Marcin Knyszyński 
plejbekpisze.blogspot.com
39 lat, mężczyzna, Toruń, status: Czytelnik, ostatnio widziany 2 godziny temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-13 14:07:31
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Ciemność – Niemożliwa tresura

Planeta Mrok jest kolejną wersją Conradowskiego Konga (albo wietnamsko-kambodżańskiej dżungli Coppoli). Podobnie jak w „Czasie apokalipsy” jest ona „wielkim niczym”, miejscem o które biją się futurystyczni Sowieci, Jankesi, Japońcy i Szwaby. Druga wojna światowa przeniosła się w kosmos i toczy się już tylko bezwładnością propagandy – skoro już tu dotarliśmy to...
Ciemność – Niemożliwa tresura

Planeta Mrok jest kolejną wersją Conradowskiego Konga (albo wietnamsko-kambodżańskiej dżungli Coppoli). Podobnie jak w „Czasie apokalipsy” jest ona „wielkim niczym”, miejscem o które biją się futurystyczni Sowieci, Jankesi, Japońcy i Szwaby. Druga wojna światowa przeniosła się w kosmos i toczy się już tylko bezwładnością propagandy – skoro już tu dotarliśmy to nie możemy się wycofać bo oznaczałoby utratę twarzy. Mrok to planeta, której obcość o kilka rzędów przekracza afrykańską dżunglę z „Jądra ciemności”. Młody świat, przepełniony życiem w miliardach odmian fauny i flory, których istnienie jawnie przeczy teorii ewolucji, miejsce gdzie „na jednym kilometrze kwadratowym znajdziesz więcej gatunków niż w całej Eurazji”. Mrok to „przerost życia ponad logikę, estetykę i konieczność”.

Specyficznym miejscem na Mroku jest sporny obszar, o który walczą wszystkie cztery siły – tak zwane Piekło. To dzicz absolutna, niezbadana, miejsce gdzie natura uruchamia swoje najbardziej zwyrodniałe (albo doskonałe) programy „komputerowe”, gdzie geny tasują się nieustannie i gdzie życie eksploduje co chwila najbardziej nieludzkimi kształtami. Piekło, to jedno „wielkie nic”, rzecz niepotrzebna wielkim narodom, ale „skoro nie jest moje, to już na pewno nie będzie twoje”. To w Piekle ukrywa się niejaki Leszczyński, któremu udało się przeżyć już całe miesiące mimo braku pożywienia (fauna i flora Mroku jest całkowicie niejadalna). Dodatkowo, wbrew logice i fizyce, śle on w eter złowróżbne komunikaty, siejąc strach i podkopując morale. Na jego poszukiwania wyrusza Erde, wysłannik nazistowskiej armii stacjonującej na planecie.

I tak zaczyna się kolejna podróż do jądra ciemności. O ile Conrad i Coppola wysyłali swoich bohaterów głównie w mrok ludzkiej duszy, a ciemność opanowywała psychikę bohaterów, o tyle Dukaj stawia mocno na aspekt fizykalny. Gdy Erde parł ku źródłu koszmaru, ku królestwu Diabła, zauważył, że dzikość otaczającego go świata wciska się na siłę do ciała i umysłu. Dosłownie, zawija cię w kokon. A gdy już dociera na miejsce, doświadcza rzeczy jeszcze straszliwszych niż Marlow i Willard. Poznaje tam kolejną wariację Prawdy o Człowieku, o złudzeniu w którym żyjemy, poznaje jakie są „prawa gwiazd niestałych”. Leszczyński to taki Kurtz, który po zetknięciu się z absolutnym mrokiem, absolutnym „nic” wedle ludzkich kategorii, nie uległ mu ani nie próbował się z nim zaprzyjaźnić – postanowił przerobić je na własną modłę i zniewolić. Ale „nic” nienawidzi kajdan, nienawidzi formy – człowiek podejmujący próbę antropomorfizacji ciemności i przyczajonych w niej, dążących do optymalizacji, nieprzeniknionych algorytmów, skazany jest na porażkę.

Leszczyński bardziej przypomina pułkownika amerykańskiej armii, niż kapitana parowca. Dukaj odwraca jednak schemat Coppoli. U Coppoli mamy mroczną prawdę o ludzkiej duszy i chęć uczynienia ciemności podstawowym budulcem człowieczego wnętrza. U Dukaja mamy mroczną prawdę o ludzkiej fizyczności i chęć narzucenia ciemności człowieczego zewnętrza. Obie prawdy demaskują największe kłamstwa ludzkości. Obie chęci prowadzą do porażającej konstatacji: „Horror! Horror! Horror!”

Tekst pochodzi z:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/12/serce-mroku.html

pokaż więcej

 
2018-12-13 11:30:26
Ma nowego znajomego: Kuba Sworowski
 
2018-12-13 08:37:06
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Nieunikniona uległość

„Jądro ciemności” Josepha Conrada jest dziełem niesłychanie trudnym. I nie chodzi tu wcale o język, choć ten jest skomplikowany, złożony i wymagający skupienia. Trudna jest warstwa metaforyczna, symboliczna i cały ten dyskurs Conrada z Europejczykiem końca dziewiętnastego wieku, dumnym z własnej „europejskości” i cywilizacji. A właściwie nie tyle z Europejczykiem, co po...
Nieunikniona uległość

„Jądro ciemności” Josepha Conrada jest dziełem niesłychanie trudnym. I nie chodzi tu wcale o język, choć ten jest skomplikowany, złożony i wymagający skupienia. Trudna jest warstwa metaforyczna, symboliczna i cały ten dyskurs Conrada z Europejczykiem końca dziewiętnastego wieku, dumnym z własnej „europejskości” i cywilizacji. A właściwie nie tyle z Europejczykiem, co po prostu z człowiekiem.

Analizować dogłębnie dzieła Conrada nie będę, bo popadłbym w śmieszność. Chcę tylko zwrócić uwagę na kilka spraw i być może namówić kogoś, kto nie zna, do przeczytania. W tym przypadku bowiem, nie jest przesadą stwierdzenie, że jest to rzecz, którą znać trzeba. Zwłaszcza, jeśli chce się w sensowny sposób wypowiadać o współczesnej literaturze (w tym fantastycznej), czy kulturze (popkulturze) w ogóle. Nawiązania i trawestacje „Jądra ciemności” znajdziemy w bardzo wielu utworach. Najoczywistszy i zawsze pierwszy w kolejce jest film „Czas apokalipsy”, potem idzie dość wierna adaptacja Nicolasa Roega z 1993 roku, czy wspomniany przez prof. Czaplińskiego „Aguirre, gniew boży” Wernera Herzoga. Zadłużona jest też literatura fantastyczna – „Serce Mroku” Dukaja (a nawet Skoliodoi z „Innych pieśni” – choć sam Dukaj mówił w jednym wywiadzie o raczej nieuświadamianej inspiracji), „Brasyl” Iana McDonalda, „Blizna” Chiny Mieville’a – żeby ograniczyć się tylko do kilku tytułów.

Dobrze wiemy, że fabuła „Jądra…” została mocno zainspirowana prawdziwymi przeżyciami Josepha Conrada. W 1890 roku podróżował parowcem „Król Belgów” po Wolnym Państwie Kongo jako pracownik Belgijskiej Spółki Akcyjnej do Handlu z Górnym Kongiem. Okres pobytu w Afryce był dla Conrada przeżyciem traumatycznym i to nie z powodu najróżniejszych chorób i potwornego zmęczenia. Weźmiemy gigantyczny kraj w centrum Afryki o powierzchni dwóch milionów kilometrów kwadratowych, gdzie mieszka około dwadzieścia milionów mieszkańców. Przekażemy go na własność (na własność!) królowi Belgii, Leopoldowi II. Będzie to jego folwark, farma, plantacja z milionami niewolników. Zaprzęgniemy ich potem do katorżniczej, przymusowej pracy, bez wytchnienia, bez jedzenia, bez litości. Zamkniemy rodziny tychże niewolników w nieludzkich warunkach i będziemy mordować, jeśli ci przestaną wyrabiać normę. Gdy któryś nie będzie mógł już pracować z powodu głodu lub choroby to rzucimy go na stertę gnijących ciał, niech zdycha. A celem ich pracy ustanowimy pozyskanie kauczuku i kości słoniowej. Kauczuku, jakiejś cholernej gumy. Kości słoniowej, ciosów (kłów) słoni, rzeczy zupełnie bezwartościowej, bo przecież jej „wartość” to tylko wymysł naszej cywilizacji. Broszki i kolczyki można robić z kamieni, do diabła, z metalu i szkła także. I to wszystko zrobimy my, nowocześni, cywilizowani, światli, bazujący na całej kulturowej spuściźnie własnej przeszłości, biali Europejczycy. Zostawimy za sobą tysiące ton gnijącego słoniowego mięsa, niemożliwy do wyciszenia ryk cierpienia całej populacji kraju oraz miliony trupów rdzennych mieszkańców Konga. Miliony. Trupów. Dla gumy i małych, kościanych figurek. Wyobrażacie to sobie? „Jądro ciemności” powstało w wyniku prawdziwego doświadczenia tego, co my z trudem musimy sobie właśnie wyobrażać. Ale nie jest tylko krytyką europejskiego kolonializmu.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/12/jadro-ciemnosci.html

pokaż więcej

 
2018-12-01 21:03:34
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Plaga żab (tom 3) | Seria: BBPO

Komu ufasz?

W drugim tomie „Plagi żab” wielki lovecraftowski potwór, „Katha Hem, który przyćmi Sadu Hema”, pozostawił po sobie gigantyczny krater, setki trupów i wyprowadził wojnę z żabami z podziemi wprost na światło słoneczne. Świat już wie, że szekspirowskie „rzeczy, które nie śniły się filozofom” naprawdę istnieją pod naszym niebem i na naszej ziemi. W trzecim tomie Biuro Badań...
Komu ufasz?

W drugim tomie „Plagi żab” wielki lovecraftowski potwór, „Katha Hem, który przyćmi Sadu Hema”, pozostawił po sobie gigantyczny krater, setki trupów i wyprowadził wojnę z żabami z podziemi wprost na światło słoneczne. Świat już wie, że szekspirowskie „rzeczy, które nie śniły się filozofom” naprawdę istnieją pod naszym niebem i na naszej ziemi. W trzecim tomie Biuro Badań Paranormalnych i Obrony dowiaduje się jednak, że to nie humanoidalne żaby sprowadzą na grupę największe zagrożenie, lecz tajemnice skrywane przez samych członków.

„B.B.P.O. Plaga żab. Tom 3” składa się z trzech pięcioodcinkowych historii. Za całość odpowiada stała już ekipa – scenariusze pisze John Arcudi, wspierany przez samego Mike’a Mignolę, a charakterystyczne, niepowtarzalne kadry rysuje Guy Davis. Plaga żab nadal trwa, jednak nie znajdziemy w tym tomie jakichś przełomowych wydarzeń z nią związanych. Właściwie, nie dzieje się nic w tym temacie, „żaby przycichły”, jak mówi jeden z członków Biura, i pewnie coś knują. Autorzy komiksu postanowili zatem mocno poszerzyć charakterystyki postaci i uchylić rąbków kilku nowych tajemnic. Dotyczy to nawet tego bohatera, który skończył w kawałkach pod koniec drugiego tomu – homunkulusa Rogera.

Część pierwsza, pod tytułem „Maszyna uniwersalna”, opowiada o uporczywych staraniach B.B.P.O. o przywrócenie Rogera do życia. Kate Corrigan udaje się do Ableben we Francji, gdzie u pewnego ekscentrycznego kolekcjonera, niejakiego Thierry’ego, znajdować się może starożytna księga „Flamma Reconditus”, zawierająca tajemną, alchemiczną wiedzę. Być może za jej pomocą uda się ożywić homunkulusa. Tymczasem w siedzibie B.B.P.O. członkowie grupy opowiadają sobie historie z własnej przeszłości – szczególnie interesująca wydaje się relacja kapitana Daimio oraz wspomnienia Abe’a Sapiena. Dowódca grupy przenosi nas do nawiedzonej boliwijskiej dżungli, gdzie dochodzi do makabrycznych wydarzeń. Człowiek-ryba natomiast nie mówi w sumie nic o sobie, ale jego opowieść pozwala w końcu obejrzeć Hellboya rysowanego przez Guya Davisa. Pojawia się tu też pierwsza wzmianka o jednej z nowych postaci – dziwacznym stworze z kanadyjskich lasów, wendigo o swojsko brzmiącym imieniu Darryl.

Abe Sapien jest kluczową postacią drugiej części – „Ogrodu dusz”. Wraz z kapitanem Daimio leci na Borneo, gdzie ma nadzieję dowiedzieć się wszystkiego o swojej przeszłości – wraz z nim poznają ją czytelnicy. Tymczasem Johan Krauss, podczas porządkowania najniższego, czwartego poziomu bazy B.B.P.O., znajduje szokujące materiały, które dodatkowo zwiększają napięcie w Biurze. W trzeciej części nieuchronnie dochodzi do jego rozładowania. „Ziemia śmierci” jest pełna akcji i zaskakujących rozwiązań fabularnych, a ostatnie kadry naprawdę wbijają w fotel. Po tych wydarzeniach już nic nie będzie takie samo.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/11/bbpo-plaga-zab-tom-3.html

pokaż więcej

 
2018-12-01 21:02:02
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Plaga żab (tom 2) | Seria: BBPO

Tu nic nie ujdzie płazem

W pierwszym tomie „BBPO. Plagi żab” doszło do dramatycznych wydarzeń. Biuro Badań Paranormalnych i Obrony zniszczyło co prawda jedno z miejsc „żabiego kultu”, ale daleko jeszcze do opanowania sytuacji. Straszliwe, humanoidalne ropuchy niczym szarańcza rozprzestrzeniają się po kraju a jedyną organizacją zdolną do powstrzymania tego kataklizmu jest B.B.P.O. Hellboy...
Tu nic nie ujdzie płazem

W pierwszym tomie „BBPO. Plagi żab” doszło do dramatycznych wydarzeń. Biuro Badań Paranormalnych i Obrony zniszczyło co prawda jedno z miejsc „żabiego kultu”, ale daleko jeszcze do opanowania sytuacji. Straszliwe, humanoidalne ropuchy niczym szarańcza rozprzestrzeniają się po kraju a jedyną organizacją zdolną do powstrzymania tego kataklizmu jest B.B.P.O. Hellboy nadal nie daje znaku życia. Abe Sapien również. Drugi tom cyklu w bardzo efektowny i brawurowy sposób rozbudowuje uniwersum Mike’a Mignoli.


Znowu otrzymujemy trzy duże historie zamknięte w jednym tomie. „Zmarli” przenoszą B.B.P.O. z Fairfield w Connecticut do Kolorado, gdzie znajduje się nowa baza organizacji. Gigantyczny, nowoczesny kompleks budynków, koszar i laboratoriów, zbudowany na zboczu góry, staje się nowym domem Biura. Żaby powoli, lecz nieprzerwanie prą na zachód kraju, a B.B.P.O. co chwila znajduje ich kolejne gniazda i kładzie pokotem odradzające się nieustannie zastępy. Tymczasem największe zagrożenie przychodzi niespodziewanie z miejsca ulokowanego tuż pod nosem drużyny – coś dziwnego czuć w powietrzu krążącym po nowym domu.

Część druga, zatytułowana „Wojna z żabami”, to zestaw pojedynczych odcinków, obrazków z frontu. Każdy z epizodów skupia się na wybranej postaci z Biura i każdy rysowany jest przez innego twórcę. Abe Sapien pomaga grupie żołnierzy wydostać się z podziemi (świetne nawiązanie do filmu „Aliens” Jamesa Camerona), Liz Sherman trafia do gigantycznego gniazda żab, Roger mierzy się z przeszłością drużyny i zadaje sobie poważne pytania o sens wojny, natomiast Johann Krauss odbywa mistyczną podróż na krawędź wszechświata. I wreszcie część trzecia, „Czarny płomień”, przedstawiająca człowieka ogarniętego manią wielkości. Pan Pope, prezes korporacji Zinco, która porywa żaby i przeprowadza na nich potworne eksperymenty, jest opętany żądzą władzy. Postanawia on, za pomocą nowoczesnej nauki, przejąć kontrolę nad płazami i zostać władcą świata. I to w tej właśnie historii plaga żab staje się wydarzeniem o skali globalnej. To nie są już tylko pojedyncze potyczki B.B.P.O. z kryjącymi się gdzieś po krzakach zielonymi potworami. Żaby wychodzą na światło dzienne, cały świat już wie, że stoi na krawędzi zagłady.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/08/bbpo-plaga-zab-tom-2.html

pokaż więcej

 
2018-12-01 20:59:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Plaga żab (tom 1) | Seria: BBPO

„Ghostbusters” na poważnie

Mike Mignola, jeszcze zanim stworzył postać Hellboya, planował napisać całą serię komiksów o grupie bohaterów walczących z paranormalnymi zagrożeniami. Pomysł jednak upadł, robota nie szła – Mignola czuł, że nie tędy droga. Ostatecznie powstał komiks, w którym to czerwony diabeł gra pierwsze skrzypce, a grupa towarzyszących mu bohaterów zajęła drugi plan, przyjęła...
„Ghostbusters” na poważnie

Mike Mignola, jeszcze zanim stworzył postać Hellboya, planował napisać całą serię komiksów o grupie bohaterów walczących z paranormalnymi zagrożeniami. Pomysł jednak upadł, robota nie szła – Mignola czuł, że nie tędy droga. Ostatecznie powstał komiks, w którym to czerwony diabeł gra pierwsze skrzypce, a grupa towarzyszących mu bohaterów zajęła drugi plan, przyjęła rolę czegoś w rodzaju ekipy sidekicków. Biuro Badań Paranormalnych i Obrony, bo o tej organizacji mowa, dostało swoją drugą szansę w 2001 roku, kiedy autor postanowił wrócić do oryginalnego pomysłu. Jak wyszło?

Hellboy przeżył prawdziwą traumę w historii „Zdobywca Czerw”, którą mogliśmy przeczytać w trzecim zbiorczym tomie jego przygód. Opuszczenie przez niego B.B.P.O. było prawie jak porzucenie dzieci przez opiekuna – prawdziwe stało się tu porzekadło mówiące o tym, że doceniamy pewne rzeczy dopiero po tym, kiedy j je utracimy. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. W styczniu 2002 roku ukazuje się pierwszy odcinek serii „B.B.P.O.” zatytułowany „Nawiedzona ziemia”, którego scenariusz napisał Mike Mignola, a kadry narysował Ryan Sook. Nowo powstała seria miała być w zamierzeniu pewnym eksperymentem, bez jakiegoś długofalowego planu. Mignola i Scott Allie (redaktor w wydawnictwie Dark Horse Comics) postanowili po prostu sprawdzić, czy da się napisać historię w świecie Hellboya bez Hellboya. Udało się. Seria przyciągnęła wielu młodych twórców, fanów komiksu, który istniał już na rynku od ośmiu lat. Mike Mignola odsunął się z czasem od serii, oddając się całkowicie historii piekielnego chłopca. Tymczasem spin-off przetrwał, rozwinął się i ma się znakomicie.

Kim są członkowie B.B.P.O.? Abe Sapien to rybopodobny humanoid, zdolny do życia zarówno w wodzie, jak na ziemi (zgadnijcie, kim inspirował się Guillermo del Toro, tworząc „Kształt wody”?); homunkulus Roger jest golemem powołanym do życia przez magię; Liz Sherman włada ogniem; Johann Krauss to medium pozbawione fizycznego ciała; i w końcu doktor Kate Corrigan, czyli specjalistka od okultyzmu. Nie da się nie zauważyć, że po odejściu Hellboya to Abe Sapien gra pierwsze skrzypce w B.B.P.O, choć nie jest aż tak wyraźnie eksponowaną postacią. Mignola przedstawia w pierwszym tomie zalążki originów każdego z bohaterów, wyraźnie sugerując, że nie może dla dobra opowieści odkryć wszystkich kart od razu – zwłaszcza hipnotyzująca podróż we wspomnienia Abe’a Sapiena obiecuje dużo, jeśli chodzi o dalsze losy B.B.P.O.

Pierwszy tom „Plagi żab” składa się z trzech części. Dwie początkowe to osiem pojedynczych, niepowiązanych fabularnie one-shotów narysowanych przez różnych twórców. Ruszamy na ratunek Liz Sherman, która znika w tajemniczych okolicznościach za Uralem; rozwiązujemy zagadkę nawiedzonego statku lub pociągu; grzebiemy w historii polowań na czarownice lub sprawdzamy dlaczego woda w Wenecji „krzyczy z bólu”. Bardzo specyficznym i wywołującym mieszane uczucia odcinkiem okazało się „Coś jest pod moim łóżkiem” – przywodzi na myśl takie filmy jak „Toy Story” czy „Potwory i spółka”, ale ostatecznie uznaję go za jeden ze słabszych epizodów. Warto wspomnieć też pojawiającą się postać Homara Johnsona, którego znamy już z komiksów o Hellboyu – możemy zobaczyć, jak Ameryka walczyła z potworami zanim profesor Trevor Bruttenholm powołał Biuro Badań Paranormalnych i Obrony.

Ciąg dalszy:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/07/bbpo-plaga-zab-tom-1.html

pokaż więcej

 
2018-12-01 20:55:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Kaznodzieja [HC] (tom 5) | Seria: Klub Świata Komiksu

Amerykański mit

Pod koniec czwartego tomu „Kaznodziei” Jesse Custer leżał na ziemi, znokautowany bardzo mocnym życiowym ciosem. Na początku tomu piątego zastajemy go stojącego na jakimś molo – fale się kłębią, niebo się chmurzy, wiatr wieje, a wierny pies waruje przy nodze. „Czasami bywa tak, że po prostu kończy ci się Ameryka” – mówi do niego Jesse, a my widzimy, że nie jest mu wcale wesoło....
Amerykański mit

Pod koniec czwartego tomu „Kaznodziei” Jesse Custer leżał na ziemi, znokautowany bardzo mocnym życiowym ciosem. Na początku tomu piątego zastajemy go stojącego na jakimś molo – fale się kłębią, niebo się chmurzy, wiatr wieje, a wierny pies waruje przy nodze. „Czasami bywa tak, że po prostu kończy ci się Ameryka” – mówi do niego Jesse, a my widzimy, że nie jest mu wcale wesoło. Co znaczą te słowa? W jaką kabałę wplątał się kaznodzieja, który postanowił znaleźć samego Boga i zadać mu kilka trudnych pytań? Co się znowu stało?

Sześć miesięcy przed tą sceną, a krótko po opuszczeniu Cassidy’ego i Tulip, Jesse dociera do prowincjonalnego miasteczka gdzieś w Teksasie. Salvation jest mieściną prosto z popkulturowych wyobrażeń amerykańskiego południa. Mały bar, biuro szeryfa, kilka domków i wielka przetwórnia mięsa tuż za miastem. Jej właściciel, pan Quincannon, karykaturalna kopia „Cegłówki” z „Przekrętu” Guya Ritchiego, trzęsie całą okolicą i opłaca szeryfa. Dzięki temu jego ludzie mogą po robocie bezkarnie rozrabiać w miasteczku a on sam zatruwa pobliską rzekę odpadami z fabryki. A dodatkowo chroni go pani adwokat, nazistka lubiąca przebierać się w czarną skórę nabijaną ćwiekami i spędzać czas w garderobie obwieszonej pejczami i portretami Hitlera.

Zrozpaczony, przybity i mający żal do całego świata Jesse postanawia pomóc mieszkańcom Salvation – przypina gwiazdę szeryfa i daje wyraźnie znać Quincannonowi, że sprawy od dziś wyglądają inaczej. Pamiętacie serial „Banshee”, nie tak dawno emitowany w telewizji? To dokładnie taka sama estetyka (podobne są też nawet pewne elementy fabularne), pociągnięta do granic umowności i karykatury poprzez możliwości, jakie daje komiks. Kaznodzieja widzi w Salvation swoje zbawienie – jakby trafił do miejsca o takiej nazwie nieprzypadkowo. Chce dać drugą szansę Ameryce, która, jak pamiętamy z poprzedniego tomu, rzadko kiedy sama komukolwiek taką oferuje. Salvation to jedno z tych malutkich miasteczek, które niczym magnes przyciągają ludzi w nim urodzonych przez całe ich życie. Grawitacja jest tak potężna, że szansę na wyrwanie się z niej istnieją tylko przed mniej więcej dwudziestym piątym rokiem życia. Jeśli nie uciekniesz do tej pory, to pozostaniesz już na zawsze. I wtedy musisz nauczyć się żyć według praw takiego miejsca, musisz nauczyć się szybko odwracać wzrok w odpowiednich momentach.

Jesse tego nie potrafi. Nigdy się nie nauczy, ponieważ jego całe życie okazuje się westernem, takim spod znaku Clinta Eastwooda. Sprawiedliwość za wszelką cenę, poczucie obowiązku pomocy słabszym, zaprowadzanie ładu brutalną siłą, zero jeńców. Piąty tom „Kaznodziei” jest westernem od początku do końca, nawet już po tym jak opuścimy Salvation. Wedle słów jednej z mieszkanek Jesse powinien, wedle prawideł gatunku, wypędzić drani, zakochać się w miejscowej piękności i zyskać oddane grono przyjaciół. Ważne jest jednak to, aby pamiętał, że nie ma co zbawiać świata, nie ma co porywać się na przegrane z góry sprawy. Wystarczy, że dopilnuje, aby nie było gorzej, niż jest. Idealizm Jessego zostaje wystawiony w Salvation na największą próbę jak do tej pory – Ameryka w końcu odpowiada mu na jego pytania o drugą szansę.

Ciąg dalszy:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/11/kaznodzieja-tom-piaty.html

pokaż więcej

 
2018-12-01 20:51:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Transmetropolitan (tom 5-6)

Nikt nie może zadrzeć z PRAWDĄ!

Gary Callahan, nazywany „Uśmiechniętym”, wygrał wybory prezydenckie i poprzysiągł zemstę Pająkowi Jeruzalemowi. Drugi tom „Transmetropolitan” kończy się zapowiedzią nieuniknionego starcia pomiędzy nowym najpotężniejszym obywatelem Stanów Zjednoczonych a zrozpaczonym i wściekłym dziennikarzem. Ludzie Ameryki przyszłości dokonali swego wyboru, zamienili zło...
Nikt nie może zadrzeć z PRAWDĄ!

Gary Callahan, nazywany „Uśmiechniętym”, wygrał wybory prezydenckie i poprzysiągł zemstę Pająkowi Jeruzalemowi. Drugi tom „Transmetropolitan” kończy się zapowiedzią nieuniknionego starcia pomiędzy nowym najpotężniejszym obywatelem Stanów Zjednoczonych a zrozpaczonym i wściekłym dziennikarzem. Ludzie Ameryki przyszłości dokonali swego wyboru, zamienili zło oswojone i tłumaczone pewnymi zasadami na zło cyniczne i nieograniczone zgoła niczym. Lepsze może i jest wrogiem dobrego, ale gorsze jest na pewno przyjacielem złego.

Pięcioczęściowa kolekcja zbiorczych wydań „Transmetropolitan” ma bardzo przejrzystą strukturę. Sześćdziesiąt odcinków serii podzielono na dwunastoczęściowe tomy – w przypadku najnowszego, trzeciego, jest dokładnie tak samo. Układ odcinków tego tomu to 2x (1+1+1+3) – mamy dwie tury trzech pojedynczych epizodów, przedstawionych w formie monologu, felietonu okraszonego obrazkami z życia Pająka, urywków programów telewizyjnych lub krótkich historyjek (na przykład zupełnie bez udziału Jeruzalema, tylko z „paskudnymi asystentkami” w rolach głównych) oraz dwie dłuższe, trzyczęściowe historie, które przywodzą na myśl rundy pojedynku bokserskiego. W pierwszej Pająk zalicza potężnego sierpowego i pada na ring. Gdy z trudem dochodzi do siebie i staje w końcu na nogi, przechodzi do zdecydowanego kontrataku w drugiej.

Mahatma Gandhi powiedział kiedyś, że „kto mówi, że nie obchodzi go polityka, jest jak tonący człowiek, który twierdzi, że nie obchodzi go otaczająca go woda”. Wyniki wyborów prezydenckich, potwierdzające tę maksymę, wzmagają u Pająka i tak już ogromną nienawiść do całego świata. Nikt, ale to nikt nie chce poznać PRAWDY, takiej pisanej właśnie dużymi literami. Nikogo nie obchodzi nic, co leży dalej niż czubek własnego nosa. Władzę to cieszy, bo to właśnie PRAWDY boi się ona najbardziej. Pająk Jeruzalem postanawia zatem realizować najważniejsze zadanie dziennikarza – ujawnienie owej PRAWDY i skierowanie na nią najmocniejszych jupiterów. Czy kwestionowanie wszystkiego, co słyszy z ust polityków, nie jest czasem pewną formą paranoi? Nie, ponieważ „paranoicy to ludzie, którzy znają już wszystkie fakty”.

Pająk próbuje dotrzeć do „Uśmiechniętego” poprzez jego ludzi. Wraz ze swoimi rozbrajającymi „paskudnymi asystentkami” wejdzie im do mieszkań, rozpuści fałszywe plotki, ukryje mikrofon w klozecie, nie da ani chwili spokoju. Doprowadza sztukę torturowania pytaniami do perfekcji – to jedyny sposób, aby wybrańcy ludu zdawali sobie sprawę z tego, że ponoszą odpowiedzialność za swoje działania. Dziennikarstwo w wydaniu Pająka nie może być obiektywne, ponieważ dysproporcja sił pomiędzy społeczeństwem a rządzącymi jest zbyt wielka. Siłę władz nasz bohater poznaje wyjątkowo mocno w środkowych odcinkach tomu – stracił czujność, dał się zmanipulować i wpadł w sidła precyzyjnie zastawionej przez „Uśmiechniętego” pułapki. Sprawa morderstwa członka jednej z mniejszości Miasta sprowadza na Pająka największe kłopoty w karierze.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/11/transmetropolitan-3.html

pokaż więcej

 
2018-12-01 20:50:08
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Transmetropolitan (tom 3-4)

Z nienawiści do wszystkiego

Warren Ellis powiedział kiedyś, że komiks to takie medium, które nie może służyć tylko rozrywce. Musi również wyrażać poglądy autora. Drugi tom „Transmetropolitan” jest tego wzorowym przykładem. Na pierwszy plan wysuwa się tu zagadnienie dziennikarstwa i polityki. Pająk Jeruzalem, główny bohater komiksu, pokazuje jakie powinny być podstawowe powinności dziennikarza...
Z nienawiści do wszystkiego

Warren Ellis powiedział kiedyś, że komiks to takie medium, które nie może służyć tylko rozrywce. Musi również wyrażać poglądy autora. Drugi tom „Transmetropolitan” jest tego wzorowym przykładem. Na pierwszy plan wysuwa się tu zagadnienie dziennikarstwa i polityki. Pająk Jeruzalem, główny bohater komiksu, pokazuje jakie powinny być podstawowe powinności dziennikarza oraz dowiaduje się, że „polityka jest jak opryszczka…”.

Kontrowersyjny, lekko szalony, wiecznie naćpany i nienawidzący świata dziennikarz, żyjący w cyberpunkowym świecie przyszłości, to centralna postać całej serii. Po dość luźno powiązanych ze sobą perypetiach z pierwszego tomu teraz wplątany zostaje w dużą historię, która stanowi oś fabuły kolejnej części serii. Pająk Jeruzalem nadal pracuje dla „Worda”, gazety, w której ma swoją stałą rubrykę. Właśnie zaczyna się kampania prezydencka i przeciwko obecnemu prezydentowi, nazywanemu „Bestią” będzie startował kandydat partii opozycyjnej. Pająk wie, że polityka śmierdzi – w końcu to właśnie książki o polityce i niechciana popularność, jaką mu przyniosły, zmusiły go do ucieczki w leśne ostępy, gdzie zastaliśmy go na samym początku pierwszego odcinka. Niestety redaktor naczelny wydaje mu jasne polecenie – ma pisać o prawyborach, które wyłonią oponenta Bestii.

Bestię poznaliśmy już w pierwszym tomie – to bezwzględny i podły człowiek, potworna karykatura typowego republikańskiego polityka. Kandydaci tak zwanej „partii opozycyjnej”, która wyraźnie przypomina Partię Demokratów w USA, to Gary Callahan i Bob Heller. Ten pierwszy, z przyklejonym do ust uśmiechem á la Joker, nazywany jest przez Pająka „Uśmiechniętym” – Jeruzalem widzi w nim jedynego człowieka mogącego zagrozić Bestii. Nagle jednak dochodzi do wewnątrzpartyjnego porozumienia, wedle którego Uśmiechnięty zostaje jedynym kandydatem. Dodatkowo mianuje on tajemniczego i podejrzanego polityka z kręgów Hellera na swojego potencjalnego wiceprezydenta. Pająk czuje smród, taki wręcz paraliżujący. A slogan Callahana, „wybierzcie mnie a was ocalę”, wymawiany z szerokim uśmiechem i pustką w oczach, powoduje ciarki na plecach.

Pająk robi to, co powinien robić każdy dziennikarz – mówi PRAWDĘ. Taką pisaną wielkimi literami, niewygodną dla władzy i, jak się okazuje, niewygodną dla ludzi. Społeczeństwo przyszłości przedstawione w komiksie ma wszystko gdzieś. Liczą się krótkotrwałe przyjemności, konsumpcjonizm i umiejętność szybkiego odwracania wzroku. Nie chcą PRAWDY Pająka i nie chcą myśleć – wolą żyć w kłamstwie i pozwolić innym myśleć za siebie. Pająk, jako dziennikarz demaskujący zgniliznę moralną polityków, mógłby mówić za tych wszystkich ludzi pozbawionych głosu i skrzywdzonych przez władzę – tylko że oni wcale tego głosu nie chcą odzyskać. I to właśnie powoduje, że w Pająku wzrasta jedyne uczucie, jakie żywi do wszystkich wokół – czysta nienawiść, spotęgowana dodatkowo świadomością, że nigdy nie będzie pasował do ogółu społeczeństwa. Już zawsze będzie samotny, sfrustrowany i wściekły, choć w głębi duszy współczujący tym wszystkim głupim baranom z klapkami na oczach.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/08/transmetropolitan-tom-2.html

pokaż więcej

 
2018-12-01 20:48:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Transmetropolitan (tom 1-2)

Gonzo przyszłości!

Myślicie, że „Kaznodzieja” jest komiksem obrazoburczym, epatującym przemocą, wulgaryzmami i trochę przejaskrawioną wizją świata? No to mam dla was rzecz jeszcze bardziej kontrowersyjną. Pierwszy tom zbiorczego wydania „Transmetropolitan” Warrena Ellisa i Daricka Robertsona zabiera nas w szaloną podróż do Miasta przyszłości, gdzie królują narkotyki i zbrodnia, a szacunek dla...
Gonzo przyszłości!

Myślicie, że „Kaznodzieja” jest komiksem obrazoburczym, epatującym przemocą, wulgaryzmami i trochę przejaskrawioną wizją świata? No to mam dla was rzecz jeszcze bardziej kontrowersyjną. Pierwszy tom zbiorczego wydania „Transmetropolitan” Warrena Ellisa i Daricka Robertsona zabiera nas w szaloną podróż do Miasta przyszłości, gdzie królują narkotyki i zbrodnia, a szacunek dla drugiego człowieka nie istnieje. Poznajcie Pająka Jeruzalema, ćpuna, degenerata, dziennikarza i antybohatera, którego nie sposób zapomnieć. Tak samo jak nie sposób zapomnieć pewnego kulturowego i kultowego zjawiska sprzed półwiecza, jakim było gonzo – dziennikarstwo pewnego szalonego Amerykanina, Huntera S. Thompsona.

Thompson pisał artykuły o ówczesnym amerykańskim społeczeństwie, tkwiąc zawsze w środku omawianych wydarzeń i nierzadko aktywnie w nich uczestnicząc. Pisane były dosadnym, wulgarnym językiem, z ekstremalnie subiektywnym komentarzem obserwowanych zdarzeń oraz często (prawie zawsze) pod wpływem środków odurzających. Trafiały do redakcji przeważnie w ostatniej chwili przed oddaniem numeru do druku, czyli bez szans na redakcję. Pająk Jeruzalem, sławny na cały świat autor dwóch kontrowersyjnych książek o polityce, robi dokładnie to samo. Poznajemy go w momencie, gdy tkwi w swojej pustelni w górach, do której uciekł od świata, fanów, zgiełku, kultury i znienawidzonej rzeczywistości. Ale rzeczywistość upomina się o Pająka – wydawca, który zlecił mu przed pięcioma laty napisanie dwóch kolejnych książek i zapłacił mu za to kupę kasy z góry, chce odebrać swoje zamówienie. Pająk, który forsę przepił, przepalił i przepuścił w najróżniejsze sposoby przez swój organizm, musi wracać do Miasta, bo potrafi pracować tylko w bezpośrednim kontakcie z rzeczywistością, którą opisuje.

A cóż to za rzeczywistość! Miasto, które przedstawiają nam autorzy komiksu, to futurystyczna Sodoma i Gomora. Każdy metr kwadratowy powierzchni budynków zajęty jest przez telebimy, reklamy, billboardy i neony. Cyberpunkowe społeczeństwo Miasta jest oczywiście „post-” i „trans-” jak tylko się da – możesz tu być rozumną chmurą złożoną z nanobotów, gadającym psem zatrudnionym w policji, człowiekiem z genomem pozyskanym od obcej cywilizacji, głową w słoju lub bezpłciowcem. Wszyscy są uzależnieni – od narkotyków, adrenaliny, papierosów, alkoholu, mediów, informacji, pędu, rywalizacji, cielesnych modyfikacji, od samego uczucia bycia uzależnionym. Pająk pali papierosa na każdym obrazku – podejrzewam, że pali też przez sen. Do tego, aby w ogóle funkcjonować w znienawidzonym Mieście, potrzebuje wazopresyny, czystej kofeiny, dopalaczy, ginkgo biloba, guarany i wszystkiego innego co wspomaga umysł i zostało kiedykolwiek wymyślone przez ludzką cywilizację. Kurczę, tutaj nawet automaty kuchenne jadą na prochach (a dokładniej na halucynogenach)!

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/07/transmetropolitan-tom-1.html

pokaż więcej

 
2018-12-01 20:44:27
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Poza limes

W lipcu tego roku Wydawnictwo IX wznowiło powieść „Ciemna strona księżyca” Grzegorza Gajka. Autor w przedmowie przybliża proces jej powstawania – okazuje się, że wylądowała na jakiś czas w szufladzie i to nie ona stała się jego wydawniczym debiutem. Wspomina o tym, jak w trakcie budowania świata powieści i zarysowywania fabuły, pisał dodatkowe opowiadania o jej bohaterach – zostały...
Poza limes

W lipcu tego roku Wydawnictwo IX wznowiło powieść „Ciemna strona księżyca” Grzegorza Gajka. Autor w przedmowie przybliża proces jej powstawania – okazuje się, że wylądowała na jakiś czas w szufladzie i to nie ona stała się jego wydawniczym debiutem. Wspomina o tym, jak w trakcie budowania świata powieści i zarysowywania fabuły, pisał dodatkowe opowiadania o jej bohaterach – zostały one dołączone do najnowszego wydania. Mocno pogłębiają one charakterystyki bohaterów oraz ich motywacje, a dodatkowo, co najważniejsze, rzucają dodatkowe światło na fabułę – a zdawać się ona może, zwłaszcza po zbyt pobieżnym czytaniu, nieco enigmatyczna.

„Ciemna strona księżyca” to science fiction z elementami grozy, czyli rodzaj literatury rzadko obecnie spotykany na polskim rynku. Rzecz dzieje się „na krańcu poznanego wszechświata”, w układzie planetarnym Empireum. Ostatnia planeta układu, gazowy gigant o tej samej nazwie, uważana jest za najbardziej przerażające i niepojęte miejsce w całym kosmosie. W jej atmosferze dochodzi do niebywałych anomalii nazywanych Aniołami Kartezjusza a wokół globu rozciąga się tak zwana „strefa ciszy”, gdzie nie działa żadna elektronika. Statki kosmiczne, które nieopatrznie wlatują do owej strefy, znikają, aby pojawić się znienacka po kilku dniach lub tygodniach z ludźmi-warzywami na pokładzie – bełkoczącymi i robiącymi pod siebie. „Limes”, stacja kosmiczna orbitująca wokół księżyca Empireum wejdzie niedługo w ową „strefę ciszy”. Większość jej mieszkańców została już ewakuowana, a ci którzy pozostali, czekają na czteroosobową ekspedycję z Ziemi. Celem wyprawy jest wyjaśnienie zagadki planety.

Pierwszym badaczem jest, wyrastający na głównego bohatera powieści, Iulius Decymber, inkwizytor wysłany przez Kościół. „Empireum” oznacza przecież w grece siedzibę Bogów, miejsce pełne ognia i światła – być może tam Iulius znajdzie odpowiedzi na pytania ostateczne. Problemem jest jednak to, że inkwizytor już dawno utracił swoją wiarę. Drugim członkiem ekipy jest Kris Kord, pułkownik armii w stanie spoczynku, zmagający się z niewyobrażalnymi traumami przeszłości. Jest też Brena Tiers, pani naukowiec, lustrzane odbicie Iuliusa, osoba, która paradoksalnie jest najbardziej otwarta na nadnaturalne tłumaczenia tajemnic planety. I wreszcie Ionas Atawafis, poeta, który był już kiedyś w pobliżu Empireum i doświadczył jego wpływu. Każdy z bohaterów jest inny, każdy inaczej podchodzi do celu podróży, każdy zadaje inne pytania i ostatecznie, każdy znajduje zupełnie inne odpowiedzi.

Fabuła przywodzi oczywiście na myśl „Hyperiona” Dana Simmonsa. Czwórka pielgrzymów rusza na spotkanie z Nieznanym, opowiadając historie ze swojej przeszłości. Trzeba jednak zauważyć, że „Ciemna strona księżyca” o wiele bardziej przypomina to, co pisał najważniejszy polski twórca science fiction – Stanisław Lem. Grzegorz Gajek nie kryje fascynacji i tego, że inspirował się twórczością autora „Fiaska”, jednak nie jest w żadnym wypadku jego epigonem. Udało mu się zrobić rzecz na pierwszy rzut oka karkołomną – wszedł bowiem w polemikę z pewnymi ideami Lema, przeciwstawiając jego ściśle materialistycznemu podejściu do tematów poznania, swoją mistyczną, oderwaną od naukowej metody, alternatywę. W „Edenie” Lem wysłał na obcą planetę naukowców, gdzie spotkali owo Nieznane – jedyną uniwersalną i wspólną platformą porozumienia dla wszystkich istot wszechświata była nauka. W powieści „Solaris”, której echa przenikają „Ciemną stronę księżyca” nieustannie, człowiek ponosi całkowitą porażkę, przykładając swą antropocentryczną, racjonalną, naukowo stanowioną miarę do istoty rzeczy. Resztki Edenowego optymizmu wyparowały.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/11/ciemna-strona-ksiezyca.html

pokaż więcej

 
2018-12-01 20:41:40
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Piekło na pełny regulator

W „Zaginionej autostradzie” Davida Lyncha ktoś podrzuca bohaterom kasety video, na których mogą zobaczyć wnętrze ich własnego domu. Ktoś naruszył ich domowy mir, ktoś wszedł z butami w ich prywatność. Te, przybrudzone śniegiem białego szumu, nagrania były punktem zwrotnym fabuły, pęknięciem na granicy pomiędzy światem realnym i wyimaginowanym. Podobna rzecz dzieje...
Piekło na pełny regulator

W „Zaginionej autostradzie” Davida Lyncha ktoś podrzuca bohaterom kasety video, na których mogą zobaczyć wnętrze ich własnego domu. Ktoś naruszył ich domowy mir, ktoś wszedł z butami w ich prywatność. Te, przybrudzone śniegiem białego szumu, nagrania były punktem zwrotnym fabuły, pęknięciem na granicy pomiędzy światem realnym i wyimaginowanym. Podobna rzecz dzieje się w powieści Dawida Kaina, wydanej właśnie przez Wydawnictwo IX. „Oczy pełne szumu” to mocno zredagowana, poprawiona i rozszerzona wersja książki „Prawy, lewy, złamany”, która pojawiła się na rynku już jedenaście lat temu.

Kraków, ponura dzielnica z budynkami wybudowanymi w czasach PRL-u, przesiąknięte smogiem, smutne i nudne blokowisko. „Szklana pogoda”, bijąca z okien każdego popołudnia i wieczora, nie jest wymuszona żadną zewnętrznie stanowioną godziną policyjną – to zmęczeni rzeczywistością i samymi sobą ludzie ochoczo przykuwają się do telewizorów. Już na początku poznajemy czwórkę głównych bohaterów powieści. Anka, osuwająca się w depresję po rozstaniu z chłopakiem, ciągle zła na cały świat studentka filozofii. Paweł, ochroniarz z pobliskiej dyskoteki, mały człowieczek w kostiumie cwaniaka, podkochujący się w Ance. Andrzej, nastolatek żyjący od lufki do jointa i od pały z matmy do pały z polaka. I w końcu Olek, dziennikarz muzyczny, były Anki, który nie wytrzymał jej zaborczości, a teraz nie wytrzymuje ignorancji swojego szefa, nieznającego się na muzyce.

Paweł i Anka odkrywają, że na kanale numer dwadzieścia trzy lokalnej kablówki lecą relacje z życia mieszkańców osiedla – również ich samych. Wszystko live, na zasadzie ukrytej kamery, której nigdzie nie mogą znaleźć. Z czasem programy stają się coraz bardziej psychodeliczne, hipnotyzujące i przerażające. Andrzej, zamiast uczyć się do sprawdzianu z bioli, zalicza prawdziwy „bad trip” po skunie – i co najgorsze, przerażające wrażenie fałszu otaczającej go rzeczywistości trwa nadal, nawet gdy środki psychoaktywne przestają działać. Olek trafia na trop tajemniczej rockowej kapeli o nazwie „Statyści”, której muzyka dosłownie zmienia jego postrzeganie świata. Dawid Kain przeplatając wątki wszystkich bohaterów, snuje opowieść o zawieszeniu między światami, o próbach wyzwolenia się z piekła, które wyje na pełny regulator.

Czcij kablówkę swoją! Telewizor w powieści Dawida Kaina jest ołtarzem, złotym cielcem nowoczesnego świata. Zmęczeni i sfrustrowani ludzie leżą przed nim pokotem, przyjmując komunię z telewizyjnej papki, która, przeżuta i połknięta, zostaje często zwrócona nocą w postaci koszmarnych snów. Telewizja to odmóżdżający eskapizm, zaspokojenie niepohamowanego voyeuryzmu, upust dla żądz, które nigdy nie znajdą ujścia w prawdziwym świecie – to cały alternatywny, uzależniający świat. Ludzie uciekają od rzeczywistości, zawijają się w kokony, otorbiają się we własnych prywatnych wszechświatach – pojawiają się depresje, samotność, brak empatii, egoizm, intelektualna pustka. Z kończyn wyrastają sznurki, za które szarpie niewidzialna siła. A w środku każdego takiego kokonu, pozbawionego wentylu bezpieczeństwa, narasta frustracja, kipi wściekłość i żal – to więzienie bez drzwi i okien.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/11/oczy-pene-szumu.html

pokaż więcej

 
2018-12-01 20:37:38
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Świat jako miraż albo ludzie jak bogowie

„Oko na niebie” jest, jak to w słynnych „Bożych Inwazjach” napisał Lawrence Sutin, pierwszą powieścią Philipa K. Dicka, w której powątpiewa on w prawdziwość rzeczywistości. To pierwocina takich utworów jak (między innymi) „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”, „Labirynt śmierci” czy wreszcie „Ubik” – tekstów o wiele głębszych i bardziej dopracowanych. Od...
Świat jako miraż albo ludzie jak bogowie

„Oko na niebie” jest, jak to w słynnych „Bożych Inwazjach” napisał Lawrence Sutin, pierwszą powieścią Philipa K. Dicka, w której powątpiewa on w prawdziwość rzeczywistości. To pierwocina takich utworów jak (między innymi) „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”, „Labirynt śmierci” czy wreszcie „Ubik” – tekstów o wiele głębszych i bardziej dopracowanych. Od czegoś trzeba było jednak zacząć – Philip K. Dick już na początku wypalił z wielkiej armaty.

W bewatronie, wielkim akceleratorze protonów w Belmont, dochodzi do tragicznej w skutkach awarii. Ośmioro turystów spada z widokowej platformy wprost na dno akceleratora, gdzie na szczęście zostaje im szybko udzielona pomoc. Główny bohater powieści, Jack Hamilton, pracownik pobliskiej fabryki broni i jego żona budzą się w szpitalu. Szybko dochodzą do siebie – zbyt szybko. Oboje doświadczają dziwnego uczucia, że od momentu przebudzenia coś jest nie tak, coś się zmieniło w otaczającej ich rzeczywistości. Przypomina ona bardziej dekorację teatralną, niż prawdziwy świat i jak zauważa żona Jacka, Marsha: „Od czasu gdy odzyskałam przytomność, to coś zawsze wydaje się być tuż za mną. Mam przeczucie. Gdybym odwróciła się, zobaczyłabym, nie wiem co. Coś ukrywającego się. Coś okropnego”. Po powrocie bohaterów do domu błyskawicznie objawia się im groteskowość świata, w którym się znaleźli – dodatkowo ich życia podejrzanie mocno zostały w jednej chwili powiązane z życiami pozostałych sześciu uczestników wypadku. Jack Hamilton dociera do przerażającej prawdy: cała ósemka bohaterów nadal leży na dnie bewatronu, a to, czego doświadczają, jest rzeczywistością wytworzoną przez umysł jednego z nich. Jakimś niezrozumiałym sposobem wszyscy żyją w tej samej, narzuconej przez jedną osobę iluzji, wszyscy zasiedlają ten jeden wspólny, wyimaginowany kosmos, w którym subiektywnie odczuwane godziny i dni są tylko ułamkami sekund w rzeczywistym świecie. W świecie, gdzie nadal wyje syrena alarmowa, zaś ekipa ratunkowa dopiero poderwała się z miejsc.

Pozwolimy sobie teraz na małą dygresję. Marek Oramus w przedmowie ostatniego wydania Rebisu wspomniał, że taki bewatron istniał naprawdę – tyle, że w Berkeley, a nie w Belmont. Był to element wielkiego laboratorium naukowego, znajdującego się na terenie Uniwersytetu Berkeley, na którym uczył się sam Philip K. Dick. Nazwa miasta wywodzi się od George’a Berkeleya, anglikańskiego biskupa i filozofa, żyjącego w pierwszej połowie osiemnastego wieku. Berkeley twierdził, że świat materialny nie istnieje jako byt obiektywny a wszystko czego doświadczamy jest tylko całokształtem wrażeń zmysłowych doznającego podmiotu (człowieka). „Istnieć, znaczy być postrzeganym” – czyli drzewo upadające w puszczy nie wydaje żadnego dźwięku jeśli w pobliżu nie ma człowieka, który by ów dźwięk mógł odebrać. Ba, takie drzewo nie istnieje – chyba, że je właśnie zaobserwujemy. Wszystko jest subiektywnymi projekcjami ludzkich umysłów, nie ma nic obiektywnie istniejącego. Paradoks faktu, że elementy świata interpretowane są tak samo przez różnych ludzi oraz to, że istnieją w taki sam sposób (powracają z niebytu) ilekroć ponownie zwrócimy na nie uwagę, tłumaczył istnieniem jednej nadrzędnej jaźni, która dokonując stałej „obserwacji” świata podtrzymuje jego istnienie. Nietrudno się domyślić o jaką jaźń chodzi – Bóg śni nasz świat, a my jesteśmy elementami jego snu.

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/11/oko-na-niebie.html

pokaż więcej

 
2018-12-01 20:34:34
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

To była dziwna jesień...

16 października 1888 roku, dokładnie sto trzydzieści lat temu, George Lusk, przewodniczący Komitetu Czujności Dzielnicy Whitechapel w Londynie, dostał tajemniczy list, do którego dołączone było pudełko z zakonserwowanym kawałkiem ludzkiej nerki. List rozpoczynający się od słów „From Hell…”, jeden z setek, które dotarły tej dziwnej jesieni do Scotland Yardu i innych...
To była dziwna jesień...

16 października 1888 roku, dokładnie sto trzydzieści lat temu, George Lusk, przewodniczący Komitetu Czujności Dzielnicy Whitechapel w Londynie, dostał tajemniczy list, do którego dołączone było pudełko z zakonserwowanym kawałkiem ludzkiej nerki. List rozpoczynający się od słów „From Hell…”, jeden z setek, które dotarły tej dziwnej jesieni do Scotland Yardu i innych służb porządkowych Londynu, został po latach uznany za najpoważniejszego kandydata do listu od samego Kuby Rozpruwacza.

Jesienią 1988 roku stulecie koszmaru z Whitechapel oraz towarzyszące tej rocznicy intensywne napięcie i szum w popkulturze, prasie i mediach zainspirowały Alana Moore’a do opowiedzenia tej historii jeszcze raz, po swojemu. Zanim jednak przyjrzymy się efektom tej inspiracji, które przyjęły formę genialnej powieści graficznej, zatytułowanej tak samo jak słynny list, musimy zajrzeć na chwilę do piekła, które w 1888 roku zmaterializowało się w londyńskim East Endzie. Jedna z dzielnic tej części miasta, wspomniana już Whitechapel, pękała w szwach w wyniku napływu imigrantów. Miejsce to postrzegane przez resztę miasta jako współczesna Sodoma i Gomora, miejsce całkowitego upadku moralności, było centrum świata przestępczego, porachunków gangów, handlu alkoholem i narkotykami oraz prostytucji. Od kwietnia 1888 roku do lutego 1891 doszło tam do jedenastu brutalnych, makabrycznych morderstw prostytutek. Pięć z nich, nazwanych potem „kanoniczną piątką”, ze względu na wspólny modus operandi uznano za dzieło najsłynniejszego chyba seryjnego mordercy w historii – Kuby Rozpruwacza. Wszystkie ofiary były potwornie okaleczone, przy czym owe pięć, wedle opinii śledczych, musiały zginąć z ręki jednego człowieka. Głęboko podcięte gardła, rozprute brzuchy oraz amputowane z wręcz chirurgiczną precyzją narządy rozrodcze, nerki, serca i wątroby. Makabryczność i „efektowność” zbrodni wzrastała wraz z kolejną ofiarą.

Kuby Rozpruwacza nigdy nie złapano, zabójstwa ustały tak nagle jak się zaczęły, a tożsamość mordercy pozostaje nieznana do dziś. Podejrzanych było ponad stu, przesłuchano około dwa tysiące świadków, aresztowano i wypuszczono z braku dowodów około osiemdziesięciu. Sprawa ta była pierwszą w historii kryminalistyki, w której spróbowano ustalić szczegółowy profil sprawcy, była również pierwszą tak mocno nagłośnioną w prasie. Jesienią 1888 roku histeria zapanowała nie tylko w Londynie, ale i na całym świecie, ludzie żyli prowadzonym przez Scotland Yard śledztwem, a oliwy do ognia dolewała prasa, fabrykując niektóre doniesienia oraz listy do władz (pseudonim „Jack the Ripper” został użyty po raz pierwszy w liście z 27 września 1888 roku, co do którego powstały spekulacje, jakoby był dziełem żądnego sensacji dziennikarza). Kuba Rozpruwacz tak mocno działał na wyobraźnię społeczeństwa, że stał się po latach najprawdziwszym popkulturowym symbolem, powstały setki książek i analiz na temat jego prawdziwej tożsamości i motywów działania. Jedne absurdalne (mordercą miał być na przykład autor „Alicji w krainie czarów”, Lewis Caroll), inne całkiem prawdopodobne. Na szczególną uwagę zasługuje książka „Jack the Ripper: The Final Solution” z 1976 roku, autorstwa angielskiego dziennikarza Stephena Knighta.

Rewelacje Knighta były inspiracją Alana Moore’a. Autor „Strażników”, „Miraclemana” i „V jak Vendetta” napisał scenariusz powieści graficznej, która już z założenia nie miała być kryminałem. Moore nie czeka z odpowiedzią na pytanie „kto zabił?” do samego końca, on mówi to już na samym początku – podobnie jak Knight. Dlatego też my również zdradzimy to za chwilę. Kto chce poznać odpowiedź podczas czytania komiksu, powinien przerwać lekturę artykułu teraz. Co zatem napisał Knight?

Ciąg dalszy na:
http://plejbekpisze.blogspot.com/2018/11/prosto-z-pieka.html

pokaż więcej

 
2018-11-12 20:36:02
Ma nowego znajomego: Brain_Damage
 
Moja biblioteczka
1020 257 5876
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (137)

Ulubieni autorzy (38)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (2)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd