Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Marek Adamkiewicz 
zlapany.blogspot.com
33 lat, mężczyzna, status: Czytelnik, dodał: 4 książki, ostatnio widziany 6 godzin temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-04-18 09:35:38
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Wonder Woman DC Rebirth (tom 2) | Seria: Odrodzenie

Pierwszy tom perypetii Diany z Temiskiry zbierał w całość nieparzyste zeszyty serii i prezentował wydarzenia dziejące się w obecnej linii czasowej. Te z numerami parzystymi stanowią z kolei opowieść przedstawiającą genezę jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci DC Comics. Tytuły zawierające tego typu historie stanowią zazwyczaj dobrą okazję do zrewitalizowania wizerunku danego bohatera i... Pierwszy tom perypetii Diany z Temiskiry zbierał w całość nieparzyste zeszyty serii i prezentował wydarzenia dziejące się w obecnej linii czasowej. Te z numerami parzystymi stanowią z kolei opowieść przedstawiającą genezę jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci DC Comics. Tytuły zawierające tego typu historie stanowią zazwyczaj dobrą okazję do zrewitalizowania wizerunku danego bohatera i pokazania tego, w jaki sposób zbiera on doświadczenie i staje się postacią, jaką znają fani. I właśnie tak jest w przypadku Wonder Woman, a opowiedziana na nowo historia jej pochodzenia wielokrotnie potrafi zainteresować.

Już sam tytuł jasno daje czytelnikowi do rozumienia o czym będzie traktować drugi tom przygód księżniczki Amazonek. Dowiemy się z niego w jaki sposób na Temiskirę wkroczyły problemy współczesnego świata i jakie okoliczności sprawiły, że Diana stała się ambasadorką swojego ludu w świecie ludzi. Gdy na będącą domem wojowniczek wyspę przypadkiem trafia grupa amerykańskich żołnierzy, staje się wiadome, że powoli kończą się czasy względnego spokoju. Nadchodzi nowa era, w której do świata ludzi zawitają postaci, dotąd uznawane za mityczne.

W „Roku Pierwszym” autor nie stara się rewolucjonizować postaci Wonder Woman. Przedstawienie jej początków nie stanowi okazji do wprowadzania zmian w wizerunku tej postaci, ale jest po prostu ponownym pokazaniem cech jej charakteru i przypomnieniem dlaczego stanowią one o sile heroiny. Jaka jest więc początkująca Diana w interpretacji Rucki? Przede wszystkim ufna i dobra, potrafi bowiem, głównie w oparciu o intuicję, zawierzyć mężczyźnie, który dopiero przybył na jej wyspę i poświęcić swoje dotychczasowe życie, by zapewnić mu bezpieczny powrót do domu, nawet jeśli takowy miałby być dla niej samej końcem życia, jakie znała do tej pory.

Greg Rucka w dosyć przekonujący sposób pokazuje zagubienie Diany, kiedy ta trafia już do współczesnego świata. Bohaterka nie orientuje się w zasadach rządzących tym nieznanym dla niej miejscem, ale ze wszystkich sił stara się je zrozumieć. Porozumienie z ludźmi jest początkowo trudne, ale opcją na jego ułatwienie okazuje się interwencja kilkorga bóstw z greckiego panteonu. Ten motyw, choć jego wprowadzenie jest w jakimś stopniu zrozumiałe, stanowi jednak przykład manewru „deus ex machina”, co lekko rozczarowuje. Bardzo dobrze wypadają za to bohaterowie drugoplanowi. Steve Trevor jest jakby odbiciem Diany, zaś w scenach, gdy te postaci występują razem, czuć odpowiednią chemię. Świetnie prezentuje się także Barbara Ann Minerva, u której scenarzysta dobrze pokazał prawdziwą pasję do archeologii i lingwistyki, ale i cechy charakteru, które pozwolą jej stać się w przyszłości osobą ważną dla Wonder Woman.

Fabuła „Roku Pierwszego” nie jest przesadnie skomplikowana, ale właśnie takie są zazwyczaj historie typu „origin”. Mają one przedstawiać przede wszystkim okoliczności, jakie ukształtowały znanych i lubianych bohaterów i tę rolę dzieło Rucki spełnia w odpowiednim stopniu. Tempo akcji jest dobrze wyważone, nie jest za szybko, ale też nie ma tu miejsca na nudę. Jedynym mankamentem może być duża skrótowość scen dziejących się na Temiskirze, myślę jednak, że nie jest to wada bardzo znacząca i rzutująca na ocenę całości, bo twórcy udało się zaprezentować drogę Diany do stania się Wonder Woman w sposób interesujący, choć mało oryginalny.

Na wysokim poziomie stoją ilustracje autorstwa Nicoli Scott. Rysowniczka prezentuje bardzo przejrzysty styl. Jej prace nie rażą zbytnim uproszczeniem, ale też nie są fotorealistyczne. Podobać może się zwłaszcza sposób przedstawienia głównej bohaterki tej opowieści, w którym widać jej pochodzenie i klasyczną, grecką urodę. Udanym rozwiązaniem było także powierzenie warstwy graficznej jednej autorce (całościowo rysują co prawda dwie panie, ale ta druga pracowała tylko przy krótkim, jednozeszytowym interludium) – to pozwoliło ujednolicić rysunki i pokazać świat przedstawiony w sposób nierozerwany na kilka osobnych wizji.

Druga odsłona „Wonder Woman” wydawanej w ramach „Odrodzenia” potwierdza, że jest to jedna z najbardziej interesujących serii tej inicjatywy. Być może całościowo jest nieco mniej ekscytująca niż tom numer jeden, jednak takiego stanu rzeczy uniknąć się nie dało, jeśli motywem przewodnim tomu miał być origin heroiny. Całościowo „Rok Pierwszy” jest jednak potwierdzeniem tego, że Greg Rucka doskonale czuje się opisując perypetie Diany z Temiskiry i jest odpowiednim człowiekiem na właściwym miejscu.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/04/wonder-woman-odrodzenie-tom-2-rok.html
oraz na łamach serwisu Arena Horror - http://arenahorror.pl/ARENA_HORROR/komiksy/wonder_woman_2_rok_pierwszy.HTML

pokaż więcej

 
2018-04-17 00:38:04
Ma nowego znajomego: Anna
 
2018-04-17 00:37:21
Ma nowego znajomego: CzerasRHD
 
2018-04-13 12:45:48
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Flash DC Rebirth (tom 2) | Seria: Odrodzenie

„Odrodzenie” trwa w najlepsze – spośród wydawanych w Polsce serii niewiele jest jednak takich, na których można zawiesić oko na dłużej. Pierwszy tom „Flasha” nie należał na pewno do czołowych tytułów wchodzących w skład projektu, ale i nie prezentował sobą tak żenującego poziomu jak niektóre inne cykle. Taki stan rzeczy pozwalał z lekkim optymizmem patrzeć do przodu i wypatrywać coraz lepszych... „Odrodzenie” trwa w najlepsze – spośród wydawanych w Polsce serii niewiele jest jednak takich, na których można zawiesić oko na dłużej. Pierwszy tom „Flasha” nie należał na pewno do czołowych tytułów wchodzących w skład projektu, ale i nie prezentował sobą tak żenującego poziomu jak niektóre inne cykle. Taki stan rzeczy pozwalał z lekkim optymizmem patrzeć do przodu i wypatrywać coraz lepszych scenariuszy. Druga odsłona przygód najszybszego z superbohaterów to dobra okazja by sprawdzić, czy ta nadzieja była uzasadniona.

W Central City dochodzi do spotkania trzech speedsterów – Flasha i dwóch wersji Kid Flasha. W wyniku działania tajemniczej siły na najstarszego z całej trójki zaczyna oddziaływać niesprecyzowana moc, która sprawia, że Flash nie jest sobą i na prawo i lewo rzuca oskarżeniami, stając się mocno nieobliczalnym. Przywrócić go do normalności może tylko pozostała dwójka sprinterów. Gdy sytuacja wraca do względnego porządku okazuje się, że bohaterów czeka kolejne, jeszcze trudniejsze zadanie. Flash, Kid Flach oraz Iris zostają bowiem uwięzieni w pewnej mrocznej krainie, gdzie muszą zmierzyć się z armią złowrogich cieni.

Flash jest bohaterem, który często bierze udział w kluczowych wydarzeniach, mających wpływ na całe uniwersum. Tak było w przypadku "Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach", sytuacja powtórzyła się przy powstawaniu „The New 52”, także w „Odrodzeniu” moc prędkości tego czy innego speedstera stanowi kluczowy element intrygi. Sęk w tym, że gdy przechodzimy do regularnej serii poświęconej bohaterowi, wraca przyziemność, a tu nie jest już tak kolorowo. Bo o ile "Piorun uderza dwa razy" jeszcze się w znacznej mierze bronił jako całość, tak już „Pęd Ciemności” równa niestety do poziomu tych gorszych składowych odnowionego Uniwersum DC.

Głównym mankamentem tego tomu jest skupienie się w znacznej mierze na perypetiach i postaci Kid Flasha. To powtórzenie sytuacji z kart „Supermana”, gdzie tytułowy bohater zszedł na dalszy plan, ustępując miejsca swojemu synowi. Tutaj jest podobnie, a zamiast Flasha na kolejnych kartach najwięcej mamy scen z udziałem jego nastoletniego pomagiera. Taka decyzja Williamsona powoduje, że całość ma zdecydowanie bardziej teenagerski wydźwięk niż tom numer jeden. I jeśli założymy, że taka właśnie jest grupa docelowa omawianego komiksu, to nie ma w tym nic złego, jednak jeśli w nurcie superhero szukamy czegoś więcej aniżeli prosta jak drut i nieoferująca większych emocji fabuła, to dla czytelnika „Pędu Ciemności” nie znajdzie się nic innego poza rozczarowaniem.

Williamsonowi nie wyszło najlepiej także kreowanie relacji między bohaterami – te są po prostu szyte zbyt grubymi nićmi. Wszystko oparte jest na schematach stosowanych w tym medium niezliczone ilości razy. Mamy tu bowiem młodzieńca, który chce się wykazać przed mentorem, lecz którego wysiłki spełzają na niczym, a zamiast osiągnięcia spodziewanego sukcesu, wpędza siebie i innych w kłopoty. Mamy złoczyńcę, który chce odpokutować winy, lecz nie do końca mu to wychodzi. Jest także próba pogłębienia tła i zawiązania głębszych relacji między Barrym a Iris i tutaj można ewentualnie upatrywać nadziei na przyszłość, ponieważ autor wykazał się pewną subtelnością i pokazał, że relacja między tą dwójką jest ciepła, ale nie do końca jasno określona.

Gorzej niż w przypadku tomu numer jeden prezentują się niestety ilustracje. Jak to często bywa w przypadku „odrodzonych” serii, za całość jest odpowiedzialnych kilku artystów. Co zaskakuje, nawet w tytułowej opowieści, składającej się z zaledwie trzech zeszytów, rysowników jest dwóch. Niestety wysiłki żadnego z plastyków nie powalają na kolana. Najgorzej rzecz się ma w przypadku Jorge Corony – bohaterowie są przez niego przedstawiani pokracznie, ich twarze są kanciaste i zwyczajnie brzydkie, a na kolejnych kadrach często króluje chaos. Trochę lepiej sprawa ma się z resztą stawki, chociaż i tu ani razu nie wychodzimy poza przyzwoite rzemiosło.

Drugi tom „Flasha” okazał się niestety sporym niewypałem. Seria bez dwóch zdań znacząco obniżyła tu loty i po przyzwoitym otwarciu ugrzęzła na raczej mizernym poziomie. Pewnym światełkiem w tunelu jest jednak fakt, że w kolejnych odsłonach perypetii sprintera na scenę powrócą jego główni antagoniści, co może zwiastować nie tylko większą dawkę intensywnej akcji, ale przede wszystkim bardziej widoczną i znaczącą obecność samego głównego bohatera, czego brakowało mi tutaj. I tego waśnie życzę sobie i wszystkim innym czytelnikom przed zaplanowaną na lipiec premierą trzeciej odsłony tego cyklu.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/04/flash-odrodzenie-tom-2-ped-ciemnosci.html
oraz na łamach serwisu Arena Horror - http://www.arenahorror.pl/ARENA_HORROR/komiksy/flash_ped_ciemnosci.HTML

pokaż więcej

 
2018-04-10 11:11:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Star Wars Legendy (tom 16) | Seria: Star Wars Legendy

Podjęta przez Disneya decyzja o skasowaniu całego Expanded Universe i wprowadzeniu na jego miejsce nowego kanonu, jakkolwiek bolesna dla tysięcy fanów, jest całkowicie zrozumiała. W obliczu znaczącej rozbudowy świata przedstawionego, do jakiego może, i prawdopodobnie dojdzie w najbliższych latach, te setki fabuł, które już otrzymaliśmy, mogłyby się okazać zbyt trudne do logicznego powiązanie... Podjęta przez Disneya decyzja o skasowaniu całego Expanded Universe i wprowadzeniu na jego miejsce nowego kanonu, jakkolwiek bolesna dla tysięcy fanów, jest całkowicie zrozumiała. W obliczu znaczącej rozbudowy świata przedstawionego, do jakiego może, i prawdopodobnie dojdzie w najbliższych latach, te setki fabuł, które już otrzymaliśmy, mogłyby się okazać zbyt trudne do logicznego powiązanie nawzajem. Nie oznacza to jednak, że EU ulega całkowitej anihilacji. Co to, to nie! Te książki i komiksy nie tylko wciąż istnieją, ale zebrane pod szyldem „Legendy” dalej cieszą pasjonatów Odległej Galaktyki. Tym razem mamy okazję zapoznać się z siedemnastym tomem zbierającym w całość okres, gdy marką rządziło Dark Horse Comics.

W albumie otrzymujemy cztery osobne opowieści. Najdłuższa, zajmująca połowę całkowitej objętości tomu „Dziewczyna z Rebelii”, to opowieść o Lei, która szuka nowego świata dla tytułowej Rebelii. W tym celu statki Sojuszu przybywają na Arrochar, a częścią układu, w myśl którego Rebelianci mają znaleźć tam nowy dom, ma być ślub księżniczki z miejscowym księciem. Taka sytuacja nie jest w smak ani Luke’owi, ani Hanowi. Swoje plany ma także lokalna arystokracja i wojskowi. „Pięć dni z Sithem” opowiada o chorążej, która towarzyszy Vaderowi w nieusankcjonowanej i pełnej niebezpieczeństw misji. W „Tam, gdzie umierają droidy” poznamy historię uśpionej agentki Rebelii, która w końcu wychodzi z ukrycia, a zamykająca całość „Sztuka złego biznesu” to już krótka opowiastka, spełniająca wyłącznie rolę dodatku.

Wydaje się, że „Dziewczyna z Rebelii” w założeniach miała być komiksem, który stoi blisko składowych „Starej Trylogii”, kładąc największy nacisk na przygodę i zwroty akcji. I faktycznie, czystej sensacji jest na kolejnych kartach sporo. Fabuła nie jest może specjalnie zaskakująca dla tych fanów, którzy są z uniwersum obeznani, jednak mimo to można powiedzieć, że angażuje. Brian Wood postarał się, by każdy z bohaterów dostał swoje pięć minut. Największy nacisk położył jednak na postać Lei, która pokazana jest jako osoba, dla której mimo osobistych marzeń i celów, najważniejsza jest misja. Zauważalne, choć dosyć naiwnie przedstawione, są tu także wątki polityczne, które zawsze są przeze mnie mile widziane w Gwiezdnej Sadze.

Umiejscowienie fabuły tej, oraz pozostałych składowych albumu w okresie po „Nowej Nadziei”, pozwoliło twórcom ukazać jeden z najbardziej atrakcyjnych momentów w historii uniwersum. Fani fanami, ale czytelnicy bardziej „niedzielni” najbardziej kojarzą właśnie „Starą Trylogię” i znanych z niej bohaterów, więc decyzja, by to oni grali pierwsze skrzypce w zaprezentowanych opowieściach jest w pełni zrozumiała. Występują tu zarówno Luke, Leia, Han i Chewbacca, oraz Vader i Imperator (choć ten ostatni akurat epizodycznie), czyli ci najbardziej rozpoznawalni i lubiani, co okazało się prostą, ale skuteczną zagrywką marketingową.

W odróżnieniu od „Dziewczyny z Rebelii”, która ma chyba najbardziej klasyczną konstrukcję z zaprezentowanych na kartach tomu opowieści, „Pięć dni z Sithem” przedstawia nam punkt widzenia drugiej strony i ma zdecydowanie bardziej mroczny charakter. Mamy tu okazję spojrzeć na Dartha Vadera z perspektywy jego podwładnej. Lord Sithów przedstawiony jest jako postać, która mimo przebywania na smyczy Palpatine’a, potrafi od czasu do czasu przejąć inicjatywę i wykazać się zaskakującą samodzielnością. To bardzo interesujący i nie zawsze akcentowany przez twórców operujących w Expanded Universe aspekt osobowości dawnego Anakina Skywalkera, który, trzeba przyznać to przyznać, prezentuje się naprawdę przekonująco. Nieco rozczarowują z kolei dwie historie zamykające całość – obie są błahe i przewidywalne, stanowiąc zaledwie dodatek do całości. Całe szczęście zajmują one małą część tomu, w związku z czym nie rzucają się za bardzo w oczy swoją przeciętnością.

Jeśli chodzi o ilustracje, nad albumem pracowało kilku artystów, a każdą historię rysował ktoś inny. Efekty pracy artystów prezentują się zazwyczaj dosyć dobrze, choć nie obyło się bez drobnych wpadek. Największym mankamentem prac Stephane’a Crety’ego jest na przykład brak podobieństwa znanych bohaterów do ich filmowych wersji. Początkowo miałem problemy, by poznać Leię i dopiero dymek z jej imieniem uświadomił mnie z kim mamy do czynienia. U Facundo Percio jest w tej materii lepiej, chociaż trzeba przyznać, że u niego akurat główna postać to ta w czarnej masce. Poza tym jego styl charakteryzuje się dynamiką, a ilustracje są miłe dla oka i dosyć realistyczne. Pozostała dwójka rysowników także trzyma poziom, choć u Christiana Dalla Vecchii widać nie do końca pasującą do pozostałych składowych prostotę i umowność.

„Dziewczyna z Rebelii. Zdławiona Nadzieja” nie jest być może najlepszym tomem „Legend”, ale z pewnością stanowi kawał całkiem przyzwoitej rozrywki. Podczas lektury można się dobrze bawić, a klimat przede wszystkim pierwszej połowy tomu od czasu do czasu przypomni nam dlaczego pierwsze trzy filmy z serii okazały się tak dużym sukcesem. Jak to bywa w przypadku komiksowych zbiorów, niektóre jego elementy są nieco gorsze od pozostałych, ale spójrzmy prawdzie w oczy – takie są prawa antologii. Istotne, że całościowo najnowszy wydany u nas tom „Star Wars” prezentuje przyzwoity poziom.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - http://zlapany.blogspot.com/2018/04/star-wars-legendy-dziewczyna-z-rebelii.html
oraz na łamach serwisu Arena Horror - http://www.arenahorror.pl/ARENA_HORROR/komiksy/star_wars_legendy_dziewczyna_z_rebelii_zdlawiona_nadzieja.HTML

pokaż więcej

 
2018-04-03 09:52:05
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Przeklęty (tom 1)

Jason Aaron nie jest scenarzystą żyjącym samą superbohaterszczyzną. Choć w nurcie trykociarskim tworzy naprawdę sporo, to potrafi też pisać opowieści brutalne i wstrząsające, takie, które powinny odpychać, jednak w przedziwny sposób hipnotyzują. Tak było w przypadku „Ludzi Gniewu”, podobnie rzecz miała się ze „Skalpem”. Ten drugi tytuł Aaron stworzył zresztą wspólnie z R. M. Guérą, serbskim... Jason Aaron nie jest scenarzystą żyjącym samą superbohaterszczyzną. Choć w nurcie trykociarskim tworzy naprawdę sporo, to potrafi też pisać opowieści brutalne i wstrząsające, takie, które powinny odpychać, jednak w przedziwny sposób hipnotyzują. Tak było w przypadku „Ludzi Gniewu”, podobnie rzecz miała się ze „Skalpem”. Ten drugi tytuł Aaron stworzył zresztą wspólnie z R. M. Guérą, serbskim rysownikiem, a efekty ich pracy były wręcz zachwycające. Teraz, kiedy obaj artyści ponownie połączyli siły, mieliśmy solidne podstawy, by oczekiwać prawdziwych fajerwerków.

Ponad półtora tysiąca lat minęło, odkąd Adam i Ewa opuścili Raj. Doszło do tego za sprawą Kaina, który dopuścił się strasznego czynu – zabił własnego brata. Od tego czasu życie na Ziemi zmieniło się w piekło, przyroda z biegiem czasu coraz bardziej obumierała, aż stała się własną, skarłowaciałą karykaturą, zaś ludzkość uległa przerażającej degeneracji. Dobro ukryło się bardzo głęboko. Dominują ci, dla których niegodziwość i okrucieństwo jest sposobem na życie. Taki świat przemierza Kain, dotknięty rzuconą przez Boga klątwą – nie może umrzeć, musi oglądać, do czego doprowadził jego niecny postępek.

Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, że nowe dzieło Aarona obraża czyjeś tzw. „uczucia religijne”. Mamy tu wszak do czynienia z alternatywną historią, w której Bóg nie jest dobrotliwym staruszkiem z siwą brodą, lecz okrutnym demiurgiem, a tytułowy przeklęty – Kain – wydaje się kimś w rodzaju bohatera pozytywnego. Na szczęście komiks wciąż jest w Polsce medium na tyle niszowym, że nie spodziewam się, by jakiś nadgorliwy poseł wytoczył w tym przypadku ciężkie działa. Inna sprawa, że wcale nie mamy do czynienia z pustą kontrowersją, jak nie przymierzając incydenty z udziałem łaknącego sławy Nergala. „Przeklęty”, mimo wszechobecnej na każdej karcie degrengolady, znajduje miejsce dla wątłego promyka nadziei.

Główny bohater marzy tylko o tym, by w końcu umrzeć. Od tysiąca sześciuset lat krąży po ziemi, starając się znaleźć sposób na śmierć. Nic się go nie ima – odcięte kończyny odrastają, spalone ciało się regeneruje, a najmocniejsze ciosy nie przynoszą upragnionego spokoju. Kain jest sam sobie winien, bo sprowadził na siebie boską klątwę w momencie, gdy pozbawił życia brata. Jednak kara, jaką otrzymał, wydaje się naprawdę okrutna. Paradoksalnie to właśnie ten wielki grzesznik i wynalazca morderstwa jest tu jedyną postacią kierującą się jakimkolwiek kodeksem moralnym. Cała reszta to zdegenerowani pseudoludzie, których ambicją jest dominacja i gnębienie innych.

„Przeklęty” robi ogromne wrażenie zwłaszcza dzięki dojmującemu klimatowi beznadziei wylewającemu się z kolejnych scen. Świat, po którym wędruje Kain, Aaron przedstawia jako krainę bezprawia, gdzie nie ma żadnych wartości ani nadziei na lepsze jutro. Wręcz atakuje czytelnika odrzucającymi, ale i fascynującymi scenami, które mogą pozostać w pamięci na bardzo długo. „Przeklęty” jest komiksem niezwykle brutalnym i wulgarnym. Nie wszystkim się to spodoba, ale ja uważam, że ten zabieg doskonale pasuje do wykręconego i bestialskiego świata przedstawionego.

Całość na pewno nie byłaby tak przekonująca, gdyby za ilustracje odpowiadał ktoś inny. Tymczasem R. M. Guéra, jak ma w zwyczaju, prezentuje iście porażającą wizję. Początkowo jego rysunki mogą nieco odpychać i sprawiać wrażenie niestarannych (podobne wrażenie miałem podczas lektury „Skalpu”), jednak wraz z kolejnymi stronami rośnie zadowolenie odbiorcy. Serbski artysta doskonale oddaje degenerację ludzkości, a gdy wymaga tego konkretna scena, perfekcyjnie ilustruje brutalność zaludniających świat bohaterów.

Pierwszy tom „Przeklętego” spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. Jasne, wiedziałem, że Jason Aaron jest twórcą wszechstronnym, potrafiącym zaprezentować nietuzinkową opowieść, jednak nie spodziewałem się, że siła rażenia historii o biblijnych korzeniach będzie aż tak duża. Tymczasem otrzymaliśmy komiks, który już teraz, na początku roku, wydaje się pewnym kandydatem w walce o miano tytułu roku. Od wydania ostatniego zeszytu tej serii minęło już prawie półtora roku, mam więc nadzieję, że twórcy jej nie porzucą, bo chyba nie będę zbyt daleki od prawdy, gdy stwierdzę, że na tę chwilę stanowi ona jeden z najjaśniejszych punktów w karierze tak Aarona, jak i Guéry.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/04/przeklety-tom-1-przed-powodzia-recenzja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/13979

pokaż więcej

 
2018-03-29 09:07:34
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Pierwsze tomy obu odrodzonych serii z Człowiekiem ze Stali w roli głównej prezentowały przyzwoity poziom. Nieco lepsze wrażenie sprawiał „Superman”, którego fabuła w znacznej mierze skupiła się na relacji między członkami rodziny Kentów. Z kolei „Action Comics”, jak sama nazwa wskazuje, przyniósł ze sobą mnóstwo intensywnej akcji. W drugiej odsłonie oba cykle nieco się zmieniają. W przypadku... Pierwsze tomy obu odrodzonych serii z Człowiekiem ze Stali w roli głównej prezentowały przyzwoity poziom. Nieco lepsze wrażenie sprawiał „Superman”, którego fabuła w znacznej mierze skupiła się na relacji między członkami rodziny Kentów. Z kolei „Action Comics”, jak sama nazwa wskazuje, przyniósł ze sobą mnóstwo intensywnej akcji. W drugiej odsłonie oba cykle nieco się zmieniają. W przypadku omawianego tytułu Dan Jurgens nieco wyhamował pędzącą na złamanie karku fabułę i skupił się na ugruntowaniu pozycji bohaterów w świecie przedstawionym. Jak udała się ta zmiana? Trzeba przyznać, że naprawdę dobrze.

Jeden Superman zginął, jego miejsce zajął inny, a na scenie wydarzeń pałęta się także Clark Kent, który w tym świecie nie jest alter ego żadnego z nich. Kim zatem jest ów reporter „Daily Planet” i dlaczego nie posiada supermocy? Na to pytanie musi odpowiedzieć obecny obrońca Metropolis. Tajemnice otaczające zmarłego bohatera wydają się mieć duży wpływ na życie tego aktualnego. Z kolei Lois Lane chce dowiedzieć się, co przydarzyło się jej odpowiedniczce z tego świata. By to osiągnąć, musi powrócić do swoich dawnych dziennikarskich obowiązków. Jednak jednym z jej szefów jest Lex Luthor. Tutaj aspiruje on do miana superbohatera, ale czy w istocie jest taki nieskazitelny, na jakiego stara się pozować?

Dan Jurgens doskonale umie prowadzić swoich bohaterów. Tak było w "Ścieżce Zagłady", nie inaczej jest także w „Powrocie do Daily Planet”. Na pierwszy plan wysuwają się Clark Kent i Superman. Twórca pokazuje łączącą ich relację i umiejętnie kreuje nastrój początkowej nieufności, przeradzającej się w coś, czego jeszcze nie można nazwać zaufaniem, ale zmierzającego powoli w tym właśnie kierunku. Scenarzyście, już od czasu "Lois i Clark", świetnie wychodzi także pokazywanie sytuacji Kentów i podobnie jest tutaj – rozmowy między Clarkiem, Jonem i Lois są wiarygodne, dobrze napisane i przekonujące. Doskonale czuć, że w tej rodzinie panuje prawdziwa miłość, każdy z jej członków dba i martwi się o bliskich, ale także rozumie ich potrzeby. To element, który zapewne w założeniach miał być budujący i faktycznie taki jest.

Warto odnotować, że nie tylko Kent i Superman przyciągają uwagę czytelnika. Swoje pięć minut dostał tym razem także Lex Luthor, który jest głównym bohaterem otwierającego całość zeszytu, pochodzącego z serii „Justice League” z „The New 52”. Dan Jurgens przedstawia tę postać inaczej, niż się do tego przyzwyczailiśmy. Luthor pragnie stać się kimś, kto zostanie zapamiętany w Metropolis z dobrej strony. Wykorzystując śmierć Supermana, przywdziewa strój z charakterystycznym „S” na piersi, i wszystko wskazuje na to, że naprawdę ma czyste intencje. Czy taki stan rzeczy utrzyma się dłużej, okaże się w kolejnych odsłonach cyklu, jednak na tę chwilę Super-Lex jest postacią autentycznie interesującą.

Dosyć wyraźnie widać, że jednym z głównych pomysłów Jurgensa na ten tom było wyjaśnienie skomplikowanej sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie i odpowiedź na kilka palących pytań, takich jak „co się stało z tutejszą Lois Lane?”. Takie uporządkowanie spraw było konieczne, bo w świecie Supermana doszło do paru niezwykle istotnych zmian, które wprowadziły niemały zamęt. Na szczęście twórca przedstawił wszystko bardzo płynnie i rzetelnie – w „Powrocie do Daily Planet” nie otrzymujemy co prawda wyjaśnień każdej zagadki i nie wszystko wraca na swoje miejsce, ale kilka z tych istotnych wątków doczekało się rozwiązania i jest szansa na zajęcie się kolejnymi.

„Powrót do Daily Planet” ma aż trzech rysowników. Niejednokrotnie dawałem wyraz swojemu niezadowoleniu z takiej polityki artystycznej w ramach jednego tytułu, muszę jednak przyznać, że w tym konkretnym przypadku zabieg nie jest szczególnie męczący. Wszystko dzięki zbliżonym stylom poszczególnym rysowników i małemu rozstrzeleniu stylistycznemu ich prac. Cała warstwa graficzna jest przejrzysta, miła dla oka i zwyczajnie ładna. Nie jestem w stanie określić, czyje prace podobają mi się najbardziej, ale jedno jest pewne – wszyscy trzej rysownicy stanęli na wysokości zadania, dając dobremu scenariuszowi godną oprawę wizualną.

Drugi tom „Superman. Action Comics” to bez dwóch zdań tytuł, na którego lekturę warto poświęcić kilka chwil. Dan Jurgens szanuje swojego odbiorcę, dlatego w opowiadanej historii stara się unikać motywów naciąganych i niewiarygodnych, co odróżnia go od scenarzystów prowadzących kilka innych serii „Odrodzenia”. W „Powrocie do Daily Planet”, choć akcja nieco wyhamowuje, otrzymujemy opowieść bardziej angażującą niż poprzednio, a całość pokazuje, że Jurgensowi równie dobrze wychodzą fragmenty spokojniejsze, jak i te bardziej dynamiczne. Wydaje się, że na chwilę obecną to „Action Comics” jest lepszym tytułem z dwóch prezentujących solowe przygody Człowieka ze Stali.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/03/superman-action-comics-odrodzenie-tom-2.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/13883

pokaż więcej

 
2018-03-27 19:38:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Bradl (tom 1)
 
2018-03-27 08:50:35
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Aquaman DC Rebirth (tom 2) | Seria: Odrodzenie

„Odrodzenie” jest inicjatywą, która rzadko kiedy zasługuje na szczere pochwały. Dużo serii wchodzących w skład projektu nie trzyma zbyt wysokiego poziomu, praktycznie żadna nie wyrasta też ponad zwykłe czytadło. Za kilkanaście lat nie znajdziemy tu prawdopodobnie ani jednego tytułu, który będzie można wspominać z sentymentem, nie mówiąc już o wejściu do superbohaterskiego kanonu. „Aquaman”... „Odrodzenie” jest inicjatywą, która rzadko kiedy zasługuje na szczere pochwały. Dużo serii wchodzących w skład projektu nie trzyma zbyt wysokiego poziomu, praktycznie żadna nie wyrasta też ponad zwykłe czytadło. Za kilkanaście lat nie znajdziemy tu prawdopodobnie ani jednego tytułu, który będzie można wspominać z sentymentem, nie mówiąc już o wejściu do superbohaterskiego kanonu. „Aquaman” jest akurat jednym z tych cykli, które rozpoczęły się od całkiem interesującego tomu, nie rażąc na prawo i lewo głupotami i niedociągnięciami, dzięki czemu wyróżniała się in plus. Drugi tom miał przed sobą niełatwe zadanie utrzymać ten poziom lub nawet go przeskoczyć.

Arthur Curry robi co może, by pomiędzy Atlantydą a Stanami Zjednoczonymi zapanował pokój. Jednak jego wysiłki skutecznie sabotuje tajemnicza organizacja o kryptonimie NEMO. Co gorsza, jej liderem, tytułowanym Królem Rybakiem, został najgroźniejszy wróg Aquamana, Czarna Manta, który pragnie zemsty za śmierć swojego ojca. Złoczyńca tak sprawnie pociąga za sznurki, że wywołuje wojnę między dwoma największymi mocarstwami świata. Władca podwodnego świata może nie mieć wystarczających możliwości do bezkrwawego zażegnania konfliktu, który zapowiada się na wyjątkowo groźny i wyniszczający.

Drugi tom „Aquamana” nastawiony jest przede wszystkim na pokazanie działań wojennych prowadzonych przez Atlantydę i USA oraz intensywną akcję. To kontynuacja pomysłów zapoczątkowanych w poprzednim tomie, ale tym razem ich wykonanie stoi jednak na nieco niższym poziomie. Dzieje się tak przede wszystkim przez poszczególne elementy fabuły, które, choć miały ją w założeniu uatrakcyjnić, ostatecznie nie okazały się do końca udane. Mam tu na myśli przede wszystkim jakoby elitarny oddział tzw. Aquamarines, czyli komandosów USA, operujących pod wodą. Jasne, nie mają oni najłatwiejszej misji do wykonania, bo ich celem jest zabicie Aquamana, ale biorąc pod uwagę z jaką atencją wyrażają się o nich amerykańscy dowódcy, to podczas akcji wykazali się zaskakująco słabym dostosowaniem do zastanych warunków.

Skala zaprezentowanych w tomie „Nadpływa Czarna Manta” wydarzeń kazała spodziewać się, że prędzej czy później na scenie wydarzeń pojawi się także większa liczba członków Ligi Sprawiedliwości. Tak stało się w istocie, jednak ich wątek był akurat lekko rozczarowujący. Najbardziej zastanawia brak większego wsparcia dla własnego towarzysza i człowieka o nieskalanej, jak dotąd, reputacji. To, że Superman poddaje w wątpliwość słowa Aquamana o sterującej wydarzeniami trzeciej sile, powinna być dla tego drugiego odpowiednio dobitnym dowodem tego, że nie jest traktowany poważnie przez swoich towarzyszy broni. Cała sprawa idzie jednak szybko w zapomnienie, co w mojej opinii jest błędem, bo była to idealna okazja do zaprezentowania ciekawego i wiarygodnego wątku wewnętrznego konfliktu w drużynie.

Danowi Abnettowi udało się za to całkiem dobrze zaprezentować głównych bohaterów, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Tym razem najlepsze wrażenie robi Mera, choć jej wątek został ewidentnie zepchnięty na dalszy plan. Poddawana próbom, jakie musi przejść potencjalna królowa Atlantydy, musi wybrać czy chce zlekceważyć niepokojące rady i przepowiednie Zakonu Wdowieństwa, mówiące o jej prawdopodobnej roli w zagładzie podwodnego świata, czy mimo tych niepokojących wizji, wciąż stać u boku ukochanego i wspierać go w walce. Stojący z drugiej strony barykady Czarna Manta został z kolei zaprezentowany jako inteligentny wódz, który potrafi posługiwać się sprytem, by w subtelny sposób pociągać za sznurki i sterować wielkimi wydarzeniami. Wrażenie psuje tylko niezmiennie błazeński kostium złoczyńcy, psujący wytworzone wcześniej wrażenie pewnej złowieszczości.

Warstwa graficzna drugiego tomu „Aquamana” stoi na całkiem dobrym poziomie. Odpowiadają za nią właściwie ci sami artyści co w przypadku tomu numer jeden. I ponownie jest całkiem przejrzyście i nowocześnie. Nie ma tu większych fajerwerków. Nie obyło się jednak bez drobnych potknięć – dosyć przewidywalny jest design strojów podwodnych wojowników, zaskakuje także mała inwencja twórców w przedstawieniu potwora poszczutego na Atlantydę przez Króla Rybaka. Pod względem posiadanych mocy porównałbym go do Doomsday’a, z kolei wizualnie został zaprezentowany jako muskularny futrzak, kojarzący się nie inaczej jak z wielką małpą. Mało oryginalnie.

„Nadpływa Czarna Manta”, mimo pewnych drobnych zastrzeżeń, stanowi dosyć udaną rozrywkę. Dan Abnett skupił się tym razem na zaprezentowaniu szybkiej, sensacyjnej opowieści i wywiązał się z tego zadania w sposób zadowalający. Tytułowi daleko oczywiście do miana komiksu niezapomnianego, ale ogólne rzecz biorąc, prezentuje się całkiem przyzwoicie i czyta się go z pewną dozą przyjemności. Na niedoskonałości można w sumie przymknąć oko, bo autor ma niezłe pomysły i potrafi je w miarę dobrze opakować i sprzedać.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/03/aquaman-odrodzenie-tom-2-nadpywa-czarna.html
oraz na łamach serwisu Arena Horror - http://arenahorror.pl/ARENA_HORROR/komiksy/aquaman_dc_odrodzenie_nadplywa_czarna_manta.HTML

pokaż więcej

 
2018-03-23 09:27:17
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Seria: DC Deluxe

„Świt Mrocznego Księżyca” to kolejny już album „DC Deluxe”, którego głównym bohaterem jest Zamaskowany Krzyżowiec, co doskonale pokazuje, jaką popularnością cieszy się ta postać w Polsce. Czytelnicy wciąż chcą czytać o jego perypetiach, lecz ostatnio, choć komiksów z Batmanem ukazuje się u nas naprawdę dużo, to nie wszystkie stoją na odpowiednio wysokim poziomie. Jednak ta konkretna linia... „Świt Mrocznego Księżyca” to kolejny już album „DC Deluxe”, którego głównym bohaterem jest Zamaskowany Krzyżowiec, co doskonale pokazuje, jaką popularnością cieszy się ta postać w Polsce. Czytelnicy wciąż chcą czytać o jego perypetiach, lecz ostatnio, choć komiksów z Batmanem ukazuje się u nas naprawdę dużo, to nie wszystkie stoją na odpowiednio wysokim poziomie. Jednak ta konkretna linia wydawnicza prezentuje opowieści uznane, które na przestrzeni lat zyskały naprawdę dużą popularność i renomę. Następna z nich skupia się na początkach działalności Nietoperza w Gotham.

Krótko po wydarzeniach zaprezentowanych w „Roku pierwszym” Batman bierze na celownik przestępczość zorganizowaną w Gotham City. Bohater chce wyśledzić, skąd pochodził duży transport narkotyków, natyka się jednak przy okazji na sprawę o wiele bardziej tajemniczą. W różnych punktach miasta pojawiają się rozszarpane ludzkie zwłoki. Kto stoi za morderstwami i dlaczego są takie brutalne? To jedno z pytań, które będą wymagały szybkiej odpowiedzi. Rozwiązanie zagadki nie przynosi jednak miastu wiele spokoju. Gdy znika jedno zagrożenie, pojawia się kolejne – znów ktoś morduje, ale tym razem tylko młode kobiety. Zwłoki noszą ślady dziwnych rytuałów, a Batman musi sprawdzić, jaki nowy złoczyńca pojawił się w strzeżonej przez niego metropolii.

Zajęcie się pierwszymi latami działalności danego bohatera nie jest w komiksie niczym nowym. Twórcy często decydują się na ten krok, gdy chcą pokazać w jaki sposób kształtowała się osobowość prowadzonego przez nich herosa i zaprezentować wydarzenia, które pozwoliły utrwalić jego sposób działania w walce ze zbrodnią. W przypadku Batmana najbardziej znanym dziełem tego typu jest bez wątpienia „Rok pierwszy” autorstwa Franka Millera. Okres krótko po przedstawionych tam wydarzeniach postanowił z kolei przybliżyć inny uznany scenarzysta, Matt Wagner.

Pokazany w obu opowieściach, wchodzących w skład tego tomu, bohater umie już wiele, ale jeszcze nie jest do końca tym kimś, kogo znamy na wylot. Wagner postanowił za to odrobinę pogłębić życie prywatne człowieka kryjącego się pod maską. Bruce Wayne, którego widzimy na kolejnych kartach komiksu, próbuje związać się z córką miejskiego przedsiębiorcy. Jest to znacząca różnica w stosunku do dzisiejszego wizerunku Batmana. W mojej opinii wersja Wagnera jest ciekawsza, ponieważ daje czytelnikowi szansę na zżycie się z protagonistą, który nie poświęca się tylko swojej misji i bat-rodzinie, ale próbuje odnaleźć osobiste szczęście.

Pozytywnym aspektem zaproponowanych przez Wagnera opowieści jest także skupienie się na detektywistycznej stronie pracy Batmana. Bohater do postępów w prowadzonych przez siebie sprawach dochodzi nie tylko dzięki przemocy (chociaż ona też odgrywa tu istotną rolę), ale głównie za pomocą umiejętności dedukcji, dającej możliwość podążania za interesującymi tropami. Udanym manewrem było także pokazanie półświatka Gotham City, dzięki czemu świat przedstawiony nie jest zbyt odrealniony, ale przypomina każde inne wielkie miasto, w którym działa zorganizowany element przestępczy. Gangsterzy i ich relacje z poszczególnymi bohaterami są zresztą niezwykle ważnym elementem fabuły, scalającym kolejne sceny. Warto też dodać, że dobrze prezentują się główni antagoniści Nietoperza. Wagnerowi udało się w interesujący sposób pokazać chociażby Hugona Strange’a. Niespełniony naukowiec jest tu pełen ambicji oraz złych emocji, wywołanych tym, że nikt nie docenia jego pracy, która w mniemaniu samego Strange’a jest oczywiście przełomowa i potrzebna. Twórca pokazuje, że zarówno ta postać, jak i kreowane przez nią genetyczne abominacje, można przedstawić w intrygujący sposób, nie popadając przy tym w żenadę, co zdarzyło się w wydanej niedawno w ramach „Odrodzenia”, zahaczającej o podobną tematykę, "Nocy Ludzi Potworów".

Ilustracje w tym albumie to także dzieło Matta Wagnera. Jego kreska przypomina retro, chociaż data powstania aż taka dawna nie jest, bo oryginał wydawano nieco ponad dekadę temu. Całość prezentuje się nieco cartoonowo i choć osobiście nie przepadam za takim stylem, to muszę przyznać, że w przypadku „Świtu Mrocznego Księżyca” obrana stylistyka nie przeszkadzała mi w lekturze. Na łamach komiksu Wagner często stosuje gruby kontur, dzięki czemu kolejne postaci są bardzo wyraziste. Z kolei kadrowanie jest konwencjonalne – rysunki wpasowane są w różnych rozmiarów prostokąty i próżno szukać odstępstw od tej reguły.

Kolejny tom przygód Batmana, wydany w ramach "DC Deluxe", pokazuje, że na przestrzeni lat postać Mrocznego Rycerza bywała w naprawdę interesujący sposób. To świetny odskok od mizerii obecnego wcielenia herosa, które poza nielicznymi wyjątkami („Detective Comics”), w „Odrodzeniu” prezentuje się co najwyżej przeciętnie. Matt Wagner w ciekawy sposób pokazał początki kariery bohatera, przy okazji udanie odświeżając kilka innych postaci. Wszystko jest tu dobrze wyważone – akcja, śledztwo, kryminalna intryga – te elementy autor wymieszał w odpowiednich proporcjach, co w efekcie daje naprawdę satysfakcjonującą całość i zapewnia kilka godzin przyjemnej lektury.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/03/batman-swit-mrocznego-ksiezyca-recenzja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/13893

pokaż więcej

 
2018-03-21 09:58:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Pierwszy tom nowej wersji „Ligi Sprawiedliwości” był niestety jednym z najsłabszych tytułów „Odrodzenia”. Bryan Hitch nie wykorzystał tkwiącego w bohaterach potencjału, na wierzch wyciągając tylko i wyłącznie akcję, zapominając przy tym o wiarygodnej psychologii bohaterów. Ponadto, fabuła „Maszyn zagłady” nie tylko nie była w żadnym stopniu oryginalna, ale prezentowała się wręcz bezmyślnie,... Pierwszy tom nowej wersji „Ligi Sprawiedliwości” był niestety jednym z najsłabszych tytułów „Odrodzenia”. Bryan Hitch nie wykorzystał tkwiącego w bohaterach potencjału, na wierzch wyciągając tylko i wyłącznie akcję, zapominając przy tym o wiarygodnej psychologii bohaterów. Ponadto, fabuła „Maszyn zagłady” nie tylko nie była w żadnym stopniu oryginalna, ale prezentowała się wręcz bezmyślnie, rażąc głupotami i uproszczeniami na każdym kroku. Przy okazji recenzji tamtego tomu wyrażałem nadzieję, że kolejna odsłona serii będzie chociaż odrobinę lepsza. Teraz nadszedł czas by sprawdzić, czy Hitchowi udało się podnieść poziom pisanego przez siebie cyklu.

Członkowie Ligi Sprawiedliwości mierzą się tym razem z dwoma zagrożeniami. Najpierw nad drużynę nadciąga widmo strachu, gdy nieznany przeciwnik paraliżuje poczynania bohaterów, w wyniku czego kolejni członkowie Ligi zaczynają zachowywać się jak nie oni, atakując siebie nawzajem. Kolejne niebezpieczeństwo nadciąga z innej strony, gdy ktoś hackuje oprogramowanie członków grupy. Atak sprawia, że software Cyborga, sprzęt Batmana oraz pierścień Green Lanterna zwracają się przeciwko swoim właścicielom i zaczynają sieć spustoszenie. Kto napisał złośliwe oprogramowanie i jaki miał w tym cel? Te pytania będą wymagały niezwykle szybkiej odpowiedzi, bo bohaterowie muszą ocalić nie tylko siebie, ale i niewinnych cywili.

Drugi tom serii Hitcha rozpoczyna dwuzeszytówka „Sparaliżowani strachem”. W tej opowieści scenarzysta stara się pokazać w jaki sposób działają bohaterowie pod presją oraz pokazać tę część ich życia, która nie wymaga noszenia masek. Jakkolwiek autor po raz kolejny całkowicie zawodzi w kwestii genezy zagrożenia, tak sama fabuła jest całkiem angażująca. Podobać się może zwłaszcza pokazanie w jak niepozorny sposób zagrożenie wkrada się do życia codziennego członków – tutaj Hitch wykonał dobrą robotę, bo zmiany w zachowaniu herosów są początkowo ledwo zauważalne, aż złe emocje eskalują w sposób wyjątkowo nieprzewidywalny. Pozytywnym aspektem tej części „Epidemii” jest także próba pokazania życia codziennego niektórych postaci. To może być dobry trop na przyszłe odsłony serii, w końcu nie co dzień zdarzają się kosmiczne inwazje, a nie każdy zeszyt musi być patetyczny i spektakularny.

Dłuższa składowa zbioru powraca niestety do nienajlepszego stylu, jakim Hitch raczył nas w "Maszynach Zagłady". Po próbie pewnego wejścia w psychikę bohaterów w opowieści otwierającej całość, tutaj ten element zostaje zepchnięty na dalszy plan, ustępując miejsca rozwałce. Pierwsza połowa opowieści to w znacznej mierze sceny konfrontacji członków drużyny ze zhackowanym sprzętem, czemu towarzyszy masa eksplozji i potyczek. Szkopuł w tym, że w tym nadmiarze akcji nie ma za bardzo miejsca na emocje. Można odnieść wrażenie, że mottem Hitcha jest „efektowność ponad wszystko”. Owszem, po superbohaterskim team-upie ciężko spodziewać się filozoficznych przemyśleń, jednak całkowita rezygnacja z jakichkolwiek wątków mogących sprawiać poważniejsze wrażenie, także nie jest wyborem dobrym.

Dosyć absurdalnie wygląda druga część historii, kiedy po stosunkowo długich scenach w kuchni pewnej rodziny cywili, następuje nagła eskalacja konfliktu, a na scenę wkracza grupa trzecioligowych złoczyńców. Jeśli nie orientujecie się zbytnio w Uniwersum DC, większość pseudonimów będzie dla Was zagadką. Giganta, Gizmo, Plastique, Major Disaster – cóż, nie są to komiksowi złoczyńcy, którzy należeliby do grona tych najbardziej rozpoznawalnych. Jedynym wyjątkiem jest tutaj Strach na Wróble, jednak jego rola jest w zasadzie marginalna. Końcówka tej opowieści powiela niestety grzechy jej pierwszej połowy oraz całego pierwszego tomu serii – jest głośno, szybko i rozczarowująco, gdy dochodzi do finału. Nie tak powinny prezentować się przygody największych herosów DC Comics.

Wizualnie komiks stoi na przyzwoitym poziomie. Mnie najbardziej podobała się kreska Matthew Clarke’a i Toma Derrenicka, którzy rysowali pierwszy zeszyt „Sparaliżowanych strachem”. Ich prace są przejrzyste, ale też odpowiednio mroczne w wymagających tego fragmentach. Rysujący główną część tomu Neil Edwards także nie zaprezentował się źle, chociaż w jego wypadku można mieć pewne zastrzeżenia w scenach akcji. Te są często przeładowane niepotrzebnymi elementami, a przez to bardzo chaotyczne. Artysta zdecydowanie lepiej wypada w momentach bardziej statycznych.

W porównaniu do pierwszego tomu „Ligi Sprawiedliwości”, „Epidemia” prezentuje się nieco lepiej. Dzieje się tak głównie dzięki pierwszej z zamieszczonych tu opowieści. Jest to jednak, co trzeba też wyraźnie zaznaczyć, krótsza część całości. Ta dłuższa powiela wiele błędów, które popełnił Hitch poprzednio. Nie wydaje mi się, by był to twórca, który poprowadzi „Ligę” we właściwym kierunku. Może, gdyby bardziej skupił się na innych elementach niż bezrefleksyjna akcja, wrażenie byłoby inne, jednak na tę chwilę, mimo pewnych przebłysków lepszej jakości, seria pozostaje jedną ze słabszych pozycji „Odrodzenia”.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/03/liga-sprawiedliwosci-odrodzenie-tom-2.html
oraz na łamach serwisu Arena Horror - http://arenahorror.pl/ARENA_HORROR/komiksy/liga_sprawiedliwosci_dc_odrodzenie_epidemia.HTML

pokaż więcej

 
2018-03-19 14:13:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Czarny Młot (tom 2)

Wydawane obecnie tytuły z nurtu superbohaterskiego nie należą z pewnością do najlepszych w historii gatunku. Wielu seriom można zarzucić schematyczność i brak naprawdę dobrych pomysłów, a twórcy częstokroć po raz któryś mielą motywy ograne już na dziesiątki, jeśli nie setki różnych sposobów. By znaleźć coś naprawdę interesującego i nieszablonowego, trzeba sięgnąć poza ofertę dwóch największych... Wydawane obecnie tytuły z nurtu superbohaterskiego nie należą z pewnością do najlepszych w historii gatunku. Wielu seriom można zarzucić schematyczność i brak naprawdę dobrych pomysłów, a twórcy częstokroć po raz któryś mielą motywy ograne już na dziesiątki, jeśli nie setki różnych sposobów. By znaleźć coś naprawdę interesującego i nieszablonowego, trzeba sięgnąć poza ofertę dwóch największych wydawnictw, operujących w tej tematyce, i poszperać w katalogu innych firm. Jednym z objawień minionych miesięcy okazał się „Czarny Młot”, tytuł co prawda oparty na schematach, ale potrafiący twórczo je wykorzystać. W oryginale wydany przez Dark Horse Comics, a do Polski sprowadzony przez nieoceniony Egmont, już w swojej pierwszej odsłonie jawił się jako komiks nieszablonowy i niezwykle intrygujący. Teraz mamy okazję poznać równie udaną kontynuację tej pasjonującej opowieści.

Uwięzieni na tajemniczej farmie superbohaterowie od dziesięciu lat próbują bezskutecznie powrócić do Spiral City. Teraz jednak ponownie mają nadzieję na rozwiązanie patowej sytuacji, gdy pojawia się gość z zewnątrz – Lucy Weber, córka Czarnego Młota, niegdysiejszego lidera grupy zamaskowanych pogromców zła. Szybko okazuje się, że kobieta nie pamięta, jak trafiła w to miejsce i nie może pomóc bohaterom w określeniu, czym ono właściwie jest. Lucy, z zawodu dziennikarka, postanawia jednak zbadać otoczenie, dowiedzieć się, czym jest farma oraz poznać mieszkańców okolicznego miasteczka i pomóc herosom powrócić do ich własnego świata.

Na przestrzeni lat pojawiło się kilka niezwykle interesujących komiksów, których autorzy próbowali przedstawić superbohaterów w innym świetle, dekonstruując ich mit. Czasem było to spojrzenie „na poważnie” („Strażnicy”, „Miracleman”), czasem z przymrużeniem oka („Chłopaki”, „Kick-Ass”). „Czarnego Młota” można zaliczyć do obu tych grup, jednak z mocniejszym wskazaniem na tę pierwszą. Od samego początku dużą rolę w opowieści miał wymiar obyczajowy. Scenarzysta kontynuuje to podejście także w „Wydarzeniu”. Duże wrażenie robi sposób, w jaki Jeff Lemire pokazał mieszkańców farmy. Wydawałoby się, że już w „Tajnej genezie” dowiedzieliśmy się o nich tego, co najważniejsze, jednak ciąg dalszy przynosi nam jeszcze lepszą prezentację ich charakterów i motywacji.

Bohaterowie „Czarnego Młota” są posiadaczami różnych mocy, ale pod „superpłaszczykiem” kryją także słabości. Wiele występujących tu postaci (może nawet wszystkie) można ponadto uznać za na poły tragiczne. W zasadzie nie różnią się tak bardzo od zwyczajnych ludzi, ponieważ tak samo jak oni poszukują szczęścia i własnej tożsamości. Jeff Lemire porusza na łamach swojej serii kilka interesujących kwestii. Jedną z nich jest homoseksualizm jednego z bohaterów, pochodzącego z Marsa Barbaliena. Jakkolwiek samą tematykę można uznać za mocno ograną, należy docenić, że autor bierze się za nią z wyjątkowym wyczuciem. Niczego nie piętnuje, nie każe czytelnikowi myśleć i oceniać w z góry założony sposób – po prostu pokazuje zagubienie swojego bohatera, który nie dosyć, że przebywa na obcej planecie, to jeszcze raz za razem musi mierzyć się z kolejnymi rozczarowaniami i odrzuceniem przez osoby, które mogłyby okazać się dla niego wyjątkowe. Warto przy tym zaznaczyć, że poza Barbalienem także reszta postaci została przedstawiona równie dobrze i wiarygodnie – bohaterowie to chyba najmocniejszy punkt „Czarnego Młota”.

Grupa superbohaterów nie przypomina za bardzo takich ekip jak Liga Sprawiedliwości czy Avengers. Nie mam na myśli oczywiście samych głównych założeń czy originów poszczególnych członków, bo te są „wariacją na temat” konkretnych, znanych herosów. Autor proponuje jednak inną stylistykę. Brak tu nieustannej przygody, a tragedia i poświęcenie są prawdziwe. Nie ma (przynajmniej na tym etapie) unieważniania nieszczęść. Jeśli wydarzy się coś złego i nieodwracalnego, jeśli ktoś umrze, to zwyczajnie nie ma możliwości, by powrócił zza grobu. To bezsprzecznie nadaje całości realności, co w przypadku opowieści superhero jest wielką rzadkością.

Pozytywne wrażenie sprawia także warstwa graficzna albumu autorstwa Deana Ormstona. Nie jest ona co prawda specjalnie wyszukana, daleko jej też do zazwyczaj preferowanego przeze mnie realizmu, ale ta prostota idealnie pasuje do charakteru opowieści. W wielu momentach, i w poszczególnych kadrach, widać nawiązania do komiksu Złotej Ery, kiedy herosi byli niewinni i bezinteresownie dobrzy. Jeszcze bardziej retro wyglądają rysunki do jedynego zeszytu ilustrowanego przez innego artystę, Davida Rubina. W opowieści o Talky-Walky jest jeszcze bardziej prosto i kolorowo, ale ponownie powtórzę – ta konwencja jest idealna, bo świetnie nawiązuje do dawnych wyobrażeń obcych planet i kosmicznych przygód.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że „Czarny Młot”, mimo wykorzystania motywów obecnych w komiksie superbohaterskim od dekad, jest prawdziwym powiewem świeżości w nieco skostniałym, ostatnimi czasy, gatunku. Być może nie jest to tytuł równie przełomowy jak „Strażnicy”, ale już samo wymienienie go w kontekście tego kultowego albumu i fakt, że dzieło Lemire’a w wielu aspektach wytrzymałoby porównania z nim, stanowi sporą nobilitację. Jeszcze kilka miesięcy temu w ogóle bym się nie spodziewał, że lektura jakiejkolwiek nowej serii, zahaczającej tematycznie o zamaskowanych obrońców prawa i porządku, przyniesie mi tyle frajdy co obcowanie z „Czarnym Młotem”. Niespodzianki się jednak zdarzają, a ta jest naprawdę przyjemna.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/03/czarny-mot-tom-2-wydarzenie-recenzja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/13834

pokaż więcej

 
2018-03-16 22:13:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Należę do tych czytelników, którzy lubią twórczość Jacka Piekary. Nie łykam co prawda wszystkiego jak leci bez żadnych zastrzeżeń, ale rodzaj uprawianej przez autora rozrywki zazwyczaj mi odpowiada. Najbardziej cenię sobie cykl o inkwizytorze Madderdinie i zbiór traktujący o perypetiach maga Arivalda, jednak i poza tymi dwoma seriami Piekara potrafi zaproponować coś ciekawego. Liczyłem, że... Należę do tych czytelników, którzy lubią twórczość Jacka Piekary. Nie łykam co prawda wszystkiego jak leci bez żadnych zastrzeżeń, ale rodzaj uprawianej przez autora rozrywki zazwyczaj mi odpowiada. Najbardziej cenię sobie cykl o inkwizytorze Madderdinie i zbiór traktujący o perypetiach maga Arivalda, jednak i poza tymi dwoma seriami Piekara potrafi zaproponować coś ciekawego. Liczyłem, że podobnie będzie w jego najnowszym zbiorze, „Bestie i Ludzie”.

Jaki jest motyw przewodni książki mówi już sam tytuł. Na kolejnych kartach Piekara bawi się wizerunkiem potwora i pokazuje, że bestia może drzemać w każdym z nas. Rozrzut tematyczny kolejnych opowiadań jest spory. Dostaniemy tu na przykład opowieść w nurcie urban fantasy, w której spotkają się przedstawiciele dwóch nieludzkich ras, próbujących żyć i przetrwać w świecie człowieka. Inny tekst zaprezentuje w jaki sposób władza absolutna nad drugim człowiekiem może okazać się zgubna dla tego, kto ją dzierży. Dowiemy się także w jaki sposób poezja może wpływać na otaczająca nas rzeczywistość. A to nie wszystko, co zaproponował Piekara.

Dotychczasowa twórczość autora pokazała, że jest on niezwykle biegły w krótszej formie. Jego najlepsze dzieła to właśnie opowiadania. Istniały więc pewne przesłanki by spodziewać się, że i tym razem będzie przynajmniej dobrze. Tymczasem „Bestie i Ludzie” dosyć mocno rozczarowują. W przypadku kolejnych zawartych tu składowych często można odnieść wrażenie, że otrzymujemy nie pełnoprawne teksty, a jedynie ich zarysy. Wrażenie to jest potęgowane przez częstokrotny zabieg polegający na braku wyraźnej puenty i rozmyciu zakończeń, które zamiast trafiać obuchem w łeb czytelnika, rozczarowują nijakością.

Dosyć umowna jest klamra, jakoby spinająca w całość kolejne składowe tego zbioru. Pewnie można się tu doszukać motywu przewodniego, ale nie jest on na tyle wyraźny, by dać kolejnym opowiadaniom odpowiedni wspólny mianownik. Zawodzą także poszczególne historie, które rzadko kiedy potrafią wykrzesać z czytelnika jakieś większe zainteresowanie. Żeby być uczciwym, trzeba jednak przyznać, że w zbiorze znajdują się pomysły, które pokazują, że Piekara, gdyby chciał, wciąż potrafiłby napisać coś brutalnego i obrazoburczego. Szkoda tylko, że motywy mocne i dobre przykryte są dużą ilością przeciętności.

Najnowszy zbiór opowiadań Jacka Piekary stoi na wysokim poziomie warsztatowym, tego nie można mu odmówić. Problem tej książki leży jednak w nie najciekawszej zawartości, której nie był w stanie przykryć płynny styl pisarski. Kiepskie pomysły na fabuły kolejnych tekstów to największa wada „Bestii i Ludzi”. Po trzech latach milczenia można było się spodziewać, że autor da fanom produkt o wyższej jakości. Niestety jest inaczej.


Opinia do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/03/jacek-piekara-bestie-i-ludzie-mini.html

pokaż więcej

 
2018-03-15 09:10:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: Green Arrow DC Rebirth (tom 2) | Seria: Odrodzenie

Można powiedzieć, że pierwszy tom „Green Arrow” prezentował się całkiem przyzwoicie, ostatecznie plasując się gdzieś w środku stawki nowych tytułów z „Odrodzenia”, wprowadzonych na polski rynek przez Egmont. Otrzymaliśmy wówczas rozrywkę prostą, ale angażującą i nieobrażającą szarych komórek odbiorcy, co w tej konkretnej inicjatywie DC Comics wcale nie jest regułą. Benjamin Percy, przynajmniej... Można powiedzieć, że pierwszy tom „Green Arrow” prezentował się całkiem przyzwoicie, ostatecznie plasując się gdzieś w środku stawki nowych tytułów z „Odrodzenia”, wprowadzonych na polski rynek przez Egmont. Otrzymaliśmy wówczas rozrywkę prostą, ale angażującą i nieobrażającą szarych komórek odbiorcy, co w tej konkretnej inicjatywie DC Comics wcale nie jest regułą. Benjamin Percy, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wydawał się odpowiednim twórcą do poprowadzenia postaci Szmaragdowego Łucznika. W „Wyspie Blizn” miał okazję potwierdzić, że faktycznie jest właściwą osobą na właściwym miejscu.

Po wydarzeniach przedstawionych w „Śmierci i życiu Olivera Quinna” tytułowy bohater, wraz z Black Canary i Johnem Diggle’m, trafia na zagadkową wyspę. Szybko okazuje się, że nie jest ona tak bezludna, jak się wydawało. Dodatkowo, powiązana jest z Dziewiątym Kręgiem, organizacją, która nie tak dawno sprawiła bohaterom sporo problemów. Tubylcy kryją niebezpieczną tajemnicę, a jej odkrycie może się okazać zabójcze w skutkach. Jakby tego było mało, Oliver i Dinah trafiają do Empire Expressu, w którym zaawansowane rozmowy pokojowe światowych przywódców mogą zakończyć się fiaskiem w obliczu działań sabotażysty.

Cały tom zasadniczo dzieli się na dwa główne wątki. Ten poświęcony Emiko, siostrze Olivera, zasadza się na akcji przeplatanej scenami retrospekcyjnymi, nieco rozbudowującymi relacje rodzeństwa. Część dziejąca się obecnie to przede wszystkim historia matki Emiko, która pracuje dla yakuzy. Dziewczyna chce ją uratować i w tym celu rzuca wyzwanie szefowi mafii. W obu przypadkach Percy’emu chodzi przede wszystkim o pogłębienie więzi, łączącej młodą bohaterkę z bliskimi jej ludźmi i zabieg ten wychodzi całkiem dobrze – motywacja protagonistki w obu liniach czasowych jest przedstawiona wiarygodnie, a samą Emiko, mimo jej młodego wieku, pokazano jako osobę, która wie, do czego dąży.

Główna część albumu to jednak dwie osobne, dwuzeszytowe historie, kontynuujące perypetie Green Arrowa. Końcówka poprzedniego tomu przeniosła akcję na wyspę, na której wylądował bohater w towarzystwie dwojga innych osób. I tutaj też podejmuje opowieść scenarzysta. Niestety, ten epizod jest zauważalnie gorszy nie tylko od poprzedniego, ale także od wcześniejszego tomu. Percy prowadzi historię w dosyć dziwny sposób – całości brakuje przede wszystkim płynności, kolejne sceny są z kolei zbyt rozstrzelone stylistycznie. Początkowo mamy do czynienia z dwojgiem rozbitków i kadrami w klimacie survivalowo-romantycznym. Za chwilę następuje przeskok do Johna Diggle’a walczącego z niedźwiedziem-robotem (sic!), a w kolejnych scenach poznajemy miejscowe plemię dzikusów, produkujących narkotyki i mających w planach transport rzeczonych do USA, za pomocą wybudowanej przez firmę Queena podwodnej kolei. No litości! To wszystko kompletnie do siebie nie pasuje, a infantylizm psuje lekturę tych dwóch zeszytów, od których cały tom wziął nazwę.

Lepiej na szczęście jest już w opowieści zamykającej całość. Ona jednak zasadza się właściwie tylko na akcji, która pędzi na złamanie karku, więc jeśli szukamy tu czegoś więcej aniżeli sensacji, lekturę skończymy rozczarowani. Sama intryga „Morderstwa w Empire Expressie” jest dość mocno naciągana, ale mimo to ta część sprawia całkiem dobre wrażenie, głównie dzięki dynamice i zauważalnej efektowności. Na myśl przychodzą mi tu niesamowite pościgi i ewolucje rodem z filmów sensacyjnych pokroju „Mission: Impossible” – właśnie w takim klimacie utrzymana jest ta część drugiego tomu „Green Arrow”.

Ponownie bardzo dobre wrażenie sprawia warstwa graficzna albumu. Odpowiadali za nią ci sami artyści co poprzednio, wspierani dodatkowo przez Stephena Byrne’a. Co prawda znowu przejawia się tu irytująca tendencja do angażowania do krótkiego w sumie projektu kilku różnych artystów, ale efekty ich pracy szczęśliwie są na tyle dobre, że jestem w stanie odłożyć na bok zwyczajowe malkontenctwo, spowodowane różnorodnością stylistyczną ilustracji. Najbardziej „leży” mi styl Juana Ferreyry, którego lekko rozmyte obrazki doskonale uwypuklają akcyjny charakter rysowanej przez niego części.

„Wyspa Blizn” jest zauważalnie gorszą pozycją od „Śmierci i życia Olivera Queena”, co nie znaczy, że można ją uznać za słaby tytuł. Do miana dobrego komiksu co prawda trochę jej brakuje (przeciętny to chyba najlepsze słowo określające poziom), jednak da się ją przeczytać, nie czując przy tym zażenowania. Wyraźnie widać, że komiks pozbawiono głębszej treści, a skierowany został do młodszego odbiorcy, któremu nie będzie przeszkadzała pewna doza głupot i uproszczeń. Seria, mimo wszystko, ma potencjał, który może sprawić, że powróci na właściwe tory, ale kwestią dyskusyjną pozostaje, czy na taki krok zdecyduje się Benjamin Percy w kolejnych jej odsłonach. Czas pokaże.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/03/green-arrow-odrodzenie-tom-2-wyspa.html
oraz na łamach serwisu Szortal - http://szortal.com/node/13794

pokaż więcej

 
2018-03-13 10:00:18
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Cykl: 100 Naboi (The Deluxe Edition) (tom 1) | Seria: Vertigo

Ofensywa wydawnicza Egmontu, jakiej doświadczamy ostatnimi czasy, jest naprawdę imponująca. Na rynku w końcu pojawiają się serie, których wcześniej u nas nie było, cykle dawno niewznawiane lub też te, których inni wydawcy nie zdążyli zaprezentować do końca. Do tej ostatniej grupy należy „100 Naboi”, chyba najbardziej rozpoznawalne dzieło Briana Azzarello. Całość, zamknięta w pięciu opasłych... Ofensywa wydawnicza Egmontu, jakiej doświadczamy ostatnimi czasy, jest naprawdę imponująca. Na rynku w końcu pojawiają się serie, których wcześniej u nas nie było, cykle dawno niewznawiane lub też te, których inni wydawcy nie zdążyli zaprezentować do końca. Do tej ostatniej grupy należy „100 Naboi”, chyba najbardziej rozpoznawalne dzieło Briana Azzarello. Całość, zamknięta w pięciu opasłych tomiszczach, ukaże się na przestrzeni najbliższych kilku (kilkunastu?) miesięcy. Na razie mamy okazję zapoznać się z pierwszą częścią tej, najczęściej wychwalanej, kryminalnej opowieści.

Enigmatyczny agent Graves jest człowiekiem, który daje ludziom skrzywdzonym przez los okazję na wyrównanie rachunków. Mężczyzna oferuje im sto, w założeniu nienamierzalnych naboi, dzięki którym mogą zemścić się na tych, którzy wcześniej ich skrzywdzili. Od każdego z obdarowanych tą niecodzienną możliwością zależy jak się zachować – dać się ponieść emocjom, czy raczej odpuścić? Stanowiąca spory dylemat moralny decyzja nie jest łatwa, ponadto przynosi ze sobą pytania na temat przyzwoitości oraz tego, kim właściwie jest osoba, która posiada władzę na tyle dużą, by móc taki wybór zaoferować?

W początkowych zeszytach serii Azzarello skupia się na stosunkowo prostych i szybkich historiach, które stawiają spory nacisk na akcję. Sam pomysł na fabułę, choć początkowo wydaje się być nieco absurdalny i oderwany od rzeczywistości, jest jednak dobrym pretekstem do wplecenia w komiks nieco poważniejszej tematyki. Ta zahacza o kwestie moralności, odpowiedzialności za swoje czyny i zdolności wybaczania. Zmagający się z chęcią zemsty bohaterowie muszą zadecydować czy ich poczucie niesprawiedliwości jest na tyle silne, by zdecydować się na krok ostateczny, który nawet jeśli nie przyniesie konsekwencji prawnych, to może mieć znaczący wpływ na ich psychikę i dalsze życie.

Fabularne założenia serii na pierwszy rzut oka faktycznie są bardzo proste i, zważywszy na podobny schemat pierwszych rozdziałów, każe zastanowić się jakim cudem Azzarello dociągnął ten tytuł do całej setki zeszytów – wszak operowanie na podobnym pomyśle może być zabójcze. Szybko okazuje się, że sposobem scenarzysty na zachowanie świeżości historii jest poszerzenie jej zakresu. Wraz z kolejnymi zeszytami, na scenie pojawia się tajemnicza organizacja, do której niegdyś należał agent Graves, a fabuła nabiera rozmachu i z pozornego chaosu zaczyna wyłaniać się większy obraz. Na tę chwilę motyw wydaje się być interesujący, ale kluczowym będzie sposób w jaki autor rozwinie go w kolejnych tomach.

W „100 Nabojach” może się podobać, że bohaterowie nie są jednoznaczni. Autor pokazuje ich niby jako osoby pokrzywdzone, które mogą mieć poczucie, że w ich życiu coś potoczyło się bardzo nie tak, i wcale nie stało się tak z ich winy. Z drugiej strony jednak, żadna z tych postaci nie jest aniołkiem i jakkolwiek mogą mieć poczucie, jakoby ich prawo do zemsty było uzasadnione, tak sami nie są przy tym nikim świętym. Intryguje także agent Graves, którego motywacja nie jest do końca znana, a dopiero z biegiem czasu poznajemy strzępy informacji na jego temat, które, co trzeba przyznać, są dosyć interesujące i nieźle rokują na kontynuację.

Strona graficzna albumu jest wyjątkowo specyficzna – tak powiedzieliby ci, którzy cenią sobie dyplomację. Dla mnie jednak prace Eduarda Risso są zwyczajnie szpetne i nieprzystające do intrygującego scenariusza. Argentyński rysownik przyjął niezwykle niedbały i umowny styl, który pasuje do tych opowieści jak pięść do nosa. Tę cechę widać szczególnie w twarzach kolejnych bohaterów, które sprawiają wrażenie jakby rysownikowi nie chciało się poświęcać im większej uwagi. Na wielu kadrach w oczy rzuca się także brak dbałości o tła, które potraktowane są wybitnie po macoszemu. Całości nie sprzyjają przytłumione barwy, które nadali wchodzącym w skład tomu opowieściom pracujący nad nimi koloryści.

Pierwszy tom „100 Naboi” to całkiem przyjemna lektura, która chociaż nie dorasta do legendy, jaką ten tytuł posiada, to mimo to potrafi przynieść czytelnikowi nieco satysfakcji, zwłaszcza w warstwie fabularnej. Azzarello ma pomysł i potrafi go sprzedać, o czym świadczy wyłaniający się powoli w czasie lektury większy obraz. W jakim kierunku potoczą się sprawy, to okaże się w kolejnych tomach, jednak położone tu podwaliny rokują w tej materii całkiem nieźle.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2018/03/100-naboi-tom-1-recenzja.html
oraz na łamach serwisu Arena Horror - http://arenahorror.pl/ARENA_HORROR/komiksy/100_naboi_1.HTML

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
590 352 8469
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (84)

zgłoś błąd zgłoś błąd