Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
awiola 
subiektywnieoksiazkach.pl
O pasji do książek. O wielotysięcznej, domowej biblioteczce. O literaturze będącej inspiracją. O czytaniu będącym stylem życia. Zapraszam na moją stronę: http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/
31 lat, kobieta, Łódź, status: Czytelniczka, dodała: 66 książek i 5 cytatów, ostatnio widziana 7 godzin temu
Teraz czytam
  • Cierpkie winogrona
    Cierpkie winogrona
    Autor:
    Po odczytaniu testamentu męża obrazek idyllicznego związku Pauliny rozpada się na drobne kawałki. Kobieta postanawia wyruszyć do Grecji, by znaleźć spadkobiercę należnego jej majątku i zdemaskować osz...
    czytelników: 52 | opinie: 0 | ocena: 7 (2 głosy)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2017-07-26 18:01:47
Dodała książkę na półkę: Teraz czytam
 
2017-07-26 18:00:10
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Mój patronat medialny, Posiadam
Autor:

"Były to czasy bez komputerów i Internetu, a w telewizji królowały dwa programy: pierwszy i drugi".


Podobno jeśli wiesz do czego mogą służyć ołówek i kaseta magnetofonowa to jesteś już stary. Ja wiem i setki razy zdarzyło mi się posługiwać wyżej wskazanymi rzeczami, gdyż urodziłam się w latach 80. XX wieku, dla niektórych w epoce już prehistorycznej. Z rozrzewnieniem powracam więc do tamtych...
"Były to czasy bez komputerów i Internetu, a w telewizji królowały dwa programy: pierwszy i drugi".


Podobno jeśli wiesz do czego mogą służyć ołówek i kaseta magnetofonowa to jesteś już stary. Ja wiem i setki razy zdarzyło mi się posługiwać wyżej wskazanymi rzeczami, gdyż urodziłam się w latach 80. XX wieku, dla niektórych w epoce już prehistorycznej. Z rozrzewnieniem powracam więc do tamtych lat, w których nie istniał internet, ani telefony komórkowe, a jakość życia można było mierzyć w zupełnie innej skali.

Patrycja May to pseudonim polskiej autorki, która nie chce ujawniać swojego prawdziwego imienia i nazwiska, gdyż książka oparta jest na jej własnych doświadczeniach życiowych.

Główna bohaterka książki wspomina swoje dzieciństwo i młodość, które przypadły na przełom lat 80-tych i 90-tych. Chylący się socjalizm, początki wolnej Polski - to właśnie tutaj mieszka dorastająca dziewczyna wraz z rodzicami, dzieląca pokój z bratem, którą inni biorą za chłopca. Wspomnienia obfitują w zabawne perypetie głównej bohaterki oraz jej przyjaciół i rodziny.

Ależ to była fascynująca podróż w przeszłość, do czasów pełnych podwórkowych zabaw, wymyślnych pomysłów na zabicie czasu, oraz czasów, które charakteryzowały się porozumieniem ludzkim na zupełnie innej płaszczyźnie. Książka Patrycji May, stylizowana na pamiętnik, przypomniała mi bowiem w wielu jej fragmentach o tym, czym było życie sprzed ery cyfryzacji i internetu. Wielokrotnie na łamach tego utworu, przywoływałam swoje własne wspomnienia z czasów, gdy byłam podlotkiem. Z czasów, które często z racjonalnym podejściem nie miały wiele wspólnego. Takie to były bowiem lata, w których ówczesne zachowania dzisiaj byłyby nie do przyjęcia, a za niektóre groziłby nawet kodeks karny. Patrycja May tym samym wywołała we mnie wiele sentymentu i nostalgii za tym, co minione i co jest już wyłącznie historią dla wielu z nas. To wielka wartość dodana tej książki.

Główna bohaterka, będąca jednocześnie narratorką opowiadanych przez siebie perypetii, relacjonuje swoje przygody niezwykle zabawnie, z dużą dawką humoru i trafionymi ripostami. Widoczny dystans do siebie, do własnych ułomności oraz humorystyczna kreacja członków jej rodziny i przyjaciół, wywołują wiele napadów śmiechu. Obydwie ciotki bohaterki - despotyczna Amelia oraz pragnąca męża Felicja, dziadek Stasiek i dalszy poczet postaci to mieszanka iście wybuchowa, przy której zachowaniach nie sposób zachować powagi.

Książka Patrycji May to zwariowana, śmieszna i pełna zabawnych perypetii historia, w której każdy czytelnik dorastający na przełomie lat 80-tych i 90-tych, odnajdzie cząstkę własnych wspomnień. Nie sposób przy tej lekturze co chwilę nie wybuchać śmiechem. Dawno się tak dobrze nie ubawiłam!

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl

pokaż więcej

 
2017-07-24 19:18:21
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Mój patronat medialny, Posiadam

"Jesteśmy jak takie… emocjonalne second-handy. Choć przybywa nam doświadczeń, wciąż nie możemy przestać się porównywać".


Człowiek nie powinien pokonywać życiowych przeciwności w pojedynkę. Każdy z nas, w mniejszym lub w większym stopniu, potrzebuje towarzystwa drugiej osoby, bowiem samotność to najgorsze, co może spotkać człowieka. Ważne, by zdać sobie z tego sprawę w odpowiednim dla nas...
"Jesteśmy jak takie… emocjonalne second-handy. Choć przybywa nam doświadczeń, wciąż nie możemy przestać się porównywać".


Człowiek nie powinien pokonywać życiowych przeciwności w pojedynkę. Każdy z nas, w mniejszym lub w większym stopniu, potrzebuje towarzystwa drugiej osoby, bowiem samotność to najgorsze, co może spotkać człowieka. Ważne, by zdać sobie z tego sprawę w odpowiednim dla nas czasie i zrzucić maskę udawanego zadowolenia.

Agata Piechota pochodzi z Podkarpacia, a obecnie od kilku lat mieszka we Wrocławiu, które skradło jej serce. Z wykształcenia jest specjalistką ds. publikacji cyfrowych. Autorka zanim napisała swoją pierwszą książkę, pracowała w kilku redakcjach, prowadziła blog, a także publikowała artykuły w lokalnej prasie. "Nie widując gwiazd" to jej debiut.

27-letnia Jagoda jest na pozór dobrze radzącą sobie w życiu singielką. Gdy jednak przychodzi do pustego domu, w którym nikt na nią nie czeka, zdejmuje maskę sukcesu i niezależności. Gdy bohaterka zupełnie przypadkowo poznaje pewnego mężczyznę, jej życie wkracza na zupełnie inne tory.

"Nie widując gwiazd" to piękna, wywołujące wiele emocji, powieść o miłości, która często przychodzi tak po prostu i zmienia optykę naszego widzenia. Tak bowiem właśnie było w przypadku głównej bohaterki, która w zasadzie dość długo nie zdawała sobie sprawy z powagi własnych uczuć. Historia Jagody jest także opowieścią o skomplikowanych relacjach, których wymiar zbyt często wynika z naszych zakorzenionych przekonań. Myślę, że wiele czytelniczek podczas lektury tej powieści będzie mogło się po części utożsamiać z Jagodą i jej decyzjami.

Autorka zastosowała w swoim debiucie trafiony w mojej opinii zabieg w postaci użycia pierwszoosobowej narracji. Dzięki temu poznałam wszelkie dylematy, jakie targały główną bohaterką. Świat widziany jej oczami okazał się pełen sprzeczności, kontrastów i uzasadnionych obaw. Wielokrotnie rozumiałam jej decyzje, ale wielokrotnie także jej tok rozumowania nie zdobył mojej aprobaty. Jej poszukiwanie własnej tożsamości, oraz kierunku, w jakim będzie zmierzać to te elementy, które niewątpliwie wyróżniają książkę na tle innych - często zbyt tkliwych, romantycznych historii.

Agata Piechota w swojej powieści, ukazuje w sposób iście magiczny, że bycie kobietą z zasadami we współczesnym świecie to nie lada wyzwanie. Historia Jagody mnie mocno zaintrygowała oraz wzbudziła szereg refleksji i emocji, które towarzyszyły mi długo po skończonej lekturze. Przy takim debiucie nie można przejść obojętnie.

"(…) życie to nie konkurs na liczbę niepowodzeń".

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl

pokaż więcej

 
2017-07-21 20:16:31
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Mój patronat medialny, Posiadam

"Ciekawe swoją drogą, dlaczego w żadnej bajce nie spotkali się Tomcio Paluch i Alicja z Krainy Czarów?".



Czasy się zmieniły, a razem z nimi także ludzkie przekonania i schematyczne myślenie. Kiedyś rozwód oznaczał społeczny ostracyzm i ludzką nietolerancję. Obecnie, rozkład pożycia małżeńskiego w świetle prawa stał się powszechny, nie będąc już niczym niezwykłym. Co więcej, oficjalne...
"Ciekawe swoją drogą, dlaczego w żadnej bajce nie spotkali się Tomcio Paluch i Alicja z Krainy Czarów?".



Czasy się zmieniły, a razem z nimi także ludzkie przekonania i schematyczne myślenie. Kiedyś rozwód oznaczał społeczny ostracyzm i ludzką nietolerancję. Obecnie, rozkład pożycia małżeńskiego w świetle prawa stał się powszechny, nie będąc już niczym niezwykłym. Co więcej, oficjalne rozstanie może stać się początkiem czegoś nowego, lepszego, a nawet wesołego, jak pokazuje historia pewnej rozwódki.

Iwona Czarkowska to z wykształcenia dziennikarka, a z zamiłowania bajkopisarka. Autorka pracowała jako redaktor i sekretarz redakcji w "5-10-15" czy też w "Ciuchci". Debiutowała opowiadaniami i książkami dla dzieci, a w roku 2009 wydała swoją pierwszą powieść dla dorosłych pt. "Słomiana wdowa". Pracuje także jako tłumacz.

Alicja Kalicka zostaje zdradzona przez męża, który na dodatek zrobił swojej kochance dziecko. Bohaterka wyprowadza się ze świeżo wybudowanego domu i zamieszkuje kawalerkę swojej przyjaciółki. Składa także pozew rozwodowy i próbuje zacząć swoje życie od nowa. Los szykuje dla niej wiele niespodzianek.

"Wesoła rozwódka" to jak wskazuje już sama wymowa tytułu, książka niezwykle optymistyczna, traktująca na wesoło o temacie dość trudnym. Rozwód to bowiem nic śmiesznego, a wręcz przeciwnie, tragedia, która może doprowadzić do depresji. Iwona Czarkowska w swojej powieści jednak stara się odczarować negatywną energię płynącą z zakończenia małżeństwa poprzez jasny i klarowny przekaz - wszystko zależy od nas i od tego, na co zamienimy tę życiową porażkę, jaką niewątpliwie jest rozwód. Oczywiście, nie będę ukrywać, że rzeczywistość ukazana przez autorkę jest nieco zbyt kolorowa, jednak odczuwalny, pozytywny klimat, zupełnie wynagradza te mankamenty.

Jest wesoło, jest optymistycznie i jest dowcipnie. Perypetie Alicji, jej filozofia życiowa i oryginalne pomysły, które przychodzą bohaterce do głowy to właśnie te elementy powieści, które dodają jej uroku. Kreacja głównej bohaterki, czyli nieco zwariowanej, mocno energicznej i potrafiącej walczyć o siebie kobiety to wzór, z którego warto czerpać inspirację. Najwięcej śmiechu wywoływały we mnie jej rozmowy z panem Wieśkiem oraz wątek związany z gipsowym krasnalem. Trudno przy tych fragmentach fabularnych zachować powagę, a kawałów opowiadanych przez Wieśka nie sposób zapomnieć.

Pomysł na biznes, jaki wymyśliła główna bohaterka w związku ze swoim stanem, prosty a zarazem dość oryginalny to rzeczywiście nisza, którą warto zapełnić. A przy okazji tego wątku, uświadomiłam sobie, jak bardzo znane nam schematy sterują naszym życiem i emocjami. Początkowo bowiem byłam nieco zniesmaczona pomysłem Alicji. I jak się okazuje, zupełnie niepotrzebnie, bowiem rozwód nie musi kojarzyć się wyłącznie z negatywnymi emocjami.

Iwona Czarkowska z mistrzowską precyzją i przymrużeniem oka ukazała trudny temat rozwodów i rozpoczynania życia od nowa. Ta książka to gwarancja poprawy nastroju u każdego ponuraka!

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/

pokaż więcej

 
2017-07-19 17:58:24
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

"Ludzkie mięso uzależnia".



Zostałam zaproszona na kolację, która na zawsze utkwi w mojej pamięci. Kolację, której nie serwuje się wszystkim. Kolację, przeznaczoną dla wybrańców, utrzymaną w sekrecie. Kolację przekraczającą wszelkie granice kulturowe, etyczne i także... smakowe. Poczęstowano mnie ludzkim mięsem.

Raphael Montes to brazylijski pisarz, który ukończył Colegio de São Bento oraz ...
"Ludzkie mięso uzależnia".



Zostałam zaproszona na kolację, która na zawsze utkwi w mojej pamięci. Kolację, której nie serwuje się wszystkim. Kolację, przeznaczoną dla wybrańców, utrzymaną w sekrecie. Kolację przekraczającą wszelkie granice kulturowe, etyczne i także... smakowe. Poczęstowano mnie ludzkim mięsem.

Raphael Montes to brazylijski pisarz, który ukończył Colegio de São Bento oraz prawo w Rio de Janeiro. Autor pracuje w swoim zawodzie, ale oprócz tego pisze krótkie formy i powieści oraz scenariusze do filmów oraz seriali. Jego opowiadania ukazywały się w "Playboyu" i "Ellery Queen Mystery Magazine". W Polsce znany jest z książki pt. "Dziewczyna w walizce", która ukazała się w 13 krajach.

Dante oraz jego trójka przyjaciół z dzieciństwa wynajmują duże mieszkanie w Rio de Janeiro. Gdy zostaje ono zadłużone, wpadają na pomysł kontrowersyjnego biznesu - łatwych pieniędzy, z których utrzymają się w wielkim mieście, w czasach kryzysu. Organizacja pierwszej, sekretnej kolacji z menu, którego nie znajdzie się w żadnej restauracji staje się początkiem przerażającego biznesu, od którego nie ma odwrotu.

Muszę przyznać, że na podstawie samego tytułu książki, okładki i krótkiego blurba, łatwo wysnuć wniosek, jakie mięso staje się atrakcją kolacji przygotowanych przez Dantego i jego kolegów. Tak to ludzkie mięso, które przyrządzane jest przez mistrza kuchni z wyrafinowanym smakiem. Raphael Montes tym samym przekroczył wszelkie granice, kreując nieco absurdalną fabułę, która wciągnęła mnie od pierwszej strony. Gratuluję autorowi tak plastycznych opisów dań serwowanych na kolacjach dla kanibali. Dań, które z pewnością wzmacniałaby mój apetyty, gdybym nie wiedziała tego, że to właśnie ludzkie mięso leży na talerzu. Czy to literackie doznanie było obrzydliwe? Opisy dań, jakie wykreował autor z pewnością nie, natomiast fragmenty ukazujące pracę rzeźnika ludzkiego ciała, już niestety tak. Niektóre partie fabularne tej powieści jawiły mi się niczym oglądany horror, w którym latają flaki, a krew leje się strumieniami.

"Sekretna kolacja" to oprócz warstwy łączącej w sobie grozę i thriller, smutna analiza współczesnych elit, czyli bogatych ludzi z pierwszych stron gazet - celebrytów, ale także zwykłych obywateli. Prężnie rozwijający się biznes z mięsem mewy, jak nazywane jest w książce ludzkie mięso, świadczy bowiem o tym, że człowiek jest w stanie przekroczyć wszelkie granice, by poczuć nową podnietę, która uczyni jego życie ciekawszym i fascynującym. Współczesna cywilizacja to bowiem ludzie głodni coraz to nowszych, ekscytujących doznań, gotowi przesunąć granice etycznego działania. Do tego wszystkiego dochodzą obydwie strony sekretnych kolacji - organizatorzy oraz degustatorzy. To przerażająca wizja, w której ostatnia, rocznicowa kolacja z groteskowym wydźwiękiem, obrazuje zło, jakie siedzi w każdym z nas - bez względu na status społeczny i wyznawane wartości.

Nie zostałam zaskoczona przewrotnym zakończeniem powieści, gdyż domyśliłam ukazanego scenariusza już w połowie książki. Zaskoczyły mnie natomiast tezy, jakie autor wplata w fabułę swojego utworu dotyczące kwestii rozwiązania głodu na świecie, czy też jego szydzenia z modnych obecnie programów kulinarnych. Pierwszoosobowa narracja głównego bohatera, który opowiada tę całą obrzydliwą historię to trafiony zabieg, który wywołuje jeszcze więcej emocji.

Musicie koniecznie poznać historię Dantego, która ku mojemu przerażeniu, wydaje się być tak mocno realistyczna. Aż strach pomyśleć, że coś takiego może rzeczywiście mieć miejsce. Mam także nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy czerpać inspiracji z fabuły tej powieści, gdyż nie bez przyczyny główny bohater nazywa się Dante. A tak przy okazji, polecam wam do wypróbowania znajdujący się w książce przepis na pieczony antrykot ze zredukowaną wódką, cytrusami i pieczonym, zielonym jabłkiem. Smacznego!

"Tak naprawdę nie musisz jeść ludzkiego mięsa, żeby dokonywać potwornych czynów, wystarczy pokroić stek i kiełbasę, by przyłożyć rękę do okropności".

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl

pokaż więcej

 
2017-07-17 18:37:43
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Mój patronat medialny, Posiadam

"Drzewa nie mówią językiem ludzi".



Mam ostatnio szczęście do książek, które niosą ze sobą proekologiczne przesłanie. Czy to jednak aby na pewno przypadek? Nie wierzę w takowy, gdyż trudno o przypadku mówić w sytuacji, gdy podczas zgłębiania zbioru Katarzyny Georgiou, przeraziłam się wycinką drzew, jaka miała miejsce w mojej rodzinnej miejscowości. Zachciało mi się płakać nad ludzką...
"Drzewa nie mówią językiem ludzi".



Mam ostatnio szczęście do książek, które niosą ze sobą proekologiczne przesłanie. Czy to jednak aby na pewno przypadek? Nie wierzę w takowy, gdyż trudno o przypadku mówić w sytuacji, gdy podczas zgłębiania zbioru Katarzyny Georgiou, przeraziłam się wycinką drzew, jaka miała miejsce w mojej rodzinnej miejscowości. Zachciało mi się płakać nad ludzką ignorancją, która pozbawiła życia tylu drzew, jakie towarzyszyły mi od najwcześniejszych lat mojej egzystencji.

Katarzyna Georgiou to wrocławska poetka, która ukończyła Seneca College w Toronto. Jest nauczycielką wychowania przedszkolnego oraz anglistą. Za jej inicjatywą powstały warsztaty literacko-plastyczne pt. "Strefa Bałaganu". Z zamiłowania jest animatorką kultury, pasjonuje się ezoteryką i szamanizmem.

"Drzewa kochać potrafią" to zbiór opowieści o otaczającej nas przyrodzie, w połączeniu z poezją utrzymaną również w tym klimacie, a także zdjęciami zwierząt i krajobrazów natury.

Po przeczytaniu zbioru Katarzyny Georgiou, a nawet już w trakcie jego lektury, odczuwałam nieodpartą potrzebę pójścia do lasu, który znajduje się tuż za ogrodzeniem mojego domu. Las i związany z nim, kontakt z naturą, obecny jest nieodłącznie w mojej codzienności, więc mogę sobie jedynie wyobrażać, jaką tęsknotę zbiór wrocławskiej poetki, wywoła w czytelnikach mieszkających w dużych aglomeracjach. Tęsknotę do obcowania z pięknem przyrody, o której zbyt często zapominamy w codziennym biegu.

Myślą przewodnią całego zbioru – zarówno zawartej w nim prozy, jak i poezji, jest umiłowanie prostoty. Autorka bowiem w swoich bajędach ukazuje w iście magicznym stylu, życie zwierząt – lisa, borsuka, czy też pawików. Pokazuje swoje przemyślenia, które powstały podczas wędrówek po polach i lasach, a także nie ukrywa tego, jak wygląda zwyczajny dzień życia na wsi. Katarzyna Georgiou przemyca w tym wszystkim ukłon ku odwiecznym prawom natury, które respektować powinien każdy z nas. W kontekście tym najbardziej zmuszającą do refleksji bajędą okazała się dla mnie ta ukazująca legendę Indian o Stwórcy i przedstawione okaleczanie drzew. Dużo w tym zbiorze wszelkiej różnorodności, która stanowi jej niewątpliwy atut.

Pisząc o tej książce, nie sposób nie wspomnieć o licznych zdjęciach, które znajdują się praktycznie na każdej jej stronie. Nie są to fotografie obrobione przez ulepszające programy graficzne, lecz autentyczne, pełne wyrazu uchwycone chwile, które doskonale ilustrują to, o czym pisze poetka. Katarzynie Georgiou udało się obiektywem aparatu uwiecznić wiele fascynujących momentów, które z przyjemnością oglądałam.

W zbiorze tym znajduje się jeden wiersz, który zrobił na mnie kolosalne wrażenie, czyli "To nieprawda, że koty mają dziewięć żyć". Autorka wyzwoliła we mnie strofami tej liryki wiele wzruszenia, podobnie zresztą jak cały ten zbiór - obfitujący w niespodzianki i różnorodność formy oraz przekazu.

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/

pokaż więcej

 
2017-07-15 22:37:19
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Mój patronat medialny, Posiadam

"Pionki zawsze idą pierwsze na rzeź".



Nie czytałam pierwszego wydania tej powieści z roku 2013, jednak jeśli nawet jest nieco gorsza od poprawionej wersji, byłabym nią nadal zachwycona. Jestem przekonana, że gdybym nie wiedziała, że Thomas Arnold to Polak, przypisałabym autorstwo tej książki jakiemuś zagranicznemu pisarzowi. Uwielbiam takie udane debiuty.

Thomas Arnold to pseudonim...
"Pionki zawsze idą pierwsze na rzeź".



Nie czytałam pierwszego wydania tej powieści z roku 2013, jednak jeśli nawet jest nieco gorsza od poprawionej wersji, byłabym nią nadal zachwycona. Jestem przekonana, że gdybym nie wiedziała, że Thomas Arnold to Polak, przypisałabym autorstwo tej książki jakiemuś zagranicznemu pisarzowi. Uwielbiam takie udane debiuty.

Thomas Arnold to pseudonim literacki Arnolda R. Płaczka, urodzonego w Rybniku, absolwenta farmacji ukończonej na Śląskim Uniwersytecie Medycznym. Autor takich powieści, jak "33 dni prawdy", "Tetragon" oraz "Horyzont umysłu". Pisarz obecnie mieszka w Rydułtowach – małej miejscowości na Śląsku.

Nicolas Stewart, waszyngtoński detektyw otrzymuje nieoficjalnie sprawę niewyjaśnionych dotychczas zniknięć ludzi, którzy dosłownie rozpłynęli się w powietrzu. W tym samym czasie, jego narzeczona, dziennikarka Kate Frost otrzymuje w Nowym Jorku kopertę od dyrektora tamtejszej stacji, której zawartość może wywołać panikę wśród społeczeństwa. Bohaterowie nie zdają sobie sprawy, że zostali wrzuceni w wir wydarzeń, które mają wspólny mianownik.

"Anestezja" to thriller medyczny w najlepszym wydaniu, godny porównania do takich klasyków tego gatunku powieściowego, jak Robin Cook, czy też Tess Gerritsen. Tej książce bowiem niczego nie brakuje do tego, by wciągnąć się w niezwykle dynamiczną fabułę aż do jej ostatniej strony. Jest kawał dobrej sensacji, jest akcja pędząca niczym rozpędzony rollercoaster, jest interesujący temat i są także dobrze skrojeni bohaterowie. To lektura będąca idealną rozrywką na plażę, na hamak, czy też na leniwą niedzielę.

Wątkiem przewodnim debiutu Thomasa Arnolda jest temat na czasie, czyli nieetyczne zachowania lekarzy oraz nielegalny handel organami. Autor poszedł także dalej i pokazał szokującą wizję tego, w jaką patologię może przerodzić się współczesna medycyna. Przyznam szczerze, że realizm sytuacyjny, jaki jest dość mocno odczuwalny w powieści, wywołał we mnie w pewnym momencie obawę o to, czy rzeczywiście gdzieś tam na świecie takie praktyki, jakie ukazał czytelnikom autor, nie są już stosowane. To coś przerażającego i dowodzącego jednocześnie tego, że światem rządzi pieniądz, a ludzie są zdolni zrobić wszystko, by ratować swoje życie i najbliższych.

Thomas Arnold dla czytelników "Anestezji" przygotował zaskakujący zwrot akcji na końcu swojej powieści, który zupełnie wytrącił mnie z równowagi. Przyznam, że nie spodziewałam się takiego zabiegu i to właśnie lubię w tego typu książkach - nic do końca nie jest pewne, a wyobraźnia pisarza potrafi wywołać prawdziwą konsternację. Brawo za taką właśnie koncepcję zakończenia!

Przyznam szczerze, że nigdy nie przypuszczałabym, że "Anestezja" jest debiutem Thomasa Arnolda. Być może pierwsze wydanie tej książki jest nieco gorsze pod względem redakcyjnym i edytorskim, jednak cała kanwa fabularna i pomysł na główny wątek przecież nie uległy zmianie. Będę polecać tę powieść gdziekolwiek się da, gdyż jest tego zwyczajnie warta. A na zakończenie moich przemyśleń idealnie pasuje tutaj stara, dobra maksym, czyli "cudze chwalicie, swego nie znacie".

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl

pokaż więcej

 
2017-07-13 18:56:51
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

"Cała sztuka w tym, żeby nie tylko znać swoje błędy, ale też umieć je naprawić".



Czytanie niektórych książek kreuje w mojej wyobraźni migawki, niczym kadry z filmu. Wiem wówczas, że dana powieść to niemal idealny scenariusz na ekranizację kinową. Dokładnie takim przypadkiem jest "Dziewczyna na klifie" - książka od której nie potrafiłam się oderwać.

Lucinda Riley to urodzona w Irlandii,...
"Cała sztuka w tym, żeby nie tylko znać swoje błędy, ale też umieć je naprawić".



Czytanie niektórych książek kreuje w mojej wyobraźni migawki, niczym kadry z filmu. Wiem wówczas, że dana powieść to niemal idealny scenariusz na ekranizację kinową. Dokładnie takim przypadkiem jest "Dziewczyna na klifie" - książka od której nie potrafiłam się oderwać.

Lucinda Riley to urodzona w Irlandii, brytyjska pisarka, która jako aktorka występowała w filmach, w teatrze oraz w telewizji. Autorka zadebiutowała powieścią "Lovers and Players". Jej książki zostały przetłumaczone na ponad 30 języków i wydane w 38 krajach, w liczbie ponad 10 milionów egzemplarzy. Lucinda mieszka obecnie z mężem i czwórką dzieci w Norfolk w Wielkiej Brytanii.

31-letnia Grania Ryan po traumatycznym doświadczeniu, jakim było poronienie, ucieka z Nowego Jorku, zostawiając tam swojego narzeczonego Matta. Bohaterka przyjeżdża do Irlandii, do rodzinnego domu położonego nad zatoką Dunworley. Pewne spotkanie na klifie z dziewczynką o rudych włosach, która zamieszkuje okoliczny dwór, na zawsze odmienia życie Grani. Jak się jednak okazuje, nie ona pierwsza spośród swoich krewnych, wiąże swoje losy z rodziną Lisle’ów.

Epicka, klimatyczna i wzruszająca - tak w kilku słowach mogłabym określić powieść Lucindy Riley. Już bowiem od jej pierwszej strony zostałam wciągnięta w dwa, równoległe światy fabularne, czyli w teraźniejszość oczami Grani oraz w przeszłość poprzez opowiedzianą historię prababki bohaterki, sprzed 100 lat. Dwie historie połączone ze sobą powtarzającymi się losami ukazanych w nich postaci, przeplatają się ze sobą, tworząc uniwersalną opowieść o tym, co wszystkich nas dotyka - o miłości, o nienawiści, o kłamstwie i o tajemnicy. Opowieść, która może trąca nieco banałem, ale za to wywołuje sporo wzruszenia, którego szukam w tego typu powieściach.

Lucinda Riley zastosowała ciekawy zabieg narracyjny pod postacią przeplatania się fabuły książki z rozdziałami, w których Aurora, czyli tytułowa dziewczynka na klifie, zwraca się wprost do czytelnika. Początkowo, przy wstępie do książki, byłam lekko zdezorientowana taką narracją, ale summa summarum, w miarę rozwoju akcji, wszystko stawało się jasne i klarowne. Po skończonej lekturze zastanawiałam się, czy powieść straciłaby na swojej epickiej wartości, gdyby nie było tej właśnie płaszczyzny i myślę, że zabieg ten świetnie wkomponował się w całą opowiadaną historię. Cieszę się także, że autorka zamieściła całe drzewo genealogiczne obu irlandzkich rodzin, o których mowa w książce, dzięki czemu miałam pod ręką przydatną ściągę.

Przy zgłębianiu ostatnich stron losów Aurory i bliskich jej osób, nie potrafiłam ukryć wzruszenia. Nie wstydzę się przyznać tego, że uroniłam kilka łez, gdyż nie takiego zakończenia się spodziewałam, jakie zaserwowała mi autorka. "Dziewczynę na klifie" polecam wszystkim miłośnikom wzruszających historii z miłością i tajemnicami w tle.

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl

pokaż więcej

 
2017-07-07 19:37:14
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

"Moja mama sobie tego życzyła".


Śmierć rodzica w młodym wieku to dla każdego dziecka koszmar, z którego nie sposób się obudzić. Nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić tego, co musi czuć taki mały człowiek, gdy z dnia na dzień, odchodzi jedna z najważniejszych osób w jego życiu - mama bądź tata. Czy można przygotować swoje dziecko na odejście? Tego tematu postanowiła podjąć się pisarka...
"Moja mama sobie tego życzyła".


Śmierć rodzica w młodym wieku to dla każdego dziecka koszmar, z którego nie sposób się obudzić. Nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić tego, co musi czuć taki mały człowiek, gdy z dnia na dzień, odchodzi jedna z najważniejszych osób w jego życiu - mama bądź tata. Czy można przygotować swoje dziecko na odejście? Tego tematu postanowiła podjąć się pisarka znana mi dotychczas wyłącznie z książek dla dorosłych. Byłam więc bardzo ciekawa jej nowego wcielenia.

Teresa Monika Rudzka to urodzona we Wrocławiu, a mieszkająca w Lublinie, polonistka i dziennikarka, która pracowała również jako bibliotekarka, agentka ubezpieczeniowa i sekretarka. Obecnie, autorka realizuje swoją pasję dziennikarską, pisząc historie do różnych, babskich magazynów. W wolnym czasie przyjemność sprawia jej lektura dobrej książki i obejrzenie interesującego filmu. W 2010 r. zadebiutowała dobrze przyjętą powieścią pt. "Bibliotekarki".

Mama Michasi kupowała dziewczynce dżinsy na różne okazje. Teraz, gdy umarła, bohaterka nie potrafi pogodzić się z jej odejściem. Mama Kateńka była bowiem dla niej najlepszą przyjaciółką i również powierniczką. Zmiany, jakie ta śmierć wywołuje w rodzinie Michasi, wyzwalają w bohaterce falę buntu.

Wyobraźcie sobie stypę, na której żałobnicy bawią się przy muzyce, są ładnie ubrani i pamiętają o tym, aby cieszyć się życiem. Taką formę pogrzebu zażyczyła sobie wiecznie uśmiechnięta mama Michasi i taką imprezę zorganizowano. Po tym wstępie znajdującym się na pierwszych stronach książki, zaczęłam się od razu zastanawiać, czy spełnianie właśnie takich, ostatnich życzeń zmarłego, nie mija się z celem, bowiem pod płaszczem radości żałobników, znaleźć można smutek i żal za bliską osobą, która umarła. I dokładnie tak jest w przypadku głównej bohaterki "Wszystkich dżinsów M.", która starając się wypełnić wolę zmarłej matki, zatraca się w chowanym głęboko żalu oraz tęsknocie.

Losy Michasi to dobre studium tego, jakie zmiany w psychice dziecka powoduje śmierć bliskiej osoby. Bohaterka bowiem z grzecznej, ułożonej dziewczynki, staje się złodziejką, dokuczającą swoim przyjaciołom w szkole. Jej bunt przybiera samo nakręcającą się spiralę zła, która niszczy Michasię oraz ludzi wokół niej. Teresa Monika Rudzka bardzo realistycznie ukazała etapy takiego dość burzliwego radzenia sobie z żałobą. I chociaż nie jestem psychologiem to uważam, że matka wymuszając na córce niejako sposób radzenia sobie z jej śmiercią, zrobiła bohaterce wielką krzywdę, gdyż ta miała wielki problem z odegraniem swojej roli, a to spowodowało dalsze, daleko idące konsekwencje.

Dżinsy obecne w tytule i co za tym idzie, również w fabule utworu to symbol więzi córki z matką. Symbol swoistej normalności, która przez śmierć Kateńki, została zachwiana. Przyznam szczerze, że ciekawa byłam, kiedy Michasia zgodzi się na to, by dżinsy kupił jej ktoś inny, co oznaczałoby pogodzenie się z losem i otwarcie na świat.

"Wszystkie dżinsy M." to książka skierowana do czytelnika w każdym wieku. Wywołuje wiele emocji i refleksji w temacie przeżywania żałoby i nieuchronnej śmierci, a oryginalne wydanie książki w postaci niestandardowego formatu oraz trafionej grafiki, zachęcają do lektury.

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/

pokaż więcej

 
2017-07-05 20:04:48
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Mój patronat medialny, Posiadam

"Magnetyzm spojrzenia Madonny z Toros był nie mniejszą zagadką niż jej płacz".



Grecja to piękny kraj, którego zakamarki mam coraz większą ochotę odwiedzić, dzięki takim książkom jak ta. Od jego mieszkańców powinniśmy uczyć się, jak czerpać radość z życia, oraz jak celebrować czas, który nam dano. Niestety, nawet tam, w otoczeniu rajskich krajobrazów, zdarzają się morderstwa. Mamy więc oto...
"Magnetyzm spojrzenia Madonny z Toros był nie mniejszą zagadką niż jej płacz".



Grecja to piękny kraj, którego zakamarki mam coraz większą ochotę odwiedzić, dzięki takim książkom jak ta. Od jego mieszkańców powinniśmy uczyć się, jak czerpać radość z życia, oraz jak celebrować czas, który nam dano. Niestety, nawet tam, w otoczeniu rajskich krajobrazów, zdarzają się morderstwa. Mamy więc oto kryminał osadzony w Grecji napisany przez Polkę - to już samo w sobie brzmi intrygująco.

Bożena Gałczyńska-Szurek to z wykształcenia wiolonczelistka, która pracuje w Państwowej Szkole Muzycznej w Zamościu. Oprócz muzyki, autorka pasjonuje się hellenistyką, uczy nowożytnej greki, jest także przewodnikiem turystycznym. Od dwudziestu lat mieszka w Zamościu. Autorka zadebiutowała w 2010 r. powieścią pt. "Tajemnice greckiej Madonny". "Kręta droga do nieba" do drugie, poprawione wydanie tej książki.

Na greckiej wyspie, w cerkwi będącej miejscem kultu dla jej mieszkańców, zostaje popełnione morderstwo. Niedługo po tym, zostaje skradziona Ikona Matki Boskiej Płaczącej z Toros. W rozwikłaniu zagadki tych przestępstw bierze udział Klara - policyjny psycholog. Jak się jednak okazuje, sprawa jest bardziej złożona niż się początkowo wydawało.

"Kręta droga do nieba" to powieść z pogranicza książki obyczajowej i kryminału, okraszona sensacyjnym sosem, która zapewniła mi kilka godzin rozrywki na dobrym poziomie. Autorka bowiem w dobrym stylu, krok po kroku, budowała napięcie, by następnie w płynnym rytmie, odsłaniać poszczególne elementy układanki. Intryga, jaką udało się jej zbudować nie okazała się przewidywalna, a wplatanie w fabułę kolejnych, zaskakujących wydarzeń, tylko zaostrzyło mój apetyt na jej rozwiązanie. Muszę przyznać, że wyjaśnienie tajemniczego morderstwa i kolejnych przestępstw mocno mnie zaskoczyło w pewnym aspekcie. Płaszczyzna kryminalna została więc według mnie przez autorkę dobrze zbudowana i niczego jej nie brakuje - jest wartka akcja, element zaskoczenia i złożona sprawa.

Bożena Gałczyńska-Szurek jak na pasjonatkę hellenistyki przystało, w swojej debiutanckiej powieści, przemyca dość obszerne informacje dotyczące kultury i mentalności Greków, którzy reprezentują dość specyficzne społeczeństwo. Muszę przyznać, że nie wiedziałam dotąd, że Grecy nie lubią się spóźniać, nie krytykują własnych dzieci oraz, że uwielbiają zabawiać się mini różańcem, który ich uspokaja. W książce znaleźć można także wiele podanych w przystępny sposób faktów z historii tego kraju, opisów nawyków Greków w codziennym życiu, czy też podkreślania, że greccy mężczyźni nie lubią, gdy kobiety wtrącają się do spraw, które według nich powinni rozwiązywać wyłącznie osobnicy płci męskiej. Najważniejsze jednak jest to, że autorce udało się uzyskać równowagę pomiędzy płaszczyzną kryminalną, a obyczajową, dzięki czemu powstała wciągająca powieść, która nie nudzi w żadnym jej aspekcie.

Klara, główna bohaterka debiutu Bożeny Gałczyńskiej-Szurek to bohaterka znana mi z powieści "Monachos", w drugim wydaniu znana jako "Klasztor zapomnienia”. Nie ukrywam, że polubiłam tę kobietę – niezwykle inteligentną, z analitycznym umysłem i do tego empatyczną.

"Kręta droga do nieba" to lektura w zasadzie dla każdego, zawierająca dobrze skrojoną warstwę kryminalną, obyczajową, która nadaje się idealnie na letni dzień na plaży. Książkę tę czyta się w ekspresowym tempie, a odczuwalny w fabule grecki klimat wywołuje rozluźnienie i chęć odwiedzenia miejsc, które opisuje autorka. Polecam.

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/

pokaż więcej

 
2017-07-01 20:11:31
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Mój patronat medialny, Posiadam

"Nie każdy zdaje sobie sprawę z faktu, że związek dwojga ludzi jest jak kwiat. Niepielęgnowany może umrzeć. A jeśli raz zwiędnie, bardzo trudno będzie przywrócić go do życia".



Widzisz piękną, młodą, zadbaną i bogatą kobietę, mającą przystojnego męża i córeczkę. Myślisz sobie wówczas, że jej życie z pewnością przypomina bajkę – ma wszystko, o czym zamarzy, zarówno prawdziwe uczucie, jak i...
"Nie każdy zdaje sobie sprawę z faktu, że związek dwojga ludzi jest jak kwiat. Niepielęgnowany może umrzeć. A jeśli raz zwiędnie, bardzo trudno będzie przywrócić go do życia".



Widzisz piękną, młodą, zadbaną i bogatą kobietę, mającą przystojnego męża i córeczkę. Myślisz sobie wówczas, że jej życie z pewnością przypomina bajkę – ma wszystko, o czym zamarzy, zarówno prawdziwe uczucie, jak i dobra materialne. Gdybyś jednak wiedział, że za drzwiami jej domu rozgrywa się prawdziwy dramat – byłoby ci wstyd, że oceniasz sytuację wyłącznie po pozorach. Niestety wielu z nas tak właśnie robi, zbyt wielu.

Monika Sawicka to absolwentka stosunków międzynarodowych, z wykształcenia i zamiłowania dziennikarz. Matka dorosłej już córki Karoliny, posiada dystans do siebie oraz sporo pokory. Autorka znana jest z takich książek, jak "Demi Sec", "Gra wstępna", "Kolejność uczuć", "Dobrze, że jesteś" czy "Za rok o tej porze". Uwielbia wracać do powieści Williama Whartona pt. "Spóźnieni kochankowie". "Kruchość porcelany" to wznowienie debiutu pisarki z 2005 r.

Zuzanna Maks to kobieta, która według osób postronnych powinna być szczęśliwa. Jest mamą dorastającej córki Amelki i żoną, której byt materialny nie jest w żadnym stopniu zagrożony. Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy z tego, że Zuzanna jest maltretowana zarówno psychicznie, jak i fizycznie przeze swojego męża. Bohaterka radzi sobie z tą traumą w swój własny, indywidualny sposób.

Przejmująca historia Zuzanny w całej swojej okazałości wywoływała we mnie wielokrotnie śmiech przez łzy. Dawno już bowiem nie czytałam takiej książki, która przedstawioną w niej historią, wzbudzałaby we mnie tyle przeróżnych uczuć, mieszając je ze sobą dość mocno. Otóż Monika Sawicka w "Kruchości porcelany" wykreowała dwie, splątane ze sobą płaszczyzny, które stanowią dla siebie zupełne przeciwieństwo. W utworze tym tragedia bowiem łączy się z komedią, a humor ze smutkiem - jak to w życiu, gdyż często swoje problemy przykrywamy płaszczem dowcipu, uśmiechu i udawanej radości. To najlepsza zbroja, w którą ubrała się bohaterka książki Moniki Sawickiej.

Bohaterka, będąca w pewnej części alter ego samej autorki. I nie jest to wyłącznie mój domysł, gdyż w samym wstępie do "Kruchości porcelany" Monika Sawicka podkreśla, że w temacie wątku przewodniego swojego utworu, czyli przemocy domowej, historia Zuzanny jest jej własną. Realizm sytuacyjny, jakiego trudno nie poczuć podczas zgłębiania przeżyć bitej, gwałconej i upokarzanej Zuzanny, wywołuje mnóstwo refleksji w temacie znęcania się nad człowiekiem oraz w temacie spustoszenia, jakie wywołuje ono w ludzkiej psychice. Myślę, że lektura tej książki może stać się asumptem do małych kroczków ku zmianom w życiach maltretowanych kobiet. Nie napisała jej bowiem osoba, która o znęcaniu się wie tyle, ile wyczyta w mądrych książkach. Napisała ją osoba, która doświadczyła tego na własnej skórze.

Zuzanna to bohaterka, którą życie doświadcza bardzo mocno. Nie dosyć, że jest ofiarą przemocy domowej ze strony męża, który ją zdradza, to do tego wszystkiego zostaje jeszcze dotknięta chorobą raka piersi. Tyle przeciwności losu, a ona próbuje i walczy po swojemu, by poczuć chwilę wytchnienia. Mam nadzieję, że jej postać stanie się inspiracją dla innych – do walki o własne szczęście.

Tytuł książki Moniki Sawickiej nawiązuje do samej treści fabuły, ale także ma wydźwięk metaforyczny, który można zrozumieć po przeczytanej lekturze. Nie jest to łatwa i przyjemna książka, gdyż pod płaszczem humoru, skrywa ukrytą głębię w postaci ludzkiej tragedii. Autorka poprzez "Kruchość porcelany" dała niewątpliwie świadectwo temu, że można pokonać własne demony.

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/

pokaż więcej

 
2017-06-29 18:44:06
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Mój patronat medialny, Posiadam
Autor:

"Pochodzenie człowieka nie musi zamykać drogi do lepszego życia".



Emocjonujemy się biografiami znanych ludzi. Chętnie czytamy o tajemnicach i o ukrytych faktach, które skrywane przed opinią publiczną, nie przynoszą chwały lecz kontrowersję. Nie trzeba jednak sięgać tak daleko. Czasami bowiem wystarczy poświęcenie chwili na rozmowę z członkami własnej rodziny, którzy to zbyt często skrywają...
"Pochodzenie człowieka nie musi zamykać drogi do lepszego życia".



Emocjonujemy się biografiami znanych ludzi. Chętnie czytamy o tajemnicach i o ukrytych faktach, które skrywane przed opinią publiczną, nie przynoszą chwały lecz kontrowersję. Nie trzeba jednak sięgać tak daleko. Czasami bowiem wystarczy poświęcenie chwili na rozmowę z członkami własnej rodziny, którzy to zbyt często skrywają historię będącą gotowym materiałem na książkę. Książkę taką jak ta.

Beata Bużan to nauczycielka, podróżniczka i obserwatorka życia, która uczy języków obcych. Autorka pod wpływem obserwacji przyrody, pewnego dnia zdała sobie sprawę z tego, że życiowy pośpiech oddziera ją z przyjemności. Postanowiła więc zwolnić tempo, zrezygnowała z pracy na akord i zaczęła pisać. "Żyjemy jeno w snach o sobie" to jej debiut.

II wojna światowa. Helena od dziecka nazywana jest "bękartem" w swojej podlaskiej wsi, gdyż nie posiada ojca. Bohaterka postanawia więc zamieszkać gdzieś, gdzie nikt nie będzie jej znał. Kolejne wydarzenia w życiu Heleny, wywołują coraz większą siatkę kłamstw, w której nie wiadomo już, co jest prawdą, a co fałszem.

Helena, główna bohaterka książki Beaty Bużan to postać prawdziwa, która istniała naprawdę. To bowiem babcia autorki opowiedziała jej o swoich burzliwych losach, a Beata Bużan przeczesała zasoby Archiwów Państwowych, które jedynie potwierdziły to, co przedstawiła jej krewna. I w tym kontekście właśnie, historia Heleny zyskuje zupełnie nowy wymiar, bowiem jej losy wywołują wiele skrajnych emocji, a powzięte decyzje zadziwiają i powodują konsternację. Przy tym wszystkim myśl o tym, że opisane w książce wydarzenia miały miejsce w rzeczywistości, napawa zdumieniem i przeświadczeniem, że tak naprawdę nie znamy drugiego człowieka. Może nam się jedynie wydawać, że nasza mama, nasz tata, czy też babcia to osoby, o których wszystko już wiemy. To wyłącznie nasze wyobrażenie.

"Żyjemy jeno w snach o sobie" to historia, która zaczyna się w czasie wojny, kolejno przechodząc do czasów powojennych, gdy Polska podnosiła się z gruzów okupacji. I właśnie na tym tle, niezwykle ważnym dla nas Polaków, odkrywamy historię kobiety, która za wszelką cenę chciała ukryć swoją tożsamość, zatrzeć ślady swojej przeszłości, chciała stać się osobą poważaną i darzoną szacunkiem. To, co robiła, aby ten cel osiągnąć wzbudza wiele ambiwalentnych uczuć. Helena to bowiem bohaterka, której można nie lubić, którą można nie rozumieć, a jednak będąca przykładem świadectwa ludzkich ułomności i targających nami dylematów moralnych, które towarzyszą nam do końca życia.

Nie sądziłam, że ta historia wywoła we mnie tyle melancholii i refleksji w temacie złożoności ludzkiej natury. Przy zgłębianiu losów Heleny trudno bowiem zapanować nad wzruszeniem i myślami o bezlitosnej nieodwołalności raz powziętych decyzji. To opowieść, przy której nie można powstrzymać napływających do oczu łez.

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl

pokaż więcej

 
2017-06-27 18:34:15
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

"Pan Kot z politowaniem przyglądał się ekscesom starszych pań".


Morderstwo to poważna sprawa, podobnie jak całe śledztwo dążące do wykrycia sprawcy zbrodni. Na szczęście, w literaturze oprócz mrożących krew w żyłach, poważnych kryminałów, istnieją także te mniej poważne, czyli komedie kryminalne, których głównym zadaniem jest rozbawienie czytelnika, poprawienie jego humoru i zwyczajne...
"Pan Kot z politowaniem przyglądał się ekscesom starszych pań".


Morderstwo to poważna sprawa, podobnie jak całe śledztwo dążące do wykrycia sprawcy zbrodni. Na szczęście, w literaturze oprócz mrożących krew w żyłach, poważnych kryminałów, istnieją także te mniej poważne, czyli komedie kryminalne, których głównym zadaniem jest rozbawienie czytelnika, poprawienie jego humoru i zwyczajne zapewnienie lekkiej rozrywki. Do tego zbioru mogę niewątpliwie dołączyć książkę "Przepis na zbrodnię" podczas lektury której było naprawdę wesoło.

Iwona Mejza to zagorzała wielbicielka książek Joanny Chmielewskiej i Edmunda Niziurskiego, która kolekcjonuje powieści kryminalne z całego świata. Autorka należy do Klubu Miłośników Powieści Milicyjnej Mord, a oprócz pisania, w wolnym czasie zajmuje się fotografią i ogrodem.

Marlena Zawilska to rozwiedziona autorka powieści kryminalnych, która mieszka w pewnym Miasteczku wraz z Panem Kotem i swoją mamą. Gdy zostaje zamordowany jej sąsiad, spokojny, starszy pan, bohaterka wszczyna własne śledztwo. W namierzeniu osoby sprawcy pomagają jej mama oraz zrzędliwa ciotka Lukrecja. Śledztwo Marleny prowadzi do pewnego wydarzenia z przeszłości.

Iwona Mejza poprzez morderstwa, w jakie wplątana zostaje główna bohaterka oraz poprzez prowadzone przez nią śledztwo, w iście karykaturalnym stylu ukazała ciekawe kreacje pozostałych bohaterów, a co za tym idzie, przeróżne postawy życiowe, uwypuklając ludzkie przywary. Mamy oto bowiem reprezentantów wielu grup społecznych, od policjantów do wścibskich sąsiadek, a cały ten poczet to istne kłębowisko różnorodności i zupełnie innego podejścia do życia. Wszystko to okraszone lekkim humorem i nieco przejaskrawione, wpływa na cały, pozytywny odbiór tej książki.

Najbardziej zabawnym elementem fabularnym powieści Iwony Mejzy jest kreacja Pana Kota, który co jakiś czas, poprzez oddanie mu narracji, otrzymuje swoje pięć minut i przedstawia w humorystyczny sposób, dziejące się wydarzenia. Otóż trafność spostrzeżeń zwierzęcia, widoczna ironia i uwypuklenie typowych kocich cech w zderzeniu z zachowaniem człowieka to warstwa, która zwróciła moją szczególną uwagę. Poza tym, jako typowa kociara, mam prawo darzyć wielką sympatią Pana Kota i jego wysokie mniemanie o swojej wielkości.

"Przepis na zbrodnię" zaskoczył mnie pozytywnie widoczną szkatułkową kompozycją tego utworu, gdyż w główną historię morderstw, wplecione zostały fragmenty kryminału, jaki próbuje napisać Marlena Zawilska. Kryminału dziejącego się Barcelonie. I co najciekawsze w tej płaszczyźnie, w pewnym momencie obydwa światy zaczynają mieć widoczne punkty wspólne, co wzbudza zaciekawienie i zaintrygowanie u czytelnika. Zupełnie nie spodziewałam się takiego właśnie zabiegu literackiego w komedii kryminalnej.

Jeśli macie ochotę na zabawne śledztwo, pełne niespodziewanych zwrotów akcji, śmiesznych i ironicznych uwag oraz barwnych bohaterów, zachęcam do lektury tej powieści. Iwona Mejza trafnie dobrała wszystkie składniki ze swojego przepisu na udany, komediowy kryminał.

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl

pokaż więcej

 
2017-06-25 18:22:39
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

"(…) pamiętaj, że w życiu lepiej wiedzieć, nawet coś najgorszego, bo można szukać wyjścia".


Ci znani ludzie z telewizji to mają piękne życie. Ciągle w błysku fleszy, sława, intratne kontrakty, pozowanie na ściankach. Po prostu żyć nie umierać. Nie wszyscy jednak chcą publicznie obnosić się ze swoją prywatnością. Nie każdy chce, by portale plotkarskie wkraczały w jego osobistą przestrzeń....
"(…) pamiętaj, że w życiu lepiej wiedzieć, nawet coś najgorszego, bo można szukać wyjścia".


Ci znani ludzie z telewizji to mają piękne życie. Ciągle w błysku fleszy, sława, intratne kontrakty, pozowanie na ściankach. Po prostu żyć nie umierać. Nie wszyscy jednak chcą publicznie obnosić się ze swoją prywatnością. Nie każdy chce, by portale plotkarskie wkraczały w jego osobistą przestrzeń. Ufam, że tacy ludzie, jak główna bohaterka powieści Anny Mentlewicz, rzeczywiście istnieją w branży telewizyjnej .

Anna Mentlewicz to dziennikarka telewizyjna, scenarzystka oraz autorka słuchowisk radiowych oraz publicystycznego programu dla młodzieży "LUZ". Współtwórczyni oraz szefowa programu "Rower Błażeja", od 2016 r. zasila Redakcję Rolną TVP. Pisze scenariusze do seriali. Wydała kilka książek dotyczących popularyzacji zdrowia.

Stella Larska to znana i ceniona dziennikarka telewizyjna, która próbuje się pozbierać po niespodziewanej śmierci ukochanego - znanego w środowisku reżysera. Stella unika uwagi mediów, nie chce afiszować się ze swoją prywatnością. Gdy więc bohaterka poznaje przystojnego i czarującego Jacka, pojawia się w jej życiu mały promyczek nadziei na zmianę. Stella nie wie jednak, że ta znajomość przyniesie nieoczekiwany dla niej finał.

Któż może lepiej ukazać środowisko telewizyjne od kuchni, jak nie osoba, która całe swoje zawodowe życie spędziła właśnie w tym światku. Anna Mentlewicz w swojej książce, jako doskonała obserwatorka rzeczywistości, bardzo dużą uwagę skupiła właśnie na tej płaszczyźnie, czyniąc ją niezwykle realistyczną. W szczególności widać to na przykładzie samej bohaterki, która stara się jak może, uciec do wszelkich przejawów bycia celebrytą i pozowania na ściankach. Analiza tej branży poczyniona przez autorkę jest gorzka, nawet bardzo gorzka, gdyż pokazuje w pełni, jak wyglądają relacje pomiędzy współpracującymi ze sobą ludźmi telewizji. Pokazuje, że świat ten jest bezlitosny i z dnia na dzień można utracić wszystko, na co tak długo się pracowało, a przede wszystkim dobre imię. Ta powieść to dla mnie kolejna cegiełka po świetnej książce Ilony Łepkowskiej pt. "Pani mnie z kimś pomyliła", budująca w mojej świadomości obraz tego środowiska. I muszę jednakowoż przyznać, że nadal niektóre zachowania w tej branży mocno mnie szokują.

"Pewna pani z telewizji" to także książka, w której zauważyć można szeroko wyeksponowane tło psychologiczne. Utrata bliskiej osoby, pogłębiony proces żałoby oraz otwieranie się na nowe uczucie to główne wątki w tej płaszczyźnie. Stella jako kobieta znająca swoją wartość, na zewnątrz pewna siebie, w środku walcząca z własnymi demonami to bohaterka zapadająca w pamięć, aczkolwiek wywołująca także ambiwalentne uczucia. Z pewnością nie można obok tej postaci przejść obojętnie. Nie mogę jednak napisać, by intryga, jaką wymyśliła Anna Mentlewicz, jakoś specjalnie mnie zaskoczyła. Dość szybko bowiem przewidziałam zamysł autorki dotyczący tajemniczego człowieka, który wysyłał bohaterce pogróżki.

"Pewna pani z telewizji" to książka, która pomimo swojej przewidywalności fabularnej, posiada dużą wartość dodaną w postaci niezwykle realistycznego obrazu polskich mediów od kuchni. Jestem ciekawa, jak potoczą się losy głównej bohaterki w kolejnej części pt. "Zemsta na ekranie", której recenzje poznacie już niebawem.

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl

pokaż więcej

 
2017-06-23 18:30:29
Dodała książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

"Nie ma co się łudzić – związek to wzajemne zaspokajanie swoich potrzeb".


Podobno wszystko już było. Śmiem twierdzić, że nie do końca tak jest, gdyż XXI wiek spowodował widoczną rewolucję w stosunkach damsko-męskich. Rozwinięte społeczeństwa to społeczeństwa rozwodników i nigdy w historii świata nie było tak łatwo wymieniać swoich partnerów na lepszy model. Gorzka konkluzja, ale jakże...
"Nie ma co się łudzić – związek to wzajemne zaspokajanie swoich potrzeb".


Podobno wszystko już było. Śmiem twierdzić, że nie do końca tak jest, gdyż XXI wiek spowodował widoczną rewolucję w stosunkach damsko-męskich. Rozwinięte społeczeństwa to społeczeństwa rozwodników i nigdy w historii świata nie było tak łatwo wymieniać swoich partnerów na lepszy model. Gorzka konkluzja, ale jakże prawdziwa, o czym celnie przekonuje w swojej książce przedstawicielka współczesnych kobiet.

Olivia S. to pseudonim kobiety żyjącej w mieście W, należącej do współczesnej klasy średniej. W związku od siedmiu lat, jest dobrą obserwatorką.

Bohaterka i zarazem narratorka książki to młoda kobieta, mieszkająca w mieście, która relacjonuje swoje życie z mężem nazwanym R., powtarzającym jej stale, że będą na zawsze. Bohaterka ukazuje codzienne życie z mężczyzną, obfitujące w groźne kłótnie, jak i gorący seks, konstruując przy tym wnioski odnoszące się do budowania wspólnych relacji oraz zaufania.

Wielu czytelników, w szczególności tych z konserwatywnymi poglądami, może być oburzonych wnioskami, do jakich dochodzi bohaterka, narratorka i jak sądzę, alter ego samej autorki. Otóż Olivii S. nie przeszkadzają tematy tabu i cenzura, stąd w treści tak odważne tezy, z którymi wielu może się nie zgadzać. Autorka bowiem obala mit wielkiej miłości twierdząc, że to społeczeństwo wmówiło nam, że takowa istnieje. Nie boi się także powiedzieć, że miłość to seks, a bez udanego seksu nie ma miłości. Taka swoista analiza stosunków damsko-męskich, dotykająca kilku płaszczyzn, wydaje się w wielu punktach trafna i bezkompromisowa. Podana w humorystycznym stylu, staje się jednak łatwiejsza do przełknięcia.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że stylizowana na dziennik książka Olivii S. jest w dużej mierze zapisem jej własnych doświadczeń w wieloletnim związku. Opisywane momenty, które każdy z nas przeżywa, czyli jedzenie śniadania, opiekowanie się podczas choroby swoją drugą połówką, urządzanie mieszkania, czy też miłosne zbliżenia, nacechowane są widocznym realizmem sytuacyjnym, a dialogi to niemal żywcem wycięte rozmowy z prawdziwego życia. To niewątpliwie dodaje książce autentyczności oraz pozwala się przejrzeć w jej treści, jak w lustrze.

Warto także podkreślić, że główna bohaterka stara się być obiektywna, dlatego też analizuje zarówno wady, jak i zalety kobiet oraz mężczyzn. Myślę, że wielu czytelników pod wpływem wynurzeń uzależnionej od zakupów on-line młodej kobiety, zacznie analizować własne związki i zależności, których wcześniej nie dostrzegali.

Już dawno żadna książka nie wywołała we mnie tak dobrego nastroju, jak ten dziennik. Napisany z humorem, nie omijający tematów tabu - o rozwodach, seksie, miłości i męskim egoizmie. Lektura idealna dla każdej, współczesnej kobiety.

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
1231 925 86999
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (687)

Ulubieni autorzy (171)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd