Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Marcin Knyszyński 
plejbekpisze.blogspot.com
38 lat, mężczyzna, Toruń, status: Czytelnik, ostatnio widziany 8 godzin temu
Teraz czytam
  • Gracze
    Gracze
    Autor:
    Na nowojorskiej giełdzie pada strzał. Jeden z maklerów, George Sedbauer, ginie z ręki człowieka, którego wprowadził na parkiet. Na domiar złego okazuje się, że morderca oprócz pistoletu miał przy sobi...
    czytelników: 86 | opinie: 3 | ocena: 5,8 (30 głosów)
  • Teatr Sabata
    Teatr Sabata
    Autor:
    Uhonorowany National Book Award (1995) Teatr Sabata Philipa Rotha rozpoczyna się od erotycznego ultimatum, które po trzynastu latach luźnego związku 52-letnia Drenka Balich, stawia swojemu 64-...
    czytelników: 174 | opinie: 11 | ocena: 6,97 (34 głosy)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2017-07-27 21:57:35
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Gaiman

Recenzja pochodzi z;
http://plejbekpisze.blogspot.com/

To nie jest kraj dla bogów

Do "Amerykańskich bogów" wracam po latach, zdopingowany emisją nieźle zapowiadającego się serialu. Jest to najdłuższa powieść Neila Gaiman, określana w recenzjach jego najważniejszym dziełem. Nie potwierdzę i nie zaprzeczę, muszę najpierw przeczytać lub powtórzyć inne jego książki. Jedno jest jednak pewne –...
Recenzja pochodzi z;
http://plejbekpisze.blogspot.com/

To nie jest kraj dla bogów

Do "Amerykańskich bogów" wracam po latach, zdopingowany emisją nieźle zapowiadającego się serialu. Jest to najdłuższa powieść Neila Gaiman, określana w recenzjach jego najważniejszym dziełem. Nie potwierdzę i nie zaprzeczę, muszę najpierw przeczytać lub powtórzyć inne jego książki. Jedno jest jednak pewne – powieść jest świetna, wciągająca, wielowątkowa, napisana prosto i bez skomplikowanych formalnych fajerwerków. Domaga się tylko zwracania uwagi na szczegóły podczas czytania, ponieważ Gaiman potrafi czasami zostawić w treści pewne zakamuflowane drogowskazy, mówiące o tym jak rozumieć dalsze wydarzenia.

Bezimienny bohater nazywany Cieniem, po trzech latach odsiadki w stanowym więzieniu dowiaduje się, że wyjdzie szybciej. Jego ukochana żona Laura zginęła wraz z jego najlepszym przyjacielem w wypadku samochodowym. Zdruzgotany Cień, którego w dobrej formie psychicznej trzymała tylko myśl o wspólnym życiu z żoną po wyjściu z więzienia, musi szybko wziąć się w garść, zamknąć przeszłość i ułożyć sobie przyszłość. W trakcie podróży do domu spotyka tajemniczego mężczyznę, który proponuje mu pracę szofera i ochroniarza. Cień przyjmuje propozycję (bo czy ma coś lepszego teraz do roboty?) i wplątuje się w wydarzenia, które przerastają jego najśmielsze wyobrażenia i poddają w wątpliwość jego zdrowy rozsądek. Nowy przełożony Cienia, każący się nazywać Panem Wednesday, szuka starych, zapomnianych już istot (bogów, bogiń, demonów, duchów, skrzatów), w które wierzyli ludzie przybywający na przestrzeni dziejów do Ameryki. Próbuje poderwać ich do walki z nowymi bóstwami nowoczesnego świata, jakimi są spersonifikowany internet, telekomunikacja, telewizja, pieniądz, reklama i komercja. Dosłownie.

Okazuje się bowiem, że zarówno starzy jak i nowi „bogowie” (cudzysłów zamierzony, o czym później) żyją między ludźmi. Jest leprechaun z irlandzkich legend, niemiecki kobold, Eostre, czyli anglosaska bogini wiosny, Thoth i Anubis z Egiptu, arabski dżinn, indyjska Kali, haitański Baron Samedi, królowa Saby i wielu innych (nie wymieniam tych najważniejszych dla fabuły, aby nie spojlerować). Amerykanie w nich już nie wierzą, zapomnieli o legendach swoich przodków. I tak powstali „nowi bogowie” pod postacią mediów, internetu, czy globalizacji. Gaimanowska Ameryka to nie jest kraj dla starych bogów. Wydawać by się mogło, że podobnie jak u Cormaca McCarthy’ego mamy do czynienia ze smutnym widokiem zmierzchu starych, dobrych wartości na rzecz pustej i wiecznie zmiennej rzeczywistości McŚwiata. Tylko, że to nie do końca jest tak. Bo Ameryka to nie jest kraj dla żadnych bogów.

Neil Gaiman zadaje w powieści kilkakrotnie te same pytania. Pytania, na które odpowiedzi są zupełnie oczywiste. Kim są tak naprawdę amerykańscy bogowie? Czy to oni stworzyli ludzkość, czy może sami zostali przez nią stworzeni? Zanim zajmiemy się tymi pytaniami, zadajmy sobie inne: Czym jest Ameryka? Jaką funkcję pełniła ona od zarania dziejów, od czasów, kiedy pierwszy homo sapiens przekroczył Cieśninę Beringa i postawił stopę na terenie dzisiejszej Alaski? Niezależnie od tego czy przybyszami byli praprzodkowie Indian, prehistoryczni Ajnowie, Wikingowie, hiszpańscy konkwistadorzy, szesnastowieczni Purytanie, afrykańscy niewolnicy, europejscy dziewiętnastowieczni koloniści, współcześni nielegalni imigranci z Meksyku – Ameryka była zawsze krainą potencjału. Była to szansa na nowy start, odcięcie od korzeni, nieograniczona paleta możliwości. Może wydać się to paradoksalne, ale Ameryka była tym nawet dla afrykańskich niewolników – Gaiman mówi o tym w rozdziale wspominającym powstanie Haiti. Jedni wykorzystali swoje szanse, inni je przegapili, jeszcze inni nie poradzili sobie z Nowym. Jednak każdego człowieka, zawsze i wszędzie napędzała wiara w to że może się udać. Ludzie zawsze w coś wierzą, tacy już są.

Wiara u Gaimana ma moc sprawczą. Wiara urealnia bogów, pozwala im chodzić między ludźmi. To my ich stworzyliśmy. Zatem nie są tak naprawdę Bogami lecz „bogami”, naszym zbiorowym wyobrażeniem o absolucie, krążącym memem, psychologicznym wirusem. Gaiman pisze o tym, że gdy przybysze odkryli potencjał amerykańskiej ziemi, symbolizowany przez tajemniczą postać olbrzymiego bawołu, uwierzyli przede wszystkim w samych siebie i w to, że stworzą sobie nowe życia w nowym świecie. Przywiezieni przez nich „bogowie”, funkcjonujący w „Starym Świecie” jako duchowa ostoja ale i bicz na społeczeństwo, siłą rzeczy tracą swoją bytową podstawę, blakną i rozpływają się w powietrzu. Wednesday mówi Cieniowi o tym, że Stany Zjednoczone to kraj bez duszy. Nikt nie jest Amerykaninem z pochodzenia. USA to jedyny kraj na świecie, który martwi się o to czym jest. Inne kraje po prostu wiedzą czym są, nie trzeba szukać serca Norwegii lub duszy Mozambiku. W Ameryce nie chodzi już o to czym bogowie są lub nie są. Chodzi o to za kogo uważają ich ludzie. I tak są wymyśleni, więc ważni. Najważniejsze dla ludzi są wymyślone rzeczy, to wokół ludzkich wyobrażeń kręci się cywilizacja. Ludzie wierzą, przywołują byty do istnienia a potem nie ufają swoim tworom. Zaludniają ciemność duchami, demonami, legendami, Świętymi Mikołajami, Elvisami, elektronami, wirtualnymi pieniędzmi, etykietami na paczkach z żywnością, Walmartami a potem to porzucają.

W Gaimanowskiej Ameryce widać to najlepiej. Żadna religia się tu nie zakorzeni, żadna nie przetrwa. Starzy bogowie to symbol ojczystych krajów, umierające wspomnienie tego „jak to kiedyś w domu było”, które musi umrzeć, skapitulować przed potencją Nowego Świata. A nowi bogowie będą kiedyś starymi, koło kręci się nieprzerwanie. Jedyną wieczną religią w Ameryce, jest kult amerykańskiej ziemi, bizon ryczący do Cienia: „Uwierz!”. Dopóki ludzie wierzą, świat się będzie kręcił, pamiętać trzeba jednak o tym, że to w człowieka i jego możliwości należy wierzyć przede wszystkim. Droga głównego bohatera, nie bez powodu nazwanego „Cieniem”, jest drogą ku uświadomieniu sobie tej prawdy. Drogą ku wierze w samego siebie i swój własny potencjał. Spotkana przez Cienia autostopowiczka mówi tak:

"Wierzę w rzeczy prawdziwe i w rzeczy nieprawdziwe. Wierzę też w rzeczy, których prawdziwości nikt nie potrafi określić. Wierzę w Świętego Mikołaja, zajączka wielkanocnego, Marilyn Monroe, Beatlesów, Elvisa i pana Eda. Posłuchaj, wierzę, że ludzie mogą osiągnąć doskonałość, że wiedza jest nieskończona, światem kieruje tajny kartel bankierów i że regularnie odwiedzają nas obcy przybysze: mili, wyglądający jak pomarszczone lemury, i źli, raniący bydło, pragnący naszej wody i naszych kobiet. Wierzę, że w przyszłości może być tylko gorzej i... że może być lepiej. I wierzę, że pewnego dnia powróci do nas biała kobieta-bawół i skopie wszystkim tyłki. Wierzę, że mężczyźni to wyrośnięci chłopcy, nie potrafiący się porozumieć, i że upadek seksu w Ameryce wiąże się z bankructwami kin dla zmotoryzowanych. Wierzę, że wszyscy politycy to bezwzględni kłamcy, ale i tak lepsze to niż alternatywa. Wierzę, że pewnego dnia Kalifornia zatonie w morzu, a Florydą zawładnie szaleństwo, aligatory i odpadki toksyczne. Wierzę, że mydło antybakteryjne niszczy naszą odporność na brud i choroby i pewnego dnia wszystkich nas zaatakuje zwykłe przeziębienie, jak Marsjan w “Wojnie światów”. Wierzę, że największymi poetami zeszłego wieku byli Edith Sitwell i Don Marquis. Wierzę, że jaspis to wysuszona smocza sperma i że tysiące lat temu w poprzednim życiu byłam jednoręką syberyjską szamanką. Wierzę, że ludzkość zmierza do gwiazd. Wierzę, że cukierki naprawdę smakują lepiej w dzieciństwie. Wierzę, że prawa aerodynamiki nie pozwalają trzmielowi latać, że światło to jednocześnie fala i cząsteczka, że gdzieś w pudełku siedzi kot jednocześnie żywy i martwy (choć jeśli nie otworzą pudełka i nie nakarmią go, w końcu będzie martwy na dwa różne sposoby) i że we wszechświecie można znaleźć gwiazdy starsze o miliardy lat od samego wszechświata. Wierzę w mojego osobistego boga, który o mnie dba; martwi się i pilnuje wszystkiego, co robię. Wierzę w boginię uniwersalną, która stworzyła wszechświat, a potem odeszła zabawiać się ze swoimi dziewczynami i nie wie nawet, że żyje. Wierzę w pusty, pozbawiony Boga wszechświat, którym kieruje chaos, szum i ślepe szczęście. Wierzę, że każdy, kto twierdzi, iż przeceniamy znaczenie seksu, po prostu nigdy porządnie się nie kochał, a ci, którzy twierdzą, że wiedzą, co się dzieje, kłamią, choćby w drobnych sprawach. Wierzę w absolutną szczerość i małe kłamstewka. Wierzę w prawo kobiety do wyboru, prawo dziecka do życia i w to, że choć ludzkie życie jest rzeczą świętą, nie ma nic złego w karze śmierci, o ile można zaufać bez reszty wymiarowi sprawiedliwości. Wierzę też, że jedynie kretyn mógłby zaufać wymiarowi sprawiedliwości. Wierzę, że życie to gra, okrutny żart, to co dzieje się, gdy żyjemy, toteż równie dobrze możemy się nim cieszyć".

Niesamowity monolog, całkowicie oddający ideę ludzkiej wiary i jej nierozerwalność z naszą naturą. Może nieco przydługi ale nie mogłem się powstrzymać.

Powieść Gaimana jest znakomita, warta każdej spędzonej nad nią minuty. Rozbuchany scenograficznie i estetycznie serial również nie zawodzi, choć książce nie dorównuje. Twórcy odeszli nieco od fabuły i poczynają sobie z nią dość swobodnie. Nie jest to jednak najważniejsze, ponieważ serial zachował ducha powieści. Ostatni odcinek kończy się w takim momencie, że da się zrobić jeszcze ze dwa sezony – mam nadzieję, że serial utrzyma wspomnianego ducha do samego końca.

A ja nie mam chyba już wyjścia – muszę w końcu przeczytać "Sandmana".

pokaż więcej

 
2017-07-25 11:40:03
Ma nowego znajomego: Korynna
 
2017-07-23 21:46:01
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
 
2017-07-23 17:12:51
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Wolność od wolności

Margaret Atwood napisała "Opowieść podręcznej" w 1984 roku. Tak trochę symbolicznie. Pierwsze wydanie ukazało się jesienią 1985 w Kanadzie i z miejsca wywołało wielkie zainteresowanie. Autorka spróbowała odpowiedzieć na pytanie podobne do tego, na które odpowiadał Orwell – jak mógłby wyglądać ustrój totalitarny w...
Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Wolność od wolności

Margaret Atwood napisała "Opowieść podręcznej" w 1984 roku. Tak trochę symbolicznie. Pierwsze wydanie ukazało się jesienią 1985 w Kanadzie i z miejsca wywołało wielkie zainteresowanie. Autorka spróbowała odpowiedzieć na pytanie podobne do tego, na które odpowiadał Orwell – jak mógłby wyglądać ustrój totalitarny w państwie takim jak Stany Zjednoczone, czyli w krainie wolności, liberalizmu i swobód obywatelskich. Poszła trochę inną drogą niż autor "Roku 1984", który postawił na wizję ateistycznych rządów jedynie słusznej partii. U Atwood Stany Zjednoczone, przemianowane po zamachu stanu na Republikę Gileadu, znalazły się w rękach władzy ustanowionej na religijnym fundamentalizmie, wywodzącym się bezpośrednio z zasad, którymi kierowali się amerykańscy Purytanie w XVI i XVII wieku.

Wyobraźmy sobie świat, w którym drastycznie z roku na rok spada liczba urodzeń. Ludzkość stoi na krawędzi demograficznej zagłady. Wyobraźmy sobie świat, w którym rząd i prezydent USA zostają siłą usunięci ze stanowiska, konstytucja spalona, wszystkie kobiety zostają w jednej chwili zwolnione z pracy i pozbawione wszelkich swobód. Nie wolno im czytać, uczyć się, mieć własnego zdania. Wszelki opór społeczny tłumiony jest bezpardonowo i natychmiastowo, w ruch idzie ostra amunicja i policyjne pałki. Społeczeństwo zostaje podzielone na kasty a nową i jedyną „konstytucją” staje się Stary Testament. Szczególnie dwa ustępy: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię".(Rdz 1,28) oraz "Spraw, abym miała dzieci, bo inaczej przyjdzie mi umrzeć! […] Czyż to ja, a nie Bóg, odmawiam ci potomstwa? […] Mam niewolnicę Bilhę. Zbliż się do niej, aby urodziła dziecię na moich kolanach; chociaż w ten sposób będę miała od ciebie potomstwo." (Rdz 30, I-3). Wyobraźmy sobie świat, w którym ustrój Stanów Zjednoczonych jest teokracją, sprowadzającą kobiety do roli przedmiotów, żywych inkubatorów. Teokracją likwidującą przeciwników i zdrajców (nowocześni katoliccy księża, lekarze wykonujący aborcję, homoseksualiści, intelektualiści) bezlitośnie i bez procesu. Ofiary mordowane przez reżim są wywieszane na murach jako ostrzeżenie dla potencjalnych buntowników. Teokracją, przy której rządy afgańskiego Talibanu wyglądają jak liberalna demokracja.

Pozbawiona własnego imienia główna bohaterka, określana jako "Freda" (w oryginale Offred, czyli „należąca do Freda”), żyje w domu Komendanta i jego bezpłodnej żony. Freda jest „podręczną”, czyli członkiem kasty kobiet, których egzystencja sprowadza się tylko i wyłącznie do usługiwania swoją macicą. Komendant regularnie, w towarzystwie swojej żony, próbuje zapłodnić podręczną, aby ludzkość miała szanse na przetrwanie. Wszystko to odbywa się w ściśle zrytualizowany sposób, podobnie zresztą jak inne codzienne czynności. Rytuałem jest cotygodniowy spacer ściśle wyznaczoną ścieżką do supermarketu w towarzystwie podręcznej z innego domu. Rytualne są ceremonie podsumowujące nieudane próby zapłodnienia sygnalizowane, wiadomo, okresem podręcznej; Dni Narodzin, kiedy to podręczna spełnia swój społeczny obowiązek i kierowana jest potem do innych „potrzebujących”; egzekucje kobiet i mężczyzn, którzy narazili się grupie trzymającej władzę; i wreszcie upokarzające rytualne uświadamianie podręcznym, że teraz mają lepiej, bo nie grozi im gwałt i przemoc ze strony mężczyzn. A winne tych przeszłych gwałtów były one same, bo to one rozpalały krótkimi kieckami chuć i dzikie żądze w bogu ducha winnych mężczyznach!

Fabuła powieści dzieje się kilka lat po nastaniu dyktatury. Wszystko jest jeszcze świeże, Freda i jej pokolenie jest pierwszym, które padło ofiarą nowego ustroju. Freda pamięta świat sprzed zmiany. Pamięta swoją kilkuletnią córkę, którą zabrano jej siłą i oddano na wychowanie bezdzietnej i bezpłodnej, ale wysoko postawionej rodzinie. Pamięta swoją matkę, pronatalistkę, która marzyła o świecie, w którym życie od chwili poczęcia jest święte i chronione przez prawo. Freda uświadamia sobie, że marzenie matki realizuje się na jej oczach, ale w formie jakiejś straszliwej karykatury. "Mamo. Gdziekolwiek jesteś, czy mnie słyszysz? Marzyła ci się kultura kobieca. No więc ją masz. Nie o to ci chodziło, ale ona jest." Podręczne, żyjące jak w obozie koncentracyjnym, są regularnie indoktrynowane przez inne, starsze kobiety należące do kasty „Ciotek”. Według nich przeszłość to świat, w którym powszechna była aborcja, rozpasanie erotyczne, wyuzdanie, ciągła pokusa, nieustanna walka o atrakcyjność dla samców, cierpienie kobiet brzydszych, które nie mogły znaleźć partnera, cierpienie tych zbyt atrakcyjnych, padających z własnej winy ofiarą gwałtów. Kiedyś była wolność czegoś, teraz jest od czegoś. Teokracja zapewniła kobietom bezpieczeństwo, równość, wolność od pokus, przemocy i biedy. Przy okazji zagwarantowano im wolność od wolności.

Czy można powiedzieć o "Opowieści podręcznej", że jest manifestem feministycznym i antyreligijnym? Nie wydaje mi się. Cała ta religijna dyktatura oparta jest od początku do końca na fałszu. Religia jest tylko narzędziem, biczem w rękach wąskiej grupy ekstremistów, którzy podobnie jak u Orwella pragną władzy dla samej władzy. Nieszczęśliwe są najniższe kasty społeczne – to fakt. Ale i na wysokim szczeblu jest zgryzota i męka. Cierpi Komendant, który chce czegoś więcej niż tylko mechanicznego machania miednicą; cierpi jego żona, która musi oglądać go podczas zbliżenia z podręczną. Nikt szczerze nie wierzy w zmiany jakie niesie neopurytanizm ekstremalny, wszyscy „wyżej umocowani” trzymają się kurczowo swoich pozycji nie po to, aby głosić Słowo, ale po to aby nie spaść w dół i nie wylądować gdzieś na zesłaniu. Motywuje ich zemsta za swoje nieudane poprzednie życia, możliwość wzięcia odwetu na bogu ducha winnych ofiarach tyranii, wygodnictwo, pieniądze, próżność. "Bóg to najwyższe dobro narodu!" – to hasło wykrzykiwane podczas kolejnego z cyklicznych rytuałów, jest puste jak każda inna manifestacja swego oddania partii rządzącej. Margaret Atwood wskazuje nie na absurd religii, lecz na jej instrumentalne traktowanie.

Jeśli chodzi o feminizm z kolei – oczywiście kwestia upodlenia i ubezwłasnowolnienia kobiet jest tematem głównym powieści. Ale trzeba zauważyć też, że nie wszystkie kobiety są traktowane jak przedmioty codziennego użytku. Reżim Gileadu zrobił rzecz charakterystyczną dla obozów koncentracyjnych. Głównymi oprawczyniami gnębionych kobiet są inne kobiety! Mężczyźni to tylko muskuły do wykonywania zadań, na które brakuje siły fizycznej, ale to kobiety nadają rytm potwornej codzienności. A jeszcze inne, jednym ruchem palca potrafią wydać wyrok śmierci na te podręczne, które w ich mniemaniu zbyt mocno „zbliżyły” się do panów domu. Autorka nie sprawia wrażenia wojującej feministki, lecz opisuje tragedię kobiet jako nierozerwalny element ustroju, który został wprowadzony.



Opowieść jaką snuje podręczna to niechronologiczny, mocno dygresyjny, swobodny zapis myśli umęczonej psychicznie i nie widzącej dla siebie nadziei kobiety. Odebrano jej nie tylko wolność, godność, wrażenie osobistej odrębności, dziecko, uczucia, namiętności, jakąkolwiek indywidualność. Odebrano jej też możliwość decydowania o własnej śmierci, uniemożliwiono samobójstwo. Freda nocami odpływa we wspomnienia, emocjonalnie przedstawia swoją historię i odkrywa stopniowo przed czytelnikiem konstrukcję świata powieści. Jest to jedna z najbardziej nieszczęśliwych i samotnych postaci z jakimi spotkałem się w literaturze. Znaleziony przez nią, wydrapany w szafie napis "Nolite te bastardes carborundorm" czyli "Nie dajcie się pognębić sukinsynom", budzi tylko pusty śmiech. Nie da się tego dokonać, równie dobrze może ona walczyć z prawami fizyki. Nawet ucieczka i wyzwolenie nic by nie dało, przecież nie ma ona zupełnie nikogo. Freda modląc się, wypowiada jedyne słowa jakie mają sens podczas tej modlitwy: "Zapewnij niebo wszystkim umierającym i cierpiącym. Piekło zapewniamy sobie sami." Jedynym sposobem na negację paraliżującej samotności, staje się snucie opowieści. Podręczna bowiem, opowiadając swą historię wymusza istnienie odbiorcy, czyli kogoś kto będzie mógł podzielić jej przeżycia. Czyli Ciebie czytelniku.

pokaż więcej

 
2017-07-22 00:00:50
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-07-21 18:50:11
Ma nowego znajomego: Szymon
 
2017-07-19 20:14:11
Ma nowego znajomego: Mariusz Wojteczek
 
2017-07-17 18:38:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Zanik ducha albo jak "od pospolitości zbawić świat"

W drugiej części Trylogii Księżycowej Jerzego Żuławskiego dwóch członków Bractwa Prawdy nieopatrznie uruchomiło statek kosmiczny Marka Zwycięzcy i ku własnemu przerażeniu wystartowało na Ziemię. Statek ląduje w gdzieś na terenie dzisiejszego Egiptu – Roda i Mataret przekonują się na...
Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Zanik ducha albo jak "od pospolitości zbawić świat"

W drugiej części Trylogii Księżycowej Jerzego Żuławskiego dwóch członków Bractwa Prawdy nieopatrznie uruchomiło statek kosmiczny Marka Zwycięzcy i ku własnemu przerażeniu wystartowało na Ziemię. Statek ląduje w gdzieś na terenie dzisiejszego Egiptu – Roda i Mataret przekonują się na własne oczy, że ich teoria o bezludnej Ziemi jest fałszywa. Po kilku karkołomnych przygodach trafiają w końcu do Jacka, jednego z najznamienitszych ziemskich naukowców. Ten właśnie Jacek, który okazuje się konstruktorem statku kosmicznego Zwycięzcy i dobrym przyjacielem księżycowego „Mesjasza”, jest głównym bohaterem trzeciej części trylogii, pod tytułem „Stara Ziemia”.

Żuławski przeniósł akcję ostatniej powieści cyklu, całkowicie na naszą planetę. Fabuła powieści koncentruje się wokół Jacka i kilku ważnych dla całościowego odbioru postaci. Oprócz dwóch pechowych przybyszy z księżyca poznajemy Azę, śpiewaczkę i bożyszcze tłumów; Grabca, zadufanego i egocentrycznego hiperintelektualistę; Łachcia, oderwanego od rzeczywistości kompozytora-samouka; Sir Tedwena, naukowca, który doszedł do granicy ludzkiego poznania oraz Nyanatilokę, buddystę, który wie, jak poradzić sobie z tą granicą.

Jerzy Żuławski przedstawia świat odległy od jego czasów o tysiąc lat. Jednak scenograficznie jest to tak naprawdę nadal dziewiętnasty wiek. Mamy co prawda statek kosmiczny i czytamy o jakimś bliżej nieokreślonym wynalazku Jacka, który może okazać się bronią zdolną do zniszczenia całej planety, ale tak naprawdę nie czuć tutaj science fiction. Nie o to Żuławskiemu chodziło. Chciał on przede wszystkim pokazać swoją smutną wizję przyszłości ludzkiej cywilizacji, wywiedzioną z trendów społecznych, artystycznych i ekonomicznych, które obserwował w świecie mu współczesnym. A wszystko to przyprawił młodopolskimi lękami i namiętnościami, wschodnimi drogowskazami do Nirwany i bergsonowskim intuicjonizmem.

Jak wygląda świat przyszłości naszej planety opisany w „Starej Ziemi”? Żuławski pisze o tym, że dawniej społeczeństwo rozwarstwiane było przede wszystkim przez różnice majątkowe, przy zbliżonym jednocześnie poziomie wiedzy i wrażliwości na sztukę. Król posiadał majątek bez porównania większy niż chłop, ale tak na dobrą sprawę o filozofii, geografii czy sztuce wiedział niewiele więcej. Autor, pisząc „Starą Ziemię” w przededniu wydarzeń w Rosji roku 1917, przeczuwał jakie skutki mogą przynieść socjalistyczne zmiany. W świecie przyszłości, zarówno nauka i sztuka przestała pełnić rolę taką jak na początku XX wieku. Ich podstawowym zadaniem stało się zaspokojenie potrzeb społeczeństwa przyszłości otumanionego pełnym talerzem i (trochę jak u Huxleya) potrzebami skrojonymi tak, aby ten talerz wystarczył. Różnice majątkowe są nieznaczne, powstała za to gigantyczna dysproporcja w wiedzy i wrażliwości na sztukę.

Zatem znowu mamy podziały w społeczeństwie, znowu tarcia między klasami. Tylko, że tym razem niepokoje pojawiają się u góry drabinki społecznej (światli naukowcy i genialni artyści), czyli tam, gdzie pozostała świadomość tego, że coś złego stało się ze światem. Pojawia się ucisk społeczny, lecz nie mamy do czynienia z uciskiem ciała tylko z uciskiem umysłu. Świat stał się pospolity, upodlony intelektualnie, rozjechany walcem napędzanym utylitarnością tych dziedzin, które powinny sycić ludzkiego ducha i odpowiadać na fundamentalne pytania o byt i naszą egzystencję. Wydaje się, że duch zanika, karleje na oczach przerażonej artystycznej i naukowej wierchuszki, a na pytania ostateczne nikt nie odpowiada, ponieważ nauka ma już inne zadania.

Sir Robert Tedwen, największy naukowiec swoich czasów jest załamany. Zagadkę świata rozpisano już na algebraiczne wzory, tajemnice bytu zostały sprowadzone do całkowych równań. Ale jak mówi Tedwen, wzory te zawierają nierozwiązywalny element, pewną stochastyczną zmienną, która opiera się wszystkim dostępnym naukowym narzędziom poznawczym. Nastąpił kres nauki, mędrcy nie wiedzą co robić, a przyczyną tego wszystkiego jest to, że odebrano nauce jej podstawową właściwość. Nauka bowiem nie może służyć tylko i wyłącznie do napełniania brzuchów i nie może podlegać rynkowej grze popytu i podaży. Wygląda na to, że musi działać również dla ducha, musi robić coś też dla samej siebie, dla nauki jako takiej.

Grabiec, największy artysta swoich czasów jest przerażony. Sztuka wysoka upada, bo motłoch jej nie rozumie. Skarlałe umysły, widzą piękną Azę, słuchają jej śpiewu, ale to nie górnolotne treści i skomplikowana muzyka do nich dociera. Pragną widzieć Azę, bo cyckami błyska! Nieważne co zaśpiewa, nieważne jak zaśpiewa, ważne, że jest znana z tego, że jest znana! Nastąpił kres sztuki, przestała ona spełniać swoje zadanie jakim był rozwój ludzkiego ducha. Wygląda na to, że sztuka musi jednak istnieć czasem „dla sztuki”, tak zupełnie po młodopolsku, w obszarze niedostępnym dla filistrów i zmerkantylizowanego świata.

Wrażliwi artyści, tacy jak Łacheć, nie widzą sensu życia, pokiereszowani zderzeniem z twardą, bezlitosną dla nich rzeczywistością. Wkurzeni artyści, tacy jak Grabiec, chcą od pospolitości zbawić świat, powstrzymać zanik ducha. Chcą wrzucić kamień do jeziora, wynieść się na wzburzonej fali ponad bezmyślną tłuszczę, chcą czynu, czynu, czynu! Chcą, aby to sztuka formowała ludzi a nie była przez nich formowana! Chcą rządzić maluczkimi, być prawdziwymi władcami świata. Rusza rewolucja, jakże inna od tej czerwonej, której nadejście przeczuwał Żuławski i jemu współcześni. Czy możemy jednak uznać, że autor „Starej Ziemi” pochwala taki sposób na powstrzymanie katastrofy cywilizacyjnej?

Nie. Jerzy Żuławski wprowadził bowiem do powieści, pewną bardzo charakterystyczną postać, której działania, wypowiedzi i zachowanie wskazują na to, że autor widzi inną drogę. Buddysta Nyanatiloka, niczym współczesny Żuławskiemu Henri Bergson ze swoim intuicjonizmem wymieszanym z filozofią wschodu, mówi, że duch wcale nie zanika. Ludzie po prostu o nim zapomnieli, przestali go używać stłamszeni brakiem woli. Ostatnia niewiadoma nierozwiązywalnego równania Sir Tedwena i jego naukowców nie może być rozwiązana inaczej, niż intuicyjnie. Należy przestać szukać odpowiedzi na kartce papieru i znaleźć ją, właśnie dzięki aktowi woli, w ludzkiej duszy. Przestać uporczywie dążyć do zamalowania każdej białej karty, uciec od obezwładniającego horror vacui, tak charakterystycznego dla oderwanych od ducha środowisk akademickich. Wola jest wszystkim. Z drugiej strony artyści, tak bardzo oderwani od rzeczywistości i dbający tylko i wyłącznie o swoje wzniosłe racje, są śmieszni, gadają językiem zrozumiałym tylko dla nich. Powtarzają błędy wszystkich totalitarnych przewrotów i buntów przeszłości. A wystarczy uwierzyć w to, że duch jednak nie zanika, wystarczy akt woli. Wola jest wszystkim. Pozwala ona pogodzić niby nieprzystające do siebie elementy świata przyszłości i rozwiązuje jego dylematy. I może tylko pozornie jawi się ona jako obszar cudów.

Tak mówi Żuławski, pozostając jednak pesymistą do samego końca. „Stara Ziemia” to powieść napisana językiem emocjonalnym i miejscami nadmiernie egzaltowanym. Trzeba to wiedzieć siadając do lektury, aby nie okazało się potem, że odbijamy się od barokowo ozdobionej, młodopolskiej ściany. Powieść ta jest najukochańszym dzieckiem swej epoki, wśród potomków autora, dziedziczącym po niej wszystkie cechy charakterystyczne. A znać „Starą Ziemię” warto, nawet jeśli czasem trąci myszką lub razi naiwnością. Nie musimy zgadzać się z Żuławskim, zatrzymajmy się jednak przy nim, pomyślmy. Doświadczmy czegoś więcej ponad pędzącą akcję i świetlne miecze. „Stara Ziemia” to część elementarza każdego fana fantastyki, choć wymagająca wysiłku i skupienia. Bardzo mało jest o niej tekstów w sieci, zdecydowanie więcej pisze się o dwóch pierwszych częściach trylogii. Tym bardziej zachęcam do czytania Żuławskiego, nie zapominajmy o ojcach polskiej fantastyki.

pokaż więcej

 
2017-07-14 08:28:24
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-07-13 19:40:54
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/


Ucieczka od wektorów

Fikcyjne państwo Karzistan, rok 2019. Mała rolnicza wioska Kizuldah, leżąca w Azji środkowej, nieopodal chińskiej granicy, w ubogim wielokulturowym kraju. Nadchodząca trzecia dekada dwudziestego pierwszego wieku, zastaje to miejsce wielce zacofanym i biednym, lecz co ważne, całkowicie świadomym tego, że nowoczesny...
Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/


Ucieczka od wektorów

Fikcyjne państwo Karzistan, rok 2019. Mała rolnicza wioska Kizuldah, leżąca w Azji środkowej, nieopodal chińskiej granicy, w ubogim wielokulturowym kraju. Nadchodząca trzecia dekada dwudziestego pierwszego wieku, zastaje to miejsce wielce zacofanym i biednym, lecz co ważne, całkowicie świadomym tego, że nowoczesny świat ucieka coraz bardziej. Przepaść ekonomiczna i techniczna się pogłębia, mieszkańcy Karzistanu nie przeskoczą jej bez pomocy z zewnątrz. Ale mogą choć trochę poczuć się lepiej, poudawać sami przed sobą, że nie są wieśniakami z końca świata, lecz takimi samymi beneficjentami rozwoju technologicznego jak ludzie z Zachodu. Nawet jeśli to tylko wyreżyserowana fikcja.

Takim reżyserem indywidualnych wyparć rzeczywistości w Kizuldah jest Mae Chung. Pani w średnim wieku, nieszczęśliwa żona i matka, specjalistka od mody, analfabetka – businesswoman. Mae doradza biednym kobietom jak się ładnie ubrać, jaką fryzurę ułożyć, jak choć przez chwilę pozorować, że faktycznie gonią uciekający świat zachodu. Przybiera to czasami karykaturalne rozmiary. Mae odwiedza rozpadające się domostwa, stojące na fundamentach ze smrodu, brudu i ubóstwa. W otoczeniu zwierząt defekujących na środek salonu, w pobliżu stosu kukurydzy przeznaczonej na obiad, Mae stroi swe oblepione brudem klientki w najnowsze karzistańskie krzyki mody. Ci co Mają nie muszą już tego pokazywać, ci co Nie Mają nie mogą przestać udawać, że jest inaczej.

Jest jednak nadzieja. Przynajmniej takie wrażenie sprawia informacja o tym, że już niedługo Karzistan wejdzie w obręb oddziaływania Tlenu - tajemniczego, niezrozumiałego informatycznego rozwiązania. Czym dokładnie jest Tlen dowiadujemy się z dalszej części powieści, teraz powiedzmy tylko tyle, że jest to włączenie wszystkich ludzkich mózgów do wspólnej rzeczywistości wirtualnej, w której wszyscy użytkownicy mają natychmiastowy dostęp do informacji kulturalnych, ekonomicznych, edukacyjnych itd. Słowem – gwałtowne wyrównanie szans na rozwój, rozdanie wszystkim wędek - zarówno tym, którzy wędkują od urodzenia jak i tym, którzy wędkę mylą z pasterskim kijem. Teoretycznie wszyscy mogą Mieć.

Geoff Ryman przedstawia sytuację, w której nadchodzące Nowe jest z pozoru walcem wyrównującym powierzchnię bez oglądania się na to czy ktoś nie został czasem przysypany. Zapomniana górska osada bez pomocy przedsiębiorczej Mae, wydaje się być skazana jest na całkowitą zagładę. I tu zaczyna się podstawowy wątek fabularny. Po przeprowadzeniu nieudanego testu wprowadzenia Tlenu na obszarze wioski, Mae zdobywa podstawowe umiejętności poruszania się w Tlenie oraz zaczyna poznawać jego naturę. Jej celem staje się wprowadzenie mieszkańców Kizuldah do nowego świata, którego nadejścia nikt nie jest w stanie powstrzymać. Niestety, w trakcie trwania testu Tlenu, osobowość Mae zabiera pewnego pasażera na gapę - fragment duszy swej przyjaciółki, pani Tung, która ma założone zupełnie przeciwne cele.

Autor rozgrywa z czytelnikiem bardzo wymagającą partię czytelniczych szachów. Powieść, czytana w pośpiechu, w nadziei na łatwą rozrywkę i poznanie kolejnej wariacji świata niedalekiej przyszłości, zawodzi czytelników nastawionych na tego rodzaju przygodę. Zrozumieć czym jest Tlen, znaczy zrozumieć powieść. Geoff Ryman napisał rzecz pełną symboli a ich rolą nie jest opowiadanie świata w taki sposób jak robi to Ian McDonald czy Paolo Bacigalupi. To nie jest tylko i wyłącznie opowieść o biednym społeczeństwie skazanym na pożarcie przez nadchodzącą rewolucję technologiczną i sposobach w jakie próbuje się ono bronić. To nie jest tylko fantastyka bliskiego zasięgu.

"Tlen", gdy spojrzeć głębiej, jest filozoficzną rozprawą na temat tego czym tak naprawdę jest pojęcie upływającego czasu, czym jest wektor skierowany od przeszłości do przyszłości i jakie jest w tym wszystkim miejsce zwykłego człowieka. Podczas lektury co chwilę znajdowałem znaki zapytania, których prostowanie okazały się drogą do interpretacji powieści: Skąd ta karykaturalna pogoń mieszkanek wioski za modą? Co symbolizuje pani Tung, siedząca w głowie Mae? Po co w ogóle Ryman ją tam umieścił? Co kryje się za najbardziej krytykowanym przez recenzentów pomysłem autora, dotyczącym ciąży pozamacicznej, a będącym według mnie jednym z najważniejszych elementów powieści? Dlaczego główna bohaterka odbierana jest jako szalona przez społeczność wioski i jak się to ma do tego co dla tej społeczności robi? Dlaczego wybrała ona tak specyficzny produkt do swojego business planu, jakim są stare i zapomniane hafty ludu Eloi, mieszkającego dawno temu na terenie Karzistanu? Co oznacza symbol Sowy i ile ma znaczeń? Czym jest powódź, poza niszczycielskim żywiołem? O czym w jej kontekście opowiada ostatni rozdział powieści? I w końcu najważniejsze – czy zrozumieliśmy, czym tak naprawdę jest Tlen? Zrozumieć czym jest Tlen, znaczy zrozumieć powieść. Zrozumieć przeszłość, znaczy być gotowym na przyszłość. A odrzucić wektory na rzecz skalarów, znaczy przeżyć.

Gęsto upakowana symbolika powoduje, że można czytać "Tlen" na kilka sposobów. Ślizgnąć się po powierzchni i srogo zawieść. Wejść głębiej i spróbować czytać między wierszami, znajdując tam spore wartości dodane. Zanurkować do dna i odczytać więcej niż Ryman chciał powiedzieć, znaczy przekombinować. Nie zarzekam się, że ja tego nie zrobiłem i przesadzam, nadinterpretowując. Najprawdopodobniej tak jest, zatem polecam zażyć "Tlenu" każdemu osobiście i przekonać się na własnej skórze. Na zakończenie powiem tylko, że takiej fantastyki bliskiego zasięgu chciałbym więcej.

pokaż więcej

 
2017-07-12 07:58:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Recenzja została przygotowana we współpracy z Carpe Noctem i tam pierwotnie opublikowana (http://carpenoctem.pl/teksty/wolanie-zza-sceny/)

Można ją też przeczytać na http://plejbekpisze.blogspot.com/

WOŁANIE ZZA SCENY

H. P. Lovecraft w słynnym eseju „Nadprzyrodzona groza w literaturze” pisał tak: „Wielkość geniuszu Blackwooda jest poza wszelką dyskusją; dotychczas nikt nawet nie zbliżył się...
Recenzja została przygotowana we współpracy z Carpe Noctem i tam pierwotnie opublikowana (http://carpenoctem.pl/teksty/wolanie-zza-sceny/)

Można ją też przeczytać na http://plejbekpisze.blogspot.com/

WOŁANIE ZZA SCENY

H. P. Lovecraft w słynnym eseju „Nadprzyrodzona groza w literaturze” pisał tak: „Wielkość geniuszu Blackwooda jest poza wszelką dyskusją; dotychczas nikt nawet nie zbliżył się doń, jeśli chodzi o kunszt, powagę i drobiazgową wierność w rejestrowaniu podtekstów dziwności obecnych w zwyczajnych rzeczach i doświadczeniach czy nadnaturalną wręcz przenikliwość w szczegółowym budowaniu kompletnych wrażeń i postrzeżeń wiodących od rzeczywistości w stronę nadnaturalnego życia czy takich wizji”.

„Wendigo i inne upiory” to zbiór trzynastu opowiadań powstałych w latach 1905-1915. Część z nich możemy nazwać opowieściami o duchach, inne z kolei to historie o zderzeniu człowieka z Nieznanym. Jest to jednak wielkie uproszczenie – twórczość ta posiada o wiele bardziej skomplikowaną strukturę niż się to wydaje na pierwszy rzut oka, a opowiadania są jej fabularnymi manifestacjami i nośnikami idei.

Kim są bohaterowie Blackwooda? W „Pradawnej magii” poznajemy zwyczajnego człowieka, opowiadającego historię przerażających wydarzeń w pewnym z pozoru zwyczajnym miasteczku, w których odegrał zupełnie przypadkowo główną rolę. O to właśnie chodzi – zwyczajność, przeciętność i szarość są głównymi cechami postaci przewijających się w zbiorze. To właśnie takim everymanom pierwszych lat dwudziestego wieku przydarzają się najbardziej niesamowite i budzące przerażenie wypadki. Guwernantka, mały chłopiec żyjący w elżbietańskiej rezydencji, grupa myśliwych polujących na łosie, dziennikarz, turysta, inspektor mierniczy, student zakuwający do egzaminu w nagły i niespodziewany sposób zostają brutalnie wyrwani ze zwykłej, codziennej egzystencji i zaczynają widzieć więcej niż by chcieli. Pojawia się niepokój, poczucie osaczenia, dyskomfort egzystencjalny, wynikający z konfrontacji z niesamowitością.

Thomas Ligotti pisze o niesamowitości w „Spisku przeciwko ludzkiej rasie” powołując się na jednego z twórców tego pojęcia, niemieckiego psychiatrę Ernsta Jentscha. Otaczający nas świat ubieramy w prawidłowości utworzone na podstawie własnych doświadczeń, nauk przodków, reguł działania elementów codziennego życia, a może i poprzez zakodowane głęboko w świadomości zbiorowej jungowskie archetypy. Niesamowitość pojawia się wtedy, gdy zaczynamy doświadczać nieprawidłowości w otaczającym nas świecie i kiedy wnioski wyciągane z naszych obserwacji nie zgadzają się z wrażeniami oczekiwanymi. Wzorce na podstawie których ekstrapolujemy doświadczenia przestają po prostu działać. Najczęściej niesamowitość jest pomijana przez nasz mózg i bezpieczniki naszej jaźni działają na tyle sprawnie, że przechodzimy nad nią do porządku dziennego. Codzienność i jej zgiełk maskują wynaturzenia. Ale gdy stłumimy bodźce i wyciszymy mózg? Im dłużej przypatrujemy się butom stojącym przy szafce, tym większe jest prawdopodobieństwo, że ujawnią swoje skrywane, nienaturalne właściwości.

Wszyscy bohaterowie opowiadań Blackwooda doświadczają czegoś w rodzaju poszerzenia świadomości. Zaczyna się nerwowość, huśtawka nastrojów, poczucie zagrożenia oraz wrażenie dziwnej, obcej i niewytłumaczalnej obecności. Wydarzenia co prawda następują niby logicznie, jedno po drugim, konsekwentnie utrzymując poczucie realizmu. Ale jest to realizm pociągnięty bardzo grubą kreską – pojawiają się bowiem pewne nieścisłości zauważane kątem oka, dziwne i sztuczne wypełnienia brakujących elementów rzeczywistości, które powoli demaskują przeżywane doznania jako ułudę i fantasmagorie. Gdzie jednak granica? Kiedy możemy uznać, że już jesteśmy po drugiej stronie? Co w ogóle powoduje, że napotykamy niesamowitość?

Świat wykreowany przez Algernona Blackwooda to miejsce, w którym istota człowieka ma praktycznie zerowe znaczenie w porównaniu z ogromem Natury. Jednocześnie świat ów charakteryzuje się nieziemskim magnetyzmem; człowiek nie potrafi oprzeć się jego przyciąganiu, bezwolnie i nieświadomie przechodzi przez kolejne zasłony rzeczywistości aż w końcu staje oko w oko z Nieznanym. Dokładnie to przytrafia się turyście, który ulega „Urokowi śniegu” i kierowany pierwotną tęsknotą za tym co dzikie i nieujarzmione, ociera się o śmierć. Geodeta z opowiadania „Z przeszłości” znajduje się w zwykłym z pozoru lesie, który początkowo wabi, ale ostatecznie okazuje się śmiertelnym zagrożeniem. W „Wendigo”, jednym z dwóch najlepszych opowiadań zbioru, zew natury rozlega się wręcz dosłownie, kiedy to legendarna istota z indiańskich legend porywa w niebiosa jednego z bohaterów. To opowiadanie oraz osławione „Wierzby” stanowią esencję horroru Blackwooda. Horroru specyficznego, gdzie najstraszniejsze nie jest to, że w nasz ułożony i dobrze znany świat uderza nadnaturalna groza, lecz to, że sam świat nie jest taki jak sądziliśmy. Horror nie jest wynaturzeniem rzeczywistości, lecz zamaskowaną i dobrze przed nami ukrytą prawdą o niej.

Bohaterowie „Wierzb” i „Wendigo” bez żadnej zdroworozsądkowo uzasadnionej przyczyny zaczynają odczuwać strach. Próbują tłumaczyć obserwowane zjawiska racjonalnie i trudno im zarzucić jakąkolwiek niespójność interpretacyjną. Teoretycznie wszystko pozostaje jasne, ale przerażenie narasta zamiast maleć. Co powoduje, że nie chcą wierzyć rozumowi, lecz skłaniają się ku irracjonalnym, jeżącym włosy na głowie konkluzjom? Może jest to wytłumiony przez nowoczesną cywilizację zwierzęcy instynkt, który w sytuacji izolacji od jasno zdefiniowanego świata, zaczyna grać pierwsze skrzypce? Podróżnicy z „Wierzb” i myśliwi z „Wendigo” trafiają do świata oddalonego od cywilizacji. Wszystkie nawyki i sposoby radzenia sobie z codziennością okazują się nieprzystające do miejsca, w którym się znaleźli. Funkcjonują w sytuacji odosobnienia, w ciszy nocy przerywanej tylko dźwiękami natury, których na co dzień nie doświadczają. W izolacji zaczyna działać wyobraźnia, która okazuje się największym wrogiem samotnika.

Czy zatem przeżycia protagonistów opowiadań Blackwooda to ich fantasmagorie? Ciężko przyjąć tak proste wytłumaczenie. Świat, w którym znaleźli się bohaterowie to obojętny wobec nich bezkres. Gdzieś za parawanem rzeczywistości czają się jakieś elementarne siły dostrzegalne na ułamek sekundy przez ich zmysły, które jednak nie potrafią poradzić sobie z ich definicją. Wedle relacji bohaterów, nie są to byty z gruntu złe, lecz takie, które traktują człowieka jak intruza, ciało obce na zdrowej tkance Natury. Strachy Blackwooda nie otrzymują jednak jednoznacznej, twardej podstawy jak u M. R. Jamesa. Ich ontologiczna pieczątka jest rozmazana, niepewna – być może dlatego bardziej przerażająca. Największe koszmary istnieją bowiem w ludzkich umysłach.

Oprócz dwóch najlepszych opowiadań, które już na stałe weszły do klasyki literatury grozy należy zwrócić uwagę na jeszcze kilka: „Urok śniegu” – opowieść o tym jak to Natura rozmawia z człowiekiem, używając środków wyjątkowo mocno do niego przemawiających; „Max Hensig” –wstrząsająca rozgrywka z prześladowcą, z szczegółowo rozpisaną sceną końcową, której napięcie można wręcz kroić nożem; „Tajemniczy lokator” – studium rozwoju szaleństwa, które nie do końca się jednak szaleństwem wydaje; „Przejęcie” – historia o tym, że w przyrodzie nic nie ginie a ona sama choć nie rychliwa to jednak sprawiedliwa; „Pradawna magia” – lekko kafkowska, nawiązująca do Księgi Rodzaju oferta zajrzenia za kurtynę rzeczywistości; i w końcu „Z przeszłości” – czy to las atakuje urzędnika nie przyzwyczajonego do obcowania z przyrodą, czy to jego własny umysł płata mu ciężkie figle?

W książce wydanej przez wydawnictwo C&T znajdziemy spis utworów Blackwooda, wraz z datami ich publikacji. Dużo tego było. Zdecydowanie wystarczy na kolejny zbiór opowiadań, który wielu fanów horroru chętnie by zobaczyło w Polsce. Może kiedyś tak się stanie.

pokaż więcej

 
2017-07-10 23:19:38
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/2017/07/zwyciezca.html

Dobry zbawca to martwy zbawca

Druga część trylogii księżycowej Jerzego Żuławskiego opowiada o czasach późniejszych o kilkaset lat od momentu śmierci Jana „Starego Człowieka”. Ziemianie, zaintrygowani rękopisem Jana, wysyłają na księżyc kosmonautę Marka. Marek po udanym lądowaniu na srebrnym globie zastaje...
Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/2017/07/zwyciezca.html

Dobry zbawca to martwy zbawca

Druga część trylogii księżycowej Jerzego Żuławskiego opowiada o czasach późniejszych o kilkaset lat od momentu śmierci Jana „Starego Człowieka”. Ziemianie, zaintrygowani rękopisem Jana, wysyłają na księżyc kosmonautę Marka. Marek po udanym lądowaniu na srebrnym globie zastaje zdumiewającą sytuację. Przez te wszystkie lata od momentu śmierci Jana, cywilizacja księżycowa bardzo się rozwinęła i urosła w siłę. Uwikłana w nieustające walki z rdzennymi mieszkańcami naszego satelity, Szernami, utworzyła własną religię opartą na micie zbudowanym wokół postaci Starego Człowieka.

Księżycanie wierzą w to, że Stary Człowiek powróci kiedyś do nich pod postacią zbawcy – młodego człowieka, którego nazywać będą Zwycięzcą. Zwycięzca rozjaśni mroki ich smutnego, ciężkiego życia i poprowadzi ich do zwycięskiej wojny z Szernami. W Kraju Biegunowym przebywa zakon Braci Wyczekujących, którzy gromadzą przez lata ciała swoich zmarłych towarzyszy, aby wraz z nimi wypatrywać swego zbawcy. Tymczasem mieszkańcy księżyca, utrzymują chwiejny pokój z tubylcami, okupiony niestety ciężkim poświęceniem. Otóż Szernowie regularnie otrzymują daninę złożoną z młodych kobiet, które są ich niewolnicami i matkami potwornych mieszańców, dzikich i zwyrodniałych Morców.

Gdy Marek ląduje nieopodal miejsca stacjonowania Braci Wyczekujących, ci nie mają wątpliwości, kto się im objawił. Z miejsca zmieniają nazwę na Braci Radosnych i prowadzą oszołomionego kosmonautę przed oblicze swego arcykapłana. Marek z początku próbuje tłumaczyć, że nastąpiła pomyłka, ale koniec końców przyjmuje narzuconą mu rolę – zostaje Mesjaszem. Od tego momentu, wszystko zaczyna się psuć, tak jakby urzeczywistnienie dogmatów kultu, rozsadzało od środka samą religię. Malahuda, arcykapłan księżycan mówi do Marka, którego rozentuzjazmowany tłum przedstawia jako Mesjasza, że ten zniszczył całkowicie porządek rzeczy. "Wypełnić musisz to, co sobie tęsknota nasza krwawa wyśniła od wieków, a jeśli nie wypełnisz — zaprawdę, że lepiej byłoby dla nas i dla ciebie, aby noga twoja nie postała była nigdy na Księżycu, bo będziesz pośród nas przeklęty". Czy zatem w religii chodzi o to aby cały czas tęsknić i wypatrywać? Dlaczego trzeba tak gonić króliczka, aby go nigdy nie złapać?

Malahuda uświadamia sobie, że Marek nie jest tak naprawdę zapowiedzianym zbawcą. Nie dlatego, że nie jest wszechmocny i nie czyni cudów, lecz dlatego, że Mesjasz jako taki, nadejść nigdy nie może. Ponieważ Mesjasz to tylko wyraz tęsknoty ciemiężonego i zagrożonego wojną ludu do lepszych czasów. Malahuda po usłyszeniu wieści o pojawieniu się zbawcy, zaczyna grzebać w księgach i wszystkie nieścisłości, które tam znajduje powodują, że "wali gmach życia swojego", a na domiar złego, jedyną szansą, aby ten gmach postawić na nowo, jest fałszywy prorok, który nie jest Mesjaszem, ale poprzez swe czyny stać się nim może. Dlatego należy dać mu kredyt zaufania.

Ale Malahuda to intelektualny szczyt księżycowego społeczeństwa. Wszyscy inni to moralne niziny i mentalne dno. Postawa społeczości wobec Marka jest całkowicie roszczeniowa – powinien on zgodnie z wyobrażeniami motłochu, wypełnić ich życiową pustkę, otrzeć łzy, wybić do nogi Szernów, nadać sens egzystencji. Słowem: „Daj! Daj! Daj!”. Mieszkańcy księżyca, jak się okazuje to prymitywna, egoistyczna i zepsuta hołota. To społeczność rozkochana w bezcelowym okrucieństwie (śmierć w męczarniach dla niewinnych kobiet – ofiar Szernów), hołdująca niskim instynktom, interesowna, podła i jawnie zaprzeczająca wszystkim tym dogmatom, które stanowią sedno księżycowej religii. To lud, który funkcjonuje sprawnie tylko pod butem bezwzględnego tyrana, regularnie ćwiczącego go batem. Tylko w takiej sytuacji konsoliduje się religia, tylko wtedy ma ona odpowiednią glebę do wzrostu - "Człowiek, aby dodać sobie we własnych oczach znaczenia i wynieść się ponad marność, którą czuje, szuka rad dla siebie początku wyższego niż to, co go otacza".

Jerzy Żuławski pokazuje też mechanizmy zaprzeczania religii. Wielcy uczeni, mieniący się światłymi i racjonalnymi osobnikami, którzy należą do tak zwanego Bractwa Prawdy, twierdzą, że Marek nie mógł przybyć z Ziemi, gdyż jest ona niezamieszkała. Przedstawiają mnóstwo „dowodów” na to, że pochodzi on z tej przeciwnej strony księżyca. Pojawia się tu paradoks – opozycja antyreligijna, aby odpowiednio umocować swoje argumenty, tworzy zupełnie fikcyjną teorię na temat tego, że lud księżycowy jest drugim, obok Szernów, rdzennym gatunkiem księżyca. Fałszywy Mesjasz fałszywej religii, jest atakowany przez skrajnie racjonalnych dysydentów, którzy oparli swój światopogląd również na fałszu. Stanisław Lem podkreśla to w drugim tomie "Fantastyki i futurologii" oraz obiecuje "rakietę fotonową temu, kto wynajdzie tekst równie wyrafinowany intelektualnie i konstrukcyjnie spójny w całej science fiction".

"Zwycięzca" to nadal science fiction, ale trzymające się tego gatunku tylko poprzez miejsce akcji. Żuławskiego nie obchodzi już w tej książce technologia i tłumaczenie czytelnikowi zawiłości technicznych. Liczy się już tylko przesłanie autora i jego analiza ludzkiej skłonności do zabijania swoich Mesjaszy. Zbawca musi zginąć, aby odżyła religia – okazuje się, że te dwa byty nie mogą współistnieć. Marek Zwycięzca niby zaprzecza, niby się kryguje, ale podobnie jak Stary Człowiek przyjmuje narzuconą rolę. Nie może bowiem patrzeć na otaczającą go degrengoladę, postanawia wyleczyć cywilizację księżycową. Robi to jednak zupełnie bez dialogu, nie szuka kompromisów, lecz używając szczytnych haseł obiera kurs na ideały. Nie tędy droga. Tak, oczywiście Marek wie lepiej, to nie ulega wątpliwości – tylko, że uszczęśliwianie na siłę prowadzi do tragedii. Zaburzenie zastanego porządku w celu wprowadzenia jakiejś quasisocjalistycznej urawniłowki to prosta droga do utraty swej mesjańskiej legitymacji. Nikt nie chce zmian – zarówno bogaci i biedni, ciemiężcy i ciemiężeni, nie taką rolę przeznaczają swemu zbawcy. Mesjasz w księgach to siła religii, mesjasz na żywo to jej słabość. Dokładnie to możemy wyczytać z ostatniego rozdziału powieści – trzy znakomite nawiązania do Nowego Testamentu każą nam się zastanowić nad jedną bardzo ważną rzeczą. A mianowicie, czy potrafimy wyobrazić sobie świat, w którym Jezus dożył później starości i w otoczeniu swych apostołów nauczał do końca życia? Co by było, gdyby chrześcijaństwa nie konsolidowało wspomnienie Golgoty, Męki Pańskiej i pustego grobu wyzierającego zza odsuniętego kamienia?

Człowiek tworzył mity od zawsze i będzie to robił po wsze czasy. To naturalny, pierwotny produkt naszego umysłu, który jest lekiem na stany zagrożenia i egzystencjalne lęki. To głos tęsknoty, pocieszenie w rozpaczy i siła cementująca społeczność. Działa bez zastrzeżeń, dopóki nie musi mierzyć się z racjonalnością i swoim własnym urzeczywistnieniem. "Zwycięzca" to powieść ważna, chyba nawet ważniejsza od pierwszej części trylogii. Obie polecam bardzo mocno a relację z odczytu części trzeciej zdam niedługo.

pokaż więcej

 
2017-07-09 12:19:35
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Recenzja przygotowana we współpracy z portalem Szortal - była też tam pierwotnie publikowana (http://szortal.com/node/12490).

Można też przeczytać ją na
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Wojny na symbole

Zbiór opowiadań Jakuba Nowaka, wydany w tym roku przez wydawnictwo Powergraph, jest antologią szczególną. Zawarte w nim opowiadania sprawiają wrażenie pisanych przede wszystkim dla idei i...
Recenzja przygotowana we współpracy z portalem Szortal - była też tam pierwotnie publikowana (http://szortal.com/node/12490).

Można też przeczytać ją na
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Wojny na symbole

Zbiór opowiadań Jakuba Nowaka, wydany w tym roku przez wydawnictwo Powergraph, jest antologią szczególną. Zawarte w nim opowiadania sprawiają wrażenie pisanych przede wszystkim dla idei i autorskiej potrzeby ekspresji, bez oglądania się na potrzeby rynku. Żaden z dziewięciu tekstów Nowaka nie uśmiecha się do czytelnika, żaden nie daje taryfy ulgowej. Są to rzeczy trudne, złożone pojęciowo i konstrukcyjnie i za każdym z nich kryje się głębia interpretacyjna, z jaką rzadko spotykam się przy okazji czytania antologii fantastycznych. Jakub Nowak przedstawia dziewięć światów rzetelnie zbudowanych od podstaw, prawie nie obudowując opowieści infodumpami, co wskazuje nie tylko na stawianie wysokich wymagań odbiorcy, ale i na spory kredyt zaufania do niego.

Co możemy znaleźć w „Amnezjaku”? Przede wszystkim olbrzymią różnorodność scenografii, dopracowanych tak szczegółowo i tak napakowanych detalami, że gdyby oddać je w ręce jakiejś fabryki do zarabiania pieniędzy, powstałyby na ich podstawie całe powieści albo kilkutomowe sagi. Tymczasem Nowak wyciska ze swych kreacji najgęstszą esencję, racząc czytelnika jednorazowymi małymi kieliszkami koncentratu. Espresso, które serwuje, występuje w kilku odmianach i smakach. Może to być dickowska multirzeczywistość osadzona w PRLu; agresywny cyberpunk niedalekiej przyszłości; cyberpunk-retro, swego rodzaju hołd dla Williama Gibsona; naładowana akcją wizja wojen sztucznych inteligencji, poziomem komplikacji settingu dorównująca „Perfekcyjnej niedoskonałości” Dukaja; wycieczka do środka głowy wielce nieszczęśliwego chłopaka, kreującego dodatkowe światy, aby poradzić sobie z rzeczywistością. To również wariacja na temat tego, co by było, gdyby teoria Dicka o nieistniejącym Lemie okazała się prawdziwa; wizja krakowskiego Wawelu jako szeregu bitów w postludzkim świecie; grająca mocno na emocjach opowieść o powrocie ojca do świata żywych w ciele własnego syna; i w końcu najbardziej rozhukana, nadekspresyjna, steampunkowa wizja dziewiętnastowiecznej Polski powleczonej tajemniczą grzybstą. Opowiadanie to, zatytułowane „Karnawał”, jest prawdziwym świadectwem niezwykłych możliwości wyobraźni Jakuba Nowaka – kombinacja dukajowych skoliodoi z organicznymi masami, przez które przedzierał się Multabazao Ursa. I wystarczył tylko ten jeden tekst, abym doświadczył takiej siły rażenia i bogactwa szczegółów, jakiego dawno nie spotkałem w polskiej fantastyce.

Opowiadania z „Amnezjaka” mają tę właściwość, która nie pozwala na zamknięcie zbioru z czytelniczą satysfakcją tylko po jednorazowej lekturze. Pierwszy raz z Nowakiem to próba utrzymania się na fabularnej powierzchni, dekodowanie skomplikowanych treści i układanie faktów, walka o niedopuszczenie do blamażu przed samym sobą. Druga randka to już zupełnie inna restauracja – można w końcu w spokoju podjąć próbę degustacji najbardziej wykwintnych alkoholi – czyli odkrywania drugiego dna. O czym zatem pisze Jakub Nowak? Czy możemy znaleźć jakieś spójne przesłanie, kryjące się w jego opowiadaniach? Jakiś motyw przewodni?

Ludzie przewijający się przez teksty składające się na „Amnezjaka” to ofiary ponowoczesnego świata. Pełno ich, jeden przy drugim, a jakby każdy osobno. Zapomnieli, jak porozumiewać się między sobą, jak po prostu rozmawiać. Współczesny świat to eksplozja nadmiaru informacji, braku chęci zakotwiczenia sensu życia na tym, co istotne. Ludzie uciekają w swoje własne, subiektywne narracje, tworzone dla nadania wszystkiemu, co nas otacza, cech utylitarności. Ich wizje świata pozbawione są punktów wspólnych i miejsc, gdzie mogłyby się one zazębiać. Dzieje się tak w przeszywającym „Zimno, gdy zajdzie”, gdzie rozpadają się wszelkie relacje międzyludzkie, a radzenie sobie ze stratą bliskiej osoby, bez dialogu i chęci zrozumienia drugiej strony, jest z góry skazane na niepowodzenie. Bohaterowie „Dominiczka mówi” nakładają własne cyfrowe obrazy na otaczającą ich wspólną rzeczywistość, odbierając jej powoli obiektywne cechy, mogące być platformą porozumienia. Neurokoneksja niby łączy wszystkich, ale bardziej ich dzieli. Każdy człowiek podłączony do sieci kreuje tak naprawdę swój własny świat, włazi do Lemowego, solipsystycznego słoika doktora Corcorana, pozwalając sztucznym impulsom kreować ścieżki komunikacyjne, zamiast oprzeć się na tych właściwych, naturalnych.
„Rychu”, alternatywny Philip K. Dick, tworzy zupełnie własną, oderwaną od faktów wizję świata zafiksowaną na znanej teorii odbierającej Lemowi podstawę istnienia. I wreszcie – ekstremalne wizje subiektywizacji otaczającego świata i urzeczywistnienie własnych narracji pojawiają się w tytułowym „Amnezjaku” (wirtualne, samoświadome byty z posterunku Wawel snują swoje odrębne sagi, które według założeń ich świata mają łączyć się w tzw. „wspólne podanie”) oraz w „Ciężkim metalu” (znakomity, gęsty tekst, tylko że zupełnie nieodporny na spojlery, więc na takiej wzmiance poprzestanę).

Problemy z komunikacją i znalezieniem wspólnego języka nie powstają tylko w wyniku braku chęci porozumienia. To sam świat, a właściwie światy wykreowane w opowiadaniach Nowaka, stawiają barierę. Otóż w naszej rzeczywistości powstaje pewien fałsz, z którego mało kto zdaje sobie sprawę. My, ludzie od zawsze uporczywie próbujemy systematyzować rzeczywistość. Daje nam to poczucie bezpieczeństwa, harmonii, pozwala na kategoryzację doznań. Nadajemy nazwy, znakujemy, tworzymy symbole. Jesteśmy Linneuszami rzeczywistości, doprowadziliśmy do tego, że żyjemy, jak to mówi Dominiczka „w czasach skrótów myślowych, dwukropków, fragmentów, równoważników zdań”. Nasz świat zawiera coraz więcej informacji, przy jednoczesnym status quo treści. Siłą rzeczy powstaje szum informacyjny, nadmiarowy i zbędny, ale niemożliwy do wyrugowania. Znaki i symbole zaczynają wykrzywiać rzeczywistość, kłamią, udają, że coś znaczą, a ostatecznie okazuje się, że nie znaczą nic.

W „Ciężkim metalu” Łukasz, żołnierz w jakiejś dziwacznej wojnie z „przedziwnu”, koszmarnym bytem zniekształcającym rzeczywistość, mówi, że „wróg wlewa się do naszego świata, skaża semantykę, kaleczy nasze umysły, zmienia znaczenie słów, obrazów, wspomnień i emocji. Niszczy to, co w nas najważniejsze – umiejętność porozumienia. Odrywa nas od siebie, niepostrzeżenie”. Wyrodna matka bohatera „Dominiczka mówi” powraca po latach i nie pragnie porozumienia z synem w tradycyjny sposób. Mówi do niego językiem symboli memosfery, skrótami, hasztagami, nie duszą i sercem. Zrozpaczeni rodzice z opowiadania „Zimno, gdy zajdzie” myślą, że samo ludzkie ciało niesie jakąś większą wartość niż tylko kilogramy mięsa. Okazuje się, że ciało bez duszy jest tylko pustym, bezwartościowym symbolem.

Szczególnym przypadkiem świata zdominowanego przez symbole jest ten z opowiadania „Retro”. To historia pewnej grupy ludzi, żyjącej w podziemiach pod Śląskiem w latach zimnej wojny. W czasach, gdy gibsonowy cyberpunk się już zestarzał, Nowak bierze akcesoria z lat osiemdziesiątych i buduje z nich swoją odpowiedź na „Neuromancera”, tworząc swoisty cyberpunk-retro. Symbole i obrazki konstytuują cały świat bohaterów opowiadania, poruszamy się ciągle w otoczeniu atrap, „kamuflaż wyewoluował w samą istotę rzeczy”. „Retro” dodatkowo wchodzi mocno w interakcję z takim czytelnikiem jak ja, który dzieciństwo spędził w PRLu. Symbole do mnie mówią. Gadają do mnie okulary Jaruzelskiego, wąsy Wałęsy, pała zomowca, pikseloza Commodore, obrazki ludzi skaczący przez płoty w Stoczni Gdańskiej, foliowe ceraty w kratę, „Wind of change” Scorpionsów, mołotowy lądujące na policyjnych sukach.

Próżnia semantyczna pęcznieje, chaos znaków narasta, memy wypierają treści. Powtórz swoje imię kilkadziesiąt razy, a stanie się ono bełkotem. W „Amnezjaku” sztuczne inteligencje, spersonifikowane jako królewska świta Jagiełły i mieszkańcy Wawelu, powtarzają pewne czynności, gesty i snują opowieści, które są całkowicie oderwane od swoich znaczeniowych źródeł. Symbole naszej kultury, nie dość, że zostały swoimi własnymi karykaturami (kodeksowe pozdrowienia i rytualne okrzyki oparte na kibolskich wulgaryzmach to przecież raczej anty-kultura), to dodatkowo stały się tylko pustymi ciągami bitów. Procesuje się tylko samo sedno informacji, tylko dla samego procesowania i jakiegoś mętnego tłumaczenia o potrzebie pomocy tajemniczym „ojcom” w międzygalaktycznej wojnie. A dlaczego dokładnie? Nie wiemy, bo zapominamy, doznajemy amnezji, ciągle gubimy gdzieś treści w lawinie martwych sygnatur. A każda kolejna iteracja przetwarzania treści jest coraz uboższa i coraz bardziej skarlała.

Co jednak utrzymuje fałsz? Dlaczego rzeczywistość tak bardzo chętnie poddaje się stemplowaniu, dlaczego zaciera się różnica pomiędzy nią a jej przedstawieniem? Wykreowana, wirtualna nakładka na realny świat jest po prostu atrakcyjniejsza. Media społecznościowe zawierają nasze ładne zdjęcia a nie te po przebudzeniu się na kacu, reklama pokazuje świat pomalowany szminką dzielnicy wieżowców, a nie ten umazany krwią podłych przedmieść, facebook ma lajki a nie dislajki – słowem, znaki i symbole powstają, bo mają dla nas wysoką wartość. Łechczą nasze ego, głaskają po głowie, pozwalają nam poczuć się lepszymi niż reszta świata. Wykreowana rzeczywistość urealnia się coraz bardziej – tego pragniemy, uciekając od jej źródeł. W jednym z moich ulubionych opowiadań możemy doświadczyć wręcz dosłownej realizacji tej tezy. „Dziwne dni” to wizja Polski, która dostała się po drugiej wojnie światowej w obszar wpływów Stanów Zjednoczonych. Jim Morrison, syn żołnierza stacjonującego w naszym kraju, wraz z trzema chłopakami z Lublina zakłada zespół The Doors i robi oszałamiającą karierę. Staje się symbolem-monstrum, o kilka rzędów wielkości przewyższającym to co za sobą kryje. W opowiadaniu pojawia się tajemnicza, na poły realna kobieta fatalna, która ma dla Jima wejściówkę do „Klubu 27”, a także Hawthorne Abendsen, autor słynnej powieści „Utyje szarańcza”, która jak wiemy skrywała w sobie świat o wiele prawdziwszy, niż ten w którym żyli jej czytelnicy. I wreszcie pojawia się całe równoległe uniwersum z komiksowym kapitanem Żbikiem, prowadzącym swe śledztwo. Rzeczywistość polskich Doorsów miesza się z rzeczywistością Żbika, przy czym kwestia tego, które realia są pierwotne, a które wtórne, staje się mocno dyskusyjna. Znaki się urzeczywistniają, a desygnaty tracą ontologiczne podstawy. Rewelacyjne, lekko paranoiczne opowiadanie w duchu Philipa K. Dicka.

A skoro o autorze „Człowieka z wysokiego zamku” mowa – Rychu, alternatywny Dick, zwraca uwagę na jeszcze jedną przyczynę siły świata wyprodukowanego przez puste emblematy. Otóż symbole mają przede wszystkim wartość użytkową, bardzo atrakcyjną dla swojego odbiorcy. Rychu mówi agentom FBI, że sowieci uknuli wobec Ameryki bardzo perfidny plan. „Technologia audiowizualna służy do wytwarzania określonych postaw, które wypierają te będące podstawą naszej kultury. W ten sposób chcą osłabić kraj. (***) To jakaś skomplikowana marksistowska technologia: przekaz ukryty jest w pozornie neutralnych obrazach i dźwiękach. Superstechnicyzowana wojna na symbole”. Świat symboli coraz częściej zaczynają rozwijać pozakulturowe czynniki, sztucznie wykreowane zgodnie z zasadą maksimum zysku. Trendy kulturowe nie powstają jako wypadkowa pojedynczych ludzkich działań, lecz jako kreacja sprytnego managera. Dokładnie taki „skok na symbole” zamierza wykonać bezwzględna korporacja z opowiadania „Dominiczka mówi”. Chce doprowadzić do tego, że czasy, które nadejdą, będą erą wojen na symbole. Bezwzględnych batalii o naszą percepcję i umysły, wojen ekonomicznych toczonych za pomocą celowo zorganizowanych impulsów medialnych, gdzie łupami będziemy my – bezwolni konsumenci z wypranymi mózgami. Będzie to epoka starć przeniesionych całkowicie w świat wirtualny, czego skrajnie wyekstrapolowanym przykładem są ekscytujące wizje z tytułowego „Amnezjaka” i „Ekumenizmu”.

W czasach, gdy Jacek Dukaj utkwił na dnie jakiegoś literackiego limbo a Stanisław Lem nadal nie żyje, Jakub Nowak jest jednym z tych autorów, którzy definiują pojęcie złożonej, problemowej fantastyki. Jeśli ktoś zastanawia się, jak powinno pisać się teraz science fiction, musi przeczytać „Amnezjaka”. Odpowiedź w środku. Mnie osobiście oszołomiła.

pokaż więcej

 
2017-07-05 23:28:42
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-07-05 23:28:03
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
Moja biblioteczka
944 181 3285
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (110)

Ulubieni autorzy (37)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (1)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd