rozwiń zwiń
PureLogos

Profil użytkownika: PureLogos

Chrzanów Mężczyzna
Status Czytelnik
Aktywność 6 godzin temu
336
Książek na półce
przeczytane
336
Książek
w biblioteczce
336
Opinii
4 981
Polubień
opinii
Chrzanów Mężczyzna
eros jest splataniem się, logos - różnicującą wiedzą, wyjaśniającym światłem; eros - powiązaniem, logos - odróżnianiem i oderwaniem, bezstronnością ------------------------------------------------------------------------------------------------------- Lubię czytać. Pisać też lubię. Zatem piszę o książkach. Robię to głównie dla własnej rozrywki. Niestety, pamięć ludzka jest ograniczona i z czasem zapominamy o książkach, które przeczytaliśmy. Dlatego postanowiłem, że o każdej książce, którą przeczytam, postaram się coś napisać. Dzięki temu kiedyś będę mógł przypomnieć sobie, o czym była dana lektura, co mnie w niej zainteresowało lub zaciekawiło, a co rozczarowało. A jeśli komuś lektura moich tekstów przyniesie jakąś korzyść, tym lepiej. Zaznaczam od razu, że mogę mieć tendencję do artykułowania własnych przemyśleń daleko odbiegających od właściwej treści książki. :) Mogę również tworzyć odstraszająco długie teksty, choć staram się jak mogę skracać, obcinać i usuwać "nadmiarową" treść, aby zmieścić się w maksymalnie dwóch stronach formatu A4, co i tak jest chyba znacznym przekroczeniem "normy".

Opinie


Na półkach:

Gdy 26 października 1949 roku młody Gabriel Garcia Marquez wyruszał z dziennikarskim zleceniem do byłego klasztoru św. Klary w kolumbijskim mieście Cartagena de Indias, zapewne nie spodziewał się, że spotka tam bohaterów jednej ze swoich przyszłych powieści (tym bardziej, że wszyscy oni od dawna już nie żyli). W miejscu tego siedemnastowiecznego kompleksu klasztornego zaplanowano elegancki, pięciogwiazdkowy hotel. Zaplanowano, bo - po weryfikacji tej lokacji w wyszukiwarce - okazało się, iż dopiero na początku lat 90. XX wieku budynek ów udało się w końcu faktycznie przebudować. Dodajmy - ze wspaniałym efektem końcowym. Aczkolwiek wstępne plany rzeczywiście mogły powstać wiele, wiele lat wcześniej. Tak czy inaczej, zanim potencjalna budowa mogła się rozpocząć, należało uporządkować teren, a przede wszystkim opróżnić poklasztorne krypty, w których nadal w wiecznym śnie pogrążeni byli przedstawiciele kolonialnej elity sprzed setek lat. Wśród barbarzyństwa prac porządkowych - podczas których do wydobywania szczątków używano oskardów i grac, za nic mając godność i szacunek wobec szacownych zmarłych (wszak w podziemiach klasztorów nie chowano byle kogo) - Marquez był naocznym świadkiem pewnego zdumiewającego zjawiska. W jednej z nisz ołtarza głównego, po strzaskaniu płyty nagrobnej przez robotnika, ukazała się gęsta plątanina rudawych włosów o niespotykanej długości, nadal solidnie przymocowanych do dziewczęcej czaszki. Z nadgryzionego zębem czasu nagrobka pisarz odczytał godność małoletniej nieboszczki - Sierva Maria de Todos los Angeles. Fakt ten skojarzył z legendą z czasów dzieciństwa o dwunastoletniej markizie, posiadaczce równie długich włosów, która zmarła na wściekliznę, by następnie dać się poznać na Karaibach z licznych cudów. Tak oto powstał szkielet fabuły, choć szmat czasu jeszcze upłynął od owej dziennikarskiej wizyty w dawnym klasztorze św. Klary do momentu, gdy Marquez w końcu zabrał się do napisania powieści finalnie zatytułowanej „O miłości i innych demonach”. Ukończył ją i wydał w roku 1994, już jako noblista i pisarz sławny na całym świecie.

W swojej książce autor przenosi nas w czasy kolonialne, do schyłku XVIII wieku, gdy Ameryka Południowa była jeszcze pod władzą hiszpańską. Miejscem akcji jest wspomniana Cartagena de Indias, bogaty port na wybrzeżu Morza Karaibskiego, w którym wszechwładzę sprawuje Kościół Katolicki w osobie tutejszego biskupa - do którego jeszcze wrócimy - oraz powiązana z nim inkwizycja. Właśnie tu żyje markiza Sierva Maria de Todos los Angeles, dwunastoletnia dziewczynka, której rodzice w ogóle nie interesowali się jej wychowaniem. W efekcie dorastała ona w otoczeniu czarnoskórych niewolników, poznając ich język i obyczaje lepiej niż własną, kreolską kulturę. W dniu swoich dwunastych urodzin Sierva Maria zostaje ugryziona przez psa, którego podejrzewano o roznoszenie wścieklizny. I choć kolejne dni nie przynoszą objawów choroby, ślad po ugryzieniu mąci spokój jej ojca, Ygnacia de Alfaro y Duenas, markiza Casalduero. Ten apatyczny i bojący się życia człowiek nagle zapragnął uratować swoje dziecko przed nadciągającą jego zdaniem nieuchronną zgubą. W tym celu najpierw zasięga rady żydowskiego lekarza o imieniu Abrenuncio, ale jego racjonalna analiza, iż dziewczynce nic nie dolega, nie uspokaja ojcowskiego sumienia. Kolejne kroki kieruje on zatem do biskupa Don Toribio de Caceres y Virtudes, który to zadecydował o konieczności umieszczenia dziewczynki w klasztorze, podejrzewając ją o bycie opętaną przez demona. Słabego charakteru ojciec nie stawia oporu i odprowadza dziewczynkę do klasztornej furty. Następnie do klasztoru zostaje wysłany ksiądz Cayetano Delaura z zadaniem zbawienia duszy nieszczęsnej markizy. Jeszcze nie wie, że to on sam zostanie opętany przez znacznie potężniejszego demona - miłość, o której to nieszczęsny bohater powie później: „To demon, ojcze. Najstraszniejszy ze wszystkich” (s. 140).

Oburzający z współczesnej perspektywy związek małoletniej markizy z dojrzałym już księdzem Delaura jest zatem głównym motywem powieści (miłość jako siła nieprzewidywalna i nie podlegająca konwenansom). Warto jednak zwrócić uwagę, że obie te postacie łączy ostry stan wewnętrznego rozdarcia. Wspominałem już, że Sierva Maria, choć urodzona w kreolskiej rodzinie arystokratycznej, wychowana została przez czarnoskórą niewolnicę, która zarządzała domem markiza. Stąd dziewczynka od najmłodszych lat chłonęła afrykańską kulturę, pełną fetyszy, tajemnych mocy i talizmanów, którymi dekorowali ją czarnoskórzy niewolnicy. W zamkniętym, kreolskim społeczeństwie doby kolonialnej była to inność nie do zaakceptowania, ale i źródło życiowej tragedii dziewczynki, którą w pewnym momencie wyrwano ze znajomego otoczenia, by oddać ją do ultrakonserwatywnego katolickiego klasztoru, gdzie ze względu na własną odmienność musiała się zmagać z niezrozumieniem i opresyjnością otoczenia. Tak samo rozdarty zdaje się być Cayetano Delaura, choć tutaj wektor sprzeczności przebiega nieco inaczej i ogniskuje się wokół konfliktu między sacrum i profanum - wiarą i rozumem - gdyż ksiądz ów, oprócz funkcji kaznodziei i egzorcysty, jest również bibliotekarzem zakochanym w dobrych, a więc kontrowersyjnych, książkach. Zamiłowanie to stoi w sprzeczności z nakazami Kościoła Katolickiego, który od wieków narzuca wiernym prawomyślne lektury, podczas gdy Cayetano skrycie pociągają te, które można znaleźć na indeksie ksiąg zakazanych. Ta postępująca z czasem psychiczna dychotomia doprowadzi księdza na skraj załamania, gdy spotka się z przedstawicielem racjonalnego i ateistycznego podejścia do życia w osobie wspomnianego już portugalskiego Żyda, Abrenuncio. Ale wracając do meritum mojej myśli, na pierwszy rzut oka tych dwoje, księdza i dziewczynkę, dzieli wszystko - wiek, pochodzenie i funkcja społeczna, ale jeśli pisarz połączył ich uczuciem miłości, to bardziej wyczuwam w nim pokrewieństwo głęboko nieszczęśliwych w ludzkim świecie dusz niż zmysłową żądzę ciał. Nie zmienia to jednak faktu, iż jest to miłość beznadziejna, miłość demoniczna, prowadząca do irracjonalnego opętania i mogąca trwać tylko określoną chwilę w określonym czasie, dopóki brutalna rzeczywistość nie rozdzieli przypadkowych kochanków. Fatalizm tego związku jest bowiem oczywisty.

Równie ważną funkcję odgrywa w powieści kwestia wykreowania pewnego obrazu kolonialnego świata w przededniu jego upadku. Oczywiście obrazu doprawionego charakterystyczną dla Marqueza szczyptą realizmu magicznego. Pisarz tworzy obraz bogatego, kolonialnego miasta, w którym najwięcej do powiedzenia ma lokalny biskup i przełożony Cayetano - Don Toribio. To właśnie jego wola decyduje o losie zarówno dziewczynki, jak i jej pechowego egzorcysty. Starcza postać duchownego, męczonego napadami astmy i przeczuwającego swoją nadciągającą śmierć, jest zatem możliwa do odczytania jako personifikacja ogólnej kondycji Kościoła Katolickiego u schyłku hiszpańskiej władzy w Nowym Świecie. Przez wieki był on jednym z filarów władzy królów Hiszpanii w ich zamorskich koloniach i pod pewnymi względami pełnił także funkcję społecznie pożyteczną. Z czasem jednak coraz ciężej było dostrzec chrześcijańskie wartości w kolonialnej rzeczywistości, w której - z jednej strony - trwał wyzysk indiańskich autochtonów, a później napływających w ich miejsce czarnoskórych niewolników z Afryki, a - z drugiej - w swoim skostnieniu i konserwatyzmie Kościół ów konsekwentnie zwalczał wszelkie odstępstwa od obowiązującej doktryny i porządku społecznego za pomocą inkwizycji, czego przykładem w powieści jest racjonalna postać Żyda Abrenuncio, bez wątpienia literackie ucieleśnienie tysięcy ludzi prześladowanych w całym okresie kolonialnym z powodów religijnych lub światopoglądowych.

Astmatyczna postać niecierpiącego sprzeciwu biskupa jest zatem ukazaniem owej nietolerancji ultrakonserwatywnych kręgów duchowieństwa kolonialnego, które ostro potępiało wszelką odmienność od ogólnie przyjętych wzorców. A jeśli pójdziemy dalej tym tropem, postać Siervy Marii i Cayetano możemy uznać za kolejne personifikacje ze strony pisarza, w których dostrzegamy kreolsko-afrykański dualizmu kultur późniejszych państw latynoamerykańskich (szczególnie tych, w których niewolnictwo osiągnęło istotne rozmiary) oraz nowych prądów umysłowych w ramach chrześcijaństwa, które odrzucały obskurancką wykładnie skostniałego katolicyzmu (teologia wyzwolenia?). Choć może w tej interpretacji idę już nieco zbyt daleko odnośnie rzeczywistych zamiarów pisarza. Warto jednak zwrócić uwagę na wspomniany aspekt powieści, w którym pewna historyczna rzeczywistość zdaje się dojrzewać do swojego upadku, choć, zanim to nastąpi, pochłonie kolejne ofiary w postaci dwunastoletniej markizy i pewnego upadłego z jej powodu egzorcysty. Zresztą dekadentyzmu kreolskich elit można także doszukać się w postawie rodziców Siervy Marii - pozbawionego chęci do życia ojca, spędzającego całe dnie bezczynnie w hamaku, oraz jej uzależnionej od kakao matki.

Przedstawiona przez Marqueza historia długowłosej markizy przypomina mi trochę chrześcijańską martyrologię, ale z odwróceniem ról. Męczennicą jest tutaj Sierva Maria de Todos los Angeles, która pada ofiarą demonów swoich czasów - zabobonów, nietolerancji, katolickiej ortodoksji i przesądów, których żywotnym nosicielem było hispanoamerykańskie społeczeństwo epoki kolonialnej. A miłość, która miała być ratunkiem i wybawieniem z wszechogarniającej ciemności, u Marqueza okazała się być nie tylko bezsilna wobec tych demonów, ale także sama objawiła swoją destrukcyjną moc, ostatecznie pogrążając księdza Cayetano. Jak zatem, mam nadzieję, widać, ta krótka i fabularnie nieskomplikowana powieść zawiera sporo elementów nadających się do szerszej interpretacji. Jest to zresztą typowa dla tegoż autora proza, w której przede wszystkim liczy się magiczna atmosfera wykreowanego świata oraz porozrzucane w tekście błyskotliwe kwestie i sytuacje, wzbogacone charakterystycznymi dla Marqueza elementami - ironią i humorem. Tym samym, z racji niewielkiej objętości, „O miłości i innych demonach” to powieść idealnie nadająca się dla czytelników dopiero rozpoczynających swoją literacką przygodę z książkami sławnego Kolumbijczyka, gdyż zawiera w sobie w skondensowanej formie wszystkie cechy reprezentatywne dla jego twórczości.

Gdy 26 października 1949 roku młody Gabriel Garcia Marquez wyruszał z dziennikarskim zleceniem do byłego klasztoru św. Klary w kolumbijskim mieście Cartagena de Indias, zapewne nie spodziewał się, że spotka tam bohaterów jednej ze swoich przyszłych powieści (tym bardziej, że wszyscy oni od dawna już nie żyli). W miejscu tego siedemnastowiecznego kompleksu klasztornego...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Carlos Fuentes był pisarzem w Polsce znanym i czytanym, o czym świadczy dość pokaźna ilość polskich przekładów jego utworów. I to nie tylko w okresie Polski Ludowej, gdy społecznie wrażliwa i momentami wyraźnie antyamerykańska proza meksykańskiego pisarza doskonale wpisywała się w zimnowojenną retorykę dwubiegunowego świata. Fuentes mógł być wtedy postrzegany u nas jako „swój” pisarz - postępowy, socjalistyczny, a może nawet komunizujący, o co zresztą podobno podejrzewały go służby wywiadowcze Stanów Zjednoczonych. Ale również po zakończeniu Zimnej Wojny Fuentes nadal był w Polsce tłumaczony i wydawany, co tylko potwierdza jego solidną rangę w dziejach światowej literatury. Inna sprawa, którą poruszam tutaj niejako przy okazji, to zaskakujący dla mnie brak literackiego Nobla dla pisarza tak płodnego i niewątpliwie obdarzonego literackim geniuszem. Ów żelazny kandydat do tejże nagrody nie doczekał się jednak jej przyznania. Jest tu jakaś dziejowa niesprawiedliwość, którą trudno mi wytłumaczyć. Czyżby chodziło o to, że Fuentes był pisarzem zbyt hermetycznym? Zbyt meksykańskim? Możliwe, choć zapewne w dziejach literackiej nagrody Nobla było wielu jemu podobnych pod tym względem. A może chodziło właśnie o owe lewicujące i antyamerykańskie poglądy pisarza, które mogły odstraszyć Komitet Noblowski przed uhonorowaniem tego chyba największego z pisarzy meksykańskich? Naprawdę trudno powiedzieć. Zresztą to już historia. Ale skoro już przy historii jesteśmy, wróćmy na chwilę do początku lat 60. XX wieku, kiedy to nastąpiła eksplozja światowego zainteresowania literaturą iberoamerykańską. W roku 1960 ukazuje się „Syn człowieczy” Bastosa, a trzy lata później - „Miasto i psy” Llosy oraz „Gra w klasy” Cortazara. Dzieła te, uchodzące za „kamienie milowe” dla popularności latynoskiej prozy, rozdziela „Śmierć Artemia Cruz”, która to powieść ukazała się w roku 1962 i okazała się być przełomową dla światowej rozpoznawalności Carlosa Fuentesa.

Napisałem wcześniej, że Fuentes był pisarzem pod pewnym względem hermetycznym, gdyż jego twórczość jest mocno osadzona w dziejowej i kulturowej spuściźnie rodzimego Meksyku, co w późniejszej twórczości spróbuje on przezwyciężyć, tworząc własną wykładnie dziejów całego kręgu kultury latynoskiej (np. „Pogrzebione zwierciadło”, „Terra nostra”). Ale w jego pierwszej powieści o światowym rozgłosie pisarz przeprowadza śmiały rozrachunek z historią własnego kraju. Rewolucja meksykańska, która rozpoczęła się w roku 1910, była wydarzeniem o ogromnym znaczeniu dla dziejów tego państwa. Nic zatem dziwnego, że w tamtejszej sztuce twórcy powracali do niej wielokrotnie. Cały problem polega jednak na tym, że ciąg wypadków, który nazywamy rewolucją meksykańska, był tak naprawdę niezwykle skomplikowanym okresem walki wszystkich ze wszystkimi. Jak w przypadku każdej rewolucji, początkowe górnolotne hasła („Tierra y Libertad”) oraz polityczne programy zawsze na końcu są, nieraz bardzo brutalnie, weryfikowane przez realne życie i panujące stosunki społeczne. I tak właśnie należy odczytywać recenzowaną powieść - jako szczery rozrachunek z tym, co zostało z wielkich ideałów rewolucji. Ale Fuentes nie jest tutaj zawiedzionym wyznawcą tej lub innej opcji politycznej. Przeciwnie, jest świadomym recenzentem przeszłości, który uzyskany efekt końcowy odnosi do jego ukrytych przyczyn. A robi to na przykładzie tytułowego bohatera - Artemia Cruz.

Charakterystyka tej postaci nie jest prosta, choć zapewne stanowiłaby interesujący temat na jakąś pracę magisterską lub doktorską z zakresu literatury meksykańskiej. Nie miejsce tutaj na przysłowiowe porywanie się z motyką na słońce, aby takową analizę przeprowadzić, ale nie sposób też uciec od chociażby pobieżnego przedstawienia problematyki wykreowanej przez pisarza wokół tej postaci, gdyż jest ona rzeczą kluczową dla zrozumienia sensu powieści. Cruz jest bowiem dzieckiem swoich czasów - dzieckiem meksykańskiej rewolucji. Na pewno nie jest to postać idealistyczna - to nie doktryner gotowy na bezkresne poświecenie dla sprawy. Tak, jest on człowiekiem rewolucji, gdyż bierze udział w walkach, zabija i odnosi rany, popiera tego lub innego pretendenta do władzy nad Meksykiem, ale wraz z postępem wypadków gorzknieje w swoim podejściu do sensu toczącej się rewolucji. Fuentes z pełną świadomością kreśli tutaj obraz wykolejonego i rozczarowanego rewolucjonisty: bezwzględnego człowieka, który potrafił na rewolucyjnych gruzach zbudować własną pozycję, a następnie umocnić ją za pomocą metod dalekich od szczytnych ideałów, o które nie tak dawno toczyła się walka. Wyzysk, przekupstwa, łapówki, przysługi i protekcja - to są środki, za pomocą których główny bohater wspina się po kolejnych szczeblach kariery w ówczesnym Meksyku, kraju post-rewolucji. Nic jednak w życiu człowieka nie jest wieczne, a śmierć ostatecznie przychodzi także po bogatych i potężnych.

Fuentes swoją opowieść o życiu Artemia Cruz rozpoczyna właśnie od momentu jego śmierci, gdy, otoczony najbliższą rodziną, doznaje wszystkich stanów psychofizycznych związanych ze słabnącym i gasnącym ciałem. To właśnie w tym momencie czytelnik zanurza się w strumień świadomości bohatera, w którym będzie raz świadkiem jego życiowego rozrachunku przed śmiercią, by chwilę później przenieść się do świata wspomnień z przeszłości, a więc tych kluczowych momentów, które doprowadziły go do miejsca, z którego zaraz opuści ten świat. Meksykański pisarz stosuje tutaj technikę, którą rozwinie inny z latynoamerykańskich gigantów literatury, wspomniany już Mario Vargas Llosa - pomieszane chronologicznie retrospekcje, które czytelnik będzie musiał dopiero ułożyć sobie w całość, aby zrozumieć opowiadaną historię. U Fuentesa jest to o tyle ułatwione, że stosuje on w rozdziałach datację dla opisywanych właśnie wydarzeń, co pozwala o wiele sprawniej uporządkować nam fabułę, niż ma to miejsce w przypadku powieści Peruwiańczyka (zob. „Rozmowa w Katedrze”, „Zielony dom”). Dzieje się tak dlatego, że, w mojej ocenie, Fuentes celowo nie chce za bardzo komplikować czytelnikowi poskładania w całość przeszłości Artemia Cruz, gdyż jest mu ona potrzebna do czegoś innego - do ukazania fatalizmu meksykańskiej historii.

Cruz jest bowiem postacią, której przeszłość i przyszłość wprost wynikają z trudnej historii ojczyzny pisarza. Fuentes cofa się tutaj od momentu umierania zestarzałego już Artemia aż do jego dzieciństwa, aby ukazać, że pewne postawy wynikają z określonych fundamentów, co finalnie powinno uczynić tego bohatera niejednoznacznym w naszej ocenie końcowej (całą prawdę o tej postaci odkrywamy dopiero na samym końcu). Dotyczy to zarówno jednostkowego życia tytułowego bohatera, jak i masowego procesu rewolucji. „Śmierć Artemia Cruz” jest zatem powieścią gorzką - powieścią o zawiedzionych nadziejach, o zmarnowanych szansach, ale także o trudnym dylemacie adaptacji do zastanych warunków. W życiowej postawie Artemia Cruz odkrywamy odwieczną prawdę o rewolucji, która zawsze na poziomie idei i postulatów rozpoczyna się od wielkich i chwalebnych haseł, a kończy jako proces adaptacji do tego, co udało się realnie wywalczyć. Wszak rewolucja to gwałtowna zmiana stosunków społecznych. Tyle głosi teoria. Praktyka życia pokazuje, że zmiana ta nigdy nie dotyczy jednak odwiecznego porządku ludzkiej zbiorowości - podziały na rządzących i rządzonych, posiadających i wyzyskiwanych, tych, którym się udało wzbić w górę drabiny społecznej, i tych, którzy ponieśli klęskę próbując. Każda rewolucja to nowe rozdanie stanowisk, dóbr, władzy i wpływów, które trwa do czasu, aż wszystkie miejsca pozostawione przez poprzedni ustrój lub wytworzone przez nowy zostaną zajęte. Właśnie wtedy rewolucja się kończy, choć armatnie salwy mogą jeszcze rozbrzmiewać nadal, i zaczyna się odliczanie do kolejnej. Fuentes stworzył bohatera, który właściwie zrozumiał ten proces. Dla romantycznej wizji rewolucjonisty to potężny cios, ale dla nas - wnikliwe studium przypadku, czego w żaden sposób nie umniejsza jego fikcyjność.

Wreszcie powieść Fuentesa to także pewna adaptacja meksykańskiej historii; kreacja świata pełnego niesprawiedliwości, biedy, wyzysku, przemocy, który na chwilę osiągnął stan wrzenia w dobie rewolucji, by potem powrócić w jakimś stopniu do stanu wyjściowego. Oczywiście to nie będą te same koleiny, ten sam kierunek, ale szczytne ideały wolności i ziemi dla szerokich mas uciemiężonych nie zostały finalnie w pełni spełnione. Meksykański pisarz tworzy obraz nowej elity kraju, która zaadaptowała się do świata porewolucyjnego. Cruz jest tutaj postacią skupiającą podejście nowych kręgów do własnego państwa. Podejścia, które sprowadza się do żądzy władzy nad innymi. Taki właśnie jest główny bohater, dla którego bogactwo jest ostatecznie narzędziem służącym do kontrolowania innych. Doskonale widać to na przykładzie balu, jaki wyprawia dla meksykańskich elit, podczas którego to osobiście dyryguje zabawą - zaproszeni tańczą, jak on im zagra. Ale, co bardziej tragiczne, to samo realizuje w życiu prywatnym. Jego najbliższa rodzina, żona i dzieci, kontrolowane są przez jego pieniądze i wpływy. Nic zatem dziwnego, iż w momencie nadciągającej ku niemu śmierci myśli jego najbliższych ogniskują się wokół kwestii testamentu starego. A tu czeka ich niemiła niespodzianka i ostatni pokaz siły Artemia, który zapisał wszystko duchom ze swojej przeszłości. Ale wracając do kwestii nowych meksykańskich elit, ich świat ostro kontrastuje z opisami zapadłych mieścin i wiosek doby rewolucji, lichych budynków z błotnej cegły adobe, z krytych strzechą dachów, zakurzonych ulic pełnych zabiedzonych dzieci. Fuentes zderza te migawki ze sobą, aby ukazać to, co boli go najbardziej - zawiedzione nadzieje tych, którzy w rewolucję naprawdę uwierzyli, przelali za nią krew, a może nawet oddali swoje życie. Obrazek starzejącego się Cruza, wypoczywającego na prywatnym jachcie z młodą kochanką - oczywiście opłaconą z jego pieniędzy - jest tutaj najjaskrawszym przykładem na klęskę pewnego zbiorowego marzenia rzeszy Meksykanów. I zapewne w jakimś stopniu samego pisarza.

Na zakończenie warto zatem jeszcze raz powtórzyć, że „Śmierć Artemia Cruz” to powieść, która objawiła światu literackie możliwości Carlosa Fuentesa. Pisarz zastosował w niej wiele - jak na owe czasy - innowacji pisarskich. Zmieniające się formy narracji, zaburzona chronologia, głęboka introspekcja ze strony umierającego bohatera, pogłos jego minionego życia, wreszcie wiernie odmalowana meksykańska rzeczywistość - wszystko to sprawia, że powieść ta słusznie została zauważona na świecie i zaliczona do wspomnianych na wstępie dzieł, które rozpoczęły modę na literaturę iberoamerykańską. Ukazała także niezwykle ambitne podejście meksykańskiego pisarza do twórczości literackiej, jako wyrazicielki głębszych i bardziej złożonych zjawisk społecznych lub procesów, niż tylko chwilowe zaciekawienie czytelnika. I właśnie dzięki temu ta aktualnie mocno już zapomniana powieść nadal warta jest przeczytania.

Carlos Fuentes był pisarzem w Polsce znanym i czytanym, o czym świadczy dość pokaźna ilość polskich przekładów jego utworów. I to nie tylko w okresie Polski Ludowej, gdy społecznie wrażliwa i momentami wyraźnie antyamerykańska proza meksykańskiego pisarza doskonale wpisywała się w zimnowojenną retorykę dwubiegunowego świata. Fuentes mógł być wtedy postrzegany u nas jako...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to


Na półkach:

Nadal nie mogę uwierzyć, że powieść ta, uchodząca za jedno z największych arcydzieł literatury brazylijskiej, została wydana w roku 1881, a więc bez mała sto pięćdziesiąt lat temu! Niezwykle oryginalny i błyskotliwy sposób, w jakim została napisana, wskazywałby, że mamy do czynienia z książką jeśli nie współczesną, to przynajmniej napisaną w wieku XX. Tymczasem rok wydania to rzeczywiście 1881, co dowodzi, jak wielkim wirtuozem prozy na kontynencie południowoamerykańskim był na owe czasy jej autor, Machado de Assis (1839-1908). Nie oznacza to oczywiście, że perspektywa czasowa nie odcisnęła swojego piętna na współczesnym odbierze tej mocno zapomnianej już w Polsce powieści. Półtora wieku to jednak szmat czasu i wiele nawiązań oraz problemów poruszonych przez brazylijskiego pisarza jest już trudne do odczytania dla przypadkowego odbiorcy, co jednak w niczym nie umniejsza przyjemności płynącej z lektury.

Powieść de Assisa pomyślana jest jako wspomnienia spisane przez tytułowego Brasa Cubas. „Jest to dzieło umarłego” - zaznacza już we wstępie do czytelnika jej fikcyjny autor, który rozpoczyna swoją opowieść od opisania... własnej śmierci. To bardzo ciekawy fortel, o którego znaczeniu jeszcze wspomnę. Następnie, już w porządku mniej więcej chronologicznym, nieboszczyk Cubas relacjonuje dzieje swojego minionego życia, a to upłynęło mu na bezskutecznej pogoni za sławą i licznych romansach. Tytułowy bohater jest, a może raczej - był, przedstawicielem zamożnej części brazylijskiego społeczeństwa, a rodzinna fortuna pozwalała mu na beztroski i próżniaczy żywot. W gruncie rzeczy jest on postacią raczej antypatyczną, którą ciężko polubić, a do tego przejawiającą dekadenckie cechy charakteru takie jak: lekkomyślność, zmienność nastrojów i zamierzeń, czy brak silnej woli mimo posiadania wygórowanych ambicji, dla których realizacji jednak właściwie nic nie robi. Wszystkie te negatywne cechy dodatkowo pogłębia rozbrajająca w stosunku do czytelnika szczerość, która wynika właśnie z tego, że bohater spisuje swoje wspomnienia już zza światów. Jak sam twierdzi - „Panowie żywi, nie ma nic tak niezmierzonego, jak pogarda zmarłych” (s. 63). Zresztą swoje wspomnienia dedykuje robakowi, który pierwszy zacznie toczyć jego martwe ciało, co należy odczytywać, iż wśród znanych mu ludzi nikt nie okazał się być godzien owej dedykacji. A zatem, uwolniony przez własną śmierć od presji społecznej i obowiązujących konwenansów, Cubas może opisywać ówczesny świata takim, jakim postrzegał go naprawdę, co oczywiście jest sprytnym wybiegiem samego pisarza, aby realistycznie i bez upiększeń odmalować „ducha swoich czasów”.

Jeśli ktoś chciałby oceniać „Wspomnienia pośmiertne Brasa Cubas” wyłącznie pod względem fabularnych perypetii bohatera, tego z pewnością czeka mniejszy lub większy, ale jednak zawód. Historia życia Brasa Cubas nie jest bowiem przesadnie skomplikowana, a miłosny trójkąt, w który jest przez znaczną część swego żywota uwikłany, to przecież nic oryginalnego w światowej literaturze. Ba, to motyw przerabiany wielokrotnie. Kwintesencja powieści ukryta jest zatem gdzieś indziej. Gdzie? To chyba oczywiste - otóż właśnie w refleksyjnej treści pośmiertnych przemyśleń głównego bohatera, które wyrażane są iście z angielską flegmą, a więc oszczędnie, błyskotliwie i z odpowiednio wyważoną dozą poczucia humoru i ironii. Wszystko to przyjemnie wygładza mocno pesymistyczny wydźwięk tej powieści, który to wynika z fascynacji Machado de Assisa filozofią Artura Schopenhauera. To akurat doczytałem już po zakończonej lekturze, ale dzięki tej informacji od razu wiele elementów powieści stało się dla mnie bardziej zrozumiałych.

Zanim pójdziemy dalej, koniecznie trzeba wspomnieć jeszcze o innej postaci z recenzowanej powieści, a mianowicie o szkolnym znajomym Brasa Cubas, niejakim Quincasie Borba. Bohater ten, występujący także w tytule kolejnej powieści brazylijskiego pisarza, mieni się twórcą filozofii humanityzmu, która to stanowi zlepek ówczesnych filozoficznych twierdzeń o utylitarności ludzkich dziejów. Postać ta i propagowane przez nią poglądy pozwalają de Assisowi na przeprowadzanie polemiki z dziewiętnastowieczną myślą pozytywistyczną oraz innymi postępowymi nurtami ówczesnego światopoglądu z punktu widzenia pesymistycznej filozofii Schopenhauera. W tym celu pisarz posługuje się wspomnianą już ironią oraz humorem, ale także celowo wykrzywia i uwypukla luki idealistycznych konstruktów, które nie zawsze pasują do tego, co niesie ze sobą prawdziwe życie człowieka, a co zapewne sam, jako potomek czarnoskórych niewolników, widział na własne oczy w rodzimym kraju. Właśnie z tego powodu „Wspomnienia pośmiertne Brasa Cubas” wpisywane są do nurtu literatury realistycznej, w której pisarz bynajmniej nie upiększa, ani tym bardziej nie naciąga rzeczywistości społecznej do wymogów tej lub innej doktryny bezustannego rozwoju społecznego człowieka. Wręcz przeciwnie, ukazuje ich wzajemną sprzeczność. Cóż, a prawda pewnie, jak zwykle, leży pośrodku.

Tak czy inaczej, warto wspomnieć jeszcze o zastosowanym przez pisarza podziale tej dość krótkiej powieści na rozdziały, gdyż jest tutaj ukryte kolejne odwołanie do myśli wspomnianego powyżej sławnego niemieckiego filozofa (co zresztą również doczytałem już po zakończonej lekturze). Otóż w tej dość krótkiej powieści - liczącej w polskim wydaniu 231 stron - rozdziałów tych jest aż 160! Każdy posiada rzymską cyfrę porządkową oraz krótki tytuł. Taki układ powieści jest interpretowany jako nawiązanie do struktury „Świata jako woli i przedstawienia”, głównego dzieła prezentującego filozofię Schopenhauera. Dzisiaj, bez podpowiedzi z zewnątrz, trudno już właściwie odczytać ową polemikę, którą de Assis prowadzi z prądami umysłowymi jakie powszechnie propagowała druga połowa XIX wieku. Także na kontynencie południowoamerykańskim. Widoczny wszędzie postęp naukowy, rozwój techniki oraz wiara w ludzkie możliwości są w tej powieści nie tyle podważane, co momentami wręcz wykpiwane i wyszydzane. Brazylijski pisarz, na przykładzie jałowego żywota Brasa Cubas - którego jedyną zasługą było, iż „nie przekazał żadnemu stworzeniu dziedzictwa ludzkiej niedoli” - oraz krytycznych obserwacji brazylijskiego społeczeństwa pełnego niewierności, chciwości, pogoni za władzą oraz wpływami, pragnie ukazać intelektualną miałkość wzniosłych i przekonanych o powszechnym postępie w dziedzinie człowieczeństwa teorii filozoficznych. Zresztą pod koniec powieści Quincas Borba, wspomniany prorok humanityzmu, popada w szaleństwo, co można zinterpretować jako otwarte zakwestionowanie rozsądku wyznawców pozytywistycznej moralności wobec jaskrawych przykładów zepsucia człowieka, co za kilkadziesiąt lat miała w jakimś stopniu potwierdzić historia powszechna.

Aby zakończyć kwestię konstrukcji powieści, warto jeszcze zwrócić uwagę na nowatorskie podejście Machado de Assis do tego aspektu swojego dzieła. Niektóre rozdziały są dość zaskakujące nie tylko pod względem treści, ale także objętości i formy. Wiele z nich jest naprawdę króciutkich, ale za to niezwykle błyskotliwych, co dowodzi, że brazylijski pisarz nie bał się eksperymentów i innowacji. Te liczne rozdziały mają jeszcze jedną zaletę - otóż powieść czyta się przez to bardzo szybko i sprawnie, co w połączeniu z lekkością stylu i sprawnością wyrażania myśli musi ciągle wprawiać czytelnika w niemałe zdumienie. I właśnie dlatego „Wspomnienia pośmiertne Brasa Cubas” należy uznać za utwór daleko wyprzedzającą swoje czasy, co zresztą tylko potwierdza jej wyjątkowe znaczenie w dziejach literatury latynoamerykańskiej.

A zatem podsumowując, cała frajda z lektury tej powieści sprowadza się nie do śledzenia trywialnego romansu Brasa z piękną Wirgilią, ale właśnie do wyłuskiwania z bezkompromisowych przemyśleń narratora oryginalnych myśli i poglądów, za którymi stoi sam pisarz. Aby nie być gołosłownym, warto na koniec przytoczyć parę cytatów, które najlepiej oddadzą światopogląd Machado de Assisa. A pisze on na przykład tak: „Nie irytuj się, jeśli źle ci odpłacą za przysługę: lepiej spaść z obłoków niż z trzeciego piętra” (s. 191). Lub: „Ostatni człowiek, żegnając się z zimną i spustoszoną ziemią, będzie miał zegarek w kieszeni, żeby znać dokładną godzinę swojej śmierci” (s. 105). Wreszcie nieco dłużysz wywód: „Pamięć o dobrodziejstwie w umyśle tego, który je praktykuje, tłumaczy się przez samą naturę dobrodziejstwa i jego efekty. Po pierwsze - uczucie, iż dokonało się dobrego uczynku i wynikająca z tego świadomość, że jesteśmy zdolni do dobrych uczynków; po drugie, doznaje się uczucia wyższości nad innym osobnikiem, wyższości w pozycji i w środkach; a to jest dla człowieka jednym z najprzyjemniejszych doznać według zdania najmądrzejszych” (s. 220-221). Myślę, że na tych przykładach doskonale czuć, jak mocny wpływ na umysłowość brazylijskiego pisarza miała pesymistyczna myśl Schopenhauera, który to, podobnie jak niemiecki filozof, zdaje się iść w swojej twórczości wbrew powszechnie obowiązującym ówcześnie aksjomatom. Gorąco polecam lekturę - to rzecz, do której będę chciał jeszcze kiedyś wrócić.

Nadal nie mogę uwierzyć, że powieść ta, uchodząca za jedno z największych arcydzieł literatury brazylijskiej, została wydana w roku 1881, a więc bez mała sto pięćdziesiąt lat temu! Niezwykle oryginalny i błyskotliwy sposób, w jakim została napisana, wskazywałby, że mamy do czynienia z książką jeśli nie współczesną, to przynajmniej napisaną w wieku XX. Tymczasem rok wydania...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Więcej opinii

Aktywność użytkownika PureLogos

z ostatnich 3 m-cy
PureLogos
2026-03-18 10:31:41
PureLogos ocenił książkę O miłości i innych demonach na
7 / 10
i dodał opinię:
2026-03-18 10:31:41
PureLogos ocenił książkę O miłości i innych demonach na
7 / 10
i dodał opinię:

Gdy 26 października 1949 roku młody Gabriel Garcia Marquez wyruszał z dziennikarskim zleceniem do byłego klasztoru św. Klary w kolumbijskim mieście Cartagena de Indias, zapewne nie spodziewał się, że spotka tam bohaterów jednej ze swoich przyszłych powieści (tym bardziej, że wszyscy oni od...

Rozwiń Rozwiń
PureLogos
2026-03-03 19:21:14
PureLogos i Yrse są teraz znajomymi
2026-03-03 19:21:14
PureLogos i Yrse są teraz znajomymi
PureLogos
2026-02-28 13:13:38
PureLogos ocenił książkę Śmierć Artemia Cruz na
8 / 10
i dodał opinię:
2026-02-28 13:13:38
PureLogos ocenił książkę Śmierć Artemia Cruz na
8 / 10
i dodał opinię:

Carlos Fuentes był pisarzem w Polsce znanym i czytanym, o czym świadczy dość pokaźna ilość polskich przekładów jego utworów. I to nie tylko w okresie Polski Ludowej, gdy społecznie wrażliwa i momentami wyraźnie antyamerykańska proza meksykańskiego pisarza doskonale wpisywała się w zimnowoj...

Rozwiń Rozwiń
Śmierć Artemia Cruz Carlos Fuentes
Seria: Nike
Średnia ocena:
6.9 / 10
61 ocen
PureLogos
2026-02-19 20:22:16
PureLogos i Lucyferus są teraz znajomymi
2026-02-19 20:22:16
PureLogos i Lucyferus są teraz znajomymi
PureLogos
2026-02-05 20:08:48
PureLogos ocenił książkę Wspomnienia pośmiertne Brasa Cubas na
8 / 10
i dodał opinię:
2026-02-05 20:08:48
PureLogos ocenił książkę Wspomnienia pośmiertne Brasa Cubas na
8 / 10
i dodał opinię:

Nadal nie mogę uwierzyć, że powieść ta, uchodząca za jedno z największych arcydzieł literatury brazylijskiej, została wydana w roku 1881, a więc bez mała sto pięćdziesiąt lat temu! Niezwykle oryginalny i błyskotliwy sposób, w jakim została napisana, wskazywałby, że mamy do czynienia z ksią...

Rozwiń Rozwiń
PureLogos
2026-01-28 20:11:19
PureLogos i NiegdyśNatalia są teraz znajomymi
2026-01-28 20:11:19
PureLogos i NiegdyśNatalia są teraz znajomymi
PureLogos
2026-01-28 19:56:34
PureLogos i Ksiazkowe_love_story są teraz znajomymi
2026-01-28 19:56:34
PureLogos i Ksiazkowe_love_story są teraz znajomymi
PureLogos
2026-01-19 20:40:19
PureLogos ocenił książkę Najgłębsze Południe. Opowieści z Natchez, Missisipi na
6 / 10
i dodał opinię:
2026-01-19 20:40:19
PureLogos ocenił książkę Najgłębsze Południe. Opowieści z Natchez, Missisipi na
6 / 10
i dodał opinię:

Miasteczko Natchez w stanie Missisipi udowadnia, że w Stanach Zjednoczonych można sprzedać dosłownie wszystko. Wliczając w to także dawno minioną świetność. Wystarczy tylko odpowiednia porcja marketingu, aby wykreować atrakcję turystyczną, która przyciągnie rzesze zwiedzających, gotowych z...

Rozwiń Rozwiń
PureLogos
2026-01-12 21:28:03
PureLogos ocenił książkę Zielony dom na
7 / 10
i dodał opinię:
2026-01-12 21:28:03
PureLogos ocenił książkę Zielony dom na
7 / 10
i dodał opinię:

„Zielony dom” to druga powieść w bogatym dorobku pisarskim Mario Vargasa Llosy. Rok publikacji to 1966, a więc trzy lata po debiucie („Miasto i psy”) oraz kolejne trzy przed wydaniem monumentalnej „Rozmowy w Katedrze”. W mojej ocenie ta chronologia jest tutaj niezwykle istotna, aby właściw...

Rozwiń Rozwiń
Zielony dom Mario Vargas Llosa
Średnia ocena:
7.6 / 10
5 ocen
PureLogos
2026-01-08 23:24:34
PureLogos i ando są teraz znajomymi
2026-01-08 23:24:34
PureLogos i ando są teraz znajomymi

ulubieni autorzy [1]

Mario Vargas Llosa
Ocena książek:
6,9 / 10
39 książek
2 cykle
Pisze książki z:
1230 fanów
Czesław Miłosz Zniewolony umysł Zobacz więcej
Augusto Roa Bastos Syn człowieczy Zobacz więcej

Dodane przez użytkownika

Czesław Miłosz Zniewolony umysł Zobacz więcej
Augusto Roa Bastos Syn człowieczy Zobacz więcej
Imre Kertész Ostatnia gospoda. Zapiski Zobacz więcej
Benjamin Barber Dżihad kontra McŚwiat Zobacz więcej
Benjamin Barber Dżihad kontra McŚwiat Zobacz więcej
Benjamin Barber Dżihad kontra McŚwiat Zobacz więcej
Benjamin Barber Dżihad kontra McŚwiat Zobacz więcej

statystyki

W sumie
przeczytano
336
książek
Średnio w roku
przeczytane
34
książki
Opinie były
pomocne
4 981
razy
W sumie
wystawione
336
ocen ze średnią 7,4

Spędzone
na czytaniu
2 117
godzin
Dziennie poświęcane
na czytanie
42
minuty
W sumie
dodane
7
cytatów
W sumie
dodane
1
książek [+ Dodaj]