Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Marcin Knyszyński 
plejbekpisze.blogspot.com
38 lat, mężczyzna, Toruń, status: Czytelnik, ostatnio widziany 26 minut temu
Teraz czytam
  • Człowiek z sąsiedztwa
    Człowiek z sąsiedztwa
    Autor:
    Tibor Tarent, fotograf-freelancer, wraca do Anglii z Anatolii, gdzie jego żonę zabiły rebelianckie bojówki. Islamska Republika Wielkiej Brytanii dochodzi jeszcze do siebie po dziwnym i przerażającym a...
    czytelników: 112 | opinie: 2 | ocena: 7,5 (8 głosów) | inne wydania: 1
  • Kołysanka
    Kołysanka
    Autor:
    Carl Streator, dziennikarz, pracuje nad cyklem artykułów o łóżeczkowej śmierci niemowląt. Ogląda miejsca wypadków i bada okoliczności tragedii. Jedyne, co wydaje się je wszystkie łączyć to obecność ks...
    czytelników: 621 | opinie: 25 | ocena: 6,81 (192 głosy) | inne wydania: 2
  • Lęk i odraza w Las Vegas
    Lęk i odraza w Las Vegas
    Autor:
    Głównymi bohaterami powieści są Raoul Duke (alter ego Thompsona) i jego adwokat, doktor Gonzo (wzorowany na postaci autentycznego adwokata Thompsona). Wyruszają do Las Vegas, aby szukać "...
    czytelników: 2633 | opinie: 67 | ocena: 8,01 (1025 głosów)
  • T2 Trainspotting
    T2 Trainspotting
    Autor:
    UWAGA!! Książka wydana wcześniej pt.: "Porno". Premiera książki związana z premierą filmu T2 Trainspotting w reż. Danny’ego Boyle’a. Mocna odpowiedź na kultowy TRAINSPOTTING – powieść, na...
    czytelników: 724 | opinie: 17 | ocena: 7,13 (237 głosów) | inne wydania: 1
  • Wendigo i inne upiory
    Wendigo i inne upiory
    Autor:
    13 niesamowitych opowiadań urokliwie zilustrowanych przez Antoniego Sobeckiego. edycja ze specjalnie do niej napisanym wstępem i bibliografią znawcy ghost stories i fantasy Marka S. Nowowiejskiego.
    czytelników: 467 | opinie: 20 | ocena: 7,3 (153 głosy)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności
2017-05-22 18:30:10
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Recenzja pochodzi z:
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Übermensch upokorzony

Komiksy o superbohaterach przeżywają obecnie kinowy renesans. Komiks ma o wiele więcej wspólnego z filmem niż z literaturą, toteż zrozumiałe jest to, że mówimy obecnie dużo o filmie superbohaterskim, natomiast o powieści superbohaterskiej mało kto słyszał. „Stulecie przemocy” Laviego Tidhara, wydane w kolejnej...
Recenzja pochodzi z:
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Übermensch upokorzony

Komiksy o superbohaterach przeżywają obecnie kinowy renesans. Komiks ma o wiele więcej wspólnego z filmem niż z literaturą, toteż zrozumiałe jest to, że mówimy obecnie dużo o filmie superbohaterskim, natomiast o powieści superbohaterskiej mało kto słyszał. „Stulecie przemocy” Laviego Tidhara, wydane w kolejnej odsłonie Uczty Wyobraźni wydawnictwa Mag, jest jedynym znanym mi reprezentantem tego rodzaju literatury – o ile w ogóle możemy wydzielać taki podgatunek. Powieść ta jest właściwie komiksem, być może pewnym eksperymentem literackim i w moim odczuciu jedną z najoryginalniejszych książek z cyklu.

W 1932 roku na skutek eksperymentu przeprowadzonego przez jednego z nazistowskich naukowców, przez świat przechodzi tajemniczy impuls, tzw. Fala Vomachta. Eksperyment mający na celu urzeczywistnienie niemieckiego marzenia o Rasie Panów udaje się bardziej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Zaczynają pojawiać się ludzie o niebywałych mocach, superbohaterowie w jaskrawych trykotach, którzy od razu zostają werbowani przez władze swoich rodzimych krajów. Celem jest oczywiście wykorzystanie mocy nadludzi w nadchodzącej wojnie. Amerykanie mają Człowieka-Tygrysa, kobietę o mocach podobnych do Storm z marvelowskich X-Men, Zielonego Rewolwerowca, czyli człowieka-roślinę. Naziści mają swoich übermenschów – przerażającego człowieka-wilka oraz poszukiwanego na całym świecie zbrodniarza, władcę śniegu i lodu. A Brytyjczycy mają między innymi dwójkę głównych bohaterów – człowieka, który potrafi dosłownie zdematerializować każdy fizyczny obiekt i wysłać go w niebyt oraz władcę mgieł. Poznajcie angielskich superherosów o pseudonimach Oblivion oraz Fogg.

To co rzuca się w oczy od samego początku powieści, to bardzo specyficzny sposób prowadzenia narracji. Oblivion i Fogg wezwani do swoich mocodawców, Biura Spraw Przestarzałych, poddani są przesłuchaniu mającym na celu rekonstrukcję zdarzeń z czasów Drugiej Wojny Światowej, kiedy to wraz z innymi brytyjskimi superbohaterami ścigali wspomnianego już niemieckiego nadczłowieka o pseudonimie Zamieć. Sceny przy stole przesłuchań przeplatane są retrospekcjami sięgającymi dzieciństwa bohaterów, czasów werbunku i treningu w odosobnionej placówce oraz z okresu tajnych misji i walk z niemieckimi nadludźmi. Odwiedzamy upadający i skuty lodem Mińsk podczas operacji Barbarossa, odkrywamy tajne laboratoria w lasach Transylwanii, walczymy już po wojnie z ukrywającymi się w Wietnamie i Laosie nazistowskimi zbrodniarzami o nadludzkich mocach i uciekamy przed bojówkami Osamy bin Ladena, polującymi na nadludzi podczas sowieckiego najazdu na Afganistan.

Epizody porozrzucane są w powieści niczym krótkie odcinki komiksów o superbohaterach. To w zasadzie gotowe plansze, które tylko czekają na rysownika i przeobrażenie w graficzną opowieść. Tidhar pisze krótkimi prostymi zdaniami, szczegółowo opisującymi scenerię zdarzeń - on rysuje w wyobraźni czytelnika. Robi to bardzo dokładnie i pieczołowicie, ale pozostaje w swej metodzie zdecydowanie nienachalny. A wspomniany brak chronologii jest tutaj kluczowy. Historia powstała ze zlepków wspomnień Obliviona i Fogga, poprowadzona jest dokładnie tak jak powinna – obraz, który powstaje w trakcie czytania powieści ma idealnie stopniowane napięcie, osiągające swą kulminację w bardzo efektownym finale.

Podczas czytania „Stulecia przemocy” przychodzą na myśl marvelovscy X-Meni, gdzie na miejscu Profesora X proponującego schronienie w swej posiadłości znajduje się brytyjski nadczłowiek o pseudonimie „Stary”, oferujący tylko surowe warunki życia i brak jakichkolwiek gwarancji przeżycia wojny. Przypominają się genialni i jakże odmienni od reszty komiksowego świata „Strażnicy” Alana Moore’a i ich dzieje wplecione mocno w zimnowojenną historię. Pojawiają się skojarzenia z ekranizacją „Hellboy’a” w reżyserii Guillermo del Toro i jego specyficzna, lekko odrealniona estetyka.

Powieść Tidhara nie jest jednak tylko prostą historią o walce dobra ze złem. To przede wszystkim poszukiwanie definicji bohatera. Czym różni się bohater od zwykłego człowieka? Co powoduje, że jest nadczłowiekiem? Nadludzka siła i zdolności? Czy może odwaga, poświęcenie i miłość? Znamienne jest to, że znajdujemy w powieści fragment opisujący atak terrorystyczny na World Trade Center. Tidhar zadaje pytanie - kim jest bohater? W zbiorowej świadomości jest to ktoś kto wyskakuje z ekranu lub kolorowych kartek by rozbroić terrorystów, aby samolot mógł bezpiecznie wylądować. A może prawdziwi bohaterowie to ci, którzy walczyli z porywaczami na pokładzie i zginęli w płomieniach i zgnieceni tonami metalu?

W świecie wykreowanym przez Tidhara przejście Fali Vomachta tak naprawdę nic nie zmieniło. Istnienie ludzi z supermocami nie zapobiegło koszmarowi II Wojny Światowej, horrorowi Auschwitz. Nie powstrzymało ludzkich potworów takich jak doktor Mengele. Nietzcheański übermensch stoi ze spuszczonymi spodniami, skompromitowany, wyśmiany, bezużyteczny. Wszystko dlatego, że używa nie tych środków do udowodnienia sobie i reszcie świata, że jest prawdziwie wyjątkowy. Bo tak naprawdę, ponadprzeciętny może być każdy człowiek o ile wie co stanowi źródło jego nadzwyczajności.

„Stulecia przemocy” nie zaliczam do czołówki Uczty Wyobraźni. Jest to jednak zdecydowanie jedna z najoryginalniejszych formalnie powieści w tym cyklu. Bardziej komiks lub film niż zwyczajna książka.

pokaż więcej

 
2017-05-17 17:06:30
Ma nowego znajomego: beata
 
2017-05-16 12:16:49
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
Cykl: Mark Renton (tom 3)
 
2017-05-16 12:16:24
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-05-16 12:15:12
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2017-05-15 18:35:30
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

"Everyman", najkrótsza z wydanych przez Wydawnictwo Literackie powieści Rotha, rozpoczyna się pogrzebem głównego bohatera. Wydawać by się mogło, że miał niezwykłe życie – trzy żony, gromada już dorosłych dzieci, praca, hobby. Tak naprawdę jego życie było jak życie każdego człowieka – sukcesy, porażki, proza codzienności, błędy o...
Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

"Everyman", najkrótsza z wydanych przez Wydawnictwo Literackie powieści Rotha, rozpoczyna się pogrzebem głównego bohatera. Wydawać by się mogło, że miał niezwykłe życie – trzy żony, gromada już dorosłych dzieci, praca, hobby. Tak naprawdę jego życie było jak życie każdego człowieka – sukcesy, porażki, proza codzienności, błędy o dalekosiężnych skutkach, których nie dało się uniknąć.

Opowieść o Everymanie jest podsumowaniem jego życia, ale równie dobrze może służyć jako podsumowanie życia każdego człowieka. Czasami niektóre biografie uznajemy za godne uwagi - zazdrościmy sławy i pieniędzy, podziwiamy za odnoszone sukcesy. Tylko, że według Rotha nie jest to najważniejsze - w końcu i tak wszyscy skończą w grobie. Roth pisze bardzo prosto, o najprostszych możliwych sprawach, o najbanalniejszych problemach ludzkiego życia. A bohater "Everymana" to najbardziej przeciętny i standardowy człowiek, który pojawił się w jego powieściach. Zdradzał, kochał, żałował, przepraszał, pracował, tworzył, zazdrościł, żył po prostu. I ostatecznie chorował. Powtarzające się wizyty w szpitalu spowodowane ciągłymi nawrotami choroby wieńcowej, okazują się najbardziej istotnymi wydarzeniami w jego życiu. To one stawiają granice szczęściu, to one, gdy już zaistnieją, spychają wszystkie inne „ważne” sprawy na margines.

Czy Everyman to moralitet? Wiele na to wskazuje. Narrator staje się pod koniec życia bardzo rozżalonym i rozgoryczonym człowiekiem - wyrodnym ojcem porzucającym swe dzieci, zawistnikiem nienawidzącym brata za to, że tego nigdy nie dotknęła choroba i nieudanym synem, który zawiódł oczekiwania swego ojca. Everyman stojąc w obliczu śmierci podsumowuje swe życie i dochodzi do wniosku, że za późno już na naprawienie błędów. Gdyby mógł to żyłby lepiej, teraz pozostaje mu już tylko smutna świadomość tego, że na śmierć nie jesteśmy w stanie się przygotować. Bo wiedza zawsze przychodzi po czasie, dopiero nad grobem wiemy co zrobiliśmy nie tak. I to dotyczy wszystkich, każdy jest everymanem i sam decyduje o tym jak przeżyje swoje pięć minut. Na koniec nie ma dla nas jakiejś specjalnej puenty, żadnych wzniosłych słów poza tymi, które sami sobie wypowiemy aby się lepiej poczuć.

pokaż więcej

 
2017-05-11 08:32:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/


Będzie krótko. W przypadku "Powrotu" Wojciecha Guni bardzo łatwo jest mi popaść w egzaltację, co może prowokować zarzuty o snobistyczne zachwycanie się niezrozumiałym. Więc nie będę pisał wzniosłych słów, napisano już ich sporo – dołączam do tych pochwał zdecydowanie. Choć oczywiście czuję wbity gdzieś w tył głowy cierń niedosytu – zarzut...
Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/


Będzie krótko. W przypadku "Powrotu" Wojciecha Guni bardzo łatwo jest mi popaść w egzaltację, co może prowokować zarzuty o snobistyczne zachwycanie się niezrozumiałym. Więc nie będę pisał wzniosłych słów, napisano już ich sporo – dołączam do tych pochwał zdecydowanie. Choć oczywiście czuję wbity gdzieś w tył głowy cierń niedosytu – zarzut jest do mnie, nie do autora. Otóż „Powrót” można czytać dwojako.

Pierwszym sposobem jest pójście w impresję, smakowanie zdań, poddanie się przytłaczającemu nastrojowi i emocjom. Można wejść do „Domu” i wrzeszczeć w pustkę, można współodczuwać cierpienie i żal rodziców z „Syna”, można zabawić się w Beksińskiego i namalować postać z „Suszy”, możemy, niczym Henry Spencer z „Eraserhead” Lyncha, błądzić w aurze paraliżującego magnetyzmu „Kombinatu”, lub wdychać obezwładniającą atmosferę wypływającą spod zamkniętych drzwi samotni „Ojca”. A przede wszystkim możemy płynąć frazą, nie zawsze jasną na pierwszy rzut oka i wymuszającą powtarzanie co niektórych akapitów, jeśli się zanadto rozkojarzymy.

Druga metoda to próba zrozumienia idei stojących za opowiadaniami. Czytanie w taki sposób jest jednak niemożliwe bez uprzedniego przejścia zbioru pierwszym sposobem. Emocje i piorunujące wrażenia biorą górę i dopiero gdy się z nimi oswoimy, możemy podejść do „Powrotu” analitycznie. Przynajmniej ja tak mam, samo impresyjne obcowanie z literaturą nigdy mi nie wystarczało. Możemy zatem przebywając w „Domu” zastanowić się, czy rola jaką on pełni ma coś wspólnego z labiryntem Danielewskiego? Czy wydarzenia z „Ojca” to jeden z koszmarów Brunona Schulza, którego ten nigdy nie odważył się spisać? Czy „Bardzo długo była tylko ciemność” dyskutuje z „Zamkiem” Kafki a „Wezwanie” z jego „Procesem”? Czy może tylko porusza te dziwne, niepokojąco obce obszary naszej jaźni, do których mocno dobierał się autor „Przemiany”? Możemy też snuć domysły czy tryby „Kombinatu” są bliższe maszynerii „Czerwonej Wieży” Ligottiego czy Mechanizmowi z „Robota” Snerga? A pomysł z „Zachwytu” – czy nie prowadzi nas to w rejony ideowe ostatniego opowiadania z „Teatro Grottesco”? Gdzie zahaczyć często przywoływaną w orwellowskich duchem opowiadaniach (ale i czającą się na drugim planie w innych) dialektyczną kreację istotnych wartości?

Nie jest tak łatwo. Te proste nawiązania, które podałem to tylko tropy, często zwodnicze i przecinające się w wielu konfiguracjach. A zaznaczyłem tylko te, które przychodzą mi do głowy na podstawie mojego skromnego doświadczenia czytelniczego. Ilu rzeczy nie widzę, ile źle interpretuję? Truchanowskiego nie czytałem, więc kafkowska interpretacja „Wezwania” to chyba zbyt wielkie uproszczenie. Ale zbiór Guni to nie są po prostu intertekstualne nawiązania do twórczości tuzów literatury – to tylko część obrazu. Mamy tu przede wszystkim potężną dawkę ciężkiej filozofii. Filozofii pesymizmu, negacji sensu istnienia, jego bezcelowości, nieuniknionej oczywistości odwróconej gnozy, marionetkowości bytu. Światy Guni to światy wrogie, wijące się jak piskorz w rękach ludzkiej skłonności nadawania wszystkiemu znaczeń i konsekwentnie wymykające się naszym narzędziom interpretacyjnym. Nie groza jest tu najważniejsza, lecz te wszystkie składniki świata przedstawionego (związki przyczynowo skutkowe, niewidoczne prawdy, zakamuflowane kłamstwa, nieświadomie przekraczane granice poznania), które dopiero wyzwalają uczucie grozy. To weird fiction, ale takie ciążące ku Schulzowi, Kafce i Ligottiemu. Tu sam świat jest horrorem a nie jego nienaturalne elementy - powtarzam trochę za samym autorem, którego definicja tego gatunku literackiego szczególnie mocno do mnie trafia.

„Powrót” przeczytałem dwa razy, nie mogłem inaczej. Cierń tkwi, pcha ku powtórkom lekko przykurzonych w pamięci mistrzów weird fiction i do poznawania nowych, pcha ku mrocznym filozofom. Może gdy za parę lat wrócę do tego zbioru, znajdę w nim coś czego w tej chwili nie jestem w stanie? To jest siła „Powrotu” właśnie – przynajmniej w moim przypadku. Sam tekst zawarty w zbiorze jest wierzchołkiem góry lodowej, nie zapominajmy o tym.

A co z moimi typami? Wszystkie opowiadania są najwyższej jakości. Gdybym jednak miał wskazać kilka tych, które szczególnie mocno odcisnęły się w pamięci to wybrałbym: „Dom”, „Kombinat”, „Powrót”, „Bardzo długo była tylko ciemność” oraz na koniec, dwie krótkie ale przeszywające do szpiku kości miniatury - „Syn” i „Susza”.

pokaż więcej

 
2017-05-06 18:57:13
Ma nowego znajomego: Jonasz
 
2017-05-05 17:34:30
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Uprzedzam, że poniższy tekst jest jednym wielkim spojlerem i przeznaczony jest dla osób, które przeczytały już „Gniazdo światów”.

Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/




Tabu i fatum

Gavein (Dawid) i jego żona Ra Mahleine (Magda) przybywają do krainy zwanej Davabel, jako obowiązkowi imigranci. W powieściowym świecie Huberatha istnieją cztery takie krainy - mieszkańcy świata...
Uprzedzam, że poniższy tekst jest jednym wielkim spojlerem i przeznaczony jest dla osób, które przeczytały już „Gniazdo światów”.

Recenzja pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/




Tabu i fatum

Gavein (Dawid) i jego żona Ra Mahleine (Magda) przybywają do krainy zwanej Davabel, jako obowiązkowi imigranci. W powieściowym świecie Huberatha istnieją cztery takie krainy - mieszkańcy świata zobowiązani są (bez autorskiego tłumaczenia tego, co ich tak naprawdę do tego zmusza i jakie byłyby konsekwencje złamania tego nakazu) do cyklicznych zmian krain swojego pobytu. Życiem ludzi zamieszkujących świat rządzą też inne - może nie tyle absurdalne, co podejrzanie ochoczo przestrzegane – narzucone z góry reguły: każdy posiada Imię Ważne, określające sposób w jaki umrze, wszyscy trzymają się zasad zawierania małżeństw kastowych i życia w posegregowanym rasowo społeczeństwie. Zaraz po przybyciu Gaveina do Davabel, rozpoczyna się festiwal śmierci – ludzie, którzy mieli w jakikolwiek sposób do czynienia z głównym bohaterem, umierają. Szerzy się plotka o nadnaturalnych mocach Gaveina, na życie „Dawida Śmierci” czyhają już nie tylko zwykli mieszkańcy przerażeni tym, że sami mogą umrzeć, ale i aparat państwowy. Śmierć krążąca nad głową Gaveina zaczyna dobierać się do jego ukochanej – Ra Mahleine zapada na śmiertelną chorobę.

Tymczasem jeden z kolegów Gaveina zaczyna czytać książkę pod tytułem "Gniazdo światów". Książka ta zawiera wyjaśnienie tajemnicy świata, w którym żyje Gavein – bohaterowie "Gniazda światów" też muszą podróżować między krainami (tylko że częściej i między ich większą ilością), też mają Imiona Ważne (tylko bardziej szczegółowe), też czytają "Gniazdo światów" (ilość egzemplarzy książki rośnie wraz z kolejnym „zagnieżdżeniem świata”). I ta iteracja idzie w dół o kilka poziomów, szkatułkowe światy są po prostu fabułami książek, które czyta ktoś z wyższego poziomu.

Huberath wyraźnie sugeruje, że Ty czytelniku kreujesz losy bohaterów jego powieści, bo żyjesz w świecie wyżej usytuowanym ontologicznie. Gdy zamykasz książkę, świat w niej schowany zamiera i rusza dopiero wtedy, gdy zaczynasz czytać ponownie. A według notatek znajomego Gaveina, które ten czyta jednocześnie z książką – można te wszystkie zależności ubrać we wzory matematyczne, które dowodzą, że i ponad Tobą, i Twoim światem Czytelniku, istnieje byt wyższy, byt absolutny, byt jedyny, istniejący poza światem, nie posiadający Imienia Ważnego (czyli nieśmiertelny), trzymający w ręku jedyny egzemplarz "Gniazda światów". Bóg?

Tak, zapewne o Boga Huberathowi chodzi, jednak nie traktowałbym tej powieści jako próby udowodnienia nam czegokolwiek. Nie można przecież niczego udowadniać w oparciu o fikcję powieściową, Huberath buduje tu po prostu konstrukcję fabularną, która przy założeniu prawdziwości jej elementów, mogłaby dowodzić istnienia absolutu. Ale takiego założenia nie ma. Tu raczej chodzi o taką strukturę powieściową, która ilustrowałaby odwieczne zmagania ludzkiego pierwiastka racjonalnego (opartym na logice, empiryzmie i w bezwzględnym zaufaniu nauce) z pierwiastkiem irracjonalnym (wierze w fatum, religii i wypatrywaniu twarzy w chmurach), przy czym, prowokacyjnie, Huberath zaprzęga narzędzia matematyki i logiki do wskazania, że istnienie Boga jest bardziej prawdopodobne niż jego nieistnienie. Jako pisarz głęboko religijny, co potwierdza w wielu wywiadach, może wzbudzać sprzeciw swą literacką kreacją, ale nie sposób jej odmówić spójności i ciekawej scenografii.

No więc Bóg czy Rozum? I dlaczego Bóg?

W miarę schodzenia w dół drabinki światów, rośnie ich degrengolada. Mafia, ciężkie więzienie, zabójcza pustynia, zrujnowane domostwa, głód, brud, smród, nałogi, rozkład. Jednocześnie z powodu coraz większej ilości egzemplarzy "Gniazda Światów" i coraz większej ilości czytających osób, maleje determinizm świata. Albo inaczej – światy są determinowane coraz bardziej przypadkowo i pracują jako wypadkowa coraz to większej ilości osobistych interpretacji, chciejstw i pragnień istot z wyższego poziomu egzystencji. Fatum przestaje odgrywać istotną rolę, rośnie za to rola tabu – przecież te wszystkie nieuzasadnione z naszego punktu widzenia, zachowania społeczne to nic innego jak obszar tabu, nie dyskutuje się tu wcale na temat ich zasadności i logiki. Albo inaczej - poprzez tabu daje się jakoś funkcjonować w zepsutym i skorodowanym świecie.

Osoba czytająca jest demiurgiem, samodzielnym choć niedoskonałym kreatorem rzeczywistości niższej. Przychodzi tu na myśl właściwie cała twórczość Adama Wiśniewskiego-Snerga ze szczególnym wskazaniem na "Według łotra". Tam mieliśmy gradację istot, tu mamy gradację światów. Tam mieliśmy Widza, który jednocześnie śnił nasz świat i nadawał mu teleologiczny kierunek – tu mamy Czytelnika Ostatecznego, nieśmiertelny i absolutny byt. W obydwu przypadkach każdy kolejny poziom egzystencji (istot czy też światów) jest mniej doskonały, ponieważ jest dziełem Demiurga także niedoskonałego, wprost wyjętego z kart "Sklepów Cynamonowych" Brunona Schulza. Jest jednak podstawowa różnica pomiędzy ideą Snerga a Huberatha. U Snerga nie ma absolutu tylko kolejni niedoskonali demiurgowie, Huberath ostatecznie znajduje absolut i widzi w nim kreatora, który w najwyższym stopniu spełnia postulat Leibniza o tym, że „żyjemy w najlepszym z możliwych światów”.

Literacka konstrukcja Huberatha tak właśnie definiuje nasz świat - jako najmniej zepsuty, najbardziej logiczny, najmniej uciekający w tabu – ale jednocześnie najbardziej zdeterminowany, najbardziej oparty na idei fatum. Tak jakby autor chciał odebrać nam, ludziom przeświadczenie o własnej mocy decyzyjnej oraz zanegować przekonanie, że nasze autonomiczne wybory są lepsze niż życie pod dyktando boskich przykazań. Tylko światy bliskie Bogu (nienazwanemu tak w powieści, ale nie mamy przecież wątpliwości o Kogo chodzi?) przesycone jego duchem i naszą wiarą w Niego mają szansę oprzeć się moralnemu i ontologicznemu wręcz rozpadowi. Nie będę ukrywał, że światopogląd Huberatha nie jest moim światopoglądem, zgłaszam weto przeciwko takiemu ubezwłasnowolnieniu. Ale może jest tak, że źle odczytałem książkę?

pokaż więcej

 
2017-05-05 15:21:11
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2017-05-05 15:21:11
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
 
2017-05-04 10:33:48
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Recenzja pochodzi z:
http://plejbekpisze.blogspot.com/

W oryginale z 1898 roku młoda guwernantka, opiekująca się dwójką sierot, została poddana „dokręcaniu śruby”. W polskim tłumaczeniu Witolda Pospieszały ściskana jest coraz bardziej „kleszczami lęku”. W zasadzie chodzi o to samo – o narastające sukcesywnie napięcie i uczucie grozy.

Pan Douglas, starszy angielski dżentelmen, odczytuje...
Recenzja pochodzi z:
http://plejbekpisze.blogspot.com/

W oryginale z 1898 roku młoda guwernantka, opiekująca się dwójką sierot, została poddana „dokręcaniu śruby”. W polskim tłumaczeniu Witolda Pospieszały ściskana jest coraz bardziej „kleszczami lęku”. W zasadzie chodzi o to samo – o narastające sukcesywnie napięcie i uczucie grozy.

Pan Douglas, starszy angielski dżentelmen, odczytuje podczas wigilijnej nocy swoim zgromadzonym gościom pewien notatnik. Są to zapiski młodej guwernantki, która postanowiła uwiecznić w ten sposób swoje przeżycia w pewnej wiktoriańskiej rezydencji. Pracowała tam jako opiekunka dwójki dzieci - kilkuletniej Flory i nieco starszego Milesa. Ich prawny opiekun zostawia ją w rezydencji w towarzystwie dzieci i starszej pani Grose – wieloletniej pomocy domowej. Guwernantka utrzyma pracę pod warunkiem, że niezależnie od tego co się będzie działo, sama poradzi sobie z przeciwnościami losu. No i zaczyna się coś dziać.

Młoda kobieta zaczyna widzieć zjawy, których nie widzi nikt inny poza nią. Gdy opisuje ich wygląd pani Grose, ta rozpoznaje w nich poprzednią opiekunkę dzieci oraz byłego kamerdynera – dwa obmierzłe i podstępne indywidua, których prawdopodobnie łączył potajemny związek. Co gorsza, wszystko wskazuje na to, że dwa widma wzięły na cel wychowanków narratorki i ich niewinne dusze. Śruba się przekręca, kleszcze się zaciskają, napięcie narasta. Otóż dwójka słodkich dzieci, wedle słów zapisanych w notatniku, zaczyna pokazywać swej opiekunce drugie oblicze, zza ich uśmiechniętych twarzy zaczynają przezierać demoniczne maski.

Notatnik, który czyta pan Douglas, jest wielce subiektywnym i emocjonalnym zapisem przeżyć młodej kobiety. Poprzez swą wrażliwość i ekspresyjne odczytywanie wszystkich zewnętrznych bodźców, staje się w pewnym momencie bardzo niewiarygodnym narratorem. I to jest najlepsze w tej powieści, to jest żyzna interpretacyjna gleba. Można tę powieść odczytać dosłownie, jak opowieść o duchach, które naprawdę nawiedzają rezydencję w Bly - czyli można zaufać narratorce bezgranicznie. Tylko po co w takim razie to szkatułkowe zagranie? Po co czytamy o tym, jak to pan Douglas czyta nerwowe i rozedrgane, pierwszoosobowo pisane sprawozdanie? Z drugiej strony możemy uznać, że to wszystko co zapisała guwernantka to rojenia młodego umysłu, odizolowanego od zewnętrznego świata. Klaustrofobia, zbyt duża odpowiedzialność, histeria. Po co w takim razie cała ta upiorna otoczka, po co akurat złowieszcze duchy? I jakim cudem pani Grose kojarzy te postacie w oparciu o opis guwernantki?

Gdy poszukałem w sieci analiz i opracowań tej skromnej objętościowo powieści, okazało się, że jest ich zatrzęsienie. Przeczytałem kilkanaście, żadna nie jest na tyle zuchwała, aby jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o to, co tak naprawdę dzieje się w domu. Dlaczego? Bo tej odpowiedzi nie ma i według mnie jest to jedyny pewnik odnośnie fabuły powieści. Czytelnik, który podąża wraz z narratorką ku jądru ciemności, jest skazany na ciągłą rewizję swoich dotychczasowych ustaleń co do natury wydarzeń w powieści. Miotany między interpretacją skrajnie nadnaturalną a całkowicie realistyczną, lokuje swe tłumaczenia gdzieś pomiędzy, w połowie drogi lub ze wskazaniem na jeden z biegunów – w zależności od osobistych preferencji i emocji. Postawiony jest tym sposobem dokładnie w tym samym miejscu co narratorka, staje się współodkrywcą tajemnic rezydencji w Bly.

Narratorka pisze pięknie. Tak pięknie jak jeden z najlepszych amerykańskich, literackich stylistów drugiej połowy XIX i początku XX wieku – niejaki Henry James. Długie i skomplikowane zdania, bogate metafory – wymagające skupienia i czasem wytrwałości, ale odwdzięczające się po przeczytaniu wrażeniem obcowania z literaturą z najwyższej półki. To nie jest powieść prosta, łatwa i przyjemna – jest wymagająca i nie akceptująca pojedynczego odczytu. Dokręca śrubę, trzyma w kleszczach, potęguje napięcie. Ja przeczytałem dwukrotnie i wiem, że wrócę jeszcze kiedyś.

pokaż więcej

 
2017-04-29 00:01:29
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Cykl: Burton i Swinburne (tom 3)

Opinia pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Mark Hodder i jego trzytomowa steampunkowa opowieść o perypetiach wąsatego, zażywnego podróżnika / królewskiego agenta i wesołego, małego, rudego poety / hulaki / masochisty jest jednym z fajniejszych, typowo rozrywkowych cykli fantastycznych jakie czytałem w ostatnich latach.

W trzeciej części przygód Burtona i Swinburne’a lecimy do...
Opinia pochodzi z
http://plejbekpisze.blogspot.com/

Mark Hodder i jego trzytomowa steampunkowa opowieść o perypetiach wąsatego, zażywnego podróżnika / królewskiego agenta i wesołego, małego, rudego poety / hulaki / masochisty jest jednym z fajniejszych, typowo rozrywkowych cykli fantastycznych jakie czytałem w ostatnich latach.

W trzeciej części przygód Burtona i Swinburne’a lecimy do Afryki. Musimy odnaleźć trzeci kryształ Oka Naga, który w połączeniu z tymi, które pojawiły się w poprzednich częściach historii, ma być kluczem do zwycięstwa w nadchodzącej wojnie. Co chwila ktoś rzuca nam kłody pod nogi, a wszystko wskazuje na pruskich agentów Bismarcka i Nietzschego (!). Mamy lotnicze katastrofy, pojedynki z nasłanymi mordercami, wyczerpująca wędrówka przez wschodnioafrykańską ziemię i podjazdowe bitwy z tymi, którzy chcą znaleźć kryształ przed nami. Jednocześnie śledzimy zaskakujący wątek fabularny umiejscowiony pięćdziesiąt lat później, również w Afryce. Trwa I wojna światowa a Sir Francis Burton wychodzi powoli z amnezji i próbuje zrozumieć w jaki sposób znalazł się w przyszłości. I czy to jest ta sama przyszłość z której przybył Skaczący Jack z pierwszego tomu? A może istnieje już wiele przyszłości, o równorzędnym statusie? W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania, przychodzi z pomocą Burtonowi korespondent wojenny o znajomo brzmiącym nazwisku – Herbert George Wells (!).

Dostajemy to co w poprzednich powieściach, ta sama szybka akcja, ta sama szczegółowość w wyjaśnianiu działania elementów steampunkowego świata, ten sam bardzo prosty i dynamiczny sposób prowadzenia narracji. "Wyprawa w Góry Księżycowe" jest w porównaniu do dwóch poprzednich tomów, powieścią mniej złożoną fabularnie (jeśli w ogóle możemy mówić o jakieś wielkiej złożoności tych części) – to przede wszystkim awanturnicza powieść przygodowa. I jako taka świetnie spełnia swoją rolę.

pokaż więcej

 
2017-04-26 19:14:21
Dodał książkę na półkę:
Autor:
Cykl: Luna (tom 2) | Seria: Uczta Wyobraźni
 
2017-04-26 19:14:15
Dodał książkę na półkę:
Autor:
 
Moja biblioteczka
925 164 2684
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (99)

Ulubieni autorzy (37)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (1)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd