karpatkadobra 
Jestem miłą energiczną, żywą i przyjazną duszą :). Można by rzec, iż wszędzie mnie po trochu. Naprawdę, wszędzie. Jestem i tu i tam - chyba zbyt dużo energii we mnie siedzi. Naturalność, zaangażowanie, pasja. No właśnie Moją pasją i endorfinowym uzależnieniem jest wyczynowy sport: bieganie długodystansowe i pływanie, triathlon - czyli wszystko to gdzie trochę potu trzeba z siebie wycisnąć. Za młodu trenowałem pływanie, a z powodu zatok musiałem zrezygnować z ciężkiego zawodowego treningu, lecz porcję siebie, swoją pasję przelałem w bieganie. Na sporcie życie się nie kończy. Sportowcy - też ludzie. Dużo czytam, w szczególności beletrystykę sci-fi, non-fiction, wszystko co związane z "Gwiezdnymi Wojnami" - a rozkochałem się w Galaktycznym świecie niemiłosiernie, oraz komiksy z gatunku horrorów, fantastyki, a w tym głównie "Marvel", "DC", "Alien", Kaznodzieja i inne. Czytanie to poprosty specyficzny akt, taki intrygujący mechanizm, który pobudza wyobraźnię, uczy i nie jest tylko zapełnieniem sobie wolnego czasu jakimiś minutami czy godzinami lektury. Czytanie jest podróżą, która pobudza zmysły i projekcją, swoistym filmem rozgrywanym w naszym umyśle. Doświadczanie ulubionej powieści, komiksu, artykułu czy powiastki pozwala nam wcielić się w swojego ulubionego bohatera - wyobrazić sobie wszystko to co go otacza. Czytanie tworzy z nas kreatorów wyobraźni. No właśnie, gdybym miał zabrać 3 rzeczy na bezludną wyspę: jedną z nich na pewno byłaby książka :)
27 lat, mężczyzna, status: Czytelnik, dodał: 244 cytaty, ostatnio widziany 4 dni temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-08-04 14:15:42
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Książka jest przypisana do serii/cyklu "Horror". Edytuj książkę, aby zweryfikować serię/cykl.

W poszukiwaniu inspiracji do czytelniczego, osobniczego doświadczenia strachu wpisanego w dwuwymiarowe karty papieru pośród literatury horroru, a w szczególności horroru oscylującego wokół daty powstania – w ciągu ostatnich 20 lat, nie sposób nie natknąć się na autorów, którzy pasjonowali się twórczością ,,Prometeuszy", niczym pierworodnych i piewców tego gatunku – znakomitości zeszłych... W poszukiwaniu inspiracji do czytelniczego, osobniczego doświadczenia strachu wpisanego w dwuwymiarowe karty papieru pośród literatury horroru, a w szczególności horroru oscylującego wokół daty powstania – w ciągu ostatnich 20 lat, nie sposób nie natknąć się na autorów, którzy pasjonowali się twórczością ,,Prometeuszy", niczym pierworodnych i piewców tego gatunku – znakomitości zeszłych stuleci. Autorów, którzy starali się czerpać z całego tyglu wystudiowanego, po części wyśrubowanego - począwszy od XIXw. wieku , a skończywszy na latach 80-tych XX wieku przez legendy powieści grozy - pojęcia mrożącego, okalającego naszą psychikę ostrym cierniem i zardzewiałą masą drutu kolczastego, negatywnego odczucia jakim jest strach. Ich jako pisarzy, jako mistrzów pióra z grona artystów ,,makabry” cechuje coraz większa świadomość, że czytelnicy wciąż chcą się bać; chcą w tym trwać i ewoluować, ale pragną, aby wyglądało to na osobnicze przeżycie, jakby skierowane tylko do nich, niczym do ostatniego czytelnika na Ziemi.

Krocząc bocznymi dróżkami, obserwując uważnie własne związane z pasją czytelnika poczynania, można albo całkowicie wypaść z rytmu i zabłądzić pośród niemożności odnalezienia konkretnego stylu literackiego najbardziej dla nas uniwersalnego - zazębionego na ten przykład wokół horroru, albo odnaleźć tę jedną odnogę na tej drobnej dróżce, która będzie prowadziła nas do konkretnej ścieżki – wzoru, którym będziemy posługiwać się, decydując o wyborze najbardziej dla nas przystępnej i opisującej nas, literaturze, gdzie z każdym takim wyborem, z każdą taką decyzją będzie coraz bliżej do odnalezienia tego ,,świętego Graala” beletrystyki z gatunku horroru, bo przecież jak dobrze wiemy strach, to przemożne wywołujące katatonię, stan obłędu lękowego i paraliż niewyobrażalnego chłodu subiektywne, negatywne odczucie. Jak podkreślałem w ostatnich moich recenzencko-opisowych wywodach skupiających się na analizie literatury grozy, w szczególności tej z XIX w. i tej współczesnej, wychodzącej spod pióra mistrzów tak specyficznego tworzenia, wręcz uwypuklania ,,szlamowatego” ściskającego nerwy czytelnika, napięcia, od dawien dawna i pewnie będzie tak w przyszłości, ciężko było, jest i ciężko będzie stworzyć taką powieść, aby potrafiła przestraszyć każdego zagłębiającego się w niej czytelnika. Czy to Lovecraft, czy to King lub Koontz – to wybitności literatury mimo, iż wielu z nas wydawać by się mogło, że tylko twórczość Kinga do nas dociera; reszta jest najwyżej sztampowa lub nie pasująca naszym gustom i wyobrażeniom horroru. Z kolei ktoś może nagle wykrzyczeć, że to Lovecraft, Bram Stoker, czy jeszcze ktoś inny stworzył coś tak abstrakcyjnie dobrego, tak przerażającego, że większego geniuszu w ukazywaniu mackowatego, oddziałującego na każdego poddającego się lekturze książek takowego autora, nie ma; a w dodatku poczuć niemożny dotykający każdą komórkę ciała czytelnika i przesycający ją dogłębnie, płynący z zawartych tu treści i idei, chłód” powinien każdy tego doświadczający.

Przed zdecydowaniem się na kolejną pozycję z noweli i powieści pośród klasycznego bądź nie lub z domieszką thrilleru i głębokiego metafizycznego doznania, horroru, miałem pewien kłujący moje osobnicze odczucie literackiego gustu, dylemat. Nie wiedziałem i całym sobą nie potrafiłem odczuć tego, czy czytając kolejne dzieła z gatunku literatury grozy i innych dreszczowców mam kierować się szukaniem w nich wskazówek, które to wskazywałyby na jeszcze bardziej w uniwersalnym odczuciu: przerażające, ziejące wszechobecnym, niezgłębionym strachem ich zabarwienie, gdzie każda kolejna pozycja miałaby być ,,straszniejsza” od poprzedniej. Z drugiej strony zastanawiałem się, czy poddanie się takiej lekturze będzie lepsze, gdy pozostawię swój umysł otwarty na to, co pokaże mi książka, gdy popłynę wraz z jej fabularno-emocjonalnym nurtem. Postanowiłem jednak, że dużo bardziej swobodniej podejdę do kolejnej książki zazębiającej się w tematyce horroru, niż w przypadku opowiadań Lovecrafta, z którego bagażem doświadczenia, i to, jak wpływał pojedynczo na czytelników wiązałem określone ,,nadzieje” i reperkusje, które oczekiwałem, aby je odczuć. Dlatego też mówiąc po młodzieżowemu ,,podszedłem do tematu na luzie” i na "Nieznanym" Josehpa Citro skupiłem się tak, aby to książka sama opowiedziała się dla mnie, pozostawiając mnie samego jej całej treści; płynąc zgodnie z jej nurtem.

"Nieznany" Josepha Citro od razu przykuwa uwagę czytelnika, ale pół na pół, ot wizualnie przede wszystkim. A dlaczego? Przerażająca, obsceniczna, pozbawiona skóry twarzoczaszka człowieka, lub jakiegoś demona bądź upiora zarysowuje swe kształty na powierzchni okładki powieści, tuż nad obciekającym u podnóża napisu jej tytułem i pisanym gotycką czcionką imieniem i nazwiskiem autora. Już od samego początku jej wielowątkowej, mającej masę powiązań między postaciami fabuły buduje się charakterystyczne napięcie. Otóż na mieszkańców Eureki w stanie Vernmont w USA, jak i okolic, zasadza się jakaś dziwna mroczna siła, która z perspektywy czytelnika jest bardziej czymś materialnym, przybierającym formę dzikiej bestii czy jakiegoś koszmarnego przerośniętego jestestwa, niż zwodniczego mrocznego bytu – czegoś bez dolnych i górnych granic to określających. Pierwsze kilkanaście stron powieści w dość intrygujący sposób wprowadza nam to paskudne, atakujące ludzi ,,coś”. Być może był to chwyt łapiący czytelnika za przysłowiowe ,,serce” lub nagły z posmakiem psychologii i grozy przekaz fabuły, wybijający się nad ogólną narrację "Nieznanego"; a rozchodziło się o Lavigne’a – postać, z którą rozpoczynamy naszą przygodę z dziełem Josepha Citro. Mężczyznę zaatakowało jakieś wysokie, przerażające paskudztwo, coś co mogło być człowiekiem, demonem, jak i koszmarem, którego widoku wpisanego w jego umysł Lavigne nie mógł pozbyć się przez dłuższy czas. O całym zdarzeniu opowiedział on – i tu wkraczamy w fazę poznania najważniejszej, zwykłej, walczącej ze swoimi pokusami persony – Rogerowi Newtonowi – dziennikarzowi, który z racji miłości do innej pasji kupił pewien bar, wyremontował go, nazwał „The Newsroom” i zaczął normalnie funkcjonować starając się prowadzić ustatkowaną, ale i ambitną egzystencję. Jednak pojawia się natychmiast pewien dylemat. Z jednej strony Roger, jego ni to kochanka ni to pracownica Laura, i wiele później pojawiających się postaci, oprócz chłopców: Stacy’ego i Jarvisa, którzy do ostatecznej płynności narracji zostali rozpisani naprawdę bez zastrzeżeń, okazują się zwykłymi ,,szarakami”- przeciętnymi ludźmi, których życie przebiega po prostu dobrze, których aktualne przypisane im koleje losu nie wskazywałyby na to, że co kol wiek złego mogłoby im się przydarzyć. Jednakże z perspektywy całej powieści tak niemożne ściśnięcie wielu charakterów na tak ograniczonej objętościowo i przestrzennie w rzeczywistości jej wydarzeń, płaszczyźnie, odbiera tą intymność w odczuciu negatywnych emocji i przykrych porażających, takich jak strach wrażeń, powodując, że "Nieznanemu" jako dziełu daleko do literackich wybitności makabry, psychologicznego dreszczyku i grozy.

Zwracając uwagę na nie do końca szczerą, wyszukaną i niezbyt jasną kwestię tego, co kryło się za Windy’go, Wielką Stopą, czy też Winny-go jak Harley Spooner nazywał tą bestię atakującą mieszkańców stanu Vermont – bez względu, jak to coś byśmy nazwali – należy przyjrzeć się przypisaniu tej przesyconej sokami zła istocie pochodzenia etnologicznego. Otóż jej obecność w malowniczej, szeroko rozpostartej okolicy Eureki, zaczęto odnotowywać w XIX w. kiedy sprowadzili się tu czarnoskórzy niewolnicy. Jednym słowem odprawiali oni jakieś obrzędy i wierzyli w dziwne bóstwa; stąd wśród nich doszło do jakiejś dziwnej ewolucji nie tylko kulturowej, ale i biologicznej. Stwora, czy też stworów, bo raczej było ich kilka, których widzieli chłopcy, Lavigne oraz Les Winthrop i inni, można nazwać dzikim tubylcem z dobrze nałożonym na ciało i wiernie odwzorowanym ową czarną bestię strojem. Lud, który przybył pod Vermont przed laty i przetrwał do dzisiaj dbał o swoją tradycję, obrzędy, terytorium i zobowiązania. A zobowiązaniem tubylców stało się śledzenie i obserwacja ,,Syna Cienia", którym był przodek starszego czarnoskórego mężczyzny – Cooly’ego; to on pomógł dzieciakom wyjść z opresji Bestii, i co niezwykłe, nie zginął z rąk legendarnego, rzekomego stwora, gdyż ten prawdopodobnie pomylił go z jego nieżyjącym już dziadkiem, co samo w sobie było ciekawym literackim cliffhangerem.

Czyż nie jest to zbyt zawiłe, zbyt poplątane niczym sieć mrocznych korytarzy w starym średniowiecznym zamczysku? Czy tak w beletrystyce Josepha Citro miała wyglądać przygoda ze strachem, tym subiektywnym, starym jak ludzkość odczuciem? Czy to dobrze, że Bestia i jej – nazwijmy to – bracia z jednej krwi i kości, odeszli, gdy uporali się z własnymi mitami, przeszłością i przeznaczeniem? To nie jest ,,zło”, które jest okrutną niemożną, odradzającą się i powracającą ,,nienazywalną” siłą, które będzie dzisiaj, jutro, które będzie zawsze. "Nieznany" autorstwa J.Citro powinno przyporządkować się do kategorii proto-horrorów, w których horrorem są raczej średnie literackie ,,jump scare’y” dopieszczane barwnymi opisami przerażających aspektów, a głównym konstruktem fabularnym jest sensacja połączona z dramatem i śledztwem.

pokaż więcej

 
2018-07-29 13:01:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Deadpool (tom 8) | Seria: Marvel NOW!

Ten rok w światowym kinie rozrywkowym, a przede wszystkim kinie science-fiction i adaptacji historii komiksowych Uniwersów, to niewątpliwie rok sequeli: począwszy od "Jurassic World", a skończywszy na mocno pokręconym "Deadpoolu 2". W ten sposób, na własnej skórze możemy się przekonać, że warto przeznaczyć nawet tę najcenniejszą porcję czasu na pasję, która wypełnia nasze zmysły, i która w... Ten rok w światowym kinie rozrywkowym, a przede wszystkim kinie science-fiction i adaptacji historii komiksowych Uniwersów, to niewątpliwie rok sequeli: począwszy od "Jurassic World", a skończywszy na mocno pokręconym "Deadpoolu 2". W ten sposób, na własnej skórze możemy się przekonać, że warto przeznaczyć nawet tę najcenniejszą porcję czasu na pasję, która wypełnia nasze zmysły, i która w pełni nas określa - stanowi o naszym kulturowym otwarciu się na świat. "Deadpool 2" to nie tylko jeden z tych filmów z najlepszymi napisami końcowymi jakie można było sobie wyobrazić, by w ogóle zaaranżować je w filmie w taki, a nie inny sposób, ale i prawdopodobnie najlepsza kontynuacja pierwszej odsłony danego dzieła w dziejach tego gatunku filmowego, ba, w dziejach adaptacji komiksowych Uniwersów. Byłbym w prawdziwym błędzie niczym niezgodny z przepływem wewnętrznego Chi mnich, gdybym stwierdził, że takowe, adaptujące przygody pozbawionego naturalnego, stonowanego rozumowania najemnika z nawijką, dzieło, nie wywarło na mnie żadnego wpływu, nie stając się w ten sposób inspiracją w wielu bardzo ważnych dla mnie kwestiach. "Deadpool 2", mimo iż przedstawiał z lekka różniącego się od swojego komiksowego pierwowzoru Wade’a Wilsona, dał mi tego solidnego ,,z krwi i kości” kopniaka, tą anormalną, nadnaturalną zachętę aby śledzić jego przedziwne, wprawiające czytelnika w fiksację umysłu przygody, szczególnie te z inicjatywy "Marvel NOW!", która kreuje Deadpoola w przyjemny, lecz z nieco pewnymi różnicami, bardzo przystępny i naturalny dla tego typu postaci sposób.

Od pewnego czasu, w Uniwersum narracji obrazkowych Marvela ukazuje się seria o dość prosto brzmiącym tytule, ale o wiele bardziej skomplikowanym wydźwięku i znaczeniu, niż można było przypuszczać, a jest to: "AXIS". Prequelem do tego eventu jest piąty tom "Uncanny Avengers", czyli tzw. Preludium, które służy dokładniejszemu zrozumieniu przyczyn "AXIS" i tego czym ono jest - przy czym bardzo istotny dla jego odbioru przez czytelnika staje się z kolei: "Avengers i X-Men: AXIS" oraz komiks, w którym Hobgoblin mierzy się z psychopatycznym Carnage’em; pojedynek między takimi łotrami i to w tak specyficznej oprawie staje się pożądanym przez fanów zjawiskiem. Mówiąc w telegraficznym skrócie, cały niniejszy event polega na dość specyficznym zjawisku. Otóż w wyniku wojny ziemskich superbohaterów z Red Skullem zostało rzucone, nazwijmy to potężne wykorzystujące pole telepatyczne zaklęcie, które w głównym komiksowym Uniwersum powoduje zamianę dotychczasowych ról jakie pełnili bohaterowie i ich adwersarze oraz liczni złoczyńcy. Ci dobrzy, zawsze stojący po stronie prawa i będący na straży bezpieczeństwa kosztem własnego życia, herosi, stali się złymi, zawistnymi jednostkami. Natomiast ci o bestialskich, agresywnych i nie szanujących życia na większą skalę skłonnościach, łotrzy, stali się przeciwieństwem samego siebie, jakby to zło zaczęło coś z nich wyciągać. Według mnie, co w ogóle jest niesamowite i jakby zarazem okrutne dla wszystkich postaci, które przewinęły się przez „AXIS” , zamiana osobniczej natury – tego, w jakich ideach się wychowano i jaką stronę medalu się reprezentuje – to sytuacja nie do pozazdroszczenia. Teoretyczne zwycięstwo nad złowrogim Red Skullem miało gorzki, obły posmak, niczym stare porzekadło: ,,będziesz jadł, a nie poczujesz smaku”.

Gdy role bohaterów i super-przestępców się odwróciły, nie można nie powiedzieć, że ktoś tak odmienny od wszystkich, jak Deadpool, wyszedłby z tego cało. Ostatecznie i jego dosięgły tego rodzaju fatalne reperkusje. Wade Wilson, najlepszy komiksowy najemnik kontraktowy, nad którego psychiką nie jeden behawiorysta łamałby sobie pióro by go opisać, przeszedł na stronę dobra – czyli w jego przypadku, gdy przypieliśmy mu łatkę anty-bohatera, Wade stał się neutralną, ogarniętą oceanem spokojnych, wędrujących w eterze Wszechświata myśli, istotą; stał się Zenpoolem. Lecz, jak to z odzianym w czarno-czerwony trykot, aby nie widać śladów krwi od ciał swych pokonywanych wrogów Deadpoolem, bywa, ten neutralny, zsynchronizowany z energią Chi stan rzeczy nie trwa zbyt długo. Jednakże na pewien czas przed ,,narodzinami” Wilsona jako Zenpool, Wade spotyka wiele ciekawych postaci, rzeczy i doznaje specyficznych wydarzeń, w których zaangażowanie jego osoby było rzeczywiście czymś niezwykłym, czymś co świadczy o porządnej pracy scenarzystów i o tym, że seria "Deadpool" od "Marvel NOW!" idzie w bardzo dobrym, utrzymując się ciągle na wysokim poziomie, kierunku.

Zanim od pierwszej do ostatniej planszy niniejszego wydania narracji obrazkowej, w której spandexowy najemnik obraca się wokół eventu "AXIS", tak wczytamy się w tą pozycję, nasze oko na pewno skupi się na jej dość nietypowej zewnętrznej okładce. Przedstawia ona białe tło, w które wpisany jest czerwono-czarny kolisty symbol równowagi wewnętrznej "Yin i Yang", a w nim zwróceni naprzeciw siebie twarzą do stóp, jakby zamykający harmoniczny przepływ energii, widnieją dwaj Deadpoole: jeden normalny, którego znamy od lat, a z kolei drugi - ubrany w szarobrązowe mistyczne szaty, jakie wdziewają adepci wschodnich sztuk walki, oraz zamiast pistoletów i dwóch katan skrzyżowanych na plecach wyposażony w najzwyklejsze w świecie drewniane grabie. Czy aby nie staje się to zbyt dziwne? Nic z tych rzeczy. Sam fakt, tak nietuzinkowej linii graficznej owej miękkiej okładki ósmego tomu "Deadpoola" nastawia nas na dużą dawkę pozbawionych piątej klepki, nietuzinkowych przygód, w których to centrum będzie trwał on, Deadpool.

Wade Wilson w otoczeniu spokoju, utopijnej scalającej jego Wszechświat w jedność harmonii; w czarno-szarym, jak u mistrza wschodnich sztuk walki odzieniu oraz z naszyjnikiem w postaci białych kul różnorakiej wielkości. W taki sposób Wade oddaje się czynnościom pielęgnacyjnym ,,ogrodu Zen” na terenie swojej posiadłości w Queens, w Nowym Jorku. To nie jest czcze wyobrażenie i jakieś rysunkowe banialuki grafików tworzących dla serii "Deadpool" z "Marvel NOW!"; to treść plakatu na początkowej poprzedzającej start fabularny tego tomu, stronie, która ma przygotować czytelnika na ujmując to w prosty sposób: ,,przekozacką”, osobliwą wersję prawdopodobnie najlepszego najemnika z Uniwersum Marvela - Deadpoola.

Gdy już ta specyficzna, odrębna do tego, co prezentuje ten anty-bohater grafika, weszła nam mocno w pamięć, nadszedł czas, by przyjrzeć się jak ów komiks się zaczyna, jak się rozwija w nim dość intrygujący motyw "AXIS", jak odnajduje i zmienia się w nim Wade i jakimi tego reperkusjami ten tom się skończy. Pierwsze stronice niniejszego wydania "Deadpoola" to dość mocne, pod względem moralnej i lepszej strony natury Wilsona, co samo w sobie jest niezwykłe, wejście. Nasz spandexowy, lubujący się w łojeniu skóry ,,złolom”, najemnik z nawijką spotyka się w domu agentki Preston ze swoją córką Ellie. Tam dziewczynka znajduje schronienie, przyjaciół i rodzinę, coś czego Deadpool jest świadom, że nie mógł jej tego dać i być może, jako przykład ,,ściskanej" i ukrywanej ojcowskiej miłości nigdy nie będzie jej dane, by tego doświadczyć. To nie jest ten sam Wade Wilson, co ze starszych, klasycznych historii obrazkowych Marvela. ,,Nowy" Wade boi się zdjąć maskę i pokazać Ellie, jak wygląda jego prawdziwa naznaczona zbliźniałą, pękającą tkanką twarz. Można odnieść wrażenie, że Deadpool ma wyrzuty sumienia o to, że jest tym kim jest obecnie, a nie jest tym kim powinien być od dawna, normalnym ojcem. Rozmowy z córką przerywa atak Draculi, który jak widać od tomu 5, aż do teraz - do tomu 8, nie przestaje atakować spandexowego zawadiaki. Tym razem król wampirów przywdział gruby, tubalny, metaliczny pancerz, stworzony, aby zabić Spider-Mana, no i przy okazji Deadpoola, ale, jak to z zaczynającymi z marvelowskim najemnikiem łotrami bywa, na gdybaniu i próbach się kończy; Dracula ponownie zostaje powstrzymany. Po odwiedzeniu babki małej Ellie w Specjalnym Zakładzie, gdzie została przetrzymywana, co ponownie świadczyło o tym, że Wade’owi jednak na dobru córki zależy, Deadpool udaje się do posiadłości X-menów im. Jean Grey, gdzie oczekuje na przybycie jego znajomych, mutantów, z Korei Północnej, którym obiecał ostatecznie pomóc uratować ich zaatakowane przez dość silny patogen lub inny zjadliwy czynnik organizmy, głównie dzięki przeszczepowi niesamowicie regenerujących się narządów wewnętrznych Deadpoola. Szybko wplatane nowe wątki, przenoszenia się przez pierwszą połowę komiksu, co kilka plansz w nowe miejsce akcji, nadaje komiksowi tempa i pozwala poczuć się, jak w samym środku kina akcji - a to ułatwia fanowi doświadczającemu ten tom przygód Deadpool scaalenie natłoku informacji, które mają doprowadzić go do przemiany Wade’a w Zenpoola. Lecz zanim do takowej psychicznej, głębokiej przemiany spandexowego najemnika dojdzie, Wade ma, aż pełne ręce roboty, po tym, jak Magneto prosi go o pomoc wsparcia „Avengers” i drużyny „X-men” w walce przeciwko potężnemu Red Skullowi. To wysiłki Scarlet Witch, Doctora Dooma i innych postaci starających się powstrzymać tego złoczyńcę poskutkowały rzuceniem ,,zaklęcia”, które wyłączyło mózg Charlesa Xaviera, którego nagminnie wykorzystywał apodyktyczny Red Skull. Czy sytuacja wróciła do normy i ziemscy herosi mogli w końcu odczuć jakąś ulgę? Otóż nie. Cechy charakteru, świadomość posiadanych celów i idee, w które wierzyli łotrzy i bohaterowie uległy odwróceniu. To właśnie w tym momencie rodzi się Zenpool, któremu tej części Wade’a Wilsona ta ,,hippisowsko-pokojowa” forma reakcji na otoczenie wręcz bardzo przypadła do gustu, lecz tej drugiej agresywnej i nie uznającej kompromisów wersji, to już niekoniecznie – stąd świadomość Zenpoola, że ten prawdziwy Deadpool to najlepszy dla Wade’a Wilsona typ osobowości. Szczęście pokojowej odsłony pozbawionego piątej klepki najemnika nie trwa długo. Zaklęcie przywracające prawdziwe ja wszystkich postaci sprzed "AXIS" zostało rzucone. Mówiąc w skrócie: nasz zawadiaka powraca do czerwono-czarnej wspartej skrzyżowanymi ze sobą katanami wersji kostiumu. Pora, aby teraz rozliczył się on ze swoją żoną Shiklah, znalazł dom dla Evana Sabahnura – nowego Apocalypse’a oraz dla podobnych mu przyjaciół z Korei, którym pomógł dzięki swoim zdolnościom regeneracyjnym i staraniom magii Michaela stanąć na nogi. Mimo to nie czuje on satysfakcji i duchowego spełnienia, z tego, co zrobił, gdy wzniósł się ponad swoje możliwości. Dzięki jego pomocy wiele osób zaznało szczęście, lecz on, cóż... on tego nie czuje. Deadpool nie ma satysfakcji ze swego życia, z założonej na początku samorealizacji.

Jaki stanie się teraz Deadpool? Będzie zgorzkniały, sterylnie pozbawiony emocji? Taki koniec w połączeniu z pseudo-szkolną w stylu elementarza dla przedszkolaków propagandową historyjką Deadpoola, konfrontującego się z anty-ekologicznym Roxxon , która okazała się fenomenalna i kupiła moja gusta zupełnie, to w zupełności rozumiem.

pokaż więcej

 
2018-07-25 15:34:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

14 Maj 1944r., Modesto w Californii. W rodzinie Lucasów – typowej amerykańskiej, jak i ogólnej wydawałoby się, aż nadto przeciętnej ,,małomiasteczkowej” familii, swe pierwsze hausty życiodajnego, rozszerzającego niedojrzałe płucka powietrza, wzmagane płaczem i piskliwym krzykiem w pierwszych chwilach po wyjściu z łona matki na nieznane środowisko, pobiera drobniutki, wręcz mikry noworodek,... 14 Maj 1944r., Modesto w Californii. W rodzinie Lucasów – typowej amerykańskiej, jak i ogólnej wydawałoby się, aż nadto przeciętnej ,,małomiasteczkowej” familii, swe pierwsze hausty życiodajnego, rozszerzającego niedojrzałe płucka powietrza, wzmagane płaczem i piskliwym krzykiem w pierwszych chwilach po wyjściu z łona matki na nieznane środowisko, pobiera drobniutki, wręcz mikry noworodek, któremu rodzice nadadzą imię George. Ponad 30 lat później z tej kruszyny, z tego ubogacającego do tej pory jednostajne życie młodego małżeństwa George’a Seniora i Dorothy Lucasów, narodzi się mistrz; z natłoku nietypowych wrodzonych i nabytych jako młodzieniec, a później mężczyzna, jego cech, powstanie nieuznający kompromisów, zrodzony z niezależności filmowiec, prawdziwy stwórca o pomysłach jakich nie widział dotąd świat, kreator pięknej osadzonej w mitycznej Galaktyce filmowej opowieści, George Lucas.

Ktoś kiedyś powiedział, że George Lucas nie jest człowiekiem; to abstrakcyjna forma życia, która została stworzona przez nadrzędne Uniwersum, aby dać ludzkości "Gwiezdne Wojny". Ktoś, kto z meandrujących, kłębiących się skrawków myśli, dzięki sile sprawczej wynurzył z zakamarków umysłu najsłynniejszą kosmiczną, osadzoną w różnych gałęziach popkultury Sagę fantastyczną, nie mógłby mieć w sobie choć trochę pierwiastka ludzkiego, w tym sensie, jakby jego egzystencja na Ziemi sprowadzała się tylko do tego celu: założenie "Lucasfilm Ltd." i kreacja gigantycznego, a w obecnych czasach wciąż rozrastającego się Uniwersum "Gwiezdnych Wojen". Z jego osobą, jako jedną z najsłynniejszych, najbardziej rozpoznawalnych sylwetek współczesnej kinematografii, jest tak, że traktujemy ją jako legendę, jako kogoś, kto stworzył wokół siebie mit, w który niestrudzenie wierzą ludzie na całym świecie, nawet mimo iż obecnie George ze swoją firmą i wszystkim, co ma miejsce wokół ,,galaktycznego świata” nie ma nic wspólnego. Mówiąc krótko Uniwersum „Star Wars”, to zbyt niezwykły pomysł, idea i twór, który z perspektywy współczesnego miłośnika "Star Wars" jawi się jako bezcenne, odznaczające się astronomicznym, nieporównywalnym z niczym innym wydźwiękiem i odciskające gigantyczny ślad w kulturze masowej i świadomości fanów, dzieło, którego zanurzona w przeciętnej szarości jednostka ludzka nie mogłaby stworzyć. Dla George’a to było przeznaczenie, to sama Moc wybrała go, aby w niespełna rok z kawałkiem po rozpoczęciu marcowych zdjęć na planie filmowym w 1976 roku do nienazwanego do końca produktu filmowego "The Star Wars" dać światu coś, co nadal, niezmiennie, niczym dom zbudowany na skale, 40 lat później trwa w świadomości masy oddanych temu fanów; dać nam „Gwiezdne Wojny”.

Wśród wiernych pośród wiernych, ,,znerdziałych” fanów, wśród Legionu miłośników "Star Wars", teraz, dzisiaj, jutro jestem i będę ja, jako żyjący tym otoczonym przez przenikającą wszystko Moc światem, sympatyk. Kto by pomyślał, że w 2017 roku minęło 40 lat od kiedy słynne majestatyczne fanfary symfonii Johna Williamsa, wprost cudownie otworzyły debiutujące na kinowym ekranie "The Star Wars". Kto by pomyślał, że George Lucas da światu VI wynoszących poza stratosferę, nasze geekowskie doznania Epizdów tej Space Fantasy; że ,,eony” czasu później Rian Johnson wyreżyseruje "Ostatniego Jedi" – film tak różny od tego czym raczył nas ,,stwórca”, i jednocześnie będący częścią Uniwersum i kontynuacją tego, co zaczął Lucas. Idąc tym tropem dedukcji - mając na myśli, jak prawdziwe i żywe niczym olbrzymia zbiorowa jaźń są "Gwiezdne Wojny", można tylko pozazdrościć tym fanom, na których oczach przez całe ich życie powstawała i wciąż powstaje, adaptowała i wciąż się adaptuje, ewoluowała i wciąż ewoluuje ta nieprawdopodobna, galaktyczna Saga. Dlatego też ich stosunek do „Gwiezdnych Wojen” jako miłośników, to ich prawdziwe zrozumienie tego fenomenu i wchłanianie każdej jego molekuły wraz z każdym dniem dorastania, nie będzie takie jak w moim, czy innych fanów przypadku, którzy pierwszy film ze ,,stajni” "Star Wars" widzieli będąc dziesięciolatkami, oglądającymi "Epizod I: Mroczne Widmo" w kinie i śmiejąc się z amfibiotycznego niezdarnego Jar Jar Binksa.

Próbując jak najlepiej przyswoić sobie wszystkie wartości, które wnoszą w szczególności klasyczne części filmowych "Gwiezdnych Wojen", najczęściej jak się da, wracam do pierwszych trzech Epizodów i do książek z zakresu Uniwersum zwanego obecnie "Legendami". To właśnie w większej mierze na literaturze, na książce o dość oczywistym tytule, która to, tak naprawdę była pierwszą powieścią związaną ze "Star Wars" George’a Lucasa i napisaną nie przez niego samego, bo ,,stwórca” ledwo co wybrnął ze scenariuszy do "Nowej Nadziei" i w przyszłości do prequeli, ,,krwawiąc” nad nimi niemożebnie, lecz przez samego Alana Deana Fostera. ,,Książkowe” Gwiezdne Wojny wydano w 1976r. Zatem, dlaczego zrobiono to na tak duży okres czasu przed filmem? Odpowiedź jest prosta, ale i zaskakująca. Powieść, którą napisał Dean Foster była częścią kampanii reklamującej "The Star Wars" – nową produkcję od młodego, ambitnego reżysera, opowiadającą o kosmicznej przygodzie i walce dobra ze złem w Galaktyce , która to na ekranach kin miała zadebiutować w 1977 roku. Jej treść, czyli fabuła, postacie, wątki, miejsca i wszystko inne tu zawarte oparto na scenariuszu do filmu George’a, któremu wiele lat później nada się dodatkowy człon: "Epizod IV: Nowa Nadzieja". Z jednej strony ciekawym doświadczeniem będzie wczytanie się w strukturę tej książki, gdyż teoretycznie okoliczności jej powstania, jako coś na długo przed filmem, z którego to skryptu się ona wyłoniła są niebywałe i nad wyraz niezwykłe; dając nam w ten sposób literacką wersję "Gwiezdnych Wojen" z 1977r., która może zmienić odbiór filmu, zwłaszcza gdy najpierw się go obejrzało a później doświadczyło tej niezwykłej dla wielu fanów beletrystyki. Inną sztuką jest pisać książkową adaptację jakiegoś obrazu kinowego na podstawie scenariusza do niego stworzonego, po tym, jak miał on już swoją premierę, a równie innym i o wiele trudniejszym wyzwaniem jest wzbogacenie treści takiego scenopisu o określone nie wychodzące poza idee, które ma przedstawiać film, elementy rzeczywistości książki i wytłuścić to, tak, aby adaptacja ta była przejrzystym materiałem promocyjnym filmu i ciekawą lekturą na przyszłość. Ku uciesze fanów "Gwiezdnych Wojen" prawdziwym prezentem dla ich spragnionych geekowskich i galaktycznych wrażeń zmysłów najlepiej sprawdza się ostatnia forma przeznaczenia ,,upowieściowionej” formy "The Star Wars" z 1977r.: dzieło literackie rozumiane przez pryzmat przesiąknięcia światowej popkultury fenomenem filmowym Epizodu IV sagi Space Fantasy George’a Lucasa: "Star Wars: A New Hope".

Niniejsza, napisana przez Alana Deana Fostera powieść, jako dość specyficzna, rzadko spotykana przedwczesna adaptacja filmu, musiała zostać przypisana osobie George’a Lucasa, jako jej ,,teoretycznego” twórcy. Film, który miał zrewolucjonizować pojęcie kina rozrywkowego oraz science-fiction i pchnąć go ku ewolucji, która trwa do dziś i nie wydaje się mieć końca, dopiero miał wejść do kin, więc przypisane Fosterowi prawdziwego dokonania nie byłoby dobre dla „Lucasfilmu”, psując w przyszłości odbiór tej kinowej produkcji.

Pierwsze, co tak naprawdę w nowelizacji "Nowej Nadziei" z 1977 roku rzuca się w oczy, to jej początkowe kartki, zaraz po przerzuceniu tytułowej okładki na lewą stronę, na których przed startem ciągu fabularnego powieści widnieje zapis z tajemniczego, do dziś zagadkowego wśród fanów "Dziennika Whills". Potem, gdy już zaczniemy przesiąkać ,,książkową” atmosferą filmu, poznawać i przypominać sobie, jak przebiegały pierwsze filmowe "Gwiezdne Wojny", pewne różnice w opisie, a co za tym idzie w wyobrażeniu sobie wyglądu i zachowania poszczególnych postaci będą aż nadto widoczne. Na ten przykład może posłużyć skromna kreacja postaci Lorda Dartha Vadera, jako ,,dwumetrowej, odzianej na czarno, z peleryną luźno zwisającą z jej barków i wzbudzającej lęk potężnej istoty”, przy zbyt fantazyjnych uwypukleniach szczegółowo każdego punktu będącej tłem wydarzeń przestrzeni. Dość wyraźnie prezentują się kontrasty w niniejszej adaptacji, które stają się tym prawdziwym akcentem dla idei "Gwiezdnych Wojen", jako mimo wszystko kina familijnego pokazującego klasyczny, osadzony w mitycznych realiach pojedynek dobra ze złem. Tym przeciwieństwem do mroku wyzierającego z ściskającego wspieraną działaniem Mocy swą niewidzialną pięść na gardle nieposłusznego Szturmowca, Vadera, jest prawdziwa ciepła, nie pozbawiona sympatycznych sprzeczek relacja między dwoma mechanicznymi droidami, które Luke Skywalker kupił od krępych przykrytych szatami Jawów. R2D2 i C3PO towarzyszą nam przez cały czas trwania akcji tej książkowej adaptacji, samego filmu, jak i kolejnych "Epizodów" Gwiezdnych Wojen, i nie sposób jest nie zarumienić, bądź nie uśmiechnąć się na nagminne narzekanie zbyt uprzejmego i dystyngowanego, próbującego naśladować ludzkie zachowanie C3PO, czy elektroniczne popiskiwania i bipnięcia cylindrycznego i krępego R2D2. To co jednak najbardziej wyróżnia powieść na tle jej kinowego ,,pierwowzoru”, to dołączone, szerzej tu rozpisane sceny, które z głównego materiału filmowego zostały usunięte i figurują jako ,,Director’s Cut”. W ten sposób Alan Dean Foster dał możliwość doświadczenia czytelnikowi spotkania Luke’a z Biggsem na Anchorhead i natknięcia się Hana Solo na Jabba the Hutta na Mos Eisley. Czyż takie literackie i na dodatek pierwsze "Gwiezdne Wojny" nie są piękne? Gdyby nie nasze rodzime niszczące charyzmę tej powieści nazewnictwo, to uderzające w punkt ,,spolszczanie”; gdyby nie słabe opisy walk w przestrzeni kosmicznej i opisy fizyczności istot jak i poszczególnych postaci, a taki charakter książka mieć musiała, bo najważniejsze przedstawienie, czyli film, dopiero miało nadejść, to owa adaptacja byłaby najwyższą notą, godną polecenia pozycją.

pokaż więcej

 
2018-07-17 22:53:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Wszechświat, królestwo wszechrzeczy, kosmos. Bez względu na to, jak nazwiemy przestrzeń, która nas otacza, w której to zakresie faluje, drga i rozciąga się tkanka, gdzie zanurzone są jakby zastygłe, będące w bezruchu planety, gwiazdy, obłoki protomaterialne i cała gama materii gwiezdnej, to i tak jest ona tak ogromna, tak niezmierzona, że wydaje się być absolutnie nieskończona. Dlatego też... Wszechświat, królestwo wszechrzeczy, kosmos. Bez względu na to, jak nazwiemy przestrzeń, która nas otacza, w której to zakresie faluje, drga i rozciąga się tkanka, gdzie zanurzone są jakby zastygłe, będące w bezruchu planety, gwiazdy, obłoki protomaterialne i cała gama materii gwiezdnej, to i tak jest ona tak ogromna, tak niezmierzona, że wydaje się być absolutnie nieskończona. Dlatego też Wszechświat sam w sobie jest dla naukowców potężnym wyzwaniem. Jego natura, mimo iż wydawać by się mogło, że wiemy o nim dość sporo, jest niezgłębiona, w ten sposób wychodząc naprzeciw naszym umysłom niczym gigantyczny kotłujący się znak zapytania. Przestrzeń, w której zanurzone jest kosmiczne, wszech-galaktyczne życie to taka gigantyczna osobliwość. Jest ona tak mała i tak duża, że z naszej perspektywy jest po prostu nieskończona, jakby istniała wiecznie, wiecznie miała swój początek i wiecznie sie rozszerzała. Jednak najdziwniejsze jest to, że jakby nie patrzeć na najbardziej fundamentalnym poziomie jest ona po prostu nieskończenie minimalna, ale jednak skończona, gdzie według grawitacji kwantowej nic nie może być mniejsze od tzw. długości Plancka, czyli długości fizycznej mniejszej o 10 do 20 potęgi rzędów od rozmiaru protonu, której to wartość jak widać jest hiper-absurdalnie niska. Natomiast górne granice pomiarowe tej gigantycznej jednostki, organizmu, superbytu – jak zwał tak zwał - jakim jest nasz Wszechświat są takie, że, mówiąc krótko: kiedyś on jednak powstał, miał swój początek, i mimo że wciąż się rozrasta, jak niekontrolowana masa ciasta w piekarniku, to kiedyś się on skończy, nawet za tryliony lat, gdy wygasną ostatnie cząstki subatomowe i pozostanie tylko chmura prawdopodobieństw – wirtualnych cząstek, dziwnych ziarnistości i fluktuacji kwantowych.

Powyższa naukowa dygresja jest o tyle istotna, że pozwala nastroić się na meritum niniejszych rozważań, którym będzie literatura beletrystyczna wykorzystująca w swym dorobku wszelkie nieścisłości i nieprawdopodobieństwa Wszechświata, w którym to pierwiastek ludzki ,,znalazł” swój dom: Ziemię. A te nieprawdopodobieństwa, to m.in. trudna do objęcia rozumnemu ,,umysłowi” człowieka nieskończoność Wszechświata. To ona nadaje czasoprzestrzeni, którą odkształcają grawitacyjnie planety, gwiazdy i inne masywne obiekty, abstrakcyjny i iluzoryczny charakter. W swojej normalnej skali Wszechświat jest pusty, nudny i z racji tego, że nie wiemy czy istnieje w nim inne inteligentne życie, niż my sami jest lekko bezsensowny. Rozumiem, że jest to niszczące, nihilistyczne podejście do koncepcji i samego znaczenia Wszechświata, ale taka jest prawda; a dopóki nie nawiążemy kontaktu z inną, na odpowiednim stopniu rozwoju Intergalaktyczną Cywilizacją dopóty wielu z nas będzie przejawiało te z goła ironiczne poglądy odnośnie jego teoretycznie niepraktycznego, bezsensownego celu trwania. Dlatego też pośród pisarzy sci-fi i fantasy z uwzględnieniem zwłaszcza na człon naukowy i futurystyczny są i tacy autorzy, którzy mierzą się z ideą ,,nieskończonego” Wszechświata, z tym czym on jest i ile znaczy dla naszej Cywilizacji, przedstawiając te koncepcje w najróżniejszy sposób. Pośród tych nietuzinkowych artystów, wyjątkowości i mistrzów pióra znalazł się genialny Isaac Asimov, który w środowisku kreatorów fantastyczno-naukowych fikcyjnych wątków i niezwykle barwnych światów, zajmuje – ba, wręcz piastuje - specyficzne stanowisko: jako jeden z prekursorów futurystycznych stawiających ludzkość na pewnym stopniu rozwoju technologicznego, ale dającym jej pewne wyzwanie, szansę na wykazanie się i wykorzystanie swojego potencjału, ot skonfrontowanie się z wieloma wyzwaniami, wizji. A tym wyzwaniem, tą wizją, przez którą Asimov w znaczny sposób wpłynął na fantastyczną popkulturową myśl ludzką było stworzenie całego cyklu opowiadań i powieści o "Robotach", gdzie np. Roboty jako maszyny z modułem ,,świadomości” i humanoidalnym wyglądem stawia się na przeciw ludzi; a my jako gatunek musimy się nauczyć z nimi żyć - tworzyć koegzystujące społeczeństwa. Przykładem takich dzieł może być "Ja, Robot" bądź poruszający książkowy klasyk z tej tematyki: "Pozytonowy Detektyw". Dodatkowo uzupełnienie dla tych pozycji Asimowa może stanowić wielotomowy cykl powieści "Fundacja" będących studium wielkich przemian oraz procesów historycznych w tym politycznych, jakie doświadcza w przyszłości ludzka Cywilizacja, które to wzmacnia literacka szata gatunku sci-fi. Jednakże pomijając te wielkie, jakże znaczące dzieła Asimova, warto zwrócić uwagę na równie mocną, mającą bardziej dramatyczny i profetyczny charakter pozycję literacką: "Koniec Wieczności", gdzie z perspektywy gatunku człowieka i gigantycznych zbiorowości, które on tworzy, osiągnięto tak niesłychany, aż przerażający stopień rozwoju technologiczno-kulturowego, że koncepcja Przestrzeni i Osi Czasu przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Wystarczy otworzyć tę powieść, przeczytać jej pierwsze kilkanaście stron, scalić się z jej wydarzeniami, fabułą i problematyką, by dojść do wniosku, że i tu istnienie Wszechświata nie ma sensu, skoro nic nie biegnie naturalną koleją rzeczy, a liczby takie jak 27, 482 czy 2456 służą do określania numeru wieku bądź tysiąclecia, w których podróżujący poza czasem i przestrzenią mogą dokonywać zmian, by coś ocalić, coś zyskać.

Nie-przestrzeń, nie-czas, Wiecznościowiec i Czasowiec. Tak, poprzez użycie tych konkretnych, jednych z wielu określeń, Asimov buduje prosty, ale i po części skomplikowany system powieści, w którym umieszcza gatunek ludzki; w którym to wciąga czytelnika, zaburzając mu ogólne pojęcie czasoprzestrzeni. Głównym bohaterem tej specyficznej o profetycznym, mroczno wizjonerskim wieszczącym koniec jakiegoś ważnego okresu tytule, książki, jest pewien ciekawski, czasami nadgorliwy młodzieniec - dwudziestokilkuletni - ale fizjologicznie - Harlan, który ze zwykłego człowieka egzystującego w normalnej rzeczywistości, gdzie czas płynie normalnym sielankowym rytmem, staje się początkującym Wiecznościowcem, pewną osobą, agentem, ,,sierżantem czasu” - a ciężko to w ogóle nazwać z racji tego jak przedstawiana jest tu macierz, ba, lub nie-macierz, w której rozgrywają się wszystkie wydarzenia - lub nawet Bogiem, czyli kimś, kto po wynalezieniu Pola Czasu w 24 stuleciu i skonstruowaniu Wieczności w 27 wieku, zmienia Rzeczywistość zaczynając od małych niegroźnych zmian przez małe ,,z”, a kończąc na ingerowaniu w Płaszczyznę Egzystencji przez duże „Z”. Harlan zostaje technikiem – jednym z początkujących specjalistów od kwestii społeczno-politycznych nie Ziemi, nie Świata, lecz Ludzkości, co ponownie podkreślam, iż ciężko jest wyobrazić sobie jakiekolwiek istnienie, w jakiejś nieskończonej odrębności poza normalnym biegiem technologicznym i kulturowym Cywilizacji, gdzie wszystko dojrzewa do pewnych wytycznych, osiąga określone cele, a w będącej poza czasem Wieczności całość, którą doświadczyć może ludzkość trzeba założyć, że zawsze miała ona miejsce, że zdarzyła się ona wczoraj lub zdarzyła się za kilka stuleci. Problemem nie jest, to, co będący pod opieką starszych rangą specjalistów – tzw. ,,Kalkulatorów”, m.in. Twissella i Finge’a, Andrew Harlan ma za zadanie wykonać, lecz w jakim otoczeniu przyjdzie mu to zrealizować, z jak spaczoną, chłodną, pozbawioną życia, tak, jak pozbawiona jest czegokolwiek Wieczność klasą ludzi będzie współpracował. Jednostajny oziębły rytm, bez szerszego postrzegania tego co osiągnęli Ziemianie; a w gruncie rzeczy jest to nie potrzebne, skoro przeskakuje się jak wprawny skoczek przez płotki, z 482 do 575 wieku. Lata przed wynalezieniem Pola Czasowego, z którego wyciągnięto potem „Wieczność” Mallansohna nazywa się "Prymitywem".

Mam wrażenie, że osiągnięcia ludzkości są dla ludzi jak Twissell i dla bardziej doświadczonych Wiecznościowców czymś tak zwykłym, jak ,,bardzo normalne" jest powietrze potrzebne nam do oddychania. Asimov po prostu miał to we krwi; wiedział jak zbudować "Koniec Wieczności"; wiedział, jak uwzględnić każdy element powieści, w której główne osobistości będą poruszać się poza ramami dostrzegalnej i objętej przez percepcję czasoprzestrzeni. Ów pisarz nie używał niewiadomo, jak skomplikowanych opisów wyglądu przestrzeni, subprzestrzeni, wymiarów bądź Niebytu czy Wieczności, ponieważ niezwykłym wyzwaniem byłoby wykreować pod względem literackim coś w czym fikcyjni bohaterowie żyją, poruszają się, tworzą nowe ,,Rzeczywistości”, coś, co mogłoby nie mieć trzech wymiarów lub być czymś wciąż się zmieniającym. Za stały ląd Harlanowi czy innemu specjaliści służyły zapewne poszczególne stulecia, choć ciężko być do końca pewnym, by w ich przypadku ograniczać się tylko do tego sposobu odczucia namacalnej przestrzeni. Asimov, co bardzo istotne, wiedział również, jak nadać temu dziełu lekką cząstkę ludzkiego, czyli bardziej uczuciowego, moralizującego i filozoficznego charakteru, a zrobił to poprzez stworzenie więzi między Andrew Harlanem a Noys – kobietą, która do ostatnich stron książki była zagadką, która widziała, co działo się z kulturą i techniką człowieka po 100 000 wiekach, która doprowadziła Andrew do zniszczenia mechanizmu Kotła, zniknięcia Wieczności i nadejścia ,,Nieskończoności”. Nie zapomnijmy, jak twórca sprawnie ominął paradoksy nadszarpywania struktury Osi Czasu i inne anachronizmy. ,,Nie bawił” się sylwetkami postaci i faktem, że mogły one do woli podróżować w czasie, skoro to, tą klasyczną ,,podróżą” nawet nie było. Tu chodziło o coś więcej. Tworzyło się Rzeczywistości i to nagminnie, a Harlan miał okazję spotkać się z samym sobą, co w żadnym stopniu nie wpłynęło na bieg wydarzeń przyszłych stuleci, czy stuleci w innych Uniwersach. Wolałbym być świadkiem powolnej adaptacji i ewolucji naszej Cywilizacji, niż egzystować w paradoksalnej Wieczności.

pokaż więcej

 
2018-07-11 14:49:27
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Współczesna beletrystyka z gatunku horroru, thrillera, makabry i powieści z dreszczykiem pełna jest historii o różnym stopniu wydźwięku – natężeniu i sposobie odbioru jej treści przez czytelnika, gdzie w grę wchodzi przede wszystkim umiejętność budowania stanów emocjonalnych i napięcia. Sklepy internetowe, księgarnie stacjonarne i nawet supermarkety czy kioski zalewają nas - paradoksalnie -... Współczesna beletrystyka z gatunku horroru, thrillera, makabry i powieści z dreszczykiem pełna jest historii o różnym stopniu wydźwięku – natężeniu i sposobie odbioru jej treści przez czytelnika, gdzie w grę wchodzi przede wszystkim umiejętność budowania stanów emocjonalnych i napięcia. Sklepy internetowe, księgarnie stacjonarne i nawet supermarkety czy kioski zalewają nas - paradoksalnie - masą książek zazębiających się wokół tematyki grozy, mrocznego thrillera lub niezwykle intymnych, kłujących poczucie stałości psychicznej i bezpieczeństwa w odbiorze, horrorów. I to jest piękne. Nie dość, że beletrystyka lub inaczej mówiąc literatura popularna i literatura fikcji weszły niezmiernie głęboko w kulturę masową, stając się częścią nas – naszego dorobku kulturowego i dziedzictwa jako Cywilizacji, to stały się one częścią ogólnej świadomości zbiorowej ludzkości, gigantyczną ,,myślą”, która pcha pamięć o książkach, ale i także wiedzę ku dalszemu rozwojowi. To nie tylko dzięki spisywanym lub przekazywanym ustnie podaniom, ale również dzięki książkom wiele zdarzeń, ciekawych losów i opowieści krąży w eterze ludzkiego dziedzictwa i motywuje gatunek człowieka jak i zbiorowość jaką tworzy do zwiększania świadomości kulturowej.

Skoro, jak napomknąłem wyżej, z samej grupy wspólnych, oscylujących wokół charakteru napięcia akcji, fabuły, budowy wątków i przekazu emocjonalnego powieści: np. z horrorów, thrillerów psychologicznych i krwawych kryminałów można wybrać tysiące rozmaitych tytułów, to z kolei trudno będzie wybrać najbardziej uniwersalnego, przemawiającego do czytelników autora. Na ten przykład powieści grozy muszą być tak zbudowane, aby stłamsić psychiczne sięgające po nie osoby, aby je przestraszyć, przyszpilić do parteru i zepchnąć w kąt; aby wywołać odpowiedni efekt, mieć ten porażający wydźwięk. Jednak od niepamiętnych czasów, odtąd odkąd pisane były pierwsze XIX-wieczne powieści grozy i horrory z wściekle ponurą ,,gotycką mgłą”, aż do dzisiaj nie ma potwierdzenia wypisanego jasno i wyraźnie na papierze, że dany pisarz i jego konkretna książka to najbardziej ,,przerażająca”, wdzierająca sople niepojętego chłodu i sterylnego, czystego strachu powieść w dziejach dokonań beletrystycznej myśli ludzkiej. Strach to najzwyczajniej w świecie mówiąc, negatywne subiektywne odczucie, które dla każdego z nas może mieć zupełnie inne natężenie, znaczenie i odbiór. Ciężko jest zatem wybrać autora, którego powieść grozy lub jakiś mroczny thriller nie pogubiły by stylem swojego odbioru tylko przeraziły każdego bez względu na to, czym dla niego jest strach. Bardzo blisko takiego ,,nierealnego” osiągnięcia, z racji tego, że nie czytałem nawet dużej części dzieł dziesiątek pisarzy z gatunku noweli makabry lub krwawego horroru, bo nie byłoby to po prostu realne, jest H.P. Lovecraft.

Gdy jest się otwartym na nawet najbardziej specyficzny sposób budowania atmosfery grozy, przesiąkającego do czytelnika zła, to właśnie H.P. Lovecraft prezentuje bliski uniwersalizmowi w odczuciu porażającego negatywnego zabarwienia emocjonalnego i nastroju, styl. Jednak wybranie autora w tym względzie to jedno, a wybranie tej do bólu, czysto przerażającej powieści z jego dorobku to drugie. W przypadku tego amerykańskiego mistrza grozy i makabry całość jego dorobku literackiego jest na równi przerażająca, mimo iż każda kolejna nowela bądź powiastka i większa opowieść, które mielibyśmy przed sobą przedstawia zupełnie inne historie. "Droga do szaleństwa" to obowiązkowa pozycja, którą przeczytałem, którą wam polecam, i która mówiąc krótko przeraziła mnie jako czytelnika do tego stopnia, że zastanawiałem się czy możliwe jest istnienie tak pierwotnej, złej, bezdennej siły jak absolutna ciemność i niezgłębiony mrok? Czy istnieje sposób na jeszcze bardziej zniewalające nasze zmysły przedstawienie tej niepojętej negatywnej mocy, jak to wykreowano w powyższej powieści Lovecrafta? I tu stanąłem przed niezwykłym wyzwaniem, które zaczęło się wraz z rozpoczęciem aktu doświadczenia rzeczywistości zamkniętej w dwuwymiarowych kartach dzieła "Kopiec", które narodziło się jako owoc współpracy między Zealią Brown Reed Bishop – klientką, która zleciła Lovecraftowi poprawę swoich opowiadań, a samym Lovecraftem, który po odpowiednich zabiegach literackich ubarwił otrzymany przez Zealię zarys fabuły, tak, że powstała jedna z ,,najlepszych” mających element grozy, makabry i tajemnicy nowel o niezwykłych doświadczeniach człowieka i Cywilizacji ludzkiej.

"Kopiec", jak to w przypadku charakterystycznego i zagłębiającego się gdzieś w pamięci, nie do podrobienia stylu Lovecrafta bywa, opowiadany jest przeważnie z perspektywy pierwszoosobowego narratora, co daje odczucie bycia w samym centrum zdarzenia, i podwaja nastrój, tak, że czytelnik zyskuje wrażenie odczucia skrytej głęboko tajemnicy i obserwacji przez jakąś mroczną siłę, która gdzieś w tej noweli dość kąśliwie się czai, ale również z pozycji trzecioosobowego obserwatora – w tym przypadku jest to niecodzienny wyraz stylu dla tego pisarza i wynika z połączenia sił twórczych z Zealią Bishop, co przekłada się najbardziej w opowiadaniach tego zbioru: "Klątwa Yiga" i "Sploty Meduzy". Wtrącając pewną myśl do tej kwestii muszę stwierdzić, iż kierując się moimi subiektywno-obiektywnymi opiniami niniejszy tryptyk noweli H.P Lovecrafta nie jawi się jako coś, co mogłoby sięgnąć niepodważalnych granic nieidentyfikowanego absolutnego zła, które wijąc się i podstępnie fluktuując wokół drażliwego ludzkiego umysłu mogłoby przerazić każdego. Lovecraft ofiarował czytelnikowi swoją obsesję, nagminnie chorą fascynację mitologią, mistycyzmem, a przede wszystkim wiarą w istnienie nieziemskich, kosmicznych starych Cywilizacji, które w jego tworach literackich nadają mroku, idei zła oraz nieco więcej tej ,,nieopisanej tajemnicy”.

W pierwszym z trzech zawartych w tym 150-stronicowym tomiku mistrza grozy, Lovecrafta, opowiadaniu, przez całą jego zawartość przeziera potężna oparta na obrzędach i kulturze Północno, Środkowo i Południowoamerykańskich Indian, symbolika. A symbolika ta to głównie stosowanie nazw przedmiotów, zwierząt, artefaktów, które to dla Indian były arcy-istotne, a z perspektywy autora, z kolei podwyższały one swym jadowitym charakterem nastrój mroku i odczucie bliskiego wszędobylskiego zła. Węże, Yig – ojciec węży, Quetzalcoatl, to właśnie te symbole, które ostatecznie jawiły się jako wpis encyklopedyczny z wtłoczonym w jego ramy lekko specyficznym misterium, przestrachem, i fascynacją. Natomiast w drugim z opowiadań, dostaliśmy dużo większą intensyfikację tego czego doświadczyliśmy w pierwszym z wyżej przytoczonych. Pierwsze skrzypce gra tu odczytywany przez główną postać manuskrypt, jakby spisane na ,,piekielnym” zwoju niczym apokryficzne odstępstwo, zeznanie, które nie powinno ujrzeć światła dziennego, a które odczytuje główna postać opowiadania. Po tym, jak kończy ona swą przygodę z tym zwojem, postać dopada, jak to sama ona określa ,,hipnotyzm” manuskryptu: prastara nigdy niegasnąca mroczna siła, kłapiąca i skomląca jej wokół ucha. Cudownym odczuciem dla czytającego było móc doświadczyć tego samego, co nieszczęśnik chwytający się za treść zwoju; ten niezwykły przesyt w postaci nadania różnym indiańskim prastarym bóstwom, demonom : antropomorfizmu w swej najohydniejszej wplatającej zgniliznę i robactwo do umysłu doświadczającej tego postaci. Co najciekawsze, jeśli miałbym oceniać i wybrać najbardziej wykwintną pasującą do mojego ,,etosu” opowiadania Lovecrafta, nowelę spośród trójki nowel z niniejszego zbioru autora, to wybrałbym ostatnie z nich. A dlaczego? Przede wszystkim ze względu na historię i formę tego nazwanego "Sploty Meduz" opowiadania. Podobać – w sensie nastrojenia ku odczuciu strachu – może się opowieść pewnego starszego mężczyzny, którą powoli poznajemy z jego perspektywy, perspektywy pierwszej osoby. Antoin de Russ jako podeszły wiekiem człowiek przekazuje naszej postaci, która go w opowiadaniu przez przypadek odwiedza, a tą postacią może być praktycznie każdy, nawet Lovecraft, wstrząsającą prawdę odnośnie wydarzeń, które jego rodzinę i posiadłość doprowadziły do zapaści, ruiny poniżej jakiejkolwiek wyobrażalnej granicy. Jego syn, Denis, po części związał się z kobietą, której uległ, pokłonił się jej mrocznemu naturze. "Sploty Meduzy" to dość skomplikowane opowiadanie, które robi się jeszcze bardziej pogmatwane i tajemnicze, gdy z ową niewiastą zwaną Marceline związany będzie dziwny obraz, którego wpływ na oglądającego go człowieka będzie podobny do rzuconego, zamieniającego w kamień przez mityczną Meduzę, uroku. Koniec opowiadania to reakcja głównej postaci, która strzelając z pistoletu w ramy obrazu uwalnia zło w nim tkwiące; i przerażona biegnie ku bramie posiadłości, by się stąd raz na zawsze wydostać. Teoretycznie wszystko kończy się dobrze, lecz ów jegomość, co ciężko zrozumieć, wydostaje się z miejsca, które od dawna nie istnieje, jakby było tak zapadłe, tak obłożone zgnilizną, by nikt nigdy tu się nie przedostał, by nie odkrył w konsekwencji porażającej tajemnicy Rodu "de Russów".

pokaż więcej

 
2018-07-06 21:48:54
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Rama (tom 1)

Dziwny sygnał elektromagnetyczny, dźwiękowy bądź zakodowana w systemie binarnym wiadomość. Dla przeciętnego człowieka - kanapowego zjadacza chleba nie zgłębiającego tajemnic Wszechświata, mogą być one zwykłym bipnięciem, lekkim odgięciem od normy, nic nieznaczącą zmianą. Niby nie wyróżnia się to niczym szczególnym od licznych zakłóceń spotykanych w ziemskim eterze, na co dzień, lecz dla... Dziwny sygnał elektromagnetyczny, dźwiękowy bądź zakodowana w systemie binarnym wiadomość. Dla przeciętnego człowieka - kanapowego zjadacza chleba nie zgłębiającego tajemnic Wszechświata, mogą być one zwykłym bipnięciem, lekkim odgięciem od normy, nic nieznaczącą zmianą. Niby nie wyróżnia się to niczym szczególnym od licznych zakłóceń spotykanych w ziemskim eterze, na co dzień, lecz dla nasłuchujących przez liczne radioteleskopy odgłosu Kosmosu, naukowców - obserwujących tętniący przepływem cząstek i fal cały jego doświadczalny zasięg, stanowi to część ich życia, coś czemu zawierzają lata własnej kariery, a często nawet życie towarzyskie. Wystarczy lekkie drżenie, zmiana kodowania w specjalistycznym programie astronomicznym bądź czułe odchylenie mierników widma elektromagnetycznego, by wzbudzić euforię, sensację, może popłoch, bo w końcu, być może jest to ten wyczekiwany, przemierzający lata świetlne wysłany przez inteligentną cywilizację, pragnącą się z nami skontaktować, sygnał - konkretna adresowana do nas wiadomość potwierdzającą znaną i pielęgnowaną przez popkulturę i coraz śmielej naukę, że ,,nie jesteśmy sami we Wszechświecie”.

15 sierpnia 1977r. dr Jerry R. Ehman przy pomocy potężnego należącego do programu "SETI" radioteleskopu Uniwersytetu Stanowego Ohio, odebrał silny sygnał radiowy, który trwał 72 sekundy i nigdy więcej się nie powtórzył. Ów sygnał ze względu na swoje nagłe dość zaskakujące i niewytłumaczalne po dziś dzień do końca pojawienie się, został ochrzczony mianem "sygnału WOW!". I tu powoli wkraczamy w główną tematykę niniejszych deliberacji, które skupią się na beletrystyce Arthura Conana Clarke’a.

Zbiorowi danych "WOW!" można nadać nieco głębszego znaczenia. Być może nie chodziło o zakłócenia spowodowane emisją wodoru z komet przebywających w 1977r. w rejonie skąd dotarł sygnał. Być może nie było w tym żadnego przypadku i wiadomość "WOW!" puściła do nas w eter Wszechświata, rozwinięta technologicznie rasa istot, bądź faktycznie ów sygnał był efektem egzystencji jakichś organizmów, ale został on nadany przypadkowo, przez reakcje towarzyszące procesom fizjologicznym w ciałach tych jestestw, których postrzeganie istnienia zależy od tego, jak rozumiemy proces życia, zachodzący na innych niż Ziemia planetach.
Rozdźwięk, który towarzyszył słynnemu "sygnałowi WOW!" trwa do dziś i paradoksalnie będzie trwał do tego momentu, do kiedy ściana wyjątkowości inteligentnego życia tylko na naszej jakże wyjątkowej spośród miliarda innych planet, planecie, zostanie przerwana i nawiążemy ten pierwszy tak bardzo specyficzny kontakt, z inną rozumiejącą nasz proces myślenia Cywilizacją, o ile w ogóle kiedykolwiek on nastąpi. "Spotkanie z Ramą" Arthura C.Clarke’a – jednego z najwybitniejszych, potrafiących tworzyć problematyczne Science-Fiction pisarzy, angażującym całą przedstawioną przez niego społeczność gatunku ludzkiego w określoną ważną dla naszej Cywilizacji misję, z której to skutków, jako zbiorowość zostaniemy rozliczeni, porusza podobny, co przedstawiany niniejszym problem, że jedyna, wyjątkowa niczym ,,złoty cielec” rasa istot ludzkich, jakby miała Wszechświat na wyłączność, niestety, nie jest jedyną formą inteligentnego życia w gigantycznej, rozległej przestrzeni kosmicznej. Bez inwazji armii latających spodków lub wysłania sondy zwiadowcy, która zawiadomiłaby swoich wysoko rozwiniętych stwórców o znalezieniu idealnej planety do podbicia lub ekstrakcji z niej surowców energetycznych, lecz przede wszystkim przez szereg procesów, pochłaniających czas i środki finansowe wypraw ku czemuś nieznanemu, człowiek w niniejszej powieści Clarke’a ,,dotknie” nieznanego, pozna on "Ramę".

"Spotkanie z Ramą" to jedno z najsłynniejszych dzieł A.C.Clarke’a, prawdziwa perełka spośród i tak wybitnych jego powieści, za którą autor został obsypany licznymi prestiżowymi nagrodami, co dodatkowo potwierdza fakt, że jest ona jedną z najbardziej uhonorowanych beletrystyk sci-fi w historii. Dzieło to, jako książka, stanowi początek kilkutomowego cyklu "Rama", lecz jak to w życiu bywa, pozostałe tomy ponoć nie są tak oryginalne; nie mają w sobie tej zakorzenionej ponadczasowości, jak część pierwsza. Jednak aby móc to ostatecznie stwierdzić i szerzej się do tego odwołać, najpierw trzeba przeczytać cały cykl, wtedy można wyrobić sobie nieco bardziej opasłą opinię. Do przeczytania całości tej kosmicznej sagi, nie potrzebowałbym nie wiadomo jak dużo czasu, a wszystko i tak zależy od podejścia czytelnika do tego typu literatury, gdyż typowa powieść Clarke’a zamyka się w przedziale 150-200 stron, potwierdzając dosadnie jeden charakterystyczny znak rozpoznawczy tego autora: jego nowele nie są typową Space Operą, z fantastycznymi opisami przestrzeni, kosmicznych starć, planet i dziwnych istot; to problematyczne i inteligentne dzieła, a nie rozwlekłe czytadła. Zatem, co warto zaznaczyć, "Spotkanie z Ramą" nie jest dla tych czytelników, którzy chcą ,ot tak zapełnić sobie wolne sobotnie popołudnie książką, którą odhaczą i dodadzą do ,,zakładki” przeczytane. To powieść, która dość konkretnie bez większych skoków napięć z wyjątkiem pierwszych kilkunastu stron uwypukla kontakt z czymś tak nieznanym, tak zjawiskowym, czego słowem: ,,niesamowity” nie da się nawet określić, że naukowcy, których ciężko nawet nazwać głównymi bohaterami dzieła, nie mogą ostatecznie być pewni, czy "Ramę" wytworzyła jakaś będąca o skalę w postępie geometrycznym wyżej w rozwoju niż ,,prosty” gatunek ludzki, Cywilizacja, który do 2133 roku rozprzestrzenił swój wpływ na cały Układ Słoneczny, czy może było to coś zgoła innego.

Paradoksalnie rzecz biorąc początek niniejszej, akcentującej postrzeganie Cywilizacji człowieka na tle swoich osiągnięć w konfrontacji z czymś wręcz o osobliwym pochodzeniu, powieści, wnosi bardzo dużo. Autor bądź narrator tej beletrystyki wspomina istotne momenty w historii ludzkości, które dosadnie naszą Cywilizację poruszyły, które o mało co nie zakończyły naszego istnienia; a mowa tu o kilku uderzeniach dużych ciał skalnych i asteroid, które w 1908 r. i wiele lat później uderzyły w Ziemię nie wyrządzając większych szkód, lecz wtłaczając do umysłów ludzi strach, niepewność i przerażenie. Kiedy jednak ludzkość osiągnęła już wysoki, satysfakcjonujący poziom zaawansowania technologicznego, 11 września 2077 roku doszło do niszczycielskiego ,,ataku" ciał niebieskich z komosu, w wyniku czego na wielu kontynentach śmierć poniosło setki tysięcy niczemu winnych osób. Potem przyszedł czas na rozliczenia. Utworzono więc Straż Kosmiczną, która dzięki zainstalowanej w przestrzeni kosmicznej aparaturze optycznej: teleskopy oraz innym osadzonym na kolonizowanym Marsie instrumentom np. różnego rodzaju urządzeniom radarowym, mogła śledzić sąsiedztwo Ziemi i obserwować orbity nieco większych obiektów skalnych, które mogłyby kiedyś zagrozić naszej i innym planetom OPZ – Organizacji Planet Zjednoczonych. I tak, w 2133 roku w okolicy Jowisza odkryto niepokojący gigantyczny obiekt, którego początkowo mylnie uważano za asteroidę. Zachowywał się on nienaturalnie, miał anormalny tor ruchu, jakby potrafił swą fizycznością manipulować grawitacją planet albo przyspieszać i zwalniać swe poruszanie się niczym gargantuiczny cylindryczny moloch posiadający równie potężne silniki. Tak zaczęło się pierwsze spotkanie gatunku człowieka z obiektem, którego ci książkowi specjaliści nazwą w końcu "Rama" – ot zwykłe prozaiczne słowo, lecz dla nich – wybitnych naukowców nie do końca. Otóż zaczyna brakować powoli nazw dla nowo odkrywanych planet i innych ciał niebieskich; zdecydowano się więc na przyporządkowanie obiektowi słowa: Rama.

"Rama" to jeden z ,,najwyższych” tzn. najważniejszych Bogów w hinduizmie, więc to w jaki sposób nie wiedząc, co się stanie później, nazwano ów niesamowity obiekt, nabierze dodatkowego znaczenia i będzie miało niemożliwy pozaskalarny wydźwięk; a dla czytelnika takie skonfrontowanie sobie zjawiska jakim "Rama" jest, staje się niezwykle dobre i znacząco podwyższa wartość beletrystyki.

Brnąc powoli – a mam tu na myśli, jak najbardziej pozytywne, a nie negatywne odniesienie – przez fabułę powieści, która przypomina raczej kronikarza dziejów spisującego i opowiadającego w roli narratora rzeczywistość wysoko rozwiniętej Cywilizacji Ziemi badającej coś czego żadna technika i myśl ludzka nie jest w stanie wytłumaczyć, czyli istoty "Ramy", nie mogłem sobie wyobrazić, ,,rozrysować” w pamięci jej/jego ostatecznej formy ani celu. W "Spotkaniu z Ramą" wizja wysoko rozwiniętej, dotykającej szczytów technologicznych i filozoficznych Cywilizacji Ziemian i ich kosmicznych koloni jest o tyle specyficzna, że badanie tego potężnego jestestwa, którego rzekomych mieszkańców nazywano nawet "Ramianami" odbywa się przez pryzmat upolitycznienia Układu Słonecznego. Tak, brzmi to dziwnie, ale weźmy pod uwagę fakt istnienia ni to narodów, ni to frakcji w naszym Układzie, takich jak: Hermianie – mieszkańcy Merkurego, Radni i politycy reprezentujący Marsa, czy kosmochrystianie, którzy to, tak samo jak inni starają się wyjaśnić czym jest „Rama”, lecz widzą z tego część zysków wyłącznie dla siebie. Dodatkowo nazywanie tak mocarnej w kubaturze struktury Ramy, w której są morza, rozległe płaskowyże ziem oraz gdzie tworzy się klimat, atmosfera i nawet ekosystem, co jest wręcz niewiarygodne, określeniami: Morze Cylindryczne, Nowy Jork i inne miejskie nazewnictwa, nie przysłużyło człowieki. "Rama" odleciał/o/a poza Układ Słoneczny, opuściła nas w ostatnim momencie, gdy nieuchronnie zbliżała się do Słońca. Otoczyła się dziwną ,,inno-materialną” sferą, zmieniła strukturę, i tak, jak pozostała tajemnicza, taka pozostanie na zawsze.

Obca Cywilizacja? Coś z innego Wszechświata lub coś tak prastarego, jak pierwsze Galaktyki? Czym jest "Rama"? Żyjącym ekosystem? Czymś, co należy postrzegać w innej kategorii bytu?

pokaż więcej

 
2018-07-01 17:47:02
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Deadpool (tom 7) | Seria: Marvel NOW!

Anno Domini 2018 to dla miłośników komiksów i adaptacji historii obrazkowych Marvela wyjątkowy i pełny fanowsko-czytelniczych zbiorów czas. Okres premier kinowych z długo wyczekiwanymi na ten rok produkcjami rozplanowany został w dość równomierny, intensywny sposób. To samo tyczy się kontynuacji dobrze przyjętych komiksowych serii i wprowadzenia całkiem nowych na polskim rynku eventów, jak np.... Anno Domini 2018 to dla miłośników komiksów i adaptacji historii obrazkowych Marvela wyjątkowy i pełny fanowsko-czytelniczych zbiorów czas. Okres premier kinowych z długo wyczekiwanymi na ten rok produkcjami rozplanowany został w dość równomierny, intensywny sposób. To samo tyczy się kontynuacji dobrze przyjętych komiksowych serii i wprowadzenia całkiem nowych na polskim rynku eventów, jak np. "AXIS" z "Marvel NOW!", czy kontynuacja kosmicznej, genialnie uwypuklonej pod względem rozległości i wpływu ,,intergalaktycznej”, pełnej abstrakcyjnej mocy sagi "Anihilacja" pt. "Anihilacja: Podbój". Spośród filmów, natomiast, wyróżnia się "Avengers: Infinity War" oraz "Deadpool 2", i to właśnie ten drugi, jakże wyjątkowy obraz od "20th Century Fox" , z racji tego kogo przedstawia zasługuje na wyjątkowe uznanie. Znakomity sequel Deadpoola z 2016r., który jako pierwszy film o impertynenckim, mającym specyficzny humor i pozbawionym piątej klepki oraz nie mającym zahamowań by sprać kilku złoli najemnikiem z nawijką, okazał się równie znakomity co część druga; zresztą sama postać Wade’a Wilsona i jego spandexowe wcielenie mówią samo za siebie – są tak wyjątkowe, jakby wyjęte z ram pojmowania całości wszystkich bohaterskich bądź nie postaci w dziejach popkultury sci-fi, w tym superbohaterskiej i komiksowej. Jeśli nie znacie Deadpoola, a lubicie sylwetki ,,całkowicie” odrębne od reszty danej grupy postaci, to koniecznie musicie się z tym indywiduum zaznajomić, nieważne czy poprzez komiksowe wydania pojedyncze lub zbiorcze Marvela, czy poprzez film; Deadpool na pewno kupi wasze gusta.

Jeśli kochacie dźwięk przekartkowywanego komiksu, jego charakterystyczny zapach, formę przedstawianych tu wydarzeń i w końcu doświadczanie zawartości danego, ulubionego numeru komiksu w sobotnie śniadanie o poranku, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby od tej strony poznać tego zawadiackiego antybohatera, ba, zawadiackiego Wade’a Wilsona, ale jako kogoś neutralnego, kogoś, kto jest w stanie zrobić i znieść wszystko. W tym przypadku, na początku koniecznym posunięciem będzie zapoznanie się z serią "Deadpool: Classic": grubymi tomami, w których poznajemy Deadpoola z najbardziej ,,deadpoolowej" strony; dopiero potem można przełączyć się na tryb komiksów z serii "Marvel NOW!", gdzie ów najemnik poluje na dusze zmarłych Prezydentów, mierzy się z agencją "S.H.I.E.L.D.", Draculą i m.im. bierze ślub, który z racji tak dziwnego wydarzenia nie umknie uwadze nawet prastarej rasie istot zwanych "The Watchers" oraz gdzie przede wszystkim Deadpool dowiaduje się, że ma córkę. To na tym z ostatnich osobliwych przykładów rzeczywistości komiksowej zatrzymałem się o wiele dłużej niż zwykle, jakby Wade Wilson sam napisał ten komiks, w którym się umieścił.

By zobaczyć co zmajstrował kochający ,,Chimichangę”, crocsy, jednorożce oraz zębowróżki z dziecięcej Nibylandii, pokiereszowany psychicznie Wade wystarczy wczytać się bez reszty w "Deadpool - tom 7 - Grzech pierworodny, Marvel NOW!". Bo jakby nie patrzeć, co może być bardziej ,,pokręcone”, szalone i niezwykłe niż Deadpool mający córkę? Niestety, odpowiedzi prędko się nie doczekamy gdyż lubiący spandex i swoje katany najemnik jest trudną do rozpracowania postacią. Wystarczy wziąć pod uwagę fakt, iż w jego przypadku bywały momenty, które naprawdę ciężko zrozumieć, co sprawia, że wizerunek Deadpoola, mówiąc krótko, staje się tak niezwykle odjechany. I tak, nasz czasami, co raczej przechodzi w często, nietrzeźwo myślący Wade potrafił przeciwstawić się armii głodnych Zombie, zmierzyć się z Punisherem, Wolverine’em i Thanosem. Oprócz tego dane było mo zostać piratem, szeryfem i ruszyć w bój na ,,wszystkich Deadpooli”. I to sprawia, że każdy kolejny komiks z tym specyficznym wykolejeńcem, ,,antybohaterem" w roli głównej robi się jeszcze ciekawszy, jeszcze bardziej nieprzewidywalny. Dlatego też komiksomaniacy tak często sięgają po historie obrazkowe, z tym wyjątkowym, jakże narwańczym Wade’em Wilsonem.

"Deadpool – Grzech pierworodny" jest tą narracją, na którą zdecydowałem się głównie z powodu nie tak dawno przeczytanego tomu 6 "Deadpoola Marvel NOW!", w którym, jak wspominałem wyżej, Wade Wilson... wziął ślub. Jego wybranką serca, której oddał całego siebie okazała sę Wampirzyca Shiklah. Ślub jako szczęśliwy akt, moment i jako coś nadzwyczajnego w życiu każdego mężczyzny, w przypadku Deadpoola nie trwał zbyt długo. Niestety, nie obyło się bez perypetii, z których dziwności znany jest tylko on. Ostatecznie po całym tym tyglu niemożliwych zdarzeń, Wilson trafił do skromnej, obskurnej szarobrązowej celi, gdzie umieścił go Daredevil. A wszystko przez to, że rozgoryczony ,,ślubną” porażką, choć to do końca nie zostało wyjaśnione, Deadpool, narozrabiał, i to nie mało. W końcu obrońcy Nowego Jorku, w tym Daredevil i Luke Cage postanowili schłodzić jego emocje i nastroje dając mu odetchnąć w więziennej ciupie. Problem jest w tym, jak ten areszt należy rozumieć; co i czy w ogóle coś się stanie z obdarzonym niebotycznym czynnikiem regenerującym najemnikiem w kolejnych numerach. Wystarczy rozpocząć lekturę tomu 7 i wszystko będzie jasne, a w jakim stylu i czy aby napewno wszystko będzie czyste i klarowne, to ostatecznie będzie zależeć od odbioru komiksu przez nas samych i naszego stosunku do wydarzeń poza kadrami poszczególnych wydań, ,,pomiędzy" konkretnymi numerami.

Wkraczając dość odważnie do komiksów z udziałem Wade’a Wilsona musimy mieć świadomość, że nazywanie tej ,,dwuwymiarowej” płaszczyzny, na tle której rozgrywają się najważniejsze dla tej postaci historie, komiksem, to zbyt duże nagięcie stylu i specyficznej charyzmy jaką prezentuje biorąca udział w tych narracjach osoba Deadpoola. A Deadpool, jak to Deadpool jest o tyle niezbadaną jeśli chodzi o psychikę postacią Marvela, że często przypisuje się jej zdolność do tworzenia historii komiksowych, przez co na prawdę wściekli bywają na niego scenarzyści. Przykładem tej narwańczości, braku powściągliwości i dość pikantnego temperamentu słynnego najemnika z nawijką, którego nie sposób jest nie polubić, jest sytuacja, w której wykradł on śpiącemu Thanosowi rzekomy 7-my Kamień Nieskończoności: Klejnot Ciągłości Fabularnej, co natychmiastowo dało mu możliwość wpływania na całą masę mających potem miejsce historii, w których oczywiście brał udział, i kto wie, czy na losy innych opowieści obrazkowych Uniwersum Marvela również jakoś nie ingerował.

Można się samemu domyślić jak astronomicznie odmienny od innych sylwetek hersosów czy nawet łotrów bądź super łotrów jest Deadpool. Dlatego też, nie bez powodu wspominam o tym, jak bardzo hiperosobliwy jest ten – a nie lubię używać tego słowa – antybohater. Nastrojenie Was na jden konkretny tom "Deadpoola z "Marvel NOW!", w którym odnajduje on swoją córkę, o której praktycznie całkowicie zapomniał, gdzie dzieją się abstrakcyjne wprost rzeczy, a Wade zdejmuje ,,maskę” i odkrywa swą ludzką, nieśmieszkowatą naturę, ma swój cel. "Grzech pierworodny" czytacie więc na własną odpowiedzialność, a uwierzcie mi dla takiego Deadpoola warto się w to dalej wciągać, oj warto.

To, że motywem przewodnim "Grzechu pierworodnego" staje się odnalezienie i otoczenie opieką córki Deadpoola przez niego samego, jako wyrodnego ojca, to było wiadomo już od pierwszych stronic komiksu, i tak bowiem zostało do końca. Jednakże, pośród tego specyficznego, jakże rozciągniętego ,,rodzinnego” wątku znalazło się i coś, co wzmocniło odbiór niniejszego komiksu, a przede wszystkim odbiór postaci Deadpoola. Ciąg fabularny tomu 7 rozwija się falami. Zanim czytelnik dowie się, że uwielbiający Nibylandię, jednorożce i swój wżynający się każdy rowek ciała spandexowy kostium, Deadpool, odnajdzie swoją pierworodną – swoją córę, spotkają go gorące małżeńskie igraszki z świeżo poślubioną żonką - królową mroku Shiklah, które następnie doprawi walką z wampirzymi pokurczami Draculi. Dopiero nagłe wezwanie Deadpoola na Helicarrier "S.H.I.E.L.D." przez agenta Adsita i agentkę Preston, której świadomość tkwi w techbiotycznym ciele ostro postawi go pod ścianą. To wtedy specjaliści z "TARCZY" pokazują mu akt urodzenia Eleanor Camacho: jego - co trudno to fanom opisać, jakby było to gulą sterczącą w gardle - córki. Prawda, nie wiadomo z jak specyficznym wydźwiękiem by była, to mimo to zawsze szokuje, nawet Deadpoola. W jego przypadku skutkuje tu chwilowym psychicznym porażeniem niczym grad bijących w jedno miejsce piorunów. Ze złości na samego siebie psotny Wade, jak to Wade, podmienia kartki na drzwiach toalety i pokoju Bruce’a Bannera, przez co jeden z pracowników S.H.I.E.L.D. zamiast za potrzebą trafia wprost w objęcia Hulka. Dziwi mnie fakt, że ten pozbawiony wszystkich ,,klepek” świata, spandexowy najemnik postanowił zająć się rozwiązywaniem problemów z wampirami i dalszym ściganiem Draculi, do czego potrzebna była mu pogromczyni Dazzle, którą tą właściwą, a nie udającą ją Mystique pozyskał dzięki podróży w czasie, zamiast sprawować ,,czułą” opieki nad córką, którą widział tylko raz – w momencie oddania ją pod wychowanie rodzinie Bartola Utlera. I tu zaczyna pojawiać się coś dziwnego, coś czego po Wilsonie w "Deadpool: Classic" trudno byłoby się doszukać; na scenę wkracza jego sumienie i żal, które gonią jego świadomość, Ego, dosłownie całą jego duszę, przez cały komiks, które wytykają mu brak ojcowskiego zaangażowania, które to pchają go ostatecznie do zrobienia wszystkiego, by ochronić jego małą Eleanor. Ważna w kwestii ochrony pierworodnej Deadpoola staje się rola agentki Preston, która doradza mu dokończenie spraw związanych ze strzygoniami i Draculą, by to ona mogła tymczasowo zaopiekować jego córką. W pewnym, pełnym akcji momencie komiksu, gdzieś w centrum Nowego Jorku, Preston jak i Adsit doświadczają nagłej wizji, przebłysku wspomnień, kiedy miasto atakuje Exterminatrix, a oko Watchera wydrąża w tej metropolii mały krater; ot takie dziwności nawiedzają Uniwersum, gdy Wilson wchodzi do gry. Dwójka spisujących się, oddanych sprawie ,,wołów roboczych” S.H.I.E.L.D. ma teraz przed oczami przykrą prawdę o pochodzeniu Deadpoola, o jego ,,perypetiach” związanych ze swoimi rodzicami oraz dorastaniem jego córki pośród specyficznej familii. Nie wiadomo do końca, jak rozumieć to co rozrysowane na dwóch stronach komiksu, było częścią rzekomej wizji bądź aktywacji wspomnień u Preston i Adsita; co teoretycznie tyczyło się najbardziej tajemniczych sekretów dotyczących Deadpoola. Być może kolejne tomy historii tego zawadiaki przyniosę na to odpowiedź, lecz skoro końcówka tomu 6 nie miała swojej kontynuacji w "Grzechu Pierworodnym", to nie łudźmy się, że będzie inaczej. Z drugiej strony Deadpool to Deadpool i po nim należy się spodziewać naprawdę wszystkiego.

Poprzez nietypowy rysunek Lucasa, jakby zastosowano zbyt niedociągnięte ołówkiem kontury oraz ciekawe wypełnienia i rozciągnięty ,,ojcowski” wątek Wade’a Wilsona, przedstawiający go w innych barwach zachowania i lekko odmiennym charakterze, dostaliśmy całkiem porządny komiks, gdzie nawet swe miejsce znalazły postacie z serii "Wolverine and the X-men": Omega Kid - potężnego telepatę, który pomógł Wade’owi ochronić jego córkę.

pokaż więcej

 
2018-06-26 17:42:18
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Fantastyka osadzona w czasach rzeczywistych, którą można porównać do wiernej, odwzorowującej życie codzienne współczesnego świata symulacji, w której głównymi motywami przewodnimi bądź bohaterami tej płaszczyzny zdarzeń są niecodzienne, niezwykłe jednostki, to nowa zyskująca coraz większe uznanie gałąź beletrystyki. To właśnie ten podtyp gatunku fantastyki czyta się niezwykle dobrze;... Fantastyka osadzona w czasach rzeczywistych, którą można porównać do wiernej, odwzorowującej życie codzienne współczesnego świata symulacji, w której głównymi motywami przewodnimi bądź bohaterami tej płaszczyzny zdarzeń są niecodzienne, niezwykłe jednostki, to nowa zyskująca coraz większe uznanie gałąź beletrystyki. To właśnie ten podtyp gatunku fantastyki czyta się niezwykle dobrze; istniejąca możliwość utożsamienia się z teoretycznie tym, co ma miejsce tuż obok nas i po części, jak w przypadku tajemniczej legendy, ma coś, co odzwierciedla każdego z przeciętnych bądź nie ludzi – ucywilizowanego i ukulturowionego człowieka - mówi samo za siebie. Głos konfrontującej współczesność fantastyki przemówił, jej mrok i tajemnice również. Czasy, w których żyjemy pchają nas samych do dość ryzykownych posunięć. Lubimy eksperymentować, doświadczać czegoś nowego, a to wchodzi w naszą krew i staje się powoli czymś stałym i dla nas normalnym. Można to porównać do bycia świadkiem przebiegu i ewolucji kolejnej epoki oświecenia, ba, przeżywania okresu wzrostu świadomości kulturowej i naukowej, co tyczy się każdej dziedziny życia, w której porusza się ludzki umysł. Dlatego też, aby zrozumieć to, jak literatura fantastyczna mimo wciąż ogólnych, stałych elementów zmienia się na naszych oczach, powinno wybrać się coś, co będzie z lekka odmienne od naszych ,międzygatunkowych” gustów. I tak np. czytelnicy, którzy wręcz całymi sobą rozpływają się nad polską, rodzimą fantastyką mogą spróbować obcej gałęzi takowej literatury, gdyż fantastyka zagraniczna jest dużo bardziej uniwersalna i odbiera się ją inaczej, gdy nie ma w niej dużej ilości motywów średniowiecznych, oraz gdy np. linia fabularna takiej powieść, wątki i wszystko inne z nią powiązane nie rozgrywa się w granicach terytorium Polski. Jeśli chodzi o fantastykę, a nie science-fiction, to staram trzymać się ojczyźnianych autorów, jak: Piekara, Kossakowska, Majka czy Pilipiuk; lecz jak wspomniałem wyżej, szczególnie warto zaznajomić się z czymś odmiennym poglądowo, treściowo i fabularnie, gdyż dobre doświadczenie nie niszczy, lecz buduje. Takim tymczasowym przekierowaniem od klasycznej i z polotem świeżości, polskiej fantastyki, zbudowaniem literackiego doświadczenia, oparcia w decyzji ku konkretnym przyszłym wyborom, stał się "Legion" Brandona Sandersona.

Czy przedstawionego wyżej pisarza, którego powieść miałem przyjemność przeczytać, na temat której teraz wylewam swoje literackie myśli i analizy, powinno określać się mianem jednego z najbardziej poczytnych twórców beletrystyki z gatunku fantastyki ostatnich lat? Na podstawie tego, co przyszło mi doświadczyć dzięki powieści "Legion", mimo iż nie jest ona pozycją najbardziej kojarzoną z typową, pełną mitycznych krain, przeróżnych stworów i klasycznego konfliktu dobra ze złem, czy pełną odniesień do bogobojnych, rycerskich i baśniowych czasów średniowiecznych, fantastyką Sandersona i fantastyką ogólną, oraz na podstawie tego, jak duże uznanie zdobył sobie ów pisarz swymi dziełami u młodzieży, stwierdzam bez ogródek, że Brandon Sanderson jest na prawdę mistrzem słowa w obrębie tego gatunku. "Legion", jak się to mówi, kupił moje gusta zupełnie, w tym względzie, że z chęcią na przyszłość sięgnę po kolejne pozycje tego autora. Jednak co zaskakujące w przypadku tej książki, początkowo miałem obawy - kierowała mną świadomość, że z powodu tak dużego dorobku Sandersona, wybranie "Legionu" na start mej podróży z dziełami tego pisarza, nie byłoby najwłaściwszym rozwiązaniem. Że wybierając tą pozycję doświadczę nie tego stylu, z którego on najbardziej słynie. Jak to się w życiu mówi ,,pozory mylą”. Już pierwsza strona wprowadzającego rozdziału "Legionu", ba, jej pierwsze zdanie może dużo więcej niż zaszokować czytelnika, może w zupełności go zaskoczyć. A wszystko przez treść zdania, która wnosi całkiem istotne i poważne w sensie wydźwięku dla korzystającego z uroków tej lektury , informacje, a takowe dane są wręcz niesamowicie istotne w kontekście tego o czym ta powieść opowiada. Z pierwszego, otwierającego "Legion" zdania wynika, że głównym narratorem, jak i bohaterem noweli Sandersona jest Stephen Leeds, o którym praktycznie nic nie wiemy z wyjątkiem zapewnienia samego bohatera, które pada z jego ust, że jest on zdrowy na umyśle, a to z jego halucynacjami, jakby one nie wyglądały, jest coś nie tak; one są szalone. Mało tego w toku dalszych wydarzeń następnych kilkunastu stron powieści, możemy zanurzyć się w dawce solidnego zaskoczenia, gdy wychodzi na jaw – a to dopiero początek fabuły – , że J.C., Tobias, Ivy, a dzieje się w to zaskakująco prosty sposób, to wyobrażenia psychiczno-cielesne, tzw. abstrakty, które ni to istnieją w głowie Stephena, ni to egzystują w ,,normalnej” rzeczywistości; czytelnikowi jest ciężko te ,,teoretyczne” byty początkowo zaakceptować. Zajmują one większą część życia i postrzeganej przez Stephena rzeczywistości. Niestety, taką ma on naturę; mało wokół niego ludzi jest realnych, przy czym główny bohater może tworzyć kolejne aspekty, lecz te niektóre już wytworzone mają tendencję do odchodzenia, wymykania się spod kontroli swojego stwórcy: Stephena.

Istotne jest to, że bez względu na to czy spotkaliśmy te specyficzne halucynacje na początku powieści, czy doświadczamy ich przez cały czas jej trwania, aż do końca, ich wątek podwyższa wartość powieści dając jej klimatu dreszczyku, psychodelii i tajemnic związanych z ,,niecielesną” naturą człowieka. Nieważne gdzie toczyła by się akcja powieści; istotniejsze jest to, kim tak naprawdę jest Stephen i do czego można by wykorzystać jego niecodzienne moce, na których wielu psychiatrów i szanowanych psychologów łamałoby sobie pióra i zagryzałoby paznokcie z nerwów, próbując opisać fenomen ni to prawdziwych, ni to abstrakcyjnych wytworów jego umysłu bądź czegoś, co może odbierać tylko osobista świadomość Stephena - a to nie zostało na łamach powieści do końca wyjaśnione. Leeds jest bardziej tajemniczy niż jego, jak to on lubi przeważne nazywać, halucynacje. Jako detektyw na dorobku wplątuje się w intrygę, z którą początkowo nie chciał mieć zbyt dużo wspólnego. Jego osobowości, a ostateczną nazwę dla tego czegoś, co może on tworzyć, co widzi to coś czego on może doświadczyć oraz przez co Stephen musi wykupywać miejsca w samolotach czy w restauracjach, tylko po to by wyimaginowane byty mogły mu towarzyszyć, powinniśmy dobrać i wyjaśnić sobie sami. Najważniejsze aspekty, czyli: Ivy, J.C., Tobias, Arnaud, scalają się z linią fabularną "Legionu" już od pierwszych stronic tej beletrystyki. Pomagają swojemu twórcy, z którym, co ciekawe, wcale się aż tak nie identyfikują; owszem, mają świadomość bycia halucynacjami Stephena, ale tego nie wykorzystują. Pomagają mu za to w śledztwie, które prowadzi go do aparatu potrafiącego robić zdjęcia konkretnych miejsc sprzed określonego okresu czasu w przeszłości. Taki mechanizm mógł wpaść w ręce radykalistów – terrorystów, którzy robiąc fotografię Jerozolimy z okresu działalności Jezusa mogliby dowieść, że tak ważna dla chrześcijan postać nigdy nie istniała. A co by się stało, gdyby ,,zdjęciowe wehikuł” zadziałało i udowodniło, że ideologia światowych religii nie ma sensu, skoro tak boskie jednostki, jak wspomniany wyżej nazarejczyk, Budda bądź Mahomet, w rzeczywistości nigdy nie istniały? W końcu dochodzi do sytuacji, w której przy dobrze poprowadzonym wątku powieści, motyw ,,magicznego aparatu” nagle się gubi, a powieść przechodzi prosto w drugą część, w której Sanderson wykorzystuje świetny wątek naukowy: zapisywanie ogromnej ilości metabajtów danych w kodzie genetycznym człowieka, a zwłaszcza w pustej, nieprzydatnej części DNA umieszczonych przez bohatera powieści Dr Panosa, tylko po to, by przekazać jakąś istotną informację, formułę mogącą podważyć jakąś kwestię lub tak zmodernizować kod genetyczny bakterii lub wirusów nieszkodliwych dla człowieka, które po wniknięciu do organizmu zamiast np. zarażać grypą, powodowałyby zmianę w organizmie ludzkim, zmuszając go do produkcji nowych komórek. Nowotwór, jako choroba zakaźna? A czemu nie? Tego po niniejszym pisarzu się nie spodziewałem.

Czy "Legion", jako umiejętnie i zarazem dość nietypowo łącząca wątki lekko smętnego thrillera detektywistycznego z niezgłębionymi tajemnicami nieznającego granic ludzkiego umysłu, powieść, wyjawia nam prawdziwy sekret, który skrywa się za rzekomymi ,,aspektami” Stephena Leedsa? Niestety, łatwo nie jest odpowiedzieć na to pytanie. Nasz detektyw z 47-ma bytami niematerialnymi, które tworzy kiedy chce i jak chce, jest niczym otwarta niezbadana księga; określając się samemu: człowiekiem bez wartości, istotą, której umiejętności zawdzięcza się tworzonym przez nią niematerialnym, świadomym i iluzorycznym osobowościom, które nie zdziwiłbym się, gdyby okazały się one formami bytów z innego wymiaru, które Stephen potrafi przywoływać, lecz, by istniały musi siłą swojego umysłu czerpać z realnej rzeczywistości materię, którą kształtuje tak, by te byty w niej żyły. Czytelnik może zgłupieć, zbaranieć, osiwieć i może nie móc już nigdy podnieść swej szczęki z podłogi w związku z tym, jak bardzo potężny, i czy w ogóle w przypadku Leedsa mamy do czynienia z istotą o ukrytej i paradoksalnie nie do końca odkrytej mocy, jest właśnie detektyw Stephen Leeds. Pojmowana przez niego rzeczywistość wydaje się jeszcze bardziej dziwna, a umysł głębszy niż ,,bezdenna otchłań” w momencie, gdy aspekt, który on tworzy, co dla doświadczającego powieści fana Sandersona jest jeszcze bardziej szalone, ma bliską osobę, i ta osoba staje się nagle materialna. Dzięki takiemu zabiegowi powieść "Legion", której nazwa odzwierciedla określenie ,,nazywam się Legion i jest nas wielu” zyskuje w oczach czytelnika, gdyż taki musi mieć charakter i ogólne nasycenie informacjami oraz emocjami.

"Legion" jest nieodgadnioną literaturą młodzieżową, w tym sensie, że zawiera wiele odniesień do nauki, a m.in. do psychologii oraz do wielu innych dziedzin życia, sprawiając, że czytelnik jeszcze długo po jej przeczytaniu pewnie się zastanawia: ,,czym do diaska są te aspekty?”.

pokaż więcej

 
2018-06-20 21:35:34
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Seria: Odrodzenie

W 2011 roku w samym sercu, niczym jądrze decyzyjnym wydawnictwa "DC Comics" doszło do wiekopomnej chwili, ważnego konkretnego ustalenia – specyficznego postanowienia tych, co tworzą rzeczywistość historii obrazkowych, tych, co w tej kwestii mają prawo pierwszorzędnego wyboru. Otóż postanowiono wydać serię komiksową "Flashpoint: Punkt krytyczny", która w Uniwersum DC zrobiłaby, i tak się... W 2011 roku w samym sercu, niczym jądrze decyzyjnym wydawnictwa "DC Comics" doszło do wiekopomnej chwili, ważnego konkretnego ustalenia – specyficznego postanowienia tych, co tworzą rzeczywistość historii obrazkowych, tych, co w tej kwestii mają prawo pierwszorzędnego wyboru. Otóż postanowiono wydać serię komiksową "Flashpoint: Punkt krytyczny", która w Uniwersum DC zrobiłaby, i tak się rzeczywiście później stało, nie lada porządek, oczyszczając go z nadmiernej ilości równoległych, alternatywnych światów, a co za tym idzie połączeń i powiązań pomiędzy danymi postaciami a ich ,,odpowiednikami”, czy koneksjami tych ,,odpowiedników” z jeszcze dziwniejszymi istotami. Scenarzyści, rysownicy, koloryści, ale i fani wręcz pragnęli, by na to zbyt rozległe, jakby było odpowiednikiem naszego rozszerzającego się Wszechświata Uniwersum, spłynęła ,,wyższa siła”, która wszystko to w nim uporządkuje. Na owy rezultat - wynik chęci, które przeszły w czyn, długo nie trzeba było czekać. Po zakończeniu powyższej nietuzinkowej serii, w "DC" powstała jedna macierzysta Ziemia, gdzie los wielu bohaterów został pisany od nowa. Tą ,,Ziemię”, czy też wydarzenia opisane w odświeżonym cyklu komiksów i mające na niej miejsce nazwano "The New 52"; w Polsce nazwę tą zastąpiono określeniem "Nowe DC Comics", mimo iż można było jej nie spolszczać i zostawić w oryginalnym brzmieniu.

I tak, po scaleniu 52 rzeczywistości w jedną konkretną macierz, na której będą tworzyły się przyszłe wydarzenia, odradzały stare i powstawały nowe postacie i miejsca całego Uniwersum DC, nastał upragniony porządek. Rozpoczął się nowy etap w dziejach tego potężnego wydawnictwa; jednakże pojawienie się w nim jednego wspólnego świata nie skasowało ostatecznie jego ,,alternatywnych” wersji. Konwergencja – dość istotne, a przez wielu czytelników komiksu mało znane wydarzenie – w którym to ziemscy herosi, niektórzy z nich z punktu na osi czasu przed „Flashpointem”, walczyli z Brainiaciem, uratowała tę pamięć o multiświatach. Dopiero niedawno polscy czytelnicy, zapoznający się z komiksami od DC w naszym ojczystym języku, głównie dzięki wydawnictwu "Egmont", mogli doświadczyć reperkusji owego dość odważnego przedsięwzięcia rozpoczętego w 2011 roku, będącego niczym dotknięcie palcem Boga chaotycznej przestrzeni i zapełnienie jej uporządkowanym Uniwersum. Na chwilę obecną bezpośrednim łącznikiem do "Nowego DC Comics" jest seria "DC Odrodzenie", gdzie w na rynku polskim obejmuje ona kilkadziesiąt pozycji, przy czym wciąż dumnie się rozrasta. Może się to wydać z lekka zaburzone, zgoła wyjęte z wora pełnego dziwactw i odmienne, ale do jej filii należy mini-event "Droga do Odrodzenia", która spełnia funkcje pomostu między jednym wspólnym Wszechświatem DC a "DC Odrodzeniem".

Nie sposób wymienić najlepszych, najbardziej odwzorowanych co do swych pierwowzorów, pojedynczych historii obrazkowych i większych eventów z teoretycznie ,,świeżego” i ,,uporządkowanego” "DC Odrodzenia". Na ocenę tego projektu poczekajmy dobre kilka lat, a najlepiej skonfrontujmy ku temu tych komiksomaniaków, którzy czytali pojedyncze numery i wydania zbiorcze od Uniwersum DC przed ,"Flashpointem" i jego skutkami z 2011r., z zaczynającymi swą przygodę z komiksem miłośnikami popkultury superbohaterskiej, gdzie finałem tej konfrontacji byłaby ocena projektu. „Nowe DC Comics” w tym jego „DC Odrodzenie” będą zatem, jak wino, które im dłużej dojrzewa, tym bardziej zyskuje na wartości. Pewnie za wiele lat i mi przyjdzie w końcu wykazać się znajomością wydarzeń, wątków i smaczków fabularnych odświeżonego, głównego komiksowego świata od DC. Dlatego też, by móc kiedyś poddać takie Uniwersum ocenie, oraz by mieć również świadomość, że żyło się w czasach tuż obok tego, jak ono jako "Nowe DC Comics", z każdą kolejną historią obrazkową rozrastało się coraz bardziej, stając się gigantycznym organizmem trwającym w świadomości miłośników opowieści obrazkowych z wątkami superbohaterskimi, sci-fi i fantasy w tle, postanowiłem, by kolekcjonować, a przede wszystkim aby zgłębiać ten komiksowy Wszechświat, skrupulatnie czytając i analizując nieco bardziej niż dotychczas poszczególne zgodne wybranym przeze mnie stylem wydania z "DC Odrodzenie". Nie sięgnąwszy po żadną pozycję kontynuującą zmagania bohaterów w zaczętych seriach, wybrałem więc Crossover, którego w ogóle nie spodziewałem się tu ujrzeć, i to w tak świetnej aranżacji graficznej i scenopisarskiej. Tym komiksem, który zyskuje miano ,,Crossoveru”, czyli w tym przypadku umieszczenie naprzeciw siebie dwóch dużych grup postaci od DC Comics w jednym numerze, jest "Liga Sprawiedliwości kontra Suicide Squad" – starcie tworzących jedno eklektyczne tło, odmiennych w stosunku do wykorzystania własnych umiejętności wynikających z posiadania nadludzkich mocy, mających inne charaktery, grup postaci. Sama idea wykreowania, a gdzie tam dopiero mowa o jej realizacji, na dwuwymiarowych, komiksowych planszach, tak epickiej batalii - stanięcia twarzą w twarz drużyny mężnych, prawych, przykładnych herosów z antybohaterami, wykolejeńcami z "Legionu Samobójców", jest nadnaturalnym, odważnym posunięciem w jądrze decyzyjnym DC Comics.

Niniejsza, niezwykle krzepka, dynamiczna i lekko stonowana w swym epilogu historia obrazkowa rozpoczyna się od chwili, gdy do tajnego, nieoficjalnego więzienia Rządu Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej: "Belle Reve" trafia Killer Frost - ,,wiedźma energetyczna”, obdarzona niezwykłymi mocami pobierania energii życiowej z ciał ludzi do podtrzymywania jej niezwykle kosztownego metabolizmu, dającego Killer Frost możliwość zamrażania i tworzenia konstruktów z kryształków lodu. Jak się można domyśleć po miejscu, do którego trafia Frost , w momencie odprowadzania jej przez strażników do swojej celi, zaczyna mijać inne cele, w których w dość charakterystyczny dla poszczególnych postaci sposób, poznaje przebywających tam nietuzinkowych, pozbawionych wszystkich ,,klepek świata” członków "Legionu Samobójców". Lecz oprócz owego "Legionu", w odpowiednim czasie pojawia się i ona, Amanda Waller, zawsze gotowa, zawsze na miejscu i zawsze wierna, by bronić suwerenności i wolności Stanów Zjednoczonych, nawet, gdyby miało się poświęcić ku temu niewinne ludzkie życia.

Pierwsza misja, którą dowodzi kierująca nowo powołanym oddziałem "Legionu", jedna z najważniejszych osób w Departamencie Bezpieczeństwa Krajowego USA, wspomniana wyżej Waller odbywa się na „Badhnisi” - wyspie, na której fanatyczna organizacja dowodząca przez równie skrajnego łotra Apexa ma zamiar uruchomić generator, który może zniszczyć nie tylko wyspę, ale i wpłynąć na życie w USA i na innych kontynentach. I tu się robi ciekawie, gdyż te wydarzenia można określić jako prolog do tego, co najważniejsze: starcia "Ligii Sprawiedliwości" z "Suicide Squad" i pozostałych związanych z tym ważnych i epizodycznych wątków, które okazały się równie istotne, co główny ciąg fabularny: poznanie historii tracącego dość wcześnie swojego ojca, Maxwella Lorda, któremu nieustępliwość, bycie jak posąg nie do zdarcia starała się wpoić mu matka, którego początki znajomości z Waller nie były dość ,,ciepłe”; bądź, co zaskakujące nieco rozszerzony, porażający i dramatyczny wątek A. Waller, której barki gniecie ciężkie brzemię pracy, obowiązku i wierności do Stanów Zjednoczonych przedłożonych nad własną rodzinę, nad trójkę dzieci, które ma, oraz nad nieżyjących męża i dwójkę dzieci. Władza deprawuje, lecz w przypadku szefowej "Suicide Squad" deprawuje jeszcze bardziej. Amanda zabrnęła tak daleko; w bagnie powiązań, układów i politycznego establishmentu ugrzęzła tak głęboko, że z tego nie ma powrotu do prywatnego życia. Jak w tej kwestii potoczą się jej przyszłe losy? Otóż tego nie wiadomo, a taka strona Waller i jej cały wachlarz postawy ukazany w tym komiksie mogą się podobać i budzić ku niej jakiś płomyczek respektu.

"Ligę Sprawiedliwości" jako drużynę poznajemy po prologu, we właściwej podzielonej na 6 części narracji, i to, jakby nie było ze strony Batmana. Mroczny Rycerz, jak to on ma na pieńku z surową, posępną i władczą Amandą Waller. Wayne postanawia poprowadzić swój zespół, w którym co ciekawe znajduje się dwóch "Green Lanternów": Jessica Cruz i Simon Baz, wprost do "Badhnisi" - wyspy, na której swoje sprawy, przez "Legion Samobójców" załatwia lubiąca wykorzystywać słabości jednostek, szefowa: Waller. Gdy Liga się tam zjawia dochodzi do starcia członków Ligii z Legionem. Pod względem rysunkowym, sama potyczka wygląda jak mityczna batalia, epicko naniesione graficznie starcie, które wypełnia całe dwie strony komiksu. W międzyczasie poznajemy Maxwella Lorda, który uwalnia pierwszy oddział "Suicide Squad", w którym znalazły się bardzo potężne, potrafiące manipulować energią i formami materii na różnym poziomie, postacie: Lobo, Johnny Sorrow, Szmaragdowa Cesarzowa, Doctor Polaris i inni. Początkowo Maxwell chciał wykorzystać wyrzutków Waller, by wraz z nimi mógł się na niej zemścić. Dalej, wraz z rozwojej fabuły komiksu dochodzi do świetnie zaaranżowanych i rozplanowanych przez scenarzystów i rysowników pojedynków; do ,,czystych”, komiksowych starć. Kto by pomyślał, że Liga Batmana połączy siły z Legionem Waller, by próbować powstrzymać Maxwella Lorda, od którego ostatecznie odchodzi m.in. Lobo, gdyż ten sięga po mający niszczycielską moc diament i zamienia się w abstrakcyjny byt zwany "Eclipso" – karmiącą się mrocznymi żądzami czujących istot, siłę.
Tak się jednak stało, że mrok w tym komiksie, na szczęście, nie przemówił. Energia, barwa, styl i przekaz rysunku; dobrze stonowany, mimo patosu charakter komiksu; umiejętnie rozmieszczone i rozpisane postacie, gdzie np. członkowie "Suicide Squad" byli tak świetni w odbiorze, jak świetni być powinni w filmie z 2016 roku.

Nic tylko doświadczać tej historii po tysiąckroć. "Liga Sprawiedliwości kontra Suicide Squad" to jeden z najlepszych Crossoverów od DC ostatnich lat. Oby więcej takich eventów!

pokaż więcej

 
2018-06-20 09:30:03
Ma nowego znajomego: słoneczko
 
2018-06-18 17:44:13
Ma nowego znajomego: Mollinka_90
 
2018-06-15 22:46:47
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Chcę w prezencie, Ulubione

Przełom końca XIX wieku i pierwsze dziesięciolecia XX wieku oraz lata 50-te i 60-to XX wieku, to niezapomniany, będący częścią nieprawdopodobnych historii i osiągnięć myśli ludzkiej - na długie pokolenia w przód, okres czasu w dziejach kultury masowej, który przede wszystkim stał się prowodyrem ku szerokiej ewolucji literatury fantastyczno-naukowej, a z literatury z kolei ku powstaniu i... Przełom końca XIX wieku i pierwsze dziesięciolecia XX wieku oraz lata 50-te i 60-to XX wieku, to niezapomniany, będący częścią nieprawdopodobnych historii i osiągnięć myśli ludzkiej - na długie pokolenia w przód, okres czasu w dziejach kultury masowej, który przede wszystkim stał się prowodyrem ku szerokiej ewolucji literatury fantastyczno-naukowej, a z literatury z kolei ku powstaniu i adaptacji kinematografii takowego gatunku. Isaac Asimov , Arthur Conan Clarke i Herbert George Wells to ci Wielcy, należący do gigantów spośród ,,stwórców” tamtych czasów, których dzieła mają ogromne wielopokoleniowe znaczenie. Co najważniejsze, każdy z nich prezentuje różny język, styl pisania i kreowania rzeczywistości zamkniętej w dwuwymiarowych stronicach najrozmaitszych powieści. Każdy z nich, mimo wspólnego gatunku, wokół którego krążą ich idee, w pewnym sensie przedstawia odmienną problematykę. Asimov uwypuklił sytuację, w której człowiekowi stawia się wyzwanie, umieszczając go w świecie, który musi dzielić z równie inteligentnym, jak jego gatunek robotem. Wells, natomiast, uwielbia wodzić czytelnika za nos, konfrontując w swych powieściach istoty ludzkie z zaawansowaną technologią lub Cywilizacją, co często ma iście profetyczne znaczenie. A.C. Clarke to równie zaangażowany futurysta, co opisana powyżej dwójka. Jego Sagi, jak "Odyseja Kosmiczna", czy "Rama" wyzierają zaangażowaniem całej przedstawionej przez niego Cywilizacji, jakby w jego powieściach ludzkość miała do wykonania misję, po której będzie rozliczana nie jako gatunek, który ją tworzy, lecz jako swoista Zbiorowość.

Niniejsza wielka literacka trójka, to swoisty Triumwirat i przykład tego, jak genialne, wybitnie dopasowujące się do tamtejszych czasów umysły, żyły dziesiątki lat temu, jak bardzo wizjonerskie w naszej kulturze i nauce niosły przesłanie. I tak, w 1898r. kiedy wydawać by się mogło, według niektórych ówczesnych naukowców człowiek rozwinął się, i tak rozbudował wokół siebie świat, że więcej do przysłowiowego ,,szczęścia” nie będzie mu potrzeba, pojawił się pewien człowiek, który chciał temu wyjść naprzeciw, a był to Herbert George Wells. Zapewne Wellsowi nie chodziło o ponowne rozruszanie ociężałej nauki, gdyż sam był biologiem z wykształcenia i wiedział co przyniesie koniec wieku, w którym to napisał pewną porażającą, niewyobrażalną, jak na te czasy, powieść. Jego obowiązkiem było nastawienie czytelników do konsekwencji rewolucji naukowej, której wiedział, że będzie świadkiem, oraz w jakiś sposób nakłonienie możnych „Lordów” nauki - ,,tak zwanych” specjalistów, którzy byli zdania, iż zasób wiedzy dany człowiekowi jest ograniczony, a sięganie głębiej i głębiej, by zrozumieć rzeczywistość na najbardziej niezwykłym poziomie, nie jest istotny – by nie popaść w pustostan i ignorancję do świata, który nas otacza. Na szczęście, przytomny wiedzą i mający w zanadrzu jakąś wizję, H.G.Wells, we wspomnianym wyżej 1898r. wydał nowelę fantastyczną z elementami nauki, dając światu swoje profetyczne dzieło, swoje dziecko: "Wojnę Światów".

Nieprawdopodobnym, wartym uwagi przy deliberowaniu na temat niniejszej pozycji beletrystycznej Wellsa jest fakt, że od jej pierwszego druku do jej drugiej kinowej adaptacji Stevena Spielberga z Tomem Cruisem w roli głównej mija 107 lat. To gigantyczna, prawie nieskończona połać czasu, przerwa dla kultury masowej, którą tworzy ziemska Cywilizacja. Przez ten cały wiek z kawałkiem przeszła niejedna rewolucja technologiczna, ekonomiczna i informatyczna, a kwestie poruszone przez Wellsa w "Wojnie Światów" wciąż są aktualne. Ta książka nigdy się nie zestarzeje; będzie trwać w eterze zbiorowej świadomości przyszłych czytelników, naukowców i tych, którzy będą mieli szacunek do dorobku przodków, aby czegoś się od nich nauczyć.

Pierwsze kilkanaście stron "Wojny Światów" przekonuje pasjonata tego dość nietypowego ,,oldschoolowego” sci-fi, z proroczym ,,namaszczeniem”, że nie będzie to zwykłe, dane ówczesnym czasom czytadło; że nie będzie to zabawa słowem, jak we współczesnych, mimo to świetnych dziełach literatury ,,Space Fantasy” i „Space Opera”. Herbert George Wells okazał się bardzo dokładny i sumienny w ,,wytłuszczaniu” każdego, najdrobniejszego wątku, czy elementu tworzącego podstawę płaszczyzny tej powieści. Styl, forma językowa przez niego stosowana są archaiczne – z perspektywy współczesnego czytelnika czuć ząb czasu odciśnięty na stronicach powieści – ale za to bardzo klimatyczne, pozwalające się scalić z zawartym w "Wojnie Światów" przesłaniem; dlatego też należy czytać ją niezwykle uważnie. Niektórzy fani i krytycy Wellsa są zdania, że autor był prekursorem tzw. "Wojny Totalnej" – wizjonerskiego konfliktu po raz pierwszy zastosowanego w fikcyjnej literaturze w "Wojnie Światów". Początkowo, dopiero co zagłębiając się w świecie powieści, można było mieć lekki dysonans, odmienną opinie, co do powyższego stwierdzenia, lecz jak to w świecie bywa pozory mylą, a w przypadku "Wojny Światów" zniszczenie muru, które pozory mogłyby zbudować przed sobą, odsłaniają, to, co nieuchronnie miało nadejść i się zjawiło, i sprawia, że czytelnicze zmysły wydadzą ,,z siebie” agonalny jęki przerażenia, które owe pozory skrywały i odsłoniły w momencie wczytania się w tą lekturę i zrozumienia czym tak naprawdę w tamtych czasach ona była, i jak rozumie ją współczesny XXI-wieczny świat. Dzięki dobrze wybranej pierwszoosobowej relacji, reportażu nie z pola bitwy, lecz z prawie proroczo wyłaniającej się, jakby spełniała się przepowiednia z "Apokalipsy św. Jana" eksterminacji gatunku ludzkiego oraz krótkich, akapitów wzmacnianych przez osobniczy, intymny sposób odebrania, analizowania i przeżywania ,,faktu” najazdu niezrozumianych przez ludzkość istot – w ten sposób zmuszania czytelnika do przeżycia tego, co przeżył autor relacji – Wells daje światu pedantycznie realistyczną powieść z surowym, niszczącym poczucie stałości bezpieczeństwa psychicznego cynicznym morałem, z którego wynika, że w przypadku skonfrontowania naszej inteligentnej ludzkiej rasy ze stworzeniami z innych planet, z wielkim prawdopodobieństwem stanie się ona jedynie zwierzyną tchórzliwie kryjącą się przed dużo potężniejszymi stworzeniami, tak, jak kiedyś ssaki kryły się w malutkich norkach, miliony lat temu przed panami Ziemi Dinozaurami. Mimo, że ,,człowiek Wellsa" wygrywa dzięki uprzejmości łańcucha życia na błękitnej planecie, czyli dzięki niewidocznym ,,zarazkom”, do których najeźdźcy Londynu i całej Anglii, jak i pewnie świata nie byli przyzwyczajeni, to jednak jest to mające posmak goryczy i siedzącej w gardle ciężkiej zgrubiałej plwociny, gorzkiej guli, zwycięstwo. Człowiek, co zauważył relacjonujący te wydarzenia w formie będących ostrą przestrogą wspomnień, skrajnie poruszony dziennikarz, zwyciężył Czarny Opar, Czerwone Zielsko i poruszające się na ciężkich, mackowatych, niczym zbudowanych z malutkich metalicznych pierścieni, odnóżach, Machiny Bojowe, tylko przez łut szczęścia, przez pomoc niespokojnej natury. I to, nazwijmy to, ,,zwycięstwo” okazało się nad wymiar dobrze zastosowanym przez Wellsa zabiegiem, specyficznym kontrastem, które jako pozytywne zakończenie dało powieści paradoksalnie jeszcze większą siłę odbioru i znaczenie.

Nieustanna ciągłość wydarzeń bez jakiejkolwiek stagnacji; przedstawianie poszczególnych ulic, dzielnic Londynu i dokładne odnoszenie się do pozostałych angielskich miast; sama czerń, zmasakrowane budynki, zniesiona do formy kikuta, z którego jątrzy się żółta ohydna ropa, zamieszkiwana przez ludzi przestrzeń; powietrze, którego każdy atom zdaje się być przesycony cierpieniem, pozbawiającym zmysłów fizycznym i psychicznym bólem. Obraz wellsowskiej "Wojny Totalnej", gdzie niszczycielska, czysta potężna siła jest wszystkim i dociera wszędzie. W tej Wojnie nie ma zwycięzców, a morał, jak wspomniano wyżej, staje się wobec tego niezwykle cierpki i powinien być dobrze zrozumiany. Żyjąc na przełomie XIX-XX wieku, gdy po ulicach jeździły dopiero pierwsze auta, a człowiek ledwo co rozumiał istnienie i zachowanie atomu, doświadczenie literatury "Wojny Światów", czyli poznanie Marsjan, których kanoniczny dziś opis, jako istot o wydłużonych głowach, smolistych dużych oczach i zapadniętymi pod nimi nozdrzami, stał się protoplastą kreacji ,,istoty obcej” poruszającej się w pojeździe UFO, było niezwykłym, emocjonalnym przeżyciem; dzięki formie pierwszoosobowego reportażu dodatkowo wiarygodnym punktem odniesienia do otaczającej ówczesnych ludzi rzeczywistości. Mimo, że była to tylko forma pisana takowego przekazu słynnego brytyjskiego pisarza, to wystarczy poszperać w Internecie i poszukać nagrania audycji radiowej Orsona Wellesa, podczas której czytał on „Wojnę Światów” H.G. Wellsa, by się przekonać jak silny wśród społeczeństwa miała ona wydźwięk. Reakcja słuchaczy, którzy mieli wtedy włączone radioodbiorniki była jedna: panika, chaos, obawa. ,,Marsjanie. Jacy Marsjanie? Dlaczego atakują Ziemię". Z doświadczaniem reportażu pisarza, który w tamtych czasach, pozbawionych tak łatwo dostępnych mediów, ba, nawet książek, było podobnie. Gdybym żył na przełomie końca XIX i początku XX wieku i miał tę pozycję przed sobą, pomyślałbym, że albo naszemu światu grozi zagłada, albo ni to te listy, ni to pamiętniki napisał niespełna rozumu człowiek.

pokaż więcej

 
2018-06-12 14:11:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Deadpool (tom 4) | Seria: Marvel NOW!

Komiksowe "Uniwersum Marvela", to nie tylko historie ubarwiane przykładnym, czysto bohaterskim zachowaniem, etosem prawdziwego heroizmu, mitycznego nieskalanego męstwa, odwagi, której nie będzie można podważyć. To również opowieści przedstawiające postacie, które swoimi poszczególnymi czynami może i są, jak typowo kreowani herosi, ale swym zachowaniem, sposobem podejścia do wroga, do drużyny,... Komiksowe "Uniwersum Marvela", to nie tylko historie ubarwiane przykładnym, czysto bohaterskim zachowaniem, etosem prawdziwego heroizmu, mitycznego nieskalanego męstwa, odwagi, której nie będzie można podważyć. To również opowieści przedstawiające postacie, które swoimi poszczególnymi czynami może i są, jak typowo kreowani herosi, ale swym zachowaniem, sposobem podejścia do wroga, do drużyny, w której przyjdzie im się wykazać, bądź do tego kim się jest: czy akceptuje się odpowiedzialność, która ciąży na byciu waleczną godną poświęceń jednostką czy zgoła przeciwnie, nie do końca ich przypominają. Fani, krytycy kultury komiksowej, miłośnicy poszczególnych umieszczonych pod szyldem ,,anty-bohatera” sylwetek nie są do końca zgodni, jak traktować kogoś, kto ratuje życia, lecz robi to nie zdając sobie nawet z tego sprawy, jakby nadrzędnym cynicznie rzecz biorąc celem takich osobistości jest pranie ,,złoli”, wybijanie, wręcz dzika eksterminacja własnych wrogów, którzy przy okazji stają się robactwem dla zwykłych ludzi, prawych obywateli, a jak wiemy robactwo i agresywną ludzką zgniliznę trzeba likwidować.

Z obojętności, będąc prawem ponad prawem, sądem i egzekutorem w jednym; z powodu czystej, pierwotnej zemsty przesycającej każdą komórkę samozwańczego mściciela, którego spokojne wręcz idylliczne życie dzielone wraz z rodziną przerywa barbarzyński, niestosowny i całkowicie bezsensowny rozlew krwi, rodzą się takie wyjątkowości, osobistości jak Punisher, Deadpool, Red Hulk, Daredevil czy Electra Natchios – wykolejeńcy, postacie obdarzone nadludzkimi zdolnościami, indywidua "Uniwersum Marvela". Warto zatem poznać je bliżej, gdzie w nowej odsłonie możemy spotkać je dzięki uprzejmości i wielkiemu zaangażowaniu ,,stwórców” Marvela, w serii "Marvel NOW!". Czy to polska wersja językowa, czy to angielska, z tego dość specyficznego cyklu obejmującego całą gamę komiksów Marvela, warto po prostu skorzystać, zwłaszcza, że oprócz ciekawie rozpisanych postaci dostajemy w nich wybitną szatę graficzną, z świetnymi wypełnieniami, kładzionym kolorem i w zależności od intensywności i przebiegu fabuły konkretnego tytułu: dobrze ujętym cieniem. "Marvel NOW!", to jak do tej pory całkiem udane przedsięwzięcie, tym bardziej, że daje ono młodym utalentowanym rysownikom i scenarzystom szansę rozwinięcia skrzydeł w jednym, gigantycznym organizmie jakim jest "Marvel". Dzięki temu Uniwersum ciągle się rozrasta, staje się tak rozległe, jak rozległa będzie myśl twórcza jego kreatorów; dzięki temu ikony komiksu takie jak Deadpool, Punisher – znani za sprawą specyficznego podejścia do roli bycia bohaterem - mogą nieustannie trwać w świadomości pokoleń.

Z perspektywy miłośnika historii obrazkowych, aby dojść do pozycji "Deadpool kontra S.H.I.E.L.D."- tomu 4 z serii "Deadpool Marvel NOW!", ważne jest nie tylko poznanie innych historii z tego cyklu, które przyplątały się ,,najemnikowi z nawijką", ale równie istotne jest zrozumienie jego charakteru, głęboko zakorzenionych celów postaci, typu jego osobowości, a to u Deadpoola jest dość specyficzne, zwłaszcza, gdy widzi się, że jest on świadom bycia częścią wydarzeń zawartych w komiksie, istniejących pierwotnie w umyśle twórców i potem przelanych na dwuwymiarową planszę. Szczególnie daje się to czytelnikowi we znaki, gdy Wade przełamuje czwartą ścianę zwracając się do doświadczającego komiks fana i narzekając na kiepski scenariusz, czyli odgrażając się, że, niestety, sam zrobiłby to lepiej. Przed poddaniu się lekturze "Deadpool kontra S.H.I.E.L.D" dobrym rozwiązaniem jest przeczytanie jednego z komiksów "Deadpool - Classic", gdzie kreacja sylwetki odzianego w czerwono-czarny trykot z dwoma skrzyżowanymi ze sobą na plecach Katanami, Wade’a, jest taka, jaka być powinna: zabójcza, lekko cyniczna, opryskliwa, pozbawiona piątej klepki i zabawna; a nawet do specyficznego stopnia groteskowa. Kiedy za ,,klasyczną” wersję spandexowego Deadpoola na prawdę wzięliśmy się na poważnie, i przebieg losów najlepszego ,,kontraktowego najemnika” w historii komiksologii Marvela mamy za sobą, a Wade Wilson jest nam dobrze znany, można wzmocnić naszą pasję bardziej zgłębiając co nieco z barwnych losów Wade’a, którymi raczyło go przebywanie pośród indywiduów - postaci nie znających prawdziwego ,,wymodelowanego” etosu superbohaterstwa: tzw. "Thunderbolts", egzekutorów prawa zwalczających nowotwór jakim na tkance ludzkości i na linii celów, które mają przed sobą ci walczacy, stali się złoczyńcy. W "Thunderbolts" Deadpool czuje się stosunkowo dobrze, ale w "X-Force" wyśmienicie. Skoro wiemy, jak nad wymiar specyficzną postacią jest Wade Wilson, to pomnóżmy to razy kilka i wyobraźmy sobie, że będzie on jeszcze bardziej kontrowersyjny, anormalny, czyli mówiąc krótko: bardziej deadpoolowy, niż był dotychczas. Otwórzmy więc 4 tom z serii "Deadpool Marvel NOW!", w którym ,,pan Wilson” mierzy się z najpotężniejszą, najbardziej znaną i poważaną organizacją pokojową chroniącą świat przed obcymi zagrożeniami, działającą pod nazwą: "S.H.I.E.L.D."; i się o tym wszystkim w końcu przekonajmy.

"Deadpool kontra S.H.I.E.L.D." jest owocem scenopisarskiego kunsztu Briana Posehna i Gerry’ego Duggana oraz mistrzostwem Scotta Koblisha i Mike’a Hawthorne’a w kreacji rysunku, jego umiejętnej kompozycji przelanej na tę dwuwymiarową płaszczyznę, wyniesionej ze ,,stołu kreślarskiego” wprost na komiksowe plansze. Mimo że przeważnie okładka nie odzwierciedla tego, co np. znajduje się w danym wydaniu historii obrazkowej, to jednak wystarczy spojrzeć jej przednią stronę "Deadpool kontra S.H.I.E.L.D.", na której najemnik trzyma bazookę opartą na ramieniu, będąc na tylnym siedzeniu wznoszącej się coraz wyżej „Loli” – auta Phila Coulsona, by o tym się przekonać. Tak intensywna grafika, pełna wielu symboli akcji, gdzie pośród tego zawsze swoje miejsce znajdzie nasz niepokorny, rozhukany i hardy najemnik z nieprawdopodobnie potężnie rozbudowanym czynnikiem gojącym „healing factor” jest kompletna w perspektywie tego, co spotka Deadpoola, ba, czytelnika który zapoznaje się z komiksem, którego prawdopodobnie napisał najemnik z nawijką. Tak, może wydawać się to z goła odmienne, ale takie jest CV tej dość obcesowej, rozrywanej wewnętrznie postaci, jakby miała ona ADHD na mocnych sterydach. Deadpool od początku, co warto podkreślić: ,,swojego” komiksu, w którym ma zmierzyć się z "S.H.I.E.L.D." dość silnie łączy się z redaktorami owej historii obrazkowej, za którymi przeważnie nie przepada, narzekając na gwałtowny przeskok z lat 60-tych do lat 90-tych, gdzie w szalonych latach 60-tych wraz z Cable’em przebywali na wakacjach w Wakandzie i spotkali m.in. "Uatu the Watchera" – potężną istotę z prastarej, niezwykle zaawansowanej cywilizacji, spisującą dzieje całego Wszechświata, z którego ostrzeżeń, Deadpool jak to Deadpool, nic sobie nie robił; zniszczył nawet Księżyc Ziemi – dom Uatu, z czego ten był zrozpaczony, a jego późniejsze zachowanie z racji ogólnej powagi "Obserwatora" w "Multiversum Marvela", było dość komiczne - w końcu to przecież Deadpool, inaczej być nie może. Zanim Deadpool zniknął, by pojawić się ,,rzekomo” 30 lat później, prawdopodobnie gdzieś w Nowym Jorku, spotykając Doctora Strange’a manifestującego się w jego porozrywanym od osobowości, samego kształtu niezbyt spójnej psychiki, i od manipulacji licznych przeciwników, a umysł Deadpoola, niestety nie jest uporządkowanym miejscem, spotkał jeszcze "The Thing" z „Fantastycznej Czwórki”, Odyna w Asgardzie i Kosmiczne Dziecko, którego ,,kosmiczna kupa” zasili Asgard na tysiąc lat i m.in. prastare, potężne wijące się smoczysko: Fin Fang Fooma. A wszystko po ty, by zebrać i ułożyć kosmiczne puzzle. Trudno określić, co to wszystko dla Deadpoola miało oznaczać, ale, co najważniejsze była to kolejna jego przygoda w tomie "Deadpool Marvel NOW!", gdzie cofał się daleko kilkadziesiąt lat w przeszłość i przeżywał abstrakcyjne przygody, co przedstawiano w typowym oldschoolowym, komiksowym stylu. Ciężko znaleźć miłośnika nowej linii narracji obrazkowych tego Uniwersum, któremu by się to nie podobało.

Głównym spoiwem fabularnym łączącym całe poprzednie tomy przygód Deadpoola z cyklu "Marvel NOW!", z wydarzeniami z obecnie omawianego tomu, w którym ,,tytułowo” Wade Wilson ma się mierzyć z najpotężniejszą organizacją pokojowo-militarną na świecie jest uwięzienie świadomości agentki Preston w ciele Wade’a, co miało miejsce w rzeczywistości komiksowej tomu pierwszego powyższego cyklu: "Martwi Prezydenci". W pozycji będącej obiektem niniejszych rozważań, tak naprawdę Deadpool nie marzy o niczym innym, jak tylko o pomocy agentce - pozbyciu się jej niematerialnej formy z jego umysłu. A to, że "S.H.I.E.L.D." wejdzie mu w końcu w drogę, okaże się to podczas naturalnego biegu wydarzeń komiksu, a nie od samego początku, czego tytuł tego wydania może być zgoła mylny.

Agent Gorman nie dość, że zalega Wade’owi z wypłatą za zabicie Prezydentów – a miało to miejsce w tomie I – to jeszcze zleca jego zabójstwo, za co najemnikom obiecuje solidną nagrodę pieniężną. Zanim Gorman dostanie za swoje, wcześniej dowiaduje się, że agentka Preston teoretycznie żyje: zostaje uwięziona świadomością w ciele Wade’a, i "S.H.I.E.L.D." ma zamiar wykorzystać jeden z Androidów, by przenieść tam niematerialne istnienie Preston. Projekt dla ekipy terrorystycznej "Ultimatum" nie może zostać odkryty. Wysłanie Crossbones’a nie było dobrym rozwiązaniem, przynajmniej dla Gormana, gdyż, za to czytelnik komiksu miał nie lada satysfakcję z świetnie rozrysowanego pojedynku pomiędzy Crossbonesem a Wade'em Wilsonem.

Mówiąc o "Deadpool kontra S.H.I.E.L.D." należy wspomnieć o różnych wersjach Deadpoola, które widzieliśmy w projekcji jego nietuzinkowego umysłu, która to każda z osobna odpowiadała za jakąś jego cechę. Był Hulkpool, Pandapool, Minideadpool, ,,Headpool”, Lady-Deadpool i masa innych… poolów. Ach, jaki ten komiksowy świat jest piękny. Co by było, gdyby nie było w nim Deadpoola? Nie byłoby tak wyjątkowo, jak jest obecnie. Marvel straciłby swojego ,,czarnego konia”.

pokaż więcej

 
2018-06-08 16:03:47
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Odyseja Kosmiczna (tom 3)

Wszechświat to gigantyczne morze wiedzy i informacji do odkrycia. Aby jednak człowiek mógł myśleć o swobodnej eksploracji kosmosu na tak ogromną galaktyczną skalę najpierw potrzebne jest skupienie się ludzkości na problemach moralnych, społecznych, politycznych i ekonomicznych towarzyszących wydawałoby się coraz prężniej, jakby bez wad rozwijającej się Cywilizacji Ziemskiej. Dodajmy do tego... Wszechświat to gigantyczne morze wiedzy i informacji do odkrycia. Aby jednak człowiek mógł myśleć o swobodnej eksploracji kosmosu na tak ogromną galaktyczną skalę najpierw potrzebne jest skupienie się ludzkości na problemach moralnych, społecznych, politycznych i ekonomicznych towarzyszących wydawałoby się coraz prężniej, jakby bez wad rozwijającej się Cywilizacji Ziemskiej. Dodajmy do tego problemy z zapotrzebowaniem energetycznym, z którym, według najbardziej pesymistycznych prognoz, światowa Gospodarka może sobie już wkrótce nie poradzić, które, co logiczne, rozrastająca się Cywilizacja będzie nieustannie zwiększać. A mowa tu o paliwach kopalnianych, tzw. źródłach energii nieodnawialnej: ropa naftowa, gaz ziemny, węgiel kamienny i brunatny oraz torf, które nawet przy nowo odkrytych bogatych złożach, niestety znikną, zostaną wykorzystane w coraz szybszym stopniu przez coraz bardziej rozwijające się kraje Azji i Bliskiego Wschodu. To właśnie te rejony, z dekady na dekadę zaczynają doganiać potężny „Zachód”.

Jak mówi wielu poważanych futurystów, jeśli do 2100 roku ludzkość nie opanuje form energii nieodnawialnej, której na naszej planecie mamy pod dostatkiem: np. wysokoenergetyczne promienie słoneczne, wiatr, woda i m.in. energia geotermalna, to nie będzie absolutnie możliwe, by gatunek ludzki kiedykolwiek postawił stopę dalej, niż poza ziemską atmosferę, przy czym jest tu mowa nie o pojedynczych wyprawach naukowych na Marsa, czy księżyce Jowisza, lecz o wyprawy całej zbiorowości, ludzkiej populacji Ziemi, w celu znalezienia nowego miejsca dla osiedlenia się naszego inteligentnego gatunku. Ujarzmienie energii planety, polityczna i ekonomiczna jedność to konieczne warunki, aby istoty myślące logicznie i abstrakcyjnie, czyli ludzie, mogli swobodnie podróżować po Układzie Słonecznym, ba, dużo dalej, w głąb Galaktyk, by przyszłe pokolenia będąc gdzieś na jakiejś przyjaznej naszemu gatunkowi ,,proto-ziemskiej” planecie pamiętały o swoich przodkach z Ziemi.

Dla Arthura Conana Clarka wszechświat zawsze stał otworem. Jego wizjonerskie podejście do nauki, technologii przyszłości i miejsca Cywilizacji ludzkiej w ogromie otaczającej nas przestrzeni, które z perspektywy dziesiątek lat uwypuklił w swej literaturze fantastyczno-naukowej, było, jest i będzie, trwając w pamięci ludzi na wiele pokoleń w przód, czymś niezwykle szczerym, moralno-etycznym i naukowo problematycznym. Tak jak we wstępie niniejszych deliberacji poruszono ambicje zbiorowości gatunku człowieka, który pokonując ograniczenia społeczne i energetyczne, mógłby mieć na uwadze realizację procesu kolonizacji Układu Słonecznego, a co za tym idzie również innych Galaktyk, tak A.C.Clarke pięknie ujmuje i przelewa to na papier, urzeczywistniając te idee jako ,,żyjące inspiracje”. Autor, Brytyjczyk z pochodzenia, to jeden z niezwykle dojrzale myślących pisarzy futurystów. Jego powieści charakteryzują się przede wszystkim umieszczaniem w nich, na centralnym planie: ogółu ludzkości – jej dziedzictwa, tradycji, wiedzy, świadomości celów, której uwielbia stawiać wyzwanie. Cywilizację, którą zbudował człowiek umieszcza w centrum uwagi, kreując ją jako taką, która pewien etap rozwoju ma za sobą, lecz jeszcze sporo pozostało jej do odkrycia. Clarke jako literacki geniusz i wybitny artysta – ,,człowiek renesansu” futurystycznego sci-fi, osiągnął swego rodzaju zwycięstwo ducha nad materią, gdyż jego idee, które potrafią zmusić do refleksji, wprawić w moralizatorską zadumę i metafizyczną konstatację, będą trwać jako abstrakcyjny byt w świadomości przyszłych pokoleń czytelników. Przedstawiane przez niego kwestie, jak te w Sagach: "Rama", "Odyseja Kosmiczna" zszokowały i zaszokują niejednego sympatyka literatury fantastyczno-naukowej, gdyż skrót ,,sci-fi” do jego dzieł nie pasuje; to dźgające świadomość jednostki o miejscu w zbiorowości Cywilizacji, głębokie i intymne spostrzeżenia, na temat możliwych ścieżek wyboru i dróg, którymi zdecydowały się pójść spadkobiercy ludzkości. Autor również sprawnie operuje zakresem miejsca wydarzeń jako otwartej przestrzeni kosmicznej, gdzie w Układzie Słonecznym umieszcza nie tylko podróżujących Ziemian, ale i coś obcego, abstrakcyjnego, o innej kategorii pojmowania: specyficzny konstrukt – Monolit, który w "Odysei Kosmicznej 2001" z powierzchni Księżyca Ziemi wychodzi im naprzeciw. Ta powieść zapoczątkowała całą słynną kwadrologię, w której tytuł zmienia się o rok, w którym to przedstawiona w niej ,,ludzkość” wypełnia swoją misję, w końcu nie bez powodu nazwaną „Odyseją”. Ta arcyważna, kanoniczna, inteligentna i mająca w sobie nutkę naukowo-filozoficznego ,,co by było gdyby” Saga, jako miłośnika powieści fantastyczno naukowych pokroju Assimova, Clarke’a, H.G. Wellsa, dopada także i mnie.

Rozpoczynając lekturę „Odysei Kosmicznej 2061” A.C.Clarke’a, myślałem, że przede mną wspaniała, długa czytelnicza podróż, w 50 lat po wydarzeniach z ostatniej pozycji z cyklu „Odysei”. Po części się zawiodłem, po części i nie. HAL 9000, skomplikowany byt techniczny – Sztuczna Inteligencja, która dotychczas w dwóch poprzednich powieściach stanowiła jeden z punktów na głównej osi wydarzeń, w trzeciej powieści z cyklu została odłożona lekko na bok, jakby po części zaszufladkowana. Cyber-techniczny byt, którego specyficznej wymiany zdań z człowiekiem nie da się ot, tak zapomnieć doświadczając jej, poprzez oglądanie "Odysei Kosmicznej 2001", czy czytając jej literacką wersję, na pewno krąży on nieustannie w świadomości czytelnika niniejszej wersji "Odysei" skupiającej całokształt rozwoju cywilizacji ludzkiej w 2061 roku. To przecież dzięki "HAL 9000" załoga promu "Discovery One" miała okazję przeżyć prawdziwy dramat, gdy matryca Sztucznej Inteligencji"HALa" oszalała, zabijając oprócz Davida Bowmana, wszystkich obecnych na pokładzie astronautów. Wrażliwość emocjonalna być może była obecna w podsystemach „HALa”, ale człowiekiem nigdy to ,,coś" nie było, więc o ,,kręgosłupie moralnym” w tym przypadku nie ma po prostu mowy.

Wspomnienie przeze mnie, jak wyżej, niesamowicie ważnej roli "HAL 9000" - w poprzednich dwóch częściach "Odysei" Clarke’a - którego istnienie należy traktować w osobnej kategorii świadomego bytu, nie odbyło się ot, tak bez powodu; miało to swój cel. "Odysei Kosmicznej 2061" brakowało solidnego punktu, wokół którego oparłaby się jej fabuła. Owszem, z perspektywy czytelnika pięknie jest doświadczać dalszej części wielopokoleniowej podróży ludzkości ku zrozumieniu stałości praw Wszechświata, ku zbadaniu jego granic, ku chęci sięgania dalej poza to, co widzi ludzki umysł. Jednakże 60 lat po tym, jak Ziemianie stanęli oko w oko z niezgłębionym, do końca nie wyjaśnionym pochodzeniem "Monolitem" i "HALem 9000", który być może pod jego wpływem zataił prawdziwy przebieg misji promu "Discovery One", oprócz badania księżyca Europy – początkowej eksploracji rejonów tego, co kiedyś było Jowiszem - nic tak naprawdę większego się nie wydarzyło. Clarke przemawiał tu językiem reportażu, stylem, który miał odbić się na doświadczającym jego trzecią już ,,odysejowską” lekturę czytelniku. To była przygoda bardziej ,,science” niżeli pełna akcji, rozbudowanych wątków, powiązań, zaskakujących zwrotów fabuły, kompletna część ,,fiction”. Z jednej strony takie rozwiązania wymagają dużego skupienia i skonfrontowania ich treści z faktycznym postępem technologicznym i futurystycznymi możliwościami wciąż adaptującej się do wymogów Wszechświata Cywilizacji Ziemskiej. Jednak z innej perspektywy nie ma to najlepszego odbicia na spójności fabularnej powieści. Gdyby nie motywy polityczne, które tu zawarte - o dziwo były całkiem ciekawe – i gdyby nie ukazany przez Clarke’a obraz badania komety Halleya, pozostałości Jowisza i Układu planetarno-księżycowego wokół niego krążącego, to "Odyseja Kosmiczna 2061" stałaby się sztampowa, jej myśl i przesłanie straciłyby u mnie na znaczenie.

Dobrze, że dziedzictwo Heywooda Floyda przetrwało w trzeciej części "Odysei"; dobrze, że w końcowych jej fragmentach osadzonych w 3001 roku obudził się dawno uśpiony Monolit. Możliwe, że jego ,,aktywacja” wniesie coś w wieńczącą kwadrologię "Odysei Kosmicznej" powieść. Prawie całe milenium w przód, całe morze zdarzeń i lata rozwoju ludzkości zostaną odświeżone i przypomniane przez autora. Na taką powieść warto było by czekać i przetrwać lekko rozdrganą fabularnie część skupiającą się w dużej mierze na wydarzeniach wokół 2061 roku. Kto wie, czy przeczytanie jej nie odbije się korzystnie na zrozumieniu i dokładnym scaleniu się czytelniczej uwagi z osobliwościami z "Odysei Kosmicznej 3001". Może takie było jej przeznaczenie, może ta ,,sterylność” w akcji, którą uzupełniał cudownie rozprowadzony wątek naukowy, miało być tylko ,,smaczkiem” przed finałem, który czeka ,,Cywilizację Clarke’a" prawie 1000 lat później? Cykl powieści "Odyseja" słynnego brytyjskiego pisarza, to nie jakiś tam zwykły ,,pismak” zapełniający pasję czytelnika literatury beletrystyki sci-fi. Nie będę omylnym, gdy stwierdzę, że są to dzieła dla koneserów i fanów Clarke’a i tego typu podejścia do futurystycznego gatunku zawartego w książkach.

pokaż więcej

 
2018-06-03 13:38:11
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Może zabrzmi to niezbyt jasno i prozaiczne, ale ostatnimi czasy nauka dla ogółu ludzkości staje się wyzywająca, staje się sexy. To, że społeczeństwa robią się coraz bardziej oczytane, to nikogo już nie dziwi, a dzięki dostępowi do masowych mediów mamy możliwość korzystania z ogromnej ilości informacji, baz danych, książek, filmów, wykładów on-line i np. czasopism naukowych. Nie musimy... Może zabrzmi to niezbyt jasno i prozaiczne, ale ostatnimi czasy nauka dla ogółu ludzkości staje się wyzywająca, staje się sexy. To, że społeczeństwa robią się coraz bardziej oczytane, to nikogo już nie dziwi, a dzięki dostępowi do masowych mediów mamy możliwość korzystania z ogromnej ilości informacji, baz danych, książek, filmów, wykładów on-line i np. czasopism naukowych. Nie musimy wychodzić nawet z domu, by ,,się czegoś dowiedzieć”. Wystarczy kliknąć niczym dotknięcie czarodziejskiego przycisku, drobnej płytki, klawisza myszki, by dzięki dobrodziejowi: Internetowi, z dnia na dzień mieć daną pozycję u siebie na półce bądź gdziekolwiek w domu. Rozkwit zainteresowania naukami ścisłymi nabiera tempa. Kto wie, czy sam fakt, że fizyka i astrofizyka proponują rozwiązanie ostatecznej natury Wszechświata – odnalezienie świętego Graala dla naukowego umysłu człowieka: teorii matematycznie i fizycznie opisującej działanie absolutnej całości, która składa się na wszechbyt jakim jest Kosmos - nie powoduje, że rzesze miłośników nauki szturmem zdobywają księgarnie i czym prędzej zaopatrują się w dzieła popularnonaukowe z zakresu fizyki, fizyki doświadczalnej i kwantowej oraz astrofizyki.

Na powyższe rozważania odnośnie wzrastającego prawie, że faustowskiego głodu wiedzy ludzkości – bo przecież warto coś wiedzieć, niż nie wiedzieć nic i być ogarniętym tzw. pustostanem myślowym – przychodzi dość interesująca publikacja naukowa autorstwa Carla Rovelli o dość interesującym, ponadprzeciętnym tytule: "Rzeczywistość nie jest tym, czym się wydaje". Gdyby okładka tej książki mogła coś więcej o niej powiedzieć, to w tym przypadku uzbierałoby się dużo mających pozytywny wydźwięk informacji. I tak, miękki papier, a tył i przód okładki łagodnie się łączą przechodząc w grzbiet książki. Zafascynowanego nauką czytelnika, przednia część okładki może omamić, zauroczyć i ,,kupić „ gusta zupełnie! Linie równań matematycznych, różnych stałych i wielkości pływających w rozgwieżdżonym niebie, a ponad nim w pasku czerni tytuł publikacji, a nad tytułem, z kolei reszta pięknego, pełnego gwiazd, czystego nocnego nieba.

„Nie powinno oceniać się książki po okładce” - to stare, nasycone mądrością przysłowie, które owszem ma prawo bytu, lecz w odniesieniu do pozycji Rovelliego, nie jest ono, aż tak istotne, zwłaszcza, gdy tą pozycję się przeczyta, zanalizuje i zrozumie; wtedy rzeczywiście ma się porównanie, że piękno zewnętrzne książki może być niczym jej graficzne streszczenie. Jednak całe umiłowanie wiedzy, otwartość na wiele aspektów Rovelliego zaczyna się już na wstępie i całych dalszych rozdziałach jego lektury o naturze rzeczywistości. To właśnie na początku, co jest naprawdę niezwykłe, autor podkreśla, jak niebywałą ewolucję i sposób doświadczania przechodziła nauka, przez cały zbitek ludzkości na przestrzeni ostatnich kilkuset lat, oraz to, jak ciężko było wybić się naszej Cywilizacji z mroków średniowiecza, w których do życia wystarczyła człowiekowi płaska Ziemia rozlokowana dokładnie w centrum Wszechświata i Bóg ponad nim. W końcu jednak zwyciężyła nasza natura, w końcu zaczęliśmy zadawać sobie pytania. Im bardziej przyglądaliśmy się otaczającej nas przestrzeni, tym była ona bardziej złożona i skomplikowana, co paradoksalnie napędzało nas samych do zgłębiania jej tajników. Te świetne filozoficzne rozważania, to zaledwie pierwsze kilkanaście stron, które w całym niniejszym, prawie trzystustronicowym dziele przytacza autor, jakby chciał on zaszczepić w czytelniku dodatkową uwagę i sposób na zrozumienie tej publikacji, przez jak największą liczbę pasjonatów fizyki, astrofizyki i nowinek naukowych, a nie tylko dla kolegów i koleżanek po fachu. Ostatecznie, na przestrzeni całego niniejszego wydania, wyszło mu to niezwykle dobrze, przy czym warto zaznaczyć, że wartość merytoryczną i tą owijającą się wokół wiedzy podnosi również forma prowadzenia tej rozprawy naukowej. Otóż przypomina ona płynny, ,,konkretny” wykład nagrany na magnetofon i potem przepisany na kartkę papieru, choć Rovelliego lekko poniosło w przykładzie rozdziałów poświęconych Mechanice Kwantowej. Autor zaczyna od rozdziałów poświęconych starożytnej, bezcennej ze względu na trudności ze zdobywaniem wiedzy i określeniem kierunku w którym może ona pójść, nauce. Udajemy się do czasów Demokryta, Leukipposa, Pitagorasa, Platona, Arystotelesa i wielu innych uczonych żyjących ponad dwa milenia temu. Rovelli, prosto z mostu bez żadnych ogródek, daje do zrozumienia, że sporo rzeczy, idei, wzniosłych teorii – być może nawet większość z nich – nie ujrzałaby piękna dzisiejszego świata, gdyby np. nie Demokryt – i przeciwnicy jego szkoły, następcy – który twierdził, że rzeczywistość należy poznawać za pomocą rozumu, że odpowiedź na naturę świata jest całkiem prosta. To "Atomy":drobne twory, niewidzialne, nienamacalne cząstki, które tworzą wszystko i wszystko spajają w jedność. Po Demokrycie i innych prowodyrach nauki, czyli po,,złotym” okresie starożytnej myśli ludzkiego intelektu, nastały nieciekawe ,,mroczne wieki” średniowiecza, które prace Platona, Arystotelesa, Demokryta i innych myślicieli tamtych czasów, ledwo przetrwały i jakoś trwały tak przez cały XV, XVI i XVII w., aż do pojawienia się Galileusza i Isaaca Newtona, choć ich obserwacje czy chociażby "Teoria o grawitacji" drugiego z nich, nie wyjaśniała najbardziej fundamentalnych rządzących w skali atomu sił panujących we Wszechświecie. To zadziwiające, że jeszcze w XIX i w początkach XX w. naukowcy, posługujący się coraz bardziej skomplikowanym aparatem matematycznym i fizycznym, korzystali z teorii czasów starożytnych o bardziej filozoficznym zabarwieniu, niż było to od 100 do 200 lat temu. O tym również wspomina Rovelli. Przytacza ku temu jeden prosty wniosek: nauka pragnęła cały czas brnąć do przodu, pragnęła być pamiętana mimo tak burzliwych, jak średniowiecze czasów.

Jak burza piaskowa siejąca spustoszenie na Saharze, tak spustoszenie w moim umyśle, co teraz dopiero z tego zdaję sobie sprawę i zaczynam wszystko powoli sobie układać, wywołała publikacja popularnonaukowa Rovelliego, o której mam niezmierną przyjemność deliberować. Autor, który jest człowiekiem niezwykle otwartym i świadomym ograniczeń wiedzy ludzkiej, wynikających z niemożności pojęcia wszystkiego o wszystkim przez nasz niezwykle skomplikowany umysł, podzielił tą książkę na kilka dużych rozdziałów. O pierwszym i drugim wspomniałem w wypowiedzi powyżej: "Początki naukowej myśli ludzkiej w kierunku postrzegania rzeczywistości – od starożytności do czasów współczesnych" oraz "Pierwsze, wielkie i najpiękniejsze teorie naukowe w dziejach", które im dalej posuwaliśmy się nimi naprzód, tym kładliśmy kolejne podwaliny, niczym solidne fundamenty, pod zrozumienie całego zjawiska rzeczywistości, odkrycia rusztowań, które ją budują, oraz to jaki ostateczny kształt powinna mieć. Teraz jednak czas na fanfary, bardziej petardy wybuchające blisko głowy, od których można doznać nie tylko zmysłowego ale związanego z wiedzą szoku; a petardą w niniejszej pozycji naukowej Rovelliego jest wykład tego niezwykłego reprezntującego nurt ,,pętlowców” – konkurencyjnych ,,wyznawców” i specjalistów do teorii strun, fizyka i myśliciela, w którym wyjaśnił jak mechanika kwantowa nadpisała nasze pojęcie o rzeczywistości, w której to pieczę przejmuje fundamentalny krajobraz atomów, który z perspektywy praw natury w skali makro staje się niczym realnie ,,istniejąca” Nibylandia. W ostatnich dwóch rozdziałach Rovelli, jak chwytliwym na naukę uczniakom, wyłożył, i to dosadnie, że przestrzeń i czas, o których mamy pojęcie jako coś oczywistego, nie istnieją. Te wyobrażenia, idee są wytworem pól kwantowych. Powstają w nich: przestrzeń, cząstki; rozchodzą się fale, a czas staje się wypadkową, produktem ubocznym tych procesów fluktuujących w polu kwantowym. Same pole grawitacyjne czy elektromagnetyczne wynika z oddziaływań zachodzących w tychże polach, które bez jakichkolwiek interakcji zamieniają się w ,,chmurę prawdopodobieństwa”. Dzięki Mechanice Kwantowej, która początkowo była gąszczem niewiedzy i chaosu, by w końcu rozwinąć się w sieć powiązanych ze sobą idei, konstruktów, ķtóre na nowo przedefiniowują względne pojęcie ludzkości o wszystkim, możemy w ogóle myśleć o technologicznej przyszłości. Autor dość szczegółowo, używając terminów naukowych, próbował wytłumaczyć czytelnikowi charakter "Mechaniki Kwantowej", to, jak analizuje ona rzeczywistość w tak niewiarygodnie nikłej, nano skali, gdzie cały atom wydaje się być olbrzymem. To właśnie kwanty pola odrzucają wartosci związane z nieskończonością, gdyż ona nie ma tu prawa bytu. Na ten przykład weźmy "Długość Plancka", która jest 10 do potęgi 20 razy mniejsza niż wielkość protonu. Jest ona tak mała, że prawie nieskończona, ale jednak ma swoją stałą, fundamentalną granicę, od której nic nie może być już mniejsze. Dlatego też, paradoksalnie rzecz ujmując kwestia istnienia nieskończoności, jako tego ,,nieograniczonego” bytu wygląda trochę spornie, gdyż w klasycznej fizyce, m.in. w "Ogólnej Teorii Względności" nieskończoność faktycznie występuje, lecz jest ona częścią wielkoskalowego postrzegania Wszechświata, przy czym Mechanika Kwantowa ją usuwa. Do tego całego tyglu dodajmy "Kosmologię Kwantową", która akt wyłonienia się Wszechświata określa, jako Wielkie Odbicie, gdzie wszystko co dzisiaj możemy obserwować zawdzięcza swe bytowanie procesom zachodzącym w ,,Chmurze Prawdopodobieństw".

Czy ten Wszechświat nie jest jednocześnie piękny i skomplikowany? Którą skalę, teorię przyjąć za gwarant, swoistą prawidłowość w zrozumieniu rzeczywistości? Czy niektóre te rzeczy ujęte w pracy Rovelliego nie wydają się zbyt skomplikowane? A może ów naukowiec wiedział z czym będzie wiązać się ,,uwypuklenie” czytelnikowi podstaw pojmowania Rzeczywistości, i pozycja ta wygląda jak wygląda?
W zależności od tego jak wyobrażamy sobie początek, ewolucję i koniec otaczającej nas zewsząd ,,rzeczywistości", taki ostatecznie mamy o niej osąd. A nasze wybory i rozważania w tej dziedzinie podsumowuje rozległy, świetnie ujęty tytuł niniejszej publikacji Rovelliego: "Rzeczywistość nie jest tym, czym się wydaje". Ciągłość wątpliwości – najlepsze źródło nauki.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
232 225 1848
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (34)

Ulubione cytaty (225)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd