Jale 
status: Czytelnik, dodał: 274 książki i 1 cytat, ostatnio widziany 7 godzin temu
Teraz czytam

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-11-16 15:06:40
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Istne wykopalisko, napisane w sposób nieznośnie staroświecki, wręcz na modłę XIX-wieczną, z pomysłami wyciąganymi z jednej beczki i serwowanymi wedle irytująco powtarzalnych schematów. Jest to o tyle dziwne, że "Dzień tryfidów", "Kukułcze jaja z Midwich" i "Chocky" były powieściami ze wszech miar oryginalnymi i bardzo dobrze napisanymi. Wygląda więc na to, że Wyndham jest jednym z nielicznych... Istne wykopalisko, napisane w sposób nieznośnie staroświecki, wręcz na modłę XIX-wieczną, z pomysłami wyciąganymi z jednej beczki i serwowanymi wedle irytująco powtarzalnych schematów. Jest to o tyle dziwne, że "Dzień tryfidów", "Kukułcze jaja z Midwich" i "Chocky" były powieściami ze wszech miar oryginalnymi i bardzo dobrze napisanymi. Wygląda więc na to, że Wyndham jest jednym z nielicznych autorów, którzy znacznie lepiej sobie radzili w długiej formie, niż w krótkiej.

Jak już zaznaczyłem, zawarte w zbiorze opowiadania są do siebie dość podobne tak tematyką, jak i wykonaniem. Najczęściej oparte są na koncepcji przeskoku osobowości do bliźniaczego ciała w czasie i/lub przestrzeni, zaś narracja jest prowadzona z drugiej ręki. To znaczy - spotykają się dwie osoby i jedna z nich opowiada, co jej się przytrafiło. Ewentualnie zostajemy uraczeni czyimś pamiętnikiem lub listem. O ile zabieg taki nie razi, gdy zastosować go raz, może dwa razy na zbiór, o tyle podsuwanie czytelnikowi co i rusz tego samego dania powoduje szybkie znudzenie. I tak właśnie się dzieje w przypadku "Dziwnych historii".

W otwierającej książkę "Dziwnej historii" mamy więc starszego dżentelmena, w którego ciało na chwilę wstąpiła osobowość jego młodzieńczego "ja" z przeszłości. W "Poszukiwaniu" obcujemy z młodym fizykiem, który od czasu przeskoku w jego równoległe "ja" ze świata, w którym Hitler nie rozpętał żadnej wojny, poszukuje w naszej rzeczywistości kobiety, która tam była jego żoną. W "Wibratorze trzeciej generacji" wynalazca przenosi się w swoje prehistoryczne "ja", żeby przekonać się, że po raz kolejny tworzy coś, co może zagrozić istnieniu globu. W "Obacz drogi jej..." młoda lekarka przenosi się z kolei w przyszłość, gdzie nie ma mężczyzn, ona zaś jest rozpłodową Matką. Z pozostałych trzech tekstów "Poprawka w czasie" powiela schemat przeskoku (do obecnych czasów - fizycznie, a nie duchowo - zostaje na krótko przeniesiony zaginiony przed półwieczem niedoszły narzeczony), aczkolwiek jest już napisana normalną manierą, nie z drugiej ręki, zaś "Człowiek - mieszkaniec Ziemi" - na odwrót: narracja jest w sporej części spisaną na tabliczce relacją, ale dotyczącą nie tyle przeskoku, ile kosmicznej podróży (rozmrożony po wieloletniej stazie człowiek relacjonuje swoje dzieje zamieszkującej Wenus rasie futrzastych stworzeń o sześciu kończynach). Tylko "Czwarte trafienie" łamie oba schematy, ale z kolei i tematyką (przypadkowe wezwanie diabła), i wykonaniem (wydźwięk starocia), jakoś specjalnie nie zachwyca.

W rezultacie najlepiej wypada "Obacz drogi jej...", opowiadanie tytułowe oryginalnego zbioru, u nas wydanego z minimalnie zmienioną zawartością. Ma śmiały, nietuzinkowy pomysł, początkowo wręcz szokuje potraktowaniem tematu (świat kobiet podzielonych na cztery kasty, z których każda ma ściśle określone zadania, do których jest przystosowana fizycznie), aczkolwiek gdy dochodzimy do filozoficznych podstaw opisanego społeczeństwa, robi się po prostu niemądrze. Szczerze powiedziawszy warto sięgnąć po książkę dla tego właśnie opowiadania. Reszta to archeologia...

pokaż więcej

 
2018-11-15 02:36:55
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Mam trochę mieszane odczucia w stosunku do tej książki, czy też może raczej ogólnie do twórczości Bujold. Otóż tchnie ona... pretensjonalnością. Skreślone ręką pisarki postaci zachowują się w sposób mocno ugrzeczniony, wręcz mdły, a co za tym idzie - wyczuwalnie sztuczny, choć jest to wrażenie z gatunku trudno uchwytnych. Jak brzęczący gdzieś poza zasięgiem gazety komar. Niewidoczny, ale z... Mam trochę mieszane odczucia w stosunku do tej książki, czy też może raczej ogólnie do twórczości Bujold. Otóż tchnie ona... pretensjonalnością. Skreślone ręką pisarki postaci zachowują się w sposób mocno ugrzeczniony, wręcz mdły, a co za tym idzie - wyczuwalnie sztuczny, choć jest to wrażenie z gatunku trudno uchwytnych. Jak brzęczący gdzieś poza zasięgiem gazety komar. Niewidoczny, ale z pewnością obecny w tym samym pomieszczeniu. Przyznam, że dotąd czytałem jedynie dwie książki jej autorstwa, ale obie mnie nie porwały - ani "Stan niewolności", jak na mój gust zbyt mocno epatujący odmiennością bohaterów kosztem samej fabuły, ani "Strzępy honoru", trochę nijaka space opera, która byłaby niegodna pamiętania, gdyby nie zamieszczone na końcu doskonałe, gorzkie w wymowie opowiadanie "Po walce".

"Granice nieskończoności" wypadają na tym tle o tyle dobrze, że są zbudowane z trzech osobnych nowel, włączonych w cykl, ale stanowiących odrębne, zamknięte całości. Wszystkie trzy dotyczą działań Milesa Vorkosigana, barrayarskiego niskopiennego arystokraty dotkniętego chorobą genetyczną, objawiającą się łamliwością kości. Książkę otwierają nagrodzone zarówno Hugo, jak i Nebulą, "Lamentowe góry", jak dla mnie najsłabsze z zestawu (wiem, nie znam się, bo to właśnie one zostały nagrodzone, i to od razu dwoma najważniejszymi statuetkami). Nie mają nic wspólnego ze space operą, a gdyby nie świat, w którym została osadzona akcja, i zastosowanie troszkę lepszego serum prawdy, nawet nie załapałyby się na SF, bo chodzi w nich jedynie o śledztwo w kwestii śmierci pewnego niemowlęcia w górskiej, zacofanej wiosce. Akcja dychawicznie pełza, bohater wygłasza z założenia inteligentne uwagi, które łatwo wziąć za androny jedynie pozorujące głębię i bystrość jego myśli, a rozwiązanie intrygi jest... No cóż, po prostu jest.

Znacznie ciekawiej wypada "Labirynt", w którym jest już i akcja, i troszkę space opery, i nieco bardziej skomplikowany świat. Nie jest to może pierwsza liga literatury, ale czyta się to z zaciekawieniem - do czasu, aż pojawia się Dziewiątka, czyli obiekt, po który bohater miał się włamać do strzeżonej jak forteca posiadłości. Dziewiątka bowiem jest jak czworączki ze "Stanu niewolności" - kreacją przesadnie udziwnioną, nie do końca przemyślaną i na tyle szczątkowo opisaną, żeby uniknąć poruszania kwestii, które mogłyby bezpośrednio zgwałcić logikę, biologię czy prawa fizyki. No i ta dziwna, byle jak maźnięta relacja Milesa z Dziewiątką...

Książkę zamyka tytułowe opowiadanie, najżwawsze z kompletu, z doskonale rozpisaną końcówką, aczkolwiek w środku z raz czy dwa wyraźnie tracące tempo (mówiąc wprost: przynudzające). Tutaj jednak też widać problemy z kreacją rzeczywistości, bowiem zachowanie bohatera, próbującego wprowadzić jako taki ład w jenieckim obozie, jest na ogół irytująco gładkie i nijakie, psychologia postaci nie poraża głębią, a zaprezentowane dialogi są absolutnie grzeczne i poprawne, nawet podczas dziwnie rzadkich sprzeczek. W obozie jenieckim pełnym sfrustrowanych żołnierzy, dodajmy. Zupełnie, jakby była to literatura dla młodzieży, na co dzień karmiącej bezdomne kotki i pomagającej sąsiadom trzepać dywany i robić zakupy.

Można więc rzucić okiem na "Granice nieskończoności", ale nie ma się co łudzić - jakaś szczególnie wybitna literatura to to z pewnością nie jest.

pokaż więcej

 
2018-11-13 14:06:37
Ma nowego znajomego: TymekBook
 
2018-11-13 13:42:57
Ma nowego znajomego: Yveska
 
2018-11-12 11:35:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Po lekturze antologii mam więcej pozytywnych odczuć niż negatywnych, co jest przyjemną konstatacją. Trzeba przy tym jednak postawić sprawę jasno: z 14 tekstów - w tym 9 prozatorskich - rzeczywiście wartych uwagi są 4 (słownie: cztery), może 5 (słownie: pięć). Czyli ilościowo nawet nie połowa. Choć - z drugiej strony - objętościowo przekraczają połowę, nie ma co więc rozdzierać szat.

...
Po lekturze antologii mam więcej pozytywnych odczuć niż negatywnych, co jest przyjemną konstatacją. Trzeba przy tym jednak postawić sprawę jasno: z 14 tekstów - w tym 9 prozatorskich - rzeczywiście wartych uwagi są 4 (słownie: cztery), może 5 (słownie: pięć). Czyli ilościowo nawet nie połowa. Choć - z drugiej strony - objętościowo przekraczają połowę, nie ma co więc rozdzierać szat.

Najwartościowsze ze zbioru jest nagrodzone Nebulą za krótką formę (Short Story) opowiadanie Connie Willis "Nawet królowa". Zwięzłe, dowcipne i zarazem lekkie, w dodatku bardzo kobiece, w sposób wdzięczny porusza kwestię miesiączkowania, w przyszłości wytłumionego dzięki rozwojowi technologii i niemalże już zapomnianego.

Równie dobry, także nagrodzony Nebulą - tyle że za dłuższą formę (Novella) - jest najobszerniejszy w zbiorze tekst, "Miasto prawdy" Jamesa Morrowa, notabene redaktora książki. Akcja opowiadania rozgrywa się w położonym gdzieś w rejonie Karaibów mieście, w którym wytępiono kłamstwo, w związku z czym produkty są boleśnie prawdziwie opisywane (bułka z mięsem zamordowanej krowy, zwiędła sałata, rakogenne (papierosy), etc), podobnie zresztą jak odczucia ("chyba cię lubię"). Nie ukryje się żadna zdrada, nie uchowa złodziej czy morderca. Wszystko się zmienia, gdy bohater - tzw. krytyk sztuki, zwany też dekonstruktorem, zajmujący się niszczeniem wszystkich dzieł, które mają w sobie kłamstwo (książki i filmy z wymyśloną fabułą, bajki z fantastycznymi zwierzętami, obrazy nie oddające rzeczywistości) - zostaje postawiony wobec nieuleczalnej choroby syna i decyduje się spróbować zastosować niekonwencjonalną technikę leczenia. Historia ma kilka logicznych mielizn (mimo praktycznie likwidacji religii - są kościoły, procedura dostosowywania dzieci do systemu jest do absurdu brutalna, ale jednocześnie na tyle prosta, że trudno uwierzyć w jej trwałość), jest też chwilami wyczuwalnie pretensjonalna i posiada zbyt wyraźne zapożyczenia z "451° Fahrenheita" Bradbury'ego, ale mocno działa na wyobraźnię, a do tego potrafi wywołać silne emocje. A o to przecież chodzi w pisarskim biznesie.

Doskonały też jest - i mnie osobiście chyba najbardziej tutaj przypadł do gustu - "Oddział lipcowy" S. N. Dyer, obdarzony leciutkim akcentem fantastycznym, ale posiadający świetny klimat i skrzący się niewymuszonym humorem. Rzecz jest o tyle łatwa w odbiorze, że opisuje perypetie lekarki borykającej się z uciążliwymi pacjentami, niedoinwestowaniem oddziału i przepracowaniem, czyli tym, co od lat trapi nasze krajowe szpitale.

Czwarty dobry, gęsty tekst, to "Koniec rzeczy" Gregory'ego Benforda. Sam pomysł może nie jest szczególnie zachwycający - potwierdzenie faktu zaobserwowania rozpadu protonów i wynikające z tego konsekwencje - ale za to realia i owszem: Indie biedne, przeludnione, nękane fanatyzmem, z wypalonym na wiór krajobrazem, dobijane rozmaitymi plagami przywleczonymi celowo bądź niechcący przez znienawidzonych już naukowców z Zachodu.

Ostatnie z wartych uwagi opowiadań to "Góra przyszła do Mahometa" Nancy Kress - z Ameryką wyniszczoną przez kryzys, praktycznie pozbawioną opieki zdrowotnej, z rzeszami wyrzuconych poza nawias społeczny ludzi, traktujących lekarzy - nawet tych niosących bezinteresowną pomoc - jak diabelskich czarowników, niegodnych nawet splunięcia. Wykreowana rzeczywistość jest dość sugestywna, ale zarazem mocno przerysowana i zrobiona pod konkretną tezę - wyolbrzymienie skutków masowych pozwów za lekarskie błędy, co poskutkowało bajońskimi kwotami ubezpieczeń i zawężeniem opieki zdrowotnej do zdrowego genetycznie, bogatego rdzenia skurczonej klasy średniej.

Reszta jest w ten czy inny sposób marna. "Danny leci na Marsa" Pameli Sargent, laureat (!) Nebuli za średnią formę (Novelette), jest nużącą, zbędnie rozwlekłą historią udziału w pierwszym locie na Marsa kandydata na prezydenta USA, pragnącego w ten sposób zdobyć sympatię wyborców. "Okulary Lennona" Paula Di Filippo są przesadnie udziwnione (tytułowe okulary pozwalają dostrzec relacje międzyludzkie) i finiszują w naiwny, niezbyt mądry sposób. Natomiast "Winlandia naszych snów" Kima Stanleya Robinsona (oszustwo ze śladami Wikingów w USA) i "Życie jak układanka z kotami na wysoki połysk" Michaela Bishopa (bohater przypomina sobie swoje relacje z kotami) trudno w ogóle uznać za fantastykę. Do kompletu dochodzą dwie zamierzchłe już publicystyki (fantastyczne literatura oraz film w 1992 roku - choć muszę wyznać, że dzięki tej filmowej trafiłem na zapomnianą perełkę, czyli wzruszających "Spóźnionych na obiad"), lokalne wspominki Frederika Pohla o pierwocinach amerykańskiego fandomu, przeciętne pożegnanie zmarłego we wrześniu 1992 Fritza Leibera (pośród trzech autorów jest m.in. Stephen King) oraz króciutki wiersz Davida Lunde'a. A że nigdy sympatykiem wierszy nie byłem...

Ogólnie więc warto rzucić okiem na "Nebulę '92" - choćby i dlatego, żeby przekonać się, co w roku 1992 najmocniej poruszało środowisko twórców fantastyki Stanów Zjednoczonych.

pokaż więcej

 
2018-11-09 14:37:50
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Z zegarkiem

Wolskiemu nie sposób odmówić lekkiego pióra. Jego książki czyta się szybko i gładko, w dodatku z zainteresowaniem, bo autor potrafi budować wartką akcję, żonglować żywymi dialogami i kreować pełnokrwiste postaci. Szkoda tylko, że jedynie męskie, bo żeńskie akurat wychodzą mu średnio - owszem, bywają inteligentne, ale i tak summa summarum kończy się to na kusicielstwie, wilgoci między nogami i... Wolskiemu nie sposób odmówić lekkiego pióra. Jego książki czyta się szybko i gładko, w dodatku z zainteresowaniem, bo autor potrafi budować wartką akcję, żonglować żywymi dialogami i kreować pełnokrwiste postaci. Szkoda tylko, że jedynie męskie, bo żeńskie akurat wychodzą mu średnio - owszem, bywają inteligentne, ale i tak summa summarum kończy się to na kusicielstwie, wilgoci między nogami i parciu na seks. Trochę też denerwuje notoryczne, prymitywne demonizowanie postaci negatywnych (muszą się pocić, łapczywie oblizywać wargi, dygotać z emocji, być świrami bądź tępymi brutalami) oraz raczej swobodne podejście do kwestii rasowych (Arab to "beżowy").

Z kolei fabuła "Ekspiacji", mimo że barwna i wciągająca, jawnie już obnaża specyficzny światopogląd Wolskiego, chwilami dość trudny do przełknięcia. Bohaterem jest młody ksiądz (i zarazem niedoszły komandos, bo czemu nie), który musi uciekać ze swojej parafii, ponieważ wyspowiadał dawnego superagenta bezpieki i teraz na kark wleźli mu zabójcy z byłego SB. Stawką całej rozgrywki - oczywiście oprócz życia księdza - są nagrane na płytę CD rewolucyjne materiały, które wyjawią kulisy różnorakich mniej lub bardziej tajemniczych akcji bezpieki i zdemaskują wielu wciąż działających na świecie agentów, zapewne doprowadzając również do zapaści politycznej w kraju. Za bohaterem - i pomagającą mu przypadkową nastolatką, ocaloną przed "satanistycznym" gwałtem - ruszają zabójcy, akcja zaś pędzi przez Polskę, Austrię i Włochy, ponieważ - według bohatera - tylko w Watykanie materiały będą bezpieczne, i tylko tam będzie wiadomo, jak je wykorzystać. O finale całej tej awantury się z oczywistych względów nie wypowiem, ale jedno jest jasne - Wolskiemu zabrakło śmiałości, czy też wyobraźni, i historia kończy się jakoś tak... nijako.

Abstrahując od uczynienia bohaterem księdza oraz niewzruszonej wiary w czystość intencji Watykanu, mamy tutaj autorskie przekonanie o tym, że wzorcowa rodzina to taka, w której przynajmniej jedno z dzieci będzie zakonnicą lub księdzem, a także twardą pewność, że nie kłamią jedynie chrześcijanie, ponieważ... kłamstwa zakazuje Pismo Święte, a "złymi uczynkami obrażamy Boga". A kto jest niewierzący (w Jahwe), to... no cóż... nie może mieć wartości moralnych, bo nie ma drogowskazu w postaci Biblii.

Książkę więc czyta się szybko, tyle że co pewien czas trzeba puścić zdanie czy dwa mimo oka, żeby sobie nie podnosić niepotrzebnie ciśnienia.

pokaż więcej

 
2018-11-02 23:59:47
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Czytanie przygód Wędrowycza to trochę jak taplanie się w błocku. Bywa zabawnie, chwilami jest wręcz przyjemnie, ale co się człowiek przy tym uświni i ile wysiłku poświęci później na doprowadzenie do ładu ciuchów, to już zupełnie inna sprawa. I na drugi raz będzie - w teorii - ostrożniejszy i po prostu ominie błotnistą czeluść. Chyba że jest masochistą i spróbuje jeszcze raz. Bo może jednak... Czytanie przygód Wędrowycza to trochę jak taplanie się w błocku. Bywa zabawnie, chwilami jest wręcz przyjemnie, ale co się człowiek przy tym uświni i ile wysiłku poświęci później na doprowadzenie do ładu ciuchów, to już zupełnie inna sprawa. I na drugi raz będzie - w teorii - ostrożniejszy i po prostu ominie błotnistą czeluść. Chyba że jest masochistą i spróbuje jeszcze raz. Bo może jednak poprzednim razem źle zapamiętał, albo tamto błocko było jakieś inne, gorsze. No więc nie. Błocko jest wciąż to samo.

Książka zawiera 19 opowiadań, z czego połowa ukazała się kilka lat wcześniej w nieodżałowanym "Fenixie". Część z nich jest całkiem zabawna (najstarsze "Weźmisz czano kure...", "Lenin"), a część nawet ma klimat ("Okazja", "W kamiennym kręgu"), ale przeważają teksty słabe, z pretekstową fabułą, nierzadko wręcz głupie ("Problemy", "Dziadek", "Titanic"), a do tego czasami bezsensownie wulgarne, przy czym w tej ostatniej kwestii palmę zwycięstwa dzierży zamykające książkę "Pogotowie". Z całego zbioru znowu najlepiej wypadają teksty pozbawione Wędrowycza jako głównego bohatera - "Lenin 2. Coś przetrwało" (do chwili pojawienia się wojsławickiego pijusa, bo wtedy humor idzie na przaśny pysk) i "W kamiennym kręgu", tekst najdłuższy tutaj, mający zadatek na większą historię, ale oczywiście po pojawieniu się Wędrowycza szybko zamknięty w oparach alkoholu.

Lektura bywa więc zabawna, ale bywa też cierpka, czy wręcz po prostu przykra. Raczej trochę czasu minie, nim znów sięgnę po niechlujnie pisane pijackie głupawki rodem z Wojsławic...

pokaż więcej

 
2018-10-30 17:41:54
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Trudna książka. Nie dlatego, że jest gęsta od różnorakich odniesień i aluzji, które dla kogoś dorastającego poza Związkiem Radzieckim w sporej części są słabo uchwytne. Owszem, to trochę osłabia wymowę całości - ale tylko trochę. Nie dlatego też, że zawarte w niej koncepcje przedstawione są bardzo szczątkowo i mętnie, wymagając od czytelnika wytrwałości i inicjatywy w odszukiwaniu ułamków... Trudna książka. Nie dlatego, że jest gęsta od różnorakich odniesień i aluzji, które dla kogoś dorastającego poza Związkiem Radzieckim w sporej części są słabo uchwytne. Owszem, to trochę osłabia wymowę całości - ale tylko trochę. Nie dlatego też, że zawarte w niej koncepcje przedstawione są bardzo szczątkowo i mętnie, wymagając od czytelnika wytrwałości i inicjatywy w odszukiwaniu ułamków puzzli i zlepiania z nich mocno niekompletnej panoramy. W końcu nie każda książka musi być błahą papką i od czasu do czasu warto sięgnąć po coś trudniejszego, bardziej wymagającego.

Nic z tych rzeczy. Książka jest trudna głównie dlatego, że fatalnie się ją czyta. Że marne jest tłumaczenie, a jeszcze marniejsza redakcja. Przecinki albo są w nadmiarze, albo - w niekiedy kilkulinijkowych zdaniach - nie ma ich wcale. Bywa, że zdanie brzmi wręcz zachwycająco, ale bywa, że trzeba je czytać i po pięć razy, żeby zrozumieć, ile w środku jest zdań składowych i gdzie tak naprawdę się one zaczynają, a gdzie kończą. Do tego dużo jest językowych niezręczności (ktoś "pełen entuzjazmu na mój temat", "pełne gacie radości"), zwykłych lapsusów (bitwa pod Łuckiem Kurskim, Edgawa Rampo, operacja usunięcia migdałów), rusycyzmów (Ławrienticz Pałycz Beria, Enne morze, koszatka (w sensie małego kotka), osiodłać motocykl), machnięć ręką (furunkuł, "Mylił sentymenty z simmentałami") i ordynarnych byków ortograficznych ("żółtych pręgów", notorycznie ta minoga, tych minóg, mohairowy). Czyta się więc to po prostu źle, z niepotrzebnym dodatkowym wysiłkiem.

Innym minusem tej powieści - przynajmniej dla osób nastawionych na fantastykę - jest to, że ze względu na specyfikę konstrukcji w sumie trudno odbierać "Kulawy los" jako sf. Składa się on bowiem z dwóch części - z właściwej opowieści o reżimowym pisarzu, oraz z przytaczanej rozdział po rozdziale jego powieści o narodzinach nowego człowieka. Ta pierwsza część, właściwy "Kulawy los", koncentruje się na codziennych bolączkach pisarza (Feliksa Sorokina), który zarazem jest dumny ze swoich osiągnięć, jak i się ich wstydzi (batalistyka wojenna dała mu państwowe nagrody, ale to zbiorek fantastycznych opowiadań dał mu uwielbienie czytelników). Chadza sobie po mieście, nadużywa alkoholu, szarpie z kolegami po piórze, a także szykuje się do wizyty w instytucie, gdzie stoi maszyna oceniająca talent pisarski. I ta maszyna, będąca w istocie jakimś drobnym, praktycznie nieistotnym elementem tła, jest właśnie owym jedynym akcentem sf.

Ta druga część to włączone do "Kulawego losu" "Gadkije lebiedi", czyli samodzielna powieść, wydana u nas w połowie lat 1990-tych jako "Pora deszczów". Ona - i owszem - jest fantastyką pełną gębą. Również opowiada o reżimowym pisarzu (Wiktorze Baniewie), tyle że ten na tyle podpadł władzy, że został zesłany do miasta nękanego od paru lat nieustannym deszczem. Tam zaś pisarz, notorycznie nadużywający alkoholu, styka się z zamkniętymi w tzw. leprozorium mokrzakami, czyli niby zwykłymi, dotkniętymi jakąś chorobą ludźmi, którzy w rzeczywistości mają dziwną władzę nad dziećmi. Którzy te dzieci - między innymi córkę bohatera - wychowują tak, by były w stanie rozpocząć budowę nowego świata, wolnego od agresji, nienawiści i wojen. Mokrzaki generalnie siedzą w obozie i nikt nic pewnego na ich temat nie wie, dzieci izolują się od swoich rodziców, a wśród mieszkańców rośnie nienawiść do mokrzaków i mnożą się różne incydenty.

Obie części książki są dobre, obie dają sporo tematów do przemyśleń, ale nie da się ukryć, że istotniejsza jest tutaj "Pora deszczów". Że to ona funduje czytelnikowi najważniejsze idee. Ta zewnętrzna, podstawowa warstwa fabularna, z Sorokinem, zdaje się być jedynie złagodzeniem wymowy "Pory deszczów", wzięciem jej w nawias - tak, żeby książka mogła swobodnie się ukazać na rynku i nie kłuć nikogo z władzy w oczy. Wciąż jest to dobra literatura, pełnowymiarowa, ale - szczerze powiedziawszy - nie wiem, czy nie lepiej czytać samą "Porę deszczów". Co więcej - być może w wersji oryginalnej, czyli z pominięciem doklejonego po latach, przesłodzonego zakończenia. Z finałem otwartym, gorzkawym, zostawiającym kwestię mokrzaków w stymulującej wyobraźnię mgle...

pokaż więcej

 
2018-10-04 19:38:52
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:
Cykl: Wilt (tom 4) | Seria: Kameleon

Przyjemnie zwariowany, chwilami czysto absurdalny czwarty tom przygód Wilta, przy lekturze którego bawiłem się jednak gorzej niż podczas czytania poprzednich części. I teraz będę miał zagwozdkę, czy to mnie się lekko zmienił gust - bo z trawieniem niektórych dowcipasów z histerycznym naśmiewaniem się z grubych kobiet już miałem problemy - czy też autor faktycznie obniżył loty. Problem bowiem w... Przyjemnie zwariowany, chwilami czysto absurdalny czwarty tom przygód Wilta, przy lekturze którego bawiłem się jednak gorzej niż podczas czytania poprzednich części. I teraz będę miał zagwozdkę, czy to mnie się lekko zmienił gust - bo z trawieniem niektórych dowcipasów z histerycznym naśmiewaniem się z grubych kobiet już miałem problemy - czy też autor faktycznie obniżył loty. Problem bowiem w tym, że poprzednie trzy tomy czytałem coś pod piętnaście lat temu i musiałbym je sobie teraz odświeżyć. A przede mną przecież jeszcze setki innych zaległości...

Jak by nie było, "Wilt w drodze donikąd" jest powieścią doskonale spełniająca swoje podstawowe zadanie: śmieszy. Może nie tak bardzo, jak poprzednie odsłony przygód akademickiego nauczyciela, ale zdarza się, że i tutaj można nieprzyzwoicie zacząć rechotać. Szczególnie gdy się dotrze do sceny z psami rozprawiającymi się z dwójką nadmiernie wścibskich dziennikarzy. Choćby dla tego kawałka warto sięgnąć po tę niegrubą książeczkę.

pokaż więcej

 
2018-10-03 00:14:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Drugi kawałek remanentów po upadłym magazynie "Ubik", czyli pakuły, stare taśmy, zasuszone karaluchy i dwie oblepione styropianem landrynki. Innymi słowy - z antologii liczącej 8 tekstów tylko dwa są rzeczywiście warte uwagi: "Dom Marty" Jewgienija T. Olejniczaka, krótki, zgrabnie napisany, z przemyślaną intrygą i sensownym zamknięciem, w dodatku rozgrywający się na rodzimej prowincji, oraz... Drugi kawałek remanentów po upadłym magazynie "Ubik", czyli pakuły, stare taśmy, zasuszone karaluchy i dwie oblepione styropianem landrynki. Innymi słowy - z antologii liczącej 8 tekstów tylko dwa są rzeczywiście warte uwagi: "Dom Marty" Jewgienija T. Olejniczaka, krótki, zgrabnie napisany, z przemyślaną intrygą i sensownym zamknięciem, w dodatku rozgrywający się na rodzimej prowincji, oraz nieco słabsi, ale całkiem klimatyczni "Jedyni mieszkańcy" Joanny Skalskiej, opowiadający o tajemniczym domu w Londynie, dobierającym sobie lokatorów. Przy czym oba teksty mają po mniej więcej 20 stron, na ogólną liczbę 260. Czyli zajmują ledwie 15% książki.

Pozostałe 85% to same rozczarowania. Otwierające antologię "Po dzikie zioło wyprawa przez Galaktykę" Mateusza Józefowicza rozkręca się całkiem sprawnie, nawet jeśli nieco drażni w nim dziwaczna maniera lekkiego archaizowania narracji, ale podstawa pomysłu jest dyskusyjna (szukanie rośliny dla jej właściwości narkotycznych w cywilizacji, która zapewne potrafi osiągnąć te same efekty syntetykami), a fabularna konkluzja pozbawiona większego sensu. Drugi, najdłuższy w zbiorze tekst, "Ziemianie" Szczepana Grzybowskiego, oferujący nietuzinkową wersję przyszłości (na Ziemi nie ma wojen, bo całym globem rządzi twardą ręką junta), bardzo szybko zaczyna sypać się pod względem psychologii postaci (spec od rozwiązywania konfliktów zachowuje się jak egzaltowany, niezbyt bystry uczniak), a także logiki pomysłu (cała sprawa obcych, ich pochodzenia oraz możliwości dotarcia na daleką planetę jest... no, niezbyt mądra).

Minimalnie lepiej radzi sobie Michał Niewęgłowski w "Krotochwili", choć muszę przyznać, że momentami opowiadanie ociera się literalnie o bełkot. Autor nie pokusił się o dokładniejszy opis zaprezentowanego świata, nie dał również wskazówek, według jakich mechanizmów działają w nim konkretne zjawiska, w związku z czym lektura "Krotochwili" jest jak błądzenie po omacku w kolorowej mgle. Równie niejasne jest "Odszczurzanie" Doroty Kotwicy, choć początkowo ratuje je interesująco wredny humor i oryginalne, bardzo zgrabne i trafne określenia (np. "wcielenie lekko przekarmionej histerii"). Z czasem jednak pojawiają się kłopoty z oddaniem opisywanej rzeczywistości (tzw. bloki to w istocie dwukondygnacyjne budynki z czterema mieszkaniami na krzyż), zbędna brutalność (głównie w stosunku do zwierząt), a także coraz wyraźniejszy z upływem czasu brak fabularnej osi. Ot, tekst sobie biegnie, i biegnie, by nagle wywinąć kozła. Na amen. Niby coś tam się w finale dzieje, ale nie odnosi się to do żadnych rozsianych po fabule detali.

Zaś wisienką na torcie są tytułowe "Polowanie na lwa" Michała Cetnarowskiego oraz "Filozofia mgły (Mglista filozofia)" Tomka Włodarskiego - opowiadania króciutkie, ale... pozbawione fantastyki. Po co było je tu wkładać?

Istnieje więc spora szansa, że lektura książki przyniesie więcej frustracji niż zadowolenia...

pokaż więcej

 
2018-09-26 23:50:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Większość zawartych w zbiorze opowiadań czytałem lata temu w śp. "Fenixie" i już wtedy nieprzesadnie za nimi przepadałem, bo prócz dosłownie dwóch-trzech najstarszych - reszta wyglądała na pisane na siłę. Byle więcej bimbru, byle więcej groteski, byle wredniejszy humor. Tylko pomysł i nić intrygi gdzieś się haniebnie rozmywały, a dowcipasy pomykały po krawędzi kloacznej jamy. Teraz odświeżyłem... Większość zawartych w zbiorze opowiadań czytałem lata temu w śp. "Fenixie" i już wtedy nieprzesadnie za nimi przepadałem, bo prócz dosłownie dwóch-trzech najstarszych - reszta wyglądała na pisane na siłę. Byle więcej bimbru, byle więcej groteski, byle wredniejszy humor. Tylko pomysł i nić intrygi gdzieś się haniebnie rozmywały, a dowcipasy pomykały po krawędzi kloacznej jamy. Teraz odświeżyłem sobie zbiorcze wydanie tych opowiadań i muszę stwierdzić, że niektóre z nich strasznie się zestarzały. I w sporej części nadal ich nie lubię, może teraz nawet bardziej niż kiedyś, bo na tle wielu lektur, jakie trafiły mi się w upłynionym czasie, wyraźniej widać niedostatki prozy Pilipiuka.

Pierwsze dwa po-Fenixowe opowiadania zbioru, "Zabójca" i "Na rybki", oraz cztery późniejsze, debiutujące w "Kronikach...", czyli "Implant", "Z archiwum Y", "Bajeczka dla wnuczka" i najdłuższy tutaj "Hotel pod Łupieżcą", niebezpiecznie balansują na krawędzi grafomanii. Mają niedobre dialogi, niechlujną konstrukcję fabularną i często popadają w czerstwy absurd, próbując za wszelką cenę ubawić czytelnika. Czymkolwiek. Choćby notorycznym łapaniem psa na linkę hamulcową i pieczeniem go na ognisku czy rozdawaniem kopniaków gumofilcami. Opowiadania są pisane na jedno kopyto, pospiesznie, często urywają się bez konkretnej puenty i słabo się bronią jako oddzielne twory, a tu przecież dostajemy ich od razu pęczek.

Sytuacja jednak nie jest tak beznadziejna, jak by się mogło wydawać. "Głowica" ciągle wywołuje uśmiech, "Świńska rebelia" - mimo że chaotycznie napisana - też potrafi lekko rozweselić absurdem, a debiutująca w książce "Rewizja", króciutka humoreska, także miewa kilka zabawnych momentów. Jeszcze lepiej wypadają troszkę poważniejsze "Tajemnice wody", w których istotniejsze jest rozwiązanie intrygi niż humor. Najlepiej jednak przetrwały próbę czasu dwa dłuższe teksty - pisane z większym skupieniem, z poważniejszym podejściem do tematu, oferujące Wędrowycza nie w roli stale gorejącej gwiazdy, a raczej meteorytu, który rozświetla nieboskłon na ledwie kilka chwil. Taki jest "Hochsztapler", może trochę zbyt pospiesznie zamknięty dłonią Wędrowycza, i taki jest "Przeciw pierwszemu przykazaniu" - tekst najmroczniejszy w zbiorze, potrafiący wykreować niepokojącą rzeczywistość i obejść się bez pijackich wybryków słynnego obywatela Wojsławic. To chyba w ogóle najlepszy tekst tego zbioru, a może i jeden z lepszych w całym wojsławickim cyklu.

Jeśli więc kiedyś sięgnę znów po "Kroniki...", to raczej tylko dla "Przeciw pierwszemu przykazaniu"...

pokaż więcej

 
2018-09-25 01:50:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Wyproszone z domu

Lafferty pisał bardzo przyjemne, dowcipne opowiadania, zresztą podobnie jak Sheckley. Niestety, obaj - tak Lafferty, jak i Sheckley - mieli duże problemy z tworzeniem powieści. Brakło im pomysłów na tak dużą objętość, próbowali grać udziwnieniami, męczącą groteską i humorem, który obecnie można na ogół określić mianem czerstwego. I to z grzeczności. Jednak mimo to od czasu do czasu udawało im... Lafferty pisał bardzo przyjemne, dowcipne opowiadania, zresztą podobnie jak Sheckley. Niestety, obaj - tak Lafferty, jak i Sheckley - mieli duże problemy z tworzeniem powieści. Brakło im pomysłów na tak dużą objętość, próbowali grać udziwnieniami, męczącą groteską i humorem, który obecnie można na ogół określić mianem czerstwego. I to z grzeczności. Jednak mimo to od czasu do czasu udawało im się spłodzić dzieło warte uwagi, które nawet jeśli nie było wybitne, to przynajmniej czytało się gładko i w miarę przyjemnie. I tu pojawia się drugie "niestety" - o ile Sheckleyowi wydano u nas kilka powieści całkiem przyzwoitych (choćby "Planetę zła", "Nieśmiertelność na zamówienie" czy "Dziesiątą ofiarę"), to Lafferty zagościł dwoma tytułami: "Czwartą czynszówką", której jeszcze nie czytałem, ale ponoć cieszy się nie najlepszą opinią, oraz "Władcą Przeszłości", marnotą niemożebną.

W założeniu "Władca Przeszłości" miał chyba być opowieścią niezobowiązującą, wartką i dowcipną, czyli taką, jakie pisało się na pęczki w końcówce lat 1960-tych dla tych, którzy nie mieli co czytać w pociągu czy autobusie, a lubili fantastykę. Tyle że zamiast miłego czytadełka wyszedł Lafferty'emu tępy, drętwy, pozbawiony śladu sensu kluch. Jak by tego było mało, swoje trzy grosze dołożył nasz tłumacz, m.in. przekładając imię i nazwisko głównej postaci jako Tomasz More. Dopiero gdy akcja przenosi się na chwilę na Ziemię, w okres renesansu, staje się jasne, że chodzi o TEGO Tomasza More'a, chyba bardziej znanego u nas jako Tomasz Morus albo po prostu Thomas More.

Książeczka przede wszystkim ma ułomną treść. Wszystko, o co w niej chodzi, to sprowadzenie More'a z dawnej Ziemi na Astrobe okolic XXV wieku, gdzie ma pomóc w walce z rozkręcającym się tam upadkiem idealnej ponoć cywilizacji. Upadek zaś przejawia się tym, że bogaci, długowieczni ludzie masowo porzucają swoje miasta z wszelkimi udogodnieniami i przenoszą się do błyskawicznie rozrastających się slumsów, by tam żyć w smrodzie, brudzie i ubóstwie, a do tego mrzeć setkami tysięcy od głodu, szalejących zaraz, pracy ponad siły w zabójczych warunkach oraz wszechobecnej przestępczości. Nikt nie rozumie, dlaczego tak się dzieje i jak można temu zaradzić, więc bohater chodzi tu i tam, prowadząc bezsensowne rozmowy z rozmaitymi dziwakami i od czasu do czasu uciekając przed mechanicznymi zabójcami, tropiącymi i rozrywającymi swoimi szczypcami każdego, komu przez myśl przemknie, że obecny system nie jest idealny. I tak praktycznie do samego finału, który nie przynosi żadnego rozstrzygnięcia - ani w kwestii slumsów, ani w kwestii ratowania globu, ani nawet w kwestii losów More'a. Ot, książka urywa się jakąś "dowcipną" frazą, i tyle.

Co gorsza, autorowi nie chciało się dokładniej opisywać Astrobe (poza kilkoma gigantycznymi szczytami, po których skaczą błyskawice), więc niezupełnie wiadomo, co tam się tak naprawdę dzieje. Nie ma tu też niczego, co można by określić psychologią postaci, bohaterowie zachowują się bowiem zupełnie absurdalnie i za każdym razem inaczej. Na dokładkę akcja jest pretekstowa i postaci często pojawiają się znikąd i zaraz znikają, bo akurat były potrzebne autorowi np. do wygłoszenia jednego czy dwóch zdań. Dialogi zaś...

"- Nazywam się Paul - oznajmił podchodząc do mężczyzny - i po tym wstępie nie bardzo wiem, co jeszcze powiedzieć." (s. 31)

"- Zostaw mnie w spokoju! (...) Jesteś niczym, duchem. Duchom można nakazać, by przepadły.
- Ja nigdy nie przepadnę. Nie usiądziesz nigdy spokojnie, żebym i ja z tobą nie usiadł. I nastanie w końcu taka chwila, że tylko jeden z nas wstanie, a będę to ja. Wyssę z ciebie soki życia.
- Został mi jeszcze jeden sok, o którym nic nie wiesz (...).
- Masz go mniej niż przypuszczasz." (s. 50)

"- Ta sprawa spala mnie jak ogień! Dosłownie. Spłonąłem i umarłem kilkanaście razy, chociaż tego nie rozumiem. Nadal pozostanę gorącym zwolennikiem naszej idei!" (s. 88)

"- Niektórzy z nas umrą w tym czasie [wędrówki na szczyt], ale nie wszyscy. Istnieje takie stare powiedzenie: "Niczego nie zgubiłem na tej górze". Mam jednak wrażenie, że mogłem akurat coś tam zostawić i chętnie to coś odnajdę. Możesz na mnie liczyć." (s. 90)

"- (...) Flora i fauna dzikich terenów nie przedstawia sobą żadnej wartości dla cywilizowanych ludzi. Stawiamy ją na równi z odchodami." (s. 93)

"- Opiłeś się chyba młodego wina, Fabian - skomentował ze śmiechem Tomasz. Ale natychmiast spoważniał i zaczął się tylko nieznacznie uśmiechać. Człowiekowi, który czeka na egzekucję, śmiech nie przystoi. Ktoś mógłby zaczął podejrzewać, że zamierza śmiać się ostatni." (s. 207)

Czas poświęcony na lekturę jest więc czasem zupełnie straconym, bo ani nie poprawia ona humoru, ani nie przywiązuje do postaci, ani nie proponuje ciekawej wizji, w teorii mającej być jakimś tam dyskursem z "Utopią" More'a. Ot, nędzna grafomania, zupełnie niepotrzebnie tłumaczona na język polski.

pokaż więcej

 
2018-09-23 22:18:24
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Nietuzinkowa powieść, oferująca całkiem oryginalną wizję przyszłości, nie dająca jednak finalnie zbyt wielkiej satysfakcji - głównie z powodu dziwacznej konstrukcji fabularnej, z biegiem czasu wywołującej znużenie i wzbudzającej u czytelnika pokusę wcześniejszego zakończenia lektury. W tej sytuacji pojawia się myśl, że może nagrody Campbella i Clarke'a zostały przyznane nie tyle za samą... Nietuzinkowa powieść, oferująca całkiem oryginalną wizję przyszłości, nie dająca jednak finalnie zbyt wielkiej satysfakcji - głównie z powodu dziwacznej konstrukcji fabularnej, z biegiem czasu wywołującej znużenie i wzbudzającej u czytelnika pokusę wcześniejszego zakończenia lektury. W tej sytuacji pojawia się myśl, że może nagrody Campbella i Clarke'a zostały przyznane nie tyle za samą powieść, ile za oryginalność wizji...

Fabuła "Dziecięcego ogrodu" jest - jak się później okazuje - dość prosta. W Londynie z grubsza XXII wieku, po trzech globalnych tąpnięciach - Zaciemnieniu, spowodowanym kryzysem energetycznym, który zmiótł technikę opartą na elektryczności, Rewolucji, która przestawiła cały świat na komunizm (idolami stali się Marks, Lenin, Mao i Chao Li-son, taki Mao futurystycznych Chin), oraz zarazie Landrynkowej (z laboratoriów wymknął się nie do końca przetestowany lek na raka, który i owszem, zlikwidował nowotwory, ale równocześnie wyłączył mechanizmy odmładzające normalne komórki, przez co ludzie umierają przed 35 rokiem życia) - żyje sobie Milena Shibush, marna aktorka. Niby jest dostosowana społecznie, bo w wieku 10 lat otrzymała ostatnią dawkę wirusów, które wymazały dziecięce wspomnienia i zrobiły z niej pełnoprawnego dorosłego, z wyznaczonym przez Partię zawodem i miejscem pracy, ale jest świadoma, że coś w niej szwankuje. Z jednej strony mierzi ją rutyna, co jest niespotykane u szczęśliwych obywateli świata (do 10 roku życia wirusy, stosowane jako nośniki informacji, zapewniają podstawy edukacji i stanowią później bank informacji z najważniejszymi dziełami pisarskimi, muzycznymi i innymi, przez co książki stały się przeżytkiem, bo wszyscy wiedzą praktycznie to samo). Z drugiej - rozpala ją wytępiony już w społeczeństwie pociąg do tej samej płci. I gdy tylko Milena trafia na nie pasującą do standardów niedźwiedzicę Rolfę, kobietę zmodyfikowaną genetycznie do pracy w warunkach arktycznych, z miejsca się zakochuje.

Romans, oparty trochę na porywie serca, a trochę na uwielbieniu dla wokalnego i muzycznego talentu Rolfy, nakręca akcję do mniej więcej 150 strony. Po czym akcja strzela sobie w łeb i przez kolejnych 350 stron, obejmujących cztery lata życia bohaterki, zatacza się zahaczając o Odnowę, czyli powrót elektryczności, holograficzne widowisko według Dantego oraz rozmaite kłopoty z mniej lub bardziej bliskimi Milenie osobami. Siłą rozpędu książkę czyta się dobrze jeszcze w okolicach 250 strony, ale potem - gdy staje się jasne, że autor już porozstawiał pionki i raczy teraz czytelnika miałką fabularną watą, niewiele wnoszącą tak do kreacji świata, jak i do psychologii postaci - przewracanie kolejnych kartek przychodzi z coraz większym trudem.

Ponieważ utarło się, że o pozytywnym odbiorze książki czy filmu często decyduje jego zamknięcie, Ryman zostawił sobie na koniec kilka niespodzianek. Owszem, wydatnie ułatwiają one przebrnięcie ostatnich 50-80 stron, ale jednocześnie wtrącają gorzką w ogólnej wymowie opowieść w klajster ckliwej, podnoszącej na duchu bajeczki.

Całe to rozchwianie konstrukcyjne powoduje, że moja ocena "Dziecięcego ogrodu" jest oceną wypadkową, a nie całościową - 7, może 8/10 za początek, 4, w porywach 5/10 za rozwinięcie i 6/10 za finał. A szkoda, bo z tematu i sportretowanych postaci można było wyciągnąć znacznie więcej...

PS. Okładka polskiego wydania jest dość koszmarna, ale za to tłumaczenie Jacka Chełminiaka jest zaskakująco porządne i klimatyczne. Gdyby nie ono, ocena pewnie powędrowałaby jeszcze kawałek w dół...

pokaż więcej

 
2018-09-07 02:24:23
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Wyproszone z domu
Seria: Kameleon

Nie moja bajka. Liczyłem na to, że kilka opowiadań Sheparda, które kiedyś czytałem - jak choćby "Salwador" czy "Łowca jaguarów" - to tylko swego rodzaju potknięcia, ale "Zielony kocur diabła" jest takim "Salwadorem" do sześcianu, co oznacza, że nie mam co liczyć na innego Sheparda - pozbawionego narkotyków, południowoamerykańskich Indian i specyficznej dawki szaleństwa. Rzucę jeszcze za jakiś... Nie moja bajka. Liczyłem na to, że kilka opowiadań Sheparda, które kiedyś czytałem - jak choćby "Salwador" czy "Łowca jaguarów" - to tylko swego rodzaju potknięcia, ale "Zielony kocur diabła" jest takim "Salwadorem" do sześcianu, co oznacza, że nie mam co liczyć na innego Sheparda - pozbawionego narkotyków, południowoamerykańskich Indian i specyficznej dawki szaleństwa. Rzucę jeszcze za jakiś czas okiem na "Krokodylą skałę", grupującą ponoć najlepsze opowiadania autora (w tym, niestety, "Salwador"), ale po Griaule'a czy "Modlitewnik amerykański" już raczej nie sięgnę. Mój masochizm mimo wszystko ma pewne granice.

A co mnie zmordowało? Przede wszystkim objętość, absolutnie nieadekwatna do zawartości. Bite PIĘĆSET stron niezupełnie jasnych realiów, dziwacznie skrojonych postaci, wątłej, opartej głównie na przemyśleniach akcji i dramatycznie pustej, niezbyt mądrej fabuły. Bo o co tu chodzi? O wysłanego przez USA do targanej wojną domową Gwatemali poborowego, który decyduje się przejść szkolenie na espera (czyli kogoś, kto będzie mógł grzebać innym w mózgach siłą swojego umysłu), i który - wraz z poznaną gdzieś po drodze dziewczyną - staje się trybikiem w mętnych rozgrywkach między panamskimi rodami Sotomayorów i Madradonów, które żrą się od kilkuset lat, ale jak się dogadają, to... przejmą władzę nad całym światem. Bo tak.

Jest to więc pół tysiąca stron rozmyślań, rozmów oraz opisów przyrody, pobojowisk i lokalnych mieszkańców (ze szczególnym uwzględnieniem dziwek), z sążnistym dodatkiem ćpania, mordowania, grzebania ludziom w głowach i seksu. Akcja schodzi tam na dalszy plan i jest wręcz długo wyczekiwanym rodzynkiem. Do tego autor ze szczególną fascynacją pochyla się nad brudem, smrodem i ubóstwem, rzadko kiedy szczędząc czytelnikowi detalu. W ramach sf do kompletu zostają dorzucone jeszcze kombinezony bojowe z jakimiś cybernetycznymi wzmocnieniami oraz dwa roboty, aczkolwiek obie te rzeczy sprawiają raczej wrażenie zbędnej dekoracji.

Lektura, początkowo płynna, z biegiem nawarstwiania się sążnistych, ale niezbyt istotnych z punktu widzenia intrygi czy nawet psychologii postaci przemyśleń, zaczyna przypominać coraz głębsze błota. Jest jak fatalistyczne brnięcie po kolana, po uda, po pępek w brei kwiecistych kopców przetykanych zgnilizną i rozkładem - w nadziei, że kręta ścieżka może jednak prowadzi w jakimś konkretnym kierunku. Ale nie. Ścieżka znika, a czytelnik puszcza bąbelki tonąc w groteskowym wątku panamskich superpotężnych rodów i autorskim przeświadczeniu, że 20-letni burak z niezrozumiałymi emocjonalnymi skokami jest doskonałym materiałem na głównego bohatera. I to burak, którego motywacji nie poznajemy do samiuteńkiego końca. Zresztą - niemal wszyscy tutaj mają niejasne motywacje, a ich działania są chaotyczne i często niezbyt zrozumiałe.

Jak dodać do tego wrzucone lekką ręką w środek tekstu, ale nie dające się wpasować w obrazek rojenia, wątpliwości tyczące tak wieku bohatera (jego zachowanie i przemyślenia nie wskazują na to, by miał ledwie 20 lat), jak i jego poczynań (swobodne poruszanie się praktycznie wszędzie, mimo że de facto jest dezerterem), a także różne niezdarności językowe (niektóre słowa są przeinaczone, notorycznie trafia się "plastykowy" zamiast "plastikowy"), łatwo można sobie wyrobić zdanie, co czeka czytelnika podczas lektury "Zielonego kocura diabła"...

pokaż więcej

 
2018-09-04 13:50:58
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Klasyka sf, wciąż aktualna, nie dająca po sobie poznać, że ma ponad 40 lat na karku (poza kilkoma duperelami w rodzaju maszyny do pisania na statku kosmicznym), potrafiąca odmalować kompletny, wielowymiarowy świat na ledwie 250 stronach, podczas gdy wielu autorom sztuka ta nie udaje się nawet po sprokurowaniu kilkutomowej sagi.

Powieść Haldemana działa na kilku płaszczyznach. Przede wszystkim...
Klasyka sf, wciąż aktualna, nie dająca po sobie poznać, że ma ponad 40 lat na karku (poza kilkoma duperelami w rodzaju maszyny do pisania na statku kosmicznym), potrafiąca odmalować kompletny, wielowymiarowy świat na ledwie 250 stronach, podczas gdy wielu autorom sztuka ta nie udaje się nawet po sprokurowaniu kilkutomowej sagi.

Powieść Haldemana działa na kilku płaszczyznach. Przede wszystkim jest to historia antywojenna, w której tak naprawdę nikt nie wie, o co walczy i w imię jakiej idei ginie. Przedstawiona wojna jest rodzajem galaktycznych szachów rozgrywanych wedle nieznanych reguł, wymagających jednak poświęcania mnóstwa pionków-żołnierzy, tracących życie niezależnie od wyniku bitwy (ci, co przeżyją, wracają do zupełnie obcego im świata, w którym nie mają rodzin, przyjaciół, a zasady rządzące społeczeństwem przestają być akceptowalne).

Druga płaszczyzna to wizja przyszłości, w której ludzkość boryka się z przeludnieniem globu. Rozstrzelenie czasowe intrygi pozwala autorowi zaproponować trzy odrębne modele wyjścia z impasu, wszystkie wciąż potrafiące wywrzeć na czytelniku wrażenie posępnością przewidywań - przynajmniej z naszego obecnego punktu widzenia. W pierwszym modelu następują konflikty zbrojne, wiodące do wprowadzenia jako globalnej waluty systemu kartek żywnościowych. Ponieważ jednocześnie brakuje pracy i gros ludzi żyje na niemal głodowym społecznym zasiłku, do wręcz absurdalnego poziomu rośnie przestępczość, w związku z czym ludzie nieco bogatsi, czyli na ogół posiadający pracę, muszą sobie wynajmować osobistych ochroniarzy. To jeden ze słabszych punktów tej wizji, bo przy opisanych przez autora zarobkach raczej mało który ochroniarz zgodziłby się pracować za stawkę, jaką mogliby zaproponować etatowcy. Wątpliwości wzbudza też nieobecność jakichkolwiek służb porządkowych...

Kolejny model dotyczy przestawienia społeczeństwa na homoseksualizm, a także wprowadzenia unifikacji homo sapiens, czyli standaryzacji rasowej hodowanych w probówkach ludzi. Co na wstępie usuwa wszelkie nierówności rasowe i biorące się z nich tarcia, a także pozwala utrzymać populację na stałym poziomie. Trzeci model to natomiast klonowanie i wykształcenie czegoś w rodzaju zbiorowej świadomości.

Całość zaś została oplątana wokół życia przeciętnego (jeśli za takiego można wziąć kogoś z IQ powyżej 150) obywatela, który trafia wbrew własnej woli do wojska i próbuje się dostosować do nowej sytuacji, z biegiem lat mając z tym jednak coraz większe problemy i coraz mocniej się wyobcowując. Co - zważywszy na okoliczności - dziwne nie jest.

"Wieczna wojna" doskonale się więc sprawdza jako rodzaj space opery (w końcu Ziemianie kopią tyłki obcym na dalekich planetach), jako sf futurologiczna, a także jako zwykła historia o przeciętnym żołnierzu, który zupełnym przypadkiem pnie się po społecznej drabinie. Owszem, nie wszystko tutaj jest zrobione na medal (troszkę szwankuje psychologia postaci, bowiem żołnierze nie zachowują się przesadnie inteligentnie; co więcej - mało kto okazuje jakiekolwiek uczucia), ale powieść wciąż wywiera spore wrażenie i zaczepia się w pamięci.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
2335 246 1596
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (8)

Ulubione cytaty (3)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd