rozwińzwiń

I zawsze śmierć, jej szybki krok

Okładka książki I zawsze śmierć, jej szybki krok autorstwa Reynaldo González
Okładka książki I zawsze śmierć, jej szybki krok autorstwa Reynaldo González
Reynaldo González Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Seria: Proza Iberoamerykańska literatura piękna
188 str. 3 godz. 8 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Proza Iberoamerykańska
Tytuł oryginału:
Siempre la muerte, su paso breve
Data wydania:
1974-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1974-01-01
Liczba stron:
188
Czas czytania
3 godz. 8 min.
Język:
polski
Tłumacz:
Andrzej Nowak
Opowieść o życiu bohatera przekazana zostaje w niekonwencjonalnej formie. Czytelnik poznaje losy głównej postaci z relacji narratora.
Średnia ocen
5,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup I zawsze śmierć, jej szybki krok w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki I zawsze śmierć, jej szybki krok

Średnia ocen
5,9 / 10
15 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce I zawsze śmierć, jej szybki krok

Sortuj:
avatar
337
337

Na półkach:

Reynaldo Gonzalez to kubański pisarz, który w swojej powieści „I zawsze śmierć, jej szybki krok” przenosi nas w początkowy okres rewolucji kubańskiej. Na wyspie działa już partyzantka Fidela Castro, ale sypiąca się dyktatura Fulgencio Batisty stara się jeszcze „przykręcić śrubę” społeczeństwu w desperackiej próbie ocalenia władzy. W takich warunkach przychodzi żyć młodym, dorastającym Kubańczykom, którzy muszą podjąć ważną decyzję odnośnie swojego zaangażowania w toczący się na wyspie konflikt. Wszak znaczenie tego wyboru będzie sprawą życia lub śmierci, której „szybki krok” w rozwijającej się rewolucji można „usłyszeć” szybciej niż by się chciało.

Powieść dzieli się na dwie części. W części pierwszej mamy obrazy z życia dorastających młodych ludzi, którzy stopniowo odkrywają smutną prawdę o otaczającej ich rzeczywistości. Miejscem akcji jest małe, prowincjonalne miasteczko gdzieś pośrodku Kuby - Ciego del Anima. Jak w całym kraju, tak i tutaj rodzi się powolny bunt wobec korupcji, nepotyzmowi oraz narastającym represjom politycznym ze strony reżimu. Na tym tle toczy się codzienne życie młodych, w którym istnieją odwieczne problemy związane z procesem dorastania - przyjaźnie, pierwsze miłości, rozczarowania, problemy rodzinne itp. Natomiast część druga to już czas wyboru i świadome wejście młodego pokolenia do walki o zdawałoby się szczęśliwszą Kubę, a więc akcje dywersyjne przeciwko dyktaturze Batisty i związane z tym ryzyko aresztowania, a nawet śmierci z rąk wojskowych. Rewolucja już się zaczęła, choć na razie tli się gdzieś w odległych górach Sierra Maestra w postaci brodatych partyzantów, do których dopiero zaczynają dołączać młodzi ochotnicy z miast i miasteczek. Wielu z nich działa jednak w konspiracji, dokonując aktów sabotażu i dywersji, dając tym samym niezbędny czas rewolucjonistom spod znaku Fidela Castro do wzmocnienia i skonsolidowania swoich sił.

Powyższe elementy składowe powieści opowiadane są na przykładzie jednego z młodych mieszkańców Ciego del Anima o imieniu Rubio. Chłopak dorasta z matką oraz rodzeństwem. Ojciec zmarł niedługo po jego narodzinach, więc matka znalazła sobie nowego partnera, którego chłopak nie jest w stanie zaakceptować. Narasta w nim młodzieńczy bunt, którego celem z jednej strony jest ojczym, a z drugiej - ówczesna władza. Znaczący wpływ na radykalizację Rubio ma jego najlepszy przyjaciel, Moises, który staje się naturalnym liderem paczki młodych ludzi z miasteczka. To on jest prowodyrem różnego rodzaju zabaw, a gdy nadejdzie czas rewolucji, stanie się naturalnym liderem akcji dywersyjnych wymierzonych w reżim. Moises nie od początku wprowadza Rubio w szeregi partyzantki, zdając sobie sprawę, że główny bohater nie jest jeszcze do końca oddany sprawie, więc jego charakter musi najpierw zostać poddany próbie, którą będzie kradzież rządowego jeepa. W powieści Moises pełni funkcje archetypu osobowości typu macho. Jego przeciwieństwem jest inny ze znajomych Rubio - Silvestre. Ta postać to z kolei typ wrażliwego intelektualisty, dla którego liczy się przede wszystkim literatura i kulturalne życie stolicy kraju, Hawany. To, co najmniej go interesuje, to właśnie polityka. Można również wysnuć wniosek, że postać ta ma skłonności homoseksualne. Tym samym obaj przyjaciele Rubio stanowią swoje skrajne przeciwieństwo i ukazują dwie całkowicie różne postawy wobec problemu rewolucji kubańskiej.

To, co opisałem wyżej, wydaje się być prostym obrazem fabuły powieści, ale w rzeczywistości zrozumienie opowiadanej historii wcale nie jest takie łatwe. Wręcz przeciwnie, narracja powieści jest bowiem bardzo rozproszona, gdyż relacja odbywa się z rożnych punktów widzenia. To rodzaj wielogłosu, z którego dopiero musimy wyłuskiwać poszczególne informacje. Jakby tego było mało, również chronologia powieści jest solidnie wymieszana, a zaczyna się ona od velorio, a więc tradycyjnego czuwania przy zwłokach zmarłych. Ten początek powieści jest tak naprawdę jej końcem, a wszystko, co pisarz później opowie, wydarzyło się wcześniej. Na czuwanie przy zwłokach policja doprowadza młodego mężczyznę, który wchodzi do domu zmarłej, ściągając na siebie powszechną uwagę oraz przyciszone rozmowy zgromadzonych. Właśnie z takich rozmów wyłuskujemy pierwsze informacje o fabule powieści. Ale to nie koniec udziwnień. Oto bowiem pisarz zwraca się do bohatera w formie pierwszej osoby („widziałeś, czułeś, powiedziałeś”),jakby relacjonując mu jego własne poczynania i myśli. Tylko czasami coś w tych zwrotach nam nie pasuje, bo pisarz w ten sam sposób zwraca się także do innej osoby, postronnego obserwatora-podróżnika, przejeżdżającego przez miasteczko podczas odbywania się velorio, pod którego można podstawić czytelnika powieści. Rozróżnienie tych pierwszoosobowych zwrotów może przysporzyć pewnych trudności i wymaga od czytelnika dużej uwagi.

Zatem powieść dzieli się na dwie części, a te na liczne rozdziały o odmiennych stylach. Tak jak wspomniałem, ich chronologia jest zaburzona i wymieszana, co zmusza czytelnika do maksymalnego skupienia. Każda dłuższa przerwa w czytaniu jest niewskazana, gdyż nie ma tutaj liniowego ujęcia fabuły, co pozwoliłoby podjąć przerwany wątek. Tym samym lektura tej powieści to nieustanne układanie w pamięci nowych kawałków fabuły, które odsłania kubański pisarz na kolejnych stronach książki. Dlatego też odmienne style niepowiązanych ze sobą rozdziałów to znaczące utrudnienie, z którym trzeba się zmierzyć. Są bowiem tutaj fragmenty całkiem normalnej narracji opisującej jakiś wydarzenia (np. akcję dywersyjną podziemia),by chwile potem wejść w zupełnie pokręcony świat cierpiącego na demencje starczą dziadka bohatera lub bardzo bliską klimatowi realizmu magicznego scenę rozmowy Rubio z lokalną wróżką Santą, która opuszcza dom tylko wtedy, gdy ktoś w miasteczku ma umrzeć. To wszystko sprawia, że mamy do czynienia z naprawdę trudną w odbiorze powieścią.

Warto jeszcze chwilę poświęcić na przewodni motyw, jaki przewija się przez całą powieść Gonzaleza, a więc śmierć. Wystarczy przypomnieć, że całość zaczyna się w domu, w którym trwa tradycyjne czuwanie przy zwłokach zmarłej. Warto też zwrócić uwagę, że śmierć jest obecna w życiu Rubio od momentu jego urodzenia, gdyż jest ono nierozerwalnie związane ze śmiercią jego biologicznego ojca. Towarzyszy mu także w późniejszym życiu, gdy umierają jego przyjaciele lub członkowie najbliższej rodziny (przepiękne sceny śmierci dziadka i wzruszająca rozmowa między matką na łożu śmierci a synem). Wreszcie atmosfera rewolucyjnego wrzenia, gdy walka z reżimem Batisty pociąga za sobą kolejne ofiary, podsyca wszechobecne zagrożenie śmiercią. Pisarz zderza zatem w swojej książce dwa nierozerwalne i jednoczenie niedające się pogodzić zjawiska - obok przejawów śmierci ciągle opisuje toczące się wokół życie („Wracasz do domu. Idziesz. I zawsze śmierć. Czuwa, ukazuje się i rośnie wraz z tobą, towarzyszy ci jak wielki, natrętny pająk. Mieszka wszędzie i ogłasza swą grozę. Przyciąga cię i przeraża. Uciekasz od niej i niesiesz ją w sobie.”).

Powinniśmy mięć świadomość, że śmierć w życiu człowieka jest tematem tabu. Śmierć jest czynnikiem paraliżującym, odbierającym siłę i wolę do działania. Kubański pisarz zdaje się celowo uwypuklać istnienie śmierci w codziennej egzystencji bohatera, aby przełamać to tabu. Śmierć nie może i nie powinna paraliżować przed podjęciem walki o sprawę - taki zdaje się być główny przekaz powieści. „Śmierć jest wszędzie, musimy ją wykorzystać” - to słowa jednego z bojowników o sprawę rewolucji. W prozie Reynaldo Gonzaleza śmierć jest właśnie czymś, co trzeba wykorzystać, gdyż jest ona wszędzie, jest nie do uniknięcia („Wszystkich nas czeka śmierć i wobec niej musimy kapitulować”). Autor, odmalowując biedne domostwa zapadłej mieściny gdzieś pośród kubańskiego interioru, sugeruje tym samym, że w zasadzie człowiek nie ma nic do stracenia i albo poprawi swój los, odważnie występując o swoje prawa z bronią w ręku, albo umrze w beznadziejnym marazmie codziennej egzystencji.

Oto dylematy godne prozy rewolucyjnej, jaką bez wątpienia jest ta powieść. Ostatecznie „I zawsze śmierć, jej szybki krok” Reynaldo Gonzaleza to trochę przekombinowana, wymagająca momentami od czytelnika zbyt wiele, ale mająca za to kilka naprawdę mocnych momentów książka o sprawach ostatecznych.

Reynaldo Gonzalez to kubański pisarz, który w swojej powieści „I zawsze śmierć, jej szybki krok” przenosi nas w początkowy okres rewolucji kubańskiej. Na wyspie działa już partyzantka Fidela Castro, ale sypiąca się dyktatura Fulgencio Batisty stara się jeszcze „przykręcić śrubę” społeczeństwu w desperackiej próbie ocalenia władzy. W takich warunkach przychodzi żyć młodym,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1099
95

Na półkach: , ,

Czas teraźniejszy wydarzeń chaotycznie, nieharmonijnie przeplata się z przeszłością. Ciągle ktoś do ciebie mówi, przypominając tobie kim jesteś i twoją niełatwą historię. Bo widzisz trwa rewolucja, twój naród walczy z rządami Batisty, ciągle ktoś ginie, jest przeszukiwany, przesłuchiwany, torturowany. Ty też tego doświadczasz, boisz się odgłosów stukających o posadzkę butów, a teraz jeszcze żegnasz ukochaną matkę i czujesz paniczny lęk. Ponieważ jesteś mężczyzną i dorastasz/łeś w kraju macho, nie możesz sobie pozwolić na słabość, musisz być silny, męski, gotowy na wszystko, musisz zaliczać kobiety, posiadać je. Musisz być jak świat wokół, okrutny, brutalny, surowy. Jesteś świadkiem rozwijającej się rewolucji, bierzesz udział w dyskusjach, w organizowanych spotkaniach konspiracyjnych, w niebezpiecznych akcjach. Jak dowiesz się potem czytając posłowie, jesteś przedstawicielem młodych Kubańczyków, a twoja historia jest "historią procesu dojrzewania całej twojej generacji".


Jednak głównym bohaterem tej krótkiej powieści Gonzáleza jest śmierć. Jest obecna wszędzie. "Wracasz do domu. Idziesz. I zawsze śmierć. Czuwa, ukazuje się i rośnie wraz z tobą, towarzyszy ci jak wielki, natrętny pająk. Mieszka wszędzie i ogłasza swą grozę. Przyciąga cię i przeraża. Uciekasz od niej i niesiesz ją w sobie". Jest ona częścią rewolucji, jej skutkiem i narzędziem. Ponieważ jest częścią życia, nie można od niej uciec, można z niej korzystać, można ją zadawać, można przez nią cierpieć, ale nie można pozostawić jej poza sobą. Czytając faktycznie czuje się jej szybki krok i oddech za plecami, a kiedy odwracasz się by spojrzeć jak daleko jest za tobą ona okazuje się już być przed.


Powieść ta ma jakiś taki przerażający klimat. Czuje się tę brutalność, niepokój, jakiś wszechobecny smutek. Nie odnalazłam w niej tej rewolucji pełnej entuzjazmu, pasji, raczej rewolucję jako konieczność, przykry obowiązek. Znowu gubiłam się w zmiennej narracji, nie wiedziałam kto do mnie mówi. Podobał mi się jednak zabieg ze zwracaniem się narratorów bezpośrednio do głównego bohatera, dzięki temu łatwiej było się z nim zjednoczyć. Proza ta nie zachwyciła mnie, okazała się ciężka, przygnębiająca, trudna w odbiorze. Niemniej ma coś w sobie, może ten ciężar rewolucji i dorastania w cieniu wszechobecnej śmierci, co sprawia, że warto po nią sięgnąć.

całość na:http://bookiemonster.blox.pl/2015/05/I-zawsze-smierc-jej-szybki-krok-Reynaldo-Gonzlez.html

Czas teraźniejszy wydarzeń chaotycznie, nieharmonijnie przeplata się z przeszłością. Ciągle ktoś do ciebie mówi, przypominając tobie kim jesteś i twoją niełatwą historię. Bo widzisz trwa rewolucja, twój naród walczy z rządami Batisty, ciągle ktoś ginie, jest przeszukiwany, przesłuchiwany, torturowany. Ty też tego doświadczasz, boisz się odgłosów stukających o posadzkę...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

48 użytkowników ma tytuł I zawsze śmierć, jej szybki krok na półkach głównych
  • 27
  • 19
  • 2
18 użytkowników ma tytuł I zawsze śmierć, jej szybki krok na półkach dodatkowych
  • 11
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki I zawsze śmierć, jej szybki krok

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Dziękuję za ogień Mario Benedetti
Dziękuję za ogień
Mario Benedetti
Tym razem w serii Prozy Iberoamerykańskiej przyszedł czas na Urugwaj. „Dziękuję za ogień” to powieść tamtejszego pisarza, Mario Benedettiego (generacja 45),w której przenosimy się do lat 60. XX wieku. Powieść - wyjąwszy kilka rozdziałów - jest w zasadzie introspekcją głównego bohatera, Ramona Budino, w której musi on zmierzyć się ze swoim nie do końca szczęśliwym życiem. Choć należy do wyższej warstwy średniej, ma żonę i syna, a zawodowo prowadzi dobrze prosperujące biuro podróży, nie odczuwa życiowej satysfakcji. Ciążą mu bowiem relację z jego ojcem, kiedyś kochanym Tatą, a teraz po prostu Starym. Urugwajski pisarz tworzy zatem sytuację wewnętrznego rozdarcia bohatera, na którym to tle odmalowuje ówcześnie aktualną sytuację społeczną w swoim kraju. A więc osią przewodnią powieści jest konflikt na linii syn-ojciec. Edmund Budino, senior rodu, to człowiek obdarzony niezwykłą charyzmą oraz siłą woli, co wykorzystuje do podporządkowania sobie otoczenia. To typ bezwzględnej persony, która tylko dzięki własnym zdolnościom doszła do ogromnego znaczenia w niewielkim Urugwaju. Inna sprawa, że nie zrobił tego do końca uczciwie. Wręcz przeciwnie - cała jego kariera była sztuką lawirowania i naginania prawa. Stary doskonale zna się na ludziach, potrafi czytać ich słabości, aby je następnie wykorzystać do własnych celów. Nie jest mu obcy szantaż, przekupstwo, groźby, a może i nawet stosowanie przemocy. Mamy zatem do czynienia z postacią cyniczną i pozbawioną wszelkich skrupułów. Ale ten obraz własnego ojca Ramon odkrywa z czasem, gdyż jego pierwsze wspomnienia związane z Tatą są bardzo pozytywne. Dopiero pewien incydent między ojcem a matką bohatera otwiera mu oczy. Właśnie wtedy Tata staje się Starym, a w Ramonie zaczyna kiełkować nienawiść do rodzica. Silna osobowość ojca żywo kontrastuje z bezbarwnymi postaciami jego dwóch synów. Hugon, młodszy brat Ramona, to kompletne rozczarowanie dla Edmunda, z którym nie wiąże on żadnych nadziei. Ma je w stosunku do starszego syna, gdyż dostrzega w nim inteligencję, ale jednocześnie widzi też kompletny brak charakteru i zdecydowania. Stary rozgrywa syna, który dzięki jego pieniądzom założył własny biznes i prowadzi dostatnie życie. Również główny bohater jest świadomy tego wewnętrznego konfliktu: z jednej strony, pogłębiającej się niechęci do ojca, a z drugiej - świadomości, że całe jego ustabilizowane życie zawdzięcza wypracowanej przez Starego renomie nazwiska Budino. To paląca zadra, która nie daje wewnętrznego spokoju i zatruwa mu życie. Jednocześnie komfort dostatniej egzystencji powstrzymuje go przed „rozpoczęciem wszystkiego od nowa”. Oto coś na kształt współczesnej odsłony kompleksu Edypa. Pod postacią rodziny Budino pisarz przedstawia świat urugwajskiej klasy średniej i wyższej (używając ówczesnej terminologii - burżuazji). Ukazując ich dostatnie życie pod względem materialnym, jednocześnie odsłania pustkę ich życia wewnętrznego. Kompleksy, zawiedzione nadzieje, brak prawdziwych celów życiowych itp. - te elementy możemy wyczytać z prozy Benedettiego. Ramon jest tutaj sztandarowym przykładem zagubionego dojrzałego mężczyzny, nie potrafiącego odnaleźć szczęścia w życiu zawodowym oraz małżeńskim i szukającego pocieszenia w płytkich, najczęściej seksualnych, relacjach z przypadkowo napotkanymi kobietami. Jest to zatem wątpliwy moralnie świat zaspokajania chwilowych zachcianek i pogoni za wydumanymi fantazjami, czego najlepszym przykładem jest relacja głównego bohatera z żoną własnego brata, o czym jeszcze wspomnę. Inną odsłoną pustki tej klasy społecznej jest pogardliwy stosunek do własnego kraju, z czym pisarz rozprawił się w rozpoczynającym powieść rozdziale rozgrywającym się w Nowym Jorku. Lata 60. XX wieku w Urugwaju to czas dyktatury wojskowych i narastania tendencji autorytarnych w kraju, który uchodził za najbardziej stabilny spośród państwa latynoamerykańskich („latynoska Szwajcaria”). W społeczeństwie zaczyna coraz większą popularność zdobywać lewica. Pisarz przedstawia trzy podejścia do tego zjawiska w rodzie Budino. Nie dziwi, że Stary, kapitalista starej daty, uważa socjalizm za stek szkodliwych bzdur i jest jego twardym przeciwnikiem. Ramon z kolei przeżył w młodości fascynację lewicową ideologią, ale jego chwiejny i niezdecydowany charakter uniemożliwił mu prawdziwe zaangażowanie w działalność polityczną lub społeczną. Będąc synem własnego ojca ogranicza się do cichego wsparcia, jakiego udziela własnemu potomkowi, Gustavo. Najmłodszy przedstawiciel rodu Budino to z kolei przykład młodzieży inteligenckiej, ostro atakującej ówczesną sytuację społeczno-ekonomiczną kraju z pozycji zbliżonych do lewicującego anarchizmu. Spór o idee jest tematem wielu rozmów między Gustavo i Starym, z których z reguły zwycięsko wychodzi senior rodu. Kierując się własnym doświadczeniem, bezlitośnie punktuje on naiwność i młodzieńczy zelotyzm swojego wnuka. Ramon w tym konflikcie skrycie wspiera syna, ale z drugiej strony nie może wyzbyć się swojego zachowawczego podejścia, starając się jednocześnie hamować młodzieńczy entuzjazm juniora dla sprawy. Pisarz nie kończy wątku Gustavo, a więc nie wiem, jaką ostatecznie drogę obierze najmłodszy z roku Budino. Kulminacyjnym momentem powieści jest finał romansu między Ramonem i jego szwagierką, która idzie z nim do łóżka, ale odmawia opuszczenia męża, czyli brata głównego bohatera. Tym samym kobieta wydaje wyrok na jednego z przedstawicieli rodu Budino. To punkt bez odwrotu, w którym Ramon traci ostatecznie jakiś inny cel, który mógłby nadać sens jego życiu, choć trudno jednocześnie uwierzyć, że odbicie żony własnemu bratu i porzucenie dla niej własnego małżeństwa rzeczywiście byłoby jakimkolwiek ratunkiem dla głównego bohatera. Należy to raczej traktować jako kolejny przejaw niedojrzałości i chwiejności bohatera, który poprzez idealizację Dolores próbuje wypełnić pustkę własnej egzystencji. To rozpaczliwy akt pogoni za niemożliwym do zrealizowania ideałem prawdziwego szczęścia. Ramon jednak nie zdaje sobie z tego sprawy, a odtrącenie przez kochankę uznaje za ostateczny powód do rozwiązania sporu ze Starym. Nie będę zdradzał, jak zakończy się konfliktu między ojcem i synem. Stanowi on zamknięcie powieści, w którym poznajemy prawdę o Edmundzie Budino. Ale czy na pewno? Czy Stary wobec własnej kochanki nie gra do końca tej samej roli? A może właśnie wtedy ukazuje siebie po raz pierwszy jako całkowicie bezbronnego i zranionego, co stałoby w sprzeczności z całym jego dotychczasowym życiem? Zakończenie intrygi przewodniej powieści przez urugwajskiego pisarza pozostaje pod tym względem pewne niedopowiedzenie, umożliwiając czytelnikowi własną interpretację postaci Starego. Podsumowując, „Dziękuję za ogień” to opowieść o międzyludzkich relacjach (nie tylko tych rodzinnych),ale również otwarta przez pisarza dyskusja o kształcie społeczeństwa urugwajskiego lat 60. XX wieku i trapiących je problemach. Benedetti nie mówi tutaj wprost, ukrywając treść społeczną pod płaszczykiem rodzinnego konfliktu. Ale znajomość historii Urugwaju odsłania „drugie dno” tego utworu, w którym to widać z wolna nadciągający kryzys, a więc upadek demokracji, narastające dysproporcje społeczne oraz narodziny ruchu Tupamaros, który do początku lat 70. będzie walczył z wojskową dyktaturą. Konflikt w rodzinie Budino jest zatem możliwy do odczytania jako konflikt społeczny, w którym stara i kapitalistyczna elita (skryta pod postacią Edmunda Budino) rządzi twardą ręką krajem. Ich dzieci (Ramon) zadowalają się materialnym bezpieczeństwem, gwarantowanym przez konserwatywne elity. Dopiero młode pokolenie w postaci Gustava dostrzega potrzebę zmiany, ale czy będzie w stanie ją dokonać? Tę kwestię pisarz pozostawia nierozstrzygniętą. Z perspektywy czasu możemy jednak odpowiedzieć na to pytanie - było, gdyż w latach 80. Urugwaj powrócił do demokracji.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na62 lata temu
Twórca bogów Francisco Rojas González
Twórca bogów
Francisco Rojas González
Rarytas literatury meksykańskiej, który zapewne nigdy nie doczekałaby się publikacji w Polsce, gdyby nie seria Prozy Iberoamerykańskiej Wydawnictwa Literackiego. O tym jak niszowe było gremium odbiorców tej pozycji, niech świadczy fakt, że egzemplarz, który wypożyczyłem z głębokich czeluści bibliotecznego magazynu, zachował się w niemal idealnym stanie, choć wydany został w roku 1978 (bez mała pół wieku temu). Nie może to dziwić, skoro na karcie terminu zwrotów (przed erą cyfrową każda książka takową kartę posiadała) nie ma ani jednej adnotacji o wypożyczeniu tej pozycji. Kto wie, może jestem pierwszym czytelnikiem od momentu wydania, który przeczytał ów konkretny egzemplarz. Chyba można zaryzykować stwierdzenie, że jest w tym jakaś literacka metafizyka. Ale to taka dywagacja na marginesie. Wróćmy do recenzji. „Twórca bogów” to zbiór trzynastu opowiadań meksykańskiego pisarza i etnologa, Francisco Rojasa Gonzaleza (1904-1951),w których mam zaprezentowaną szeroką paletę tematów i wątków związanych z życiem potomków rdzennej ludności Meksyku. O ile w kwestii literatury meksykańskiej mogę być czasami mało obiektywny, o tyle w kwestii literatury indygenistycznej - ten stan tylko się pogłębia. Tutaj też leży zapewne przyczyna, dla której tak bardzo przypadły mi do gustu zebrane w recenzowanej książce opowiadania. To, co mnie w tych utworach najbardziej zachwyca, to nieraz totalnie zaskakujący sposób postrzegania świata przez ich bohaterów, przeważnie prostych i niewykształconych Indian z pierwszej połowy XX wieku. Warto przy okazji wspomnieć, że Gonzalez był cenionym badaczem, a także autorem wielu publikacji naukowych o rdzennych mieszkańcach Meksyku, co zapewne dało mu ogromny materiał do późniejszej twórczości literackiej. Zebrany w tomie opowiadania są zapewne wynikiem wielu lat badań i obserwacji w ternie. Wyróżnikiem wszystkich opowiadań jest zastosowanie bardzo prostego i potoczystego języka, który idealnie pasuje nie tylko do takiego samego sposobu rozumowania przestawionych bohaterów, ale także do powszedniości opisywanych przez pisarza tematów. Gonzalez ukazuje bowiem swoich rodaków w szeregu scenek z życia codziennego, takich jak narodziny dziecka, śmierć i pogrzeb męża, ceremonia zaślubin, uroczystości religijne itp. Pisarz nie skupia się tutaj zatem na ozdobnikach, lecz na ukazaniu konkretnej rzeczywistości. Czuć, że w tych fikcyjnych opowiadaniach przemycone są prawdziwe i codziennie powtarzające się historie zaczerpnięte wprost z życia. Ich autentyzm ma na celu przede wszystkim ukazanie ludzi takimi, jakimi oni ówcześnie byli, z całym pakietem ich przesądów oraz zapatrywań na otaczający ich świat. Innymi słowy, w opowiadaniach meksykańskiego pisarza odnajdziemy zapis kulturowego synkretyzmu, w którym kolonialne naleciałości mieszają się ciągle z przedkolumbijską mentalnością. A trzeba przecież pamiętać, że Meksyk to bardzo duży kraj, w którym występuje wiele lokalnych społeczności lub plemion, czasami mocno różniących się od siebie, jak np. potomkowie Majów na półwyspie Jukatan i koczownicze plemiona pogranicza meksykański-amerykańskiego. Jakby tego było mało, w to wszystko z wolna wchodzi nowoczesność, ze swoją technologią i nauką, która nieraz stanowi poważny szok dla odizolowanych społeczności sprzed ery masowej komunikacji. Przejdźmy jednak do przykładów poruszanych w opowiadaniach tematów. Nie będę oczywiście szczegółowo streszczał tutaj ich fabuły, ale chwilę poświęcę dwóm, moim zdaniem, najlepszym utworom z zaprezentowanej w książce twórczości meksykańskiego pisarza. Pierwszym jest „Zemsta Carlosa Mango”, w której opisano religijne uroczystości ku czci Jezusa z Chalmy. Główny bohater, Tanilo Santos, jest przywódcą lokalnej społeczności Indian Mazahua, który przewodzi pielgrzymce do świętego sanktuarium w intencji pewnej nietypowej, ale ważnej dla wspólnoty sprawy. Rozmowa pisarza, który bardzo często w opowiadaniach wchodzi w rolę badacza-antropologa, z tym człowiekiem prowadzi czytelnika do totalnie zaskakującego finału, w którym dowiadujemy się, o co tak naprawdę wznoszą modły lokalni Indianie. Efekt końcowy tego opowiadania to doskonały przykład, jak różnie postrzegany był świat przez nas i przez nich. Chrześcijańskim z pozoru uroczystościom nadają oni bowiem dawną, jeszcze aztecką wykładnie, w której bóstwo było adresatem próśb lokalnych społeczności, a sam obrzęd religijny był postrzegany w ramach wymiany handlowej - w zamian za adorację i ofiary liczono na konkretne i pożądane działania siły nadprzyrodzonej (zresztą jeszcze lepiej ten element autochtonicznej mentalności religijnej pisarz zaprezentował w tytułowym opowiadaniu „Twórca bogów”). Natomiast w innym utworze, a mianowicie w „Hiculi Hualula”, odnajdujemy dowód na ogromną siłę tabu w życiu indygenów. I znowu pisarz występuje tutaj jako niestrudzony badacz lokalnej społeczności, który przypadkiem usłyszał dwa słowa z tytułu opowiadania, a nie wiedząc, co one oznaczają, za wszelką cenę chciał się tego dowiedzieć. Tym samym naruszył panującą wśród Indian zmowę milczenia odnośnie tajemniczego i groźnego Wujka. Zresztą postać ta jest bardzo charakterystyczna dla duchowości ludów prekolumbijskich i możemy odnaleźć ją także w andyjskich górach, gdzie mianem tym określano rozmaite duchy i bóstwa opiekuńcze lokalnych społeczności lub obiektów krajobrazu, takich jak rzeki, góry czy jeziora. Nęcony ciekawością i pasją badacza bohater opowiadania wkracza zatem na niebezpieczny dla siebie obszar tabu lokalnej społeczności, która za wszelką cenę chce ochronić tajemnicę wspólnoty przed obcym. Finał tego opowiadania, w mojej ocenie najlepszego z całego tomu, zawiera w sobie także domieszkę tej wspaniałej magicznej rzeczywistości prekolumbijskiej, która tak ostro kontrastuje z racjonalnością i materializmem naszego świata. Nie da się ukryć, iż zebrane w tomie opowiadania to rzecz mocno specyficzna i zapewne nie każdy z potencjalnych czytelników odkryje ich urok. Ale jeśli ktoś jest zainteresowany tą tematyką, opowiadania meksykańskiego pisarza będą fascynującą przygodą, w której walor literacki idealnie komponuje się z egzotyką i oryginalnością poruszanych tematów.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na81 rok temu
Śmierć Honoria Miguel Otero Silva
Śmierć Honoria
Miguel Otero Silva
KRÓTKO "Śmierć Honoria" to historia o próbach zachowania człowieczeństwa, o potężnej mocy nadziei, wreszcie – o niesprawiedliwości społecznej i okrutności dyktatorskich reżimów. Narracja książki momentami przypomina reportaż i gdzieś tam w środku czujemy, że wiele z opisanych sytuacji Otero doświadczył na własnej skórze. Tym samym, ta intensywna, przejmująca i świetnie napisana wenezuelska powieść stała się dla mnie jednym z największych literackich zaskoczeń tego roku. *** DŁUŻEJ Aby napisać dobrą książkę o obaleniu reżimu dyktatorskiego w Wenezueli, trzeba być dobrym pisarzem. Ale tylko wyśmienity pisarz sprawi, że taka książka wciągnie czytelnika nieświadomego, który o historii Wenezueli wie tyle, co nic (na przykład mnie). Unikam książek podszytych polityką, ale "Śmierć Honoria" zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Już teraz mogę śmiało ogłosić, że jest to jedna z najlepszych powieści, jakie przeczytałem w tym roku. Jest to książka boleśnie autentyczna. Czytana z uwagą, podrapie Was do krwi, wzruszy – kto wie, może i do łez - a z pewnością nie pozostawi obojętnym. To garniec pełen emocji. Owa prawdziwość jest wielkim atutem tej powieści. Nie wzięła się ona znikąd: Otero Silva brał aktywny udział w obaleniu aż dwóch wenezuelskich dyktatur (1928 - Juana Vicente Gómeza, 1958 – Marcosa Péreza Jiméneza),więc dobrze wie, o czym pisze. Wie też, czego unikać: nie doświadczymy taniego patosu, nachalnego męczeństwa ani moralizatorskich pouczeń. Wenezuelski pisarz po prostu opowiada pewną historię. Ja uwierzyłem w każde napisane przez niego słowo. "Śmierć Honoria" jest krótką powieścią o kunsztownie przemyślanej strukturze. Bohaterami Otero uczynił pięciu mężczyzn: Księgowego, Lekarza, Dziennikarza, Fryzjera i Kapitana, stanowiących archetypy różnych warstw społecznych Wenezueli. Poznajemy ich podczas lotu samolotem, gdzie w milczeniu, skuci kajdanami, oczekują na lądowanie i dobrze wiedzą, że gdy tylko koła samolotu dotkną ziemi, zostaną osadzeni w więzieniu; oskarżeni o spiskowanie przeciwko władzy. Tak też się dzieje: ich nowym domem zostaje malutka cela, w której mieszczą się tylko prycze (i to z ledwością). Raz dziennie wyjście do latryny, paskudne jedzenie przygotowywane przez złośliwego Włocha Genaro oraz jego plugawą chochlę, wreszcie panujący w środku półmrok (wejście do celi zostało zabite kartonami) tworzą duszny, klaustrofobiczny klimat. Piekło rozciągnięte na piętnastu metrach kwadratowych. Aby urozmaicić nieznośnie wlokące się godziny, więźniowie opowiadają swoje losy. Każdy kolejny rozdział to historia jednego z nich. Wraz z pozostałymi towarzyszami niedoli poznajemy ich losy, miłostki, a przede wszystkim – powód, dla którego władza uznała ich za niebezpiecznych. Z tych opowieści, deklamowanych monotonnym, znużonym głosem w dusznej, ciemnej celi – tak sobie wyobrażam te sceny – dowiadujemy się, jak okrutnym torturom zostali poddani. Tortury to m.in. kilka dni bez jedzenia i picia, nakłuwanie i wyrywanie kawałków ciała igłą szewską, rażenie prądem męskiego przyrodzenia, wieszanie i podduszanie za pomocą sznura itp. Niektóre tortury były jeszcze gorsze – związane z ekskrementami czy rozerwaną moszną – ale ich nie będę tutaj cytować. Nawet nocami nie dało się odpocząć z racji na panującą duchotę oraz olbrzymie szczury, wydostające się z dołów kloacznych: "Były ogromne, o długich pyskach i nastroszonej sierści, istny pomiot łajna i padliny. Dokładałem wszelkich wysiłków, by uratować zranione genitalia (…). Kładłem się na brzuchu, by przycisnąć je do ziemi, choć w tej pozycji nity kajdanków wrzynały mi się w przeguby niczym tartaczne piły. Zajęty ochroną krocza przed żarłocznymi wrogami, wystawiałem im dobrowolnie na żer swoje ropiejące nogi, po których kąsały mnie zachłannie, a ja niemal nie czułem ich zębów". Opisy tortur więźniów zdecydowanie nie są przeznaczone dla czytelników o słabych nerwach. "Śmierć Honoria" jest dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Przykładowo, skoro akcja książki toczy się w więzieniu, autor dostosował do niej sposób prowadzenia narracji, który określiłbym także jako… więzienny. Rozdziały mają identyczną strukturę – są podobne do siebie jak dni w niewoli. Dla wzmocnienia efektu Otero Silva nie posługuje się datami. Jest to szczególnie widoczne w drugiej części książki, gdzie kolejne rozdziały nazywają się: „sierpień, poniedziałek”, „sierpień, inny poniedziałek”, czy „grudzień, następnego dnia” – podobnie świadomość bohaterów nie rejestrowała dokładnych dat, dni zlewały się w jedno, z ledwością można było odróżnić upływające miesiące. Otero Silva umiejętnie rozrzedza nachalną, opresyjną atmosferę opisując, jak więźniowie radzą sobie z nudą. Organizują coś na kształt szkoły: wygłaszają wykłady, dzieląc się swoją wiedzą i umiejętnościami z pozostałymi. Za pomocą tablicy i kredy opracowują metodę komunikacji z więźniami z innych cel. Pewnego dnia, dzięki niewytłumaczalnemu zbiegowi okoliczności, stają się świadkiem narodzin pięciu kurczaków (!). Myślę, że nieprzypadkowa jest liczba kurcząt (tyle samo, co więźniów),a jeden z nich - słabszy od pozostałych, chorowity – ochrzczony został mianem Zwariowanego Kurczaka. Czy wśród osadzonych także kryje się Zwariowany Kurczak? Tego nie zdradzę. Podczas lektury zachodziłem w głowę, dlaczego Otero Silva nazwał swoje dzieło jako "Śmierć Honoria". Przecież w chwili, gdy pojawia się tytułowy Honorio, od razu podejrzewamy, jak potoczą się jego losy. To potężny spojler. ALE. Wenezuelski pisarz doskonale wiedział, co robi; zaplanował ten zabieg z zimną premedytacją. Wszystko wyjaśnia się w genialnym zakończeniu – zaskakującym, przyklejającym do ust głośne: „ale jak!”. "Śmierć Honoria" to historia o próbach zachowania człowieczeństwa, o potężnej mocy nadziei, wreszcie – o niesprawiedliwości społecznej i okrutności dyktatorskich reżimów. Narracja książki momentami przypomina reportaż i gdzieś tam w środku czujemy, że wiele z opisanych sytuacji Otero doświadczył na własnej skórze. Tym samym, ta intensywna, przejmująca i świetnie napisana wenezuelska powieść stała się dla mnie jednym z największych literackich zaskoczeń tego roku. PS. Ciekawostka – malutki akcent polski. W jednej ze scen na fortepianie grane jest preludium Chopina.
MilczenieLiter - awatar MilczenieLiter
ocenił na81 rok temu
Syn człowieczy Augusto Roa Bastos
Syn człowieczy
Augusto Roa Bastos
Paragwaj to zdecydowanie jedno z państwo Ameryki Południowej o najciekawszej historii. Pozbawione dostępu do morza, wciśnięte między większych sąsiadów, zawsze miało dwie tendencje - do samoizolacji oraz tyrańskich rządów. A wszystko zaczęło się przed wiekami, gdy hiszpańska Korona nie wiedziała za bardzo, jak skolonizować położone w głębi kontynentu i zamieszkałe przez wojowniczych autochtonów z ludu Guarani ziemie. Właśnie wtedy do misji na tym obszarze zgłosili się jezuici, tworząc niejako państwo w państwie lub, jak kto woli, kolonię w kolonii. Efektem ich poczynań była silna odrębność plemion zamieszkujących w dorzeczu rzeki Paragwaj, która utrzymywała się nawet po wypędzeniu Towarzystwa Jezusowego z Hiszpanii i jej kolonii w 1767 roku. Hiszpania nie na długo jednak nacieszyła się odzyskanymi od jezuitów wpływami, gdyż pół wieku później cały kontynent wybił się na niepodległość, a pierwszym krajem, który oficjalnie to ogłosił, był właśnie Paragwaj. Paragwajski pisarz, Augusto Roa Bastos, w swojej powieści „Syn człowieczy” tworzy coś, co można nazwać literacką interpretacją dziejów własnego narodu. Książka jest zestawieniem kolejnych scen, które służą autorowi do nakreślenia cech charakterystycznych Paragwajczyków jako wspólnoty. Bastos tworzy obrazy literackie o silnie dokumentalnym i reportażowym charakterze, co ma ułatwić czytelnikowi zrozumienie tego narodu pełnego sprzeczności. Jego styl jest przez to mocno stonowany, mniej skupiony na introspekcji bohaterów, na ich przeżyciach wewnętrznych, a bardziej nacechowany troską o uchwycenie każdego detalu opisywanych wydarzeń. Całość ma na celu oddanie tego, co zdaniem paragwajskiego pisarza stanowi kwintesencję dziejowego rozwoju kraju i jego mieszkańców. Narratorem w powieści jest Miguel Vera, który relacjonuje czytelnikowi kolejne epizody z własnego życia, rozpoczynając od okresu dzieciństwa, a kończąc tuż po zakończeniu paragwajsko-boliwijskiej wojny o Chaco. Bardzo często jednak pisarz wkracza w narracyjny tok opowieści Very, ukazując i opisując wydarzenia, w których ten ostatni naocznie nie uczestniczył. Tym samym narracja powieści posiada niejednorodny, mieszany charakter. Pierwsze rozdziały książki to oddanie dualizmu kulturowego Paragwaju, którego ukształtowanie było wynikiem przenikania się wpływów jezuickich oraz tradycji ludów Guarani. Efektem tego jest głęboki synkretyzm religijny, którego wyrazem w powieści jest figura Chrystusa na czarnym krzyżu. Historię jej powstania przedstawia stary Macario. Postać ta posłużyła pisarzowi jako spoiwo łączące odległą przeszłość kraju z jego teraźniejszością (oczywiście w momencie pisania powieści). Jest tu bowiem zawarte odwołanie do postaci pierwszego dyktatora (Karai Guasu w języku guarani) Paragwaju, José Gaspar Rodríguez de Francia, którego długotrwałe rządy odcisnęły zdawałoby się niezbywalne piętno na Paragwajczykach. Panowanie Francii charakteryzowało się bowiem tyranią i przemocą przy jednoczesnym całkowitym zamknięciu kraju na świat zewnętrzny. Zresztą Francia jest głównym bohaterem innej powieści Bastosa, „Ja, najwyższy” (następna pozycja do przeczytania). Ale wracając do figury Chrystusa, cała opowieść o jej powstaniu i narastającym kulcie jest w gruncie rzeczy zakamuflowanym pod tą postacią przez pisarza procesem formowania się narodu, w którym napływowe chrześcijaństwo ciągle mieszało się z autochtonicznymi kultami. Dokładnie takim kultem cieszy się rzeźba, która wyszła spod rąk trędowatego twórcy instrumentów ludowych Gaspara Mory - oficjalnie nieuznawana przez kościół, ale tolerowana, gdyż czczona gorliwie przez prosty lud. Dlatego też jej kaplicą nie jest kościół w miasteczku Itape, ale pobliskie wzgórze, gdzie nad krzyżem uformowano zadaszenie „na kształt indiańskiego szałasu”. Ten głęboko przemyślany i pięknie ułożony wątek wydaj się być refleksją pisarza nad skomplikowanymi korzeniami własnego narodu. Tutaj też ukryty jest sens tytułu powieści. Bastos nie boi się dotykać w powieści tematów trudnych, a więc nieraz niełatwych stosunków społecznych w kraju, w którym tyrania i przemoc była na porządku dziennym od zarania istnienia niepodległego państwa. Osoba dyktatora Franci to najsławniejszy przykład caudillo z dziejów Paragwaju, ale pisarz pokazuje, że kraju tym zawsze była cała rzesza pomniejszych „szefów”, którzy wykorzystywali swoją siłę do zdominowania współobywateli. Jako sztandarowy przykład takich pomniejszych caudillo pisarz ukazuje w powieści plantacje yerba mate, popularnego w całej Ameryce Południowej ziela, które z czasem przekroczyło granice kontynentu i stało się dochodowych źródłem zarobku dla Paragwaju. Jednak sposób zbierania tej cudownej rośliny pokazuje całą patologię ówczesnych stosunków społecznych w kraju, w którym odizolowane od świata plantacje gdzieś pośrodku dżungli stawały się wręcz obozami pracy przymusowej, gdzie poza prawem silniejszego nie funkcjonowały żadne inne zasady. Powieściowe losy Casiano i Nati są zapisem dramatów, które zapewne w rzeczywistości należałoby mnożyć przez setki, jeśli nie tysiące przypadków. To rozminięcie się interesów władzy i prostego ludu bardzo często prowadziło do zbrojnych buntów i - mniej lub bardziej udanych - rewolucji. I ten wątek porusza w swojej powieści pisarz, ukazując fikcyjny zryw przeciwko rządowi, który finalnie został stłumiony za pomocą wypełnionej materiałami wybuchowymi lokomotywy. Ten oryginalny zamysł pisarza służy w zasadzie do ukazania pewnego paradoksu w naturze Paragwajczyków - zdominowani i ciemiężeni przez dyktatorską władzę kolejnych caudillo, balansowali oni od postawy zaciekłego buntu do wiernopoddańczej uległości i gotowości do najwyższych ofiar dla własnego państwa. Najlepszym tego dowodem jest wojna z lat 1864-70, w której bez mała wyginęła cała męska populacja tego kraju w imię szaleńczych ambicji kolejnego dyktatora Francisco Solano Lopeza. Na kartach powieści przewija się wielu bohaterów, ale zasadniczo „Syn człowieczy” oparty jest na fundamentalnej sprzeczności dwóch wybijających się postaci. Pierwszym jest wspomniany już narrator, Miguel Vera, który jest uosobieniem niezdecydowania i chwiejności przekonań. Ten młody człowiek wybiera popularną w kraju karierę wojskowego, ale jednocześnie ma żywe przekonania wolnościowe i awersją na niesprawiedliwość. Cóż z tego, skoro brakuje mu zawziętości i zdecydowania. Nie nadaje się zatem do wielkich czynów nawet wtedy, gdy los sam go do nich wyznacza. Zawsze przez to zawodzi, popadając w coraz większa izolację od otoczenia. Jego przeciwieństwem jest natomiast Cristobal Jara, syn zbiegłych z plantacji yerba mate wyrobników, odznaczający się twardością charakteru i niesamowitą, graniczącą wręcz z szaleństwem odwagą. Gotów jest do wszelkich poświęceń dla sprawy, którą uważa za słuszną. Brakuje mu jednak głębszej refleksji. To zdecydowanie bohater typu macho, który najpierw działa, a potem myśli, gardząc przy tym wszelką słabością. W powieści Bastos w bardzo ciekawy sposób przeplata losy tych dwóch postaci, dając tym samym wyraz sprzecznością, które mogą charakteryzować Paragwajczyków - nieziemskiej odwagi i zawziętości połączonej z chwiejnością i brakiem szerszego rozeznania. Wreszcie na koniec warto wspomnieć o szczególnie znaczącym wątku powieści, a mianowicie niezwykle realistycznie i przejmująco oddanych realiach wojny o Chaco, zapomnianego konfliktu, który rozegrał się między Boliwią i Paragwajem w latach 1932-1935 o rzekomo roponośne tereny Gran Chaco. Jak się później okazało, ropy tam nie było, a zawzięta walka o ogromne połacie nieurodzajnej ziemi pochłonęła dziesiątki tysięcy ofiar po obu stronach konfliktu, ostatecznie zakończonego zwycięstwem Paragwaju. W swojej powieści Bastos tworzy chirurgicznie precyzyjny opisy walk o fort Boqueron, który odsłania całą makabrę nowoczesnej wojny. Robi to zapewne na podstawie osobistych doświadczeń, gdyż sam brał udział w działaniach wojennych po stronie Paragwaju. Tam też w totalnie zaskakujący sposób dopełnią się losy dwójki wspomnianych wcześniej bohaterów. Pod Boqueronem znajdziemy też potwierdzenie szaleńczego oddania Paragwajczyków dla własnej ojczyzny, mimo wszystkich jej wad i niedociągnięć. Najlepszym tego przykładem jest bowiem postawa byłych więźniów politycznych i buntowników, którzy w momencie wybuchu wojny trafili do paragwajskiego wojska i z ogromnym poświęceniem podjęli walkę z wrogiem. Wydaje się, że właśnie opisy epizodów z walk o Gran Chaco najmocniej zapadają w pamięci czytelnika, choć w mojej ocenie cała powieść napisana jest naprawdę bardzo dobrze. Szczególnie do gustu przypadła mi prostota narracji i jej dokumentalny charakter, pozwalający czytelnikowi na poznanie realiów życia Paragwajczyków i prześledzenie kluczowych dla rozwoju tego kraju wydarzeń i procesów.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na82 lata temu
Sen o bohaterach Adolfo Bioy Casares
Sen o bohaterach
Adolfo Bioy Casares
Mamy karnawał roku 1927. Emilio Gauna razem z grupą znajomych i pewnym wątpliwej renomy doktorem postanowił zabalować i przepuścić na uciechach całkiem sporą sumkę pieniędzy, którą właśnie wygrał na wyścigach konnych. Gdy po trzech dniach ostro zakrapianej alkoholem włóczęgi po barach i spelunkach na przedmieściach Buenos Aires dochodzi do siebie w zapomnianej chacie nad jeziorem pośrodku lasu, nie może pozbyć się wrażenia, że w jego pamięci są poważne luki. Bohater jest przekonany, że podczas świętowania karnawału wydarzyło się coś naprawdę ważnego, co ostatecznie wpłynie na jego przyszłe życie, ale za nic nie może sobie tego wyraźnie przypomnieć. Tak zaczyna się „Sen o bohaterach”, powieść argentyńskiego pisarza, Adolfo Bioy Casaresa, która okazał się być całkiem wciągającą lekturą, choć z początku można było mieć co do tego pewne wątpliwości. Zacznijmy od postaci głównego bohatera, Emilio Gauny, który przybył do stolicy Argentyny razem ze swoim przyjacielem, Larsenem, w poszukiwaniu pracy. Emilito to młody chłopak, który szybko nawiązuje więzi ze zdawałoby się na pierwszy rzut oka podobnymi mu młodzieńcami z dzielnicy Saavedera. Powstaje paczka znajomych, którzy wspólnie spędzają czas na ganianiu za dziewczynami oraz trwonieniu zarobionych pieniędzy. Ich wspólnym idolem jest doktor Valerga, znacznie od nich starszy mężczyzna, którego wspominki i anegdotki są słuchane z wielkim zainteresowaniem. Jego ulubionym tematem jest odwaga i narzekanie na wszystko, co w jego opinii nie przystoi prawdziwemu mężczyźnie. Generalnie środowisko, w którym rozgrywa się akcja powieści, nie należy do elitarnego, delikatnie powiedziawszy. Jesteśmy na robotniczych przedmieściach Buenos Aires, a pijackie perypetie grupki młokosów wydają się raczej mało ciekawym tematem na interesującą powieść. Właściwie tylko jedna rzecz podtrzymuje uwagę czytelnika, a mianowicie kwestia, co też tak niezwykłego mogło wydarzyć się bohaterowi podczas trzydniowego świętowania karnawału roku 1927. I tutaj właśnie Casares „doprawia” powieść szczyptą realizmu magicznego, która od razu dodaje jej literackiego „smaku”. Jak bowiem przystało na autora z Ameryki Łacińskiej, nie mogło zabraknąć nawiązań do strefy magicznej, nadprzyrodzonej, która jednak całkiem realnie wpływa na losy głównego bohatera. Kluczową postacią jest tutaj czarownik Taboada, którego córka, Klara, ze wzajemnością zakochuje się z głównym bohaterze. To właśnie czarownik widzi dokładnie los chłopca, który ten tylko przeczuwa na podstawie jakichś okruchów wspomnień z nocy karnawałowej. Innymi słowy, nad Emilito wisi fatum, które albo się wypełni, albo nie. To zależy do Klary, która rozpoczyna walkę o życie Gauny i tym samym o własne szczęście. Intryga, którą zaplanował sobie autor, wciąga stopniowo. Historia opowiadana jest raczej niespiesznie, tak jak nieśpiesznie toczyło się życie głównego bohatera przez trzy lata od pamiętnego karnawału - zdążył on się ożenić i przeprowadzić, a jego więzi z paczką z Saavedera znacznie się poluzowały. Aż do czasu, gdy na progu kolejnego karnawału ponownie wygrywa główną nagrodę na wyścigach. Choć teraz - jako zamężny mężczyzna - z pewnością mógłby ulokować lepiej te pieniądze, wiedziony jakąś tajemną siłą postanawia odtworzyć trasę zabawy sprzed trzech lat, aby odkryć prawdę o tym, co się wówczas wydarzyło. W całej przygodzie Emilia możemy odnaleźć jakieś echa kultury macho, męskiego świata silnych, ale psychicznie samotnych mężczyzn, których życie powinno być ciągłą walką, ciągłym zmaganiem się z przeciwnościami losu. Taki właśnie wydaje się być doktor Valerga, wbrew pozorom bardzo ważna postać w powieści, który stanowi uosobienie odwagi. Od razu dodajmy: odwagi szalonej, brutalnej oraz pozbawionej wszelkich zasad i skrupułów. To właśnie imponuje w nim chłopcom z Saavedera, którzy uwielbiają słuchać jego przechwałek z dawnych lat. Słucha też główny bohater, który zdaje się być na rozdrożu życiowych dróg: z jednej strony ma młodą żonę, widoki na lepsze życie, na bycie kimś, a z drugiej - imponujący młodości wzorzec pozbawionego zasad, ale niewątpliwie odważnego macho, z jego światem miejskiej dżungli, w której ostatecznym argumentem jest ostrze schowanego w kieszeni noża. Którą drogę wybierze? - to zdaje się być nieprawidłowo postawione pytanie. Lepsze brzmi - którą drogą przeznaczone mu jest podążyć? I co spotka na jej końcu? Oto kluczowe pytania w „Śnie o bohaterach”. Sny i wizje senne są jednym z głównych motywów powieści. Historia Gauny jest zatem zapisem pogoni za sennymi mirażami. Ale, jak to ze snami bywa, są one często wykrzywione, nieodpowiadające realnym możliwościom, często podszyte naszymi lękami, ale i najskrytszymi pragnieniami. Taka jest właśnie wyprawa bohatera na poszukiwanie przeżyć z przeszłości w trzy lata później od pamiętnego karnawału. Tym razem jednak nie może pozbyć się on uczucia rozczarowania, gdy powraca w te same miejsca, w których bawił się z kompanami przed laty, i nie znajduje tam nic, co przywróciłoby mu zatarte w pamięci wspomnienia. Choć zdaje sobie sprawę z beznadziejności swoich wysiłków, nie może powiedzieć stop i przerwać tej zdawałoby się coraz bardziej bezcelowej wyprawy. Skrycie pragnie wrócić do Klary, ale ciąży w nim jakieś wewnętrzne fatum, które nie pozwala mu się poddać i wycofać. Nie może też zawieść towarzyszących mu kompanów i doktora. Karnawałowy rausz trwa więc dalej, a nasz bohater ma nowy sen, w którym pojawia się... Jazon i Argonauci. Można się domyślać, że w zamyśle pisarza jest tutaj jakiś związek między mitologiczną wyprawą po złote runo, a pijacką eskapadą w pogoni za przeznaczeniem. Czyżby ta męska przygoda na przedmieściach stołecznej metropolii była współczesną formą bohaterstwa obdartego z mitologicznej otoczki? Współczesnym odwołaniem do mitu prawdziwego mężczyzny, mitu macho, który ponad wszystko ceni odwagę i męską przyjaźń, gardząc przy tym wszelką słabością i życiową stabilizacją? Czy tacy właśnie byli Argonauci z Jazonem na czele? Ciężko jednoznacznie powiedzieć, gdyż interpretacja „Snu o bohaterach” nie daje się zamknąć w ramach tego jednego wyjaśnienia. Pozostawiając już kwestię interpretacji fabuły książki, warto jeszcze zwrócić uwagę, że w powieści mamy bardzo wiernie i realistycznie oddane życie na przedmieściach Buenos Aires u schyłku lat 20. XX wieku. Widać, że autor wywodził się właśnie z tego środowiska. Liczne nawiązania do ówczesnej popkultury, opisy barów i nocnych klubów Buenos Aires, trosk życia codziennego, dylematów niezamożnych ludzi z wielkiej aglomeracji, tematów rozmów - to na pewno ciekawy obraz, który pozwala cofnąć się nam w czasie. Miasto zapewne się zmieniło, rozrywki pewnie też, ale czy codzienne troski jego mieszkańców nie są nadal te same? A gdzie w tym wszystkim jest sen o bohaterach? Kim są współcześni bohaterowie i jaką drogą podążają? Czy to szarzy, pracowici ciułacze, jakim zapewne mógł stać się Gauna u boku Klary, czy też podobni do doktora Valergi twardziele, którzy, wierni własnym ideałom męskości i odwagi, nie zważają na nic innego? Chyba każdy człowiek śni swój własny sen o bohaterstwie. W przypadku książki Adolfo Bioy Casaresa doskonale sprawdziła się sprawdzona metoda konstruowania powieści, polegająca na daniu czytelnikowi wabika, który rozbudzi jego ciekawość i zachęci do ukończenia lektury. Powieść, napisana dość oszczędnie w formie, pozbawiona w zasadzie dynamiki oraz nagłych zwrotów akcji, okazała się był całkiem wciągającą i zapadającą w pamięć lekturą z zaskakującym zakończeniem.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na72 lata temu
Wieczór, gdy znów staliśmy się ludźmi José Luis González
Wieczór, gdy znów staliśmy się ludźmi
José Luis González
Lektura zbioru opowiadań portorykańskiego pisarza Jose Luisa Gonzaleza (1926-1996) zwróciła moją uwagę na tę nieco zapomnianą wyspę na Morzu Karaibskim, jako wspaniały przykład dziejowej prowizorki. Dlaczego? Ano dlatego że choć od 1898 roku wyspa znajduje się pod kontrolą Stanów Zjednoczonych, nie jest pełnoprawną częścią tegoż państwa. Nie zalicza się bowiem do grona amerykańskich stanów, choć Portorykańczycy legitymują się amerykańskim obywatelstwem. Aktualnie Portoryko posiada status „terytorium zorganizowanego nieinkorporowanego”, co w zasadzie oznacza tylko tyle, że rządzą tam Amerykanie. A co na to sami Portorykańczycy? Według dostępnych informacji połowa mieszkańców wyspy domaga się pełnej niepodległości, a druga połowa - wcielenia wyspy jako 51. stanu Unii. Cóż, w coraz bardziej spolaryzowanym świecie jakoś specjalnie mnie to nie zdziwiło. Ale wróćmy do literatury. Jak powyżej opisany status prawny Portoryko wpłynął na przekrój tamtejszej twórczości literackiej? O tym możemy w jakimś stopniu przekonać się samodzielnie, sięgając po wydany w roku 1983 przekład opowiadań wspomnianego już Jose Luiza Gonzaleza w ramach serii Prozy Iberoamerykańskiej. Zanim przejdę do zrecenzowania samych opowiadań, jeszcze kilka słów o autorze, gdyż koleje jego życia doskonale ukazują losy milionów jego rodaków. Gonzalez urodził się na Dominikanie. Portorykańczykiem był jego ojciec. Rodzina przeniosła się na Portoryko w latach 30. ubiegłego stulecia, a więc pisarz miał wtedy kilka lat. Jako ciekawostka, w okresie 1950-52 był on korespondentem w Europie i podobno przebywał nawet w Polsce, w Warszawie. Natomiast od roku 1953 aż do śmierci mieszkał w Meksyku i posiadał tamtejsze obywatelstwo. Zawsze jednak podkreślał swoje portorykańskie pochodzenie i tożsamość narodową. Jak zatem z powyższego zarysu biograficznego widać, Gonzalez stosunkowo krótki okres swojego życia spędził na wyspie, po czym z niej wyemigrował już na stałe. Zupełnie jak tysiące jego rodaków, którzy za chlebem podążali najczęściej do kraju, który, można powiedzieć, zagarnął ich ojczyznę niejako „przy okazji”. Właśnie, wiąże się to z jeszcze jednym ciekawym faktem. Otóż do wspomnianego roku 1898, a więc do momentu zakończenia wojny amerykańsko-hiszpańskiej, Puerto Rico, czyli Bogaty Port, było wzorcowym wycinkiem latynoamerykańskiego świata, z tym że wciąż pozostającym pod kontrolą europejskiej metropolii, podczas gdy reszta hiszpańskiego imperium kolonialnego dawno wybiła się już na niepodległość, a przez ten czas powstałe państwa stoczyły niejedną wojnę między sobą. Tutaj natomiast, w wyniku przegranego przez Hiszpanię konfliktu, wyspa, na której dominował język hiszpański i latynoska kultura, trafiła pod bezpośrednią kontrolę Anglosasów z północy. Stało się to na długo przed tym, nim przez granicę meksykańsko-amerykańską zaczęły napływać kolejne fale migrantów, które znacząco podniosły odsetek latynoskich mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Ale ówcześnie Portorykańczycy stanowili ledwie kroplę pośród anglojęzycznej i protestanckiej kultury potężnego państwa. Nierówne starcie kultur, które tutaj zaistniało, stało się zatem palącym problemem dla wyspiarzy, którzy na nowo musieli określić własną tożsamość - czy zachować swoje latynoskie dziedzictwo, czy też ulec daleko idącej i coraz silniejszej presji amerykanizacji? Właśnie te dylematy możemy odnaleźć w recenzowanym zbiorze, w którym przetłumaczono siedem opowiadań - trzy połączone w cykl zatytułowany „Malborough poszedł na wojnę” i cztery inne utwory, pośród których jest tytułowe opowiadanie „Wieczór, gdy znów staliśmy się ludźmi”. Jeśli chodzi o styl pisarski, który prezentuje w swoich opowiadaniach Gonazlez, to rzekłbym, że jest on właśnie wynikiem oddziaływania „anglosaskiej szkoły pisarskiej” na powojenne pokolenie portorykańskich twórców. Prosty, pozbawiony zbędnych ozdobników i mocno konkretny język przekłada się na bezproblemowy odbiór prezentowanych utworów. Zaryzykowałbym wręcz twierdzenie, że w każdym z nich czuć amerykańskiego ducha, nawet jeśli opisywane w nich wydarzenia dzieją się z daleka od Ameryki, np. w Europie. Nie oznacza to jednak, że opowiadania Gonzaleza są zupełnie pozbawione pierwiastka iberoamerykańskiego. Przeciwnie, zasadniczym problemem większości utworów jest właśnie problem tożsamości wykreowanych przez pisarza bohaterów, którzy stawiają otwarte pytanie o swoją rolę w opisywanych wydarzeniach. Cykl „Malborough poszedł na wojnę” rozgrywa się bowiem w Europie, a dokładniej we Francji, podczas i tuż po II wojnie światowej. Portorykańczycy, jako obywatele amerykańscy, brali udział w tym konflikcie, który jednak - z punktu widzenia karaibskiej wyspy - nie był ich wojną. Stąd rozterki głównego bohatera podczas ardeńskich walk z nacierającymi Niemcami - co ja tutaj robię? Czy to jest moja walka? Czy zostanę doceniony za moje poświęcenie? Tego typu dylematy nie są zresztą ograniczone tylko do czasów wojennych. Również w życiu „cywilnym”, w zarobkowej emigracji na kontynent, Portorykańczycy ciągle muszą mierzyć się z dyskryminacją i pogardą ze względu na swoje odmienne pochodzenie. Gonzalez dostrzega właśnie ową nierówność szans między „prawdziwymi” Amerykanami, a podążającymi za ponętną wizją American Dream latynoskimi wyspiarzami. Ten aspekt życia swoich rodaków pisarz przedstawił w chyba najmocniejszym opowiadaniu zatytułowanym „Ziomek”, które skupia się właśnie na oddaniu głębokiego rozczarowania Portorykańczyków wobec dyskryminacji, z jaką muszą się mierzyć ze strony swojej nowej ojczyzny, która ich co prawda przygarnęła, ale nie nadała pełnych praw i nie zapewniła prawdziwej równości. A zatem wątek latynoskiej tożsamości w anglosaskim świecie stanowi najistotniejszy element twórczości portorykańskiego pisarza, choć nigdy nie jest on ukazany jako pierwszoplanowy. Dzieje się tak dlatego, że Gonzalez, aby przyciągnąć uwagę amerykańskiego odbiorcy, bardzo często stosuje wabik w postaci tego, o czym chce on czytać. A jednym z takich tematów są wojny, w których brali udział Amerykanie - zarówno wspomniana II wojna światowa, jak i wojna koreańska. Jeśli głębiej się nad tym zastanowimy, możemy dojść nawet do wniosku, że to też jest pewna forma dyskryminacji, gdyż aby zainteresować „kontynentalnego” odbiorcę problemami Portorykańczyków, twórca musi iść na daleko idące kompromisy, aby pozyskać sobie czytelnika. I dopiero wtedy, gdzieś na marginesie, może przemycić pewne elementy świadczące o tym, że jego bohaterami są byli lub obecni mieszkańcy pewnej karaibskiej wyspy o nie do końca uregulowanym statusie, którzy również posiadają swoje problemy i życiowe dylematy. Natomiast to, co ewidentnie przetrwało ze świata iberoamerykańskiego w twórczości literackiej Gonzaleza, to machismo. Stereotyp silnego mężczyzny jest moim zdaniem wyraźnie widoczny w recenzowanym zbiorze, co najlepiej widać w trzech opowiadaniach z części „Malborough poszedł na wojnę”, gdzie seksualny wątek stosunków damsko-męskich jest wyraźnie uwypuklony, a męskość i honor głównego bohatera dobitnie zaakcentowane. Portorykańczycy to prawdziwi twardziele - zdaje się podkreślać pisarz. I doskonali kochankowie. Podsumowując, zebrane w tomie opowiadania są bardzo ciekawym efektem przenikania się dwóch różnych kultur - anglosaskiej i latynoskiej. Portorykańczycy przez długi czas samotnie musieli mierzyć się z wyjątkowością swojej sytuacji, co przełożyło się na dobór tematów poruszanych przez nowe pokolenie tamtejszych pisarzy, które nie pamiętało już czasów sprzed roku 1898. Również „środek ciężkości” przesunął się z samej wyspy na szeroki świat, w który Portorykańczycy zostali niejako rzuceni w wyniku podporządkowania Stanom Zjednoczonym. Wiejskość i sielankowość rajskiej wyspy zastąpił świat zarobkowej emigracji i coraz liczniejszej diaspory w Ameryce. Muszę przyznać, że lektura utworów Jose Luisa Gonzaleza była interesującą przygodą literacką i zajrzeniem do w zasadzie totalnie niszowej w naszym kraju literatury portorykańskiej. Swoją drogą ciekawe, czy przetłumaczono na polski jakąkolwiek inną książkę portorykańskiego pisarza? Obstawiałbym, że raczej nie, więc tym bardziej można sięgnąć po ten całkiem przyjemny zbiór opowiadań. Czyta się bardzo dobrze.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na71 rok temu
Złoty wąż Ciro Alegría
Złoty wąż
Ciro Alegría
Peru, opisywane przez Ciro Alegrii, ma inną twarz od tej, zaprezentowanej przez Jose Maria Arguedasa. W "Złotym wężu" patrzymy na nie oczami cholo – Indianina z nizin, który mieszka w ‘cywilizowanej wiosce’ i łączy stare animistyczne wierzenia z wiarą przyniesioną przez konkwistadorów. Dlatego po równi czci Świętą Panienkę i wielką rzekę, nad którą przyszło mu żyć. Przyroda jest głównym bohaterem tej powieści (a właściwie zbioru mini-opowiadań, luźno łączących się w obraz codziennego życia wioski). Natura determinuje życie tych ludzi w sposób, który dla reprezentanta zachodniej cywilizacji jest wręcz trudny do wyobrażenia. Klaustrofobiczna zieleń dżungli, podszyta upałem i duchotą jest integralną częścią wspólnoty. Nad nią wyrastają groźne góry, pełne ostrych jak noże skał, zapadlin, nieoczekiwanych urwisk i zdradliwych ścieżek, które prowadzą tylko w kierunku śmierci. Czarna, wzburzona woda jest niewierną kochanką, po równo zabiera i daje. Nieraz kusi swym szumem, odsłaniając białe połacie plaż i daje ukojenie w gorące noce; innym razem spada z hukiem z gór, niosąc ze sobą pnie, muł, kamienie, a nieraz martwe ciała zwierząt i ludzi. Rzeka i dżungla to nieokiełznane żywioły, z którymi człowiek nie może się mierzyć, a jednak to robi, bo jest człowiekiem i taka jest jego natura. By rozumieć ten bezmiar potęgi i nauczyć się z nim koegzystować, trzeba urodzić się na pampie. Przyjezdni giną, jak komary. Najpiękniejsza jest historia polowania na pumę. Trudno mi sobie wyobrazić, że atak drapieżnego kota może być dla kogoś realnym zagrożeniem – równie mało egzotycznym, co gotowanie obiadu. Puma, duch dżungi, zaczęła atakować najbardziej oddaloną zagrodę. Mężczyźni próbowali się na nią zasadzić. W osadzie jest tylko jedna strzelba, ale to nie szkodzi. Przechodziła z rąk do rąk, a w ruch szły również maczety i kije. Jednak kot był nieuchwytny. Szybko w umysłach tubylców nabrał magicznych cech, a z ust do ust podawano informację, że jego sierść jest niebieska jak niebo i że kule się go nie imają, a każdego nożownika potrafi bezszelestnie ominąć. W końcu upolowała ją kobieta. Zastawiła zasadzkę, w którą wskoczyła nieświadoma puma, a rozszalała gospodyni dopiła zwierzę kamieniem. Nie było niebieskie. Po prostu sprytne. Sprytniejsze niż mężczyźni z wioski, więc trzeba było nadać mu specjalny status. Przemienić w historię, legendę. Użyczyć mu wyimaginowanych mocy, które odeszły wraz z pierwszym uderzeniem kamienia dzielnej Indianki. Tak się sprawy mają w andyjskich wioskach. Alegrii wspaniale podkreśla oralność tej kultury. "W samotności dzikiej puny słowo krąży z ust do ust, każde opowiadanie przechodzi z ojca na syna i kolejno na synów tychże, nie kończąc się nigdy. Kiedy ludzie z gór otwierają usta, ukazują się nieznane zakamarki dawnych epok. Z całą świeżością, całym kolorytem. Opowiadanie staje się cyfrą, słowem, stronicą i książką. Ale książką żywą." (s.42) Dla mnie to już jest wystarczający powód, by poświęcić im dłuższą chwilę zadumy, nieodmiennie podszytej tęsknotą. Historie przekazywane osobiście, wymagające zgromadzenia skupionych słuchaczy i gawędziarza, porywającego swymi słowami, jakby każde z nich było zaklęciem, ma w sobie jakąś pierwotną siłę. Potrafi spajać i tworzyć jedność tam, gdzie zachodnia kultura atomizuje i wbija w samotność. Bardzo cenna cecha, którą zatraciliśmy wraz z iPodami i innymi pseudo-cudami. Wielka szkoda.
Iza - awatar Iza
oceniła na611 lat temu
Bóg nie lubi szczęśliwych Griselda Gambaro
Bóg nie lubi szczęśliwych
Griselda Gambaro
Już po kilku stronach tej powieści odniosłem wrażenie, że gdzieś już coś podobnego czytałem. Chwilka zastanowienia, no tak - „Blaszany bębenek” Guntera Grassa. Oczywiście skojarzenie jest raczej co do ogólnego klimatu powieści niż stricte odnośnie treści, choć i tutaj występuje mały chłopiec, który może przypominać małego Oskara. Ale zasadniczo na tym podobieństwa się kończą, gdyż książka Grassa osadzona jest jednak mocno na historycznym gruncie, podczas gdy w wypadku powieści „Bóg nie lubi szczęśliwych” całość zanurzona jest „po uszy” w oniryzmie. Oto bowiem mamy wrażenie, że uczestniczymy w serii pokręconych snów głównych bohaterów powieści. Nie są to sny z gatunku koszmarów lub horrorów, ale raczej paranoiczne sny, które momentami w absurdalny sposób wykrzywiają rzeczywiste przeżycia. Wspomniałem już o Tristanie, chłopcu-sierocie, który bardzo pragnie śpiewać, choć w powieści sam prawie w ogóle nie mówi. W książce argentyńskiej pisarki, Griseldy Gambaro, odnajdziemy jeszcze tak naprawdę trzy główne postacie, wokół których powstało coś na kształt fabuły. Bo ta książka ma fabułę, choć wszystko się w niej miesza. Mimo to jakaś chronologia jest tutaj zachowana, co znacząco ułatwia czytelnikowi zanurzenie się w tę raczej niełatwą lekturę. Ale wróćmy do bohaterów. Oprócz Tristana główną bohaterką powieści jest Woltyżerka, artystka cyrkowa, która uważa się za wielką gwiazdę - choć co chwila jej cyrk ucieka od niej - i jednocześnie pragnie odnaleźć miłość swojego życia. Do kompletu mamy jeszcze Niemowlaka, który, paradoksalnie, jest najbardziej dorosłą i odpowiedzialną postacią w powieści. To właśnie ono troszczy się o pozostałą dwójkę, aby nie umarli oni z głodu, gdy Woltyżerka trawiona jest beznadziejną miłością do złodzieja bez kawałka brody. Dopełnieniem bohaterów jest Maria, przyjaciółka Tristana z dzieciństwa, która stanowi jego wyidealizowany obiekt tęsknoty w chwilach, gdy przestaje wielbić Woltyżerkę. I to właściwie tyle, pozostałe postacie, przewijające się przez karty powieści, są drugorzędne, jak na przykład dyrektorzy kolejnych cyrków Woltyżerki. Dyrektor zawsze pozostaje jednak typowym dyrektorem, a więc pakuje swój cyrk i odjeżdża w siną dal. Jak zatem widać po powyższym krótkim zestawieniu bohaterów, „Bóg nie lubi szczęśliwych” to dość pogmatwana powieść, w której pisarka za pomocą zdawałoby się mało poważnej formy chce przemycić bardzo poważne myśli. Ta w ogólnym rozrachunku nieco smutna powieść nawiązuje bowiem do odwiecznych ludzkich pragnień, których zaspokojenie niejako stanowi sens naszego życia. W onirycznych wizjach wykreowanych przez Gambaro możemy dopatrzyć się takich tematów jak poszukiwania akceptacji, pragnienia miłości i zrozumienia, wreszcie bólu z powodu własnej samotności. To także opowieść o wyobrażeniach, które każdy z nas nosi w sobie, a które tutaj nienaturalnie wykrzywione są przez senne majaki. Pożądanie, tęsknota, fascynacja, pogoń za sławą i uznaniem - to wszystko, i wiele więcej, odnajdziemy w powieści argentyńskiej pisarki. Warto jeszcze wspomnieć o walorach literackich tej książki, gdyż rzeczywiście jest tutaj czym się zachwycać. Już sama forma powieści, a więc senne marzenia wymaga na tyle precyzyjnego posługiwania się słowem, aby oddać wizje, w których nieprawdopodobne miesza się z prawdopodobnym. Jedno następuje po drugim całkowicie naturalnie, choć dla nas, gdy próbujemy to odbierać zdroworozsądkowo, wydaje się, że ciągle obracamy się w kręgach co najmniej absurdu. Ale jest w tym jednak jakaś magia, która zachęca do ukończenia rozpoczętej lektury. Tak naprawdę już po kilkunastu stronach wiemy, że fabuła urwie się równie gwałtownie, jak się zaczęła, ale w sumie w niczym to nie przeszkadza. Trzeba tylko dać się porwać oniryzmowi, który albo się lubi, albo nie. Nie oznacza to jednak, że podczas lektury możemy „przysnąć” i stracić czujność. Co to, to nie, byłaby to niepowetowana strata, gdyż argentyńska pisarka wplotła w swoją prozę zdania, których rzeczywistość i prawdziwość nie ma nic wspólnego ze snem. Wręcz przeciwnie, to krótkie i dosadne komentarze autorki do prawdziwego życia, jak na przykład przepiękna refleksja nad stołem jako meblem, który „żyje” razem z nami; na którym się kroi, opiera łokcie, razem spożywa posiłki. Stół jako cichy świadek ludzkiej egzystencji („Porysować stół nie nożami, a gestami, słowami, kłopotami, niepojętą rutyną życia, która uczy nas dojrzewania”, s. 161). Warto zatem zachować czujność, bo takich zdań - wtrąconych niby od niechcenia i niby przypadkiem - jest tutaj więcej i to one stanowią jedną z zasadniczych zalet tej książki. Pośród sennych wizji, są niczym realne głosy, które mówią do nas, gdy śpimy - choć nadal śnimy swój sen, zdarza się tak, że to, co do nas jest mówione, odnajduje drogę do naszej świadomości. „Bóg nie lub szczęśliwych” jest powieścią nawiązującą do tzw. realizmu magicznego, w którym życie człowieka tłumaczone jest za pomocą nieraz nieprawdopodobnych scen, nie mających na pierwszy rzut oka żadnego logicznego znaczenia, ale to tylko pozór, gdyż jest to tak naprawdę zabawa pisarza z odbiorcą, z której obie strony mają jakąś korzyść (warto jeszcze odnotować nawiązanie pisarki od słynnej sceny z klasycznego spaghetti westernu Sergio Leone „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”). Przyznam się szczerze, że oniryzm nie jest moją ulubioną formą poznawania prawd o rzeczywistości. O wiele bardziej wolę trzymać się praw logiki i rachunku prawdopodobieństwa, co wcale jednak nie oznacza, że nie ma w tym sposobie myślenia miejsca na małe eksperymenty. Tak też traktuję przeczytaną właśnie książkę - jako całkiem ciekawy eksperyment literacki.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na72 lata temu
Lustro i inne opowiadania Joaquim Maria Machado de Assis
Lustro i inne opowiadania
Joaquim Maria Machado de Assis
(www.bibliotekaswiata.blogspot.com) Assisa poznaliśmy już jako autora trzech powieści - „Wspomnień pośmiertnych Brasa Cubasa” i „Quincasa Borby” oraz uznawanej za najważniejszą brazylijską książkę, „Dom Casmurra”. Co ciekawe jednak, bardzo długo postrzegano go przede wszystkim jako wybitnego nowelistę – opowiadania pisał przez całe życie, a w dokonanym przez Janinę Z. Klave wyborze znalazło się 17 tekstów pochodzących z 5 różnych zbiorów powstałych na przestrzeni ćwierćwiecza. Choć poziom tekstów jest – jak zawsze w takich przypadkach – różny, to w pierwszej kolejności zdumiewa fakt, iż wszystkie one świetnie bronią się po ponad stu latach: charakteryzuje je swobodny styl, język, który w ogóle się nie zestarzał, budowanie niezwykle interesujących postaci, wreszcie upodobanie do przewrotnych, błyskotliwych zakończeń – trochę w stylu Dicka, ale w konwencji bliższej tekstom Poego i Czechowa. Z całego zbioru na uwagę zasługują przede wszystkim trzy opowiadania: „Galeria pośmiertna”, opowiadająca o śmierci powszechnie szanowanego obywatela, w rzeczach którego jego bliscy odnajdują dziennik, który odsłoni zupełnie inne oblicze jego autora (to historia ku przestrodze, by zadbać o swoje zapiski!),okrutnie zabawne „Korzystne małżeństwo”, będące historią mężczyzny, który znajduje tajemniczy liścik miłosny, który stanie się przyczynkiem do szeregu niespodziewanych zdarzeń (i bezbłędnego finału) oraz najdłuższy w stawce, bo liczący aż 50 stron, „Psychiatra”. I to jest już perełka najwyższych lotów, zasługująca na oddzielne wydanie i uznanie, tymczasem u nas jest zupełnie nieznana. Rzecz opowiada o Szymonie Bacamarte, powszechnie szanowanym lekarzu i miłośniku nauki, który w małym brazylijskim miasteczku Itaguai zakłada szpital psychiatryczny o nazwie „Zielony Dom”, do którego trafiać będą wszelkiej maści szaleńcy z całej okolicy. Szybko jednak okaże się, że jego pacjentami zostaną nie tylko oczywiste przypadki – czytelnik jednak nie jest gotowy na to, jak potoczy się historia, nie wyłączając znakomitego finału. Pomysłowość Assisa wznosi się tu na wyżyny – i choćby dla tego tylko tekstu trzeba sięgnąć po cały zbiór!
kunieczko - awatar kunieczko
ocenił na81 rok temu
Tyran Banderas Ramón del Valle-Inclán
Tyran Banderas
Ramón del Valle-Inclán
Akcja „Tyrana Banderasa” rozgrywa się w bliżej nieokreślonym miejscu gdzieś w postkolonialnej Ameryce Łacińskiej. Na czele Republiki Santa Fe de Tierra Firme, która jest oczywiście wytworem wyobraźni hiszpańskiego pisarza, Ramona Del Valle-Inclana, stoi tytułowy tyran Santos Banderas. Podstarzały prezydent republiki trzyma swoich poddanych w żelaznym uścisku za pomocą rządów policyjnych i terroru, bezwzględnie rozprawiając się z wszelkimi próbami podważenia jego władzy. Akcja powieści to właściwie zestawienie kolejnych scen, rozgrywających się w przeciągu kilkudziesięciu godzin, które poprzedzają wybuch zbrojnej rewolty przeciwko tyrańskiej władzy. Takie jest tło powieści, która łączy w sobie syntetyczny obraz postkolonialnej rzeczywistości na obszarze Ameryki Łacińskiej z groteskowym i karykaturalnym przerysowaniem. Wróćmy jednak na chwilę jeszcze do omówienia miejsca i czasu akcji, gdyż oba te elementy zostały celowo rozmyte przez pisarza. W powieści znajdziemy wiele nawiązań do historii kontynentu, które jednak w żaden sposób nie pozwalają ustalić nawet przybliżonej lokacji książkowej republiki. Równie dobrze możemy mówić o Kubie, Boliwii czy Meksyku, gdyż do tych krajów prowadzą rozsiane przez pisarza tu i ówdzie podpowiedzi. Także czas akcji jest pomieszany przez wspomnienia o rozmaitych wydarzeniach i postaciach historycznych (ostatecznie można pokusić się o ulokowanie akcji powieści gdzieś w drugiej połowie XIX wieku). Tym samym hiszpański pisarz tworzy obraz panoramiczny, w którym zawiera wszelkie cechy charakterystyczne dla szeregu państw powstałych na gruzach hiszpańskiego imperium kolonialnego w Ameryce. Jest to oczywiście mocna i celna krytyka zjawiska caudillizmu, który to stał się dominującą formą sprawowania władzy na kontynencie po upadku hiszpańskiego panowania. Tytułowego tyrana Banderasa możemy zatem potraktować jako typowy wzorzec latynoamerykańskiego dyktatora, którego jedynym celem jest zachowanie osobistej władzy pod płaszczykiem troski o dobro Ojczyzny. Del Valle-Inclan dostrzega w historii pewną prawidłowość, w myśl której tego typu forma autorytarnych rządów najczęściej obalana jest w wyniku zbrojnych powstań i rewolucji. Warto zwrócić uwagę, że Santos Banderas jest przedstawicielem tubylczej ludności (jest Indianinem),który jednak gromadzi wokół siebie garstkę bogatych gaczupinów (pogardliwe określenie na Hiszpanów pochodzących z Europy),stanowiących podporę jego władzy. Tak też często było w historii, gdy władzę w nowo powstałych państwach obejmowali ludzie urodzeni w Ameryce, ale w swoich poczynaniach opierali się na wpływach zagranicznych - nie tylko odległej i osłabionej już Hiszpanii, ale także innych mocarstw, na co zwraca uwagę pisarz w scenie narady ambasadorów. Na kartach powieści mamy zatem doskonale odmalowany obraz stosunków społecznych w ówczesnej Ameryce, ukazując źródła wszelkich buntów wobec władzy od Meksyku po Argentynę. Są one w zasadzie niezmienne i wielokrotnie opracowane przez literaturę tamtego regionu, a więc ogromne dysproporcję społeczno-ekonomiczne między rządzącymi a rządzonymi. Narastająca desperacja poddanych pociąga za sobą wzrost represji, które wywołują jeszcze większy opór, a ten przeradza się w stosownym momencie w zryw rewolucyjny przeciwko tyrani. Tak też jest w powieści Del Valle-Inclana. Główną postacią powieści jest prezydent Banderas, więc warto poświęcić kilka słów na jej charakterystykę. Jest to postać celowo przerysowana. Łysy starzec w przyciemnianych okularach, z wiecznie cieknącą śliną na skutek żucia koki - to obraz mającym wywoływać śmieszność, która zawsze i wszędzie jest wrogiem wszelkiego rodzaju rządów autorytarnych. Tyran lubi też pozować na współczesnego Cincinnatusa - zmęczonego władzą męża stanu, pragnącego porzucić ją na rzecz spokojnego życia zwykłego obywatela, co jest oczywiście łatwą do przejrzenia obłudą z jego strony. Posługując się groteską, pisarz ośmiesza nie tylko postać tyrana, ale także jego pomagierów. Na dłuższą metę daremne, choć brutalne próby zachowania władzy nie zasługują na nic innego. Warto zwrócić uwagę na wydarzenie, które stało się niejako iskrą, która podpaliła przysłowiową beczkę z prochem. Otóż wybuch rewolucji został przyspieszony przez skargę dostarczycielki lemoniady na zachowanie jednego z oficerów tyrana, który to w pijackim amoku potłukł jej szklanki po napojach. Ponieważ lemoniada była ulubionym napojem Bandersa, obiecał on odpowiednio ukarać winnego i wydał rozkaz jego aresztowania. Błahy incydent doprowadzi jednak do wybuchu niezadowolenia, które zmiecie skostniałe rządy tyrana. Warto wspomnieć, że Ramon Del Valle-Inclan był także dramaturgiem i ten scenicznych charakter jego twórczości z łatwością odnajdziemy w książce. Wspominałem już, że w gruncie rzeczy akcja powieści jest serią kolejnych scenek, które rozgrywają się jedna po drugiej i posuwają akcję powieści do przodu. W rzeczy samej - gdyby się uprzeć, „Tyrana Banderasa” można by z powodzeniem przenieść na deski teatru. Oczywiście wymagałoby to pewnego przerobienia dialogów, poprzez ich skrócenie, ale byłoby to w pełni możliwe. Ten sceniczny charakter prozy pisarza czuć właściwie przez całą lekturę powieści i jest on cechą wzmacniającą jej groteskowy charakter. A ten nie ogranicza się tylko do przerysowanej postaci tyrana Banderasa, ale jest także obecny w dialogach postaci oraz opisywanych wydarzeniach, jak na przykład komicznej scenie pościgu żandarmów za umykającym im oficerem od potłuczonych szklanic. W zasadzie jest jeszcze jeden element powieści, o którym wypada wspomnieć, choć dla polskiego czytelnika jest to rzecz bardzo trudna - jeśli nie niemożliwa - do przekazania w procesie translacji. Otóż hiszpański pisarz w hiszpańskim oryginale powieści śmiało sięgnął po „amerykanizmy”, a więc słowa, gwary i określenia, które weszły do języka hiszpańskiego na obszarze Ameryki Łacińskiej. Tym samym syntetyczny charakter powieści Del Valle-Inclana jest jeszcze głębszy i obejmuje nie tylko warstwę fabularną, ale także warstwę językową. Wplecenie „amerykanizmów” do kastylijskiego wariantu języka hiszpańskiego jest oczywiście zrozumiałe tylko dla osób znających bardzo dobrze ów język. W procesie translacji powieści ten zamysł pisarza niejako musi zostać zinterpretowany przez tłumacza „na wyczucie”, gdyż polszczyzna po prostu nie jest w stanie oddać dialektów i regionalizmów narosłych przez stulecia kolonialnej zależności. Podsumowując, „Tyran Banderas” to całkiem ciekawa powieść, którą zaliczono do klasyki literatury hiszpańskiej. Napisana w 1926 roku książka okazała się być nadzwyczaj aktualna w momencie jej wydania, a i potem, przez długie dziesięciolecia, można było się przekonać o jej ponadczasowej wartości, gdy oto kolejne rządy twardej ręki przetaczały się przez praktycznie całą Amerykę Łacińską. I choć sama powieść nie jest dziełem pisarza iberoamerykańskiego, to można ją śmiało zaliczyć do tego kręgu literackiego, gdyż sam Del Valle-Inclan jakiś czas spędził w stolicy Meksyku, gdzie naocznie zapewne poczynił wiele ciekawych obserwacji, która następnie zawarł w swojej powieści.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na72 lata temu
Don Segundo Sombra Ricardo Güiraldes
Don Segundo Sombra
Ricardo Güiraldes
Lubię czytać o światach, które odeszły w zapomnienie. Takim nieistniejącym już światem jest południowoamerykańska pampa, czyli w przybliżeniu rozległy i równinny obszar leżący na pograniczu Argentyny, Urugwaju i Brazylii. A wszystko zaczęło się wraz z przybyciem na te tereny Europejczyków i założeniem pierwszych hodowli bydła w Nowym Świecie. I - jak to w hodowli bywa - od czasu do czasu co cwańsze egzemplarze „dawały nogę” z estancji i zapuszczały się w rozległą i bezludną pampę. Z czasem zwierzęta zdziczały, a ich liczebność rosła w wyniku niekontrolowanego rozrodu. Wkrótce w ich ślady poszli ludzie. Przestępcy, dłużnicy i różnego rodzaju niespokojne duchy, nie pasujące do nowo tworzącego się kolonialnego społeczeństwa - bezkresna pampa przyciągała wszystkich, tworząc z nich kozaków Nowego Świata. Gauczów (hiszp. gaucho). Ale kim dokładnie byli gauczowie? W zasadzie należałoby ich ulokować między kowbojami a traperami z terenów północnoamerykańskich. Ich głównym zajęciem było przemierzanie pampy i pomoc w hodowli bydła, która stała się jedną z dominujących dziedzin gospodarki argentyńskiej. Korzystali oni właśnie z nagromadzenia zbiegłych zwierząt, na które polowali, aby się wyżywić i pozyskać ich skóry. Byli też mistrzami jazdy konnej, więc chętnie byli zatrudniani przez ranczerów do ujeżdżania koni lub pędzania wielkich stad zwierząt hodowlanych. Gauczowie jednak nade wszystko cenili własną wolność i specyficznie pojęty honor, a z racji ustawicznego życia w siodle i bycia w ciągłej drodze, byli przyzwyczajeni do wszelkich niewygód oraz posługiwania się bronią (w szczególności sławnymi nożami facon, za pomocą których rozstrzygali co poważniejsze kwestie sporne). A poza tym pili ogromne ilości yerba mate. Literatura gauczowska jest szczególnie mocno obecna w Argentynie, w której epopeją narodową jest „Martin Fierro”, poemat poświęcony właśnie życiu na rozległych pampach w północnej części tego kraju. Ale temat ten poruszali również inni pisarze argentyńscy. „Don Segundo Sombra” jest krótką powieścią napisaną w 1926 roku przez Ricardo Guiraldesa, w której odmalowano powoli odchodzący do przeszłości świat gauczów, przegrywających starcie z nowoczesnością i postępem. Powieść tę określiłbym mianem „sielanki gauczowskiej”, gdyż w sposób wyidealizowany oddaje ona tryb życia gauczów. Ten momentami nieco naiwny idealizm świadczy o wielkiej sympatii, jaką Guiraldes darzył to środowisko, czego zresztą dowodzi przepiękna dedykacja na początku książki. Czas akcji powieści nie jest dokładnie sprecyzowany, ale możemy założyć, że toczy się ona w momencie pisania powieści, a więc w latach 20. XX wieku. Głównym bohaterem, który pełni równocześnie rolę narratora, jest chłopak-sierota z małego miasteczka (jego prawdziwą tożsamość poznamy na samym końcu powieści),który w wieku czternastu lat ucieka od swoich bezwzględnych ciotek i podąża na pobliskie ranczo w poszukiwaniu pracy jako resero, tj. zawodowy poganiacz bydła. Do tego kroku skłania go przypadkowe spotkanie z don Segundo, doświadczonym gauczem, który również przybył do miasteczka w poszukiwaniu zajęcia. Dodajmy, że postać don Segundo była zainspirowana przez prawdziwego gauczo z estancji Guiraldesa, don Segundo Ramireza (zdjęcie człowieka do zobaczenia na Wikipedii). Natomiast w powieści postać don Segundo Sombra jest wyidealizowanym i żywym obrazem kultury gauczowskiej, w której mamy zawarte wszystkie cechy charakterystyczne dla tego typu osobowości - małomówność, honorowość, siła fizyczna, biegłość w ujeżdżaniu koni oraz spędzie bydła, zapewne też umiejętność posługiwania się nożem i wreszcie bogate doświadczenie z twardego życia na pampie. Don Segundo to także doskonały opowiadacz rozmaitych historii oraz anegdot. Sombra to nazwisko wybrane nieprzypadkowo, gdyż słowo to znaczy po hiszpańsku „cień”. I taka też jest rola tej postaci, która zawsze pozostaje gdzieś na uboczu, niewiele mówi, ale jej osobowość odciska silne piętno na wymowie całego utworu. Główny bohater (celowo nie zdradzam jego imienia) określa go mianem „ojca chrzestnego”, gdyż jest dla niego wzorcem postępowania, choć jemu samemu daleko jeszcze do życiowej mądrości i opanowania don Segundo. Mimo to chłopak chce być takim jak on, więc przez kilka lat nie odstępuje go na krok, ucząc się od niego trudnego sposobu życia gaucza. Trwa to do czasu, aż otrzymuje niespodziewaną wiadomość, która ujawnia jego pochodzenie. Don Segundo pełni zatem w powieści podwójną rolę - jest jednym z jej bohaterów, a jednocześnie jest uosobieniem gauczowskiego ideału. Cała fabuła powieści nie jest skomplikowana i służy pisarzowi przede wszystkim do odmalowania świata gauczów, ich sposobu bycia oraz obyczajów. Pisarz w kolejnych rozdziałach w sposób bardzo szczegółowy przedstawia kolejne scenki z gauczowskiego życia, a więc mamy tutaj pracę na estancji wielkiego hodowcy bydła, następnie obszerną relację z arreo, tj. przepędu bydła między odległymi posiadłościami ranczerów; mamy wreszcie przykłady gauczowskich rozrywek - hazardu powiązanego z walkami kogutów i wyścigami konnymi, wiejskich festynów i zabaw tanecznych oraz raczej krótkotrwałych miłostek z napotykanymi w czasie wędrówek kobietami. Wszystko to pisarz oddaje z niezwykłym znawstwem tematu, z zachowaniem nawet drobnych detali, co jeszcze raz podkreśla, że świat ten nie był mu obcy, choć sam Guiraldes był zamożnym i wykształconym człowiekiem, właścicielem bogatej estancji La Portena. Nie przeszkadzało mu to jednak czuć autentycznego podziwu dla tych prostych, ale twardych jak „nandubajowe słupy” (nandubay - południowoamerykańskie drzewo o niezwykle twardym i odpornym na procesy gnilne drewnie) ludzi, z którymi przyszło mu codziennie się zadawać i w których towarzystwie zapewne też dorastał. Stąd też w powieści możemy odnaleźć liczne nawiązania autobiograficzne do losów jej autora. Nie sposób odmówić tej powieści uroku literackiego. Opisy są bardzo szczegółowe, pełne porównań i momentami poetyckiego języka, który zastosowano do opisu pampy. Ciekawie czyta się o tym egzotycznym dla nas świecie, choć w pewnym momencie przychodzi do nas refleksja, że to na pewno nie jest komplementarny obraz świata gauczów. Poza sceną pojedynku na noże dwóch pobocznych postaci z powieści, w którym to jeden z nich ginie, w powieści trudno szukać ciemnych stron tego „fachu”. A te z pewnością musiały w rzeczywistości występować. Przede wszystkim podstawowym napojem gauczów w powieści jest yerba mate, ale - znając życie - trudno uwierzyć, że byli to sami praworządni i wstrzemięźliwi od alkoholowych uciech osobnicy. Wszak mówimy o prostych i przeważnie niewykształconych ludziach. Tym samym można postawić powieści zarzut zbytniego monumentalizmu, czyli patrzenia na świat gauczów wyłącznie przez „różowe okulary”. Natomiast inna sprawa, że powieść argentyńskiego pisarza ma bardzo nostalgiczną wymowę, a końcowa scena odjazdu o zmierzchu don Segundo jest w zasadzie oddaniem niepowstrzymanego procesu przemijania gauczów jako grupy społecznej. Co ciekawe, główny bohater opuszcza swoje miasteczko o wschodzie słońca, co dodaje dodatkowego znaczenia powieści, która rozpoczyna się o poranku, a kończy o zmierzchu, niejako oddając początek i koniec świata gauczów. Zacytujmy Guiraldesa: „Przybycie oznacza dla resero jedynie pretekst do odjazdu” - ten cytat z powieści doskonale oddaje, czym był gauczowski żywot. „Iść dalej, dalej, coraz dalej”. „Don Segundo Sombra” jest zatem próbą utrwalenia wyidealizowanego mitu gaucza, jako postaci odchodzącej w przeszłość argentyńskiej historii. To także opowieść o fatum ludzkiego przeznaczenia, któremu opór mogą stawić jedynie jednostki takie jak don Segundo. Bezkresna pampa została zasiedlona, zdziczałe bydło wybite lub ponownie schwytane, a nowoczesne państwo krzywym okiem spoglądało na wszelkie jednostki żyjące według innych praw niż tych ustanowionych w rządowych gmachach gdzieś daleko w stolicy - oto powody dla których świat gauczowski w swojej pierwotnej formie musiał zniknąć. Nie oznacza to jednak, że odszedł całkowicie. Zapewne potomkowie gauczów nadal kultywują spuściznę po wolnych i dumnych jeźdźcach z pampy, ale czy w dobie mediów masowych, mechanizacji hodowli i wreszcie zawłaszczenia każdego akra ziemi postacie takie jak don Segundo mogłyby znaleźć jakąkolwiek nić powiązania z minioną przeszłością? Chyba nie, skoro dla gaucza najważniejsza była nieskrępowana wolność. Tę wolność czuć w powieści Ricardo Guiraldesa, ale czuć tutaj też żal za światem, który przeminął.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na72 lata temu
Lis z Gór i Lis z Nizin José María Arguedas
Lis z Gór i Lis z Nizin
José María Arguedas
Jose Maria Arguedas był peruwiańskim pisarzem, który do czternastego roku życia posługiwał się wyłącznie językiem keczua z andyjskiej grupy językowej. Aż dziw bierze, że ten syn adwokata tak późno zaczął naukę hiszpańskiego, a mimo to został jednym z najsłynniejszych pisarzy w Peru. Jego ostatnia książka, „Lis z Gór i Lis z Nizin”, to podwójny zapis dla potomność: z jednej strony niemal z chirurgiczną precyzją odmalowany świat peruwiańskiej biedoty z portowego miasta Chimbote, a z drugiej - postępująca dezintegracji psychiki pisarza, który niedługo po wydaniu powieści popełnił samobójstwo. Jakby tego było mało, całość dopełniona jest trudnymi dla zachodniego odbiorcy do odczytania nawiązaniami do sposobu myślenia i postrzegania świata przez peruwiańskich Indian. Jak zatem widać z tego krótkiego wstępu, nie jest to ani łatwa, ani tym bardziej wesoła lektura. W powieść wpleciony jest autentyczny dziennik pisarza, który zdawał sobie sprawę ze swojej coraz gorszej kondycji psychicznej i obawiał się, że tworzona powieść będzie zbyt krótka, aby nadawała się do publikacji. Dlatego też zdecydował się na literacką „przekładankę”, w której poszczególne rozdziały powieści rozdzielone są fragmentami wewnętrznego monologu pisarza. W tych „wtrętach” pisarz nawiązuje do różnych tematów oraz snuje refleksje o współczesnej kondycji Peru i świata. Trudno tutaj jednak szukać jakichś wielkich i uporządkowanych myśli. Przeciwnie, wszystko jest poszatkowane i pomieszane ze sobą, a pisarz obsesyjnie powraca do myśli o zakończeniu swego przepełnionego bólem życia. Tym samym nie jest to forma intymnej spowiedzi - Arguedas nie odsłania siebie przed czytelnikiem, zapowiada natomiast to, co według niego jest nieuniknione. Dołączone do polskiego wydania listy pożegnalne są zatem zamknięciem dorobku pisarza i jego testamentem. Pora przejść do fabuły powieści. Od razu trzeba zaznaczyć, że brak tutaj akcji w klasycznym tego słowa znaczeniu. Każdy z rozdziałów tej książki to raczej literackie obrazy nizin społecznych w Peru. Dopiero w posłowiu do powieści dowiadujemy się, co autor zamierzał jeszcze opisać, i co chciał przez to osiągnąć, a czego nie dane mu było zrobić z powodu narastającej depresji, odbierającej mu wszelką ochotę do tworzenia. Rzeczywiście, ten przedstawiony przez Arguedasa ciąg dalszy, który nigdy nie nastąpił, ukazywał całą złożoność zamiarów pisarza. Ale to, co udało się zrealizować, również ma dużą wartość literacką i kilka wariantów interpretacji. Zasadniczo pierwsze, co rzuca się w oczy czytelnikowi, to głęboka znajomość świata biedoty, głównie niewykształconych Indian. Widać, że pisarz nie tylko uważnie obserwował realia życia tych ludzi, ale także potrafił odtworzyć ich sposób myślenia. Powieść ta jest zatem niejako charakterystyką tej warstwy społecznej. Jest w niej zawarta głęboka miłość do prostego człowieka, co wprost wynika z surowego dzieciństwa pisarza, spędzonego w towarzystwie prostych Peruwiańczyków. Co ważne, Arguedas bynajmniej nie wybiela tej grupy społecznej, ukazując surowość i brutalność ich obyczajów (przemoc wobec kobiet, alkoholizm, prostytucja),do czego wykorzystuje również wulgarność języka, którym się posługują. Sposób wyrażania się postaci z powieści to nie jest mowa, do której przywykliśmy w literaturze pięknej, ale jest on niezbędny do odtworzenia realiów życia na samym dnie społeczeństwa. A te są raczej niewesołe, delikatnie rzecz ujmując, gdyż „Lis z Gór i Lis z Nizin” ukazuje dynamiczny, ale jednocześnie pozbawiony jakichkolwiek zasad rozwój agresywnego kapitalizmu. W powieści uchwycono moment, w którym rolnicze Peru przechodzi przyspieszoną rewolucję przemysłową. Na wybrzeżu powstają fabryki i huty, które przyciągają wieśniaków z zapadłych wiosek. Wystarczy zerknąć na mapę, aby zobaczyć, że kraj ten dzieli się na rejon wybrzeża i górzysty interior. Właśnie stamtąd nadciągają rzesze Indian, których wchłaniają rozwijające się miasta. Tak też jest Chimbote, co oczywiście jest źródłem konfliktów między ludnością napływową, a dotychczasowymi mieszkańcami nizin. Całkowicie niewykształceni, zdesperowani wieśniacy są idealnym „łupem” dla raczkującego kapitalizmu, który potrzebuje rąk do pracy, ale tylko do czasu. Postępująca mechanizacja sprawia, że świeżo przybyli górale nie są już masowo potrzebni. Nie mając żadnej nadziei na znalezienie pracy w przemyśle, a nie mogąc, lub nie chcąc, wrócić do siebie, zasilają coraz liczniejsze dzielnice biedoty, gdzie w zbudowanych z byle czego domostwach, wegetują razem ze swoimi licznymi rodzinami. Znamienna jest tutaj dyskusja, jaka odbywa się w gabinecie dyrektora fabryki mączki rybnej, podczas której to pisarz ukazuje oblicze peruwiańskiego wyzysku. Pisarz wcale nie ukrywa swoich lewicowych poglądów. Wyidealizowany komunizm i rewolucja społeczna, jako jego główne narzędzie, jest, według niego, właśnie sposobem przerwania tego przeklętego kręgu, w wyniku którego kolejne pokolenia ludzi gór wsysane są w bezlitosne tryby nowoczesnej gospodarki. Dla niego jest to tym ważniejsze, że on tych ludzi zna, gdyż wyrósł między nimi, a więc rozumie, że są oni właściwie bezbronni. Wie, że są tacy, którzy się szybko nauczą nowych reguł gry, i oni sobie poradzą, ale są też i tacy, dla których nie ma już żadnej nadziei, jak choćby górnicy, którzy bez żadnych zabezpieczeń wydobywają węgiel w kopalniach, wdychając przy tym zabójcze dawki pyłu węglowego. Arguedas odznacza się tutaj daleko idącą wrażliwością społeczną, a w ówczesnych realiach politycznych (rewolucja kubańska i rozwój lewicowych ruchów partyzanckich) upatruje ratunku oraz nowych świętych dla „swego” ludu (Ernesto „Che” Guevara). Bardzo ciekawa jest dyskusja w siedzibie duchownych o tym, jak dotrzeć z pomocą do ludzi napływających z gór. Są tutaj zawarte dwie wizje tego, czym mają się oni stać - czy w pełni „zasymilowanymi” trybami kapitalistycznego społeczeństwa, czy też powinni zachować swój wyrastający z dalekiej, inkaskiej spuścizny sposób pojmowania życia i świata. Ano właśnie, powyżej opisana, brutalnie realistyczna, warstwa powieści uzupełniona jest o liczne odwołania od kultury Indygenów. Autor nawiązuje tutaj do andyjskich mitów oraz przesądów, wprowadzając do swojej powieści elementy na wskroś fantastyczne. Stanowią one wyraźny kontrast wobec realistycznych opisów życia w portowym mieście. Tylko odbiorcy wychowani w tamtejszym kręgu kulturowym mogą w pełni zrozumieć te odwołania pisarza, a tym samym ukryty sens jego powieści, którym wydaje się zatrata przez Indian ich wielowiekowej tożsamości, tak z trudem ocalonej w czasie epoki kolonialnej, a teraz ginącej w zderzeniu z siłą pieniądza oraz alkoholem i wszechobecną prostytucją. Tutaj zdaje się można upatrywać sensu tytułu powieści, w której Lis z gór i Lis z nizin są symbolami zderzenia napływowej ludności Keczua z „kreolskimi” mieszkańcami wybrzeża, tradycji z nowoczesnością, i wreszcie życia ze śmiercią. Proces ten wyraźnie martwi pisarza, gdyż dostrzega w nim niebezpieczeństwo zatracenia się bogatego świata wierzeń i obyczajów, które przez długie lata badał i przekazywał potomności. Ta niedokończona powieść jest zatem niejako ostatnim apelem do wspólnoty Keczua, aby pokazać im zagrożenia, jakie czyhają na nich wraz z rozwojem gospodarczym kraju, który może zagrozić ich tożsamości. Książkę tę można zatem traktować jako ostatnie ostrzeżenie od człowieka, który - choć sam był przedstawicielem warstwy uprzywilejowanej - głęboko pokochał pradawną kulturę, skrytą pośród niedostępnych gór Peru.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na62 lata temu

Cytaty z książki I zawsze śmierć, jej szybki krok

Więcej

Biorą ludzi. Z ulicy. Z sali bilardowej, po wyjściu z kina. Z pracy. Biorą. Bo ktoś tam coś zakapował, ktoś się do kogoś źle wyraził o rządzie albo komuś podpadł.

Biorą ludzi. Z ulicy. Z sali bilardowej, po wyjściu z kina. Z pracy. Biorą. Bo ktoś tam coś zakapował, ktoś się do kogoś źle wyraził o rządz...

Rozwiń
Reynaldo González I zawsze śmierć, jej szybki krok Zobacz więcej

Noc była gwiaździsta. Lekki wiatr przebiegał ziemię, odpoczywającą od bicza promieni słonecznych w ciągu długich godzin dnia.

Noc była gwiaździsta. Lekki wiatr przebiegał ziemię, odpoczywającą od bicza promieni słonecznych w ciągu długich godzin dnia.

Reynaldo González I zawsze śmierć, jej szybki krok Zobacz więcej
Więcej