rozwińzwiń

Którędy szedł anioł

Okładka książki Którędy szedł anioł autorstwa Jan Balabán
Okładka książki Którędy szedł anioł autorstwa Jan Balabán
Jan Balabán Wydawnictwo: Afera literatura piękna
240 str. 4 godz. 0 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Kudy šel anděl
Data wydania:
2015-10-22
Data 1. wyd. pol.:
2015-10-22
Liczba stron:
240
Czas czytania
4 godz. 0 min.
Język:
polski
ISBN:
9788393771196
Tłumacz:
Olga Czernikow
Martin Vrána dorasta na ostrawskim blokowisku w ponurych czasach realnego socjalizmu, nowa rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych okazuje się jednak niewiele radośniejsza...

"Kto nam kazał tu żyć? Tu, wśród krzaków, których ogołocone gałęzie przyodziały się teraz w strzępy plastikowych worków. Tu, gdzie płaty żelaza kruszą się od rdzy, gdzie żelazo jest zmęczone, barierka wygięta, szyny puste, domy zamknięte, okna mętne i brudne od nieprzyjaznych spojrzeń i ciągłego gapienia się na niskie niebo, z którego sączy się paskudna marcowa mżawka."

Martina i innych bohaterów książki Którędy szedł anioł spotykamy w przełomowych dla nich momentach, kiedy wszystko, na czym opierali swoje dotychczasowe życie, nagle zostaje podane w wątpliwość.

Bohaterowie powieści, zwyczajni ludzie, nierzadko ciężko doświadczeni przez los, zabierają nas w świat pełen surowego piękna, melancholijnych i ciemnych, jakby wiecznie przyprószonych sadzą obrazów górniczego miasta. Świat przerażający i pusty, a jednak – zdaje się mówić Balabán – stworzony po to, by się w nim zadomowić. Mimo wszystko.
Średnia ocen
6,8 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Którędy szedł anioł w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Którędy szedł anioł i



1959
431
182

Opinia społeczności książki Którędy szedł aniołi



Książki 1539 Opinie 921

Oceny książki Którędy szedł anioł

Średnia ocen
6,8 / 10
100 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Którędy szedł anioł

avatar
113
72

Na półkach:

Książka w porządku, ale akcja trochę się rozwleka. Moim zdaniem, nic specjalnego, ale też nie jest zła.

Książka w porządku, ale akcja trochę się rozwleka. Moim zdaniem, nic specjalnego, ale też nie jest zła.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
220
219

Na półkach:

#literaturaosiedlowa ma się dobrze. zaryzykowałem to stwierdzenie, bo tym razem akcja dzieje się w Czechach, na ostrawskim osiedlu pośród hut i kopalń. bohaterowie przedstawieni przez autora żyją w szarej, burej i ponurej rzeczywistości zarówno współczesnej jak i tej dzikiej z lat dziewięćdziesiątych. ich codzienny byt w tym czarnym od smoły i pyłu węglowego mieście wydaje się nie mieć szans na poprawę.
_______
to niewątpliwie #książka o miłości. przynajmniej ja ją tak zinterpretowałem. anioł chodzi ulicami miasta, wystarczy go spotkać by być szczęśliwym. no właśnie, wystarczy go spotkać.
_______
bardzo podobały mi się industrialne fragmenty tekstu, które muszą pochodzić z jakiś biograficznych bądź podsłuchanych historii. np. "... Pracowała wtedy jako robotnica pomocnicza w zakładzie wzbogacania miału, gdzie brygadzista zwracał się do swoich podwładnych per "wy pizdy", a brud przenikał dosłownie wszędzie, nawet przez ubrania -  także do miejsc intymnych. Kiedy po zmianie trzysta kobiet rozbierało się do naga we wspólnej szatni, wyglądało to tak, jakby zebrał się tam tłum jakiś nieludzkich stworzeń, upstrzonych węglowymi cieniami po wewnętrznych stronach ud i pod piersiami. Niektóre miały menstruację, krew ciekła im po nogach, a one nic - popalały papierosy i opowiadały sprośne dowcipy."
_______
#ksiazka napisana bardzo pięknym językiem i co z tego że jest smutna, melancholijna jak czeski serial "pustkowie". przeczytałem z przyjemnością i polecam!

#literaturaosiedlowa ma się dobrze. zaryzykowałem to stwierdzenie, bo tym razem akcja dzieje się w Czechach, na ostrawskim osiedlu pośród hut i kopalń. bohaterowie przedstawieni przez autora żyją w szarej, burej i ponurej rzeczywistości zarówno współczesnej jak i tej dzikiej z lat dziewięćdziesiątych. ich codzienny byt w tym czarnym od smoły i pyłu węglowego mieście wydaje...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
465
136

Na półkach:

Ach, jakie to było dobre!
Prawda lat 80tych , życie codzienne obdarte ze wszelkich złudzeń.
Rzecz się dzieje po czeskiej granicy, ale jakbym czytała naszą (polską) historię.

Niektóre fragmenty, szególnie odnoszące się do lat szkolnych, to wypisz wymaluj polskie realia... !

"Źli pedagodzy mają szczęście, że dzieci prędko uczą się spychać wspomnienia doznanych upokorzeń do najciemniejszych zakamarków swoich wnętrz. Nikt w dorosłym życiu nie wraca do szkoły, żeby sprać nauczycielkę pierwszej klasy za te wszystkie szramy, które zrobiła mu na duszy"...

Ach, jakie to było dobre!
Prawda lat 80tych , życie codzienne obdarte ze wszelkich złudzeń.
Rzecz się dzieje po czeskiej granicy, ale jakbym czytała naszą (polską) historię.

Niektóre fragmenty, szególnie odnoszące się do lat szkolnych, to wypisz wymaluj polskie realia... !

"Źli pedagodzy mają szczęście, że dzieci prędko uczą się spychać wspomnienia doznanych upokorzeń...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

336 użytkowników ma tytuł Którędy szedł anioł na półkach głównych
  • 208
  • 128
68 użytkowników ma tytuł Którędy szedł anioł na półkach dodatkowych
  • 44
  • 4
  • 4
  • 4
  • 3
  • 3
  • 3
  • 3

Tagi i tematy do książki Którędy szedł anioł

Inne książki autora

Okładka książki Zdrowych i wesołych... Jan Balabán, Daniela Fischerová, Eva Hauserová, Irena Obermannová, Iva Pekárková, Jaroslav Rudiš, Petr Šabach, Martin Šmaus, Michal Viewegh
Ocena 6,1
Zdrowych i wesołych... Jan Balabán, Daniela Fischerová, Eva Hauserová, Irena Obermannová, Iva Pekárková, Jaroslav Rudiš, Petr Šabach, Martin Šmaus, Michal Viewegh
Jan Balabán
Jan Balabán
Jan Balabán urodził się 29 stycznia 1961 w Šumperku. Kiedy miał rok jego rodzina przeniosła się do Ostrawy. Mój ojciec, lekarz został odesłany do pracy w szpitalu na Vítkovicach. Jako syn ewangelickiego proboszcza nie miał wyboru- musiał iść tam, gdzie go skierowano. Zawsze czekał, na posadę gdzie indziej, nigdy jednak jej nie dostał. Wychowałem się więc w blokowisku, na osiedlu Hrabůvka. Nie było tam ani jednego starego człowieka. Same młode rodziny z dziećmi, wszyscy z jednej fabryki. Kobiety i dzieci nie mówiły, że ich tatusiowie pracują w Vítkovicach, tylko na jedynce, dwójce, na trójce, tylko numery zakładu i oddziału. Dość twarde towarzystwo. Trzeba było nauczyć się postrzegać życie w jego brutalniejszej postaci, żeby jednak samemu nie popaść w grubiaństwo. Nigdy nie uważałem tych ciężko harujących, wyrwanych z własnych korzeni ludzi za jakichś prymitywów. W kopalnianych szybach była też kupa odwagi i szczególna wola życia, prawdziwego męstwa i przyjaźni, o jakich nawet nie śniło się ludziom wykonującym „bardziej szlachetne” zawody. Dorastając czułem się dobrze w knajpach pełnych robotników, górników, wytatuowanych pracowników nieetatowych, którzy, kiedy popatrzyłeś na nich, choćby nieświadomie, krzyczeli na ciebie: „Co się gapisz, ciulu?!” Świat krótkich historii, szybkich tragedii i komedii. W latach 1976-1980 Jan Balabán uczył się w najstarszym w Ostrawie liceum- Matiční gymnázium Ostrava. Tak wspomina go kolega z klasy, nauczyciel i poeta Jaroslav Žila: Po raz pierwszy zobaczyłem go na szkolnym korytarzu na początku roku szkolnego 1976/1977, stał na końcu korytarza przed klasą. Opierał się o parapet, dłuższe włosy w stylu młodego Micka Jaggera, delikatnie zadarta górna warga a na twarzy mieszanka głębokiej pogardy, zakłopotania i czujnej wrażliwości. (…) nie byliśmy wybitnymi uczniami, choć trzeba przyznać, że Balabán był trochę lepszy. Jakoś w drugiej albo trzeciej klasie zabrał się ostro do nauki angielskiego, chyba z powodu wujka, którego miał w Kanadzie, ale od początku interesował się literaturą. On był trochę bardziej bystry- ja natomiast na pewno silniejszy. On był z dysydenckiej rodziny z tradycjami protestanckich kaznodziei- ja z rodziny komunistycznej. On nosił importowane dżinsy i skórzaną kurtkę do pasa, na podszewce której była mapa Kanady! Ja chodziłem w materiałowych spodniach z kancikiem, w koszulach z tworzywa sztucznego i kamizelce z wełny. On czuł ogromny respekt względem ojca, ja bałem się matki. On chodził z teczką pełną książek, ja nosiłem w siatce gumową piłkę do nogi. On był wychowany w środowisku miejskich intelektualistów, ja byłem z rodziny wiejskiej. On miał w sobie ciąg kaznodziei- pokazywać ludziom drogę, ja po dwutygodniowym eksperymencie, kiedy starałem się być miły, przyjazny i dobry doszedłem do wniosku, że to zbyt męczące. Wszystko było u nas na opak, wszystko jednemu w tym drugim zdawało się okropne, a mimo to szukaliśmy się nawzajem... Po maturze, w latach 1980-1985 autor studiował filologię czeską i angielską na Uniwersytecie w Ołomuńcu. Josef Jařab, jego wykładowca i promotor jego pracy magisterskiej wspomina: Pracę magisterską pisał dla mnie, ale głównie dla siebie, o satyrze społecznej w powieściach Kurta Vonneguta. Pamiętam, że praca ta była pełna oryginalnych przemyśleń, jak zresztą wszystkie prace czy eseje tego zawsze poważnego, niemal melancholijnego studenta. Decyzja Balabána o tym, żeby pisać wychodziła bezpośrednio z niego samego. Myślę, że po prostu nie potrafił nie pisać. Przejawiało się to już w jego latach uniwersyteckich. Działał w teatrze studenckim „Dokořán”, napisał i myślę, że też wyreżyserował wcale nie studencko- wesołą sztukę „W bagnie”, podczas koleżeńskich posiedzeń przy piwie podobno często wprowadzał ciężką atmosferę poruszając tematy, które już wtedy nosił w sobie... Tak wspomina studenta- Balabána jego przyjaciółka, krytyk literacki, Blanka Kostřícová: Świetny student- niemal jakby już wszystko już trochę wiedział, tylko dla uściślenia słuchał na wykładach a potem bez problemu zdawał egzaminy. Dyskutant, ironista, polemista siedzący przy popielniczkach na półpiętrze uczelnianych schodów. Palacz papierosów „Start”. Wróg ostentacyjności, pyszałkowatości, snobizmu, karierowiczów, pozerstwa, wszystkiego co sztuczne, fałszywe, krzywe i pokrętne. Jeszcze na studiach, w roku 1983 Jan Balabán ożenił się z koleżanką z klasy licealnej, Heleną. Ich małżeństwo trwało do roku 1998, w 1985 urodził im się syn Lukáš, w roku 1988 córka Marie. Przeżyłem brutalny krach małżeństwa. Długo próbowaliśmy je utrzymać. Po prostu nie byliśmy w stanie wyobrazić sobie końca naszego związku. Przeżyliśmy razem kruche czasy minionego reżimu, wspieraliśmy się nawzajem. Potem wszystko się zmieniło. Wiele par, które znam było budowanych właśnie z nastawieniem na te złe czasy. Kiedy taki związek się rozpada, boli a ludzie krzywdzą się dużo bardziej niż wtedy, kiedy już przed ślubem liczą się z możliwością rozwodu. Kiedy w przypadku, że nie wyjdzie, już wcześniej z zimną krwią podpisują intercyzę. Po skończeniu studiów zaczął pracę jako tłumacz techniczny w ostrawskiej hucie Vítkovice Steel, gdzie pracował przez 15 lat. Później tłumaczył głównie dla zakładu0 Mittal Steel. Zajmował się również przekładem literackim, przełożył na czeski amerykańskiego autora fantasy i opowieści grozy: H. P. Lovecrafta i brytyjskiego filozofa Terry'ego Eagletona. Nigdy nie żył z pisania. Ciągle nie wydaje mi się oczywistym fakt, że możemy wydawać książki i że ktoś je czyta. Przez trzydzieści lat żyłem w przekonaniu, że to nie jest i nie będzie możliwe. Cieszę się więc, kiedy ukazuje się moja książka a ludzie mogą z niej zabrać coś dla siebie. W życiu kulturalnym Ostrawy zaistniał w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, był współzałożycielem grupy artystycznej Přirození, współpracował z pismami literackimi Landek i Obrácená strana Měsíce. Obok literatury Jan Balabán był obecny w różnych dziedzinach sztuk plastycznych. Dużą rolę miał w tym jego starszy brat, malarz Daniel Balabán. Sam Jan intensywnie malował w dzieciństwie, potem pisał recenzje na temat malarstwa i otwierał wystawy. Malarka Hana Puchová wspomina: Honza często otwierał wystawy. Potrafił patrzyć na rzeczy, jakby widział je po raz pierwszy, potrafił powiedzieć dlaczego są ważne, w czym tkwi ich siła. Był najlepszym opowiadaczem, jakiego znałam. Malarz i rysownik, Miroslav Šnajdr wspomina: Częścią wernisażu była projekcja diapozytywów komiksu Rytíř čestné legie. Honza symultanicznie czytał teksty z pojedynczych części rysunkowej historyjki. Ale jak czytał! Jego głos, wzmocniony sprzętem nagłośnieniowym zupełnie zawładnął teatrem. Wyraźna dykcja, świetne frazowanie, urzekająca barwa głosu. A wszystko to w połączeniu z chłopięcymi rysunkami pilotów, samolotów i bitew powietrznych. Mój komiks ożył! Faceci na chłopięcych rysunkach krzyczeli głosem Honzy z euforii podczas zestrzału, wrzeszczeli ze strachu w momentach śmierci. Samoloty ryczały i huczały, serie z karabinów turkotały w całym pomieszczeniu. O roku 2007 pisał regularnie eseje do tygodnika Respekt, które cieszyły się w Czechach sporą popularnością. Martin M. Šimečka, pisarz i dziennikarz, były redaktor naczelny Repektu pisze: Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy zeszłego lata (wpadł do redakcji) i poszliśmy na piwo, patrzyłem na jego duże robotnicze ręce, które wyciągały z paczki jednego papierosa za drugim, obserwowałem jego żywą twarz i gesty pełne energii i powiedziałem mu, że wszystkim nam w redakcji bardzo podobają się jego teksty. To nieśmiałość kazała mi powiedzieć ten banał, zamiast tego, że jestem nieprzyzwoicie dumny z tego, że cztery lata temu zaproponowałem mu, żeby pisał dla Respektu, a on się zgodził. Bardzo ważną rolę w życiu Jana Balabána pełniła jego druga żona, dziennikarka Petra Sasínová. Zaprzyjaźniona z autorem Jitka Voglová mówi: Kochał swoje dzieci, rodziców, brata i kochał swoją żonę, Petrę- swoją muzę, znaną i zarazem nigdy do końca nie przeczytaną książkę. Miał potrzebę opowiadania o swoich bliskich, wspominania, analizowania tego,co razem przeżyli, jak podobało im się to czy co innego, co powiedzieli...- Od chwili, kiedy poznałem Petrę, - powiedział nam kiedyś w stanie, kiedy ludzie rzadko kłamią, - nigdy nie zapragnąłem innej kobiety. Nawet przez chwilę.- Wierzyliśmy mu. Mówił i pisał o niej z taką czułością... Jedną z nietypowych dla czeskiej literatury cech prozy Jana Balabána są częste odniesienia do chrześcijaństwa i wiary w ogóle. Sam był wierzący, wywodził się z rodziny ewangelickiej. Chodź nie pojawiam się zbyt często na gruncie kościelnym, właściwie bez przerwy zajmuję się kwestią wiary i religii.(...) Żyjemy w nienormalnej sytuacji, z której nie zdajemy sobie sprawy. Obojętność religijna, wręcz ignorancja jest uważana za normę, nawet wśród badaczy literatury, a jakakolwiek wzmianka o wierze budzi ich zakłopotanie lub potrzebę zaszufladkowania autora. Moja literatura nie jest i nie ma być odzwierciedleniem żadnego konkretnego światopoglądu. Interesuje mnie kompletna opowieść o człowieku, który jest lub ma możliwość stać się również istotą duchową. Już sam język jest przecież duchowym majątkiem. A wiara nie polega według mnie na przyzywaniu bóstw, ale na odnoszeniu się w swoim jestestwie do sensu życia i świata. Na pewno nie bawiło by mnie pisanie o świecie, w którego sens bym nie wierzył. Jan Balabán zmarł nagle w wieku 49 lat 23. 04. 2010, dokładnie w piątą rocznicę śmierci swojego ojca, o którym dzień wcześniej skończył pisać powieść. Przyczyną śmierci okazała się kardiomiopatia- przerośnięty mięsień sercowy. Jego córka Marie wspomina: Kiedy dowiedziałam się, że umarł tata, byłam w Brnie, gdzie studiuję. Pamiętam, że kilka minut po otrzymaniu tej wiadomości szłam pod górę ulicą Pekařską i dziwiłam się, że ludzie chodzą w górę i w dół, tramwaje jeżdżą i dzwonią jak zwykle. Jak to możliwe? Właśnie odszedł taki człowiek i nikomu to nie przeszkadza! Wszystko jeździ i działa jak gdyby nigdy nic! Wydawało mi się to niewiarygodne. Teraz sam tata wydaje mi się niewiarygodny, jakby był zbyt szczery jak na ten świat. Jakby nawet nie tu było jego miejsce, jakby tylko na chwilę zaszczycił nas swoją obecnością, tylko na chwilę przystanął w drodze, która jest w istocie dużo dłuższa. To dla mnie smutna, ale zarazem pełna nadziei myśl. Popularność Jana Balabána w Czechach znacznie wzrosła po jego nagłej śmierci. Powieść o ojcu, którą autor zakończył dzień przed własną śmiercią otrzymała nagrodę Magnesia Litera 2010 w kategorii Książka Roku, we wrześniu 2011 zbiór opowiadań Možná že odcházíme (Możliwe, że odchodzimy) został uznany za Książkę Dziesięciolecia.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Grandhotel. Powieść nad chmurami Jaroslav Rudiš
Grandhotel. Powieść nad chmurami
Jaroslav Rudiš
Uwierzcie, notka na okładce sugerująca, że będziemy mieć do czynienia z klimatem jak z Hrabala - nie jest żadnym nadużyciem! "Grandhotel" to wzruszająca, słodko-gorzka opowieść o nietuzinkowym człowieku w nietuzinkowym miejscu. "Jestem Fleischmanem do wszystkiego" - mówi o sobie trzydziestoletni bohater, który pozbawił się imienia, bo życie pozbawiło go wszystkiego innego. Fleischman bardzo kojarzył mi się z Forrestem Gumpem, z tym jego trochę naiwnym, dziecięcym spojrzeniem na świat, ze światem, który ma go za głupca. W wyniku splotu smutnych okoliczności bohater pracuje w Grandhotelu, miejscu między ziemią a niebem, ukrytym w chmurach, na punkcie których Fleischman ma obsesję. Zresztą nie tylko na punkcie chmur - obserwuje pogodę i ją zapisuje, bo to jedyny pewnik w jego życiu. Poza tym sprząta, pilnuje, podgląda, zbiera kuksańce dosłowne i metaforyczne. Widzi żywych i zmarłych, zaprzyjaźnia się z Franzem, który przekazuje mu mądrość życiową: "Człowiek musi skończyć tam, gdzie się urodził". Sporo tu dziwactwa i absurdu. Rozsypywanie prochów kolegów, listy do pogodynki, relacje damsko-męskie, niemożność opuszczenia miasta, codzienne robienie zdjęć... Tu jest trochę onirycznie, surrealistycznie, narracja się urywa, tajemnice odsłaniane są nagle i często chwytają wzruszeniem za gardło. Autor zręcznie wplata w opowieść trudną czesko-niemiecką historię, pokazuje bohaterów, którzy mają marzenia, ale z ich realizacją bywa różnie. Zakończenie powieści mnie wzruszyło i utwierdziło w przekonaniu, że literatura czeska naprawdę jest "moja".
ola_gratka - awatar ola_gratka
oceniła na78 miesięcy temu
Podróż na południe Michal Ajvaz
Podróż na południe
Michal Ajvaz
To się nazywa pulpowa fikcja. Sztuka opowiadania ma się dobrze – zdaje się tą książką mówić Autor, a skromny czytelnik może się tylko z nim zgodzić. Taki „Rękopis znaleziony w Saragossie” na miarę XXI wieku. Męczy mnie tylko pytanie, czy ta wspaniała postmodernistyczna zabawa stanowi sztukę dla sztuki, czy po prostu odzwierciedla naszą płynną nowoczesność... Główny wątek zaczyna się od pewnego morderstwa popełnionego w Pradze przez zabójcę przebranego za aktora przebranego za kantowską „Rzecz Samą w Sobie”. W pogoń za sprawcą rzucają się m.in. postacie symbolizujące „Formę Czystej Naoczności”, ”Apercepcję Transcendentalną”, „Materię Zmysłową” i inne najważniejsze pojęcia filozofa z Królewca (BTW: może naprawdę to miasto powinno być czeskie, zwłaszcza że swą nazwę zawdzięcza królowi na Hradzie Przemysłowi Ottokarowi II – dzielnemu krzyżowcowi w wyprawie Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego na jakże uciążliwych Prusów). I od tego zabójstwa zaczyna się szalona postmodernistyczna jazda, a konkretnie podroż na południe „śladami znaków”. Imponuje mnogość wątków i swoboda przemieszczania się między nimi. Konia z rzędem temu, który nie pogubi się nieco (ja gubiłem się „bardziej nieco”) w poszczególnych narracjach, wykazujących zapewne zamierzoną tendencję do oszołomienia czytelnika. Intencjonalne musiało być także i to, ze nie każda opowieść będzie w równym stopniu interesująca dla każdego czytającego. A czegoż to nie ma w tych „szkatułkowych” powieściach, gdzie popkulturowe klisze rywalizują z wyrafinowaną filozoficzną narracją. Mnie zadziwiły wywody na temat nigdy nieistniejącego narodu ligdyjskiego; „powieść pasożytnicza”; powieść w drucie na dnie morza utrwalona, która staje się obiektem muzealnym, a potem – palimpsestem, by na koniec paść ofiarą dżungli, która zarasta ruiny muzealnego budynku; węgierska „medytująca mrówka”; sugestywny obraz miasta Meksyk, święcące teksty Mirandoli w Morzu Czarnym, żelki, z których ”promieniowała cicha groza”, Ważne znaczenie dla rozwiązania zagadki ma łacińska nazwa krętogłowa, mojego ulubionego ptaka, którego niełatwo dostrzec, ale jeśli ktoś ma takie szczęście jak ja, to jeszcze udaje się go wiele razy z blisko sfotografować…. Ale najbardziej przemówiła do mnie narracja z „Opowieści przeora”. Tam zaś myśl/hipoteza/pewność (?),że my, ludzie – wraz z całą biomasą świata - jesteśmy jedynie rozproszonymi komórkami żądnego krwi potwora o rodowodzie kosmicznym, który czeka na przepoczwarzenie, pożarcie nas i wylot w kosmos. A jedyną szansą na unicestwienie tego monstrum byłoby - cóż, przyjmijmy tę hiobową wieść z właściwą godnością – zbiorowe samobójstwo ludzkości, połączone z całkowitym zniszczeniem wszystkiego, co żyje na Ziemi. Gdyby zachował się choć jeden żywy organizm, oznaczałoby to jedynie odsuniecie narodzin monstrum na te marne kilka miliardów lat. Podróż dwójki bohaterów na południe to oczywiście figura podroży po prawdę, którą w końcu poznają – ale tylko o sprawcach dwóch zabójstw, nie o sobie. Sens tego epistemologicznego przedsięwzięcia podważa Autor, gdy z przekorą pisze, mrugając na boku do czytelnika: „Jedyną rzeczą, która zostanie, będzie banalne rozwiązanie pewnej detektywistycznej zagadki”, by natychmiast dodać: „A może podroż miała jeden rdzeń, ale tym rdzeniem była tylko pustka, a padające na rzeczy światło było cichym światłem pustki, blaskiem nicości”. PS Książka mogłaby jednak być krótsza o te powiedzmy 1/5, na czym jeszcze bardziej by tylko zyskała (dlatego 7/10). Chyba że pewne przemęczenie czytelnika znów było kolejnym postmodernistycznym zamiarem Ajvaza… …. I jeszcze cytaty, które wyrwane z licznych kontekstów niewiele pewnie powiedzą, ale być może zachęcą. …Apercepcja Transcendentalna potknęła się o wielką mutrę sterczącą z szyny i biadoliła, ze zwichnęła nogę w kostce, Formy Czystej Naoczności starały się udzielić jej pomocy, podczas gdy Materia Zmysłowa radziła policjantom, co powinni zrobić i bardzo ich tym irytowała. Dziewczyna z grupy kategorii Czystej Naoczności pobiegła ku jasnej plamie, rysującej się w ciemnej gęstwinie, i wróciła z kostiumem Rzecz Samej w Sobie, który uciekając, morderca tutaj najwyraźniej porzucił... …Wiele razy przekonałem się, że turysta, który za granicą natyka się na rodaka, uważa za swoje prawo, a nawet obowiązek, nawiązać z nim rozmowę i naprzykrzać mu się nieprzerwanym mówieniem o najnudniejszych kwestiach. Dlatego zawsze, kiedy w obcym kraju słyszałem czeskie słowa, natychmiast przedsiębrałem środki mające uniemożliwić rozpoznanie, skąd przyjechałem… …Tydzień po maturze zobaczył na pętli tramwajowej ogłoszenie mówiące, że Przedsiębiorstwo Komunikacyjne przyjmie dyspozytora ruchu, podniósł głowę i kiedy ujrzał oszkloną wieżyczkę, powiedział sobie, że tam mógłby mieć spokój, jedyną rzecz, której pragnął... …Czytał, co się da, chociaż wszystkie słowa w książkach zgasły i leżały teraz na stronach jak martwe owady… …Uświadomił sobie, że nie ma u siebie w domu książki, która by bez wyboru opisywała wszystko, co napotyka spojrzenie. …Mówił sobie, że tajemnica niedorostków nie musi być zawsze gorsza od tajemnicy ludzi dojrzałych i mądrych… …Na seminarium wbijały się w niego, z wyjątkiem oczu Rity, wyłącznie oczy wypełnione po brzegi nienawiścią. (…) Nie uciekał przed złymi spojrzeniami, patrzył na gromadę twarzy ściśniętych śmiertelną nienawiścią i czuł osobliwą rozkosz, nauczył się z przyjemnością kąpać w wyziewach obłędu i nienawiści… …Wiedział, że dla kobiety mężczyzna zdolny jest popełniać o wiele większe głupstwa niż udział w demonstracjach domagających się praw dla nieistniejącego ludu… …Cisza pustki pełna jest słów, zdań, opowieści (…) Pustka była tym, co na świecie najpełniejsze… …Uświadomiłem sobie, że najszczęśliwszymi chwilami w moim życiu były poranki w obcych miastach… …Pośród bogatych wdów z obu Ameryk modne stało się kupowanie kopii męża po jego śmierci (często w postaci z młodych lat); zdarzały się przypadki, w których kopia dostarczana była jeszcze zanim małżonek zdążył wyzionąć ducha, niekiedy więc po powrocie z pogrzebu na wdowę czekał koło kominka nowo narodzony i odmłodniały mąż ze szklaneczką sherry w reku… …Zauważyli, że ku głowie Miguela pochyla się nie tylko wiele szepczących ust, ale także sporo uważnie słuchających uszu… …Dla mnie zawsze odpychające były wszelkie książki obiecujące magię i tajemnicę, a ostatecznie za wszystkimi zagadkowymi portierami i parawanami pokazujące jaskrawo przybrany banał… …Musiała przez dwie godziny oglądać amerykański thriller, którego twórcy nawet nie próbowali przedstawić swego dzieła jako sztuki… ....Niektórym wojnom mądrzej jest pozwalać przez całe życie jedynie tlić się, zostawiać je niewygrane ani nieprzegrane… …Obaj nie przestali być nikim aż do śmierci… …Też myślałam, że wydarzenia muszą mieć koniec. Ale to bzdura. Nic nigdy się nie zamyka, koniec to tylko nasza iluzja… ...Czy jego uśmiech jest uśmiechem przebiegłego intryganta, czy nic niepojmującego głupca…?
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na73 lata temu
Palinka. Prozy z Banatu Matěj Hořava
Palinka. Prozy z Banatu
Matěj Hořava
Matej Horava, Czech z Moraw, przebywając w rumuńskim Banacie tęskni, choć na to wygnanie skazał się sam. Pejzaże wzgórz Banatu, tak różne od łagodności jego ojczystej ziemi, prowokują do wspominania, nasuwają raz za razem obrazy z przeszłości. Autor nawet umyślnie ich nie szuka, jest od tego bardzo daleki, to one go znajdują i nagle zjawiają się jak nieproszone, a wraz z nimi nostalgia, wyraźnie przez nas wyczuwana. Opowiadania w tym zbiorze są niedługie, niektóre króciuteńkie jak mgnienie oka, ot, impresyjki, łaskoczące przez chwilę powiekę zanim umkną znów, spłoszone przypadkowym dźwiękiem. Wczoraj i dzisiaj spotykają się wpół drogi i okazuje się, że wiele je łączy i do siebie przywołuje. Nic tu nie jest statyczne, niemrawe, wprost przeciwnie, zarówno obserwowane na bieżąco zjawiska, obiekty, osoby, jak i te przywoływane wspomnienia żyją, oddziałują, będąc w ciągłym ruchu. O części z nich można rzec: gwałtowne, nieposkromione, jak ogień i jego wzlatujące w górę iskry, czy te z rozpalanych w dzieciństwie ognisk, czy dającego obecnie ciepło i poczucie przytulności pieca, albo z płonących gwałtownie zboczy, które są jak „ocean płomieni przetaczający się po grzbietach wzgórz, celowo rozniecony przez ludzi, a jednak nie do opanowania…” A ile wokół barw, wręcz feeria kolorów, nie dająca odpocząć oczom, tworząca impresjonistyczne złudzenie przenikania plam, nakładania się na siebie fal świetlnych, które rzutują nie tylko na jeden zmysł wzroku, ale na wszystkie zmysły, wprawiając je w pomieszanie. Jak to jest z tymi migawkami z dzieciństwa, że pojawiają się z wszystkimi ulotnościami, znów pachną, brzmią, barwią się zupełnie jak niegdyś, w każdym szczególe. „Jesień, wiatr, pamięć, altanka, której pewnie od dawna nie ma; liście, które uległy rozkładowi, a przecież nigdy nie zginą; moje ręce maleją: dłonie są coraz mniejsze na tle czerwonego jaworowego liścia; a wiatr słucha, wiatr mnie słucha, wichrzy liście na moim zboczu: dawne liście z północy Czech, pochłonięte przez dzisiejszy banacki wiatr…” Autor nie tylko przywołuje obrazy, on na chwilę znów staje się tamtym małym chłopcem z płonącymi jesienną czerwienią liśćmi jawora w drobnych dłoniach. Rumuńska wieś, czeska wieś, tak inne przecież, ale obie odmalowane sensualnie, zmysłowo. To zasługa pióra autora, ale przecież oddaje on to, co go zachwyciło, co zostawiło odciśnięty ślad, który nie tylko nie wyblakł po latach, ale odżył z dawną mocą, jakby tylko wybudził się z chwilowego snu. Gdy autor opisuje dojrzewanie śliwek w sadzie, to widzimy i czujemy ich wzrastanie, formowanie się wokół pestki, pęcznienie i słodycz wypływającego śliwkowego soku, słyszymy jak lekko uderzają o ziemię, zrzucone z gałęzi mocniejszym podmuchem. Nic, tylko schylić się i skosztować. W tej prozie jest poezja. Śliwki dobre na palinkę, palinka znakomita na tęskne wspominanie, a także na rozmowy z ludźmi i z samym sobą. I autor pisze: „Pokażą się gwiazdy; nadejdzie górski, wrześniowy chłód: będę siedział, może zapadnę w lekki sen; będę śnił; i będę pił palinkę…” Zapewne z tej pięknej prozy każdy wyciągnie parę smaczków tylko dla siebie, a więc ockną się z leniwego letargu kolejne powidoki, lekko zamglone przez czas, nasze własne. Wszyscy wszak byliśmy kiedyś dzieciakami ganiającymi po wiejskich łąkach, wdeptującymi z krzykiem w krowie placki i podkradającymi kurom jajka. Przynajmniej ci z nas, którzy mieli jeszcze okazję widzieć prawdziwą wieś. Żarliwa, poetycka, empatyczna proza z Banatu wgryzła się we mnie, a ja poddałam się jej bez reszty. Jest w niej coś przyciągającego, jakaś prawda najgłębsza z najbardziej wewnętrznego miejsca w sercu wyciągnięta i tam też trafiająca. Opisując naturę, chwyta jej esencję, mówiąc o człowieku, przegląda go na wskroś, znajdując to, co ważne, nawet jeśli trzeba sięgnąć głębiej. Czy to staruszki, matka i córka, nie do odróżnienia, czy też rodzina Wojnerów – „złote zęby w ustach, wychudłe, zniszczone twarze, niemal identyczne twarze; zawsze mnie zadziwiało, z jaką siłą rysy poprzednich generacji przenoszą się tu na kolejne pokolenie, modelując je precyzyjnie i nieodwołalnie na własne podobieństwo (…)” Autor lubi nawiasy, średniki i dwukropki. Początkowo to dziwi, później widzimy, że ma swoje uzasadnienie nie tylko w „widzimisię” autora. To złudzenie, jakby jedno zjawisko pociągało następne, połączone z nim, a zarazem rozszerzające o jeszcze więcej sensów, znaków. Z przecinkami, czy wręcz kropkami, rozdzielającymi tekst na pojedyncze zdania, zgubiłby on swój naturalny, jedyny odpowiedni rytm. Okazuje się, że w różnych rejonach świata można poczuć się całkiem swojsko: te same bzy i akacje, stada owiec na zboczach, jesienna, lekko stęchła wilgoć, dźwięk harmonijki o kolorowych klawiszach… Ujęło mnie bardzo wyczulenie autora na szczegół, nawet drobniutki. Któż potrafi jeszcze tyle niuansów wydobyć z głosów niosących się po podwórku sąsiada, albo z twarzy okolicznych ludzi? Najpierw przeanalizować ich wyjątkowość, aby pod koniec uogólnić, wprowadzić pod wspólny mianownik. Dzięki tym podobieństwom nie tak łatwo uciec przed tym, o czym chce się zapomnieć. W najmniej spodziewanym momencie, wystarczy niewielki bodziec wywołujący i na człowieka spada cała jego przeszłość, choć przecież wcale tego nie pragnie. Zamknąwszy „Palinkę” ma się wrażenie, że autor w pełni świadomie odsłonił przed czytelnikami to, co dla niego najważniejsze, najintymniejsze. Pozwolił nam się poznać, zawierzył szczerze swoje myśli, obnażył cały smutek samotności i beznadziejność ucieczki, spotęgowane jeszcze przez surowe banackie warunki i dystans, jaki zwykli utrzymywać mieszkańcy. Możliwe, że uczynił tak z pragnienia podzielenia się z kimś ciężarem, by ten choć trochę zelżał, być może chciał dodać nam otuchy, poczucia, że jeśli mamy podobnie, to nie jesteśmy jedyni. Mam nadzieję, że stojąc tam, „pod rozłożystą morwą (…) na rozdeptanych morwach…”, wiedząc że jego słowa poszły w świat, między ludzi, podniesie jednak głowę, a może nawet prześle lekki uśmiech – nie jest tak źle, zderzyliśmy się z własnym życiem, a teraz idziemy dalej. Książkę przeczytałam dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na92 lata temu
Lord Mord Miloš Urban
Lord Mord
Miloš Urban
Książka, którą trudno zdefiniować. Niby kryminał retro, z elementami czarnego humoru i lekkimi wstawkami z zakresu erotyki, trochę powieść sensacyjna z tajnymi służbami. W tle rozgrywają się dwa ważne wydarzenia dla naszych południowych sąsiadów. Pierwsze to tzw. „asenizacja” Josefova, czyli dawnej praskiej dzielnicy żydowskiej, tu niezbyt pochlebnie przedstawiona. Drugie to ustawa językowa, zrównująca w Czechach język czeski z niemieckim, która przyczyniła się do upadku rządu cesarstwa habsburskiego, na czele którego stał nasz rodak, hrabia Kazimierz Badeni, raz wymieniony z nazwiska. Czesi są mu za to do dziś wdzięczni, ma nawet swoją ulicę w Pradze, nasi historycy rzadko się nim zajmują. Dzięki temu możemy łatwo datować czas akcji. W tych okolicznościach rozgrywa się akcja, w której niejako mieszają się dwa tropy. Pierwszy to morderstwa prostytutek i służących na terenie Josefova, wiązane z jakoby znaną z żydowskich legend postacią Mięska alias Kleinfleischa, zaś drugi to próby wtargnięcia austriackiej tajnej policji w szeregi czeskich konspiratorów narodowo-wyzwoleńczych. Oba nurty łączą postacie hrabiów Arco, tradycyjnie noszących na pierwsze imię Karol (Karel, Karl),zwracających się zatem do siebie drugim – tu Adi (od Adama) i Mani (od Emanuela). Pierwszy z nich to narrator, ale poza pochodzeniem i więzami rodzinnymi wiele ich łączy. Suchoty (powszechne wówczas),zwyczaj częstego korzystania z lokalnych domów publicznych oraz namiętność do pewnego heroicznego leku. Akcja rozwija się powoli i naprawdę trudno się wciągnąć przez większość książki. Tym bardziej, że pewne motywy ciągle się powtarzają, zaś fabuła wygląda tak, jakby autor nie potrafiłby się zdecydować, czy pisze kryminał czy powieść historyczną bądź sensacyjną. W końcówce przyśpiesza, by finalnie podać wszystko na talerzu. Tyle, że wcale nie jest smacznie, ani niesmacznie. Książka bardzo poprawna, ale nie zachęca do poznania innych dzieł autora,gdyby były przetłumaczone na polski. Oczekiwanego humoru niewiele, zwrotów akcji też, ale na plus należy zapisać Milosovi Urbanowi, że każda z postaci ma tam coś za uszami, a co za tym idzie, jak to u Czechów, wszyscy są bardzo ludzcy.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na62 lata temu
Skoruń Maciej Płaza
Skoruń
Maciej Płaza
„Ja – skoruń, chodząca lewizna, próżniak, matołek”. Tak widział się syn wyrosły „między dwoma zwichrowanymi drzewami”. Ojcem – zwykłym wieśniakiem, sołtysem, sadownikiem, ateistą, nauczycielem majster-klepką o twardych, szybkich rękach i duszy buntownika a matką - byłą pielęgniarką, pobożną i zasadniczą kobietą. Oboje nie wyobrażali sobie życia „gdzie indziej niż tu, w zakolu Wisły, na jabłkowych wzgórzach, z których widać Wierzbiniec, gminne miasteczko o czerwonych dachach”. Ojcowiźnie gospodarza obejścia. Wybrali miejsce, ale nie czas. Lata 80. ubiegłego wieku pełne marnoty według ojca, bo „gdzie nie popatrzysz, tam marnie, i to marnota naprawdę najmarniejsza z marnych, koślawa, śmierdząca: sklepy puste, wszystko na kartki, głupiego »malucha« dostać trudno, nie mówiąc o ciągniku”. W wiecznej kłótni z rodzonym bratem, których konflikt przenosił się na jakość życia wszystkich wokół. Tajemnice rodzinne te podziały pogłębiały. Spojrzenie jego trzynastoletniego syna, tytułowego skorunia, obserwującego relacje dorosłych i zmaganie się bliskich z życiem, który próbował je na swój nastoletni sposób rozwikłać, by wpasować się w nie i znaleźć wśród nich własne miejsce, to nie tylko lekcje życia w jego dojrzewaniu czy retrospekcje dziejów rodziny pozwalające zrozumieć postawy ojca, stryja i matki. To również przepiękna, choć bolesna opowieść o emocjach. Autor niezwykle czule opowiadał o brutalizmie życia nieustannie zaskakującego niewiadomymi, z którymi trzeba było sobie radzić. Dokonywać piekielnie trudnych wyborów, licząc się z ich dotkliwymi skutkami. Łagodnie przekonywał o bezkompromisowej naturze jego nurtu nie do końca tylko pięknym, pomyślnym, szczęśliwym i stałym w radości. Przynoszącym zrozumienie o złych wyborach, by ratować dobro. Niekoniecznie korzystne dla innych. Każdy z bohaterów wyrazisty i charakterystyczny tworzył środowisko tak dobrze oddające zróżnicowanie wiejskie w PRL-u, w którym powojenny awans klasowy chłopa pomimo upływu dekad nie do końca jeszcze odciął korzenie od pochodzenia. W którym ich dzieci jeszcze nosiły w sobie umiłowanie ojcowizny rozumianej dopiero w sytuacjach granicznych. Dla którego „jednemuś zabójcą, drugiemu bratem, jednemuś zbawcą, drugiemu katem”. A wszystko to ujęte w przepięknych, plastycznych obrazach. Urzekających opisami ziemi sandomierskiej, gdzie „pola wznosiły się jak szata skrojona ze zblakłych zieleni”, a wzgórza „mieniły się zielenią sadów i żółcią ściernisk” brzemienne ludzkim życiem. Tak dobrze znanych mi z powieści „Robinson w Bolechowie” i „Golem”. naostrzuksiazki.pl
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na89 miesięcy temu
Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej) Pavol Rankov
Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)
Pavol Rankov
1 września 1938 roku na miejskim basenie w czechosłowackich Levicach trzech nastoletnich przyjaciół – Czech Jan Bizek, Węgier Peter Ronai i Żyd Gabriel Rosenberg – organizuje zawody pływackie, które mają rozstrzygnąć o pierwszeństwie w ubieganiu się o względy pięknej koleżanki, Słowaczki Marii Balej. Jednak nagłe, nieoczekiwane zdarzenie nie pozwala na ukończenie rywalizacji, co nie oznacza, że dorastający chłopcy, a następnie młodzi mężczyźni nie będą próbować jej rozstrzygnąć przez następne 30 lat, zawsze 1 września... . Od tej chwili staniemy się świadkami i uczestnikami niełatwego życia bohaterów, w które na przestrzeni lat, mimo woli i wbrew wszystkiemu wplotą historia i polityka, życia, w którym już nic nie będzie proste ani pewne, poza ideą rywalizacji o Marię. W tle życiowej drogi bohaterów pojawiają się okupacja, faszyzm, kolaboracja, decyzje o emigracji, czasy komunizmu, nacjonalizmu, działań partii i Służby Bezpieczeństwa. Powieść jest debiutem Pavola Rankova; napisana została prostym, nieskomplikowanym językiem, co jest niewątpliwie główną jej zaletą. Mnie przeszkadzał jedynie brak rozdzielenia, w jakiś widoczny sposób, zdarzeń dotyczących poszczególnych bohaterów, ale to tak na marginesie. Siłą powieści Rankova, która stała się wspaniałą panoramą dziejów środkowej Europy, na której tle rozgrywają się losy jednostki, są epizody, w których pojawiają się autentyczne osoby odpowiedzialne za całe to polityczne zamieszanie – Miklós Horthy, Josef Tiso, Klement Gottwald czy Alexander Dubček. Epizody te, często absurdalne i jawnie groteskowe, czynią powieść nietuzinkową, nadając jej dodatkowe zalety i atrakcyjność.
Anna Lipińska-Czajkowska - awatar Anna Lipińska-Czajkowska
oceniła na83 miesiące temu

Cytaty z książki Którędy szedł anioł

Więcej

Trzeba być wariatem, żeby być człowiekiem, trzeba być wariatem, żeby stworzyć nowego człowieka, tę małą rączkę w twojej dłoni, żeby płakać całymi nocami, całymi nocami wrzeszczeć z rozpaczy, a potem całymi dniami uspokajać się i pocieszać, żeby walczyć i walecznie brnąć przez bagno kłamstw i niedotrzymanych obietnic, trzeba być wariatem.

Trzeba być wariatem, żeby być człowiekiem, trzeba być wariatem, żeby stworzyć nowego człowieka, tę małą rączkę w twojej dłoni, żeby płakać c...

Rozwiń
Jan Balabán Którędy szedł anioł Zobacz więcej

Oswojony świat jest mały, zajmuje akurat tyle miejsca, ile przestrzeń pomiędzy wyciągniętymi ramionami dwojga ludzi. Obcy świat jest ogromny. Rozpościera się wszędzie poza granicami tego pierwszego.

Oswojony świat jest mały, zajmuje akurat tyle miejsca, ile przestrzeń pomiędzy wyciągniętymi ramionami dwojga ludzi. Obcy świat jest ogromny...

Rozwiń
Jan Balabán Którędy szedł anioł Zobacz więcej

Dziećmi w piecu nie napalisz!

Dziećmi w piecu nie napalisz!

Jan Balabán Którędy szedł anioł Zobacz więcej
Więcej