We „Wrocławskiej Madonnie” porywa świat oszust, malarstwa i intryg. Porywa ludzka obłuda i bezwzględność. W tej powieści zachwiana zostaje wiara w praworządność, choć ta powinna być katolicko wręcz stabilna, jak filary kościoła. Autorka nie boi się poruszać różnych, czasem nawet wrażliwych tematów. Odważnie wchodzi do kościelnych zakrystii, do kawalerek w bloku, czy szynków oferujących wysmażone schabowe wraz z butelką wódki i ogórkami konserwowymi. Nie boi się zapukać do pokoju hotelowego i patrzeć na nieudolnie noszoną koloratkę tego, który do niej w ogóle nie pasuje.
We „Wrocławskiej Madonnie” przesiąkasz wachlarzem emocji. Oddychasz pięknem sztuki, kurzem nieodkurzanych archiwów, jak i mroźnym, nocnym powietrzem. Ta powieść wymyka się zmysłom i to stanowi jej wielką, nieoszacowaną wartość.
#agaKUSIczyta
Mało jest książek, które lokują się w umyśle i znajdują swoje miejsce, jak obraz na ścianie. Obraz, który wieszasz i jak na początku nie mogłeś się do niego przyzwyczaić, tak nagle łapiesz się na tym, że zerkasz co jaki czas na niego i sam się sobie dziwisz, że wcześniej go tu nie było, choć powinien. Tak jest z „Wrocławską Madonną”, dziełem, które w dziwnych...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to