Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Marek Adamkiewicz 
zlapany.blogspot.com
32 lat, mężczyzna, status: Czytelnik, dodał: 1 ksiązkę, ostatnio widziany 2 godziny temu
Aktywności
2017-06-24 12:58:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Punisher Max (tom 1) | Seria: Punisher MAX

Punisher to jeden z najbardziej znanych komiksowych antybohaterów. Od standardowych herosów różni go jedna, zasadnicza cecha – on zabija swoich przeciwników. Takie podejście nie jest w komiksie mainstreamowym zbyt częste, ale czytelnicy zwykle go oczekują. Stanowi inne spojrzenie na regularną tematykę kolejnych tytułów z głównych trykociarskich stajni, czyli walkę z przestępczością. Tutaj na... Punisher to jeden z najbardziej znanych komiksowych antybohaterów. Od standardowych herosów różni go jedna, zasadnicza cecha – on zabija swoich przeciwników. Takie podejście nie jest w komiksie mainstreamowym zbyt częste, ale czytelnicy zwykle go oczekują. Stanowi inne spojrzenie na regularną tematykę kolejnych tytułów z głównych trykociarskich stajni, czyli walkę z przestępczością. Tutaj na scenę wkracza bowiem radykalizm, a świat jest przedstawiany zazwyczaj w czarno-białych barwach. Wydany niedawno „Punisher Max” Gartha Ennisa jeszcze te cechy podkreśla, ponieważ ukazał się w ramach imprintu „Max Comics”, prezentującego tytuły przeznaczone zdecydowanie dla dojrzałego odbiorcy.

Inauguracyjny tom serii zawiera początkowe dwanaście zeszytów napisanych przez Gartha Ennisa, które składają się na dwie zamknięte historie. Pierwsza z nich, „Od początku”, dotyczy próby zwerbowania Franka Castle’a przez CIA. Jako wabik ma posłużyć były współpracownik mściciela, niejaki Micro. Niestety, Punisher nie za bardzo ma chęć na kooperację, a ponadto musi zmagać się z członkami mafii, którzy chcą zemścić się na nim za niedawną masakrę, jaką urządził podczas setnych urodzin jednego z donów. Druga, „Mała Irlandia”, traktuje o irlandzkich gangach operujących w Nowym Jorku i próbach ukrócenia ich działalności przez Castle’a.

Założenia „Max Comics”, jak wspominałem we wstępie, są takie, że w ramach projektu ukazują się poważniejsze komiksy, przeznaczone dla dojrzałego czytelnika. Czasem wiąże się to z poruszaną tematyką i niejednoznacznym wydźwiękiem moralnym danego tytułu, innym razem chodzi głównie o dużą dawkę realistycznej przemocy. „Punisher Max” spełnia założenia w sposób kompleksowy. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to oczywiście główny bohater. Frank Castle nie jest już młodzieniaszkiem, tutaj ma około pięćdziesięciu lat i na walce z przestępczością zjadł zęby. Jest prawdziwym weteranem i doskonale to po nim widać. W interpretacji Ennisa to zgorzkniały mężczyzna, który owszem, kontynuuje swoją misję, ale śmierci kolejnych szumowin nie robią mu już różnicy. Castle nie potrafi jednak żyć inaczej, a jego dzieło wciąż jest potrzebne światu. Własne człowieczeństwo stoi dla niego na drugim planie, co tylko unaocznia czytelnikowi, jak bardzo tragiczną postacią w istocie jest Punisher.

Garth Ennis w swoich projektach często łączy brutalną przemoc z dosadnym, specyficznym humorem, który momentami nieco łagodzi wydźwięk całości. W przypadku „Punisher Max” sytuacja jest diametralnie inna. Obie opowieści są absolutnie na serio, a zawarte w nich okropieństwa nie zostały niczym rozcieńczone. Znajdziemy tu takie motywy jak obcięcie przyrodzenia czy rozczłonkowanie żyjącego człowieka. Świat przedstawiony jest odrażający – gangsterzy, których na cel bierze Castle, nie przypominają członków rodziny Corleone – nie ma w nich żadnego romantyzmu, to bezwzględni przestępcy i mordercy, którzy nie cofną się przed niczym, by zarobić i umocnić swoją pozycję na przestępczej mapie Nowego Jorku. Klimat całości jest wręcz przytłaczający – w świecie Punishera nie ma ani dobra, ani nadziei, tylko nieustanna walka, która może znaleźć swój kres jedynie w momencie śmierci mściciela.

Obie zawarte w tym tomie historie wyśmienicie się czyta. Scenarzysta potrafił świetnie zadbać o tempo akcji – nie dosyć, że cały czas coś się dzieje, to w dodatku ani przez moment czytelnik nie ma wrażenia, że chodzi tylko o strzelaniny i wybuchy. Fabuła angażuje emocjonalnie, co istotne, mimo wszechobecnej przemocy, Ennis nie popada w przesadę. Wszystko ma swój cel, nawet te bardziej brutalne sceny. Autor nie stroni też od wulgaryzmów, ale mimo dosyć dużej częstotliwości ich występowania nie , są niepotrzebne. Wręcz przeciwnie – idealnie określają ludzi operujących w zdegenerowanym świecie przedstawionym.

W komiksie takim jak ten niezwykle istotna jest szata graficzna. Artyści, którzy byli za nią odpowiedzialni, zaprezentowali różne podejście do tematu, jednak w obu przypadkach mamy na czym zawiesić oko. Lewis Larosa w „Od początku” postawił na brudny realizm. Jego ilustracje często bywają mroczne i dosyć szczegółowe w przedstawianiu twarzy (zwłaszcza na zbliżeniach podczas rozmów Punishera z Micro). Przyjęta konwencja świetnie pasuje do mocnego scenariusza. Z kolei Leandro Fernandez tworzy prace nieco bardziej uproszczone. Jest bardziej rysunkowo, i chociaż artyście nie można odmówić talentu, to zaprezentowanie przytłaczającego świata w tym przypadku wypadło nieco gorzej. Uwagę zwraca też, że obaj rysownicy zdecydowali się (za namową Gartha Ennisa?) na szerokie kadry, które dominują w komiksie. Nie ma jednak wydziwiania, układania rysunków w jakieś wymyślne wzory – króluje prostota i jest to w tym przypadku wybór nad wyraz trafiony.

Pierwszy tom zbiorczy „Punishera Max” od Gartha Ennisa jest bez dwóch zdań znakomitą, ale i specyficzną lekturą. Fani komiksu superbohaterskiego niekoniecznie znajdą tu coś dla siebie – panujący na łamach całego albumu klimat beznadziei i przemocy wręcz poraża swoją intensywnością. Tutaj pogoń za zbrodniarzami jest absolutnie na serio, a Punisher nie ma sentymentów ani litości. Jeśli dobrze wejdzie się w świat przedstawiony, lektura na pewno przyniesie czytelnikowi sporo wrażeń. Dobrze, że na kolejne spotkanie z Frankiem Castle nie będzie trzeba długo czekać, kolejny tom jest już zapowiedziany. Ja wyglądam go z niecierpliwością.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - http://zlapany.blogspot.com/2017/06/punisher-max-tom-1-recenzja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/12304

pokaż więcej

 
2017-06-18 13:57:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Thorgal: Louve (tom 7)

Thorgalowe spin-offy powoli zbliżają się do końca. Ideę przyświecającą twórcom, gdy podejmowali się tego zadania, można oceniać różnie. Dla jednych jest to interesujące rozszerzenie świata przedstawionego i okazja do kolejnych spotkań z ulubionymi bohaterami, dla innych zaś projekt jest ewidentnym skokiem na pieniądze fanów. Prawda leży, jak zwykle, pośrodku. Z trzech serii pobocznych, „Louve”... Thorgalowe spin-offy powoli zbliżają się do końca. Ideę przyświecającą twórcom, gdy podejmowali się tego zadania, można oceniać różnie. Dla jednych jest to interesujące rozszerzenie świata przedstawionego i okazja do kolejnych spotkań z ulubionymi bohaterami, dla innych zaś projekt jest ewidentnym skokiem na pieniądze fanów. Prawda leży, jak zwykle, pośrodku. Z trzech serii pobocznych, „Louve” była tą najbardziej magiczną – pojawiali się w niej bogowie, tajemnicze stwory, a bohaterka przeżywała swoje przygody w kilku światach. Siódmy album jest ostatnim przed ponownym połączeniem się fabuł wszystkich cykli pobocznych i głównego.

Louve wyrusza w kolejną niebezpieczną podróż. Córka Thorgala zamierza tym razem przekonać węża Nidhogga, by ten pomógł w ratowaniu wszystkich dziewięciu światów i ponownie zaopiekował się korzeniami drzewa Yggdrasil. Temu zagrażają Czarne Elfy, które chcą ściąć drzewo, a tym samym wzniecić międzyświatową wojnę i pogrążyć wszystko w chaosie. Na drodze Louve czyha wiele niebezpieczeństw, ale dziewczynka odnajdzie na niej także sojuszników, którzy w miarę możliwości spróbują pomóc jej w wykonaniu zadania i zażegnaniu niebezpieczeństwa. Nie będzie to jednak łatwe i nie wszyscy doczekają końca tej przygody.

Fabuła ostatniej części „Louve” toczy się w bardzo szybkim tempie. To bezpośrednia kontynuacja poprzedniego zeszytu i obserwujemy tu dalszy ciąg zarysowanych tam wątków. Yann zdecydował się na swoistą żonglerkę motywami – kolejne prowadzone są bardzo krótko, na zasadzie „dwie strony i przeskok w inne miejsce”. Dzięki temu całość czyta się wyjątkowo szybko, ale z drugiej strony, manewr nie sprzyja budowaniu klimatu. Niestety, żadna z linii fabularnych nie wzbudza większych emocji, a fundamentalny wydźwięk całości (wszak zagrożone jest wszystkie dziewięć światów) przykrywa sobą wszystko, łącznie z bohaterami. A skoro o nich mowa…

Louve jest tu dokładnie taka, jaką znamy ją z poprzednich części cyklu, czyli buntownicza, samodzielna, sprzeciwiająca się Aaricii i tocząca dysputy ze swoim dzikim obliczem – jako główna bohaterka sprawdza się dobrze. Niestety, sporym problemem „Nidhogga” jest brak interesujących postaci drugoplanowych. Taki stan rzeczy mocno zaskakuje, bo takich bohaterów jest tu bardzo dużo. Sęk w tym, że nie tylko żaden z nich się specjalnie nie wyróżnia, ale większość zwyczajnie irytuje. Aaricia znowu wzdycha do Thorgala i w najmniejszym stopniu nie przypomina tej wojowniczej księżniczki, którą znamy i lubimy. Volsung de Nichor jest karykaturą samego siebie – nie jest już sprytnym złoczyńcą bez skrupułów, ale został przekształcony w kreaturę sypiącą słabymi one-linerami. Scenarzysta próbuje ratować sytuację postacią Vigrida, ale rzucane na niego kolejne przekleństwa i plagi są zbyt wyolbrzymione, by przejąć się losem tego pomniejszego boga.

Na kartach „Nidhogga” Yann stara się grać na sentymencie fanów. Wykorzystuje znane postaci (Thjazi, Volsung, Strażniczka Kluczy, Vigrid, Nidhogg, Freya), powiela rozwiązania fabularne (wykorzystanie metalu, który nie istniał, wędrówka po światach, ingerujący w życie śmiertelników bogowie) i próbuje tak wymieszać poszczególne składowe, by efekt końcowy był zadowalający. I w pewnym stopniu faktycznie jest, ale jedynie wtedy, gdy nie mamy od tytułu wywodzącego się od „Thorgala” większych wymagań, aniżeli prosta rozrywka. Sęk w tym, że główna seria zawsze była czymś więcej. Poza warstwą akcyjną twórcy zostawiali czytelnikowi sporo materiału do przemyśleń, a poruszana tematyka była często ważna i niebagatelna. Tutaj tego brakuje – „Nidhogg” jest tylko czytadłem.

Strona wizualna albumu prezentuje się bardzo dobrze. Roman Surżenko ewidentnie czuje klimat „Thorgala”, a jego styl bardzo przypomina sposób, w jaki rysował Grzegorz Rosiński za swoich mniej malarskich czasów. Kiedy polski artysta ostatecznie zrezygnuje z pracy przy swoim flagowym projekcie, to Rosjanin jawi się jako naturalny zastępca i kontynuator jego pracy. Szkoda tylko, że jest to jedyna płaszczyzna, na której najnowszy album „Louve” jest w stanie jakościowo nawiązać do „Thorgala”.

Siódmy tom „Louve” jest niestety pewnym rozczarowaniem. Po obiecującej „Królowej Czarnych Elfów” można było spodziewać się opowieści równie interesującej, a już na pewno nie idącej po linii najmniejszego oporu. „Nidhogg”, jako zwieńczenie serii, wypada dosyć mdło. Wypada się cieszyć, że fabuły tego cyklu i „Thorgala” niebawem znów się splotą. Nie miałbym również nic przeciwko, gdyby połączona całość ponownie poszła w bardziej przyziemnym kierunku, wydaje się, że ciężko będzie wymyślić większe zagrożenie dla światów niż to, z którym bohaterowie mierzyli się w „Nidhoggu”.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - http://zlapany.blogspot.com/2017/06/thorgal-louve-tom-7-nidhogg-recenja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/12293

pokaż więcej

 
2017-06-15 20:13:33
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Książka jest przypisana do serii/cyklu "Moc Fantastyki". Edytuj książkę, aby zweryfikować serię/cykl.

Raczkujące wydawnictwo Ifryt pokazuje się jak dotąd z bardzo dobrej strony. Wydali długo oczekiwaną powieść Agnieszki Hałas - autorki znanej przede wszystkim za sprawą świetnych opowiadań o Krzyczącym w Ciemności, postaci, która rozpoczęła swój „papierowy” żywot na łamach magazynu „Science Fiction”. Natomiast w ich zapowiedziach widnieją tak dobrze zapowiadające się tytuły jak kontynuacja... Raczkujące wydawnictwo Ifryt pokazuje się jak dotąd z bardzo dobrej strony. Wydali długo oczekiwaną powieść Agnieszki Hałas - autorki znanej przede wszystkim za sprawą świetnych opowiadań o Krzyczącym w Ciemności, postaci, która rozpoczęła swój „papierowy” żywot na łamach magazynu „Science Fiction”. Natomiast w ich zapowiedziach widnieją tak dobrze zapowiadające się tytuły jak kontynuacja „Przedksiężycowych” Anny Kańtoch czy też nowa powieść jednego z najzdolniejszych autorów młodego pokolenia – Sebastiana Uznańskiego. W towarzystwie takich nazwisk pojawia się nagle nieznany szerzej debiutant – Maciej Żytowiecki. Wydawałoby się, że zatrudnienie takiego „świeżaka”, poruszającego się w dodatku w dosyć wyeksploatowanych tematach literackich, może być sporym ryzykiem. Czy tak jest w istocie?

Akcja powieści dzieje się w Chicago u schyłku lat 30. XX wieku. Miastem wstrząsa seria brutalnych morderstw. Ofiary, młode prostytutki, są znajdowane okaleczone i pozbawione zębów. W dodatku przy każdych zwłokach morderca zostawia niepokojący upominek. Sprawa zostaje przydzielona detektywowi Ezrze, którego specjalnie na tę okazję przełożeni przywracają do pracy w policji. Wraz ze swoim partnerem, Pollockiem, Ezra będzie musiał wziąć się ostro do roboty, gdyż z kolejnymi dniami ofiar stale przybywa, a włodarze miasta żądają szybkiego zakończenia sprawy.

Zarys fabuły brzmi dosyć banalnie, by nie rzec - wtórnie. Morderca zbierający krwawe żniwo wśród kobiet lekkich obyczajów, próbujący go powstrzymać dzielny policjant, strzelaniny, zagadki. To wszystko już było. W dodatku postać Ezry na pierwszy rzut oka za bardzo nie różni się od swoich literackich kolegów po fachu. Jest cyniczny i zgorzkniały, jednak pod tą powłoką skrywa coś więcej. Nie chce tego przyznać, ale pragnie, aby wszystko ułożyło się dobrze i zależy mu na szczęściu osobistym. Wtórność można jednak odczuwać jedynie na początku książki, im dalej w las, tym jest coraz gęściej, a autor wprowadza nietuzinkowe rozwiązania i dodaje coraz więcej smaczków. Oto w ciele bohatera zamieszkuje demon. Początkowo mało o nim wiemy, jednakże z czasem odkrywa on swoje prawdziwe zamiary, a sposób, w jaki autor rozwiązał kwestię jego pochodzenia i celu zachowań imponuje oraz jest jednym z największych atutów powieści. Kolejnym jest sposób, w jaki Żytowiecki uzasadnił istnienie magii. Wszystko zostaje przedstawione w sposób możliwy do zaakceptowania bez zbytniego przymrużania oka.

„Mój prywatny demon” jest dosyć „rozstrzelony” gatunkowo. Z jednej strony to czysta historia kryminalna (zwłaszcza w pierwszej części powieści), z drugiej autor wprowadza do niej sporo elementów realistycznego horroru, nie stroni także od dodania pewnych motywów rodem z literatury urban fantasy. Wydawałoby się, że tak szeroki zakres gatunkowy może zaszkodzić płynności powieści. Nic bardziej mylnego. Kolejne elementy tylko wzbogacają historię, sprawiając, że pod koniec bardzo ciężko się od niej oderwać.

Można jednak znaleźć w debiucie Żytowieckiego także i wady. Rozczarować może kreacja świata przedstawionego. Chicago mogłoby być spokojnie zastąpione przez jakiekolwiek inne miasto. Autor praktycznie w ogóle nie pozwala poczuć, gdzie toczy się akcja. W dodatku nie potrafi pokazać czytelnikowi ducha lat 30. Owszem, wspomina o prohibicji czy o rosnących w siłę nazistach, ale czyni to w sposób niezapadający w pamięć, sprawiając że akcja mogłaby bez uszczerbku dla opowiadanej historii dziać w czasach obecnych. Dobrze byłoby, gdyby Żytowiecki popracował nad tym elementem.

A zatem czy opłaciło się wydawnictwu Ifryt publikowanie książki kompletnie anonimowego autora? Moim zdaniem, jak najbardziej. „Mój prywatny demon” jest powieścią naprawdę dobrą. Na początku może nieco zbyt chaotyczną i niepozbawioną drobnych potknięć językowych, jednak patrząc całościowo bardzo satysfakcjonującą i godną polecenia tym, którzy cenią sobie „krwistą” rozrywkę.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - http://zlapany.blogspot.com/2011/09/maciej-zytowiecki-moj-prywatny-demon.html

pokaż więcej

 
2017-06-14 11:54:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Szósty tom „Detective Comics” pozostawił po sobie bardzo pozytywne wrażenie. Francis Manapul i Brian Buccellato, twórcy dobrze przyjętych przygód Flasha z „Nowego DC Comics”, pokazali że mają pomysł jak poprowadzić Batmana w serii, w której Nietoperz zadebiutował. Pomysły autorów zaostrzyły niewątpliwie apetyty fanów, którzy mieli wszelkie podstawy wierzyć, że w dalszej części przygody... Szósty tom „Detective Comics” pozostawił po sobie bardzo pozytywne wrażenie. Francis Manapul i Brian Buccellato, twórcy dobrze przyjętych przygód Flasha z „Nowego DC Comics”, pokazali że mają pomysł jak poprowadzić Batmana w serii, w której Nietoperz zadebiutował. Pomysły autorów zaostrzyły niewątpliwie apetyty fanów, którzy mieli wszelkie podstawy wierzyć, że w dalszej części przygody artystów z tym konkretnym cyklem, będzie przynajmniej równie dobrze jak na łamach „Ikara”.

W „Anarky” znalazło się miejsce dla czterech opowieści. Pierwsza, „Terminal”, opowiada o próbie powstrzymania śmiertelnej choroby, która trafiła do Gotham na pokładzie samolotu. Wszystko wskazuje na to, że sprawa nie jest przypadkowa i ktoś chce, by wirus zdziesiątkował miasto. Tytułowa historia traktuje o kolejnym zamaskowanym osobniku w mieście Batmana. Anarky pragnie, by miasto ogarnęła rewolucja. Wydaje się, że działa w imieniu społeczeństwa, jednak ta tajemnicza postać ma także osobistą motywację i interes w tym, by metropolią zawładnął chaos. Całość zamykają dwie „jednozeszytówki”. Pierwsza nawiązuje do wydarzeń znanych z „Ostatecznej rozgrywki” i przedstawia historię młodego chłopaka, który w ogarniętym niepokojami mieście, chce uchronić od niebezpieczeństwa swoją mamę. Druga dzieje się podczas wielkiego komiksowego wydarzenia „Koniec przyszłości”, a na jej łamach Batman wyrusza, by powstrzymać Calendar Mana, który wziął zakładników w Azylu Arkham i pragnie skonfrontować się z człowiekiem, który zniszczył jego rodzinę.

Otwierający całość „Terminal” jest opowieścią dosyć nietypową jak na dzisiejsze superbohaterskie standardy. Nie nawiązuje do żadnego z wielkich wydarzeń, a klimatem przypomina niektóre z historii prezentowanych za czasów TM-Semic. To komiks zwarty i dosyć mroczny. Scenarzysta, Benjamin Percy, świetnie obrazuje walkę z czasem, jaką musi stoczyć Batman, by nie dopuścić do wydostania się wirusa do miasta. Co ciekawe, postacią po części winną za niekorzystny rozwój sytuacji, jest sam Mroczny Rycerz, który dosyć bezmyślnie wchodzi do samolotu i uwalnia zarazę. Zważywszy na to, że główny bohater jest zazwyczaj prezentowany jako wybitny strateg i detektyw, ta niefrasobliwość mocno zaskakuje. Z drugiej strony, jest to dobre zobrazowanie tego, że wciąż mamy do czynienia z człowiekiem, a ten po prostu czasami się myli.

Na drugim biegunie stoją dwa zeszyty, które zamykają siódmy tom „Detective Comics”. Każdy z nich jest częścią większego wydarzenia, każdy też stara się przedstawić osobną, niezależną zawartość. W przypadku części nawiązującej do „Ostatecznej rozgrywki”, mamy do czynienia z typowym wypełniaczem objętości. Fabuła jest standardowa i nie zaskakuje absolutnie niczym. To leciutka przygodówka bez większych ambicji, którą czyta się szybko, ale w głowie większości czytelników nie zostanie dłużej niż na chwilę. Lepiej jest na szczęście w przypadku epizodu „Koniec przyszłości: Rocznica”. Chociaż jest to opowieść bardzo krótka, to nie brakuje w niej akcji, a scenarzysta znalazł też miejsce na pewne fabularne zaskoczenie. Mimo mikrej objętości, udało się tu ciekawie zarysować postać Calendar Mana, który mimo że jest przeciwnikiem Batmana, to kieruje się motywacją, którą można zrozumieć. Buccellato przedstawił go jako człowieka, który nieco się w życiu pogubił, ale nie jest zły z natury. Ta postać budzi współczucie czytelnika, co nie zawsze ma miejsce w przypadku komiksowych czarnych charakterów.

Główna atrakcja numeru to, przynajmniej w założeniu, „Anarky”. Zawarta oryginalnie w czterech zeszytach historia, przedstawia nową interpretację tytułowej postaci. Manapul i Buccellato do ideologii dorzucają tym razem motywację osobistą. Nie jestem przekonany, czy był to dobry wybór. Anarky dotąd kreowany był na postać, którą można było w jakiś sposób usprawiedliwić – jego działania zawsze były skutkiem specyficznie pojmowanej troski o społeczeństwo. Był to ktoś stojący na dobrą sprawę po tej samej stronie barykady co Batman. Tutaj jest nieco inaczej. Chaos, który antagonista wprowadza w mieście, jest środkiem prowadzącym do celu, a ten jest już bardzo osobisty. Próżno szukać tu głębszych motywacji, co nieco odziera zamaskowanego bojownika z jego buntowniczego uroku. Zaletą tej opowieści jest jednak jej dynamizm. Nie ma co narzekać na nudę. Dodatkowym smaczkiem jest pokazanie przez autorów ciekawej relacji między Batmanem a Harveyem Bullockiem. To ponowne podjęcie tego wątku, w „Ikarze” wypadł on znakomicie, także w „Anarky” jest jednym z największych plusów. W ostatecznym rozrachunku, nowej interpretacji postaci Anarky’ego dużo brakuje do wymyślonej przez Alana Granta wersji oryginalnej, ale opowieść o jej konfrontacji z Batmanem nie jest też dziełem nieudanym. Można z niej było wyciągnąć dużo więcej, ale i to, co otrzymaliśmy, nie przynosi scenarzystom ujmy.

Każda ze składowych siódmego tomu „Detective Comics” ilustrowana jest przez innego artystę. W „Terminalu” mamy okazję podziwiać pracę Johna Paula Leona. Jego styl bardzo przypomina to, co robił Michael Lark na łamach „Gotham Central”. To ilustracje surowe i na pierwszy rzut oka niechlujne, świetnie tworzące klimat mrocznego miasta. W scenach statycznych sprawdzają się wybornie, gorzej jest jednak w momentach akcji, gdzie brakuje im wyrazistości, a wszystko zlewa się w jedną, niewyraźną plamę. Zupełnie inaczej wygląda oprawa głównej historii. Styl Manapula nie różni się specjalnie od tego, co artysta zaprezentował w „Ikarze”. Ten charakterystyczny delikatny oniryzm świetnie pasuje do obrazu Gotham City. Dobre wrażenie sprawia także zróżnicowane i często niestandardowe kadrowanie. Dobrą robotę wykonali także rysownicy odpowiedzialni za ilustrację w dwóch ostatnich zeszytach. Co ciekawe, w tych dwóch, najkrótszych elementach tomu, udział wzięło łącznie aż pięciu artystów.

„Anarky” jest ostatnim wydaniem zbiorczym „Detective Comics” z serii „Nowe DC Comics”, który ukazuje się w Polsce. Egmont szykuje powoli grunt pod „Odrodzenie” i zwyczajnie zabrakło czasu, by zaprezentować polskiemu czytelnikowi dwa ostatnie tomy (w nich to Gordon występowałby jako Batman). Jak więc wypadło (chwilowe) pożegnanie z tytułem? Nie najgorzej. Manapul i Buccellato nie przejdą może swoim runem do komiksowej historii, ale też nie oddali wydawcy produktu wybrakowanego. Pod względem scenariuszowym było porządnie, a w warstwie ilustracyjnej, bardzo dobrze. Osobiście nie obraziłbym się, gdyby ci twórcy otrzymali jeszcze kiedyś w przyszłości szansę w kolejnej bat-serii.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - http://zlapany.blogspot.com/2017/06/batman-detective-comics-tom-7-anarky.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/12286

pokaż więcej

 
2017-06-09 21:56:54
Ma nowego znajomego: Arthaniel
 
2017-06-02 12:34:42
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Jonah Hex (Egmont) (tom 4)

Jonah Hex, chociaż nienawidzi ludzi, stale się z nimi styka. Paradoks? Nie do końca. Wymusza to jego profesja. Para się on ściganiem (i często też zabijaniem) bandytów za pieniądze – jest znanym na Dzikim Zachodzie łowcą nagród. Jego legendzie sprzyja skuteczność oraz dosyć makabryczny wygląd – koszmarnie zdeformowana twarz. Bohater ma tendencję do pakowania się w kłopoty, z których jednak... Jonah Hex, chociaż nienawidzi ludzi, stale się z nimi styka. Paradoks? Nie do końca. Wymusza to jego profesja. Para się on ściganiem (i często też zabijaniem) bandytów za pieniądze – jest znanym na Dzikim Zachodzie łowcą nagród. Jego legendzie sprzyja skuteczność oraz dosyć makabryczny wygląd – koszmarnie zdeformowana twarz. Bohater ma tendencję do pakowania się w kłopoty, z których jednak zazwyczaj wychodzi obronną ręką. Nie inaczej dzieje się w opowieściach wchodzących w skład „Tylko zacni umierają młodo”.

Oszpecony zabijaka kontynuuje swoją podróż po zakamarkach Dzikiego Zachodu. Czasem sam przyjmuje kolejne zlecenia, czasem to okoliczności zmuszają go do działania. W „Teksańskiej forsie” wyrusza w podróż, by odnaleźć zaginionych synów pewnej ważnej persony, a przy okazji rozwiązuje sprawę morderczej burdelmamy. „Czarcia Łapa” opowiada o pościgu za „szlachetnym” złoczyńcą, rozdającym zrabowane dobra potrzebującym. „Wojna trwa” to ciekawe wplecenie w fikcyjną fabułę prawdziwych postaci Edisona i Tesli, z kolei „Ktoś umrze, by inny mógł żyć” dowodzi, że nawet największy wyga potrzebuje czasami pomocy żółtodzioba. Zamykający tom epizod „Święto duchów” wnosi zaś odrobinę diabolicznej fantastyki do przyziemnego świata przedstawionego.

Wszystkie opowieści, które znajdziemy w „Tylko zacni umierają młodo”, to historie krótkie i zwarte, w których konkluzja przychodzi dosyć szybko. Z jednej strony to rozwiązanie irytuje, ponieważ sprawia, że poszczególne składowe nie mają nigdy odpowiedniej przestrzeni, by rozkręcić się fabularnie, z drugiej jednak takie potraktowanie perypetii Hexa jest odświeżającą odmianą po innych, wydawanych obecnie w Polsce seriach DC Comics – tam często mamy do czynienia z tytułami rozpisanymi na kilka lub kilkanaście zeszytów, wielowątkowymi i rozbuchanymi. Odejście od tej formuły przykuwa uwagę. Mnie osobiście całość czytało się dobrze, aczkolwiek po pewnym czasie zastosowana formuła okazała się jednak trochę męcząca i w ostatecznym rozrachunku tego rozmachu odrobinę brakuje.

Postać Jonaha Hexa jest tu taka, jaką znają ją czytelnicy – to człowiek bezwzględny i brutalny, który – chociaż nie ma najlepszego zdania o ludzkości – potrafi od czasu do czasu pokazać ludzką twarz. Jest pragmatykiem i dba przede wszystkim o siebie, zlecenia traktuje jako sposób zarobienia na własne potrzeby, jednak nie podejmie się każdej pracy. Hex ma pewien kodeks honorowy i, jak sam zaznacza, nie jest płatnym zabójcą. Nie każdy zauważa różnicę między tą profesją a działalnością łowcy nagród , jednak bohater konsekwentnie ją podkreśla i nie zrobi nic, co stałoby w sprzeczności z jego przekonaniami.

Zamieszczone w tym tomie historie trzymają równy poziom. Jak pisałem wyżej, nie są to przesadnie skomplikowane – zasadzają się zazwyczaj na schemacie złapania przez Hexa robótki i jej wykonania. W przypadku rozrywki na jeden wieczór, a taką chyba ta seria jest, nie potrzeba wiele więcej. Tym bardziej, że dostajemy tu także szybką akcję i dużo przemocy, czyli coś, co tygryski lubią najbardziej. Najciekawszy fragment tomu to chyba „Czarcia Łapa”, w której autorzy świetnie połączyli szybką akcję z nutką tajemniczości i mocnym motywem poniesienia kary za popełnione okropności. Interesująco prezentuje się także „Święto duchów”, gdzie mamy do czynienia z wątkami fantastycznymi z pogranicza grozy. Elementy nadnaturalne dodają tej opowieści pikanterii i stanowią ciekawy kontrast z większością perypetii Hexa, cechujących się najczęściej dużą przyziemnością.

Czwarty tom serii „Jonah Hex” jest dosyć mocno zróżnicowany wizualnie. Za warstwę graficzną odpowiadało trzech artystów. Phil Noto po raz kolejny prezentuje styl, który można określić jako komputerowy. Jest on specyficzny i nie każdemu się spodoba – największe wrażenie robią twarze, realistycznie i efektownie. Gorzej jest za to w przypadku tła, które wydaje się monotonne i nie obfituje w szczegóły. Kolejny artysta, Jordi Bernet, tworzy ilustracje dynamicznie, kreskówkowe i dosyć umowne – do przygód Hexa jego styl pasuje idealnie. Z kolei David Michael Beck jest najbardziej efektowny z całej tej trójki. Jego prace są realistyczne i z miejsca przykuwają wzrok, są także ciekawie skadrowane, dzięki czemu patrzy się na nie z dużą przyjemnością.

„Tylko zacni umierają młodo” to komiks nie tylko dla tych, którzy postać Jonaha Hexa znają i cenią. Ta seria jest skonstruowana w taki sposób, że nawet nowy czytelnik może w nią wejść w dowolnym momencie jej trwania i nic tym samym nie stracić. Poszczególne składowe stanowią zamkniętą całość i rzadko występują w nich jakieś nawiązania do wcześniejszych wydarzeń. Najnowszy tom cyklu to całkiem przyjemna lektura, która jakkolwiek nie jest niczym wiekopomnym, zapewni chwilę zajmującej rozrywki.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - http://zlapany.blogspot.com/2017/06/jonah-hex-tom-4-tylko-zacni-umieraja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/11929

pokaż więcej

 
2017-05-31 20:56:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Thorgal: Louve (tom 6)
 
Moja biblioteczka
484 255 5155
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (85)

zgłoś błąd zgłoś błąd