karpatkadobra 
Jestem miłą energiczną, żywą i przyjazną duszą :). Można by rzec, iż wszędzie mnie po trochu. Naprawdę, wszędzie. Jestem i tu i tam - chyba zbyt dużo energii we mnie siedzi. Naturalność, zaangażowanie, pasja. No właśnie Moją pasją i endorfinowym uzależnieniem jest wyczynowy sport: bieganie długodystansowe i pływanie, triathlon - czyli wszystko to gdzie trochę potu trzeba z siebie wycisnąć. Za młodu trenowałem pływanie, a z powodu zatok musiałem zrezygnować z ciężkiego zawodowego treningu, lecz porcję siebie, swoją pasję przelałem w bieganie. Na sporcie życie się nie kończy. Sportowcy - też ludzie. Dużo czytam, w szczególności beletrystykę sci-fi, non-fiction, wszystko co związane z "Gwiezdnymi Wojnami" - a rozkochałem się w Galaktycznym świecie niemiłosiernie, oraz komiksy z gatunku horrorów, fantastyki, a w tym głównie "Marvel", "DC", "Alien", Kaznodzieja i inne. Czytanie to poprosty specyficzny akt, taki intrygujący mechanizm, który pobudza wyobraźnię, uczy i nie jest tylko zapełnieniem sobie wolnego czasu jakimiś minutami czy godzinami lektury. Czytanie jest podróżą, która pobudza zmysły i projekcją, swoistym filmem rozgrywanym w naszym umyśle. Doświadczanie ulubionej powieści, komiksu, artykułu czy powiastki pozwala nam wcielić się w swojego ulubionego bohatera - wyobrazić sobie wszystko to co go otacza. Czytanie tworzy z nas kreatorów wyobraźni. No właśnie, gdybym miał zabrać 3 rzeczy na bezludną wyspę: jedną z nich na pewno byłaby książka :)
27 lat, mężczyzna, status: Czytelnik, dodał: 244 cytaty, ostatnio widziany 5 dni temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-10 21:25:32
Ma nowego znajomego: Perzka
 
2018-10-10 01:34:23
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Świat się rozwija krocząc nieustanie do przodu, w kierunku lepszej przyszłości. Może brzmieć to jak slogan, jak zbyteczny frazes, ale w ujęciu ogółu ludzkiej zbiorowości tak nie jest. Nasza świadomość technologiczna, kulturalna, etyczno-filozoficzna, czy polityczna ewoluuje, dostosowując się do naszych potrzeb. W ogólnym zglobalizowanym pojęciu, nasza cywilizacja osiągnęła w tym pewną... Świat się rozwija krocząc nieustanie do przodu, w kierunku lepszej przyszłości. Może brzmieć to jak slogan, jak zbyteczny frazes, ale w ujęciu ogółu ludzkiej zbiorowości tak nie jest. Nasza świadomość technologiczna, kulturalna, etyczno-filozoficzna, czy polityczna ewoluuje, dostosowując się do naszych potrzeb. W ogólnym zglobalizowanym pojęciu, nasza cywilizacja osiągnęła w tym pewną stateczność. Statystycznie rzecz biorąc przeciętnemu Ziemianinowi żyje się lepiej niż kilka dekad temu. Kupujemy co chcemy i jak chcemy; dzwonimy i podróżujemy gdzie chcemy, kiedy chcemy oraz jak chcemy. Nic nie pęta naszych myśli, wolnej woli ciężkimi żelazistymi kajdanami. Stoi przed nami droga wyboru. Wyboru, który daje nam wolność – piękne uczucie wyrażania siebie. A jak się przekonamy, dzięki relacji Suki Kim– pochodzącej z Korei Południowej dziennikarki, świadomość podejmowanych decyzji, swoboda w obraniu ścieżki życia i zawierzeniu się losowi, to względne, iluzoryczne i krzywdzące pojęcie w stosunku do mieszkańców Państwa, w którym indywidualność w okrutny sposób miażdżona jest przez aparat ucisku panującej tu władzy; w którym określenia ,,ja”, ,,moje” nie istnieją, a można by rzec, że z odczucia możliwości zawiedzenia Wielkiego Wodza nie pojawiają się one nawet w myślach obywateli.

Życie w solidnym, jakby o nieskończonych granicach kokonie – własnym, surowym, wymierającym Wszechświecie, tworzy u Koreańczyków z Północy silny odruch bezwarunkowy, w którym pojęcie ,,swoje” przemianowuje się na ,, nasze” – ideologia wspólnoty zakorzenionej przez ,,Dżucze” i Kim Ir Sena. Tutaj jest jak w odwróconym fantastycznym świecie, jak na planie filmowym jakiegoś horroru lub thrilleru Stephena Kinga lub jak w post-apokaliptycznej rzeczywistości. Wystarczy otworzyć i zaczytać się w porażające „Pozdrowienia z Korei” autorstwa Suki Kim, aby się o tym przekonać.

Strach i uwielbienie, dwie kontrastujące ze sobą emocje. Tak czują się, tak przemawia przez mieszkańców Korei Północnej ich oddanie Najwyższemu, umiłowanemu przywódcy Narodu. Począwszy od Kim Ir Sena, poprzez Kim Dzong Ila, a skończywszy na Kim Dzong Unie, w tym wyjałowionym mającym ochłapy godności współczesnego wolnego, otwartego na świat kraju, szczelnym dezinformacyjnym kordonie liczy się on, władca – zesłany przez niebiosa Bóg. Przywódca KRLD to świętość, to abstrakcyjny ,,najukochańszy” byt. Koreańczyk tego wprost nie powie, ale gdyby jego Wódz miał cierpieć katusze, głodować, gdyby miał go spotkać straszny los, wolałby on aby to jego spotkała taka kara, ba, to byłby zaszczyt i najwyższe poświęcenie, aby umrzeć tylko po to, by Przewodzący Narodowi Władca mógł żyć. Takich przykładów, co jest poruszające i do chłodu poniżej zera absolutnego przerażające, w niniejszym reportażu Suki Kim z jej pobytu jako nauczycielki w Uniwersytecie dla Koreańskich Elit z Północy w Pjongjangu, mamy aż nadto. Autorka bardzo drobiazgowo, wciąż żywo i niezwykle intymnie wspomina wszystko co się tam wydarzyło. Teraźniejszość, gdzie wygodnie, zapewne w swoim mieszkaniu na Manhattanie w Nowym Jorku, w otoczeniu zwykłych czujących własne życie, potrzeby i wiedzących co to jest prywatność i poczucie wolności, ludzi, przeplata tym, co miało miejsce w stolicy KRLD - tam gdzie Koreańczycy żyli w tak skrajnym kłamstwie i czymś dużo gorszym niż ,,wypranie mózgów, że gdyby Wielki Wódz oznajmił im, że Ziemia nagle stała się płaska i wszystko, co było poza ich ukochaną ojczyzną spadło poza jej krawędź pozostawiając tylko samą Koreę i resztę Wszechświata, to oni zażarcie by w to uwierzyli. Dzięki temu to wstrząsające zeznanie Suki Kim, ta przestroga, jak i wołanie o pomoc, by uczynić cokolwiek dla tego ciemiężonego przez własny aparat władzy państewka, aby w końcu zawitała tam ,,koreańska wiosna”, nabiera prawdziwie autentycznego i niekłamanego znaczenia.

Na początku nie było łatwo. Po powrocie do domu były łzy, a bezsenne noce ciągnęły się nieustannie, jakby obraz Korei Północnej zapisał się w pamięci Suki Kim, tak, że przesiąknął on bardzo głęboko do podświadomości, scalając się z jej duchem wewnętrznym. Odczuwanie psychicznego bólu i rozdarcia, które im bardziej przez Koreańczyków tłumione, tym bardziej było doświadczane przez autorkę, było czymś tak silnie przytłaczającym, że minęło sporo czasu, zanim Suki zaakceptowała, że w ogóle tam była, że taki horror przeżyła. Obecnie Pani Kim, o czym wspomina w niniejszej publikacji, wszystko czym tak bardzo przesiąknęła ucząc północnokoreańskich elit nie uważa już za koszmar; patrzy się na to zupełnie inaczej, gdy wypłacze się już wszystkie łzy i po tysiąckroć wypowie się ,,dlaczego…”.

Pjongjang, teoretycznie rzecz biorąc mógłby być typową metropolią, których to w oceanie rozwiniętego niekończącego się świata możliwości mamy całe multum. Jednak tak nie jest, i nie mydlmy sobie oczu, możliwe, że w najbliższym czasie tak nie będzie. Stolica nie państwa, a Koreańskiego Imperium, to typowy przykład zmuszania obywateli do życia w posłuszeństwie, którego skrajność Suki Kim dość odważnie porównuje do niewoli; w posłuszeństwie, które z perspektywy tych biednych kruchych istotek, pokurczonych i zapadających się pod własnym ciężarem hamowanej przez oddanie Najwyższemu Przywódcy chęci wyrażenia siebie, gdzie absolutnie jest to zabronione, jest normalnym życiem. Paradoksalnie rzecz biorąc, o czym ciężko jest pisać, tworzyć jakąkolwiek dłuższą wypowiedź, Kim Ir Sen i jego potomkowie, czyli najwyższy Panteon czczonych tu Bóstw, osiągnęli w tym celu perfekcję, i nie chciejmy, nawet o tym nie myślmy, aby jakikolwiek kraj poszedł w ich ślady.

Nauczanie Koreańczyków z Północy wychowania w duchu ,,wspólnoty” i zamysłu „Dżucze” nie ma ograniczenia wiekowego. Dezinformacja, infantylizacja obywateli, którzy z perspektywy patrzącego na nich z zewnątrz, zagranicznego obserwatora przypominają znarkotyzowanych ludzi, wierzących we wszystko co wpoi im się do głów, dla których efektem odstawienia narkotyku byłoby doświadczenie prawdziwego, szczerego i nie tak szarego życia poza fatalistycznym losem zgotowanym przez północnokoreańską ziemię, trwa od najmłodszych lat. W żłobkach i przedszkolach, gdzie dzieciaki powinny chłonąć wiedzę jak gąbka, uczyć się pisać, czytać, jak typowe kilkuletnie dziecko, kilkuletniemu uczniowi przedstawia się świat, w którego centrum znajduje się umiłowany Przywódca i nieustanna rewolucja wspólnoty społecznej, przez Jego Wyższość głoszona. Najwyżsi, Władcy, Bóstwa, zrodzeni z odwagi rewolucjoniści, ci którzy poprowadzą swój Naród do zwycięstwa, bo tak lubią hiperbolizować Przywódców Korei jej mieszkańcy, ironicznie to podkreślając, przesiąkają oni do każdej dziedziny życia obywateli. Hierarchia, dyscyplina, struktura egzystencji, i wykonywanie wszystkiego wspólnie przez Koreańczyków z Północy jest tak abstrakcyjne, że dla samej autorki niniejszego reportażu oraz innych zagranicznych wykładowców nauczających na Uniwersytecie w Pjongjangu przebywanie w tym środowisku zniewala, rozstraja i niszczy poczucie stałości psychicznej doprowadzając, prawie że do stanów nerwicowych i depresyjnych. To jak ogólnie, w ujęciu całego Państwa opartego na izolacjonizmie i skrajnie negatywnym, jadowitym nastawieniu w stosunku do Japończyków i Amerykanów, zbudowanego na przekonaniu, że w każdej chwili może wybuchnąć Wojna, Korea Północna zostanie zaatakowana, i że trzeba będzie bronić się przed inwazją ,,zachodniego plugastwa”, prezentuje się ten Kraj – obszar zarezerwowany dla Triumwiratu Wielkich Przywódców, można podsumować jednym groteskowym, porażającym określeniem: ,,To umarłe, pozbawione sensu egzystencji, obce samo dla siebie Państwo, do którego nawet śmierć nie chce zaglądać.”

Wkładu Suki Kim w wybraniu ścieżki zrozumienia jakiegokolwiek sensu istnienia Korei Północnej na mapie świata – kraju, w którym elementarne zasady człowieczeństwa, wolna wola oraz wolność, to marzenie głupca i wymarłe, bezsensowne idee, nie da się nie docenić. Pani Kim, jako wykładowca Uniwersytetu w Pjongjangu, odwiedziła stolicę dwukrotnie: podczas semestru letniego i zimowego roku akademickiego. Jak sama podkreślała "Pozdrowienia z Korei" napisała w oparciu o pracę na uczelni, głównie ze względu na nieco łatwiejsze dojście do dzieci Elit Politycznych, które uczyła, dzięki którym mogła pokazać odbiorcom reportażu, że życie tych wybranych, odżywionych, młodych, i ,,aktywnych umysłowo” osób, których techniczna wiedza jest tak kiepska, że nie możliwa do zaakceptowania niczym z mrocznego snu, jest dużo niższa od standardów, które przeciętny człowiek uważa za poniżej jakiegokolwiek progu, oraz ze względu na większą kulturę osobistą i otwartość na świat niż typowy Koreańczyk z Północy mieszkający w jakiejś wiosce i nie mający z nauką nic wspólnego. Najgorsze dla Suki Kim, graniczące z chwilami załamania psychicznego było bezczynne patrzenie się na niewolę mieszkańców tego odizolowanego państewka, której nie można było złamać ani powstrzymać. Serce podpowiadało wiele, lecz umysł, ciało, nawet niewiadomo jak ogromne chęci niesione na skrzydłach nadziei nic nie mogły zrobić. Gdy Władza patrzy, obserwuje, perfekcyjnie i niebezpośrednio zastrasza i indoktrynuje czas i przestrzeń zamiera. Odważna lektura dla odważnych.

pokaż więcej

 
2018-10-02 18:50:49
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Seria: DC Deluxe

Bohaterstwo. Prawdziwe męstwo. Szczere, nieskalane, przedkładające czyjeś szczęście i los nad własne, prywatne życie, poświęcenie. Tak w pigułce można określić cechy charakteru i postępowania herosa, wartości, normy oraz zachowanie, które reprezentuje; inaczej mówiąc to etos bohaterki, który herosowi jako walecznej jednostce się przypisuje. Takie postępowanie, zrodzone z chęci niesienia... Bohaterstwo. Prawdziwe męstwo. Szczere, nieskalane, przedkładające czyjeś szczęście i los nad własne, prywatne życie, poświęcenie. Tak w pigułce można określić cechy charakteru i postępowania herosa, wartości, normy oraz zachowanie, które reprezentuje; inaczej mówiąc to etos bohaterki, który herosowi jako walecznej jednostce się przypisuje. Takie postępowanie, zrodzone z chęci niesienia ludziom pomocy, walki z występkiem, zdemoralizowaniem, deprawacją i bluźnierczym zachowaniem najróżniejszych przestępców począwszy od młokosów kradnących telewizory z pustego mieszkania po potężnych superłotrów – mistrzów perfidii i zbrodni oraz istot obdarzonych,, supermocami”, jest w popkulturze normalnym, aż przesyconym występowaniem w niej, zjawiskiem. Zjawiskiem, który najbardziej kojarzony jest z komiksem, którego w prostym ujęciu mówiąc: bohaterami są postacie obdarzone nadludzkimi umiejętnościami, przeważnie będące w stanie wyrzec się wszystkiego, aby nieść pomoc obywatelom, a łotrom psuć szyki już w zarodku. W kreowaniu postaci herosów wybijają się w szczególności dwa Uniwersa: "DC Comics" i "Marvel Comics", a także komiksy "Dark Horse", niektóre zeszyty Anime i inne powiastki obrazkowe. Przeważnie kieruje się je do młodszej widowni, młodzieży, ale nie omijają one również dorosłego doświadczonego czytelnika. Komiksy, tak naprawdę skierowane są do każdego, do przeciętnego Kowalskiego, bogatego, do każdego pragnącego doświadczyć tej specyficznej formy narracji, tych oddających idee, pewne zasady i założenia scenarzysty, rozmieszczonych na stronach, rysunków.

Przed II Wojną Światową, gdy sytuacja polityczna na świecie nie była zbyt stabilna, a Konflikt na skalę globalną wisiał w powietrzu, w Stanach Zjednoczonych ruszała Kampania, która nie była kampanią w pełnym znaczeniu tego słowa, lecz była sprytnie zaplanowanym, wtopionym w tło publiczne posunięciem. Chodziło o zwiększenie liczebności armii amerykańskiej. Młodzi, silni i zdrowi mężczyźni mieli zapragnąć, z wysoko podniesioną głową i wypiętą piersią, wstępować do Armii - nie z przymusu, a ze swojej własnej woli. Wojsko potrzebowało ideału, wzoru nieskalanej odwagi, typowego ,,poświęcenia mimo wszystko”, przykładu moralności i szlachetności, prawie w każdym calu. Dlatego powstawały komiksy – historie obrazkowe z narracją rozmieszczoną w odpowiednio ulokowanych dymkach; komiksy, które ze niewielką sumę można było kupić w kiosku, u okolicznego gazeciarza, czy dostać za darmo na froncie. Dlatego też nie będzie błędem, gdy dojdziemy do wniosku, iż pierwsze lata narracji obrazkowych, z których z czasem miały rozwinąć się sylwetki tych Wielkich – prawdziwych superbohaterów - miały znaczenie i wydźwięk typowo propagandowy, o czym napomknąłem wyżej. Tak z czasem powstała jedna z najbardziej ikonicznych postaci w historii ,,komiksowej myśli ludzkiej”: Kapitan Ameryka. Popularny ,,Cap” – superżołnierz, wyposażony w charakterystyczny, niebieski z elementami bieli strój, symboliczną dużą literę ,,A” na dopasowanym do głowy hełmie oraz w sferyczną, wypukłą tarczę, którą wypełniały niebiesko-czerwone pierścienie i wpisana do środka gwiazda – symbol wolności i zwycięstwa, zadebiutował w 1941 roku. Miał być on wzorem, ideałem patriotyzmu i wyznacznikiem potęgi militarnej USA; i tak się też stało. Postać "Kapitana Ameryki", rzeczywiście zaciekawiła mężczyzn w okresie II Wojny Światowej, którzy z profesorskim zaciekawieniem czytali historie o tym przesyconym męstwem żołnierzu. Lecz całej Wojny za USA „Kapitan” przecież nie wygra. Z czasem powstawało coraz więcej postaci, którym można przypisać miano ,,herosa”. Pojedynczy bohaterowie dołączali do większych drużyn, którym zaczęli przeciwstawiać się coraz potężniejsi łotrzy. Na rynku komiksowym USA, ponad 70 lat temu nie istniał tylko rozrastający się z dnia na dzień „Marvel”, lecz swoje miejsce zajęło i potwierdziło „Uniwersum Detective Comics (DC)”. Równolegle do Kapitana Ameryki pojawili się w nim: Superman i Batman.

Batman w odróżnieniu do tego o czym wspomniałem wyżej, czyli w kontekście omówienia ideału męstwa i wszelkich cnót jakim był "Kapitan Ameryka" – klasyczny, perfekcyjny wzór prawdziwego bohatera, nigdy nie będzie herosem o tak pozytywnym, idyllicznym nasyceniu wartościami budującymi superbohatera. Batman nie był, nie jest i nie będzie narzędziem propagandowym; nie jest i nie będzie ,,wzorcem" , postacią wokół której można by budować sylwetki innych walecznych osobistości. Batman jest samozwańczym mścicielem, scalonym z własnymi słabościami i demonami oraz z mrokiem Gotham – miasta, które chroni, Rycerzem. Jednak, tak, jak Kapitan Ameryka, Batman również wybiera dobro, lecz robi to we własny, nie pozbawiony chłodnych kalkulacji sposób. Przywołanie na początku niniejszych rozważań: historii nowożytnego komiksu, z którego w latach 40-tych XX wieku wyłonił się etos szczerego bohaterstwa, w które dziś się wierzy, i którego uosobieniem stał się sam Kapitan Ameryka, ma ogromne znaczenie. Dzięki temu łatwiej będzie zrozumieć losy i sylwetki Batmana oraz Sędziego Dredda – postacie ludzkie pochodzącego z różnych Uniwersów, które owszem mają w sobie zadatki na superbohatera: przestrzegają prawa, chronią obywateli swoich miast przed złem, wyzyskiem, korupcją, egzekwują panujące w społecznościach zasady. Jednak nigdy takimi ,,mitycznymi superbohaterami” nie będą. To skazani na samotność obrońcy; stanowiący prawo tam gdzie pilnują jego stałości. To Mściciele będący chemioterapią na nowotwory jakimi są chaotyczne, zdeprawowane istoty ludzkie.

Nie ma nic bardziej kontrastującego, ale jednocześnie stanowiącego część bohaterstwa, nieskrywanej waleczności w stosunku do postaci "Kapitana Ameryki", niż "Batman" i "Sędzia Dredd". Ci dwaj Panowie wspólnie spotkali się w komiksowym Crossoverze dwóch Uniwersów, jedno kreowane przez brytyjskie wydawnictwo "2000 AD", a drugie wyłaniające się w całej swej niezwykłej okazałości na łamach wydawnictwa "DC Comics". Historia przypadkowej ,,schadzki” tych dwóch charyzmatycznych postaci, choć ich pierwsze spotkanie z niczym przyjemnym się nie wiązało i z niczym innym jak załatwieniem ,,własnych interesów” nie miało nic wspólnego, przy czym paradoksalnie zaowocowało ono w końcu fenomenalnie zaaranżowaną, jakby wyklutą z jaja i natychmiast ukształtowaną współpracą, nie jest wcale taka przypadkowa. Coś w końcu musiało pchnąć scenarzystów z obu Uniwersów, aby połączyć w ciekawy graficznie, wykorzystujący konwencje kreślenia rzeczywistości znane ze świata Batmana, jak i te zazębione wokół Sędziego Dredda, sposób; aby będący na swoich obszarach trybunałem i ostatecznością, która wymierza prawo i dba o właściwie wybijany rytm tętniących życiem Metropolii, zetknęli się na wspólnej płaszczyźnie i zaczęli kształtować historię jakiej jeszcze nie było. Bo Dredd i Batman musieli się stanąć twarzą w twarz; to się musiało stać. I stało się. A wszystko zaczyna się od zstąpienia na ziemie Gotham jakiegoś demonicznego, jakby scalonego z gnijącej, kościstej masy, ostrych linii i wypukłości stwora. To Jeden z "Mrocznych Sędziów": Sędzia Śmierć, który każde życie, nieważne czy winne lub niewinne, uważa za zbrodnię, a zbrodnię trzeba ukarać śmiercią. Ów Sędzia od razu robi w Gotham nie małe zamieszanie, wszczynając chaos, który momentalnie może przerodzić się w reakcję łańcuchową zagrażającą miastu Mrocznego Rycerza. Dlatego też samozwańczy Mściciel Gotham próbuje powstrzymać to rozszalałe destrukcyjnie plugastwo. Chęci i realizacja to jedno, ale finał takiego zamiaru to drugie. Batman, nagle staje się kompletnie rozkojarzony. Zdaje sobie sprawę, że nie wiadomo dlaczego, ale znajduje się w obcym miejscu, gdzie wszystko wygląda na nowocześniejsze, większe, bardziej zaawansowane i rozleglejsze, niż w Gotham. To Mega City-One, o którym mówi mu sprawca tej międzywymiarowej teleportacji: Wredna Maszyna. Ów łotr, którego wygląd jest naprawdę wredny, łajdacki, wstrętny, a podkreśla to regulator ,,czachowania” wrogów umieszczony na jego zdezelowanym czole, na rozkaz Sędziego Śmierć podstępem ukradł pas transmisyjny, którego zadaniem była teleportacja paskudnego Sędziego do Gotham. Dlatego też Batman w Mega-City One to czysty przypadek, a z przypadków rodzą się często najlepsze historie.

Zanim Bruce w roli ,,nietoperzastego” mściciela zaczął poważnie współpracować z Dreddem, ich pierwsze spotkania można było określić jako ,,krew, pot i… walka”. Surowość, sprawiedliwość, która nawet jeśli miałaby być mroczna, to wciąż byłaby sprawiedliwością, wypisana na wydłużonej, napiętej twarzy, jak rysujące się wytopione ze stali i okryte skórą mięśnie, to domena Dredda, którego stosunki z Batmanem można by opisać, przez określenie często przez Dredda używane: ,,Bydlaku… dostaniesz za to 10 lat”. I to jest piękne, niezwykłe i nietuzinkowe. Te 4 historie, w których swoją niebagatelną rolę odegrał współpracujący z Sędziami Pożogi, Pomoru, Strachu i Śmierci, Joker, gdzie małe cameo zaliczył również Scarface, były zakrapiane, wręcz mocno wyrażone przez styl graficzny legend tworzących zarówno dla „2000 AD” i „DC Comics”: Murraya, Bisleya, Semeiksa, Cama Kennedy’ego i innych. Natomiast Grant i Wagner jako scenarzyści, również, co istotne, wykonali tytaniczną pracę, dając fanom płynne, rozbudowane pod względem fabularnym, dzieło, A rysunek, wypełnienia, uwypuklenia dokładnej, dostosowanej do przekazu fabularnego, jak i emocjonalnego niniejszego zbioru, sylwetki postaci, aktów ich ruchu, ale i całej, rozpisanej na planszach przestrzeni dookoła nich porażał, wzbudzał konsternację. Te wytarte, przepuszczone przez jakiś filtr, jakby rozmyte, pokryte mgiełką o barwie szczotkowanego aluminium, przy tym agresywne: kolory i kształty; ta graficzna całość owych czterech historii, doskonale opowiadało wszystkie spotkania Batmana i Dredda oraz ich walkę z napitym, zapadającym się pod wpływem zła i mroku, występkiem zarówno po stronie Gotham, jak i Mega-City One. Ten zbiór to abstrakcja, fenomen i wzór Crossoveru z prawdziwego zdarzenia, pomiędzy Uniwersami. Dodatkowa powiastka komiksowa z Lobo, który jest lubiącym wyzwania anarchistą, spotykającym Dredda, która kończy niniejszy zbiór komiksów tylko to potwierdza.

pokaż więcej

 
2018-09-24 21:41:43
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Wszechświat jest niczym jeden wielki „wszechorganizm”, który istnieje – choć w jego przypadku należy mówić o innej kategorii bytu - od prawie 14 miliardów lat. W pojęciu o globalnym wysięku, co nawet – używając hiperbolizmów – będzie ciężko zrozumieć, kosmos to gigantyczny, tak super-skomplikowany byt, i tak wymykający się wszelkim schematom rozumowania aparat egzystencji, że sam fakt... Wszechświat jest niczym jeden wielki „wszechorganizm”, który istnieje – choć w jego przypadku należy mówić o innej kategorii bytu - od prawie 14 miliardów lat. W pojęciu o globalnym wysięku, co nawet – używając hiperbolizmów – będzie ciężko zrozumieć, kosmos to gigantyczny, tak super-skomplikowany byt, i tak wymykający się wszelkim schematom rozumowania aparat egzystencji, że sam fakt zaistnienia w nim życia zakrywa na krytyczny, dotykający każdej dziedziny wiedzy paradoks, na coś gdzie słowa grzęzną w gardle, bo nie można wyrazić niezwykłości tego przypadku, przypadku jakim jest życie - zlepek nieprawdopodobnych, nikłych ale jakimś sposobem możliwych, sprzyjających jestestwu tzw. „wypadkowych” lub zaplanowanych zmiennych, niczym w procesie przeczącym ewolucji: tchnięciu życia w jakiś nieskończony,, punkt” nicości Wszechświata przez samego, będącego prawem absolutnym Boga. Kosmos jest tak wyjątkowy, ponieważ stał się domem dla życia, które rozkwitło na Ziemi, czego przykładem jestem ja sam piszący ten tekst, ale i ironicznie rzecz ujmując ogromny i w skali astronomicznej, a nie bójmy się użyć tego słowa: niebotycznie pusty Kosmos. Człowiek nawet te tysiące lat temu, gdy tworzył pierwsze zbiorowiska - mikrospołeczeństwa, w których gromadzili się jego rówieśnicy – z czasem przekształcające się w osady; gdy rozwijał język, kulturę i gdy, co istotne powstawały pierwsze kliny – dziwne znaki wyryte w glinianych tabliczkach, jako forma kształtowania się,, myśli ludzkiej”, tworzył, ba, wyłaniał powoli zlepki proto-Cywilizacji i zadawał sobie pytania o naturę rzeczy, o to czym jest przestrzeń, co się w niej znajduje, a co znajduje się poza obszarem jego zamieszkania. Czy świat się tam kończy, czy kończy się on krawędzią, której przekroczenie spowoduje opadnięcie w nieskończoną, bezdenną ciemność… w wieczność?

Po przesunięciu znaku na linii dziejowej czasoprzestrzeni, z początków wyłaniania się myśli ludzkiej o wiele tysiącleci do przodu, znajdziemy się tu: w dzisiejszych czasach, gdzie postrzeganie świata zdominowane jest przez stricte empiryczną gałąź wiedzy. No tak, zewsząd otacza nas technologia, która z dekady na dekady robi się coraz bardziej i bardziej zaawansowana – a to zaawansowanie rośnie z niesamowitym postępem geometrycznym. Oprócz technologii, niczym proporcjonalnie do jej wzrostu, zmienia się, zasuwa, jak pociąg na magnetycznych szynach, nauka. Teoretycznie wiemy coraz więcej – tak można by to ująć w skrócie skrótów, lecz warto się zastanowić, czy nasza umiejętnie zgłębiana uczoność, ta ,,potężna” erudycja nie wpadnie w błędne koło i nie ugrzęźnie na jakimś abstrakcyjnym poziomie, gdzie wiedza i niewiedza niczym się nie różnią? Idąc dalej tym tokiem myślenia nie sposób nie zapytać się, czy ludzkość, kiedykolwiek będzie w stanie odpowiedzieć sobie na najbardziej fundamentalne pytania, które nie opuszczają naszych umysłów od czasów kiedy ,,nauczyliśmy się patrzeć w niebo”. Czy odnajdziemy ,,św. Graala” współczesnej nauki, za którego uważa się "teorię wszystkiego" – teorię, która byłaby w stanie połączyć fizykę klasyczną – głównie obie Teorie Względności z fizyką kwantową, a inaczej rzecz ujmując: scalić grawitację z silnymi i słabymi oddziaływaniami jądrowymi, oraz z siłami elektromagnetycznymi? Czy człowiek odkryje ostateczną, tą ,,właściwą” naturę Wszechświata, określając w ten sposób jego stwórcę, rozmiary, czas i okoliczności powstania, oraz co najbardziej profetyczne: koniec?

Ostatnie z pytań, z rozwiniętej powyżej myśli moich rozważań nakłoniło mnie do sięgnięcia po książkę popularnonaukową autorstwa dwóch genialnych fizyków: Stephena Hawkinga i Leonarda Mlodinowa. Pierwszego z nich miłośnikom nauki, naukowcom, nauczycielom i bystrzakom pragnącym nieco więcej wiedzy niż zwykle, przedstawiać nie trzeba. To brytyjski astrofizyk, kosmolog i fenomenalny fizyk teoretyk. Jedną z jego zasług było badanie potężnych obiektów kosmicznych, tzw. "Czarnych Dziur", co w miarę postępów w doświadczeniach w tej dziedzinie poskutkowało odkryciem, że Czarne Dziury wydalają pewne promieniowanie. Tak, to rzeczywiście niesamowite osiągnięcie Hawkinga. Natomiast Mlodinow, to amerykański fizyk polsko-żydowskiego pochodzenia, specjalizujący się w mechanice kwantowej oraz w tworzeniu książek popularnonaukowych. Los jednak sprawił, że ci wybitni uczeni napisali wspólną publikację pro-naukową, która może odpychać, szokować, ale i zachęcać płynnością i rzetelnością uwypuklonych tu informacji. Tym dziełem jest "Wielki Projekt"– książka, której zamiarem jest pokazanie kochającej naukę ludzkości, że naturę Wszechświata da się wytłumaczyć empirycznie. Że za jego początkiem, i kto wie, może i za jego końcem, nie stoi Bóg, czy inna siła wyższa lub zunifikowany, abstrakcyjny byt. Wszystko, to co nas otacza, i to co będzie nas otaczać, gdyż w skali astronomicznej Wszechświat nieustannie się rozszerza, narodziło się w wyniku spontanicznego aktu kreacji. Po prostu, życie musiało się pojawić, a w przypadku naszej ,,namacalnej” rzeczywistości stało się to w tym, a nie innym momencie. Fluktuacje kwantowe, Pola kwantowe, czy chmury prawdopodobieństwa. Trudno sobie zwyczajnie, ot tak wyobrazić, że przed Wielkim Wybuchem, w niewyobrażalnej ,,pustce”, która nawet nie była próżnią, ba, która jako pustka nie była pusta, istniały takowe zjawiska. Naukowcy dostają rozstrojenia nerwów, gwałtownej siwizny na ich bujnych czuprynach i wrzodów na żołądku, gdy przyjdzie im się zmierzyć, a gdzie dopiero wytłumaczyć to rzeszom ludzi, z problemem tego, jak powstał Wszechświat i co było przed tym jego słynnym, spektakularnym ,,wyłonieniem się” z mroków ,,nie pustej” nicości. Do odważnych świat należy, a świętej pamięci Stephen Hawking do takowych ,,Rycerzy współczesnej wiedzy” niewątpliwie należał. Nieuleczalna choroba i przykucie go do wózka nie powstrzymały jego niezrównanego, ogromnego intelektu, aby szukać odpowiedzi na odwieczne pytania ludzkości i rozwiązywać to, co wydawałoby się tak tajemnicze i niezgłębione.

Stephen Hawking to również postać akceptująca z ostrożnym, wygórowanym optymizmem zdanie specjalistów z innych dziedzin nauki lub przedstawicieli różnych gałęzi wiedzy i członków życia filozoficzno-etycznego np. różnych Religii, które jak to Religie mają często odmienne spojrzenie na naturę naszego Wszechświata. Z drugiej strony ten matematyczno-fizyczny geniusz, który za czasów swojego życia był oznaką zwycięstwa ,,umysłu nad materią” - w sensie wiktorii wciąż analizującego informacje i poszukującego nowych rozwiązań naukowych mózgu nad ciężko chorym ciałem, cechował się również niezwykle kontrowersyjną osobowością, uaktywnianą poza swoim środowiskiem pracy. "Wielki projekt", którego wraz z Mlodinowem Hawking jest autorem, w dużym uproszczeniu przedstawia model myślowy, wg. którego do opisu struktury rzeczywistości, w której można zawrzeć wszystko, co do tej pory wyłoniło się od momentu Wielkiego Wybuchu – spontanicznego aktu kreacji Wszechświata, nie potrzeba konieczności ingerencji wyższego, będącego poza wiecznością bytu, takiego jak Bóg. Dzięki matematyczno-fizycznej analizie – w tym licznym eksperymentom naukowym – budowy astronomicznie rozległego Kosmosu od teraz do 13,7 miliarda lat wstecz, do iluzorycznych części sekund po Wielkim Wybuchu, i udowodnieniu w ten sposób istnienia procesu inflacji, który z naukowego punktu widzenia musiał po prostu zajść, potwierdzamy teorię, że Wielki Wybuch miał miejsce i nie stało za tym wszechobecne i wszechwieczne ,,boskie” coś. Jego pojawienie się, ekspansję i ewolucję do obecnych rozmiarów spowodowały nieprawdopodobne zdarzenia w obrębie fizyki kwantowej. Prościej, można by to ująć, tak, jak Hawking wraz z Mlodinowem wdrożyli do niniejszej książki rozdział o ewolucji nauki i wyjaśniania powolnego zastępowania z biegiem czasu filozofii deterministyczną, empiryczną nauką; rozdziału uwypuklającego sens istnienia naszego Uniwersum, począwszy od starożytnych greckich myślicieli do momentu procesu wyłaniania właściwego modelu funkcjonowania świata dzięki równaniom matematycznym, i do teraz – do czasów współczesnych. Tak więc zamierzenia Stephena Hawkinga i drugiego współautora tejże pozycji można podsumować następująco, tak, jak prawił Tales z Miletu, sądząc, że ś,,wiat można pojąć umysłem, i że złożoność rzeczy dziejących się wokół nas da się zredukować do prostszych zasad i wytłumaczyć bez odwoływania się do wyjaśnień mitycznych czy teologicznych."

Stephen Hawking i Leonard Mlodinow, w "Wielkim Projekcie" rozłożyli kwestię istnienia stosunkowo młodej myśli ludzkiej orbitującej wokół zadawania pytań odnośnie – mówiąc najprościej jak się da – natury Wszechświata, czyli to dlaczego wygląda tak a nie inaczej, dlaczego w ogóle jest i szukania na nie odpowiedzi, na czynniki pierwsze. Swą podróż rozpoczęli od czasów starożytnych, a potem zahaczyli o bogobojne, gdzie świat był określony przez istotę Boga, średniowiecze. Następnie poruszali się wzdłuż osi, ewoluującego postępowego rozwoju nauki, wyłaniania się pierwszy teorii naukowych i zanikania myśli ,,czysto-filozoficznych” na rzecz empirycznych. Autorzy ci w bardzo dobry oparty o sensowne przykłady i w zwięzły, a nie opasły ilościowo materiałem ,sposób, dotarli do najważniejszego rozdziału swej pracy: "Wielkiego Projektu". Lecz moim zdaniem zbyt mało miejsca poświęcili na tak ważne podsumowanie tej publikacji. Jednakże cały materiał przedstawiony w tej pozycji, to nie rozprawa naukowa, ale książka mająca zachęcić do nauki, do odpowiadania sobie samemu przez czytelnika na pytania odnośnie natury Wszechświata. Wartość "Wielkiego Projektu" podkreśla specyficznie zaznaczający paradoksalne sytuacje w nauce, humor. Typowa puenta na końcu akapitu o czymś świadczy; ci naukowcy to też ludzie, tacy jak ja, Ty, lub ktokolwiek inny.

pokaż więcej

 
2018-09-20 21:38:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

O koszmarach, ale nie tych przyśnionych, lecz tych materializujących i odbywających się na naszych oczach, jakby same ogary apokalipsy lub bezgraniczne, niemierzalne zło znalazły ujście do naszej rzeczywistości, i zaczęły karmić się naszym życiem, pić nektar z dobrych emocji i wspomnień, które w nas trwają; o ludzkich przypadłościach, tak tajemniczych i niespodziewanych w skutkach, będących w... O koszmarach, ale nie tych przyśnionych, lecz tych materializujących i odbywających się na naszych oczach, jakby same ogary apokalipsy lub bezgraniczne, niemierzalne zło znalazły ujście do naszej rzeczywistości, i zaczęły karmić się naszym życiem, pić nektar z dobrych emocji i wspomnień, które w nas trwają; o ludzkich przypadłościach, tak tajemniczych i niespodziewanych w skutkach, będących w rezultacie czymś godnym czynów najgorszej, napitej mrokiem bestii, oraz o misterium ludzkiej wiary, metafizycznym prawie wiążącym religię z nauką idei Boga, może pisać - zresztą wielu z nich to czyni – multum autorów z różnym bagażem doświadczenia. Lecz pośród pisarzy kreujących tak niezwykłe, zazębiające się wokół stałości psychicznej czytelnika, literackie thrillery, horrory psychologiczne, porażające dreszczowce, czy powieści grozy z rozciągniętym od początku do końca danego tytułu wzrastającym napięciem, jest ktoś, kto robi to wyjątkowo dobrze, wręcz namiętnie i intymnie, przyciągając w ten sposób całe rzesze osób spragnionych strachu i lęku. Tą wyjątkową personą, która pisząc swe dzieła naturalnym, jakby się było w centrum wydarzeń tego dzieła i przenosiło się swoje odczucia na jego płaszczyznę, językiem, która wprowadziła nowe pojęcie horroru i głębokiego thrillera, rozszerzając granice wpływów tego gatunku i znaczenie w popkulturze, jest Stephen King.

Beletrystyka Stephena Kinga to czysta ,,zakrapiana” dreszczykiem i niezgłębioną tajemnicą historia. To żywa, nieśmiertelna legenda, która od ponad 40 lat obecna jest w świadomości czytelników, która niczym abstrakcyjny byt będzie tak trwać w zbiorowej myśli ludzkiej – kto wie, może aż po kres wszystkiego, może w samą nieskończoność. King jest niezwykle odważnym kreatorem. Jego literatura na przestrzeni całego swego dotychczasowego dorobku wyziera, wręcz promieniuje mistyczną siłą, czymś, co nigdy bezpośrednio nie wyniknie z danego jego dzieła, lub jakiegoś cyklu książek – ani z kontekstu, ani z narracyjności. W jego stylu, z nieskończoną formą natchnienia wylewającą garść tworzących własny ,,stephenkingowski“ wszechświat, pomysłów, zapisanych w jego literackiej duszy, kryje się coś więcej. To dziwne profetyczne ,,coś" w zupełności stanowiące o pisarzu, który podniósł stan Maine w USA do symbolu niemożnego wręcz misterium, scala się głęboko z jego podświadomością, a z podświadomości wylewa się na słowo pisane, po czym wyłania się jako płaszczyzna bądź otulina, na której buduje on swoje dzieła. Trudno jest jednoznacznie określić siłę powieści Stephena Kinga; to dlaczego niosą one ze sobą tak niezwykle nieprzeniknione, metafizyczne przesłanie, oraz to, dlaczego przyciągają aż taką masę ludzi, którzy po prostu chcą dotknąć ,,niezbadanego”, odczuć na własnej skórze czerń, mrok i nieokreślone zło wydobywające się z czeluści, tak plugawych i niezgłębionych, jakby były pozbawione cielesnego materialnego dna, jakby zło było wieczne. Jako ludzie lubimy się bać, i coś w tym jest, że King w jakiś niepojęty sposób przyciąga nas do siebie. W każdym z jego dzieł - nie ważne czy danej książce lub zbiorze opowiadań bliżej byłoby do sensacji, czy do thrillera lub horroru z psychologicznym ,,namaszczeniem” - tkwi cząstka tajemnicy, jakby ,,niedostępne” miało wyjść na światło dzienne. Od tego, do okropności, psychicznych lub innych niezrozumiałych straszności, dramatów i tragizmów już niedaleka droga.

Uniwersum Stephena Kinga tworzy całe multum powieści, mniejszych powiastek i zbiór innych utworów. Wyłania się z niego małomiasteczkowa, zbyt prosta aby nie była tajemnicza, społeczność, w której na pierwszy rzut oka wszyscy znają się tak dobrze, że mogą o sobie powiedzieć wszystko. Jednak takie mieściny jak Ludlow, Haven, Derry czy Castle Rock położone w najbardziej znanym z beletrystyki w ogóle stanie USA, powstają na grząskim gruncie skrywanego, gromadzącego się aż do przesytu kąśliwego misterium, które koniec końców z małych nadżerek na duchowych i materialnych, ,,stabilnych fundamentach” miasta, które zalały soki zła, pochłonie go, niczym wygłodniały byt, od środka, i pokryje rozkładem – a to należy rozumieć dwuznacznie – do tego stopnia, że czające się gdzieś w głębi człowieka chaotyczne perwersje, deprawacje i inne mroczne bluźnierstwa wyjdą na jaw. I wtedy wierzący lub nie wierzący, bogaty lub biedny Kowalski czy inny Smith bądź Nowak sięgnie krawędzi zła, upadnie moralnie, zatraci się. Zło nie wybiera, zło nie śpi, zło zawsze będzie tajemnicą; a dopóki ludzkość trwa w swym rozwoju, dopóty ciemność jakiej formy by nie miała zawsze pozostanie ciemnością i zawsze będzie nam towarzyszyć.
Aby dokładnie wejść, wpasować, ba, scalić się z twórczością Stephena Kinga, niezbędnym jest zaznajomienie się z przynajmniej kilkoma jego powieściami, które rozgrywają się w małomiasteczkowej społeczności stanu Maine w USA. Wybór jest dość duży, a wszystkie dzieła tego typu w dość enigmatyczny, nadnaturalny sposób się ze sobą łączą. Niestety, osobiście mam braki, jeśli chodzi o moje czytelnicze doświadczenie z książkami Kinga budowanymi wokół wielu miejscowości tego stanu. Dlatego też dzięki potężnej sile skompensowanego Uniwersum Kinga w serialu od platformy telewizyjnej "Hulu, "Castle Rock", postanowiłem, że moje głodne tajemnicy zmysły ,,zabiorą się” za powieść niniejszego, jednego z najsłynniejszych pisarzy ostatnich 50 lat, pt. "Cujo".

Na pewno targały mną prądy wątpliwości odnośnie tego, czy ulegnę ,,mainyzacji” i zaakceptuję tę książkę, tak, jak zaakceptowałem wyżej przytoczony, wywołujący na mnie gigantyczny wpływ w zrozumieniu natury ciemności, strachu, lęku, przytłoczenia, które karmią się ludzkim dramatem, decyzjami i losem – tak bardzo charakterystycznych dla Kinga - serial. Jednak moje wątpliwości – bo w końcu pierwszy raz stykam się ze słynnym Maine w powieściach tego autora – mijają dość szybko, prawie po pierwszych kilku zdaniach "Cujo", a ostatecznie po pierwszych kilkunastu stronach beletrystyki, w której dowiadujemy się czego ona będzie dotyczyć – jaką tajemnicą tym razem zaskoczy nas stan Maine, a przede wszystkim miasteczko Castle Rock. Pierwsze zdania powieści, bo warto w omówieniu beletrystyki o tym wspomnieć, mówią o klątwie, chorym przeznaczeniu, dziwnych wiciach ciemności, które nawiedziły Castle Rock. W tej niby spokojnej mieścinie, na wiele lat przed czasem akcji powieści, grasował seryjny morderca, potwór w ludzkiej skórze – Frank Dodd. Zabijał pchany czystym destrukcyjnym mrokiem; nieważne czy to były dzieci, kobiety, starsze bezbronne osoby. W końcu odkryto jego tożsamość, lecz krótko po tym Dodd odebrał sobie życie. Paradoks i wstrząśnięcie czytelnikiem już na samym wstępie powieści. King ukrył za tym pewną naturę zła, jako bliższej uniwersalizmowi, bardzo rozległej, niegodziwej mrocznej sile, która nie jest, ba nie powinna być przeznaczona tylko nadprzyrodzonym zjawiskom, niepojętej demonicznej grozie, czy duchom i innym istotom, których się tak obawiamy. Każdy ma ,,swoje demony”; jedni potrafią zapanować nad swoją naturą, a drudzy nie są w stanie powstrzymać niewytłumaczalnych kłębiących się w nich rządzy, więc wtedy rodzi się w nas to ,,drugie” zło, człowiek człowiekowi staje się wilkiem, czego przykładem był los Franka Dodda.

Po mocnym, wstrząsającym początku, którego wydźwięk zrozumiemy dopiero wtedy, gdy nasza czytelnicza jaźń złączy się z wydarzeniami, wątkami i relacjami pomiędzy rodzinami Trentonów, Chamberów i innymi mieszkańcami Castle Rock, scalając się z przeciętnością miasta, którego tajemnica i mroczna, jakby niewiadoma, wiecznie enigmatyczna tożsamość zżerała mieścinę od środka, pora na intensywny, z momentami celowo umiejscowionej stagnacji napięcia, wątek, którego źródłem niewątpliwego chaosu, bestialstwa i zła będzie będzie, ot niby normalny pies. A ,,psiak”, który należał do rodziny Chamberów, to potężny przysadzisty Bernardyn o tytułowym, książkowym imieniu: "Cujo". Czworonóg, jako sympatyczny i przyjacielski zwierzak, jak to w zwyczaju ma określać narzucony przez społeczeństwo stereotyp, bywa przyjazny do czasu. Do momentu wejścia Cujo – i tu kolejne sprytne posunięcie Kinga – do słabo znanej jaskini nieopodal Castle Rock, gdzie zostaje ugryziony przez nietoperze – nosicieli zabójczej wścieklizny. Choroba rozwija się w ciele Cujo powoli, dlatego też smutnym, wręcz przygnębiającym doznaniem dla wielu czytelników, było doświadczanie, jak psiak stara się przeciwstawiać czemuś, co zmienia powoli jego samego w napite mrocznymi zamiarami, opakowane w jego fizyczną z wyglądu formę, jestestwo, które w konsekwencji doprowadzi do śmierci kilku osób i przewartościowania życia rodziny Trentonów i Chamberów. Sama choroba ,,Cujo” mogła przyciągnąć negatywne prastare siły, złe wibracje i inne fluidy osaczające Castle Rock, jakby pies miał być tylko ,,naczyniem” do zgromadzenia zła i jego przekaźnikiem. Wścieklizna niekoniecznie musi być wytłumaczeniem tego co się stało w tym mieście.

Takiej konwencji, tego niezwykle intuicyjnie, jakby napisanego przez intymne przeżycia samego autora, nakreślonego wątku bestialskiego psa Cujo, przeplatanego dramatami i innymi przykrościami, jak w thrillerze społecznym, które otaczały mieszkańców Castle Rock, jeszcze nie widziałem. Mimo zakończenia, po którym ma się ochotę wykrzyczeć: ,,Chcemy sequel książki!”, powieść ta, to wyjątkowa, enigmatyczna beletrystyka Stephena Kinga.

pokaż więcej

 
2018-09-14 12:57:29
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione

„40 lat minęło jak jeden dzień”, i to jeszcze z ponad rocznym zapasem. Tyle, bo 41 długich dających nam możliwość zaznajomienia się, wręcz zasmakowania tej galaktycznej osnowy "Gwiezdnych Wojen", która dziś rozrosła się do miary organizmu, wiosen, ma najsłynniejsze fantastyczne Uniwersum w historii, które zapłonęło tak mocno, że jego ciepło dotarło chyba wszędzie, obejmując znaczną część... „40 lat minęło jak jeden dzień”, i to jeszcze z ponad rocznym zapasem. Tyle, bo 41 długich dających nam możliwość zaznajomienia się, wręcz zasmakowania tej galaktycznej osnowy "Gwiezdnych Wojen", która dziś rozrosła się do miary organizmu, wiosen, ma najsłynniejsze fantastyczne Uniwersum w historii, które zapłonęło tak mocno, że jego ciepło dotarło chyba wszędzie, obejmując znaczną część kulturowej myśli ludzkiej. To 25 maja 1977 roku, po kilku napisanych przez siebie scenariuszach i trafieniu w końcu w ten jeden jedyny pomysł, po okresie braku zaufania i nie okazania wsparcia finansowego, które George’owi Lucasowi były potrzebne, przez które musiał przejść i w końcu jakoś z tego wybrnął, oraz po kłopotach na planie zdjęciowym do innego niż wszystkie filmu sci-fi i wyjątkowej ,,krwawicy” nerwów, Lucas doczekał się premiery wyjątkowego kinowego show, które zadziwiło świat. "The Star Wars" zwyciężyło cały 1977 rok, porażając rozmachem przestrzeni kosmicznej tam wykreowanej i ,,pływającymi” w niej okrętami, które atakowały się nawzajem wiązkami przerywanych świszczących świateł, a także oszałamiając wida samą ideą walki dobra ze złem, w której najważniejsza jest konwencja "Mocy". 3 i 6 lat później było podobnie: pełen sukces i świadomość, że "Star Wars" rozwijało się na oczach milionów fanów na całym świecie. W serii prequeli, natomiast, rozpędzona galaktyczna machina "Gwiezdnych Wojen", która miała za sobą bagaż doświadczenia, która, jako marka stała się odrębnym, jakby scalającym się z Wszechświatem bytem, Lucas kontynuował budowę Uniwersum z różnym skutkiem, tj. odbiorem, wydźwiękiem wśród społeczności fanów.

W 2012 roku, pragnący poświęcić się rodzinie, zmęczony brakiem pomysłów i naciskaniem ze strony mediów, Lucas, ,,stracił serce” - pozbył się części siebie i sprzedał kompanii „Disney’a” swoje ,,dziecko”, które założone w 1971 jako symbol niezależności i zabezpieczenie dla przyszłego filmowca pielęgnował przez 40 lat. Pewna era się skończyła, a jak to w życiu bywa, koniec czegoś oznacza początek tego samego, przy czym w odświeżeniu i z nowym startem. Czas na Nowy książkowy i filmowy oparty o Spin-offy Kanon "Gwiezdnych Wojen"; czas na kolejną nowelizację z takowego kinowego Uniwersum; pora na "Łotr 1 –Star Wars, Historie" autorstwa Alexandra Freeda.

Przyczyn popularności, niekiedy miłości, a nawet skrajnej obsesji do "Gwiezdnych Wojen" nie trzeba się aż tak bardzo doszukiwać. Fanom spragnionym kosmicznej, osadzonej w fantastycznym, żyjącym własnym życiem Uniwersum, przygody, przyszła na ratunek galaktyczna Saga Georga Lucasa, urozmaicając ich życie, jak i zbiorową świadomość kulturową całej masy społecznej tego świata. Zakładając w 1971r. "Lucasfilm Ltd." i wypuszczając do kin w 1977r. "The Star Wars", ten kalifornijski reżyser zapoczątkował coś, bez czego trudno wyobrazić sobie dzisiejsze kulturowe, ukierunkowane na rozrywkę i pasję życie Cywilizacji Ludzi; bez czego trudno w ogóle zadawać sobie pytanie: ,,A co by było, gdyby nie było 'Gwiezdnych Wojen?'", gdyż ma ono bardziej retoryczne, filozoficzne znacznie – na nie po prostu nie da się odpowiedzieć.

Przechodząc powoli do meritum dyskursu nad książkową adaptacją "Łotra 1" A.Freeda warto zwrócić uwagę na fakt, iż mimo przejęcia "Lucasfilm Ltd." przez "Disney’a" i wprowadzenia w 2014 roku "Nowego Kanonu" Star Wars, obejmującego wszystkie treści związane z Uniwersum "Gwiezdnych Wojen", które od tej daty będą się kolejno pojawiały: filmy, powieści, komiksy, wpisy encyklopedyczne itp., Galaktyka, dla której Prometeuszem był George Lucas na tą chwilę ma się zupełnie dobrze. Skupia się w niej więcej świeżości, nowego sposobu pojęcia niektórych wydarzeń, które wcześniej pojawiały się szeroko w literaturze - obecnie w tzw. „Legendach” Uniwersum. Dlatego też, kontynuując moją przygodę z ,,książkami po filmie” w cyklu "Star Wars", będę miał na uwadze to, aby doceniać ten mityczny Wszechświat „Gwiezdnych Wojen” i cieszyć się jako ich miłośnik każdym dniem z nim spędzonym.

Przenieść formę scenariusza filmowego danego dzieła z własnym oparciem tego jak wyglądał film w oczach widza na realia zupełnie innego, ,,dwuwymiarowego”, ale nabierającego właściwej formy w naszej wyobraźni, świata, nie jest łatwo. To katorżnicza praca, która w rezultacie ma ofiarować środowisku fanów, coś, co uzupełni ich wiedzę do danego filmowego obrazu, wzbogacając to kinowe przeżycie, i zachęcając do ponownego sięgnięcia po film. W przypadku "Łotra 1", to zadanie, ba, wręcz super-istotna misja A.Freedowi się naprawdę udała. Posunę się o jeszcze śmielsze stwierdzenie, iż dodatki w formie zapisków, notek technicznych i innych informacji rozszerzających naszą wiedzę o niniejszym filmie, a tym samym "Nowym Kanonie" Gwiezdnych Wojen, które dość często przedzielają rozdziały tej nowelizacji, są niesamowitym plusem, bezcennym atrybutem powieści, niczym odnaleziony Św. Graal lub wyciągnięty z rękawa as. Dzięki nim historia Rebelii pisana jest, tak, jak tego świat jeszcze nie widział. Korespondencja między personami Imperium: Orsonem Krennicem a Tarkinem, między Sojuszem, który zrodził się wtedy, gdy Galaktyka powoli ,,zapadała się” pod wpływem nacisku Imperialnej Machiny Wojennej i obślizgłej, sączącej jad politycznej hegemonii Imperatora: Mon Mothmą a Generał Dravenem, wytłuszczają i nakreślają, jak od kuchni, ,,poza kadrem”, rodziły się kluczowe dające wiekopomne skutki, decyzje. Istoty tego, jak Freed urozmaicił tak niezwykle ważnymi dodatkami adaptację filmowego „Łotra 1”, nie da się nie docenić; jest to coś, czego obraz kinowy nigdy nam nie pokaże, coś, co uwydatni nakreśloną przez film problematykę. Akta, zapiski, wymiana zdań w HoloNecie przechwycona przez Imperium albo Sojusz – już samo to jest bezprecedensowym wydarzeniem w literaturze Nowego Kanonu "Star Wars", podnosząc tym samym jego i swoją, jako powieści, wartość.

Powstanie Sojuszu Rebeliantów, czy popularnej w klasycznej Trylogii Filmowej "Gwiezdnych Wojen" Rebelii nie było czymś łatwym, prostym; czymś, co powstało ot, tak, z racji tego, że ciemiężony lud musiał przeciwstawić się swemu oprawcy, a w tym przypadku apodyktycznemu Imperium. Zarówno film, jak i powieść A. Freeda – a bardziej ukierunkowana ku temu literacka wersja, przesycona dramatem decyzyjnym postaci, tak uwydatnianym z ich perspektywy, przez narratora scalającego się z ich świadomością doznań i odczuć – nakreśla, że historia Rebelii była niczym surowe: ,,krew pot i łzy”. Zanim Luke Skywalker wystrzelił torpedę ze swojego X-Winga, która wpadła do kolistego, małego otworu prowadzącego do reaktora „Gwiazdy Śmierci”, starający się podcinać skrzydła swojemu oprawcy Sojusz nie był do końca spójny, harmonijny i jednostajny pod względem podejmowanych decyzji. Jego członkowie, od Beila Organy, Generała Dodonny i Dravena począwszy, poprzez Admirała Raddusa i przywódczynię Mon Mothmę oraz na Kapitanie Cassianie Andorze skończywszy, byli bardziej podzieleni niż ze sobą złączeni. Można tu ująć krótko: scalało ich jedno zagrożenie: kąśliwe, apodyktyczne, rozrastające się niczym niekontrolowany Złośliwy Nowotwór, Imperium, a dzieliła cała gama wyborów, od których zależało tak wiele. Przykładem nieporozumienia między Rebeliantami była sytuacja na planecie Jedha, gdzie Jyn i Cassian wpadli w zasadzkę Sawa Gerrery – byłego Rebelianta, fundamentalistę i ekstremistę pośród ludzi Sojuszu, do czego w ogóle nie miało prawa dojść. Podobnie było na Eadu, gdzie pośród nowoczesnych plasto-betonowych konstrukcji Imperialnego Ośrodka Badawczego ukrywał się Galen Erso. To jego miał zabić Cassian, tak chciała część dowództwa Przymierza, a na szczęście do tego nie doszło. Łatwo Rebelii nie było; wspólne cele owszem, lecz niewidzialna ściana dzieląca tych, co mieli się ze sobą jednoczyć... również. Droga do zwycięstwa nad Imperium była jeszcze daleka. Liczyła się wspólnota, gdyż na Przymierzu polegała cała Galaktyka, a bez niego, niestety, nie ma nadziei.

Nie sposób nie wspomnieć o bardzo ważnych, napisanych przez przeszłość, przez silną rodzinną więź postaciach "Łotra 1", którym charyzmy, istoty charakteru i barwy emocjonalnej nadał głównie A. Freed, czego w filmie nie do końca można było doświadczyć. To właśnie dla Jyn Erso, przesyconej odwagą – a do tego bohaterka musiała dojrzeć - inspiracją do życia, wolności i działań, które w konsekwencji poprowadziły Przymierze do zdobycia planów konstrukcyjnych Gwiazdy Śmierci, byli jej rodzice, Galen i Lyra Erso. Pośród Elity Imperium, która dla rebelianckich walczaków stanowiła charakterologiczny i ideologiczny kontrast wyróżniali się szef Programu Zbrojeniowego, Orson Krennic oraz Wielki moff, Gubernator Wilhuff Tarkin. Jeden chciał widzieć, jak na szyi drugiego zaciska się pętla, która łamie mu kręgi i pozbawia życia. To było niesamowite, jak obaj chcieli dostąpić zaszczytu bycia prawą ręką Imperatora. Tarkin to kompensacja czystej chłodnej kalkulacji w kruchym, ale paradoksalnie silnym ciele. Dla niego liczyło się tylko to, co daje pewny, określony efekt. Natomiast Krennic miał mocno przerośnięte Ego i nawet w obliczu śmierci był przekonany o tryumfie Gwiazdy Śmierci… jego Gwiazdy Śmierci. A co z „Mocą”, jej ideą, obliczem zawartym w tej powieści? Baze i Chirrut byli Strażnikami Whillów – pilnowali kryształów Kyber w świątyni na księżycu Jedha. Nie byli Jedi, wierzyli w „Moc Innych”, w „Moc”, która może objawiać się w idei, w miejscu, a nie tylko w organizmach żywych.

Tak jak ,,najjaśniejsze Gwiazdy miały serca z Kyberu” , tak Rebelia miała swoją nadzieję, swoją bezcenną nadzieję.

pokaż więcej

 
2018-09-07 01:56:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

W dzisiejszych czasach, choć to zbyt prozaiczne stwierdzenie, bywa niezwykle trudno, aby ostatecznie stwierdzić na jakiejkolwiek płaszczyźnie istnienie kreatora otaczającego nas zewsząd Wszechświata - jeśli wychodzimy z założenia, że Wszechświat ma swojego stwórcę – określanego w ogólnym światowym dorobku ludzkiej myśli i ewolucji gatunkowej człowieka mianem Boga. Nauka i religia, jakie by one... W dzisiejszych czasach, choć to zbyt prozaiczne stwierdzenie, bywa niezwykle trudno, aby ostatecznie stwierdzić na jakiejkolwiek płaszczyźnie istnienie kreatora otaczającego nas zewsząd Wszechświata - jeśli wychodzimy z założenia, że Wszechświat ma swojego stwórcę – określanego w ogólnym światowym dorobku ludzkiej myśli i ewolucji gatunkowej człowieka mianem Boga. Nauka i religia, jakie by one nie były nie potrafią w ogóle potwierdzić, czy Wszechwieczny, który niczym ,,Palec Boży” na fresku Michała Anioła tchnął iskrę w nieskończenie mały, ściśnięty do absurdalnych granic osobliwości, punkt, z którego wyłonił się kosmos, rzeczywiście istnieje, i czy, jako realny byt ma miejsce w naszej ugruntowanej światopoglądowej konstytucji. Za ideą Boga może kryć się coś niezwykle złożonego, coś abstrakcyjnie głębokiego, zaczerpniętego z pierwocin filozoficzno-etycznych deliberacji, z bytu jak i niebytu oraz wszelakiej nicości, no bo jak określić stan przed istnieniem Boga? Kto go stworzył, a kto stworzył tego co dał ,,życie” Bogu? Zagłębiając się w problem regresyjnego bytu - obserwatora, który miał obserwatora itd., możemy dojść do absurdalnych arcy-karykaturalnych wniosków, z których wynikałoby, że albo nasz Wszechświat, i również i my sami nie mamy w kwestii swej egzystencji żadnego sensu, albo wszystkim rządzi czysty przypadek – trudna do wyobrażenia chmura prawdopodobieństwa, z której mówiąc krótko: coś się w końcu musiało wyłonić, nawet jeśli miało by to nastąpić z absolutnej pustki, z niczego w nicości - które jako zjawisko ludzki umysł nie byłby w stanie pojąć.

Kto wie, może sam Przedwieczny nigdy się tak na prawdę nie narodził, lecz istniał od zawsze, co rzeczywiście ciężko jest - nawet w ogólnym wymiarze - wyznaczyć jakiekolwiek granice jego ,,początku”, skoro nieskończoność się nawet przy takim procesie, takiej najważniejszej kreacji, gubi, a logika zawodzi. Bóg po prostu był jest i będzie; teoretycznie jego egzystencja - a może związana jest z przypadkiem - skazana jest na trwanie w świadomości ludzkości dopóki, dopóty człowiek bez względu na formę ewolucyjną, którą za eony lat przybierze - jeśli jako gatunek wciąż będzie istniał – będzie wyznawał wiarę w jego istnienie. Bóg jest jeden, nieważne czy przedstawiamy go jako Kryszna w Hinduizmie, Jahwe w Judaizmie czy Allaha w Islamie. Można posunąć się dalej w rozważaniach o celowości bądź przypadkowości istnienia Wszechświata i jedynego "Najwyższego", przyjmując założenie, że w przyszłości ludzkość wyprze się Wiary poprzez manipulację w Układzie Nerwowym człowieka, czyli teoretyczne zaburzenie bądź likwidacja funkcjonowania tych ośrodków w mózgu odpowiedzialnych za współodczuwanie, duchową potrzebę ,,modlitwy” i kontaktu z Wyższą Istotą, lub w sposób naturalny: sama ewolucja sprawi, że nie będziemy w stanie wierzyć, co w konsekwencji spowoduje, iż zamysł, idea, wyobrażenie czegoś lub kogoś takiego jak "Bóg", przestanie mieć sens. A wszystko dla jednorodnego światowego społeczeństwa przyszłej planety ,,Ziemia”, które to pozbawione ideologizmu "Boga" nie walczy między sobą, naród z narodem o zdobywanie nowych terytoriów, większe wpływy i władzę. Znikają ugrupowania terrorystyczne, poprawia się bezpieczeństwo „obywateli Ziemi”. Przecież, jak wiemy wiele Imperiów powstało w oparciu o istnienie Religii. Dla wiary w Boga, dla samej jego Idei i Credo wszczynano ogromne wojny, które zmieniały oblicze ludzkości. Granice terytorialne państw nabierały nowych kształtów, lecz Bóg wciąż istniał, istnieje i istnieć będzie. Zatem na koniec wstępu do niezwykłego studium filozoficzno-ideologicznego Michała Hellera pt. "Filozofia przypadku" pozostaje tylko zadać sobie specyficzne pytanie: jak pojmować Boga i świadectwo istnienia Wszechświata przy założeniu, że Bóg i Wszechświat są dziełem przypadku? Czy przypisywanie tym szerokim pojęciom tudzież zjawiskom jakiegokolwiek początku ma sens?

Michał Heller wygląda na zwykłego, sympatycznego i emanującego spokojem człowieka. Na pierwszy rzut oka nikt chyba nie pomyślałby, że za tak skromną, normalną personą kryje się czystej skali naukowy geniusz. A dlaczego geniusz, skoro specjalistów do których należy polski uczony, czyli fizyków i astrofizyków, i to zasłużonych mamy na świecie całe multum? Odpowiedź może być z lekka zaskakująca, zwłaszcza dla tych, którzy są oporni w stosunku do łączenia Religii z Nauką w kwestii ustalania najważniejszych praw rządzących Wszechświatem. Pan Heller to zarówno katolicki duchowny, który uzyskał tytuł profesora nauk teologicznych, jak i ,,świecki” specjalista od kosmologii kwantowej i relatywistycznej oraz, by pokazać dla kontrastu, że można łączyć dwie różne sfery życia: naukę i Religę – fizyk zajmujący się problematyką osobliwości czasoprzestrzennych. Chylmy więc czoła ku odwadze i niezłomności polskiego Uczonego, który swą pracą uwypukla, podwyższając jej znaczenie, jedną charakterystyczną myśl: ,,Nauka i Religia bywają, ale nie muszą być w konflikcie.

Dzięki popularyzacji fizyki, filozofii i teologii, Michał Heller, już od lat 60-tych miał – i robi to do dziś - okazję, aby sprawdzić się jako autor pozycji popularnonaukowych, w których zachęcałby czytelników do zapoznania się z tematem, ideologią, czy mówiąc prościej zagwozdką naukową, którą analizowano by przez pryzmat fizyczno-teologiczno-etyczny. "Filozofia przypadku" jest właśnie tego typu pozycją, którą niełatwo jest polecić każdej osobie, która interesuje się postępem w naukowej myśli ludzkiej. Mówiąc prostym językiem, na razie, bez podsumowań i większej oceny, od samego początku - od pierwszej litery tej niezwykle wciągającej mającej charakter solidnego scalającego naukę z filozofią, studium, lektury Michała Hellera, aż do kropki kończącej jej ostatnie zdanie natrafiamy na niesamowite pokłady wiedzy tu zaprzęgnięte, i to nie z zakresu typowej nauki doświadczalnej, lub ,,tego” zbioru informacji dotyczących typowych tajemnic Wszechświata, o których mówi się w serialach dokumentalnych emitowanych przez stacje popularnonaukowe, lecz z dziedziny nauki - chociaż w tym przypadku ciężko będzie o jednoznaczną ocenę i kategoryzowanie tej formy badania otaczających człowieka zjawisk – z którą myśl ludzka podróżuje od Starożytnej Greki aż po dziś dzień, odgrywając w naszym życiu coraz większą rolę.

To co przykuwa uwagę czytelnika w "Filozofii przypadku" najbardziej, to wielopłaszczyznowy, skomplikowany w swej budowie materiał, którym posługuje się Michał Heller, sprawiając tym samym, że etyka, metafizyka, teologia mogą być równie fascynujące, co nauki ścisłe. Dzięki wyjaśnieniu sedna zjawiska "Przypadku", rozwijającego się, by w końcu urosnąć do formy teorii stanowiącej solidny trzon fizyki kwantowej, rachunku prawdopodobieństwa, wytłumaczenia natury i złożoności bądź nie – jeśli stoi za nią przypadek – pochodzenia Boga oraz m.in. uwypuklenia problematyki procesu ewolucji i jej przeciwstawnej teorii Kreacjonizmu, które obie zdają się ocierać o naturę ,,przypadku”, każdy, kto trzyma w ręku tą książkę i co najważniejsze: nie tylko ją czyta ale analizuje i zestawia sobie wypływającą z niej wiedzę, zacznie wyrażać inny stosunek do prawideł i ukrytych tajemnic otaczającego nas zewsząd świata. Owszem, nad poszczególnymi zagadnieniami w "Filozofii przypadku" potrzeba było nieco więcej czasu, niż nad typową, opartą na wyliczeniach, teoriach i doświadczeniach pozycją popularnonaukową, by nad daną treścią przysiąść, by dłużej i z nieco bardziej otwartym nastawieniem zatoczyć swym refleksyjno-badawczym spojrzeniem nad zamkniętymi w specyficzne ramy pojmowania ideami, zatoczyć nieco większe koło.

Jednym z ważniejszych dylematów przytoczonych przez autora niniejszej publikacji – wybitnego polskiego intelektualistę i człowieka otwartego na wyzwania, które teologii i filozofii stawia nauka jest to, że naukowa, tęga myśl ludzka nie będzie zawsze nieomylna. Ignorowaniem religii nauka nie przysporzy sobie przyjaciół, i odwrotnie: religia, jak to mawiał św. Augustyn, nie może od razu demonizować wiedzy empirycznej, działając na polu wspólnego zagadnienia, bez odwołania się do metaforycznej interpretacji Biblii; w ten sposób ten system wiary może wystawić się na ośmieszenie. O tym jak przypadek – to w zależności czy istnieje i pod jakim względem go rozpatrujemy – wiąże ze sobą Wszechświat, mimo iż na pierwszy rzut oka wydaje się być niezwykłym, ba, abstrakcyjnym odstępstwem od reguły, rządzi regułami Wszechświata, ustalając oczka na ścianach kostki, którą rzuca Bóg ,,grając z człowiekiem w kości”, Heller wyjaśnił nam posługując się zasadą an tropiczną, w której wiele zależy od interpretacji, że powstanie tak korzystnych z nieprawdopodobnie niskim prawdopodobieństwem, warunków, aby narodził się ,,inteligentny obserwator”, czyli np. istota ludzka, nie można przypisać czystemu przypadkowi tylko potężniejszej istocie, sile sprawczej, inaczej mówiąc: Inteligentnemu Projektowi. Wszechrzecz, kosmos, otaczające nas stany przestrzeni nie powstały z czystego przypadku; może, kto wie, rozmieszczenie zdarzeń losowych ma w naszym świecie podłoże deterministyczne, ustalając egzystencję Wszechświata wcale na nie taką przypadkową.

Czy z drobnych kamyczków jakimi jest ścisła nauka i jednocześnie teologia, filozofia, ontologia, ułożymy w końcu widowiskową, piękną mozaikę i odgadniemy w końcu to, co pragnął odgadnąć sam Albert Einstein: "Zamysł Boga"? Czy kiedykolwiek wytłumaczymy dlaczego Bóg stworzył świat taki jakim jest? Czy o jego wyborze zadecydował przypadek, skoro teoretycznie mógł stworzyć ,,wszystko i nic”, które znamy, i to według innego scenariusza.

pokaż więcej

 
2018-08-31 13:19:25
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Od dawien dawna, od kiedy ludzkość zaczęła marzyć o podróżach kosmicznych poza Ziemię, od kiedy to swe marzenia przelewała w różnej formie, z różnym skutkiem tudzież interpretacją do literackiej myśli ludzkiej, aż po dzień dzisiejszy, gdy staliśmy się na tyle zaawansowani technologicznie, że potrafiliśmy wysłać człowieka na Księżyc, a sondy kosmiczne pokierować ku najdalszym zakątkom Układu... Od dawien dawna, od kiedy ludzkość zaczęła marzyć o podróżach kosmicznych poza Ziemię, od kiedy to swe marzenia przelewała w różnej formie, z różnym skutkiem tudzież interpretacją do literackiej myśli ludzkiej, aż po dzień dzisiejszy, gdy staliśmy się na tyle zaawansowani technologicznie, że potrafiliśmy wysłać człowieka na Księżyc, a sondy kosmiczne pokierować ku najdalszym zakątkom Układu Słonecznego, obawiamy się, iż prędzej czy później to inna, egzystująca na dużo wyższym stopniu rozwoju kulturalno-technologicznego Obca Cywilizacja odwiedzi nasz Glob, niż my odkryjemy ślady organicznego - w naszym rozumowaniu - życia we Wszechświecie . Ziemianie, jako ogólne wielomiliardowe zbiorowisko świadome swych celów i sensu istnienia na życiodajnej błękitnej planecie, stawia sobie solidną, dodatkowo wzmacnianą wątpliwościami ludzi co do ich znaczenia w kontakcie z zaawansowaną pozaziemską społecznością, niczym okalający alejkę pięknych drzew ostry cierń czy pordzewiały drut kolczasty, barierę naukowo-filozoficzną w kwestii sławetnego, ale mocno odmienionego przez popkulturę pierwszego kontaktu populacji człowieka z ,,rozwiniętą” intergalaktyczną rasą inteligentnych organizmów. Mimo iż prowadzone na polu astrofizyki, ksenobiologii, nawet i na psychologicznym i fizycznym podłożu zrozumienia funkcjonowania ,,Kosmitów”, badania, nie uwzględniają od razu niszczycielskiego dla pierwiastka ludzkiego skonfrontowania się z rasą pozaziemskich istot, to i tak są tacy, którzy mogliby przywiązać się do muru grubym, żeliwnym łańcuchem, twierdząc, że ,,Obcy" prędzej czy później rozpoczną zaplanowaną na Ziemię inwazję, aby m.in. zdobyć jej bogate w surowce energetyczne, złoża, a ludność wykorzystać jako niewolników i zagonić do ciężkiej pracy.

Żyjemy w XXI wieku, a nim się obejrzymy nastanie kolejne bardziej szalone, rozpędzone i pełne licznych odkryć i inwencji, stulecie. Zmienia się – z uwzględnieniem okresowych, specyficznych wahań - ta ogólna świadomość oczekiwań i dążeń ludzkiej zbiorowości, dlatego też można żywić nadzieję, że nasza bogobojność w stosunku do przewidywania przyszłości ludzkości, w tym zetknięcia się nas z nieznanym, z kosmicznym rozwiniętym tworem, istotką, najeźdźcą czy bytem, zmieni się na lepsze. Idąc w tym kierunku myślowym, krążąc wokół tych futurystycznych i obejmujących kontakt z ,,kosmitami” fluidów, warto wspomnieć o świetnej, baśniowej i łapiącej za serce hollywoodzkiej produkcji z 1982r., którą wyreżyserował Steven Spielberg: "E.T.". To jej nowelizacji poświęcam niniejsze deliberacje, gdyż sam film jak i powieść są odpowiedzią na to, że Kosmitom, jeśli założymy, że ,,Oni” istnieją, nie powinno się przypisywać łatki niebotycznie destrukcyjnej siły, która przy pierwszym lepszym kontakcie z Ziemianami zgniecie nas, tak, jak gniecie się garść orzechów lub rozdeptuje najgorsze, splugawione robactwo.

Autorem adaptacji "E.T.", które jako dość ciekawe, ciepłe i emocjonalne kino science-fiction wśród widzów i krytyków przyjęło się wręcz wzorcowo, przesycając ich zmysły tą niebagatelną, przełamującą stereotypy groźnych, obcych istot historią, prowadzoną narracją i familijnym zabarwieniem, jest William Kotzwinkle. Z racji tego, że książka ta powstała w oparciu o filmowy scenopis, będzie ona stanowić przedłużenie jak i rozszerzenie tego wielkoekranowego hitu Spielberga. Taką formę beletrystyki lubię określać mianem ,,książek po filmach”, i co najistotniejsze jej aranżacja, sposób odniesienia do kinowego pierwowzoru często mnie zaskakują. Przeważnie decyduję się na , co również polecam i innym, aby najpierw ,,ulec” lekturze adaptacji – w przypadku, gdy film oglądało się dość dawno, ale mimo wszystko dość dobrze się go pamięta – a potem zaznajomić się z właściwą formą tego dzieła, z tym niepowtarzalnym filmowym obrazem.

Obiekcji, żadnych wątpliwości i innych wyuzdanych dziwności w stosunku do niniejszej beletrystyki w ogóle nie miałem; praktycznie rzecz biorąc, od razu po wypożyczeniu "E.T." W.Kotzwinkle’a z miejskiej biblioteki, złapałem za krawędzie okładki książki, przesunąłem palce po jej grzbiecie, otwarłem ją po czym momentalnie zabrałem się do czytania. Chciałem ponownie, lecz tym razem angażując wyobraźnię od strony czytelnika, przeżyć przygodę, która przydarzyła się sympatycznemu Elliottowi i jego nieśmiałemu przyjacielowi gdzieś zza gwiazd, gdzieś z innej odległej kosmicznie samotni. To nie sam początek, nie pierwsze książkowe ,,minuty” tej adaptacji zwróciły moją uwagę i właściwie utorowały mym czytelniczym zmysłom drogę ku dalszej części powieści. To ciepła narracyjność, styl językowy, używanie fantazyjnych baśniowych określeń w kreacji rzeczywistości przez Kotzwinkle’a okazały się tym swoistym centrum, wokół którego, tak jak skupiłem się całym sobą na początku powieści, tak skupiłem się w jej zaangażowaniu, i to do jej końca. Narrator chyba polubił niekształtnego, o długiej szyi, ciężko osadzonym workowatym brzuchu i szerokich, podkreślających pomarszczoną skórę twarzy oczach, kosmitę, opowiadając w pewnej części wydarzenia z jego perspektywy, które miały tu miejsce; zarazem podkreślając ten ujmujący, sympatyczny oraz bezpośredni rodzinny klimat.

,,Stworek”, ,,gnom”, „stary poczciwy mikrobiolog”, ,,istota pozaziemska”, ,,opiekun” czy w końcu „E.T.” to fantazyjne, fantasmagoryczne określenie; sympatyczne, mające w sobie znak ciepła i enigmy, imię, nadane prastaremu inteligentnemu kosmicie, który towarzyszy nam od początku, aż do końca powieści i o wiele, wiele dłużej, jakby miał zapisać się w naszych umysłach i pchany tą swoją niesamowitością i nieprzenikliwością nigdy stamtąd nie zniknąć. Historia tego stworzenia potrafi zmiękczyć serducho, a swym końcem fabularnym skruszyć kajdany, które u ,,smutasów” i przytłoczonych beznadzieją oraz jednostajną i dystopijną codziennością więżą prawdziwe, skrywane uczucia. Z tej swojej prawdziwej, niezwykle szczerej i pełnej wdzięku nieśmiałości gnoma wyziera świadectwo zrozumienia i chęci niesienia pomocy każdemu napotkanemu stworzeniu, gdyby tego potrzebowało; sam fakt wielomilionowego – liczonego w latach – wieku „E.T.” potwierdza, że jest to przykład wiekowej mądrości, niczym niestrudzony, bezcenny archetyp wiedzy i doświadczenia, na oczach którego dojrzewały gwiazdy, galaktyki, rozwijały się i upadały Cywilizacje. Szlachetność, nieskalana dobroć, która kryje się wewnątrz fikuśnego, ślamazarnego ciała kosmity, który skradł zaufanie Elliotta, Michaela, małej Gertie a nawet psa: Harveya, jest tak wielka, że stworek może wpływać na współodczuwanie innych istot, przekazując im swoją wiedzę i to na zasadzie silnego połączenia neuronalno-telepatycznego, którego nauka zapewne nie byłaby w stanie wytłumaczyć. W ten sposób może on przelać całą wiedzę, którą posiada o Wszechświecie, a swoim długim, miękkim palcem poprzez dotknięcie nim jakiegoś stworzenia – co może być nawiązaniem do niezwykle metafizycznego "Palca Bożego", fresku Michała Anioła z początku XVI wieku - może go uzdrowić, czy, tak jak w przypadku roślin: przyspieszyć ich wzrost.

Narracyjność, którą zastosował Kotzwinkle w sympatycznej dla czytelniczych zmysłów, otoczce, jest trzecio-osobowym, lecz opowiadanym z perspektywy wielu postaci sposobem przytaczania odpowiednio chronologicznego przebiegu wydarzeń w adaptacji: "E.T." Stevena Spielberga z 1982r. Dzięki scaleniu się z każdą molekułą postaci, z której to pozycji autor opowiadał wydarzenia powieści, a przemawiał nawet przez sylwetkę czworonożnego przyjaciela Elliota – psiaka: Harveya, co może zaskakiwać, uzyskano piękny familijny, wręcz wzorcowo przyjazny klimat, który w głównej mierze miał podkreślić walory kinowego pierwowzoru. Ostatecznie wyszło to pierwszorzędnie, lecz aby zbudować prawdziwe napięcie - ten nietuzinkowy nastrój, to przysłowiowe coś, co zapadnie każdemu widzowi, a tu czytelnikowi, w pamięć, posłużono się uwypukleniem dramatyzmu w konstrukcie fabuły - w postaci wątku kosmicznego wędrowca i jego relacji z Elliotem i innymi ludźmi. Po prostu zawsze znajdzie się ktoś, kto usilnie, wręcz do przesady, będzie doszukiwał się celowości, szkody, złych intencji w danej osobie, zjawisku czy rzeczy, jakby chciał koniecznie wyciągnąć ,,drugie dno”, niszcząc w rzeczywistości coś solidnego, długo budowanego i szczerego. Tak było w przypadku nieśmiałego, sympatycznego ,,stworka”, którego Agenci Rządowi USA musieli schwytać, by poznać jego tajemnice, a co najgorsze, by te tajemnice wykorzystać w obrębie własnego państwa i nie dzielić się tym z nikim innym; przecież taka technologia w rękach ,,wroga” to czysta zguba. Uważne obserwowanie otoczenia „E.T.”, prawie że pościg za Elliotem i innymi dziećmi, które chroniły przyjacielskiego im ,,gnoma”, przyczyniło się do wzmocnienia dramatycznego wydźwięku powieści, które apogeum osiągnęło w jej ostatnich stronach tudzież filmu Spielberga, w momencie, gdy tajemniczy ,,ludzie z odznaką” otoczyli mieszkanie Elliotta i jego mamy, Mary, i gdy ,,stworek” z wyżłobioną poprzez zmarszczki na twarzach wiekową, mądrą starością, i przyjaznych oczach umierał z samotności i tęsknoty za kosmicznym domem, który go tu przyprowadził. Lecz mimo to, z odczuciem bezcennej ulgi, ,,stworek" przeżył i opuściwszy Ziemię z podobnymi mu towarzyszami udał się do gwiazd.

Oprócz opowieści o uczuciach, sympatii do życia i o tym, że niekoniecznie pierwsza napotkana przez ludzkość obca istota od razu musi ją zgładzić, tylko akurat okazać się przyjaznym, normalnym jak my gatunkiem inteligentnego czującego stworzenia - zawartych w nowelizacji Kotzwinkle’a, jak i w filmie, należy dodać, iż powieść ta nauczyła czytelnika, aby nie traktować naszej planety jak prywatnej instytucji, placówki, czy domu na własność. Ziemia nie ma przypiętej metki, że to my jesteśmy jej właścicielami. Każdy inny organizm ma takie samo prawo korzystania z niej, jak my, inteligenti ludzie.

pokaż więcej

 
2018-08-27 11:53:22
Ma nowego znajomego: GrzegorzIgnacy
 
2018-08-26 18:57:27
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Lem

W swym całym zakresie, wręcz ogromnym, bezcennym, ale i wciąż rozrastającym się zbiorze literatura science-fiction bywa odmienna, ot niesamowicie różnorodna. Można by rzec, iż pozory mylą, gdyż używając specyficznego porównania, wydaje się być ona organizmem, który patrząc z ,,zewnątrz” wygląda idealnie, wskazując na to, że jest ona wewnątrz spójna, stabilnie jednorodna. Poszczególne książki,... W swym całym zakresie, wręcz ogromnym, bezcennym, ale i wciąż rozrastającym się zbiorze literatura science-fiction bywa odmienna, ot niesamowicie różnorodna. Można by rzec, iż pozory mylą, gdyż używając specyficznego porównania, wydaje się być ona organizmem, który patrząc z ,,zewnątrz” wygląda idealnie, wskazując na to, że jest ona wewnątrz spójna, stabilnie jednorodna. Poszczególne książki, ich serie i cykle różnią się od siebie w tym określonym rodzaju fantastyki: od małych detali po znaczne, charakterystyczne różnice, dając w ten sposób niesamowitą gałąź różnorodności w jej obrębie. Konsekwentnie pojawiają się w niej podgatunki, charakterystyczne przypisane danemu dziełu lub jego większemu cyklowi, wyróżniające go na tle innych dzieł z gatunku science-fiction elementy kulturowe i inne dylematy moralno-filozoficzne, dając ten sposób wspaniały wachlarz pozycji, spośród których każdy czytelnik fantastyki naukowej znajdzie coś dla siebie. Autorem, który potrafił odnaleźć się w tym nieustannie rozrastającym się, niczym powiększający swą ekspansję Wszechświat, Uniwersum Science-Fiction, dając kulturowej myśli ludzkiej coś czego nasza Cywilizacja raczej nie zapomni, ideologicznie i z dozą mistrzowskiego wyczucia wtłaczając w jej ducha rozważania nad sensem ciągłego rozwoju technologicznego Ziemian, jest Stanisław Lem.

Fanom omawianego szeroko rozpowszechnionego gatunku beletrystycznego, niniejszym przytoczonej postaci, której zasług o astronomicznym znaczeniu nie sposób jest zapomnieć, przedstawiać nie trzeba. Nasz rodak, to mówiąc w ,,pigułkowym” uproszczeniu praojciec nietuzinkowego słowotwórstwa w obrębie fantastyki, a także mistrz słowa pisanego i jeden z prekursorów studium etyczno-filozoficznego, zazębionego wokół naukowych, futurystycznych tematów – nie raz będącego dużo bardziej ważniejszym niż sam wątek, który jest cechą tego rodzaju literatury, a ściślej tego rodzaju dzieła. Świętej pamięci Stanisław Lem pisał powieści, które miały w sobie pewien abstrakcyjny wyróżniające je, pierwiastek; powieści, których jakby samych z siebie nie dało się traktować, jako zwykłe, zapychające wolny po pracy czas lub urozmaicające coraz dłuższe październikowe popołudnia, czytadła. Jeśli ktoś czuje pewien przesyt od wartkiej akcji, nakreślanych, jakby nieustannie powielanych scen walk w przestrzeni kosmicznej pomiędzy armadami okrętów wojennych reprezentujących strony licznych Galaktycznych Federacji, Związków i Republik, opisu niesamowitych światów zamieszkiwanych przez zaawansowane obce kultury, feerii kształtów strzelistych, futurystycznych konstrukcji, zawartych w opowiastkach i różnych pozycjach literatury fantastyczno-nuakowej, bądź chce zwyczajnie odpocząć od tego ,,zabarwionego” tyglu fikcyjnych różności, kierując się na filozoficzne wyjaśnienie wielu przyszłych, futurologicznych czekających człowieka spraw, to dorobek Lema jest odpowiednią ku temu literaturą.

Zaczynając swoistą wyprawę w refleksyjne oraz intelektualne Uniwersum Science-Fiction będące dorobkiem sympatycznego, niezwykle elokwentnego polskiego pisarza, socjologa i futurologa, którego z racji pogodnej aparycji winno określić się z jego imienia: ,,Panem Stanisławem”, trudno dokładnie wybrać dzieło, przez które można ,,dostać się” do serca założeń, które autor chce nam przekazać. Jedni powiedzieliby, że należy zacząć od "Solaris" – najbardziej znanej na świecie powieść Lema, która doczekała się dwóch kinowych adaptacji, w 1972 i 2002 roku. Z kolei drudzy na pewno napomknęliby o pojedynczych, krótkich powiastkach bądź zbiorze opowiadań, które pozwoliłyby czytelnikowi na zaznajomienie się ze stylem pisania, językiem i konstruktem głównej problematyki, którą Stanisław Lem w swych dziełach tak bardzo chce się podzielić. Nie znając żadnej z jego książek, lecz mając styczność z podobnym przekazem stawiającym całą kulturę, myśl ludzką i dzieje gatunku człowieka przed wielkim wyzwaniem, które to wyłaniają się z utworów A.C. Clarke’a, np. "Spotkanie z Ramą", czy też cykl "Odyseja Kosmiczna", zdecydowałem się, aby wybrać "Głos Pana" – przelanie myśli i idei Lema na kartki papieru z wróżebnym, jakby profetycznym tytułem, co również można powiedzieć o treści niniejszego dzieła, o której niezwykłej mocy przekonałem się później – podczas dogłębnego zaczytania się w jego specyficzną zawartość.

Czy to "nota od wydawcy", czy to "Przedmowa" do omawianego tworu Stanisława Lema, wszystko staje się w nim niepodważalnie istotne; pozwalając głęboko wniknąć w umysł pisarza, wręcz zamienić się z nim miejscami. Takie prowadzenie powieści, gdzie, jak widać nie tylko jest istotna jej cała osnowa fabularna, kupuje w zupełności moje gusta i czytelnicze zmysły. "Głos Pana", o czym wspominałem wyżej, nie jest typowym spopularyzowanym rodzajem wartkiego, pozbawionego ideologizmów i estetyki filozoficzno-socjologicznej, obrazu literatury science-fiction, która zalewa półki księgarni internetowych i stacjonarnych, aż po brzegi. To rozprawa, traktat naukowy, esej i ze względu na narracyjność, która nie przypomina niczego, co kojarzone jest z normalną powiastką i nowelą fantastyczną; mógłbym rzec, że jest to swoista ,,monografia”, której głównym meritum jej autora jest próba zrozumienia, a potem wytłumaczenia i wyłożenia jak profesor podczas prowadzonych wykładów na uczelni, czym dokładnie był tajemniczy sygnał - strumień promieniowania neutronowego i związany z tym „Żabi Skrzek”, które były świadectwem kontaktu z wyższą, obcą Cywilizacją, i jak było to postrzegane przez pryzmat socjologiczny: błędy w kalkulowaniu natury ,,Głosu Pana” bądź kwestia znaczenia pierwiastka gatunku ludzkiego na tle rozległego Wszechświata, co samo w sobie napędza idee futurystyczne.

Człowiek nie jest doskonałym organizmem: zarówno pojedynczym fizycznym osobnikiem, jak i zbiorowym, tworzącym społeczne skupiska i gromady, bytem. Pragniemy zdobywać technologiczne szczyty, nie patrząc na to, co obecna technologia znaczy dla nas. Mimo iż Stanisław Lem stosował w swoich bardziej przypominających prace naukowe, powieściach, piękne, z zacięciem profesorskim i kulturowym słownictwo, to jego dzieła trafiają do grona, ba, całej rzeszy czytelników. Używając jedno z jego słów, którymi posługiwał się w niniejszej, poddanej analizą i ,,operacjom” ,etyczno-umysłowej ,,innej powieści”, muszę stwierdzić, że czuć tu było - zwłaszcza pod koniec jej zawartości – manichejski sposób na wytłuszczenie idei "Głosu Pana". Pierwszoosobowy narrator dzieła Lema, z fachu będący świetnym matematykiem lawirował wraz z innymi naukowcami: Rappaportem, Eeney’em, Donaldem itp., własnymi kąśliwymi myślami wokół definitywnego rozstrzygnięcia pochodzenia sławetnego sygnału, wokół którego sztab specjalistów założył nawet pewien projekt; a wszystko po to aby ,,Silentium Universi” zostało złamane, by człowiek poznał podstawowy cel istnienia Wszechświata i destynacje siebie samego, siebie, jako myśliciela, jako gatunek i jako cała Cywilizacja, którą tworzy.

,,Głos Pana", dzięki niezwykle inteligentnemu owinięciu sobie jego istoty wokół ,,fabuły” powieści okazał się, co ciężko do końca zrozumieć przypadkowym odebranym polem neutronowym, które dostało się do ziemskiej aparatury przez wyrwę w czasoprzestrzeni od strony innego umierającego Wszechświata. Ciężko do końca, nawet bym rzekł na 101%, było pojąć deliberacje Lema nad strukturą boskiego sygnału, ,,Żabim Srzekiem” i „Panem Much”. Możliwe, i to zapewne w jakimś stopniu, jest, aby ów pisarz celowo zaprawiał główny wątek swoimi filologizmami, socjologizmami i innymi ,,izmami”, by sam czytelnik rozprawiał nad tym czym może być, i co stanowi dla ludzkości ,,Głos Pana”.

Stanisław Lem nie napisał barwnej, pełnej akcji, jak w tym przypadku, powieści, gdzie paradoksalnie ów wywód powieścią nazwać nie można. Autor stworzył ,,philosofical-fiction”, niezwykłe studium socjologiczno – fizyczne, w którym, jak umiarkowany nieprzesadny optymista zestawił rzeczywiste możliwości technologiczne ludzkiej Cywilizacji, z tymi, którymi być może nigdy ona nie osiągnie. Stanisław Lem to człowiek, który nie boi się krytyki i ma do siebie gigantyczny dystans. Nie popada w zadumę, i tego samego oczekiwałby od czytelnika, który powinien wiedzieć, że w przyszłości nie wszystko musi być ,,mega”, ,,hiper” i ,,super”. Musimy akceptować Wszechświat w każdej skali, taki jaki jest, bo to jest nasz dom, tak samo jak być może dom innych, czekających na odkrycie Inteligentnych Istot.

pokaż więcej

 
2018-08-20 20:11:29
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Rok 2011, w kwestii wydarzeń wielkoekranowego świata Superbohaterów, na pewno będzie zapamiętany, i to na długo. A wszystko za sprawą tego w jakim kierunku podążało wtedy kinowe "Uniwersum DC", mimo że jego komiksowy szeroki pierwowzór – wszechźroródło, niczym perpetuum mobile, z którego wyłaniało się wszystko co z historiami obrazkowymi jest związane: pojedyncze zeszyty, wydania zbiorcze i... Rok 2011, w kwestii wydarzeń wielkoekranowego świata Superbohaterów, na pewno będzie zapamiętany, i to na długo. A wszystko za sprawą tego w jakim kierunku podążało wtedy kinowe "Uniwersum DC", mimo że jego komiksowy szeroki pierwowzór – wszechźroródło, niczym perpetuum mobile, z którego wyłaniało się wszystko co z historiami obrazkowymi jest związane: pojedyncze zeszyty, wydania zbiorcze i większe wydania kolekcjonerskie, miało się w tym względzie stosunkowo całkiem dobrze; seria "Flashpoint", po której narodziła się jedna konkretna płaszczyzna, jedna rzeczywistość, z której do dziś wyłaniają się postacie, dosłownie każde wydarzenie, miejsca i planety,: "The New 52", istotnie chociażby na to wskazuje. Tym pamiętnym superbohaterskim filmem adaptującym realia ekspresyjnej, ujmującej narracji obrazkowej "Uniwersum DC" jest "Green Lantern" z Ryanem Reynoldsem jako Halem Jordanem w roli głównej. Co istotne, sam film opowiadający o historii pierwszego ziemskiego "Zielonego Latarni" - członka intergalaktycznego Korpusu strzegącego pokoju i równowagi w podzielonym na sektory Wszechświecie, który to używa spektrum fali elektromagnetycznej o barwie zielonej w celu walki ze złem – barwie oznaczającej energię Woli – przez wielu uważaną za najpotężniejsze źródło mocy we Wszechświecie, w ogólnej ocenie sympatyków kinowego "Uniwersum DC" nie byłby zły, gdyby nie fakt, że opowiadanie tego dzieła efektami specjalnymi, które tu zdecydowanie przełożono nad narrację produkcji, czyli w większej mierze tok zdarzeń oraz nad relację między postaciami i fabułę, wpłynęło na pogubienie się wielu ważnych wątków w strukturze filmu, który swym zakończeniem potwierdził, że zbyt pochopnie, prawie na umór koniecznie chciano umieścić w nim, wszystko co możliwe do umieszczenia, aż do przesytu, aby zasypać widza jak największa ilością informacji o Halu Jordanie i historii innych Zielonych Latarni oraz problemów i wrogów, z którymi się zmagają.

Wspomnienie co nieco o kinowym "Green Lantern" z 2011 roku jest o tyle ważne, że mimo iż można nie być fanem tej produkcji, to zapoznanie się z całą jej treścią stanowi dla nas gotowy materiał do porównania jej z komiksowym pierwowzorem, na podstawie której ona powstała. Stwierdzenie co było i co jest w historiach obrazkowych o Korpusie herosów dzierżących w ręku charakterystyczne pierścienie wyrażające ich silną, będącą kreatorem potężnych konstruktów energetycznych, wolę, przez pryzmat filmu, pozwala nam nieco wiarygodniej i obiektywniej spojrzeć na samą naturę kinowej adaptacji. Każdy błąd, niepotrzebne bądź niewyjaśnione motywy, które w komiksach były klarowne w odbiorze, a które to w filmie same wchodziły całemu dziełu pod nogi, gubiąc całą jego treść niemożebnie, jest wtedy zwyczajnie dostrzegany. Z drugiej strony takie działania zachącają do zaangażowania się w doświadczanie kolejnych komiksów o losach Hala Jordana - Latarni sektora 2814, spośród podzielonego na 3600 sektorów obserwowalnego Kosmosu. Taki jest urok adaptacji świata komiksów – specyficznego rodzaju filmu, który atakuje wieloma bodźcami nasze zmysły, wymuszając w ten sposób zapamiętanie wyglądu postaci, poszczególnych elementów scenerii, czy widowiskowych efektów specjalnych będących tą ,,wypasioną” częścią filmu. Dlatego też zapoznawanie się z kolejnym tomem narracji obrazkowych z serii "Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni", mającym tytuł: "Światło w Butelce", będzie o tyle niesamowitym, obezwładniającym niemożebnie odczuciem, że da to możliwość sięgnięcia po obrazy, momenty, postacie zapamiętane z filmu z 2011r. i odtworzenie dzięki ich wyobrażeniu projekcji ,,ruchomego komiksu” we własnym umyśle; czyli jednym słowem: ożywienie komiksu tak, aby nie przypominał on tylko rozrysowanych, zawieszonych w czasie plansz, które opowiadają nam dane wydarzenia, lecz, by zaczął on trwać własnym, rozwijanym przez naszą wyobraźnię życiem.

Być może ogólny przebieg i zakończenie "Prawa Sinestro" – pierwszego tomu cyklu komiksowego "Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni" od "DC Odrodzenie" nie było aż tak istotne w podjęciu przeze mnie decyzji o jego kontynuacji. Kluczową rolę odegrały tu raczej: piękny, niezwykle dokładny w kwestii rysunku i wypełnień wyglądu Żółtych i Zielonych Latarni oraz niebotycznej eskalacji mocy spektrum świetlnego wyłaniającego się z ich pierścieni, penetrujący zmysł wzroku, styl graficzny, a także umiejętne rozpisanie postaci Hala Jordana, bez którego pierwszy tom niniejszego cyklu straciłby na znaczeniu. Również, gdyby nie film z 2011 roku, to kto wie, czy tak szybko sięgnąłbym po "Światło w butelce". Dlatego pozostaje mi tylko się cieszyć i mieć niesamowitą satysfakcję z faktu, że tom 2 wpadł w moje żądne komiksowych, nerdgastycznych wrażeń ręce i co najważniejsze od razu przypadł mi do gustu; bo jakby to powiedział przeciętny Kowalski: przeczucie nigdy nie zawodzi.

Roberta Vendittiego przedstawiać nie trzeba. To wybitny scenarzysta, który jeśli chodzi o sagę "DC Odrodzenie", czyli nadawanie kształtów przygodom Hala Jordana i innych Zielonych Latarni, jak do tej pory spisuje się o wiele lepiej, niż można by jakkolwiek przypuszczać; ponadprzeciętnie – można by rzec, że wręcz genialnie. Nadawanie historiom Korpusu dużej dawki dynamizmu, i poczucia że rozgrywane tu wydarzenia są, jak czytany z zapartym tchem akt, nie jest łatwym zadaniem. Ciekawić mogło, jak Venditti wyjdzie z sytuacji, w której finisz "Prawa Sinestro" oznaczał definitywną porażkę Zielonych Latarni, a niestety, gorzkie zwycięstwo Korpusu Sinestro. Sytuacja w zastępach nadludzko silnych istot, reprezentujących różne kategorie spektrum emocjonalnego, co samo w sobie, jako taka forma energii jest w jakimś stopniu upłynnioną wersją Kamieni Nieskończoności w Uniwersum Marvela, może znacznie wpłynąć na losy Hala, Johna Stewarta i innych strażników 3600 sektorów Wszechświata. Dlatego też tak specyficzne nakreślenie historii ostatnich stronic tomu 1 niniejszej serii powinno wymusić rozwinięcie i rozstrzygnięcie wielu wątków w tomie 2 i kolejnych wydaniach np. odrodzenie się Hala Jordana i przyszłość obu Korpusów: Żółtych i Zielonych Latarni, i to na poziomie decyzji poszczególnych postaci.

W końcu przed nami "Światło w Butelce" – komiks, od którego oczekiwano tej wzrastającej fabularnej mocy – rozpisania postaci Hala Jordana, rzucenia całkowicie nowego światła na jego sylwetkę, bo powiedzmy sobie szczerze nie jest to ten sam Hal, co sprzed serii "Flashpoint – punkt krytyczny". Mówi się, że historia tomu drugiego jest historią pełną nadziei, przykładem niezłomności i wzorem czystej, niezgłębionej wiary w swoje oraz możliwości innych; wiary, której żadne zło nie mogłoby zniszczyć. Owszem, jest w tym jakaś część prawdy. Jest w tym nawet dużo, dużo więcej niż nadzieja i silna wola przezierająca przez całą historię. Ten komiks, dzięki fantazyjnemu, urokliwemu, niczym narracja obrazkowa żyjąca własnym życiem, nie mająca pojęcia, że jest ona częścią fikcyjnego ,,dwuwymiarowego” świata zabarwieniu, uzyskanemu poprzez tytaniczną i dokładną pracę Scivera, Sandovala i m.in. Tarragony, opowiada o prawdziwe fizycznej i emocjonalnej walce, o ciężarze winy i odpowiedzialności, która spoczywa nawet na istotach z góry skazanych na wieczność i nieśmiertelność: na Strażnikach Wszechświata. Cała historia przedstawiona w tym wydaniu rozpoczyna się niespotykanym, naprawdę dość dziwnym aktem: Korpus Zielonych Latarni, który przetrwał dominację, a potem furię zastępów Lanternów Sinestro, staje dosłownie twarzą w twarz z Korpusem Żółtych Latarni. Powód takiego specyficznego spotkania wyjaśnia sama Soranik Natu – córka niesławnego zdrajcy Zielonego Spektrum Emocjonalnego: Sinestro, prostując sytuację, iż wartości wpojone Korpusowi przez jej ojca nie mają nic wspólnego ze Strachem, lecz wyzierają złem i brakiem poszanowania czegokolwiek we Wszechświecie. Przykładem może być "Machina Strachu", dzięki której Sinestro chciał poddać swojej woli cały egzystujący Kosmos. Na szczęście pojawił się Hal Jordan, który niespotykaną do tej pory wśród żadnych Latarni gigantyczną eskalacją mocy, zgładził podłego Sinestro, tym samym niwecząc jego plany. Lecz nie ma nic za darmo. Usunięcie swojego fizycznego ciała z egzystencji spowodowało zapaść Hala do poziomu czystej energii Woli i umieszczenie jej w pierścieniu, który nosił. Hal stał się pierścieniem, a pierścień Halem; nieprawdopodobna i najczystsza forma kontaktu Green Lanterna z Energią Woli.

Przebywanie niematerialnej formy jestestwa Hala w tzw. "Szmaragdowych Przestworzach" nie trwało długo. Gdy w międzyczasie na Xudar Żółci i Zieloni Lanterni walczyli z zabójczym, kosmicznym pasożytem: Starro, wpadając w ten sposób w pułapkę Larfleeze’a – Pomarańczowego Lanterna Chciwości, który wykorzystał "Brainiaca 2.0" aby podbijać światy i kolekcjonować je z racji tego jakie spektrum emocji reprezentuje, tylko dla siebie, ostatni dwaj Strażnicy Wszechświata, Ganthet i Sayd, wzywają na pomoc awatara życia – Białego Lanterna, za którego wizerunkiem kryje się postać Kyle’a Raynera. Kyle opanowując wszystkie 7 świateł emocjonalnego spektrum sprowadził Hala do normalnej rzeczywistości, lecz w osobie najpotężniejszego z wszystkich „Lanternów”, jako fan „Uniwersum DC” dostałem tylko garstkę możliwości, a nie niepodważalną, czystą siłę Raynera.

Ostatecznie "Światło w Butelce" zwycięża w emocjonalnym i energetycznym względzie – dzięki pięknie oraz bardzo dynamicznie, szeroko i widowisko rozrysowanym scenom pojedynków Korpusu Żółtych i Zielonych Latarni z zastępami chciwego Larfleeze’a. Niestety kijem po łapach należy potraktować owe wydanie za zbyt szybką historię; aż takie tempo temu zabarwieniu emocjonalnemu nie było potrzebne. A w fabule, nawiązując do tytułu niniejszego komiksu, tryumfują współpracujący ze sobą Lanterni: Woli i Strachu. Dzięki podstępowi, którego się nie spodziewałem, i który to był ciekawym cliffhangerem w konstrukcji akcji komiksu: wszczęcie pozorowanej bójki pomiędzy uwięzionymi w szklanej butli członkami Korpusu Żółtych i Zielonych Latarni, co spowodowało u Larfleez’a uczucie strachu z powodu straty swojej żyjącej ,,kolekcji” i ostatecznie jego zgubę, przekonałem się do jego wartkiego tempa fabularnego. Pomijając historię z 60 lat w przyszłości, która nastąpiła zaraz po finiszu głównej historii niniejszej narracji obrazkowej, pozostaje pytanie: czy stała współpraca między Zielonymi a Żółtymi strażnikami pokoju jest w ogóle możliwa? Czy dzieje "Latarni" w "Uniwersum DC" powinno pisać się w taki sposób?

pokaż więcej

 
2018-08-15 18:44:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione
Autor:

Gdy George Lucas tworzył świat "Gwiezdnych Wojen" nikt nie spodziewał się, że dzisiaj będzie to niemal symbol, cudowny wyjątek od reguły, abstrakt i popkulturowa perełka, która wyzwoli w kinie i kulturze fantastycznej nieograniczone pokłady energii. Ten pochodzący z Modesto w Kalifornii amerykański reżyser dał podwaliny światu, w którym miłość do kina będzie tworzyć - i wciąż tworzy - nowe... Gdy George Lucas tworzył świat "Gwiezdnych Wojen" nikt nie spodziewał się, że dzisiaj będzie to niemal symbol, cudowny wyjątek od reguły, abstrakt i popkulturowa perełka, która wyzwoli w kinie i kulturze fantastycznej nieograniczone pokłady energii. Ten pochodzący z Modesto w Kalifornii amerykański reżyser dał podwaliny światu, w którym miłość do kina będzie tworzyć - i wciąż tworzy - nowe wymiary. Niebywałym osiągnięciem Lucasa jest fakt, że wraz z premierą pierwszych kinowych "The Star Wars" z 1977r. zainicjował swoistą reakcję łańcuchową, która, jak efekt motyla trwa do dziś, i która wywarła i wciąż wywiera gigantyczny wpływ nie tylko na kulturową myśl ludzką, ale i na życie całej rzeszy ludzi, dając im wspaniałą, wypełniającą całych ich pasję.

Oprócz kinematografii "Gwiezdnych Wojen", która zaangażowała ten czysty właściwy start sadze Space Fantasy George'a Lucasa, istotne jest jej literackie, równie potężne galaktyczne brzmienie. Teoretycznie, to nie "The Star Wars" z 1977r. pojawiło się jako pierwsze spośród dzieci kalifornijskiego artysty samouka, lecz nie wykonane, ale zlecone bezpośrednio przez Lucasa, zaadaptowane i napisane na podstawie scenariusza dzieła, które miało dopiero wyjść - mające cele promocyjne, literackie "Gwiezdne Wojny". Śmiała i odważna decyzja, która lata później, z roku na rok powstawania kolejnych powieści i komiksów z obrębu sagi "Star Wars", aż do 2014 roku dała niemożliwy wręcz do objęcia w ramy pojmowania, żyjący gigantyczny organizm – Wszechświat "Galaktyki Gwiezdnych Wojen". Postaci, planet, przebytych przez bohaterów lat świetlnych, liczonych w parsekach szlaków handlowych i popularnych tras pozwalających na łatwą penetrację Galaktyki, jest tyle, że "Lucasfillm Ltd." musiało zatrudnić osoby, które, by to wszystko systematycznie katalogowały, dbając w ten sposób o porządek i równowagę w Uniwersum; wystarczy spojrzeć na mapę mitycznego Wszechświata "Star Wars" aby się dostatecznie o tym przekonać: otulone miriadami gwiazd dziesiątki Planet tworzące znane z filmów, ale i przede wszystkim te z równie żywej literatury "Legend" jak i "Kanonu" po 2014 roku, swoiste rzeczywistości. To właśnie dzięki książkom - zarówno Staremu jak i Nowemu Kanonowi mogliśmy być świadkiem narodzin "Zakonu Jedi" oraz co istotne dla uważnie śledzących czytelników: doświadczyć odnalezienia przez Jedi energii, która scala rzeczywistość i stanowi o każdej żywej Istocie. Nie zapomnijmy, że beletrystyka i jej odpowiedniki w postaci historii obrazkowych pokazały nam również powstanie "Zakonu Sithów" i ich ewolucję do znanej złowrogiej postaci, nie wspominając o wydarzeniach na wiele tysiącleci przed pojawieniem się Luke'a Skywalkera i innych galaktycznych kolei losu na nawet 100 lat po zniszczeniu przez niego Gwiazdy Śmierci. Cieszę się, że żyję w takich czasach, w których Ciemna i Jasna strona Mocy – jedne z symboli Space Fantasy, które znane są miłośnikom popkultury na całym świecie – na moich oczach piszą karty historii Uniwersum "Star Wars", przyczyniając się do jego coraz to większej ekspansji.

Nazywany powszechnie "Nowym Kanonem" lub "Kanonem" zbiór wszystkich treści dotyczących fantastycznej rzeczywistości "Gwiezdnych Wojen" począwszy od wpisów encyklopedycznych, biografii, przekrojów artystycznych, a skończywszy na nazwach planet, postaci i opisie przebiegu charakterystycznych wydarzeń i poszczególnych okresów w dziejach Galaktyki, zawartych po 2014 roku, powstał w okresie, gdy nowe szefostwo "Lucasfilm Ltd." jak i twórcy pracujący nad kontynuacją Epizodów klasycznej trylogii po "Powrocie Jedi", postanowili, aby odświeżyć markę, którą zbudował George Lucas; chcąc głównie dać Uniwersum nowy wachlarz rozwiązań i porcję niebywałego polotu, który jednocześnie zachowałby wierność do klasycznego pierwowzoru, ale szedłby swoją określoną ścieżką, tworząc niezwykle inspirujący nowy Wszechświat "Star Wars". W konsekwencji dało to nie tylko mające spójność głównego Kanonu filmowe Epizody, ale i nowe kinowe obrazy, których treść może odbiegać od tego, co zawarto w tzw. "Legendach". To właśnie dzięki "Nowemu Kanonowi" zacząłem swą przygodę z ujmującą, osadzoną w mitycznym, ale jakże pochłaniającym fana świecie, tematyką "Gwiezdnych Wojen". Z Kanonem jestem od samego początku, więc niezwykle trudno jest nie czytać powieści, jak i komiksów z tego okresu tudzież podziału. Trudno mi było przejść obojętnie obok powieści przedstawiających losy bohaterów, których znaliśmy z serialu animowanego "Wojny Klonów" ; powieści, które odświeżały historię Luke’a Skywalkera – np. "Dziedzic Jedi"; czy biografii Wielkiego Moffa Imperium: Wilhuffa Tarkina, i np. zamknięcia w ramy beletrystyki zmagań Lorda Dartha Vadera, który wraz z Imperatorem Palpatine’em ścigał rebelianckie ,,szumowiny”, jednocześnie sprawdzając swoją lojalność wobec mistrza Dartha Sidiousa, a ta niestety była lekko nadwyrężana.

I tak, niczym niestrudzony literacki wędrowiec wciąż trwam wraz przy tym jak rozwijają się "Gwiezdne Wojny", które w odróżnieniu od 1977 roku nie mają statusu jednej wydanej adaptacji książkowej i filmu oraz kilku zestawów figurek, lecz stanowią gigantyczny globalny organizm, który jak Moc otacza i przenika każdego zaangażowanego w to Uniwersum fana. W końcu przyszedł czas, aby zaangażować się w nowelizację "Star Wars: The Last Jedi" – wg. niektórych genialnego z iskrą głębi Mocy, a z kolei przez innych uważanego za kontrowersyjny: VIII Epizodu głównej Sagi, wokół której budowane jest wszystko, co związane jest z tym Uniwersum.
Autorem niniejszej książkowej adaptacji, tym, który wtłoczył w jej dwuwymiarową płaszczyznę zamierzenia Riana Johnsona, dając im nieco więcej polotu i naturalnej charyzmatycznej głębi, jest Jason Fry, z którego twórczością do tej pory się jeszcze nie zetknąłem, aż do teraz, do nowelizacji "Ostatniego Jedi". To, że kinowa perwotna wersja tego specyficznego obrazu wybudziła ze mnie ukryte pełne szacunku do "Gwiezdnych Wojen", w których jak widać bohaterowie przeżywają własne dramaty i nie jest to dziecinne, tylko pisane przez samą Wolę Mocy, uczucia, to jedno. Ale sięgnięcie granic, gdzieś jakby godnym Tytana albo abstrakcyjnych bytów, umiejętności pisarskich, które pozwoliły poczuć Moc, jako złożoną kosmiczną, wyzierającą z Wszechźródła siłę, to drugie. Niesamowite, wręcz bezcenne osiągnięcie Jasona Fry'a; to coś co ,,kupiło" przychylność i gusta wielu fanów "Gwiezdnych Wojen", zmieniając ich spojrzenie na galaktyczny świat, jaki znali do tej pory.

Moc się przebudziła; osobiście to poczułem – niczym niezmienne, niezgłębione nie porównywalne z niczym innym z literatury fantasy i sci-fi, czego doświadczałem do tej pory, do chwili otwarcia tej niezwykłej powieści. To z jej prologu dowiadujemy się, że Luke nigdy nie był Jedi, jakby to nie było mu w ogóle pisane. Nie poznał Lei Organy, wrócił na rodzinne Tatooine i nadal pracował na "Farmie Wilgoci". Miał żonę Camie, a wujek Owen i ciocia Beru umarli dużo później niż znamy to z filmu z 1977 roku. Brzmi to jak banialuki fana teorii spiskowych, ale tak, to rzeczywiście miało miejsce w literackiej adaptacji Epizodu VIII "Star Wars", jako część rozszerzenia oryginalnego dzieła, co zapewne zostanie wzięte w Nowym i ogólnym Kanonie pod uwagę. Problem w tym, jak to wytłumaczyć. Jak zrozumieć ni to sen, ni to wizję, której doświadczył Luke zapewne na Ahch-To. Czy jest to świadomość Mocy, która w takiej osobliwej formie nawiedziła Luke'a, aby ten w końcu zrozumiał, że bycie Ostatnim Jedi, to nie kara, wygnanie i ucieczka od losu, lecz przeznaczenie, do którego wypełnienia pcha go sama Moc? Kylo Rena już nie ma, pozostał tylko potwór w ludzkiej skórze i kotłująca się, lecz niepewna ciemność w tym młodym sercu, w ciele siostrzeńca Luke'a. Snoke nie może dostać w swoje ręce Rey, nie może zaburzyć kosmicznej Mocy, wykorzystując jej zawirowania. Galaktyka nie może paść łupem najeźdźcy z "Nieznanych Regionów", dlatego też zagubiony Skywalker musi pomóc zbieraczce złomu z Jakku odbudować "Zakon Jedi". Takie właśnie było znaczenie prologu do beletrystyki Jasona Fry’a. Coś musiało dodatkowo pobudzić przytłoczonego, pogodzonego z własnymi błędami mistrza Jedi. I tak też się stało. Postać Luke’a została przywrócona do łaski i decyzje Riana Johnsona w płaszczyźnie wydarzeń filmu, co do neutralności w zachowaniu Skywalkera mają swoje wytłumaczenie .

"Star Wars: The Last Jedi" w wersji literackiej adaptacji jest na prawdę pomyślne rozpisaną powieścią. Wiadomym jest, że takie dzieła, z powodu bazowania na scenariuszu konkretnego filmu, inaczej się odbiera, niż, ot tak napisane dzieło. W przypadku "Ostatniego Jedi" oczywistym i znajomym będzie wiele znanych nam z filmu zdarzeń: fabuła z wątkami i ogólne relacjami między postaciami. Na uwagę zasługuje jednak kreacja przestrzeni tempa akcj: począwszy od malowniczego Ahch-To a skończywszy na opisach feerii kształtów, wykwintnych wzorów i niesamowitych kolorów elity istot goszczących w kasynie Canto, oraz na mrocznych opalizujących zgodnie z rytmem odzienia Kylo Rena i jego nastroju wobec Mocy, korytarzach "Supremacy" - Mega-niszczyciela, którego tu w powieści wykreowano na 60-kilometrowej rozpiętości gargantuiczną, o rozszerzonym klinie, samowystarczalną machinę zagłady. Zaskoczyć mógł zabieg przedstawienia odczuć danej postaci, zastosowany przez Fry’a, czyli tego co taka postać myśli o sobie, jak pojmuje sytuację, w której się znajduje i wiele innych psychologiczno-duchowych aspektów z tym związanym. Przykładem widzenia świata i patrzenia na powieść przez pryzmat wybranej postaci, może być trzecioosobowy narrator uwypuklający myśli Rey w powieści "The Last Jedi", w momencie jej medytacji i skupienia się na Mocy, lub odczucia, wrażenia wypływające z silnej osobowości - jak to określiła Maz Kanate - Rose Tico. Takie zabiegi literackie pozwalają dosłownie ,,wejść" w postać i dzięki temu bardziej przyswoić sobie treść filmu, ba całą ideę przekazu filmowego i literackiego. Podobna sytuacja meandruje wokół uchylenia rąbka tajemnicy z genezy Snoke’a, gdzie wtapiając się w jego ,,trzecio osobowe” myśli mogliśmy poznać niezwykłą, potęgę, pochodzenie i jadowitą zachłanność lidera "Najwyższego Porządku".

Wiele tej powieści zawdzięczam. Jest to najlepsza książkowa adaptacja jakiegokolwiek kinowego dzieła, jaką kiedykolwiek czytałem w życiu. Poczułem głębię Mocy.

pokaż więcej

 
2018-08-04 14:15:42
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Książka jest przypisana do serii/cyklu "Horror". Edytuj książkę, aby zweryfikować serię/cykl.

W poszukiwaniu inspiracji do czytelniczego, osobniczego doświadczenia strachu wpisanego w dwuwymiarowe karty papieru pośród literatury horroru, a w szczególności horroru oscylującego wokół daty powstania – w ciągu ostatnich 20 lat, nie sposób nie natknąć się na autorów, którzy pasjonowali się twórczością ,,Prometeuszy", niczym pierworodnych i piewców tego gatunku – znakomitości zeszłych... W poszukiwaniu inspiracji do czytelniczego, osobniczego doświadczenia strachu wpisanego w dwuwymiarowe karty papieru pośród literatury horroru, a w szczególności horroru oscylującego wokół daty powstania – w ciągu ostatnich 20 lat, nie sposób nie natknąć się na autorów, którzy pasjonowali się twórczością ,,Prometeuszy", niczym pierworodnych i piewców tego gatunku – znakomitości zeszłych stuleci. Autorów, którzy starali się czerpać z całego tyglu wystudiowanego, po części wyśrubowanego - począwszy od XIXw. wieku , a skończywszy na latach 80-tych XX wieku przez legendy powieści grozy - pojęcia mrożącego, okalającego naszą psychikę ostrym cierniem i zardzewiałą masą drutu kolczastego, negatywnego odczucia jakim jest strach. Ich jako pisarzy, jako mistrzów pióra z grona artystów ,,makabry” cechuje coraz większa świadomość, że czytelnicy wciąż chcą się bać; chcą w tym trwać i ewoluować, ale pragną, aby wyglądało to na osobnicze przeżycie, jakby skierowane tylko do nich, niczym do ostatniego czytelnika na Ziemi.

Krocząc bocznymi dróżkami, obserwując uważnie własne związane z pasją czytelnika poczynania, można albo całkowicie wypaść z rytmu i zabłądzić pośród niemożności odnalezienia konkretnego stylu literackiego najbardziej dla nas uniwersalnego - zazębionego na ten przykład wokół horroru, albo odnaleźć tę jedną odnogę na tej drobnej dróżce, która będzie prowadziła nas do konkretnej ścieżki – wzoru, którym będziemy posługiwać się, decydując o wyborze najbardziej dla nas przystępnej i opisującej nas, literaturze, gdzie z każdym takim wyborem, z każdą taką decyzją będzie coraz bliżej do odnalezienia tego ,,świętego Graala” beletrystyki z gatunku horroru, bo przecież jak dobrze wiemy strach, to przemożne wywołujące katatonię, stan obłędu lękowego i paraliż niewyobrażalnego chłodu subiektywne, negatywne odczucie. Jak podkreślałem w ostatnich moich recenzencko-opisowych wywodach skupiających się na analizie literatury grozy, w szczególności tej z XIX w. i tej współczesnej, wychodzącej spod pióra mistrzów tak specyficznego tworzenia, wręcz uwypuklania ,,szlamowatego” ściskającego nerwy czytelnika, napięcia, od dawien dawna i pewnie będzie tak w przyszłości, ciężko było, jest i ciężko będzie stworzyć taką powieść, aby potrafiła przestraszyć każdego zagłębiającego się w niej czytelnika. Czy to Lovecraft, czy to King lub Koontz – to wybitności literatury mimo, iż wielu z nas wydawać by się mogło, że tylko twórczość Kinga do nas dociera; reszta jest najwyżej sztampowa lub nie pasująca naszym gustom i wyobrażeniom horroru. Z kolei ktoś może nagle wykrzyczeć, że to Lovecraft, Bram Stoker, czy jeszcze ktoś inny stworzył coś tak abstrakcyjnie dobrego, tak przerażającego, że większego geniuszu w ukazywaniu mackowatego, oddziałującego na każdego poddającego się lekturze książek takowego autora, nie ma; a w dodatku poczuć niemożny dotykający każdą komórkę ciała czytelnika i przesycający ją dogłębnie, płynący z zawartych tu treści i idei, chłód” powinien każdy tego doświadczający.

Przed zdecydowaniem się na kolejną pozycję z noweli i powieści pośród klasycznego bądź nie lub z domieszką thrilleru i głębokiego metafizycznego doznania, horroru, miałem pewien kłujący moje osobnicze odczucie literackiego gustu, dylemat. Nie wiedziałem i całym sobą nie potrafiłem odczuć tego, czy czytając kolejne dzieła z gatunku literatury grozy i innych dreszczowców mam kierować się szukaniem w nich wskazówek, które to wskazywałyby na jeszcze bardziej w uniwersalnym odczuciu: przerażające, ziejące wszechobecnym, niezgłębionym strachem ich zabarwienie, gdzie każda kolejna pozycja miałaby być ,,straszniejsza” od poprzedniej. Z drugiej strony zastanawiałem się, czy poddanie się takiej lekturze będzie lepsze, gdy pozostawię swój umysł otwarty na to, co pokaże mi książka, gdy popłynę wraz z jej fabularno-emocjonalnym nurtem. Postanowiłem jednak, że dużo bardziej swobodniej podejdę do kolejnej książki zazębiającej się w tematyce horroru, niż w przypadku opowiadań Lovecrafta, z którego bagażem doświadczenia, i to, jak wpływał pojedynczo na czytelników wiązałem określone ,,nadzieje” i reperkusje, które oczekiwałem, aby je odczuć. Dlatego też mówiąc po młodzieżowemu ,,podszedłem do tematu na luzie” i na "Nieznanym" Josehpa Citro skupiłem się tak, aby to książka sama opowiedziała się dla mnie, pozostawiając mnie samego jej całej treści; płynąc zgodnie z jej nurtem.

"Nieznany" Josepha Citro od razu przykuwa uwagę czytelnika, ale pół na pół, ot wizualnie przede wszystkim. A dlaczego? Przerażająca, obsceniczna, pozbawiona skóry twarzoczaszka człowieka, lub jakiegoś demona bądź upiora zarysowuje swe kształty na powierzchni okładki powieści, tuż nad obciekającym u podnóża napisu jej tytułem i pisanym gotycką czcionką imieniem i nazwiskiem autora. Już od samego początku jej wielowątkowej, mającej masę powiązań między postaciami fabuły buduje się charakterystyczne napięcie. Otóż na mieszkańców Eureki w stanie Vernmont w USA, jak i okolic, zasadza się jakaś dziwna mroczna siła, która z perspektywy czytelnika jest bardziej czymś materialnym, przybierającym formę dzikiej bestii czy jakiegoś koszmarnego przerośniętego jestestwa, niż zwodniczego mrocznego bytu – czegoś bez dolnych i górnych granic to określających. Pierwsze kilkanaście stron powieści w dość intrygujący sposób wprowadza nam to paskudne, atakujące ludzi ,,coś”. Być może był to chwyt łapiący czytelnika za przysłowiowe ,,serce” lub nagły z posmakiem psychologii i grozy przekaz fabuły, wybijający się nad ogólną narrację "Nieznanego"; a rozchodziło się o Lavigne’a – postać, z którą rozpoczynamy naszą przygodę z dziełem Josepha Citro. Mężczyznę zaatakowało jakieś wysokie, przerażające paskudztwo, coś co mogło być człowiekiem, demonem, jak i koszmarem, którego widoku wpisanego w jego umysł Lavigne nie mógł pozbyć się przez dłuższy czas. O całym zdarzeniu opowiedział on – i tu wkraczamy w fazę poznania najważniejszej, zwykłej, walczącej ze swoimi pokusami persony – Rogerowi Newtonowi – dziennikarzowi, który z racji miłości do innej pasji kupił pewien bar, wyremontował go, nazwał „The Newsroom” i zaczął normalnie funkcjonować starając się prowadzić ustatkowaną, ale i ambitną egzystencję. Jednak pojawia się natychmiast pewien dylemat. Z jednej strony Roger, jego ni to kochanka ni to pracownica Laura, i wiele później pojawiających się postaci, oprócz chłopców: Stacy’ego i Jarvisa, którzy do ostatecznej płynności narracji zostali rozpisani naprawdę bez zastrzeżeń, okazują się zwykłymi ,,szarakami”- przeciętnymi ludźmi, których życie przebiega po prostu dobrze, których aktualne przypisane im koleje losu nie wskazywałyby na to, że co kol wiek złego mogłoby im się przydarzyć. Jednakże z perspektywy całej powieści tak niemożne ściśnięcie wielu charakterów na tak ograniczonej objętościowo i przestrzennie w rzeczywistości jej wydarzeń, płaszczyźnie, odbiera tą intymność w odczuciu negatywnych emocji i przykrych porażających, takich jak strach wrażeń, powodując, że "Nieznanemu" jako dziełu daleko do literackich wybitności makabry, psychologicznego dreszczyku i grozy.

Zwracając uwagę na nie do końca szczerą, wyszukaną i niezbyt jasną kwestię tego, co kryło się za Windy’go, Wielką Stopą, czy też Winny-go jak Harley Spooner nazywał tą bestię atakującą mieszkańców stanu Vermont – bez względu, jak to coś byśmy nazwali – należy przyjrzeć się przypisaniu tej przesyconej sokami zła istocie pochodzenia etnologicznego. Otóż jej obecność w malowniczej, szeroko rozpostartej okolicy Eureki, zaczęto odnotowywać w XIX w. kiedy sprowadzili się tu czarnoskórzy niewolnicy. Jednym słowem odprawiali oni jakieś obrzędy i wierzyli w dziwne bóstwa; stąd wśród nich doszło do jakiejś dziwnej ewolucji nie tylko kulturowej, ale i biologicznej. Stwora, czy też stworów, bo raczej było ich kilka, których widzieli chłopcy, Lavigne oraz Les Winthrop i inni, można nazwać dzikim tubylcem z dobrze nałożonym na ciało i wiernie odwzorowanym ową czarną bestię strojem. Lud, który przybył pod Vermont przed laty i przetrwał do dzisiaj dbał o swoją tradycję, obrzędy, terytorium i zobowiązania. A zobowiązaniem tubylców stało się śledzenie i obserwacja ,,Syna Cienia", którym był przodek starszego czarnoskórego mężczyzny – Cooly’ego; to on pomógł dzieciakom wyjść z opresji Bestii, i co niezwykłe, nie zginął z rąk legendarnego, rzekomego stwora, gdyż ten prawdopodobnie pomylił go z jego nieżyjącym już dziadkiem, co samo w sobie było ciekawym literackim cliffhangerem.

Czyż nie jest to zbyt zawiłe, zbyt poplątane niczym sieć mrocznych korytarzy w starym średniowiecznym zamczysku? Czy tak w beletrystyce Josepha Citro miała wyglądać przygoda ze strachem, tym subiektywnym, starym jak ludzkość odczuciem? Czy to dobrze, że Bestia i jej – nazwijmy to – bracia z jednej krwi i kości, odeszli, gdy uporali się z własnymi mitami, przeszłością i przeznaczeniem? To nie jest ,,zło”, które jest okrutną niemożną, odradzającą się i powracającą ,,nienazywalną” siłą, które będzie dzisiaj, jutro, które będzie zawsze. "Nieznany" autorstwa J.Citro powinno przyporządkować się do kategorii proto-horrorów, w których horrorem są raczej średnie literackie ,,jump scare’y” dopieszczane barwnymi opisami przerażających aspektów, a głównym konstruktem fabularnym jest sensacja połączona z dramatem i śledztwem.

pokaż więcej

 
2018-07-29 13:01:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Deadpool (tom 8) | Seria: Marvel NOW!

Ten rok w światowym kinie rozrywkowym, a przede wszystkim kinie science-fiction i adaptacji historii komiksowych Uniwersów, to niewątpliwie rok sequeli: począwszy od "Jurassic World", a skończywszy na mocno pokręconym "Deadpoolu 2". W ten sposób, na własnej skórze możemy się przekonać, że warto przeznaczyć nawet tę najcenniejszą porcję czasu na pasję, która wypełnia nasze zmysły, i która w... Ten rok w światowym kinie rozrywkowym, a przede wszystkim kinie science-fiction i adaptacji historii komiksowych Uniwersów, to niewątpliwie rok sequeli: począwszy od "Jurassic World", a skończywszy na mocno pokręconym "Deadpoolu 2". W ten sposób, na własnej skórze możemy się przekonać, że warto przeznaczyć nawet tę najcenniejszą porcję czasu na pasję, która wypełnia nasze zmysły, i która w pełni nas określa - stanowi o naszym kulturowym otwarciu się na świat. "Deadpool 2" to nie tylko jeden z tych filmów z najlepszymi napisami końcowymi jakie można było sobie wyobrazić, by w ogóle zaaranżować je w filmie w taki, a nie inny sposób, ale i prawdopodobnie najlepsza kontynuacja pierwszej odsłony danego dzieła w dziejach tego gatunku filmowego, ba, w dziejach adaptacji komiksowych Uniwersów. Byłbym w prawdziwym błędzie niczym niezgodny z przepływem wewnętrznego Chi mnich, gdybym stwierdził, że takowe, adaptujące przygody pozbawionego naturalnego, stonowanego rozumowania najemnika z nawijką, dzieło, nie wywarło na mnie żadnego wpływu, nie stając się w ten sposób inspiracją w wielu bardzo ważnych dla mnie kwestiach. "Deadpool 2", mimo iż przedstawiał z lekka różniącego się od swojego komiksowego pierwowzoru Wade’a Wilsona, dał mi tego solidnego ,,z krwi i kości” kopniaka, tą anormalną, nadnaturalną zachętę aby śledzić jego przedziwne, wprawiające czytelnika w fiksację umysłu przygody, szczególnie te z inicjatywy "Marvel NOW!", która kreuje Deadpoola w przyjemny, lecz z nieco pewnymi różnicami, bardzo przystępny i naturalny dla tego typu postaci sposób.

Od pewnego czasu, w Uniwersum narracji obrazkowych Marvela ukazuje się seria o dość prosto brzmiącym tytule, ale o wiele bardziej skomplikowanym wydźwięku i znaczeniu, niż można było przypuszczać, a jest to: "AXIS". Prequelem do tego eventu jest piąty tom "Uncanny Avengers", czyli tzw. Preludium, które służy dokładniejszemu zrozumieniu przyczyn "AXIS" i tego czym ono jest - przy czym bardzo istotny dla jego odbioru przez czytelnika staje się z kolei: "Avengers i X-Men: AXIS" oraz komiks, w którym Hobgoblin mierzy się z psychopatycznym Carnage’em; pojedynek między takimi łotrami i to w tak specyficznej oprawie staje się pożądanym przez fanów zjawiskiem. Mówiąc w telegraficznym skrócie, cały niniejszy event polega na dość specyficznym zjawisku. Otóż w wyniku wojny ziemskich superbohaterów z Red Skullem zostało rzucone, nazwijmy to potężne wykorzystujące pole telepatyczne zaklęcie, które w głównym komiksowym Uniwersum powoduje zamianę dotychczasowych ról jakie pełnili bohaterowie i ich adwersarze oraz liczni złoczyńcy. Ci dobrzy, zawsze stojący po stronie prawa i będący na straży bezpieczeństwa kosztem własnego życia, herosi, stali się złymi, zawistnymi jednostkami. Natomiast ci o bestialskich, agresywnych i nie szanujących życia na większą skalę skłonnościach, łotrzy, stali się przeciwieństwem samego siebie, jakby to zło zaczęło coś z nich wyciągać. Według mnie, co w ogóle jest niesamowite i jakby zarazem okrutne dla wszystkich postaci, które przewinęły się przez „AXIS” , zamiana osobniczej natury – tego, w jakich ideach się wychowano i jaką stronę medalu się reprezentuje – to sytuacja nie do pozazdroszczenia. Teoretyczne zwycięstwo nad złowrogim Red Skullem miało gorzki, obły posmak, niczym stare porzekadło: ,,będziesz jadł, a nie poczujesz smaku”.

Gdy role bohaterów i super-przestępców się odwróciły, nie można nie powiedzieć, że ktoś tak odmienny od wszystkich, jak Deadpool, wyszedłby z tego cało. Ostatecznie i jego dosięgły tego rodzaju fatalne reperkusje. Wade Wilson, najlepszy komiksowy najemnik kontraktowy, nad którego psychiką nie jeden behawiorysta łamałby sobie pióro by go opisać, przeszedł na stronę dobra – czyli w jego przypadku, gdy przypieliśmy mu łatkę anty-bohatera, Wade stał się neutralną, ogarniętą oceanem spokojnych, wędrujących w eterze Wszechświata myśli, istotą; stał się Zenpoolem. Lecz, jak to z odzianym w czarno-czerwony trykot, aby nie widać śladów krwi od ciał swych pokonywanych wrogów Deadpoolem, bywa, ten neutralny, zsynchronizowany z energią Chi stan rzeczy nie trwa zbyt długo. Jednakże na pewien czas przed ,,narodzinami” Wilsona jako Zenpool, Wade spotyka wiele ciekawych postaci, rzeczy i doznaje specyficznych wydarzeń, w których zaangażowanie jego osoby było rzeczywiście czymś niezwykłym, czymś co świadczy o porządnej pracy scenarzystów i o tym, że seria "Deadpool" od "Marvel NOW!" idzie w bardzo dobrym, utrzymując się ciągle na wysokim poziomie, kierunku.

Zanim od pierwszej do ostatniej planszy niniejszego wydania narracji obrazkowej, w której spandexowy najemnik obraca się wokół eventu "AXIS", tak wczytamy się w tą pozycję, nasze oko na pewno skupi się na jej dość nietypowej zewnętrznej okładce. Przedstawia ona białe tło, w które wpisany jest czerwono-czarny kolisty symbol równowagi wewnętrznej "Yin i Yang", a w nim zwróceni naprzeciw siebie twarzą do stóp, jakby zamykający harmoniczny przepływ energii, widnieją dwaj Deadpoole: jeden normalny, którego znamy od lat, a z kolei drugi - ubrany w szarobrązowe mistyczne szaty, jakie wdziewają adepci wschodnich sztuk walki, oraz zamiast pistoletów i dwóch katan skrzyżowanych na plecach wyposażony w najzwyklejsze w świecie drewniane grabie. Czy aby nie staje się to zbyt dziwne? Nic z tych rzeczy. Sam fakt, tak nietuzinkowej linii graficznej owej miękkiej okładki ósmego tomu "Deadpoola" nastawia nas na dużą dawkę pozbawionych piątej klepki, nietuzinkowych przygód, w których to centrum będzie trwał on, Deadpool.

Wade Wilson w otoczeniu spokoju, utopijnej scalającej jego Wszechświat w jedność harmonii; w czarno-szarym, jak u mistrza wschodnich sztuk walki odzieniu oraz z naszyjnikiem w postaci białych kul różnorakiej wielkości. W taki sposób Wade oddaje się czynnościom pielęgnacyjnym ,,ogrodu Zen” na terenie swojej posiadłości w Queens, w Nowym Jorku. To nie jest czcze wyobrażenie i jakieś rysunkowe banialuki grafików tworzących dla serii "Deadpool" z "Marvel NOW!"; to treść plakatu na początkowej poprzedzającej start fabularny tego tomu, stronie, która ma przygotować czytelnika na ujmując to w prosty sposób: ,,przekozacką”, osobliwą wersję prawdopodobnie najlepszego najemnika z Uniwersum Marvela - Deadpoola.

Gdy już ta specyficzna, odrębna do tego, co prezentuje ten anty-bohater grafika, weszła nam mocno w pamięć, nadszedł czas, by przyjrzeć się jak ów komiks się zaczyna, jak się rozwija w nim dość intrygujący motyw "AXIS", jak odnajduje i zmienia się w nim Wade i jakimi tego reperkusjami ten tom się skończy. Pierwsze stronice niniejszego wydania "Deadpoola" to dość mocne, pod względem moralnej i lepszej strony natury Wilsona, co samo w sobie jest niezwykłe, wejście. Nasz spandexowy, lubujący się w łojeniu skóry ,,złolom”, najemnik z nawijką spotyka się w domu agentki Preston ze swoją córką Ellie. Tam dziewczynka znajduje schronienie, przyjaciół i rodzinę, coś czego Deadpool jest świadom, że nie mógł jej tego dać i być może, jako przykład ,,ściskanej" i ukrywanej ojcowskiej miłości nigdy nie będzie jej dane, by tego doświadczyć. To nie jest ten sam Wade Wilson, co ze starszych, klasycznych historii obrazkowych Marvela. ,,Nowy" Wade boi się zdjąć maskę i pokazać Ellie, jak wygląda jego prawdziwa naznaczona zbliźniałą, pękającą tkanką twarz. Można odnieść wrażenie, że Deadpool ma wyrzuty sumienia o to, że jest tym kim jest obecnie, a nie jest tym kim powinien być od dawna, normalnym ojcem. Rozmowy z córką przerywa atak Draculi, który jak widać od tomu 5, aż do teraz - do tomu 8, nie przestaje atakować spandexowego zawadiaki. Tym razem król wampirów przywdział gruby, tubalny, metaliczny pancerz, stworzony, aby zabić Spider-Mana, no i przy okazji Deadpoola, ale, jak to z zaczynającymi z marvelowskim najemnikiem łotrami bywa, na gdybaniu i próbach się kończy; Dracula ponownie zostaje powstrzymany. Po odwiedzeniu babki małej Ellie w Specjalnym Zakładzie, gdzie została przetrzymywana, co ponownie świadczyło o tym, że Wade’owi jednak na dobru córki zależy, Deadpool udaje się do posiadłości X-menów im. Jean Grey, gdzie oczekuje na przybycie jego znajomych, mutantów, z Korei Północnej, którym obiecał ostatecznie pomóc uratować ich zaatakowane przez dość silny patogen lub inny zjadliwy czynnik organizmy, głównie dzięki przeszczepowi niesamowicie regenerujących się narządów wewnętrznych Deadpoola. Szybko wplatane nowe wątki, przenoszenia się przez pierwszą połowę komiksu, co kilka plansz w nowe miejsce akcji, nadaje komiksowi tempa i pozwala poczuć się, jak w samym środku kina akcji - a to ułatwia fanowi doświadczającemu ten tom przygód Deadpool scaalenie natłoku informacji, które mają doprowadzić go do przemiany Wade’a w Zenpoola. Lecz zanim do takowej psychicznej, głębokiej przemiany spandexowego najemnika dojdzie, Wade ma, aż pełne ręce roboty, po tym, jak Magneto prosi go o pomoc wsparcia „Avengers” i drużyny „X-men” w walce przeciwko potężnemu Red Skullowi. To wysiłki Scarlet Witch, Doctora Dooma i innych postaci starających się powstrzymać tego złoczyńcę poskutkowały rzuceniem ,,zaklęcia”, które wyłączyło mózg Charlesa Xaviera, którego nagminnie wykorzystywał apodyktyczny Red Skull. Czy sytuacja wróciła do normy i ziemscy herosi mogli w końcu odczuć jakąś ulgę? Otóż nie. Cechy charakteru, świadomość posiadanych celów i idee, w które wierzyli łotrzy i bohaterowie uległy odwróceniu. To właśnie w tym momencie rodzi się Zenpool, któremu tej części Wade’a Wilsona ta ,,hippisowsko-pokojowa” forma reakcji na otoczenie wręcz bardzo przypadła do gustu, lecz tej drugiej agresywnej i nie uznającej kompromisów wersji, to już niekoniecznie – stąd świadomość Zenpoola, że ten prawdziwy Deadpool to najlepszy dla Wade’a Wilsona typ osobowości. Szczęście pokojowej odsłony pozbawionego piątej klepki najemnika nie trwa długo. Zaklęcie przywracające prawdziwe ja wszystkich postaci sprzed "AXIS" zostało rzucone. Mówiąc w skrócie: nasz zawadiaka powraca do czerwono-czarnej wspartej skrzyżowanymi ze sobą katanami wersji kostiumu. Pora, aby teraz rozliczył się on ze swoją żoną Shiklah, znalazł dom dla Evana Sabahnura – nowego Apocalypse’a oraz dla podobnych mu przyjaciół z Korei, którym pomógł dzięki swoim zdolnościom regeneracyjnym i staraniom magii Michaela stanąć na nogi. Mimo to nie czuje on satysfakcji i duchowego spełnienia, z tego, co zrobił, gdy wzniósł się ponad swoje możliwości. Dzięki jego pomocy wiele osób zaznało szczęście, lecz on, cóż... on tego nie czuje. Deadpool nie ma satysfakcji ze swego życia, z założonej na początku samorealizacji.

Jaki stanie się teraz Deadpool? Będzie zgorzkniały, sterylnie pozbawiony emocji? Taki koniec w połączeniu z pseudo-szkolną w stylu elementarza dla przedszkolaków propagandową historyjką Deadpoola, konfrontującego się z anty-ekologicznym Roxxon , która okazała się fenomenalna i kupiła moja gusta zupełnie, to w zupełności rozumiem.

pokaż więcej

 
2018-07-25 15:34:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

14 Maj 1944r., Modesto w Californii. W rodzinie Lucasów – typowej amerykańskiej, jak i ogólnej wydawałoby się, aż nadto przeciętnej ,,małomiasteczkowej” familii, swe pierwsze hausty życiodajnego, rozszerzającego niedojrzałe płucka powietrza, wzmagane płaczem i piskliwym krzykiem w pierwszych chwilach po wyjściu z łona matki na nieznane środowisko, pobiera drobniutki, wręcz mikry noworodek,... 14 Maj 1944r., Modesto w Californii. W rodzinie Lucasów – typowej amerykańskiej, jak i ogólnej wydawałoby się, aż nadto przeciętnej ,,małomiasteczkowej” familii, swe pierwsze hausty życiodajnego, rozszerzającego niedojrzałe płucka powietrza, wzmagane płaczem i piskliwym krzykiem w pierwszych chwilach po wyjściu z łona matki na nieznane środowisko, pobiera drobniutki, wręcz mikry noworodek, któremu rodzice nadadzą imię George. Ponad 30 lat później z tej kruszyny, z tego ubogacającego do tej pory jednostajne życie młodego małżeństwa George’a Seniora i Dorothy Lucasów, narodzi się mistrz; z natłoku nietypowych wrodzonych i nabytych jako młodzieniec, a później mężczyzna, jego cech, powstanie nieuznający kompromisów, zrodzony z niezależności filmowiec, prawdziwy stwórca o pomysłach jakich nie widział dotąd świat, kreator pięknej osadzonej w mitycznej Galaktyce filmowej opowieści, George Lucas.

Ktoś kiedyś powiedział, że George Lucas nie jest człowiekiem; to abstrakcyjna forma życia, która została stworzona przez nadrzędne Uniwersum, aby dać ludzkości "Gwiezdne Wojny". Ktoś, kto z meandrujących, kłębiących się skrawków myśli, dzięki sile sprawczej wynurzył z zakamarków umysłu najsłynniejszą kosmiczną, osadzoną w różnych gałęziach popkultury Sagę fantastyczną, nie mógłby mieć w sobie choć trochę pierwiastka ludzkiego, w tym sensie, jakby jego egzystencja na Ziemi sprowadzała się tylko do tego celu: założenie "Lucasfilm Ltd." i kreacja gigantycznego, a w obecnych czasach wciąż rozrastającego się Uniwersum "Gwiezdnych Wojen". Z jego osobą, jako jedną z najsłynniejszych, najbardziej rozpoznawalnych sylwetek współczesnej kinematografii, jest tak, że traktujemy ją jako legendę, jako kogoś, kto stworzył wokół siebie mit, w który niestrudzenie wierzą ludzie na całym świecie, nawet mimo iż obecnie George ze swoją firmą i wszystkim, co ma miejsce wokół ,,galaktycznego świata” nie ma nic wspólnego. Mówiąc krótko Uniwersum „Star Wars”, to zbyt niezwykły pomysł, idea i twór, który z perspektywy współczesnego miłośnika "Star Wars" jawi się jako bezcenne, odznaczające się astronomicznym, nieporównywalnym z niczym innym wydźwiękiem i odciskające gigantyczny ślad w kulturze masowej i świadomości fanów, dzieło, którego zanurzona w przeciętnej szarości jednostka ludzka nie mogłaby stworzyć. Dla George’a to było przeznaczenie, to sama Moc wybrała go, aby w niespełna rok z kawałkiem po rozpoczęciu marcowych zdjęć na planie filmowym w 1976 roku do nienazwanego do końca produktu filmowego "The Star Wars" dać światu coś, co nadal, niezmiennie, niczym dom zbudowany na skale, 40 lat później trwa w świadomości masy oddanych temu fanów; dać nam „Gwiezdne Wojny”.

Wśród wiernych pośród wiernych, ,,znerdziałych” fanów, wśród Legionu miłośników "Star Wars", teraz, dzisiaj, jutro jestem i będę ja, jako żyjący tym otoczonym przez przenikającą wszystko Moc światem, sympatyk. Kto by pomyślał, że w 2017 roku minęło 40 lat od kiedy słynne majestatyczne fanfary symfonii Johna Williamsa, wprost cudownie otworzyły debiutujące na kinowym ekranie "The Star Wars". Kto by pomyślał, że George Lucas da światu VI wynoszących poza stratosferę, nasze geekowskie doznania Epizdów tej Space Fantasy; że ,,eony” czasu później Rian Johnson wyreżyseruje "Ostatniego Jedi" – film tak różny od tego czym raczył nas ,,stwórca”, i jednocześnie będący częścią Uniwersum i kontynuacją tego, co zaczął Lucas. Idąc tym tropem dedukcji - mając na myśli, jak prawdziwe i żywe niczym olbrzymia zbiorowa jaźń są "Gwiezdne Wojny", można tylko pozazdrościć tym fanom, na których oczach przez całe ich życie powstawała i wciąż powstaje, adaptowała i wciąż się adaptuje, ewoluowała i wciąż ewoluuje ta nieprawdopodobna, galaktyczna Saga. Dlatego też ich stosunek do „Gwiezdnych Wojen” jako miłośników, to ich prawdziwe zrozumienie tego fenomenu i wchłanianie każdej jego molekuły wraz z każdym dniem dorastania, nie będzie takie jak w moim, czy innych fanów przypadku, którzy pierwszy film ze ,,stajni” "Star Wars" widzieli będąc dziesięciolatkami, oglądającymi "Epizod I: Mroczne Widmo" w kinie i śmiejąc się z amfibiotycznego niezdarnego Jar Jar Binksa.

Próbując jak najlepiej przyswoić sobie wszystkie wartości, które wnoszą w szczególności klasyczne części filmowych "Gwiezdnych Wojen", najczęściej jak się da, wracam do pierwszych trzech Epizodów i do książek z zakresu Uniwersum zwanego obecnie "Legendami". To właśnie w większej mierze na literaturze, na książce o dość oczywistym tytule, która to, tak naprawdę była pierwszą powieścią związaną ze "Star Wars" George’a Lucasa i napisaną nie przez niego samego, bo ,,stwórca” ledwo co wybrnął ze scenariuszy do "Nowej Nadziei" i w przyszłości do prequeli, ,,krwawiąc” nad nimi niemożebnie, lecz przez samego Alana Deana Fostera. ,,Książkowe” Gwiezdne Wojny wydano w 1976r. Zatem, dlaczego zrobiono to na tak duży okres czasu przed filmem? Odpowiedź jest prosta, ale i zaskakująca. Powieść, którą napisał Dean Foster była częścią kampanii reklamującej "The Star Wars" – nową produkcję od młodego, ambitnego reżysera, opowiadającą o kosmicznej przygodzie i walce dobra ze złem w Galaktyce , która to na ekranach kin miała zadebiutować w 1977 roku. Jej treść, czyli fabuła, postacie, wątki, miejsca i wszystko inne tu zawarte oparto na scenariuszu do filmu George’a, któremu wiele lat później nada się dodatkowy człon: "Epizod IV: Nowa Nadzieja". Z jednej strony ciekawym doświadczeniem będzie wczytanie się w strukturę tej książki, gdyż teoretycznie okoliczności jej powstania, jako coś na długo przed filmem, z którego to skryptu się ona wyłoniła są niebywałe i nad wyraz niezwykłe; dając nam w ten sposób literacką wersję "Gwiezdnych Wojen" z 1977r., która może zmienić odbiór filmu, zwłaszcza gdy najpierw się go obejrzało a później doświadczyło tej niezwykłej dla wielu fanów beletrystyki. Inną sztuką jest pisać książkową adaptację jakiegoś obrazu kinowego na podstawie scenariusza do niego stworzonego, po tym, jak miał on już swoją premierę, a równie innym i o wiele trudniejszym wyzwaniem jest wzbogacenie treści takiego scenopisu o określone nie wychodzące poza idee, które ma przedstawiać film, elementy rzeczywistości książki i wytłuścić to, tak, aby adaptacja ta była przejrzystym materiałem promocyjnym filmu i ciekawą lekturą na przyszłość. Ku uciesze fanów "Gwiezdnych Wojen" prawdziwym prezentem dla ich spragnionych geekowskich i galaktycznych wrażeń zmysłów najlepiej sprawdza się ostatnia forma przeznaczenia ,,upowieściowionej” formy "The Star Wars" z 1977r.: dzieło literackie rozumiane przez pryzmat przesiąknięcia światowej popkultury fenomenem filmowym Epizodu IV sagi Space Fantasy George’a Lucasa: "Star Wars: A New Hope".

Niniejsza, napisana przez Alana Deana Fostera powieść, jako dość specyficzna, rzadko spotykana przedwczesna adaptacja filmu, musiała zostać przypisana osobie George’a Lucasa, jako jej ,,teoretycznego” twórcy. Film, który miał zrewolucjonizować pojęcie kina rozrywkowego oraz science-fiction i pchnąć go ku ewolucji, która trwa do dziś i nie wydaje się mieć końca, dopiero miał wejść do kin, więc przypisane Fosterowi prawdziwego dokonania nie byłoby dobre dla „Lucasfilmu”, psując w przyszłości odbiór tej kinowej produkcji.

Pierwsze, co tak naprawdę w nowelizacji "Nowej Nadziei" z 1977 roku rzuca się w oczy, to jej początkowe kartki, zaraz po przerzuceniu tytułowej okładki na lewą stronę, na których przed startem ciągu fabularnego powieści widnieje zapis z tajemniczego, do dziś zagadkowego wśród fanów "Dziennika Whills". Potem, gdy już zaczniemy przesiąkać ,,książkową” atmosferą filmu, poznawać i przypominać sobie, jak przebiegały pierwsze filmowe "Gwiezdne Wojny", pewne różnice w opisie, a co za tym idzie w wyobrażeniu sobie wyglądu i zachowania poszczególnych postaci będą aż nadto widoczne. Na ten przykład może posłużyć skromna kreacja postaci Lorda Dartha Vadera, jako ,,dwumetrowej, odzianej na czarno, z peleryną luźno zwisającą z jej barków i wzbudzającej lęk potężnej istoty”, przy zbyt fantazyjnych uwypukleniach szczegółowo każdego punktu będącej tłem wydarzeń przestrzeni. Dość wyraźnie prezentują się kontrasty w niniejszej adaptacji, które stają się tym prawdziwym akcentem dla idei "Gwiezdnych Wojen", jako mimo wszystko kina familijnego pokazującego klasyczny, osadzony w mitycznych realiach pojedynek dobra ze złem. Tym przeciwieństwem do mroku wyzierającego z ściskającego wspieraną działaniem Mocy swą niewidzialną pięść na gardle nieposłusznego Szturmowca, Vadera, jest prawdziwa ciepła, nie pozbawiona sympatycznych sprzeczek relacja między dwoma mechanicznymi droidami, które Luke Skywalker kupił od krępych przykrytych szatami Jawów. R2D2 i C3PO towarzyszą nam przez cały czas trwania akcji tej książkowej adaptacji, samego filmu, jak i kolejnych "Epizodów" Gwiezdnych Wojen, i nie sposób jest nie zarumienić, bądź nie uśmiechnąć się na nagminne narzekanie zbyt uprzejmego i dystyngowanego, próbującego naśladować ludzkie zachowanie C3PO, czy elektroniczne popiskiwania i bipnięcia cylindrycznego i krępego R2D2. To co jednak najbardziej wyróżnia powieść na tle jej kinowego ,,pierwowzoru”, to dołączone, szerzej tu rozpisane sceny, które z głównego materiału filmowego zostały usunięte i figurują jako ,,Director’s Cut”. W ten sposób Alan Dean Foster dał możliwość doświadczenia czytelnikowi spotkania Luke’a z Biggsem na Anchorhead i natknięcia się Hana Solo na Jabba the Hutta na Mos Eisley. Czyż takie literackie i na dodatek pierwsze "Gwiezdne Wojny" nie są piękne? Gdyby nie nasze rodzime niszczące charyzmę tej powieści nazewnictwo, to uderzające w punkt ,,spolszczanie”; gdyby nie słabe opisy walk w przestrzeni kosmicznej i opisy fizyczności istot jak i poszczególnych postaci, a taki charakter książka mieć musiała, bo najważniejsze przedstawienie, czyli film, dopiero miało nadejść, to owa adaptacja byłaby najwyższą notą, godną polecenia pozycją.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
242 235 2026
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (35)

Ulubione cytaty (225)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd