Marek Adamkiewicz 
zlapany.blogspot.com
34 lat, mężczyzna, status: Czytelnik, dodał: 7 książek, ostatnio widziany 9 godzin temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2019-01-21 20:03:54
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Na tylnej części okładki „Niekończącej się walki” zamieszczany jest cytat z zagranicznej opinii na temat tego albumu. Widnieją tam takie słowa: „Hitch nieustannie znajduje nowe sposoby przedstawiania rzezi i ludzkich dramatów”. Cóż, największym dramatem, przynajmniej do tej pory, był poziom prowadzonej przez niego serii. Ani na moment nie wniósł się on ponad przeciętność, a najczęściej... Na tylnej części okładki „Niekończącej się walki” zamieszczany jest cytat z zagranicznej opinii na temat tego albumu. Widnieją tam takie słowa: „Hitch nieustannie znajduje nowe sposoby przedstawiania rzezi i ludzkich dramatów”. Cóż, największym dramatem, przynajmniej do tej pory, był poziom prowadzonej przez niego serii. Ani na moment nie wniósł się on ponad przeciętność, a najczęściej zwyczajnie szorował po dnie. Ostatnio pisałem nawet, że jakość „Ligi Sprawiedliwości” podniesie się dopiero po zmianie scenarzysty. Tym razem Hitcha wspiera trzech innych autorów, ale życie potrafi zaskakiwać, bo, o dziwo, to składowe pisane przez dotychczasowego opiekuna cyklu, sprawiają najlepsze wrażenie.

Liga Sprawiedliwości nigdy nie zaznaje zbyt dużo spokoju. Tym razem bohaterowie muszą mierzyć się z niecodziennym zagrożeniem. W wyniku czegoś, co zrobił Flash, Manhattan zostaje zniszczony, a jedna z ziemskich Green Lanternów ginie. Ale do tej katastrofy wcale nie musi dojść. Szkarłatny Sprinter dostaje się bowiem w pętlę czasową i otrzymuje kilka kolejnych szans, żeby odwrócić serię niefortunnych zdarzeń. To jednak niejedyne niebezpieczeństwo, z którym będą musieli mierzyć się sprzymierzeni herosi. Z kosmosu przybywa bowiem armia mikroskopijnych, potencjalnie śmiercionośnych zarazków, następnie na arenie wydarzeń pojawiają się dziwni, zmodyfikowani żołnierze, jakoby niosący pokój, a w końcu z martwych powstaje galaktyczny despota, którego ambicją jest zniewolić, kogo tylko się da.

Już sam tytuł albumu mówi nam czego możemy spodziewać się w środku. Bezpośrednio odnosi się on co prawda do dwuzeszytowej opowieści Hitcha, ale jak ulał pasuje także do reszty stawki. „Niekończąca się walka” to kwintesencja stylu tego albumu. Składowych jest tu w sumie aż pięć, co sprawia, że całość bardziej przypomina antologię niż jedną, zwartą opowieść, jak miało to miejsce przy wcześniejszych tomach. Nie ma w tym, oczywiście, niczego złego, istotne, żeby poszczególne elementy stały na odpowiednim poziomie jakościowym. Z tym zaś było do tej pory bardzo krucho. Czwarty tom wyróżnia się jednak w tej materii in plus. Co prawda żadna czarodziejska różdżka nie miała tu użycia, ale w znacznej mierze jest to dość rzetelna, „szybkoczytelna” rozrywka.

Jak wspominałem wcześniej, najlepsze wrażenie robią obie fabuły Hitcha. W pierwszej z nich Amerykanin wykorzystuje motyw pętli czasowej (sam Flash mówi zresztą w pewnym momencie, że uczestniczy w „Dniu Świstaka”). Choć nie ma tu niczego, czego nie znalibyśmy wcześniej, trzeba przyznać, że autor w końcu zrezygnował z głupawych pomysłów fabularnych, którym hołdował w poprzednich odsłonach serii. Tutaj, choć nie zaskakuje, to prezentuje rzemieślniczą sprawność, której mocno w „Lidze Sprawiedliwości” dotąd brakowało. Podobać się może także jego druga opowieść. „Odrodzony”, choć też nie jest w żaden sposób rewolucyjny, przynosi sympatyczną wariację na temat powrotu do życia pogrzebanego przed wieloma latami tyrana. Jak można się spodziewać, pierwsze co robi on po przebudzeniu, to powrót do morderczej misji, co sprawia, że superbohaterowie mają bardzo dużo roboty. Pod względem rozrywkowym ten segment sprawdza się także dobrze, ale mam jednak w stosunku do niego pewne zastrzeżenia. Przede wszystkim jest za krótki. Ta historia miała potencjał na całoalbumową naparzankę, zahaczającą o moralność. Hitch ostatecznie tych możliwości do końca nie wykorzystał właśnie z tego względu, że zbyt szybko zamknął fabułę. Szkoda, że tutaj nie postąpił tak jak wtedy, gdy słabymi pomysłami zapełniał całe albumy.

Trochę rozczarowują pozostałe składowe tego tomu. Wszystkie z nich to krótkie jednozeszytówki, które na dobrą sprawę nie mają szans, żeby rozwinąć się w coś bardziej złożonego. W „Furii” mamy okazję przyjrzeć się postaci Mery po wydarzeniach z trzeciego tomu „Aquamana”. „Furia” bohaterki jest wielka, ale wydaje się to być motyw dość naciągany, bo bez ingerencji sił zewnętrznych bohaterowie zwyczajnie nie pozwalają sobie na tak duże ataki humorów i nie kierują się czystymi emocjami. W „Samym strachu” Tom DeFalco stara się poruszyć temat odpowiedzialności herosów za życie cywili, ale czyni to za bardzo „po łebkach”, by temat mógł nas trochę mocniej zainteresować i poruszyć. Z kolei „Tysiąc drobiazgów” to całkiem sympatyczna opowiastka o tym, że pozory mogą mylić, a agresja jest czasem tylko i wyłącznie odruchem obronnym.

Rysunki nie są najmocniejszą stroną „Niekończącej się walki”. Nie zrozummy się źle – nie są one jakieś szkaradne, ale praktycznie żaden z pracujących przy tym tytule artystów nie wykazał się niczym szczególnym. To ilustracje z gatunku tych, na które całkiem miło spojrzeć, ale o których zapomina się chwilę po lekturze. Czyste, sprawne rzemiosło i nic ponadto. Czasami bardziej efektowne (Briones), innym razem jakby lekko rozmyte (Hitch), ale zazwyczaj pozbawione indywidualnego stylu, nieźle pasujące zarówno do „Ligi Sprawiedliwości”, jak i wielu innych tytułów superhero.

Po trzech tomach straszliwej scenariuszowej mizerii, czwarta odsłona odrodzonej „Ligi Sprawiedliwości” przynosi w końcu lekki skok jakościowy. Wciąż nie jest to tytuł, który nas w jakikolwiek sposób olśni, ale w porównaniu do poprzednich części, jest zauważalnie lepiej. Bryan Hitch chyba zrozumiał w końcu, że jego wcześniejsze pomysły dotyczące przygód Supermana i spółki nie wypaliły i poszedł w nieco innym, zdecydowanie bardziej interesującym kierunku. To odbicie się serii od dna cieszy, bo nie spodziewałem się, że Hitch będzie jeszcze w stanie stanąć na nogi. Ciekawe, czy ta tendencja zostanie utrzymana w kolejnym tomie. Przekonamy się o tym w przyszłym roku.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2019/01/liga-sprawiedliwosci-odrodzenie-tom-4.html
oraz na łamach serwisu Arena Horror - http://arenahorror.pl/ARENA_HORROR/komiksy/liga_sprawiedliwosci_dc_odrodzenie_niekonczaca_sie_walka.HTML

pokaż więcej

 
2019-01-17 11:40:07
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Seria: Kontrapunkty

Zacznijmy tak - powieść jest bardzo dobrze napisana, Cetnarowski ma świetny styl, dzięki czemu lektura płynie.

Ale co do samej fabuły, cóż... Jest dobrze, ale kilka zastrzeżeń mam. Jak na książkę o szkolnej masakrze, mało tu masakry. Scen strzelanin praktycznie w ogóle nie ma, podobnie jest z opisami przemocy. Rozumiem, że autor nie przyjął za punkt honoru szokowania czytelnika i zwyczajnie...
Zacznijmy tak - powieść jest bardzo dobrze napisana, Cetnarowski ma świetny styl, dzięki czemu lektura płynie.

Ale co do samej fabuły, cóż... Jest dobrze, ale kilka zastrzeżeń mam. Jak na książkę o szkolnej masakrze, mało tu masakry. Scen strzelanin praktycznie w ogóle nie ma, podobnie jest z opisami przemocy. Rozumiem, że autor nie przyjął za punkt honoru szokowania czytelnika i zwyczajnie wybrał inną drogę, jednak nie sądzę, by był to pomysł do końca trafiony.

Nie przypadły mi do gustu także sceny quasi-fantastyczne, w których jedna z bohaterek nawiązuje do pewnej krainy leżącej obok naszego świata. Rozumiem, że zabieg miał na celu pokazanie w jaki sposób różni ludzie radzą sobie z życiem oraz tragedią, ale tutaj to zwyczajnie nie za bardzo gra, pasując do charakteru opowieści jak pięść do nosa. Przynajmniej w moim odczuciu.

Za to bardzo podoba mi się warstwa obyczajowa. Momenty, kiedy Cetnarowski prezentuje nam retrospekcje dotyczące kolejnych bohaterów są wręcz hipnotyzujące. Widać, że autor umie pisać o człowieku i o tym co gra w jego duszy. To z kolei doskonale trafia w moje oczekiwania odnośnie literatury poruszającej poważniejszą tematykę.

Ogólnie rzecz biorąc - lektura była przyjemna i satysfakcjonująca. To mój pierwszy kontakt z twórczością tego pisarza (choć może kiedyś czytałem jakieś opowiadanie, teraz nie pomnę) i myślę, że sięgnę po inne jego książki, bo ta, mimo kilku wad, jest po prostu dobra.

pokaż więcej

 
2019-01-16 11:53:01
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Cykl: Royal City (tom 1)

Jeff Lemire awansował ostatnimi czasy do grona moich ulubionych scenarzystów komiksowych. Kiedy biorę się za coś, co napisał, okazuje się, że jest to rzecz przynajmniej bardzo dobra. Kto wie, może kiedyś ta passa się zakończy (w sumie raczej na pewno – nic, co dobre, nie trwa wszak wiecznie), na razie jednak lektura komiksów Lemire'a to dla mnie wielka frajda. Nie inaczej rzecz ma się w... Jeff Lemire awansował ostatnimi czasy do grona moich ulubionych scenarzystów komiksowych. Kiedy biorę się za coś, co napisał, okazuje się, że jest to rzecz przynajmniej bardzo dobra. Kto wie, może kiedyś ta passa się zakończy (w sumie raczej na pewno – nic, co dobre, nie trwa wszak wiecznie), na razie jednak lektura komiksów Lemire'a to dla mnie wielka frajda. Nie inaczej rzecz ma się w przypadku „Royal City”, który trafił do Polski dzięki Non Stop Comics (swoją drogą – chwała im za tak dużą eksplorację oferty Image Comics). Jest to co prawda opowieść specyficzna, ale tych czytelników, którzy się w nią wkręcą, oczaruje bez reszty.

Pogrążony w kryzysie twórczym pisarz powraca do rodzinnego miasteczka. Okazja do ponownego spotkania z rodziną nie jest jednak zbyt wesoła – ojciec twórcy przeszedł zawał serca i przebywa w śpiączce w miejscowym szpitalu. Ta smutna okoliczność staje się pretekstem do ponownego spotkania całej rodziny. Jej członkom niełatwo wykrzesać z siebie pozytywne uczucia – każdy jest przytłoczony własnymi problemami, co sprawia, że szybko odżywają stare spory, otwierają się tylko pozornie zabliźnione rany. Ponadto nad rodziną wciąż unosi się widmo dawnej tragedii – kilkanaście lat temu jedno z rodzeństwa zginęło w wypadku i od tego czasu nikt tak naprawdę sobie z tą sytuacją nie poradził.

Mimo że „Royal City” w znacznej mierze jest dramatem obyczajowym, nie da się powiedzieć, by było to komiks w jakimkolwiek stopniu ciężki. Wręcz przeciwnie – mimo fabuły bardzo mocno naznaczonej motywem straty lektura jest zaskakująco lekka i przyjemna. Owa lekkość wcale nie wynika z jakichś prób przedstawienia poważnych zagadnień z przymrużeniem oka, w sposób komediowy. Nie, nie jest to trywializowanie prozy życia poprzez śmiech, po prostu Lemire pisze o wszystkim tak naturalnie, płynnie i z dużym wyczuciem, że nawet w najdziwniejszych bądź najsmutniejszych scenach w tym komiksie znajdziemy coś, czasem mały szczegół, który potrafi zbudować, podnieść na duchu i dać ukojenie (głównie bohaterom, ale co za tym idzie – także czytelnikom).

Podstawową zaletą komiksów Lemire'a (mowa o pisarskiej części jego pracy przy historiach obrazkowych) jest bez dwóch zdań świetne prowadzenie bohaterów. Nader często kolejni protagoniści to ludzie z krwi i kości, których dramaty, rozterki i przeżycia są ze wszech miar wiarygodne i chwytają za serce. A w gruncie rzeczy to o to w tym wszystkim chodzi, czyż nie? Zainteresowanie czytelnika losami wymyślonych postaci to absolutna podstawa i jeden z podstawowych wymogów, by o danym dziele mówić w pozytywach. Amerykanin zaś robi to (przynajmniej w autorskich seriach) doprawdy znakomicie – karty „Royal City” zaludniają bohaterowie na pozór zwyczajni, przytłoczeni życiem i kolejnymi przeciwnościami losu, ale każdy z nich jest ze wszach miar warty uwagi.

Choć „Royal City” jest w znacznej mierze opowieścią obyczajową, znalazło się tu miejsce także dla elementu fantastycznego. Nie mam do takiego zabiegu zbyt wielu zastrzeżeń, jednak mieszanie gatunków, zwłaszcza gdy wydaje się, że całość powinna być jednolita stylistycznie, psuje ogólne wrażenie. A jak ma się rzecz w przypadku dzieła Lemire'a? Nadprzyrodzony motyw jest na szczęście integralną częścią historii – motyw ducha (bez obaw, to nie spoiler) stanowi spoiwo dla wątków poszczególnych członków rodziny Pike'ów, dając im wspólny mianownik i pozwalając na dokonanie porównania wyborów kolejnych bohaterów. Ponadto ten, wydawałoby się niepasujący, element doskonale uzupełnia ogólny obraz tego komiksu, sprawiając, że staje się po prostu bardziej kompletny.

Ilustracje to także dzieło samego Lemire'a, który stanął tu na wysokości zadania. Jeśli macie ogólne pojęcie na temat tego, w jaki sposób Kanadyjczyk rysuje, nie będziecie specjalnie zaskoczeni zaprezentowanym tu stylem. To po prostu typowy Lemire – jest prosto, miło dla oka, bez większego realizmu, ale też bez męczących wycieczek w umowność. Rysunki często są nieco rozmyte (szczególnie tła – czyżby akwarele?) i przynoszą, mimo dość przyziemnego charakteru scenariusza, lekki oniryzm. To naprawdę ciekawe połączenie, dzięki czemu całość ogląda się z dużą przyjemnością.

Jak zatem prezentuje się nowa na polskim rynku seria Jeffa Lemire'a? Najlepszym słowem ją opisującym będzie z pewnością „wyborna”. Autorowi udało się stworzyć niezwykle emocjonalną fabułę, która potrafi zaangażować czytelnika od samego początku i nie zrazić go żadnymi banalnymi rozwiązaniami ani uproszczeniami. Mimo poruszania się w dość ogranej, małomiasteczkowej scenerii Lemire wykrzesał z tej, na pozór prościutkiej, opowieści naprawdę wiele. Z niecierpliwością czekam na kontynuację tego nietuzinkowego komiksu, bo na tę chwile jest to bez wątpienia jedna z najlepszych serii, które miałem okazję czytać w 2018 roku.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2019/01/royal-city-tom-1-krewni-recenzja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/15661

pokaż więcej

 
2019-01-13 19:58:30
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Rynek komiksowy w Polsce wciąż się rozrasta i ewoluuje – jest superhero, manga, są klasyczne tytuły, rzeczy tak dla dzieci, jak i dorosłych. Właściwie co rusz pojawia się coś nowego i często także wartościowego. Ale thrillerów politycznych, w dodatku mocno osadzonych w bieżących (no powiedzmy) wydarzeniach, nie ma praktycznie w ogóle. Czy jest zapotrzebowanie na ten konkretny gatunek... Rynek komiksowy w Polsce wciąż się rozrasta i ewoluuje – jest superhero, manga, są klasyczne tytuły, rzeczy tak dla dzieci, jak i dorosłych. Właściwie co rusz pojawia się coś nowego i często także wartościowego. Ale thrillerów politycznych, w dodatku mocno osadzonych w bieżących (no powiedzmy) wydarzeniach, nie ma praktycznie w ogóle. Czy jest zapotrzebowanie na ten konkretny gatunek komiksowej rozrywki? Myślę, że „Ghost Money” ma po części być odpowiedzią na to pytanie. Jeśli wyniki sprzedaży będą dobre, zapewne dostaniemy kolejne wydawnictwa w podobnym klimacie. Żeby tak się jednak stało, już tester musi spełniać odpowiednie warunki, a przede wszystkim posiadać jakość.

Młoda studentka, Lindsey, zostaje uratowana z ulicznych zamieszek przez tajemniczą kobietę. Chamza, bo tak ma na imię wybawicielka, dysponuje potężną fortuną, a świat nie ma dla niej ograniczeń – podróżuje po nim swoim suborbitalem, zjawiając się tam, gdzie tylko ma ochotę. Sęk w tym, że kobieta jest obiektem amerykańskiego śledztwa jako podejrzana o finansowanie międzynarodowego terroryzmu, co sprawia, że znajduje się na celowniku służb. Lindsey mocno angażuje się w sprawę, która z dnia na dzień robi się coraz bardziej niebezpieczna. W tle przewija się też motyw poszukiwania zaginionego skarbu Al-Kaidy, zgromadzonego na spekulacjach giełdowych przed zamachami z jedenastego września.

„Ghost Money” jest historią dość bliskiego zasięgu, warto jednak pamiętać, że to nurt political fiction i zaprezentowana w nim rzeczywistość rozmija się z tą prawdziwą w kilku istotnych punktach. Autorzy nie do końca przewidzieli rozwój sytuacji w Stanach Zjednoczonych. Przekonani że to demokraci pozostaną władzy, wprowadzili tak zwanych neokonserwatystów, sugerując, że prawicowcy przez wiele lat byli w odwrocie. Cóż, wszystko potoczyło się w nieco innym kierunku, choć podczas lektury ta konkretna pomyłka nie jest szczególnie odczuwalna, bo wystarczająco dobrze grają inne elementy.

Podobać się może sposób, w jaki scenarzysta kreuje układ sił politycznych na Ziemi. Największe możliwości wciąż posiada USA, co nijak nie może dziwić – trudno wyobrazić sobie okoliczności, które zmieniłyby ten stan rzeczy, zwłaszcza gdy mówimy o fabule bliskiego zasięgu. Są jednak także Chiny, które wcale tak znacząco nie odstają od poziomu kraju Wuja Sama. Międzynarodowe rozgrywki przedstawiono na wielu poziomach i najczęściej są zwyczajnie dobrze napisane i ekscytujące. W fabułę wpleciony został wątek globalnego terroryzmu i źródeł jego finansowania – to bardzo ważny element całego komiksu i trzeba przyznać, że jest poprowadzony w nader interesujący sposób. Znajdziemy tu co prawda elementy, które mogą drażnić, jak chociażby wyjątkowo tendencyjne przedstawienie Amerykanów (wiadomo – knują, kombinują, zmieniają świat na swoją modłę i naginają fakty do własnych celów), ale gdy przymkniemy na to oko, lektura przyniesie trochę dobrej zabawy.

Trzeba przyznać, że „Ghost Money” jest komiksem dość wymagającym. Nie można go czytać, nie poświęcając mu całej uwagi, zwłaszcza w początkowej części. Później, gdy poszczególne elementy układanki zaczną wchodzić na swoje miejsce, jest już łatwiej, ale do pewnego momentu wymaga naprawdę sporego skupienia. Dobry obraz całości to także zasługa bohaterów. Thierry Smolderen umiejętnie wykorzystuje nie tylko tych pierwszoplanowych, powiem więcej – to postaci tła są o wiele bardziej interesujące i choć czasami niektóre z nich wydają się z deczka przerysowane, to nadają fabule odpowiedniej wiarygodności.

Warstwa graficzna robi naprawdę dobre wrażenie. Na każdej stronie widać ogrom pracy, jaki włożył w ten komiks Dominique Bertail. Tak jak przystało na gatunek, do którego można zaliczyć „Ghost Money”, całość jest narysowana realistycznie i z dużym naciskiem na odpowiednie zaprezentowanie różnych części świata. Prace powstawały na przestrzeni ładnych kilku lat, a trochę tego czasu artysta poświęcił także na podróże, podczas których mógł dobrze napatrzyć się chociażby na architekturę charakterystyczną dla danego zakątka naszej planety – co znalazło odbicie w komiksie.

Jedna z najnowszych propozycji Non Stop Comics jest tytułem, który raczej nie oddaje ogólnego kierunku, w jakim zmierza rynek komiksowy w Polsce. Mam jednak nadzieję, że „Ghost Money” spodoba się większej ilości odbiorców, bo choć swoje wady ma, jest naprawdę ciekawy i dobrze by było, gdyby stanowił forpocztę kolejnych komiksów nastawionych w większym stopniu na politykę. Dostajemy ostatnio sporo superhero, pewnie też z tego względu albumy takie jak ten jawią się jako duży powiew świeżości. Jednak nawet gdy odrzucimy na bok tego typu porównania, okaże się, że „Ghost Money” to po prostu kawał porządnej, dobrze napisanej historii szpiegowskiej, której warto poświęcić trochę czasu.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2019/01/ghost-money-recenzja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/15635

pokaż więcej

 
2019-01-11 14:03:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Jessica Jones (tom 1)

Kiedy Brian Michael Bendis i Michael Gaydos poprzednio zajmowali się postacią Jessiki Jones, seria ukazywała się w ramach imprintu Max, który prezentował fabuły przeznaczone dla dojrzałego czytelnika. Można się w nich było natknąć między innymi na dosadny język i motywy nie do końca odpowiednie dla młodego fana komiksu. Teraz, gdy obaj postanowili wziąć się za kolejną odsłonę przygód... Kiedy Brian Michael Bendis i Michael Gaydos poprzednio zajmowali się postacią Jessiki Jones, seria ukazywała się w ramach imprintu Max, który prezentował fabuły przeznaczone dla dojrzałego czytelnika. Można się w nich było natknąć między innymi na dosadny język i motywy nie do końca odpowiednie dla młodego fana komiksu. Teraz, gdy obaj postanowili wziąć się za kolejną odsłonę przygód właścicielki agencji detektywistycznej Alias Investigations, cykl jest już bardziej uniwersalny i w teorii nieprzeznaczony wyłącznie dla dorosłego odbiorcy. Brak wulgaryzmów nie oznacza jednak, że postać pani Jones straciła cokolwiek ze swojej wyrazistości. Nic z tych rzeczy, klimat wciąż jest bardzo gęsty, a opowieść wielowymiarowa.

Po wyjściu z więzienia Jessica postanawia ponownie otworzyć swoje biuro detektywistyczne. Szybko trafia się pierwsza sprawa – pewna kobieta jest przekonana, że jej mąż od jakiegoś czasu zachowuje się inaczej niż wcześniej. Zmienił się jego charakter, a sam mężczyzna twierdzi, że jest przybyszem z innego wymiaru – rzeczywistości, która w wyniku działań superbohaterów uległa zniszczeniu, on zaś ocalał jako jeden z nielicznych. I choć całość brzmi jak majaczenia wariata, ma w sobie coś mocno niepokojącego. Jakby problemów było mało, źle się dzieje w życiu prywatnym bohaterki. Jessica unika kontaktów ze swoim mężem i ukrywa przed nim ich córeczkę. Co zaszło między tą dwójką i czy sytuację można naprawić?

Mając w pamięci miejsce, w którym zostawiliśmy Jessicę po lekturze „Pulsu”, zawiązanie akcji nowej serii jest cokolwiek konfudujące. Bohaterka przebywa w więzieniu? Co się, na bogów wszelakich, stało? Przyjemność z odkrywania kolejnych tajemnic jest naprawdę duża, nie zdradzę więc bezpośrednio zarysów wprowadzanych przez Bendisa wątków, ale mogę powiedzieć tyle, że autor wspina się tu na wyżyny swoich twórczych umiejętności. Fabuła jest misternie skonstruowana i bardzo ekscytująca, a im więcej szczegółów poznajemy, tym bardziej rośnie nasze uznanie dla kunsztu scenarzysty.

To co najlepsze, zasadza się w „Jessice Jones” na bohaterach i relacjach między nimi. Pani Jones jest postacią dosyć specyficzną, o czym mieliśmy okazję przekonać się już na łamach „Alias”, ale mimo epizodu w Avengers trudno powiedzieć, by była typową superbohaterką. To zwyczajna kobieta, która, choć posiada pewne zdolności, stara się żyć po swojemu, a rzeczone moce najczęściej ignorować. Jest człowiekiem z krwi i kości, jej perypetie są zatem wiarygodne i niewydumane, co w świecie przedstawionym, w którym operują takie postaci jak Spider-Man czy Iron Man, jest raczej niezwykłe. Problemy rodzinne, z jakimi musi mierzyć się Jessica, oddano z dużym wyczuciem – Bendis wystrzega się przerysowania tych wątków, co jest warte odnotowania, bowiem w motywach trudnych relacji małżeńskich nader łatwo utonąć w banale. Tymczasem na kartach omawianego tytułu stanowią one jeden z istotniejszych elementów, kluczowy dla dalszych losów głównej bohaterki.

Nie ma też w „Wyzwolonej” grama niepotrzebnego efekciarstwa. Bendis cały czas trzyma opowieść w ryzach, misternie plotąc kolejne nici powiązań między bohaterami i wątkami. I choć sceny akcji tu, rzecz jasna występują, to nie stanowią celu samego w sobie, jak w przypadku wielu innych komiksów w nurcie superhero, ale są środkiem, dzięki któremu autor tak udanie przekazuje to, co chce powiedzieć. Jeśli już jesteśmy przy problematyce, warto odnotować wkład Bendisa w kwestię superbohaterskiej odpowiedzialności za swoje czyny. Konsekwencje działań herosów często nie są przez twórców poruszane, bo albo nie ma na to czasu, albo scenarzyści skupiają się na bardziej rozrywkowych elementach. Tu jest inaczej, my zaś mamy okazję zastanowić się nad tym czy ci, których przygody śledzimy z takim entuzjazmem, faktycznie są tacy dobrzy i czy czasami nie ukrywają pewnych rzeczy tylko dla podtrzymania swojego wizerunku.

Każdy, komu spodobała się warstwa graficzna „Alias”, będzie ukontentowany, patrząc na efekty pracy Michaela Gaydosa w „Jessice Jones”. Nie stracił nic ze swojego charakterystycznego stylu, a zaprezentowane tutaj rysunki sprawiają wrażenie logicznej kontynuacji tamtego podejścia. Są surowe i brudne, idealnie pasują też do wątków bardziej przyziemnych i spokojnych, choć nie zawodzą i w przypadku scen akcji. Podoba mi się także praca kolorysty. Matt Hollingsworth (kolejny z członków ekipy pracującej przy „Alias”), wypełnił prace Gaydosa kolorami dość stonowanymi, co pasuje do charakteru opowieści, która tak samo unika niepotrzebnego efekciarstwa.

To, że Bendis i Gaydos powrócili do Jessiki Jones, od samego początku było informacją dobrą. Czasami zdarza się jednak, że twórcy, ponownie mierząc się z postaciami, nad przygodami których pracowało im się w przeszłości wyjątkowo dobrze, zawodzą. Wielu fanów właśnie tak odbiera na przykład kolejne wariacje Franka Miller na temat „Powrotu Mrocznego Rycerza”. Tym razem jest jednak inaczej, bo mimo, że nowa „Jessica” nie jest już kierowana stricte do dojrzałego odbiorcy, to treść i problematyka, jaką ze sobą niesie, robi ogromne wrażenie. Nawet mając w pamięci wysoki poziom wszystkich czterech tomów „Alias”, nie jestem pewien, czy nowa seria nie jest jeszcze lepsza. Jak dla mnie to jeden z najlepszych komiksów wydanych w Polsce w minionym roku.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - http://zlapany.blogspot.com/2019/01/jessica-jones-tom-1-wyzwolona-recenzja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/15627

pokaż więcej

 
2019-01-06 09:33:25
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Cykl: Łasuch (tom 2)

Pierwszy tom „Łasucha” spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. Jeff Lemire zaprezentował w nim motywy postapokaliptyczne, które choć nie grzeszyły zbytnią oryginalnością, to dzięki niezwykłym pisarskim umiejętnościom autora bardzo mocno intrygowały. Pokazał świat, w którym najwięcej empatii zachowały hybrydy ludzi i zwierząt, a typowi przedstawiciele homo sapiens w ogromnej większości ulegli... Pierwszy tom „Łasucha” spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. Jeff Lemire zaprezentował w nim motywy postapokaliptyczne, które choć nie grzeszyły zbytnią oryginalnością, to dzięki niezwykłym pisarskim umiejętnościom autora bardzo mocno intrygowały. Pokazał świat, w którym najwięcej empatii zachowały hybrydy ludzi i zwierząt, a typowi przedstawiciele homo sapiens w ogromnej większości ulegli zezwierzęceniu. Fabuła chwytała za serce, dostarczając naprawdę mocnych wrażeń, więc teraz, gdy na księgarskich półkach pojawiła się kontynuacja, zasiadłem do lektury z bardzo dużymi oczekiwaniami.

Po tym jak przez jego działania Gus trafił do niewoli, Jepperd ma wyrzuty sumienia oraz świadomość, że zawiódł zaufanie chłopaka w najgorszy możliwy sposób. Chcąc naprawić swój błąd, wchodzi w sojusz z niebezpiecznymi mieszkańcami miasta i razem ruszają do siedziby milicji, by odbić przetrzymywane tam hybrydy. Jednak nowym sojusznikom niekoniecznie można ufać, sprawa, która ich połączyła jest bowiem chwilowa, a ukryte motywacje każdej ze stron doprowadzą do konfliktu raczej prędzej niż później. Okazuje się też, że chłopiec-jelonek może być kluczowy w kwestii odkrycia pochodzenia choroby, która zdziesiątkowała ziemską populację. Żeby wyjaśnić tę tajemnicę konieczna jest podróż na daleką Alaskę, ale trudno ruszyć się gdziekolwiek, przebywając pod kluczem.

Lemire w ciekawy sposób portretuje dzieci będące hybrydami ludzi i zwierząt. W znacznej mierze są to normalne ludzkie istoty, a jedynym, co je wyróżnia, jest niecodzienny wygląd. To jednak element wystarczający do tego, by część ocalałego społeczeństwa uznała je za dziwolągi i grupę o niepełnych prawach. Nietolerancja może pojawić się nawet w sielankowym otoczeniu, a co dopiero gdy mówimy o świecie wyniszczonym przez zarazę o nieznanym pochodzeniu, do którego najlepiej zaadaptowały się właśnie hybrydy. Gdy czegoś nie rozumiemy, z automatu się tego boimy, a to prowadzi w prostej linii do nienawiści i prześladowań. Błędne koło wrogości, przemocy i lęku nie potrzebuje wiele, by zacząć się obracać.

Postapokaliptyczna odnoga fantastyki rządzi się swoimi prawami i nader często występują w niej konkretne elementy i motywy. Pewnych klisz nie unika także Lemire, ale korzysta z nich z dużą dozą własnej inwencji, dzięki czemu nie odnosimy wrażenia nadmiernej wtórności. Jedną z nich są powstałe po przełomowym dla świata wydarzeniu społeczności, które najczęściej są zdegenerowane, a ich słynącym z silnej ręki liderom zdarza się korzystać z religijnych motywów, by kontrolować podwładnych. Ten element występował w tytułach nurtu postapo nie raz i nie dwa i znajduje zastosowanie także u Lemire'a. Szczęśliwie jest on jedynie środkiem do celu, . Dzięki temu czytelnicy skupiają swoją uwagę na głównej linii fabularnej i perypetiach Gusa i jego towarzyszy.

To relacje panujące w tej grupie stanowią prawdopodobnie największa zaletę drugiego tomu „Łasucha”. Nie można powiedzieć, żeby bohaterowie byli dobrani stuprocentowo zgodnie pod względem charakterologicznym – i bardzo dobrze, ponieważ to powoduje tarcia pomiędzy nimi. Swoje robi także przeszłość łącząca kolejne osoby, która najczęściej nie była zbyt przyjemna. Znalezienie w sobie szczypty zaufania może być kluczowe dla powodzenia wspólnej sprawy, tylko jak wykrzesać w sobie to uczucie, skoro dawniej zostało się za nie ukaranym? Lemire maluje te międzyludzkie więzy w bardzo przekonujący sposób, potrafi sprawić, że czytelnik autentycznie przejmuje się losami protagonistów.

Tak jak poprzednio, ilustracje to w znacznej mierze dzieło samego Lemire'a i ponownie odwala on przy nich kawał dobrej roboty. Artysta obiera ścieżkę dosyć umowną, prezentując zarówno świat, jak i bohaterów w nieco krzywym ujęciu. Zazwyczaj cenię sobie bardziej realistyczną kreskę w komiksie, ale przyznaję, że zaproponowana w „Łasuchu” stylistyka doskonale pasuje do charakteru opowieści, bo świetnie ujmuje degenerację świata przedstawionego i zaludniających go istot.

Jeśli ktoś obawiał się, że drugi tom „Łasucha” może być słabszy niż pierwszy, może przestać mieć wątpliwości – to komiks przynajmniej równie dobry, jeśli nawet nie odrobinę lepszy. Jeff Lemire umiejętnie rozbudowuje świat, w którym toczy się akcja i mimo korzystania z kilku gatunkowych klisz proponuje nam historię interesującą, emocjonującą i chwytającą za serce. Z dużą dozą niecierpliwości będę wypatrywał zamknięcia serii (to ma się ukazać w maju), ale te klika miesięcy oczekiwania będzie trudne – zżyłem się z Gusem i jego towarzyszami, dlatego chcę szybko dowiedzieć się, w jaki sposób zakończy się ta fascynująca podróż.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2019/01/asuch-tom-2-recenzja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/15618

pokaż więcej

 
2019-01-03 08:49:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Zabij albo zgiń (tom 4)

Nie będę ukrywał – bardzo lubię twórczość Eda Brubakera i uważam go za jednego z najlepszych komiksowych scenarzystów nie tylko pracujących obecnie w branży, ale w ogóle. Być może nie wszystko, czego Amerykanin się dotknie, zamienia się w czyste złoto, ale wiele projektów, które tworzył lub w których brał udział jako jeden z autorów, prezentuje się wybornie. Przykłady? „Fatale”, „Zaćmienie”,... Nie będę ukrywał – bardzo lubię twórczość Eda Brubakera i uważam go za jednego z najlepszych komiksowych scenarzystów nie tylko pracujących obecnie w branży, ale w ogóle. Być może nie wszystko, czego Amerykanin się dotknie, zamienia się w czyste złoto, ale wiele projektów, które tworzył lub w których brał udział jako jeden z autorów, prezentuje się wybornie. Przykłady? „Fatale”, „Zaćmienie”, „Gotham Central”. Wystarczy? Kolejna znakomita seria jego autorstwa, „Zabij albo zgiń”, dobiegła właśnie końca, a w księgarniach wylądował domykający wszystkie wątki tom numer cztery. Czy utrzymał dotychczasowy wysoki poziom? Ba! Ktoś w ogóle myślał, że może być inaczej?

W wyniku incydentu, podczas którego omal nie zabija swojego współlokatora, Dylan trafia do szpitala psychiatrycznego. Starając się znaleźć pozytywne strony tego zdarzenia, ma nadzieję, że tu dowie się ostatecznie czy nękający go demon to wytwór chorego umysłu, czy jednak coś realnego. Jedno jest jednak pewne – obie możliwości nie wydają się szczególnie optymistyczne. W międzyczasie okazuje się, że po zamknięciu głównego bohatera w placówce morderstwa tajemniczego mściciela wcale nie ustały. Czy to jedynie naśladowca? A może Dylan ostatecznie oszalał?

Od pierwszego tomu Brubaker konsekwentnie zasiewa kolejne ziarna wątpliwości odnośnie do poczytalności Dylana. Czy chłopak jest zdrowy na umyśle? Czy faktycznie nawiedził go nadprzyrodzony byt i zlecił morderczą misję? Także tym razem nie dostajemy żadnych jasnych wyjaśnień, ale takowych wcale nie potrzeba. Nader często twórcy wpadają w pułapkę dookreślania wszystkich wątków i serwowania czytelnikom oczywistych rozwiązań. To z kolei każe myśleć, że inteligencja odbiorcy bywa zwyczajnie niedoceniana. Tymczasem w przypadku „Zabij albo zgiń” jest inaczej, a scenarzysta pozostawia nam pole do własnej interpretacji. To naprawdę odświeżające.

Zdarza się, że twórcy, nie chcąc kończyć serii, którą polubili zarówno oni, jak i czytelnicy, przeciągają ją na siłę, co ostatecznie prowadzi do rozmycia się opowieści. Na szczęście nie mamy z tym problemem do czynienia w przypadku omawianego tytułu. Czwarty tom „Zabij albo zgiń” zamyka wszystkie wątki w satysfakcjonujący sposób, dodatkowo do głównej linii fabularnej i motywów zaprezentowanych wcześniej dochodzi kilka nowych elementów. Podobać się może chociażby zmiana miejsca akcji. Szpital psychiatryczny, choć jest z założenia przestrzenią dość ograniczoną (zwłaszcza w tym przypadku, mamy bowiem do czynienia z placówką zamkniętą), daje nowe możliwości zarówno w kwestii rozwoju postaci, jak i prowadzenia akcji, co Brubaker umiejętnie wykorzystuje.

Tom zamykający całość przynosi zaskakująco mało czystej akcji. Choć kilka dynamicznych scen, rzecz jasna, tu znajdziemy, to uwaga twórcy skupia się w znacznej mierze na psychologii postaci. Przejawia się to chociażby w intensyfikacji wewnętrznych monologów Dylana. Jeszcze głębsze wejście do głowy głównego bohatera było zresztą krokiem logicznym i oczekiwanym – to wszak w niej dzieją się najciekawsze rzeczy. Ciekawym pomysłem na urozmaicenie fabuły okazał się też niewątpliwie pomysł z wprowadzeniem drugiego mściciela. Nie dosyć, że przynosi on pole do rozważań czy Dylan nie był przypadkiem obłąkany od samego początku, to ponownie podnosi kwestię motywacji takich zachowań i tego, czy można usprawiedliwiać zabijanie, zwłaszcza gdy w toku, wydawałoby się, sprawiedliwej misji ginie ktoś niewinny.

Same dobre słowa można po raz kolejny powiedzieć o warstwie graficznej albumu. Odpowiedzialny za nią skład pozostał taki sam jak wcześniej i ponownie stanął na wysokości zadania. Sean Phillips nie traci wysokiej formy, prezentując miłe dla oka, ładnie rozplanowane, realistyczne obrazy, będące doskonale wypełnione kolorami przez Elizabeth Breitweiser. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że ten twórczy tandem doskonale się uzupełnia i pasuje do siebie wręcz perfekcyjnie.

Zamknięcie „Zabij albo zgiń” jest równie dobre (choć lepsze będzie tu stwierdzenie „równie błyskotliwe”) jak trzy poprzednie tomy. Stanowi, podobnie jak cała seria, kolejną perełkę w bogatej bibliografii Eda Brubakera, przynosząc potwierdzenie faktu, że Amerykanin należy do najlepszych w swoim fachu. Poznawanie kolejnych perypetii Dylana było czystą przyjemnością. Co ciekawe, samo zakończenie zostawia maleńką furtkę na przyszłą kontynuację – ciekawe czy ta kiedyś powstanie. Mając jednak na uwadze pomysłowość Brubakera, nie sądzę, by ewentualny sequel był odcinaniem kuponów. To jednak tylko przypuszczenia, na razie cieszmy się tym, co mamy, bo naprawdę jest czym.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2019/01/zabij-albo-zgin-tom-4-recenzja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://www.szortal.com/node/15594

pokaż więcej

 
2019-01-01 11:16:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Powrót do dzieciństwa to motyw często pojawiający się w literaturze. Jego atrakcyjność polega na tym, że stwarza autorowi duże pole do popisu, pozwalając przede wszystkim zagrać na sentymentach czytelnika i dając mu możliwość porównania starego z nowym i cofnięcia się do czasów, które większość z nas uważa za lepsze lub przynajmniej bardziej beztroskie. Swoją podróż w przeszłość Dan Simmons... Powrót do dzieciństwa to motyw często pojawiający się w literaturze. Jego atrakcyjność polega na tym, że stwarza autorowi duże pole do popisu, pozwalając przede wszystkim zagrać na sentymentach czytelnika i dając mu możliwość porównania starego z nowym i cofnięcia się do czasów, które większość z nas uważa za lepsze lub przynajmniej bardziej beztroskie. Swoją podróż w przeszłość Dan Simmons okrasza narastającą grozą, a „Letnia noc”, według słów samego autora, nawiązuje do jego przeżyć z dzieciństwa, które zostały tu rozwinięte w pasjonującą opowieść o walce z pochodzącym z otchłani czasu złem.

Rok 1960. Grupa chłopaków kończy kolejny rok szkolny. Tym razem sytuacja jest wyjątkowa, bo wraz z ostatnim dzwonkiem zamknięta zostanie placówka, w której wszyscy uczyli się przez kilka ostatnich lat. Bohaterowie nie czują jednak sentymentu do starego budynku. Co więcej, w jego otoczeniu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, w które zamieszany może być personel Old Central. Coraz bardziej nieprawdopodobne i przerażające fakty wychodzą na światło dzienne, stając się realnym zagrożeniem dla członków paczki, którzy muszą radzić sobie ze wszystkim sami, bo kto potraktuje poważnie grupę dwunastolatków twierdzących, że napotkali pradawne zło i muszą z nim walczyć?

Tempo akcji „Letniej nocy” jest w znacznej mierze dość powolne. Ta cecha może zniechęcić tych odbiorców, którzy liczą na horror intensywny, bo nie z takowym mamy tu do czynienia. Simmons stawia na inne elementy. Dużą wagę przywiązuje zwłaszcza do szczegółowego opisania otoczenia i realiów, w jakich rozwija się opowieść. To daje dobre tło, pozwala odpowiednio wczuć się w życie codzienne bohaterów i dostrzec, w jaki sposób pojawia się w nim element obcy. Groza nie uderza od początku z pełną siłą, lecz narasta, co jest wyborem bardzo dobrym, ponieważ potęguje klimat zagrożenia.

Nie byłoby udanego horroru, gdyby nie interesujący protagoniści. W ich przypadku Simmons także skupia się na odpowiednim nakreśleniu tła. Widzimy chłopców w ich domach rodzinnych, co pozwala nam dowiedzieć się, jakie okoliczności kształtują ich charaktery i temperament. Każdy musi mierzyć się z różnymi problemami codzienności, hartującymi ich wolę i pozwalającymi rozwijać różne umiejętności. Gdy wraz z rozwojem akcji rośnie zagrożenie dla bohaterów i ich rodzin, te skrupulatnie opisywane cechy dają podstawę do wspólnej walki i dodają fabule wiarygodności, ponieważ dobrze wiemy, który z bohaterów do jakich czynów jest zdolny.

Mniej więcej do połowy powieści można zapomnieć, że mamy do czynienia z horrorem. Simmons koncentruje się bowiem przede wszystkim na wątkach obyczajowych. Gdy jednak na scenę wchodzi nadprzyrodzone zagrożenie, z którym muszą zmierzyć się bohaterowie, fabuła skręca w innym, także bardzo ciekawym kierunku. Autor umiejętnie łączy małomiasteczkowy klimat z potwornościami, których nie powstydziliby się autorzy specjalizujący się w gatunku. Potwory, z którymi walczą mali mieszkańcy Elm Haven, są wystarczająco obrzydliwe, by przykuć uwagę odbiorcy. Simmons nie ogranicza się jednak jedynie do nich, w fabułę wplata fakty historyczne i snuje delikatny wątek okultystyczny. Te wszystkie elementy po połączeniu w całość dają naprawdę interesujący efekt, a „Letnią noc” czyta się dzięki temu jednym tchem.

Powieść Simmonsa jest bardzo dobrze napisana. Autor prezentuje tu bardzo płynny styl, dzięki któremu kolejne strony przewracamy z niesłabnącym zainteresowaniem. Nie jest to jednak książka pozbawiona wad. Najważniejszą będzie prawdopodobnie jej liniowość. Czytelnicy, którzy mają na rozkładzie kilka horrorów utrzymanych w podobnym stylu nie będę mieli większych trudności z domyśleniem się kierunku, w jakim zmierza fabuła. Nikogo nie zaskoczą także problemy życia codziennego naszych bohaterów – to między innymi alkoholizm rodzica czy też brak uwagi poświęcanej pociechom. Jednak nawet jeśli Simmons stosuje w tym przypadku pewne klisze, to robi to na tyle płynnie, że nie psuje to pozytywnych wrażeń płynących z lektury.

„Letnia noc” to bardzo dobra powieść, która zadowoli zarówno nieco młodszych czytelników, jak i odbiorców lepiej obeznanych z literackim horrorem. I jakkolwiek trudno ją nazwać szczytowym osiągnięciem Dana Simmonsa, to komu to przeszkadza, zwłaszcza jeśli całość jest świetnie wyważona i poprowadzona tak, że cały czas jesteśmy ciekawi, co stanie się za chwilę. To książka porównywalna jakościowo do słynnego Kingowskiego „To”, co stanowi dla niej najlepszą rekomendację. Jeśli więc lubicie grozę utrzymaną w sentymentalnych klimatach lub po prostu dobrą literaturę, śmiało sięgajcie po „Letnią noc”.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2019/01/dan-simmons-letnia-noc-recenzja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/15580

pokaż więcej

 
2018-12-28 09:14:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Batman DC Rebirth (tom 4) | Seria: Odrodzenie

Ujmując rzecz dość delikatnie, dotychczasowe wyczyny Toma Kinga jako prowadzącego główną serię z Nietoperzem w roli głównej nie sprawiały zbyt dobrego wrażenia. Ba, jedyne sceny, które zostawały w głowie po lekturze jej trzech pierwszych odsłon to te epatujące głupotą, gdy bohaterowie „przeskakiwali rekina”. Nie z tym chcemy kojarzyć Gacka, nie z tym... Przesłanki ku temu, by spodziewać się... Ujmując rzecz dość delikatnie, dotychczasowe wyczyny Toma Kinga jako prowadzącego główną serię z Nietoperzem w roli głównej nie sprawiały zbyt dobrego wrażenia. Ba, jedyne sceny, które zostawały w głowie po lekturze jej trzech pierwszych odsłon to te epatujące głupotą, gdy bohaterowie „przeskakiwali rekina”. Nie z tym chcemy kojarzyć Gacka, nie z tym... Przesłanki ku temu, by spodziewać się nagłej poprawy jakości, były więc wyjątkowo nikłe. Tym większe okazało się moje zaskoczenie przy lekturze „Wojny żartów z zagadkami”, kiedy uśmiech na twarzy rósł z każdą kolejną przewróconą stroną. Bo oto King dostarczył nam produkt naprawdę wysokiej jakości.

Krótko po wydarzeniach znanych jako Rok Zerowy ścieżki Batmana i Riddlera krzyżują się ponownie. Złoczyńca uczynił z obrońcy Gotham cel w chorej rywalizacji z Jokerem, a przedmiotem sporu stała się kwestia kto ma większe prawo do pozbawienia bohatera życia. Konflikt eskaluje w błyskawicznym tempie – kolejni przestępcy muszą wybierać po czyjej stronie stanąć, a na zakrojonych na szeroką skalę działaniach walkach traci tylko miasto i jego mieszkańcy. Batman musi znaleźć sposób, by zakończyć spiralę przemocy, będąc przy tym sprytniejszym niż Riddler. Od tego czy uda mu się przechytrzyć mistrza zagadek zależy los całego Gotham.

Do tej pory Tom King nie wykorzystywał potencjału ukrytego w przeciwnikach Nietoperza, a Bane w jego interpretacji zahaczał wręcz o autoparodię, zatem można było mieć uzasadnione obawy co do sposobu potraktowania antagonistów. Tym razem za villainów robią Joker i Riddler, czyli łotrzy wielkiego kalibru, którzy byli portretowani przez kolejnych scenarzystów niezliczoną ilość razy. Czy można tu było wymyślić coś nowego? Co mocno zaskakuje, odpowiedź jest twierdząca. Podobać się może przede wszystkim Joker, w przypadku którego King zastosował manewr niezwykle prosty, ale skuteczny – pokazał go zupełnie inaczej niż zazwyczaj, nie jako szalonego śmieszka, lecz śmiertelnie poważnego przestępcę, który nie jest ani dowcipny, ani nawet cyniczny, tylko zwyczajnie przerażający. Kwestia powodu zmiany w jego zachowaniu jest mocno intrygująca i stanowi jeden z motorów napędowych fabuły. Co więcej, zabieg nie sprawia wrażenia wprowadzonego na siłę, dzięki czemu czytelnik może go bezboleśnie przyswoić, traktując jako naturalny element opowieści.

Może się podobać, że „Wojna żartów z zagadkami” nie jest przesadnie napakowana bezmyślną akcją. Widać, że King przeanalizował błędy, które popełnił we wcześniejszej fazie swojego runu i wyciągnął z nich odpowiednie wnioski. Na pierwszym planie stoi tu zatem intryga, która jakkolwiek nie jest przesadnie skomplikowana, to angażuje i – chwała Przedwiecznym – nie epatuje głupotami, stanowiąc mocny punkt tomu. Szczególnie dobre wrażenie sprawiają wątki poboczne, w szczególności ten dotyczący Kite Mana. Autor przedstawił historię tego trzecioligowego złoczyńcy w sposób niezwykle intrygujący, nadając mu głębię i sprawiając, że czytając o jego motywacjach, zaczynamy mu po części kibicować.

Pewnym mankamentem jest potraktowanie przez Kinga po macoszemu niektórych wątków. Nie przyłożył się na przykład do odpowiedniego umotywowania wspierających Riddlera i Jokera złoczyńców. Widzimy ich stojących za plecami dwójki adwersarzy, ale nie wiemy nic na temat okoliczności, jakie skłoniły ich do dokonania takiego, a nie innego wyboru. Co za tym stało? Siła? Szantaż? A może po prostu uznanie dla planu kolegi po fachu? Tego się niestety nie dowiadujemy, ale wywołane takim stanem rzeczy niezadowolenie jest na szczęście skutecznie maskowane innymi zaletami i dobrą kreacją najważniejszych postaci.

Główną część „Wojny żartów z zagadkami” rysował Mikel Janin. Ten hiszpański artysta jest na tę chwilę jednym z najlepszych rysowników zatrudnionych w DC Comics. Jego prace są wyraziste i cieszą oko. Janin ma dobrą rękę do kadrowania, potrafi tworzyć rysunki zarówno bardziej stonowane i kameralne, jak i te efektowne, także z uwzględnieniem rozkładówek. Nie ma też problemów z twarzami (emocje!) oraz z fizjonomią postaci. Jednym słowem – jest kompleksowy. Bardzo sobie cenię efekty jego pracy i zwyczajnie lubię oglądać ilustracje, które są jego dziełem.

Czwarty tom „Batmana” to wyraźny skok jakościowy w porównaniu do poprzednich odsłon cyklu. Tom King pokazał tu, że ma jednak coś do powiedzenia w kwestii Mrocznego Rycerza i potrafi zaprezentować opowieść interesującą, wykorzystującą potencjał tak samego Nietoperza, jak i jego przeciwników. Dzięki „Wojnie żartów z zagadkami” odżywa nadzieja, że run Kinga nie jedynie będzie straconym czasem i materiałem do żartów, ale czymś wartościowym. Nie popadajmy jednak w hurraoptymizm – na tę chwilę stosunek tomów słabych do dobrych to 3:1. Tendencja zwyżkowa musi zostać podtrzymana, a czy tak się stanie, przekonamy się niebawem, przy premierze „Zasad walki”.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/12/batman-odrodzenie-tom-4-wojna-zartow-z.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/15571

pokaż więcej

 
2018-12-25 10:51:50
Ma nowego znajomego: Michał
 
2018-12-25 08:54:28
Ma nowego znajomego: na_marginesie_ksiazk
 
2018-12-23 19:54:46
Ma nowego znajomego: Magdalena
 
2018-12-22 10:12:50
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Nie powiem, żebym był szczególnie dobrze zaznajomiony z literacką grozą „made in Poland”. Owszem, znam kilka nazwisk (choć głównie tych najgłośniejszych) , ale nigdy nie zagłębiałem się w temat jakoś mocniej, koncentrując się bardziej na mainstreamie i połączeniu horroru z fantastyką. Od czasu do czasu nachodzi mnie jednak ochota na poznanie czegoś nowego, niekoniecznie zbytnio oczywistego.... Nie powiem, żebym był szczególnie dobrze zaznajomiony z literacką grozą „made in Poland”. Owszem, znam kilka nazwisk (choć głównie tych najgłośniejszych) , ale nigdy nie zagłębiałem się w temat jakoś mocniej, koncentrując się bardziej na mainstreamie i połączeniu horroru z fantastyką. Od czasu do czasu nachodzi mnie jednak ochota na poznanie czegoś nowego, niekoniecznie zbytnio oczywistego. Okazją ku temu, by dać się ponieść owej zachciance, była premiera Domu Horroru, w ramach której światło dzienne ujrzało wznowienie „Wehrwolfa”. Tym zbiorem opowiadań interesowałem się już siedem lat temu, przy okazji pierwszego wydania, ale ostatecznie nic z tych czytelniczych planów nie wyszło, więc teraz, gdy nadarzyła się tak dobra okazja, nie mogłem z niej nie skorzystać.

Na całą nieco ponad dwustustronicową książkę składa się trzynaście opowiadań. Część z nich to teksty krótkie, z szybko przedstawioną fabułą i puentą, inne zaś to opowieści trochę bardziej skomplikowane, zawierające więcej treści. Tematyka? Przekrojowa. Obok klasycznych motywów grozy, takich jak diabelskie dziecko, nawiedzony cmentarz czy szpital psychiatryczny, autor oferuje nam horror trochę bardziej niekonwencjonalny, oparty na ludowym folklorze, motywach obyczajowych i traumie przybywającej pod postacią kontaktu z pewnym obrzydliwym zaburzeniem seksualnym. A to nie wszystko, co czeka nas na kolejnych kartach tej książki.

W przypadku zbiorów opowiadań nader często dochodzi do sytuacji, gdy niektóre teksty stoją na wysokim poziomie, podczas gdy inne są zauważalnie gorsze. Nie inaczej jest w tym przypadku. Ścieszek zdecydowanie gorzej wypada, gdy zamyka swoje pomysły w bardziej konwencjonalnych ramach, korzystając z patentów ogranych i, w dzisiejszych czasach, mało zaskakujących. Rzecz tyczy się chociażby „Upiornej opowieści” (nie mylić z wydaną niedawno powieścią Strauba), która od początku do końca zmierza w oczekiwanym przez czytelnika kierunku, nie przynosząc nie tylko zaskoczeń, ale nawet lekkiego dreszczyku grozy. Nie tego oczekuję od horroru, ale na szczęście takich tekstów jest tu zdecydowanie mniej. Poza tym, o którym mowa powyżej, znajdziemy jeszcze góra dwa, trzy.

Autor stara się jednak zaproponować czytelnikom coś więcej aniżeli znane od dekad motywy i muszę przyznać, że robi to w całkiem przekonującym stylu. Duże wrażenie wywierają zwłaszcza opowiadania, w których jego uwaga skupia się na warstwie obyczajowej. Czuć, że Ścieszek potrafi pisać o codzienności i często wychodzi mu to lepiej niż próby straszenia. Tak dzieje się na przykład w „Prawie kota”, w którym warstwa fantastyczna przenika się płynnie z realną i to ta druga jest zauważalnie lepsza. Fabuła, budowana wokół kolejnych nieszczęść dotykających głównego bohatera, angażuje i wzbudza w czytelniku emocje. Szczypta niesamowitości, wyraźnie wyczuwalna w całej historii, dodaje całości kolorytu, ale opowiadaniu daleko jest do typowego horroru – autor nieco poeksperymentował, co bez dwóch zdań wyszło na dobre.

Jeszcze lepsze wrażenie robi najdłuższy tekst w całym zestawie. „Karuzela”, bo o nim mowa, to na pierwszy rzut oka przedziwna mieszanka. Mamy tu sielankowy obraz wesołego miasteczka, do którego trafia chłopak i jego sympatia. Zaraz obok pojawia się element dość mocno do tego obrazu niepasujący – to motyw podróży w czasie. Wszystko podszyte jest delikatnym poczuciem niepokoju, co sprawia, że kolejne kartki przewracamy z narastającym zainteresowaniem co też autor wymyśli i jak połączy kolejne elementy. Wraz z biegiem akcji fabuła nabiera coraz większego sensu, a z kolejnych scen wyłania się większy obraz – ten nie jest najpiękniejszy, bo odwołuje się do krzywdzenia tych, którzy nie potrafią obronić się sami, ale sprawność, z jaką autor wszystko opisuje, robi duże wrażenie i powoduje, że „Karuzela” bardzo mocno angażuje emocjonalnie.

Podoba mi się, że Ścieszek często umiejscawia akcję kolejnych opowiadań w Polsce prowincjonalnej. Bywa, że jest to wieś, bywa że miasteczko, ale to miła odmiana po horrorach dziejących się w scenerii wielkomiejskiej. W oderwaniu od technologii i zdobyczy cywilizacji mają prawo odżywać pierwotne lęki i może wydarzyć się więcej dziwnych rzeczy. I tak właśnie dzieje się w kolejnych tekstach. Na tej regule oparte jest na przykład „Coś za coś”. Autor bardzo udanie oddał tu relacje panujące między mieszkańcami wsi (tutaj stanowiącej namiastkę cywilizacji) z wiejską szeptuchą. Chłopi, choć boją się korzystać z jej porad, to gdy zachodzi konieczność, właśnie do „czarownicy” zwracają się z prośbą o pomoc. Relacja panująca między nimi jest świetnie opisana, stanowiąc ciekawe spojrzenie na motywację ludzi pragnących rozwiązać swoje problemy, jednak niezdających sobie sprawy, że niekiedy z pewnego rodzaju pomocy lepiej nie korzystać, bo ta może wiązać się z określonymi, mało przyjemnymi konsekwencjami.

Patrząc całościowo, „Wehrwolf” nie jest zbiorem równym, ale to nie jest wielkim zaskoczeniem – bardzo trudno utrzymać wysoki poziom, zwłaszcza gdy opowiadań jest kilkanaście. Kilka potknięć musi się zdarzyć, ale tutaj, szczęśliwie, tekstów udanych mamy zdecydowanie więcej niż tych słabszych, co pozwala w ostatecznym rozrachunku ocenić tę książkę pozytywnie. Marek Ścieszek udowodnił, że potrafi tworzyć interesujące historie, które są tym lepsze, im dalej odchodzą od standardowych horrorowych motywów. Mam nadzieję, że wznowienie tego tomiku jest zwiastunem kolejnych tytułów, które za jakiś czas wyjdą spod pióra autora, bo po tej lekturze widać, że pisać to on potrafi.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/12/marek-scieszek-wehrwolf-recenzja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/15505

pokaż więcej

 
2018-12-20 19:15:00
Ma nowego znajomego: Agnesto
 
2018-12-17 22:02:13
Ma nowego znajomego: Damian Marek
 
Moja biblioteczka
693 451 12384
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (109)

zgłoś błąd zgłoś błąd