ilcattivo13 
status: Czytelnik, dodał: 2 cytaty, ostatnio widziany 2 tygodnie temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-02-07 00:36:42
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

(recenzja ukazała się pierwotnie na szortal.com)



Hubert Przybylski

Houston, mam problem. Normalny zdrowy problem. Przeczytałem „Kocią kołyskę” Kurta Vonneguta i mam wątpliwości, czy to naprawdę aż taka dobra książka, warta tych wszystkich ochów i achów, jakie widzę wszędzie dookoła. Mało tego, żeby sprawdzić, jak bardzo różnię się od tych wszystkich ocho- i achowiczów, zdecydowałem się na...
(recenzja ukazała się pierwotnie na szortal.com)



Hubert Przybylski

Houston, mam problem. Normalny zdrowy problem. Przeczytałem „Kocią kołyskę” Kurta Vonneguta i mam wątpliwości, czy to naprawdę aż taka dobra książka, warta tych wszystkich ochów i achów, jakie widzę wszędzie dookoła. Mało tego, żeby sprawdzić, jak bardzo różnię się od tych wszystkich ocho- i achowiczów, zdecydowałem się na to, na co bardzo wyjątkowo się decyduję*. A mianowicie przeczytałem kilka spośród najbardziej wychwalających tę książkę recenzji, jakie znalazłem w Internecie, i parę omówień. Co z tego wyszło? O tym za momencik.

Albowiem najsampierw tradycji musi stać się zadość, znaczy, wypada przybliżyć treść książki. A wszystko zaczyna się tak – młody pisarz zbiera materiały do pracy o twórcy bomby atomowej, fikcyjnym geniuszu Feliksie Hoennikerze. W końcu ląduje na równie jak ów naukowiec fikcyjnej wyspie San Lorenzo, gdzie jest świadkiem końca świata. Ale zanim to się stanie, spotka szereg groteskowo przerysowanych, często wręcz karykaturalnie skrzywionych postaci, które wywrą na niego niebagatelny wpływ.

Zdaniem innych recenzentów, w pierwszej kolejności powieść jest satyrą na naukowców i prowadzący do niechybnej zagłady ludzkości wyścig zbrojeń. To wydaje się oczywiste. Felix Hoenniker jest przedstawiony jako zatrudniony w pracującym dla rządu USA ośrodku badań prawdziwie genialny naukowiec, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych, a jednocześnie jest totalnie oderwany od rzeczywistości, aspołeczny do granic możliwości i nie zastanawia się nad możliwymi następstwami swoich czynów. Co ciekawe, niezbyt wielu internetowych recenzentów zauważa podobieństwo jego do Roberta Oppenheimera, jednego z rzeczywistych twórców bomby atomowej, który wraz z kilkoma kolegami po fachu udostępnił ZSRS plany budowy A-bomby, wierząc, że dzięki temu na świecie zapanuje pokój i dobrobyt. Oni też okazali się ździebko oderwani od rzeczywistości oraz popisali się totalną nieznajomością ludzkiej natury i przy całym swoim geniuszu tego, że tym czynem przyspieszą możliwość atomowej zagłady ludzkości, już nie przewidzieli…

Drugim pozornie- oczywistym tematem książki jest religia, której przejaskrawionym, ironicznym odbiciem jest bokononizm. Jej twórca, prorok Bokonon, napisał „Księgę Bokonona”**, zbiór sentencji i aforyzmów na temat wszystkich możliwych kwestii dotyczących świata i ludzi. Zaczyna się ona stwierdzeniem, że wszystko, co zawiera, to łgarstwa, które jednak, po chwili zastanowienia, w przewrotny sposób zdają się prawdziwsze od najprawdziwszej prawdy. Sprawia to, że wbrew innym, w dodatku jako mało religijna osoba, uważam, że to nie jest zwykłe nabijanie się z religii, tylko satyra na tych, którzy właśnie to robią. Najlepszy przykład to początkowe stwierdzenie, że cała zawartość świętej księgi to kłamstwa. Idealnie to pasuje do tego, co krytycy mówią o Biblii, na przykład o jej wersji stworzenia świata. Tylko niech mi ktoś powie, jak bez wykorzystania kłamstwa wytłumaczyć proces powstawania Ziemi i życia na niej komuś, kto stoi na tak niskim poziomie cywilizacyjnym, że potrafi liczyć tylko do dziesięciu, bo tyle ma palców u rąk***. Uważam też, że mylą się ci, którzy twierdzą, że „Księga Bokonona” była wzorowana wyłącznie/głównie na Biblii. Wystarczy przeczytać choćby urywki „Dialogów konfucjańskich”****, żeby zauważyć dużo wyraźniejsze podobieństwo.

Jako że ta recenzja zaczyna się robić przydługawa, takie kwestie jak satyra na postawy i zachowania ludzkie pominę***** i przejdę do mojej najważniejszej konkluzji. Wydaje mi się, że „Kocia kołyska” jest przede wszystkim satyrą na samego siebie. Znaczy Kurt Vonnegut, kpi w niej******* z Kurta Vonneguta. Nie wiem, może miał jakiś kryzys wieku średniego lub innej tożsamości, albo było to wynikiem kryzysu kubańskiego (spowodowanego przynajmniej w połowie przez również dążący w lewo Związek Sowiecki), czy też inna „jesienna deprecha” go dopadła – nie będę w to wnikał, bo na to mógłby odpowiedzieć jedynie ktoś, kto go w tamtym okresie nie tylko dobrze znał, ale i rozumiał. Dlaczego tak myślę? Z bardzo prostego powodu. Czy gdyby było inaczej, Vonnegut uczyniłby bohaterem książki pisarza i dziennikarza, posiadającego te same jak on wady (był nałogowym palaczem i miał „ciągoty” do alkoholu) i wyznającego podobne życiowo światłe (utopijne) poglądy, które pod koniec książki zdarzają się z rzeczywistością i okazują się zwykłymi mrzonkami********.

Moja ocena? 7/10. To nie jest książka genialna, kapitalna czy świetna. Aż tak daleko nie mógłbym się posunąć w jej ocenie. Spośród powieści antyzagładowoludzkościowych najbardziej do niej podobna przesłaniem i treścią „Doktor Strangelove albo jak nauczyłem się nie bać i pokochałem bombę” Petera George’a********* podobała mi się ździebko bardziej. Ale przyznaję, że „Kocia kołyska” jest bardzo dobra i warta przeczytania. Choćby ze względu na łgarstwa Bokonona. Na zakończenie pozwalam sobie przytoczyć wspomniane już pierwsze z nich – „Wszystkie prawdy, które wam tutaj wyłożę, są bezwstydnymi kłamstwami”.


* Znaczy, odkąd nie potrzebuję tego robić.
** Bo jakżeby inaczej miała się nazywać?
*** No chyba że należy do tego marginesu ludzi wybitnie inteligentnych i chodzi w sandałach lub boso, dzięki czemu ma dostęp także do palców u nóg. Albo do liczenia wykorzystuje pasące się kozy (ciekawe, jak w tym ostatnim przypadku przenosili znak na druga stronę równania).
**** No i samą „Kocią kołyskę” oczywiście.
***** Bo pewnie wszędzie przeczytacie o tym, jak to Vonnegut wyśmiewa się z ludzi zarozumiałych i wywyższających się nad innymi******, zakochanych lub ogarniętych pożądaniem (w zależności od interpretacji omawiającego), urzędników państwowych, ludzi zwyczajnie głupich czy też z powodu doznanych traum uciekających od rzeczywistości (dla tych, którzy nie wiedzą, Vonnegut określał siebie jako lewicowca i humanistę – ale jak to licuje z szydzeniem z głupich czy poszkodowanych przez los, które jest w książce obecne, nie wiem).
****** Co wydaje się potwierdzać moją tezę o Vonnegutowym nabijaniu się z nabijających się z religii.
******* I to w żywe oczy.
******** Najsampierw zamiast „mrzonki” napisałem „mrożonki”. Ani chybi to znak. Czegoś.
********* Oryginalny brytyjski (tam ukazała się po raz pierwszy) tytuł to „Two Hours to Doom”, w Stanach była wydana jako „Red Alert”, a u nas, jak widać, tytuł zaczerpnięto ze stworzonej przez Stanleya Kubricka ekranizacji książki.

pokaż więcej

 
2019-02-07 00:34:50
Zagłosował w plebiscycie "Książka Roku 2018 lubimyczytać.pl"
Jakie książki były najlepsze i najpopularniejsze w roku 2018? Zagłosuj w Plebiscycie i wybierz Książki Roku 2018. Książki, Autorzy i Wydawnictwa czekają na głosy swoich czytelników. Zapraszamy!
 
2019-01-05 15:51:51
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Blackwater (tom 1)

(recenzja ukazała się pierwotnie na szortal.com)

Biedne misie

Hubert Przybylski

Wyobraźcie sobie, co byście zrobili, gdybyście żyli nie w swoim kraju, tylko na dalekiej obczyźnie. Łatwe? Pewnie że łatwe, kto jak kto, ale Polacy mają niezłe doświadczenie w kwestii emigrowania. No to ździebko podkręćmy poziom trudności. Wyimaginujcie sobie jeszcze, że naprawdę mocno i szczerze kochacie swoją...
(recenzja ukazała się pierwotnie na szortal.com)

Biedne misie

Hubert Przybylski

Wyobraźcie sobie, co byście zrobili, gdybyście żyli nie w swoim kraju, tylko na dalekiej obczyźnie. Łatwe? Pewnie że łatwe, kto jak kto, ale Polacy mają niezłe doświadczenie w kwestii emigrowania. No to ździebko podkręćmy poziom trudności. Wyimaginujcie sobie jeszcze, że naprawdę mocno i szczerze kochacie swoją ojczyznę. Że jesteście prawdziwymi patriotami, gotowymi dla niej zrobić wszystko. Z tym już niektórzy mogą mieć problem, nie*? Ale to jeszcze nie koniec. Bo do wyobrażonego bycia emigrantem i patriotą dodajcie jeszcze takie założenie, że Wasz rodzinny kraj niedawno przestał być mocarstwem, a jednocześnie od dawna „słynie” z braku poszanowania prawa, zwłaszcza praw człowieka, korupcji, bandytyzmu, z cywilizacyjnego zacofania i chronicznej agresji wobec sąsiadów – jednym słowem, spora część mieszkańców naszej kochanej Ziemi uważa Waszą ojczyznę za kraj barbarzyńców. Już? I co byście w takiej sytuacji zrobili? Nik Pierumow, Rosjanin, postanowił napisać steampunkową sagę, Blackwater, a jej pierwszy tom, „Magia i stal”, właśnie się u nas ukazał. Jak to się wszystko wiąże**?

Ziemię, jaką znamy, a właściwie jej wersje równoległe, dosięga tajemniczy Kataklizm. To, że za jego sprawą pojawiła się magia, to pikuś. Dużo gorzej, że wyrwał on ze swoich rodzinnych planet całe narody i je powrzucał na inne Ziemie. I tak oto na pewnym półwyspie lądują obok siebie ultrawiktoriańscy alternatywni Brytyjczycy oraz Ruscy (zwani „Rooskies”***). Ci pierwsi to rządzeni przez królową i arystokrację bezwzględni agresorzy, którzy co prawda nie odkryli jeszcze elektryczności, ale za to do perfekcji rozwinęli technologię wykorzystania pary wodnej. Grabią oni bez opamiętania surowce naturalne i na potęgę**** trują środowisko, gnijąc potem w stworzonym przez siebie szambie z odpadków i śmieci. Z drugiej strony mamy zacofanych technologicznie Ruskich, którzy wiodą żywoty ludzi pacyfistycznie „poćciwych”, w stuprocentowej zgodzie z naturą, bez władców i panów, wszyscy równi wobec bliźnich i ekologicznie uświadomieni*****. Wykorzystują magię aby ułatwić sobie życie, a jednocześnie by powstrzymać zagładę półwyspu, gdyż na ich ziemiach drzemie magicznie spętany wulkan. Główna bohaterka, dwunastolatka Molly Blackwater, pewnego dnia odkrywa w sobie magię. Problem w tym, że jest Brytyjką, a w jej kraju magię się zwalcza i każdy, kto ma moc, staje się obiektem „zainteresowania” Departamentu Specjalnego. W takich okolicznościach przyrody Molly nie ma wyjścia, musi porzucić rodzinę i przez linię frontu uciekać do wrogów. A ci mają wobec niej swoje plany…

Długi to był wstęp, a wprowadzenie do fabuły jeszcze dłuższe, ale przyznacie, że konieczne. Choćby dla zrozumienia faktu, że ta książka to propaganda. Może nie taka jak w wypuszczonym ostatnio u nas filmie „Gogol. Straszna zemsta”, w którego opisie można znaleźć coś takiego: „Dwieście lat temu małe rosyjskie wioski zostały spustoszone przez gang nie-chrześcijan, Lachów****** [...]. Będą wiedźmy, czarownicy oraz sataniści i ludożercy!”. Ale wciąż propaganda. Miałem możliwość poznania Pierumowa osobiście (bodajże z rok czy dwa przed rosyjską agresja na Ukrainę), z godzinkę czy dwie z nim sobie pogadałem, właśnie na takie tematy, i mam wrażenie, że jeśli to propaganda, to nie sterowana odgórnie z Kremla, ale taka wyidealizowana, płynąca z patriotycznej duszy człowieka rzuconego na drugi kraj świata, który codziennie styka się z antyrosyjskimi opiniami czy zachowaniami*******. Taki mechanizm obronny. Tak słowiańsko prosty, szczery i uczciwy, że czasami wręcz groteskowo-śmieszny. I o tym trzeba, czytając tę książkę, pamiętać.

No to kwestie polityczne mamy już za sobą, możemy się brać za fabułę i takie tam. Zacznijmy od takich tam. Na przykład od warsztatu pisarskiego. A ten się u Pierumowa ładnie rozwinął. Znaczy, może to jeszcze nie jest mistrzostwo świata, ale w porównaniu do „Pierścienia mroku”, tej niesławnej******** kontynuacji Trylogii Tolkiena, która, jak pewnie pamiętacie, jest według mnie jedną z trzech najgorszych serii fantasy, jakie spłodziła ludzkość*********, to skok jakościowy, na plus, jest bardzo wyraźny. „Magię i stal” czyta się, jak już się poukłada kwestie polityczne, naprawdę dobrze. Akcja jest wartka, intryga nieprzesadnie skomplikowana, a Pierumow bardzo ładnie skomponował wątek Molly. Spotyka ona na swojej drodze ludzi w ogromnej większości porządnych, choć często zmanipulowanych**********i musi wybierać między lojalnością a uczciwością, dobrem a złem. I wybiera, wybiera, wybiera…

Z początku ździebko razi wiek głównej bohaterki. No bo jak to? Dwunastolatka i okrutna, brutalna wojna z zabijaniem, trupami i okaleczonymi ludźmi? Dwunastolatka i wielka miłość***********? W dzisiejszych czasach, gdy pełnoletniość osiąga się ustawowo w wieku osiemnastu lat, gdy w szkołach coraz bardziej przesuwa się do góry granicę wieku, w którym zaczyna się uczyć dzieci nieco poważniejszych rzeczy, jak choćby czytania i pisania, to ma prawo dziwić. Ale weźcie to tylko na zdrowy, chłopski lub babski************ rozum. Albo pooglądajcie wiadomości w tv, gdy mówią o dzieciach z Syrii czy wschodniej Ukrainy. Tam dużo młodsi niż Molly stykają się z wojną, a że wojna przyspiesza doroślenie (ale nie fizyczne dojrzewanie), to czemu by tam miało zabraknąć miejsca i na miłość?

Mógłbym tę recenzję ciągnąć jeszcze długo, bo tylu kwestii nie poruszyłem, choćby przewijającego się przez książkę tematu kar cielesnych albo sposobu, w jaki Pierumow przybliża nam rosyjską kulturę, mity i legendy czy choćby codzienne powiedzonka, ale wolę się na początek nowego roku nie narażać Matyldzie, która spolszcza dla Was moją mazurzącą gwarę suwalską.

Moja ocena? 6/10. Fabularnie jest dobrze, pod tym względem „Magii i stali” zarzucić nic się nie da. Pierumow fajnie zbudował i rozegrał postać Molly. Dostajemy tu powieść młodzieżową, lecz z doroślejszymi tematami (nie wiem czy da się to podciągnąć pod YA). I tylko ta zbyt infantylna prorosyjskość książki, czasami wręcz zakrawająca na farsę, naprawdę obniża przyjemność płynącą z lektury tej opowieści. Szkoda. Ale i tak jest nieźle. I nie wiem, co Wy zrobicie po lekturze pierwszego tomu Blackwater, ale ja tam czekam na ciąg dalszy historii Molly.

PS. Samych świetnych lektur Wam na ten nowy rok życzę, a Waszym wątrobom spokoju ducha i cierpliwości w trawieniu na poświąteczno-posylwestrowym, karnawałowym posterunku*************.


* Zwłaszcza w czasach, gdy w modzie jest, jak to drzewiej mówili, kalanie własnego gniazda.
** Aż ciśnie się na usta powiedzonko „czort znajet i car toże”.
*** Dla językowo niegramotnych – „Rooskies” to zangielszczona liczba mnoga od słowa „Ruski”.
**** Niestety, ale nie Posępnego Czerepu.
***** Znaczy, można by rzec, że w tej kwestii są totalnie zieloni.
****** Przypominam, że tak, jak Rosjanie są nazywani Ruskimi, tak Polacy są nazywani Lachami.
******* W świetle wydarzeń ostatnich kilku lat mocno zasłużonymi.
******** Niesławnej, bo napisanej i sprzedawanej z kompletnym pogwałceniem praw autorskich.
********* Pozostałe dwie to Władca Wysp Davida Drake’a (dzięki Bogu wydali u nas tylko dwa pierwsze tomy) i trylogia Stephena R. Lawheada – Saga o królu smoków. Ale trzeba przyznać, że z tej trójki pierwsze „dzieło” Pierumowa miało prawo być słabe. W końcu usiłował skopiować oryginał.
********** Tak się zastanawiam, czy przypadkiem to nie jest przytyk do naszych współczesnych Rosjan.
*********** No jak, saga bez wielkiej miłości? To jak piwo bez gazu.
************ W końcu mamy równouprawnienie. Nawet jeśli istnienie niektórych rzeczy zdaje się często wątpliwe. Dlaczego? Bo tak!
************* I jeszcze na koniec taki karambol słowny mi się udał. A poza tym dwanaście, nie, już trzynaście przypisów? Oj, niektórzy będą mi źle życzyli…

pokaż więcej

 
2018-12-16 16:04:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Algorytm wojny (tom 5)

(recenzja ukazała się pierwotnie na szortal.com)

O łojzicku…

Hubert Przybylski

Są takie książki, których nie pamięta się tuż po zakończeniu lektury. Czasami zostają jakieś flesze odnośnie zakończenia, bo jednak czytało się je jako ostatnie, ale często nie ma nawet tego. Ot, takie książki-pętle, parapetum mobilne – kończysz czytać i możesz zaczynać od nowa i wciąż się zaskakiwać zwrotami...
(recenzja ukazała się pierwotnie na szortal.com)

O łojzicku…

Hubert Przybylski

Są takie książki, których nie pamięta się tuż po zakończeniu lektury. Czasami zostają jakieś flesze odnośnie zakończenia, bo jednak czytało się je jako ostatnie, ale często nie ma nawet tego. Ot, takie książki-pętle, parapetum mobilne – kończysz czytać i możesz zaczynać od nowa i wciąż się zaskakiwać zwrotami akcji*. Są też takie, po których lekturze zostaje w głowie zarys fabuły i jakieś wyjątkowe momenty, jeśli były**. To też niezła opcja dla czytelników lubiących czytać a nielubiących bibliotek czy wydawania na książki pieniędzy. Po roku czy dwóch pamięć zanika i można czytać ją od nowa***. No i wreszcie są takie, po których skończeniu nie da się ich z głowy wyrzucić nawet siłą ducha****. Do której kategorii możemy zaliczyć „Sente” Michała Cholewy?

Zanim odpowiem na to pytanie, krótkie wprowadzenie do fabuły najnowszej, piątej części cyklu Algorytm Wojny. Między EU i USA panuje kruchy rozejm. Obie strony stworzyły Strefę, w której wspólnie badają przechwycony okręt SI nazywającej samą siebie Hakken. Normalne zdrowe kłopoty zaczynają się szybko, bo SI nie zasypia gruszek w popiele. Tyle że te kłopoty, w porównaniu z tym, co rozpęta się niedługo potem, to betka. A drużyna Wierzby, jak zwykle, znajduje się w centrum wydarzeń…

I teraz Wam odpowiem – „Sente” to bez wątpienia trzecia z wymienionych kategorii. Wkręca się mózg jak chomik w kołowrotek***** i zostaje tam na długo. Fabuła jest świetnie poprowadzona, żywa, pełna zwrotów akcji i w odpowiednich miejscach umiejętnie tonowana warstwą obyczajową. Główna intryga jest zagmatwana, ale w końcówce elegancko się rozwiązuje, zapowiadając jednocześnie to, co dostaniemy w szóstym tomie cyklu.

Czy Cholewie udało się coś poprawić, znaczy, względem wcześniejszych części Algorytmu Wojny? Tak, bez wątpienia. Wcześniej na pierwszym planie były intrygi i akcja, teraz równoprawną rolę odgrywa też warstwa obyczajowa (co nie powinno dziwić, bo zapowiedź tego mieliśmy już w „Echach”). I nie, nie bójcie się, ani Wierzba, ani nikt inny nie chodzi w za ciasnych bucikach******. Cholewa nie poszedł w ślady Szmidta i jego Pól Dawno Zapomnianych Bitew czy Rafała Dębskiego i nie przesadził. Za to nienachalnie i niezwykle ciekawie pokazał zmiany zachodzące w Marcinie, jego przemianę z żołnierza w oesa, walkę o pozostałych członków drużyny, którzy przecież też nie są robotami – tu i ówdzie pojawiają się pierwsze symptomy PTSD, coraz częściej widać strach na ich twarzach, zwątpienie. Jeszcze trochę i Cholewie uda się to, co do tej pory potrafili tylko najlepsi: Remarque, Vonnegut czy Jones. I nie mam wątpliwości, że długo na to czekać nie będziemy.

Moja ocena? 9.9/10. Nie dam pełnej dziesiątki tylko dlatego, że pewnie za rok, przy okazji pojawienia się szóstego tomu, znowu musiałbym robić denominację ocen. „Sente” to bez wątpienia najlepsza z książek Michała Cholewy. Idealnie wyważona we wszystkich aspektach, z równowagą pomiędzy akcją, intrygą i obyczajem, napisana świetnym językiem i, co najważniejsze, zapowiadająca, że to jeszcze nie koniec. I jeśli za „Fortę” autor dostał Zajdla i „srebrnego” Żuławskiego, to teraz sam już nie wiem, co powinien dostać w przyszłości. Literackiego Nobla?******* Nie śmiejcie się, ale autorzy powieści wojennych byli już tą nagrodą uhonorowani, fantaści takoż. A „Sente” stoi na takim literackim poziomie, że choć to militarna fantastyka, jej lektura nie przyniesie żadnej ujmy największemu nawet zwolennikowi mainstreamu.

PS. A co do warbookowego wyścigu mistrzów, to w tej chwili bez wątpienia Cholewa rulez.


* Choć przeważnie w nich nie ma czym się zaskakiwać, albo jest tego niewiele.

** No masz…

*** Mam kilka takich. Uwierzcie mi, że często się przydają.

**** Tzw. „spirytus removens”. Czyli płynny anihilator funkcji mózgowych. Dostępny najczęściej w butelkach o pojemności 0.5, 0.7 lub 1 litra.

***** Sorki, ale mózg mi kazał.

****** W tym zdecydowanie nie ma nic śmiesznego.

******* O Nike, Paszportach Polityki czy innych takich już nawet nie ma co mówić.

pokaż więcej

 
2018-12-14 13:57:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Felix Net i Nika (tom 15)

(recenzja ukazała się pierwotnie na szortal.com)

Koniec świata? Dajcie żyć…

Hubert Przybylski

Po zeszłorocznej wpadce z „Różańcem”* Rafał Kosik postanowił wrócić do tego, co wychodzi mu najlepiej – fantastyki młodzieżowej. Niedawno ukazał się najnowsza, piętnasta już część jego sztandarowej sagi, „Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy”. Czy autorowi udało się utrzymać poziom...
(recenzja ukazała się pierwotnie na szortal.com)

Koniec świata? Dajcie żyć…

Hubert Przybylski

Po zeszłorocznej wpadce z „Różańcem”* Rafał Kosik postanowił wrócić do tego, co wychodzi mu najlepiej – fantastyki młodzieżowej. Niedawno ukazał się najnowsza, piętnasta już część jego sztandarowej sagi, „Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy”. Czy autorowi udało się utrzymać poziom wcześniejszych tomów?

Za króciutką chwilkę zaprawdę Wam to powiem, ale najsampierw małe wprowadzenie do treści. Niezwykle upalnego 1 września trójka naszych przyjaciół z mniejszymi lub większymi przygodami dociera na otwarcie roku szkolnego, a tam wydarza się prawdziwe trzęsienie ziemi – reorganizacja szkolnictwa, i to prywatnego. Nowy dyrektor, nowe twarze w klasach, nowe zasady, nowe prawie wszystko. Kłopoty zwalają się na naszą paczkę (znaczy na jednych mocniej niż na drugich czy trzecich), do tego dochodzą problemy rodzinne i nie ma się co dziwić, że przyjaciele nie zauważają nadciągającej prawdziwej, globalnej katastrofy. A kiedy świat wokół zaczyna się walić, odcięci od bliskich muszą dać sobie radę w ogarniętym chaosem i bezprawiem kraju***.

Od razu zaznaczam, że to jest najbardziej „dorosły” z wszystkich tomów serii. Pojawia się przemoc, wspomniane problemy rodzinne, zwykłe, codzienne ludzkie draństwo, bohaterów coraz mocniej zaczynają dotykać problemy starszych. Trzeba jednak przyznać, że autor nie przekracza cienkiej czerwonej linii i, na ten przykład, nie wpycha na siłę polityki do powieści. Mimo że miejscami widać, jak bardzo miał na to „poróżańcową” ochotę. Ale na szczęście potrafił się opamiętać i ustrzegł się tego błędu, tak jak przed nim ustrzegali się tego najwięksi „młodzieżowo-dziecięcy” pisarze – Astrid Lindgren, Karol May, czy z naszego podwórka Alfred Szklarski i Edmund Niziurski. W każdym**** razie po całej sadze widać, że jest pisana pod konkretnego czytelnika i że wraz z jego dojrzewaniem dojrzewają też i książki. Podobnie miała się sprawa ze Światem Dysku sir Terry’ego Pratchetta, pisanym początkowo dla jego córki.

Fabularnie? Do tej pory z całego cyklu za najlepszy uznaję „Sekret Czerwonej Hańczy”, ale „Koniec Świata…” jest niemal równie dobry. Zawsze kiepsko trawiłem paranormalne wątki pojawiające się w FNiN. Uważałem je za zbyt naciągane*****, ale może dlatego, że bardzo trudno jest napisać naprawdę dobrą i składną fabułę, która rozgrywa się w rządzącym się własnymi prawami (najczęściej na zasadzie „bo tak”) onirycznym świecie. „Pałac Snów” czy „Trzecia Kuzynka” były dla mnie pod tym względem przegięte. Na szczęście „Koniec Świata…” to pełnoprawny przygodowy technothriller z jedynie bardzo malutkimi paranormalnymi wstawkami. Wszystko jest logiczne, spójne, głowa po lekturze nie boli i nie strach po ciemku do ubikacji chodzić.

Poza tym „piętnastka” oferuje nam wszystko to, co do tej pory otrzymywaliśmy przy lekturze poprzednich tomów cyklu. Jest bardzo dużo trzymającej w napięciu akcji******, ale ją i momenty poważniejsze łagodzi typowy dla serii humor. Dużo humoru. I jeszcze więcej humoru*******. No i jak zawsze, dobro zwycięża. Miłośnicy FNiN na pewno się nie zawiodą.

Moja ocena? 9,5/10. Świetnie i, co najważniejsze, inteligentnie się bawiłem przy lekturze „Końca Świata…”. To arcyciekawa, zabawna i mądra książka, nie tylko dla nastolatka, którego może dzięki niej uda się odciągnąć choć na chwilę od wgapiania się w komórkę, ale i dla rodzica tegoż, żeby mógł zrozumieć problemy współczesnej młodzieży********. Zbliżają się święta, więc z czystym sercem mogę Wam polecić tę książkę na prezent. A jeśli przeczytacie tę recenzję już po świętach, to i tak ją kupcie/wypożyczcie i przeczytajcie. Bo naprawdę warto.

P.S. Czy Was też Net zaczyna coraz bardziej wkurzać? Mam wrażenie, że przydałoby mu się, gdyby tak go życie ździebko kopło było w zadziszcze.


* Wpadce, bo choć książka była dobra, to daleko jej do poziomu, jaki autor prezentuje w serii FNiN. Ale to chyba problem wszystkich „powieści dla dorosłych” Kosika. Są ponure, wręcz posępne, a na koniec wszyscy ich bohaterowie giną, a jeśli nawet nie, to muszą chodzić w za ciasnych bucikach**.

** Z drugiej strony wciąż możemy jedynie się zastanawiać, jak dobra byłaby powieść na podstawie jego przygodowego opowiadania „Miasto ponad i pod”. Tekst był dla mnie jednym z najlepszych z antologii „Herosi” i nic a nic nie odstawał poziomem od FNiN.

*** Normalny zdrowy argagamedon.

**** … … bądź …

***** No bo jak niby można bez odkurzacza pokonać ducha?

****** Nawet takiego starego szortalowego emeryta jak ja.

******* A może tu leży pchlarz zakopany „dorosłych” powieści Kosika, że są zbyt nadęte i kompletnie brakuje w nich humoru?

******** I nie, nie chodzi tu o takie problemy, jak to, że wszyscy koledzy z klasy mają nowsze jaj-fony, czy że ktoś komuś na fejs-zbuku lajka nie dał.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
129 127 396
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (5)

Ulubieni autorzy (11)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (5)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd