Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Marcin Knyszyński 
plejbekpisze.blogspot.com
38 lat, mężczyzna, Toruń, status: Czytelnik, ostatnio widziany 12 minut temu
Teraz czytam
  • Amnezjak
    Amnezjak
    Autor:
    Literatura Jakuba Nowaka nie tylko kipi od pomysłów, które innym wystarczyłyby na całe fantastyczne cykle, ale napisana została z rzadkim literackim wyczuciem, gęstością i świadomością pisarskich arka...
    czytelników: 152 | opinie: 4 | ocena: 7,78 (9 głosów)
  • Na srebrnym globie
    Na srebrnym globie
    Autor:
    Powieść napisana jest w formie pamiętnika jednego z uczestników wyprawy na Księżyc. Międzynarodowa ekipa naukowców po dostaniu się na srebrny glob, chce sprawdzić hipotezę, że jego przeciwna strona je...
    czytelników: 737 | opinie: 39 | ocena: 7,26 (334 głosy) | inne wydania: 1
  • Skrzydła nocy
    Skrzydła nocy
    Autor:
    Dziejące się w dalekiej, umownej przyszłości, na zbankrutowanej, siłą przejętej za długi przez obcą rasę Ziemi, „Skrzydła nocy” są piękną, liryczną opowieścią o pielgrzymce starego, beznadziejnie zako...
    czytelników: 174 | opinie: 3 | ocena: 7,43 (14 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności
2017-06-21 08:33:36
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-06-20 15:27:41
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-06-19 15:05:30
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Autor:
 
2017-06-18 18:35:45
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
 
2017-06-18 12:26:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Mark Renton (tom 3)

Recenzja przygotowana we współpracy z portalem Szortal - była też tam pierwotnie publikowana (http://szortal.com/node/12342).

Można też przeczytać ją na
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Na starych śmieciach

Niektóre powroty po latach i spotkania z niewidzianymi długo znajomymi nie rozczarowują tylko dlatego, że są chwilowe. Zjazdy absolwentów, które trwają jeden wieczór i kończą się...
Recenzja przygotowana we współpracy z portalem Szortal - była też tam pierwotnie publikowana (http://szortal.com/node/12342).

Można też przeczytać ją na
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Na starych śmieciach

Niektóre powroty po latach i spotkania z niewidzianymi długo znajomymi nie rozczarowują tylko dlatego, że są chwilowe. Zjazdy absolwentów, które trwają jeden wieczór i kończą się obietnicą potwornego kaca, działają jak oderwanie od rzeczywistości – następnego dnia jesteśmy z powrotem w swoim mieście, a widziane wczoraj twarze i miejsca funkcjonują już tylko jako zamknięty i odłożony na półkę album ze zdjęciami. Czasem jednak powrót wymuszony jest życiową decyzją, stare śmieci stają się nową szansą lub po prostu koniecznością. Irvine Welsh ponownie zaprasza nas do Leith, dzielnicy Edynburga, w której toczyła się akcja słynnego „Trainspotting”.

Mamy rok 2002. Dziewięć lat minęło, od kiedy Mark „Czynsz” Renton dał drapaka z torbą wypełnioną tysiącami funtów i zaszył się gdzieś na kontynencie. Zdradzeni przez niego kumple nie radzą sobie najlepiej – Simon „Chory” utraciwszy pracę w Londynie, wraca do Edynburga, aby przejąć bar swojej ciotki; Danny „Kartofel” ćpa tak samo jak przed laty i łudzi się, że jego żona wytrzyma jeszcze długo taki stan rzeczy; Francis Begbie (znany z pierwszej powieści jako „Żeber”) wychodzi z więzienia i w charakterystyczny dla siebie sposób próbuje podporządkować sobie ulice Leith. Tylko że nie są to już te same ulice…

„T2 Trainspotting” to powieść, której narracja jest prowadzona jednocześnie z pięciu punktów widzenia. Oprócz czterech starych bohaterów pojawia się Nikki Fuller-Smith, dwudziestopięcioletnia studentka poszukująca mocnych wrażeń w alkoholu, narkotykach i seksie. Wraz ze swoimi znajomymi ze studiów zostaje zaangażowana przez grupę filmowców-amatorów do udziału w produkcji filmu pornograficznego. Większość zdjęć jest kręcona na piętrze baru Simona „Chorego”, a on sam nawiązuje toksyczny romans z Nikki oraz mianuje się producentem i reżyserem. Gdy przypadkowo dowiaduje się, że Mark ukrywa się w Amsterdamie, wpada na pomysł dofinansowania filmu. Tymczasem plany wobec Marka snuje również oszalały z żądzy zemsty Begbie. Każda z wymienionych postaci prowadzi swą opowieść w charakterystycznym stylu, choć tylko narracje Begbiego i Kartofla nawiązują mocno do slangu z „Trainspotting”. Często te same wydarzenia są przedstawiane z różnych punktów widzenia, wzajemnie się uzupełniają i wyjaśniają.

Główni bohaterowie twierdzą, że gdy mieli -dzieścia lat, ich podstawowym celem było przeżycie kolejnego dnia i wyciszenie wewnętrznego głosu, mówiącego, że życie nie ma sensu, a perspektywy na przyszłość to coraz dłuższe heroinowe ciągi. Teraz gdy mają -dzieści lat, powtarzają sobie, że zdają sobie sprawę z błędów młodości i próbują szukać celu życia. Okazuje się jednak, że wewnętrzne monologi bohaterów to tylko pozory, chciejstwo niepoparte żadnymi szczerymi próbami zmiany swego postępowania, efekt niedojrzałości i zagubienia w dorosłym życiu. Powrót do Edynburga, miejsca, gdzie ich dwudziestoletnie życie było regularnie napędzane tłokiem strzykawki, staje się poważną lekcją na temat tego, jacy tak naprawdę są. Dzielnica przyciąga ich jak czarna dziura, stanowi ich wspólny mianownik, choć samo Leith zmieniło się trochę i poszło z duchem czasu.

Nie ma już heroiny. Japiszońska rewolucja zdmuchnęła wszechobecny brązowy proszek, sprowadzając w zamian kokainę ułożoną w równiutkie, kilometrowe ścieżki. Pojawił się też seks, który zdominował praktycznie każdą sferę życia. Nie jest on tutaj żadną pieczątką uprawomocniającą związek dwojga ludzi ani czymś zarezerwowanym dla wzniosłych chwil. Seks jest jak kokaina – mówisz o nim, myślisz o nim, planujesz go, zażywasz go, uzależniasz się od niego, dowartościowujesz się nim, handlujesz nim. Filmy porno wkraczają do mainstreamu, kupczenie własnym ciałem i godnością staje się normą, a przygodny seks taką samą czynnością jak poranne mycie zębów. Welsh wchodzi tu trochę w buty Palahniuka – pokazany przez niego Edynburg to miejsce, gdzie odbywa się dokładnie taka sama gonitwa za pustym, skomercjalizowanym życiem, którego miarą jakości jest liczba zer na rachunku bankowym.

Nie zmieniły się cele żadnej z osób powracających do Leith, zmieniły się tylko środki dojścia do nich. Nikt nie ma żadnych pasji, wszyscy zgnieceni przez szarą i beznadziejną rzeczywistość szukają ucieczki. Moralny nihilizm dominuje w świecie wykreowanym przez Welsha, Leith wydaje się zamieszkałe przez samych degeneratów, którzy gonią za kojarzoną z materialnym sukcesem kulturą yuppie. Robią to na swój dobrze znany i rozumiany, wulgarny sposób. Nie dostrzegają jednak tego, że próbują reanimować dawne życia z początków lat dziewięćdziesiątych, ponieważ nie odnajdują się zupełnie w nowych realiach. To stare cwaniaki na starych śmieciach, które próbują udawać, że wyrosły ze swoich punkowych ubrań. Prawdziwą drogą do sukcesu okazuje się pozostanie cwaniakiem, odrzucenie marzeń i wywinięcie numeru starym „przyjaciołom”. Tak bardzo na początku podkreślana rewolucyjna rola pornografii zdobywa znamiona piramidalnej bzdury – liczy się forsa i tylko forsa. Jedynie zwyrodnialec Begbie jest całkowicie wierny samemu sobie i pomimo odrazy, jaką budzi w nas jego postepowanie, wydaje się tą postacią, której kibicujemy najbardziej.

Język kontynuacji „Trainspotting” jest tak samo kontrowersyjny, wulgarny i dosadny jak ten z pierwszej części. Powieść została jednocześnie napisana rewelacyjnym, potoczystym stylem, bez żadnych zbędnych fragmentów. Są mocne dialogi i czarny humor, jest trochę zadumy nad życiem i dużo dobrej literatury. Według mnie jest nawet lepiej niż w pierwszej książce, choć być może to też zasługa innego tłumacza. Jarosław Rybski przekłada slang Leith trochę bardziej subtelnie niż Jędrzej Polak, który moim zdaniem nieco przeszarżował. Irvine Welsh po raz drugi i na pewno nie ostatni całkowicie przykuł moją czytelniczą uwagę.

pokaż więcej

 
2017-06-14 09:59:56
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2017-06-13 22:27:41
Ma nowego znajomego: Wodolot
 
2017-06-12 19:36:45
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Recenzja została przygotowana we współpracy z Carpe Noctem i tam pierwotnie opublikowana (http://carpenoctem.pl/teksty/teodycea-na-co-dzien/)

Można ją też przeczytać na http://plejbekpisze.blogspot.com/

TEODYCEA NA CO DZIEŃ

Gdy skończyłem czytać najnowsze wydanie „Egzorcysty”, pojawiła mi się przed oczyma scena z ostatniego filmu Martina Scorsese, zatytułowanego „Milczenie”. Pewien Jezuita,...
Recenzja została przygotowana we współpracy z Carpe Noctem i tam pierwotnie opublikowana (http://carpenoctem.pl/teksty/teodycea-na-co-dzien/)

Można ją też przeczytać na http://plejbekpisze.blogspot.com/

TEODYCEA NA CO DZIEŃ

Gdy skończyłem czytać najnowsze wydanie „Egzorcysty”, pojawiła mi się przed oczyma scena z ostatniego filmu Martina Scorsese, zatytułowanego „Milczenie”. Pewien Jezuita, siedemnastowieczny misjonarz, poświęca swe ideały i symbolicznie wypiera się wiary, aby uratować życie japońskich chrześcijan, skazanych na śmierć w męczarniach. Był to jedyny sposób na ich ocalenie, na Boga nie mógł liczyć. On bowiem konsekwentnie milczy i nie daje żadnego znaku, który mógłby w jakiś sposób uzasadnić bezgraniczne zło Japończyków. Co to wszystko ma wspólnego z najgłośniejszą powieścią Williama Petera Blatty’ego?

Blatty w „Egzorcyście” też przedstawia postać księdza Jezuity, też zadaje pytania o naturę i przyczyny istnienia zła. Główny bohater powieści, ojciec Damien Karras, to psychiatra w sutannie, przeżywający poważny kryzys wiary. Jako główny spowiednik zakonu Jezuitów i źródło otuchy dla jego członków, wysłuchał wielu opowieści o ludzkich tragediach i wielkim złu, które im się przytrafiło. Obojętność Boga i sam fakt, że takie zło w ogóle istnieje, odsuwa go od wiary, powoduje zwątpienie w sens jego posługi. Po tym, jak zostaje zaangażowany w pomoc w wyjaśnieniu sprawy rzekomego opętania Regan – dwunastoletniej córki filmowej supergwiazdy Chris MacNeill – erozja jego rozpadającego się świata nabiera tempa.

Karras jako wykształcony, światły i nowoczesny duchowny, w pierwszej kolejności nie dowierza. Zgodnie z doktryną Watykanu, musi najpierw całkowicie wyeliminować naturalne przyczyny horroru, jaki rozgrywa się w domu rodziny MacNeilów. Dopiero gdy znajdzie niepodważalne dowody opętania (według szczegółowych zaleceń kościelnych), może starać się o egzorcyzmy. Tym bardziej dotyka go informacja o tym, że, owszem, do egzorcyzmów dojdzie, ale nie on je przeprowadzi. Nie może tego zrobić jako „człowiek małej wiary”, a zastąpić go ma specjalista poznany w prologu powieści, legendarny już egzorcysta ojciec Merrin. A przecież matka Regan, opisując osobę ojca Karrasa, mówi, że nie widziała nigdy w nikim tak wielkiej wiary. O co zatem chodzi?

Koszmar, którego uczestnikami stali się bohaterowie „Egzorcysty” to jeden z najbardziej przerażających i najlepiej rozpisanych dramatów, z jakim się spotkałem w literaturze horroru. Wszystko zaczyna się od dziwnych odgłosów ze strychu i przedmiotów w niewyjaśniony sposób zmieniających swoje położenie. Stopniowo groza się nasila – Regan zaczyna bać się swojego wyimaginowanego przyjaciela Kapitana Howdy’ego i przestaje przypominać samą siebie. Jej ustami przemawiać zaczyna nieznany, demoniczny, groźny byt, który mówi wyraźnie, że jego celem jest zamęczenie małej dziewczynki na śmierć. Blatty przeraża na kilku poziomach – ofiarą jest osoba zupełnie bezbronna i niewinna, zło które ją spotyka jest całkowicie nieuzasadnione i dodatkowo nie pozwalające w żaden sposób umocować się w świecie realnym, wytłumaczalnym naukowo i zdroworozsądkowo. Ojciec Karras przez cały czas zadaje sobie pytanie o to, z czym ma do czynienia – z autosugestią i chorobą psychiczną czy z prawdziwym demonem? Okazuje się, że ważniejsze niż dotarcie do prawdy jest przyjęcie wersji, która pozwoli dobrać odpowiednie środki do wyleczenia Regan oraz – co znamiennie – do uzdrowienia ojca Karrasa.

„Egzorcysta” to powieść parabola, teodycea wyłożona językiem codzienności, przypowieść wskazująca wyraźnie, czym powinna być prawdziwa wiara. Spójrzmy przez chwilę na niektórych bohaterów powieści. Każdy jest czymś opętany: Karras – zwątpieniem i wyrzutami sumienia; Chris – tanatofobią, lękiem przed śmiercią, którego przyczyną jest tragedia sprzed lat i z którym kobieta radzi sobie uciekaniem w karierę, spychając córkę na margines; Karl – toksyczną tajemnicą. Wypadki w domu MacNeillów egzorcyzmują ich wszystkich; okazuje się, że walka ze złem absolutnym nie może być oparta na zawierzeniu w jakiś ideał absolutnego dobra. Rozwiązaniem jest zwykła praca nad sobą, bycie dobrym i umiłowanie bliźniego. Losy Jezuitów Blatty’ego i Jezuitów Scorsese są na to żywym przykładem.

Ludzie szukają Boga nie tam, gdzie powinni. Szukają w purpurze, ornamentyce, rytuałach, w świecie idei. Blatty i Scorsese mówią, że to niewłaściwa droga, tam Boga nie znajdziemy, tam nie uporamy się z zagadnieniem zła. Za „Egzorcystą” i „Milczeniem” stoi ta sama filozofia – dobro to nie jakaś abstrakcyjna idea, teodycea musi być sprowadzona na ziemię, zdefiniowana językiem codziennego życia. W konfrontacji ze Złem, ale takim bezgranicznym i nie znajdującym swojego uzasadnienia, szczytne ideały i wzniosłe hasła są bezużyteczne. Liczy się konkretne działanie, tu i teraz, poparte osobistym poświęceniem, zwłaszcza gdy jest to poświęcenie ostateczne. Zresztą, takie podejście jest podstawowym sposobem na niedopuszczenie do tego, aby Zło w ogóle się pojawiło.

To dlatego zło w „Egzorcyście” jest Złem – piekielnym absolutem. Dla kontrastu. Autor mówi, że taka potworność może wyrosnąć w wyniku kumulacji, na glebie nawożonej podłościami codziennie produkowanymi przez ludzką małość. Wszyscy zaniedbali wiarę w Boga, ale taką jaką zdefiniował ojciec Merrin – dla niego najwyższym aktem wiary jest zwyczajna dobroć dla drugiego człowieka. Bóg nie wymaga od nas niczego, co przekraczałoby nasze możliwości, my sami jesteśmy zdolni do tego, aby kochać bliźnich i poświęcić się dla nich. Tu właśnie można odnaleźć Boga – w powszedniości, w najdrobniejszych przejawach miłości i altruizmu. Żaden szatan nie wytrzyma konfrontacji z takim faktem.

Pomyślałem, że przy okazji wznowienia Vespera warto spojrzeć na „Egzorcystę” w ten właśnie sposób. William Peter Blatty napisał powieść głęboko religijną i humanistyczną zarazem. Napisał ją dla człowieka wątpiącego, dla którego kościelne doktryny nie stanowią wiarygodnego uzasadnienia potrzeby wiary.

pokaż więcej

 
2017-06-11 13:40:22
Ma nowego znajomego: Zbyszekspir
 
2017-06-11 10:52:31
Ma nowego znajomego: Matylda Saresta
 
2017-06-10 20:04:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

„Slade House” to najkrótsza, najprostsza, najmniej wymagająca i zdecydowanie najbardziej rozrywkowa powieść Davida Mitchella. Pomysł na fabułę, który łatwo zgadnąć po zakończeniu drugiego z pięciu rozdziałów, mógł sprowadzić autora na manowce – David Mitchell wybrnął z tego całkiem nieźle. Kolejne rozdziały nie okazały się poprzednimi w...
Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

„Slade House” to najkrótsza, najprostsza, najmniej wymagająca i zdecydowanie najbardziej rozrywkowa powieść Davida Mitchella. Pomysł na fabułę, który łatwo zgadnąć po zakończeniu drugiego z pięciu rozdziałów, mógł sprowadzić autora na manowce – David Mitchell wybrnął z tego całkiem nieźle. Kolejne rozdziały nie okazały się poprzednimi w przebraniu, lecz dość atrakcyjnie poprowadzonymi przygrywkami do rozdziału ostatniego. Ta mini-powieść nie zrewolucjonizuje literatury grozy ani fantastyki, jest jedną ze słabszych pozycji Uczty Wyobraźni – gwarantuje jednak dwie, trzy godziny zwyczajnej, nienajgorszej literackiej rozrywki. A o to też czasami chodzi w czytaniu książek.

Akcja poszczególnych rozdziałów toczy się odpowiednio w 1979, 1988, 1997, 2006 i 2015 roku. Co dziewięć lat osoby obdarzone specjalnymi cechami wabione są na pojawiającą się znikąd uliczkę Slade Alley, gdzie ukazują im się małe, żelazne drzwiczki. Każdy z wybrańców, zupełnie jak Alicja z wiadomej powieści, przekracza pewną granicę, za którą zmierzyć się musi z absolutnym koszmarem. Koszmarem, z którym nie da się walczyć zdroworozsądkowo, ponieważ odbiera on podstawową broń walczącemu – poczucie realności tego co się wokół dzieje. Stanisław Lem w swej genialnej Cyberiadzie zawarł opowiadanie, w którym król Rozporyk, budzi się ze snu tylko po to, aby uświadomić sobie, że śni dalej – na wyższym lub niższym poziomie snu. Krąży przerażony w snach umieszczonych w snach, umieszczonych w snach itd. – zupełnie jak bohaterowie filmu „Incepcja”. Rozporyk nie ma jak uciec, nie ma gwarancji, że kolejna pobudka to świat realny. Dokładnie to samo spotyka ofiary Slade House. To w jaki sposób David Mitchell prowadzi swoich bohaterów, stawiając za nimi czytelnika, który dobrze wie jaki czeka ich los, woła o brawa. Ten element powieści jest znakomity – horror, w którym nic nas nie zaskakuje a i tak wywołujący dreszcze. I to jest na plus.

Jednak osoby przyzwyczajone do wyzwań, które stawiała często Uczta Wyobraźni będą zawiedzione. Nie znajdziemy w tej książce filozoficznych głębi, szaleństw formalnych, mindblowów, minfucków itd. Nie znajdziemy też oryginalnej fabuły. Takich historii jak ta o demonicznych bliźniakach pożerających dusze swych ofiar było już wiele – w dekoracjach i fabułach podobnych w mniejszym lub większym stopniu. Mnie osobiście Mitchell zawiódł swoją łopatologią w czwartym rozdziale. Ustami jednego z bohaterów wykłada (zupełnie niepotrzebnie) całą tajemnicę Slade House, kładzie ją jak kawę na ławę, bez żadnych przemilczeń i dwuznaczności. Zupełnie jak geniusze zła z kreskówek, którzy zamiast niezwłocznie wrzucić bohatera do bajora z krokodylami, trzymają go spętanego na drągu i chełpią się przed nim swym misternie ułożonym planem zbrodni doskonałej. Nie lepiej było wpleść to stopniowo w fabułę, ukryć co nieco, pozwolić czytelnikowi poskładać kawałki historii i stworzyć własną odpowiedź na to co dzieje się za żelaznymi drzwiczkami?

David Mitchell sukcesywnie rozwija swe uniwersum. Wolałbym jednak, żeby następna powieść przypominała pierwszą (najlepszą moim zdaniem) niż ostatnią.

pokaż więcej

 
2017-06-10 19:13:23
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-06-09 16:56:42
Ma nowego znajomego: Bacha85
 
2017-06-08 18:57:01
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Książka jest przypisana do serii/cyklu "Biblioteczka Interesującej Prozy". Edytuj książkę, aby zweryfikować serię/cykl.
 
2017-06-07 18:58:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Kameleon

Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Powieść „Nawiedzony” autorstwa Shirley Jackson wymieniana jest jako jedna z najlepszych powieści o duchach jakie kiedykolwiek napisano. Do kategorii tej zalicza się też bardzo ambitną, omawianą już przeze mnie, historię walczącej z własną percepcją guwernantki – „W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa. U Jamesa były to postacie duchów, które...
Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Powieść „Nawiedzony” autorstwa Shirley Jackson wymieniana jest jako jedna z najlepszych powieści o duchach jakie kiedykolwiek napisano. Do kategorii tej zalicza się też bardzo ambitną, omawianą już przeze mnie, historię walczącej z własną percepcją guwernantki – „W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa. U Jamesa były to postacie duchów, które pojawiały się tylko i wyłącznie głównej bohaterce. U Jackson jest trochę inaczej – zamiast duchów mamy dźwięki, szepty, chichoty, hałasy, wizje, napisy na ścianach. Dodatkowo wrażeń tych doświadcza nie tylko główna bohaterka, ale i jej towarzysze. Czy oznacza to, że mamy tutaj do czynienia z prawdziwymi manifestacjami upiornych sił?

Badacz zjawisk paranormalnych, doktor Montague, postanawia sprowadzić do nawiedzonego dworu trójkę osób, aby na podstawie ich doświadczeń napisać pracę naukową dotyczącą nawiedzeń. Młody mężczyzna, Luke, jest przyszłym spadkobiercą dworu, jego obecność uprawomocnia niejako eksperyment doktora. Dwie młode kobiety, Theodora i Eleanor, to osoby, które w przeszłości miały epizody paranormalne, prawdopodobnie spowodowane ich mediumicznymi talentami. Czwórka gości po przybyciu do dworu spotyka dwójkę gospodarzy, stare małżeństwo, które dogląda domostwa – ale tylko w dzień, gdyż przebywanie nocą w nawiedzonym domu jest według ich relacji zbyt niebezpieczne.

Centralną postacią powieści jest zdecydowanie Eleanor, niedojrzała, dziecinna kobieta, której całe życie do tej pory reżyserowane było przez obłożnie chorą, wymagającą opieki matkę. Postać Eleanor od samego początku budzi w nas pewien niepokój, uczucie, że jest z nią coś poważnie nie tak. Opis jej podróży do nawiedzonego dworu, zdarzenia, które mają miejsce po drodze i już na samym początku jej pobytu w domu, pozwalają stwierdzić, że cały jej ogląd rzeczywistości jest mocno zniekształcony. Eleanor jest osobą skrajnie egocentryczną, wszystkie obserwowane zdarzenia interpretuje tak, jakby odbywały się dla niej, jakby była jedynym widzem w przedstawieniu, gdzie dekoracjami i aktorami jest cała reszta świata. Dodajmy do tego jej skłonność do nadinterpretacji bodźców i tajone talenty parapsychiczne – i już mamy mieszankę wybuchową.

Dom, który wita ją i resztę gości spełnia wszystkie warunki ku temu, aby nazwać go „niesamowitym”. Kąty ścian i podłóg zdradzają wypaczenia (jeśli się im dłużej przyjrzeć), korytarze zmieniają swą długość (jeśli się im dłużej przyjrzeć), wszystkie przedmioty i ich wzajemne relacje okazują się jakąś dziwną karykaturą rzeczywistości (jeśli się im dłużej przyjrzeć). Jest to klasyczny przykład tego, co Freud i Jentsch nazywali „niesamowitością” – „Das Unheimliche”, czyli wrażenia obcości i nienaturalności w tym, co powinno być nam dobrze znane. Osoba z wypaczoną percepcją i zdolnościami medium trafia do wypaczonego miejsca. I teraz pojawia się pytanie, które przychodzi na myśl każdemu czytającemu powieść: czy niesamowitość domu jest jego cechą własną, czy nadinterpretacją Eleanor? Czy tajemnicze zjawiska w domu to emanacja zła w nim zagnieżdżonego i mimowolne i nieuświadamiane działanie nadnaturalnych zdolności głównej bohaterki?

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Nie może jej być – relacja, którą otrzymujemy przefiltrowana jest przez Eleanor i wyłożona jej językiem. Bohaterka widzi w każdym elemencie otaczającego świata przede wszystkim samą siebie – nie ufamy jej zatem. Na koniec warto zastanowić się nad tym, czego dom chce od Eleanor, czego od niej oczekuje, co jej sugeruje. Bohaterowie w pewnym momencie znajdują wielki napis na ścianie, do którego nikt z uczestników się nie przyznaje – „Pomóżcie Eleanor wrócić do domu”. Niezależnie od tego czy powstał on w wyniku prawdziwego nawiedzenia, czy zrobiła go sama Eleanor a następnie wyparła – wyraźnie wskazuje, że główna bohaterka poszukuje jakiejś stabilizacji, chce rzucić kotwicę, którą wyrwała śmierć jej matki. Chce mieć dom. Słowo unheimlich, jako negacja heimlich (czyli czegoś początkowo domowego, dobrze znanego a ostatecznie skrywanego przed światem zewnętrznym, jako coś tajemnego i zbiorowo wypartego), oznacza coś "nie-domowego", powracającego z szczelnie zamkniętych zakamarków jaźni - a więc budzącego grozę i naruszającego nasz domowy mir. Czy oznacza to, że Eleanor musi uciekać z niesamowitego domu, aby znaleźć spokój gdzie indziej? Czy może wręcz przeciwnie - skoro ona sama charakteryzuje się wyraźną „niesamowitością” w stosunku do reszty tymczasowych mieszkańców, to może trafiła w końcu tam, gdzie powinna? Może tylko musi przekroczyć pewną dodatkową granicę i w końcu odnajdzie ukojenie? Tekst, którym zaczyna się i kończy ta powieść i który niczym klamra spina dwa luźne końce wydaje się najwłaściwszą drogą do zrozumienia tej historii.

Polecam bardzo mocno.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
935 172 2974
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (104)

Ulubieni autorzy (37)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (1)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd