Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Marcin Knyszyński 
plejbekpisze.blogspot.com
38 lat, mężczyzna, Toruń, status: Czytelnik, ostatnio widziany 1 godzinę temu
Teraz czytam
  • Egzorcysta
    Egzorcysta
    Autor:
    Georgetown w Ameryce, lata 70. XX wieku, dwunastoletnia Regan bawi się spirytystyczną tabliczką ouija. Nawiązuje kontakt z bytem przedstawiającym się jako Kapitan Howdy. Wkrótce w jej otoczeniu dochod...
    czytelników: 2735 | opinie: 137 | ocena: 7,36 (1124 głosy) | inne wydania: 1
  • Wyprawa w Góry Księżycowe
    Wyprawa w Góry Księżycowe
    Autor:
    POWRÓT DO SAMEGO POCZĄTKU PRZYGODY! Jest rok 1863, ale nie ten, który być powinien. Czas bardzo zboczył z kursu i mają miejsce wydarzenia, które doprowadzą do niszczycielskiej wojny światowej. Premie...
    czytelników: 678 | opinie: 30 | ocena: 7,38 (236 głosów) | inne wydania: 1

Pokaż biblioteczkę
Aktywności
2017-04-25 19:10:55
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Seria: Klasyka grozy

Recenzja została przygotowana we współpracy z Carpe Noctem i tam pierwotnie opublikowana (http://carpenoctem.pl/teksty/rubikony-i-punkty-bez-powrotu/)

Można ją też przeczytać na http://plejbekpisze.blogspot.com/

RUBIKONY I PUNKTY BEZ POWROTU

Zacznę au rebours, od Michela Houellebecqa. Francois, główny bohater „Uległości”, znawca i apologeta twórczości francuskiego pisarza końca XIX wieku,...
Recenzja została przygotowana we współpracy z Carpe Noctem i tam pierwotnie opublikowana (http://carpenoctem.pl/teksty/rubikony-i-punkty-bez-powrotu/)

Można ją też przeczytać na http://plejbekpisze.blogspot.com/

RUBIKONY I PUNKTY BEZ POWROTU

Zacznę au rebours, od Michela Houellebecqa. Francois, główny bohater „Uległości”, znawca i apologeta twórczości francuskiego pisarza końca XIX wieku, Jorisa-Karla Huysmansa, pozornie, aby „nadać sens swojemu życiu”, a po prawdzie, aby konformistycznie wpasować się w realia nowej, muzułmańskiej Europy, przechodzi na islam. Idzie śladem swego literackiego idola, który po kilku swoich obrazoburczych powieściach (między innymi „Na wspak”), porzucił swój dekadencki styl życia i zaczął szukać ukojenia w wierze katolickiej. Cynizm Michela pozwala mu przetrwać w świecie umierających zachodnich wartości, które od długiego czasu leżą już w grobie. W czasach, gdy Huysmans napisał swoją głośną „biblię dekadentyzmu”, niepokoje końca wieku i pęd ku szukaniu kolejnych granic do przekroczenia, spowodowane były nie tyle śmiercią wartości, lecz uczuciem, że są one sztuczną pozą i ograniczeniem osobistej wolności. Niepokoje te, właściwe przede wszystkim artystom i inteligentom, doprowadzały do różnego rodzaju buntów ideowych i pojawiania się coraz częściej sztuki przekraczającej granice tego, co powszechnie uznawało się za dopuszczalne. Jedną z największych takich eksplozji artystycznych i filozoficznych końca XIX wieku była właśnie powieść „Na wspak” Huysmansa – opowieść o diuku Janie des Esseintes, który zbuntowany przeciw całemu światu, jawiącym mu się jako miejsce przepełnione prymitywnymi ludźmi, prostactwem i próżnią intelektualną, oddaje się bezgranicznie libertyńskiemu stylowi życia.

Dzieło Huysmansa, nazywane było „powieścią bez akcji”, ponieważ praktycznie całą jej treścią były filozoficzne dywagacje zamkniętego w odosobnionej rezydencji diuka, który ponad wszystko szukał rozkoszy zmysłowej i intelektualnej, w opozycji do świata za oknem, związanego sztywnymi konwenansami. Powieść ta zdobyła z miejsca poklask w libertyńskich kręgach jako elementarz dla prawdziwego dandysa, instruktaż „jak żyć pod prąd (na wspak) obowiązującej konwencji”. W kręgach konserwatywnych natomiast zyskała złą sławę i została praktycznie wyklęta. Jej zakończenie nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o poglądy autora. Jednak zarówno Houellebecq jaki i Huysmans nie opisują degrengolady całkowitej; gdzie indziej stawiają akcenty a ich bohaterowie, poranieni i zniszczeni, nie zostają unicestwieni. Z różnych pobudek i w różny sposób – Francois przez cynizm i wyrachowanie, a Jan des Esseintes ze strachu przed samozniszczeniem (bo chyba nikt nie wierzy w ich dążenie do prawdziwej przemiany?) – znajdują wyjście z matni albo przynajmniej odraczają wyrok na siebie samych.

Mamy jednak przykład artysty, któremu wrażliwość i charakter nie pozwoliły na bezbolesne starcie z dekadenckim światem. Mowa o dziewiętnastowiecznym twórcy jakim był niewątpliwie Oscar Wilde. Wśród kilku jego utworów jedno jest na stałe zapisane w historii literatury. Jego „Portret Doriana Graya” to powieść znakomita, napisana pod wpływem „Na wspak” i będąca poszerzeniem i pociągnięciem dalej idei tam zawartych. Wilde wielokrotnie podkreślał, że powieść o diuku des Esseintes to najpiękniejsza powieść jaką kiedykolwiek przeczytał. Ba, sam Dorian Gray uważa tak samo – przecież „w żółty papier oprawna książka”, którą podrzuca mu jego powieściowy mentor to nic innego jak dzieło Francuza.

Sam Wilde błyszczał w ówczesnym towarzystwie jak pozłacany paw, prowokował plotki i wywoływał skandale, ale jednocześnie był autorytetem w dziedzinie mody i sztuki. Członkowie ówczesnej artystycznej bohemy podążali jego estetycznymi śladami, darzyli uznaniem tego kolorowego dandysa brylującego w towarzystwie językiem bogatym w cięte riposty i niewyczerpany zasób złotych myśli. Niestety w cztery lata po ukazaniu się „Portretu Doriana Graya” Wilde został aresztowany i oskarżony o zakazane wówczas w Wielkiej Brytanii stosunki homoseksualne. Uwielbiana przez Wilde’a powieść „Na wspak” była przywoływana przez oskarżenie w trakcie procesu, co ugruntowało jej kontrowersyjną pozycję w historii literatury. Wilde trafia do więzienia na dwa lata, po wyjściu na wolność nie ma grosza przy duszy. Umiera w trzy lata później. Na ile dzieło Huysmansa było przyczyną upadku Wilde’a nie mi oceniać, jednak powieść o grzechu i przemijaniu zaklętym w obrazie, jest historią, w której przekraczane są takie bariery przed jakimi diuk des Esseintes nigdy nie stał. Czy można zatem budować na tym porównaniu analogię pomiędzy Huysmansem a Wilde’em, stawiającą tego drugiego jako kontynuatora myśli? A może da się dostrzec jeszcze inną, bardziej złożoną zależność?

Najpierw trzeba przyjrzeć się powieści Irlandczyka. Dorian Gray to osiemnastoletni młodzieniec, który spotyka na swej drodze malarza Basila, zafascynowanego jego urodą i pragnącego uwiecznić ją na portrecie. Basil przedstawia go swojemu przyjacielowi, lordowi Henrykowi Wottonowi, cynikowi i mizoginowi, który postanawia z poznanego panicza uczynić swój intelektualny eksperyment – „naukową analizę namiętności”. Wotton staje się bezpośrednio dla Doriana tym, kim Huysmans pośrednio dla Wilde’a – przewodnikiem po rozkoszach fizyczności i intelektu, kusicielem, kreatorem osobowości. Dorian uczy się tego, że piękno jest jedyną prawdziwą wartością dla której warto żyć, że to co świat nazywa cnotą jest naprawdę sztucznym tworem, że to co świat nazywa grzechem jest tak naprawdę apoteozą indywidualizmu. Bodźce zmysłowe są bardziej wartościowe i pełne treści niż uniesienia duchowe, miłość własna i ekstremalny hedonizm to sens życia a moralność to sztuczne bariery wzniesione przez nieszczęśliwych ludzi. Dorian jest zafascynowany swoim nowym przyjacielem, który otwiera przed nim nieznany dotąd świat doznań estetycznych i fizycznych; który mówi mu, że podstawowym sposobem na likwidację pokusy jest uległość wobec niej. Wszystko jest dozwolone, a dobro i zło to tylko umowa społeczna, Dorian ma być artystą specyficznego rodzaju – artystą życia. A podstawową powinnością artysty jest przekraczanie coraz to nowych barier, bez oglądania się na cierpienia innych.
Ostatecznie okazuje się, że prawdziwym artystą jest nie Dorian, lecz Wotton. Ten cyniczny lord, który głośno i rubasznie, przy każdej nadarzającej się okazji krytykuje mieszczański, konserwatywny styl życia, który sypie często przeszarżowanymi i kontrowersyjnymi aforyzmami, jest hedonistą i mizoginem. O kobietach mówi: "Nie ma genialnych kobiet. To płeć dekoracyjna. Nigdy nie mają nic do powiedzenia, ale mówią to w czarujący sposób. Są dwa rodzaje kobiet – bezbarwne i pomalowane. Kobiety są sztuczne, zupełnie pozbawione zmysłu artystycznego. Zawsze i wszędzie potrafią znaleźć sobie pocieszenie. Cenią sobie okrucieństwo mężczyzn, im bardziej jawne tym lepiej. Wyemancypowaliśmy je, ale one pozostały niewolnicami szukającymi swego pana". O małżeństwie, miłości, wstrzemięźliwości, konwenansach, altruizmie, dobroci serca ma zupełnie podobne zdanie. Ale sam, pomimo prowokującego i dekadenckiego usposobienia, nie przekracza granic zza których nie ma powrotu. Dzięki swemu instynktowi samozachowawczemu wie, gdzie płynie Rubikon, po przejściu którego utraciłby więcej niż traci teraz.

Co zatem robi lord Wotton? W ramach prowadzonego eksperymentu przekracza zakazane granice swoim awatarem, zdominowanym Dorianem Grayem. Dziełem artysty namiętności, jakim niewątpliwie jest Wotton i ucieleśnieniem jego fantazji, na realizację których go nie stać, jest postać staczającego się, pięknego, młodego mężczyzny. A młodość i piękno są tutaj kluczowe, otwierają każde drzwi, załatwiają wszystkie sprawy. Dorian Gray poprzez wypowiedzenie życzenia, którego ziszczenie nawet w najśmielszych marzeniach nigdy by nie przyszło mu do głowy, staje się nie tylko dziełem doskonałym, idealnym przeniesieniem i realizacją namiętności swego twórcy, ale sam również staje się źródłem przeniesienia kolejnego ibardziej metaforycznego. Portret Doriana, wykonany przez zakochanego w nim malarza, staje się magazynem na wyrzuty sumienia i widzialne efekty moralnego upadku, jaki nadchodzi nieubłaganie podczas przekraczania kolejnych barier oraz sposobem na zachowanie wiecznej młodości i urody. A dla Wottona to sam Dorian jest takim obrazem, w którym zbierają się wszystkie upragnione, lecz nie realizowane bezeceństwa. Dorian Gray dzięki swemu obrazowi zachowuje piękno fizyczne, a jego mentor dzięki niemu samemu może obserwować substytut realizacji swoich pragnień i zachować miejsce na krawędzi moralnej przepaści.

Przełomowym momentem eksperymentu Wottona, jest chwila, w której Dorian znajduje tajemniczą powieść o pewnym paryżaninie, który z hedonizmu uczynił swą życiową powinność. "Grzechy świata, przybrane we wspaniałe szaty, zdawały się przeciągać w niemym korowodzie, przy akompaniamencie cichych tonów fletni… Rzeczy, znane mu zaledwie z marzeń niejasnych, nagle przemieniły się w rzeczywistość. Rzeczy, o których nawet nie marzył, powoli zaczęły mu się objawiać. Była to powieść bez akcji – występował w niej jeden tylko bohater – psychologiczne studium młodego paryżanina, który w dziewiętnastym wieku czyni próbę przeżycia wszystkich namiętności i systemów myślowych, jakie panowały we wszystkich epokach prócz współczesnej mu. Pragnie on niejako połączyć w sobie wszystkie nastroje, jakim podlegał duch świata, w równej mierze kochając z powodu ich sztuczności wszystkie owe rezygnacje, które ludzie zwą niesłusznie cnotami, jak i owe naturalne bunty, dziś jeszcze przez mędrców uważane za grzechy".

Dorian robi dokładnie to samo. Oddziela etykę od estetyki, moralność od sztuki. Sztuka jest dla niego prawdziwsza od rzeczywistości, co podkreśla odrzuceniem swej ukochanej Sybil w momencie, gdy daje mu się poznać już nie tylko jako aktorka, lecz również jako człowiek z krwi i kości. Posunięcie to staje się pierwszym z kilku stopni w dół spirali grzechu. A wrócić na górę już nie ma jak. Mijają lata, Dorian podąża już sam śladami „paryżanina”, robiąc wszystko jeszcze mocniej i dosadniej. Według filozofii głównego bohatera "prawdziwa istota zmysłów nigdy nie została zrozumiana i że zmysły dlatego tylko pozostały dzikie i zwierzęce, ponieważ świat chciał je głodem i bólem zmusić do uległości i zamarcia, zamiast dążyć do wytworzenia z nich czynników nowej duchowości, której cechą znamienną byłby subtelny zmysł piękna". Hedonizm i pęd ku zaspokajaniu każdej pokusy bez oglądania się za siebie deprawuje totalnie. Książka, która okazała się katalizatorem eksperymentu, zatruła Doriana – coraz częściej widzi on zło jako drogę do urzeczywistnienia swojej pasji. Pojawia się deprawacja, niesława, ostracyzm, nikczemność i okrucieństwo. Morderstwo. Eksperyment udał się doskonale. Zbyt doskonale.

Zarówno diuk Jan des Esseintes jak i Dorian Gray w kulminacyjnym momencie swego upadku zostają ogarnięci trwogą. Nie szczerymi wyrzutami sumienia, nie prawdziwą chęcią poprawy. Jednego zżera lęk przed agonią, która nadchodziła jako nieunikniona konsekwencja rozpasanego trybu życia. Drugiego lęk przed wyjściem jego zbrodni na jaw, hańbą, upokorzeniem i utratą wszystkiego co posiada. Zakończenie powieści jest jednoznaczne, Oscar Wilde nie okazuje się po prostu hedonistą, utracjuszem i próżniakiem. On widzi zagrożenia, które niesie libertynizm, „Portret Doriana Graya” jest moralitetem, przesłaniem do odbiorcy realizującym jeszcze jedną prawdę, którą możemy odnaleźć na kartach powieści. Sztuka o wiele bardziej odkrywa tajemnice odbiorcy, a nie samego artysty. Interpretacja dzieła to przede wszystkim definicja interpretującego, a nie interpretowanego. Każdy zobaczy w powieści Wilde’a to co będzie chciał widzieć, wyciągnie takie wnioski jakie będą mu pasowały.

Dorian Gray to nie tylko odpowiednik diuka des Esseintes, który upadł mocniej, boleśniej i nieodwołalnie. To także sam Oscar Wilde, dandys, biseksualista i hulaka zachłyśnięty wolnością i libertynizmem, który przelał na papier swe namiętności, ale również i niepokoje związane ze stylem życia jaki prowadził.

Lord Henryk Wotton to nie tylko odpowiednik Jorisa-Karla Huysmansa, tego który być może przyczynił się do ujrzenia przez młodszego, irlandzkiego kolegę szerszej i wygodniejszej drogi na manowce. To także sam Oscar Wilde, artysta, pragnący za pomocą swego dzieła przekroczyć nieprzekraczalne, choćby metaforycznie i nie bezpośrednio.

„Portret Doriana Graya” to nie tylko odpowiedź na „Na wspak” i wzmocnienie jego idei. To znowu sam Oscar Wilde, a właściwie jego portret, który miałby zapewnić mu wieczną młodość i nieśmiertelność. To sztuka, która była prawdziwsza niż życie.

pokaż więcej

 
2017-04-22 16:26:08
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam, Posiadam
Autor:
Cykl: Burton i Swinburne (tom 3)
 
2017-04-21 15:38:53
Ma nowego znajomego: Barcki
 
2017-04-20 19:37:57
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

"Dom na granicy światów" był jedną z ulubionych powieści H. P. Lovecrafta i jedną z jego inspiracji. Powieść ta ukazała się w 1908 roku, kiedy to osiemnastoletni twórca mitologii Cthulhu miał już za sobą sporo publikacji, ale te największe dzieła, które przyniosły mu literacką nieśmiertelność jeszcze nie powstały. Autorem "Domu na...
Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

"Dom na granicy światów" był jedną z ulubionych powieści H. P. Lovecrafta i jedną z jego inspiracji. Powieść ta ukazała się w 1908 roku, kiedy to osiemnastoletni twórca mitologii Cthulhu miał już za sobą sporo publikacji, ale te największe dzieła, które przyniosły mu literacką nieśmiertelność jeszcze nie powstały. Autorem "Domu na granicy światów" jest William Hope Hodgson, angielski pisarz i poeta, którego "Szalupy z Glen Carrig" i "Tropiciela Duchów" wydało już w Polsce toruńskie wydawnictwo C&T. Powieść Hodgsona, którą miałem okazję ostatnio przeczytać to chyba najbardziej psychodeliczna klasyczna groza, jaką do tej pory poznałem.

Dwóch amatorów wypoczynku pod namiotem wybiera na miejsce swojego biwaku miejsce oddalone nieco na południe od Kraighten – małej wioski w zachodniej części Irlandii. Miejsce to napawa ich niewysłowionym niepokojem i przeczuciem, że coś tu jest bardzo, bardzo nie tak. Znaleziony w ruinach, podniszczony i miejscami nieczytelny notatnik anonimowego uczestnika przerażających wydarzeń, zdaje się potwierdzać przeczucia bohaterów. Otóż, pewien sędziwy już człowiek wprowadza się wraz ze swoją siostrą i psem do wielkiego, starego domu, o którym krąży legenda, jak to za budowę domostwa odpowiada sam diabeł.

Hodgson nie stopniuje napięcia. Już na samym początku starzec zostaje wyrwany z domu przez nieznaną siłę, która unosi go w przestworza i funduje mu podróż, przez kosmiczną pustkę, nieznane wymiary czasu i przestrzeni – na myśl nieodparcie przychodzi metafizyczna podróż bohatera filmu "2001: Odyseja kosmiczna" Stanleya Kubricka. Bohater trafia na nieznaną planetę, na której znajduje odrealnioną, odbitą jak w jakimś krzywym zwierciadle, wersję swojego domu oraz koszmarną, olbrzymią postać świniopodobnego stwora. Gdy bohater budzi się nagle na podłodze swojego pokoju, po dwudziestoczterogodzinnym śnie/letargu/omdleniu, przyjmujemy przypuszczenie o sennym rojeniu za oczywiste. Tylko, że bardzo szybko „rzeczywistość” weryfikuje to założenie. Dom bohatera zostaje otoczony przez całą hordę stworów podobnych do olbrzyma ze „snu” a on sam dzielnie odpiera ich ataki. Użyłem cudzysłowu dwukrotnie – nie bez powodu.

To w jaki sposób bohater zapisuje swoje przeżycia w pamiętniku, czyni go narratorem wielce niewiarygodnym. Gdy bohater sprawdza nad ranem plac boju, nie ma śladu po ustrzelonych przez niego stworach, nie ma żadnej krwi. Siostra bohatera jest przerażona na widok brata a nie na widok „stworów” - zresztą cała relacja narratora, opisana w notatniku, dziwnym trafem nie zawiera jakiejkolwiek wzmianki na temat stosunku siostry do wszystkich niezrozumiałych zdarzeń. Nadchodzi horror – siostra znika, idzie spać czy co tam innego. Czy zatem cała ta przerażająca historia to produkt umęczonego zgryzotą umysłu głównego bohatera, który jak się potem okazuje uciekł na odludzie w wyniku traumy spowodowanej śmiercią swej ukochanej? Jak do całej fabuły ma się fakt, że narrator cierpi i zmaga się z niepowetowaną stratą, taką najgorszą z możliwych – odejściem bliskiej i kochanej osoby? William Hope Hodgson nie odpowiada na te pytania, pozwala na interpretacje.

Najlepszym i najbardziej działającym na wyobraźnię fragmentem książki jest ten z drugiej połowy notatnika. Znów psychodeliczny odjazd, podobny trochę do tego z "Wehikułu Czasu" Wellsa, lecz nie tłumaczony użyciem żadnego naukowego przyrządu. Świat dookoła domu zaczyna przewijać się przed oczyma wstrząśniętego narratora w przyspieszonym tempie, mijają tygodnie, lata, wieki, eony. Cała ta mistyczna eskapada, bezpośredni kontakt z niewyobrażalnym ogromem czasu i przestrzeni kojarzy mi się jednoznacznie z kosmicyzmem Lovecrafta, zwłaszcza jeśli dorzucimy do tego specyfikę miejsca, do którego prowadzi odyseja naszego narratora. William Hope Hodgson błądził po tych samych metafizycznych rozdrożach, które już kilka-kilkanaście lat później porządnie zbadał Lovecraft.

Przy okazji kosmicyzmu warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Otóż, zmagania bohatera powieści Hodgsona to metafora zmagań wyizolowanej, zamkniętej w swoim mikroświecie jednostki ludzkiej z napierającym na nią nieprzyjaznym, przeogromnym zewnętrzem. Narrator nie mówi jasno, dlaczego zamieszkał w starym domu, widać jednak wyraźnie, że pobyt w nim w jakiś sposób pozwala mu ukoić ból po stracie, pozwala na zachowanie jakiejś niewytłumaczalnej więzi ze swą zmarłą ukochaną. Bohater ucieka od świata, izoluje się maksymalnie, otorbia się w swoim bólu w nadziei, że da mu to jakąś otuchę. A tymczasem cały świat, ba, cały wszechświat rozbija jego ochronną bańkę i przeprowadza frontalny atak na najbardziej osobiste części jego osobowości. Więc jeszcze raz – czy świniostwory istniały naprawdę? Co znaczą w przypadku, gdy istnieją i w przypadku, gdy są imaginacją? Co symbolizuje wellsowo - kubrickowa jazda i kopia domu umieszczona w odrealnionym, na poły wymajaczonym miejscu na krańcu wszechświata? Czy symbolizuje cokolwiek? Sam William Hope Hodgson podpowiada w przedmowie do jednego z pierwszych wydań: „The inner story must be uncovered, personally, by each reader, according to ability and desire”.

"Dom na granicy światów" to weird fiction. Może nieco zbyt komiksowe i mniej subtelne niż lubię, ale dla kogoś kto chce poznać gatunek – obowiązkowe.

pokaż więcej

 
2017-04-19 18:27:24
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, E-Booki
Cykl: Trylogia Pogranicza (tom 3)

Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

"Sodoma i Gomora" to ostatnie spojrzenie Cormaca McCarthy’ego na Dziki Zachód, czyli na staroświecki świat odchodzący w zapomnienie na rzecz nowoczesnego, pustego ideowo i jednocześnie przepełnionego bezmyślnym jazgotem miejsca, w którym żyjemy.

John Grady z "Rączych Koni" spotyka Billy’ego Parhama z "Przeprawy". Obaj pracują na wielkiej...
Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

"Sodoma i Gomora" to ostatnie spojrzenie Cormaca McCarthy’ego na Dziki Zachód, czyli na staroświecki świat odchodzący w zapomnienie na rzecz nowoczesnego, pustego ideowo i jednocześnie przepełnionego bezmyślnym jazgotem miejsca, w którym żyjemy.

John Grady z "Rączych Koni" spotyka Billy’ego Parhama z "Przeprawy". Obaj pracują na wielkiej farmie, której zagraża ustawowe przejęcie przez wojsko. Znaleźli w końcu spokojne miejsce, gdzie czas płynie wolno, gdzie są konie, gdzie rytm życia jest wyznaczany przez ruch słońca po niebie. I gdzie w końcu nie muszą oglądać się w strachu przez ramię. Billy, starszy, około trzydziestoletni, ma w końcu swój kawałek podłogi, swoje miejsce na ziemi. John młodszy, niespełna dwudziestoletni, okazuje się dokładnie tym samym rozgorączkowanym, inteligentnym i trochę zbyt romantycznym wrażliwcem co w pierwszej części trylogii. Spotkana w meksykańskim burdelu, szesnastoletnia Magdalena staje się jego obsesją – John próbuje wszelkimi sposobami wydostać ją z rąk alfonsa, który poprzez Magdalenę odbiera sobie dług zaciągnięty przez jej rodziców.

"Sodoma i Gomora" jest chyba najbardziej nostalgiczną i rzewnie wyartykułowaną częścią Trylogii pogranicza. W miejscu, gdzie toczy się akcja powieści czasy Dzikiego Zachodu przeciągnięte zostały aż do początku lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Bohaterowie są świadomi tego, że epoka ta nieubłaganie odchodzi, że „układanie koni” dla nikogo już nic nie znaczy. Zarówno Billy i John są reprezentantami tego niknącego już na dobre świata, gdzie liczyło się siodło, preria i odporność na spartańskie warunki życia. Ich codzienne życie nacechowane jest jakąś dziwną apatią, oczekiwaniem na koniec czasów, nie wypowiedzianym, lecz dającym się zauważyć smutkiem.

Tym bardziej symboliczne wydają się dwie ostatnie sceny powieści. Pojedynek na noże jest jedną z najpiękniej przedstawionych scen w całym dorobku Cormaca McCarthy'ego. Kto tu walczy tak naprawdę? Oszalały z rozpaczy i żądzy zemsty człowiek i zły, zepsuty morderca? Czy może umierający świat kowbojów, ze swymi wartościami, ludźmi gotowymi na najwyższe poświęcenia w imię honoru ze światem, dla którego mit Dzikiego Zachodu jest już tylko cepelią i mityczną krainą, tak nie przystająca do pragmatycznych ideałów nowoczesności?

Druga scena, ta zupełnie końcowa to podsumowanie trylogii i całkowite już pożegnanie McCarthy'ego z westernem. Mit Dzikiego Zachodu zyskuje tutaj zabarwienie mistyczne, wręcz biblijne – ale paradoksalnie, płomienie nie spadają na "cities of the plain", czyli na Sodomę i Gomorę. Tak jakby autor chciał zwieńczyć trylogię smutnym stwierdzeniem, że to wcale nie jest najgorsze co może je spotkać.

pokaż więcej

 
2017-04-17 21:47:03
Ma nowego znajomego: Nitager
 
2017-04-17 18:12:34
Ma nowego znajomego: dziś_jutro_czytam
 
2017-04-15 17:18:46
Ma nowego znajomego: Elżbieta
 
2017-04-14 17:27:13
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2017-04-10 19:05:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Recenzja przygotowana we współpracy z portalem Szortal - była też tam pierwotnie publikowana (http://szortal.com/node/11930).

Można też przeczytać ją na
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Jezus na miarę naszych czasów

W czwartej powieści Chucka Palahniuka znowu mamy do czynienia z światem, który więzi swych mieszkańców w celach zbudowanych z niewidzialnych, metaforycznych krat. Jednak tym...
Recenzja przygotowana we współpracy z portalem Szortal - była też tam pierwotnie publikowana (http://szortal.com/node/11930).

Można też przeczytać ją na
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Jezus na miarę naszych czasów

W czwartej powieści Chucka Palahniuka znowu mamy do czynienia z światem, który więzi swych mieszkańców w celach zbudowanych z niewidzialnych, metaforycznych krat. Jednak tym razem po zamknięciu książki czujemy pewnego rodzaju otuchę, opowieść o przemianie uzależnionego od seksu cwaniaka i hochsztaplera ustanawia „Udław się” najbardziej pozytywną powieścią autora jak do tej pory. Jest to też powieść najbardziej klasyczna narracyjnie, co nie znaczy, że Palahniuk zrezygnował ze swojego poszarpanego, teledyskowego stylu. Trochę go po prostu okiełznał.

Victor Mancini miał trudne dzieciństwo. Był to szereg następujących po sobie pobytów w różnych rodzinach zastępczych, przerywany krótki epizodami, w których pojawiała się Ida, jego szalona matka anarchistka. Za każdym razem, gdy wręcz materializowała się z nagła w życiu chłopca, następowała ich szalona eskapada, rozpoczynająca się uprowadzeniem Victora i odjazdem kradzionym samochodem. Ida uciekała przed prawem i policją, ale również przed światem regulacji i sztywnych norm postępowania, czemu dawała wyraz w swych akcjach, takich jak na przykład wypuszczenie zwierząt z ich więzienia w zoo. Dla nich mogła to zrobić, dla syna już nie. Bowiem wyzwolenie człowieka z pęt świata, który narzuca mu sztuczne pozy, wymaga innych środków.

Minęły lata, chłopiec dorósł. Jednak nadal to matka jest w centrum jego życia – Victor musi łożyć na utrzymanie niedołężnej i szczelnie zamkniętej w urojonym świecie rodzicielki. Nie mógłby tego dokonać bez naciągania naiwnych, bogatych ludzi, którzy zgodnie ze starym chińskim porzekadłem stają się odpowiedzialni za czyjeś życie, po tym jak je ocalili. Victor celowo dławi się w restauracjach, zataczając się w kierunku najbardziej bogatego gościa, aby ten go uratował i od tej pory zasilał dobroczynnie fundusz , dzięki któremu jego matka może przebywać w luksusowym domu starców.

Bohater „Udław się” uciekał cale dzieciństwo, a teraz widzimy go jako dwudziestoparolatka – wciąż uciekającego. Victor nienawidzi świata. Jest seksoholikiem i tylko przez te kilka chwil uniesienia uważa swoją egzystencję za możliwą do zniesienia. To jeden z tych ludzi, dla których stworzono specjalne urządzenia w szpitalach, służące do wyciągania podłużnych przedmiotów, które dziwnym trafem znalazły się w otworach w ich ciałach. Chuck Palahniuk czyni go typowym dzieckiem swoich czasów, jednym z wielu mu podobnych. Wycięci z szablonów postępowań i oczekiwań, które narzuca im nowoczesny, bezpieczny i wysterylizowany emocjonalnie świat, uciekają we własne fetysze i nieosiągalne, wyidealizowane wyobrażenia. Podobnie jak we wszystkich poprzednich powieściach absolutna wolność obyczajowa, niepodparta żadnymi stałymi fundamentami moralnymi zamienia się w „wolność” – tym razem jest to uzależnienie od seksu, które pozwala, podobnie jak heroinowy ciąg, zamknąć się przed światem zewnętrznym w szczelnej skorupie użalania się nad sobą. Każdy ma swoje porno i swoją strzykawkę, każdy daje się wtłoczyć w egzystencjalny kaftan bezpieczeństwa, który zniewalając, uwalnia od życia wymuszającego podejmowanie ważnych decyzji. Eskapizm w takim wydaniu spełnia oczywiście w jakiś sposób swoje zadanie, wszyscy jednak zapominają, że od jednego nie da się uciec – od samego uciekania. A to uzależnienie okazuje się najsilniejsze na świecie.

Victor Mancini to człowiek nieszczęśliwy. Mówi, że każdy syn wychowany przez samotną matkę jest żonaty od urodzenia. Całe życie był zakładnikiem, nigdy dzieckiem. Bezgraniczne uzależnienie od niej jest kolejnym, z którym walczył wtedy i walczy teraz. Nie chce, aby wyzdrowiała ze strachu przed tym, że zbyt mocno będzie oddziaływać na jego życie. Nie chce, żeby umarła, bo wtedy odejdzie jedyna osoba, która potrzebuje jego pomocy. A Victor pragnie być potrzebny, inaczej straci resztki sensu swojej egzystencji. Nie radzi sobie ze światem obojętnym na jego osobę – takim, który wyrzuca go na margines istotności. Staje się zatem zjadaczem grzechów innych ludzi. Chore na demencję pensjonariuszki domu starców widzą w nim tego, kogo chcą widzieć – człowieka, który je zgwałcił w młodości, rozjechał psa, ukradł oszczędności życia. A on przyjmując na siebie przewiny ich prawdziwych lub wyimaginowanych prześladowców, daje im otuchę i wewnętrzny spokój. Czyli jest potrzebny. Pozwalając się ratować w restauracjach, sprawia, że jego wybawcy stają się bohaterami we własnym domu, że dzięki niemu odkupili swoje winy, bo wszystko blednie i staje się nieważne, gdy ratujesz życie. Ludzie ratując Victora, tak naprawdę ratują samych siebie. Z oczyma mokrymi od łez klepią go po plecach, a on, wtulony w ich matczyne lub ojcowskie piersi łka, nie zważając na to, że z każdym kolejnym dniem jego płacz jest dłuższy i prawdziwszy. Daje jednak wiele tym obcym sobie ludziom – czyli jest potrzebny.

Okazuje się, że ludzie w świecie Palahniuka potrzebują kogoś, kto zostanie naczyniem na ich grzechy, ułomności, kogoś, kto ich wyzwoli. Potrzebują mesjasza. Podczas czytania powieści docieramy w pewnym momencie do punktu, w którym Victor poszukujący uporczywie odpowiedzi na to, kim był jego prawdziwy ojciec, odkrywa, że jego geny mogą pochodzić od wykradzionej relikwii (trzeba to powiedzieć – chodzi o zmumifikowany napletek Jezusa) użytej w procesie klonowania. Czy zatem możemy mówić tutaj o nowym Zbawicielu? O Jezusie na miarę naszych czasów, o takim zbawcy, na jakiego zasługujemy? Palahniuk mówi, że owszem, ale pod warunkiem, że godzimy się na to, że jesteśmy sztuczną kreacją otaczającego nas świata, kimś zdefiniowanym tylko jako wynik reakcji na wymogi otoczenia. Taka była matka Victora, wiecznie zbuntowana i stworzona w opozycji do zakłamanego McŚwiata. Tacy są bogacze, stosujący na Victorze manewr Heimlicha w restauracjach. Takie są staruszki wskazujące go z wyrzutem krogulczymi paznokciami, gdy odwiedza swoją matkę.

Historia seksoholika walczącego z uzależnieniem na początku powieści pozornie i całkiem szczerze już pod koniec, to krytyka świata, który potrzebuje takiego mesjasza. Człowiek ciągle urabiany przez świat, bez żadnych cech będących jego i tylko jego kreacją, może przy odrobinie chęci sam być swoim Jezusem, wystarczy pójść drogą małych kroczków i budować coś cegła po cegle, nie wiedząc nawet , co z tego wyjdzie za jakiś czas. Przecież Jezus nie od razu był świętym, nie od razu wszystko umiał. Prawdopodobnie zanim dokonał pierwszego cudu, zrobił po prostu kilka dobrych uczynków, przeprowadził ślepca przez ulicę, aby ten nie wpadł pod rozpędzonego wielbłąda lub opróżnił z lekka stągwie z winem, aby lżej się je niosło. Tę prawdę odkrywa Victor podczas kolejnej ucieczki w swoim życiu – od domniemanego genetycznego przeznaczenia. Robiąc wszystko to, „czego Jezus by NIE zrobił”, paradoksalnie odkrywa w sobie pokłady moralności i pierwsze kawałki budulca, z którego stworzy nowego siebie, tym razem takiego, jakiego chce widzieć on sam, a nie wtłaczający go w sztywne formy świat. Może w końcu być kreatorem swojego życia, po raz pierwszy zbawia sam siebie. Jeśli się postaramy, takim Chrystusem może zostać każdy z nas.

Niedługo po wydaniu „Udław się” Chucka Palahniuka spotyka wielka rodzinna tragedia. Ojciec pisarza i jego kochanka zostają zamordowani przez zazdrosnego „byłego”. Gdyby tego było mało – krótko potem dziadek Palahniuka zabija w afekcie żonę. Kolejna powieść pod tytułem „Kołysanka” powstała w czasie żałoby i pozwoliła według samego autora pogodzić się z tymi przeżyciami. Wyznacza też miejsce, od którego styl Palahniuka zmienia kurs. Na jaki? Niedługo opowiem.

pokaż więcej

 
2017-04-10 12:09:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
 
2017-04-06 10:57:20
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Seria: Kameleon
 
2017-04-05 22:17:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
 
2017-04-05 15:29:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
 
2017-04-04 19:41:47
Ma nowego znajomego: Wera Klement
 
Moja biblioteczka
918 158 2468
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (98)

Ulubieni autorzy (37)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (1)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd