Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Jale 
status: Czytelnik, dodał: 275 książek i 1 cytat, ostatnio widziany 1 dzień temu
Teraz czytam

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-04-09 12:01:56
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Uff... Ta lektura mnie wymordowała. Z różnych przyczyn. Po pierwsze - autor praktycznie nie uznaje dialogów, co przy książce wydrukowanej dość drobną czcionką i obfitującej w zawiłe, po kilkakroć składane zdania, jest po prostu męczące. Po drugie - z tekstu mocno tchnie pretensjonalnością i drapowaniem całości na wiekopomne, głębokie, wręcz filozoficzne dzieło, podczas gdy gros przemyśleń jest... Uff... Ta lektura mnie wymordowała. Z różnych przyczyn. Po pierwsze - autor praktycznie nie uznaje dialogów, co przy książce wydrukowanej dość drobną czcionką i obfitującej w zawiłe, po kilkakroć składane zdania, jest po prostu męczące. Po drugie - z tekstu mocno tchnie pretensjonalnością i drapowaniem całości na wiekopomne, głębokie, wręcz filozoficzne dzieło, podczas gdy gros przemyśleń jest zwyczajnie mętnych i urwanych góra w połowie, dzięki czemu dostajemy zalążek czegoś, co nie zdążyło się wykluć, nie mówiąc już o dorośnięciu do pełnoprawnej koncepcji. Po trzecie - tłumaczenie jest kanciaste, chropawe, niezdarne i rzadko kiedy pozwala się "zignorować", wsiąknąć w tekst bez zwracania uwagi na przykład na upiornie częste powtórzenia pewnych fraz, brzmiące może znośnie po angielsku, ale po polsku fatalnie kłujące w oczy.

Są jednak i plusy. Książka ma dość ponury klimat, pełen beznadziejności i przygnębienia, całkiem przyzwoicie wpasowujący się choćby w mitologię Cthulhu. Do tego teksty są napisane na tyle starannie, na tyle ostrożnie, jeśli chodzi o oddawanie realiów, że bardzo udanie kopiują prozę pierwszej połowy XX wieku. Elementy świadczące o tym, że fabuła jest osadzona w naszej rzeczywistości, są bardzo nieliczne i usunięte w głęboki cień, podane zupełnie mimochodem, i stanowią wręcz niezauważalne tło.

Jednak nie oszukujmy się - to nie jest zbiór najlepszych opowiadań Ligottiego. A przynajmniej nie sposób go za taki uznać, skoro ledwie trzy czy cztery teksty można uznać za rzeczywiście udane, cała zaś reszta jest albo przeciętniakami, albo rozdętymi do nieprzytomności chałturkami. Te najlepsze teksty to cały segment zatytułowany "Zdeformowania" - ułożony w swego rodzaju cykl, z jednolitymi realiami (kraj, w którym każdy bierze jakieś leki i wykonuje ponad siły absolutnie zbędną pracę). Dobre są "Motywy moich działań odwetowych" z biurem na prowincji, świetny jest "Nasz tymczasowy nadzorca", dopracowany do ostatniego detalu i zostający w głowie na dłużej, świetne są też trzy pierwsze nowelki (czwarta jest taka sobie) zlepione w opowiadanie "W obcym mieście, na obcej ziemi" (odistnienie grobu, budzący dreszcze pensjonat i klatka do zbierania wisielców). Ładny, choć chropawy - co być może jest winą tłumaczenia - jest lekko psychodeliczny "Bungalow". Reszta mniej lub bardziej rozczarowuje.

W "Czystości" autor zapomniał zaserwować konkretniejszą puentę, więc nie do końca wiadomo, co było sednem utworu. "Zarządca miasta" lepiej by się sprawdził jako short, ma bowiem zbyt przewidywalną puentę i niedorobione realia, aż proszące się o pogłębienie. "Dziwowisko i inne opowiadania" jest wiaderkiem ze strzępami pomysłów, których nie chciało się autorowi bardziej rozwijać i rzucił je czytelnikowi w formie surowej, a co za tym idzie - średnio strawnej. "Marionetka błazna" ma namiastkę klimatu, ale znów - jej koncept jest jakby niedorobiony i zostawia po lekturze wrażenie niekompletności. "Czerwona Wieża" podobnie - ma nawet ciekawy klimat, tyle że sam pomysł stoi na glinianych nogach (fabryka czego i kto tak naprawdę w niej pracował?). Trochę lepiej jest z tytułowym "Teatro Grottesco", z dobrym pomysłem, nieumiejętnie jednak rozbudowanym (dużo tutaj mętnego lania wody i rozdymania objętości). "Lunaparki przy stacjach benzynowych" mają ten sam problem - zbędnie rozbudowany, mętny i nieciekawy początek i główny trzon, zamknięte dobrym finałem, objawiającym niewykorzystany potencjał pomysłu. Kolejny mętny tekst to "Severini", zaś ostatnie, najobszerniejsze opowiadanie, "Cień, ciemność", jest zwykłą kradzieżą czytelniczego czasu i wydawniczych zaskórniaków, mogłoby być bowiem swobodnie krótsze o dwie trzecie bez straty tak klimatu, jak i przesłania.

Jak dla mnie ta książka jest raczej lekturą dla desperatów oraz dla fanów twórczości Lovecrafta, nie rozpieszczanych przez rodzimy rynek wydawniczy.

pokaż więcej

 
2018-02-17 22:30:57
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Niemądra, silnie amerykanocentryczna chałtura, oparta na z palca wyssanych podstawach i pełna fatalnych logicznych dziur i niedomówień. Aż się wierzyć nie chce, że napisał ją sam Ballard, i to jeszcze w latach 1980-tych, kiedy chudziutkie książczyny sf klepane w tak niechlujny sposób były już praktycznie na wymarciu...

Gdy u schyłku XX wieku kończy się ropa naftowa, USA zaczyna chylić się ku...
Niemądra, silnie amerykanocentryczna chałtura, oparta na z palca wyssanych podstawach i pełna fatalnych logicznych dziur i niedomówień. Aż się wierzyć nie chce, że napisał ją sam Ballard, i to jeszcze w latach 1980-tych, kiedy chudziutkie książczyny sf klepane w tak niechlujny sposób były już praktycznie na wymarciu...

Gdy u schyłku XX wieku kończy się ropa naftowa, USA zaczyna chylić się ku upadkowi. Bo bez paliwa umiera przemysł motoryzacyjny i siada cała energetyka. Na nic elektrownie atomowe i węglowe. Nie ma prądu, i już. Ciężko doświadczony brakiem samochodów i prądu naród się rozpada i do roku 2030 W CAŁOŚCI emigruje - głównie do Europy. A ponieważ jakoś trzeba wyżywić dodatkowe miliony ludzi, zbudowana zostaje tama w Cieśninie Beringa, przez co w niespełna wiek Syberia i Grenlandia stają się zbożowymi spichlerzami Europy, zaś USA zmienia się w pustynię przeplataną... dżunglami. Rosnącymi głównie tam, gdzie teraz są pustynie. Co w tym czasie dzieje się z Kanadą? Nic, bo autor nie wymyślił, co by się mogło z nią dziać i po prostu ominął temat. Co z Meksykiem i Ameryką Południową? Też nic. Są za to opisy panicznej ucieczki Amerykanów - gonionych pustynnymi burzami - na statki i łódeczki, byle przeprawić się przez Atlantyk. Bo któżby tam uciekał do Kanady czy Meksyku...

Przez kolejne sto lat świat żyje w realiach XIX-wiecznych, bez samochodów, samolotów i generalnie większości technologicznych wynalazków. Dlaczego? Bo tak sobie wymyślił autor. Technika umarła, i szlus. Jest tylko trochę statków napędzanych maszynami parowymi. I właśnie jeden z nich wyrusza do Ameryki z ekipą mającą się zorientować, dlaczego pojawia się tam promieniowanie. W wyprawie bierze udział grupka osób mających amerykańskie korzenie, marzących o odbudowaniu imperium i przywróceniu światu największych wartości Ameryki - Myszki Miki, Marilyn Monroe i hamburgerów, przy czym główny bohater marzy o zniszczeniu tamy i przywróceniu Ameryki do życia (nic to, że kosztem wpędzenia w głód całej Eurazji i konieczności przerzucenia z powrotem do USA dziesiątek milionów ludzi). I tak dalej w ten deseń, z buszowaniem po sklepach pełnych towarów, zabawami srebrnymi monetami, których nikt ze sobą nie zabierał ze skarbców (jak rozumiem świat przerzucił się w rozliczeniach finansowych na perkal, korale i mysie odchody, bo srebro i złoto przestały mieć jakąkolwiek wartość), a także - bliżej końca opowieści - jazdą antycznymi paliwożernymi krążownikami szos, doskonale zachowanymi mimo spędzenia stulecia w klimacie tropikalnym i zawsze mającymi pełny bak, bo przecież w militarnych bazach zachowały się gigantyczne rezerwy paliwa. Tego samego, przez którego brak wszyscy uciekli z kontynentu, wliczając w to Indian (tych prawdziwych, bo teraz robią za nich jakieś pustynne klany Urzędników, Profesorów czy... Gejów).

Książeczkę czyta się chwilami ze zdumieniem, chwilami z rozbawieniem (głównie naiwnością Ballarda), a chwilami nawet z zainteresowaniem, bo kilka pomysłów jest całkiem znośnych, tyle że nieustająca czołobitność w stosunku do praktycznie wszystkich amerykańskich prezydentów, a także uwielbienie dla Las Vegas, westernów i amerykańskiego stylu życia dają się irytująco mocno we znaki. Owszem, książeczka czyta się szybko, ale trudno ją zaliczyć do lektur wartościowych czy godnych pamiętania...

pokaż więcej

 
2018-01-30 17:50:10
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Paradna książka, w pewien sposób przypominająca "Człowieka ze złotym amuletem" Simona R. Greena. Tu również bohaterem jest superszybki, supersilny i w ogóle supermęski agent, któremu na ogół inni mogą co najwyżej nakukać, tu również akcja pędzi na złamanie karku, i tu również wieje smrodkiem grafomanii. Zabrakło jednak humoru, redakcja była niedostateczna (choć w stopce figuruje redaktor... Paradna książka, w pewien sposób przypominająca "Człowieka ze złotym amuletem" Simona R. Greena. Tu również bohaterem jest superszybki, supersilny i w ogóle supermęski agent, któremu na ogół inni mogą co najwyżej nakukać, tu również akcja pędzi na złamanie karku, i tu również wieje smrodkiem grafomanii. Zabrakło jednak humoru, redakcja była niedostateczna (choć w stopce figuruje redaktor inicjujący, prowadzący i zwykły oraz dwójka korektorów), a całość tchnie rozczulająco naiwnym, młodzieżowym podejściem do wielu spraw. Co więcej - intryga jest prosta jak drut (bohater próbuje się dowiedzieć, kim jest), akcja ma konstrukcję patyka (jeden jedyny wątek z przemieszczaniem się od punktu A do punktu B), dialogi - marne i pretensjonalne - giną przygniecione równie pretensjonalną narracją, zaś psychologia postaci przywodzi na myśl lektury z wczesnych klas podstawówki. Źle też się dzieje z opisanym światem (niby poruszamy się po całej galaktyce, ale ciągle tuż obok jest Ziemia) i z wewnętrzną logiką (finał jest czysto absurdalny), a do tego zwyczajnie już wkurza notoryczne ratowanie bohatera metodą deus ex machina (tak zupełnie z tyłka) i wyciąganie jak z kapelusza coraz lepszych superbroni, tym razem już absolutnie ostatecznych, by zaraz potem ktoś wyciągnął jeszcze lepszą, tajniejszą i bardziej morderczą pukawkę. I tak w kółko.

Żeby jednak było zabawnie, książka Angermana czyta się szybko i w miarę gładko, a sam pomysł jest nawet interesujący, choć tak naprawdę słabo wykorzystany. Tyle że to trochę mało, żeby polecać lekturę...

(Esensja.pl)

pokaż więcej

 
2018-01-26 16:56:43
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
 
2018-01-26 16:21:15
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Usunięte

Książka wiele obiecująca, w rzeczywistości jednak nieprzesadnie ciekawa i mimo wszystko niezbyt wartościowa. Po pierwsze - dotyczy wyłącznie rejonu górnej Wisły (opracowanie Ludwika Mroczka) i dolnej (opracowanie Mieczysława Widernika), z zupełnym pominięciem jej środkowego odcinka, na którym - w rejonie Warszawy i Płocka - działo się za II RP całkiem dużo. Po drugie - gros uwagi poświęca... Książka wiele obiecująca, w rzeczywistości jednak nieprzesadnie ciekawa i mimo wszystko niezbyt wartościowa. Po pierwsze - dotyczy wyłącznie rejonu górnej Wisły (opracowanie Ludwika Mroczka) i dolnej (opracowanie Mieczysława Widernika), z zupełnym pominięciem jej środkowego odcinka, na którym - w rejonie Warszawy i Płocka - działo się za II RP całkiem dużo. Po drugie - gros uwagi poświęca głębokości nurtu, regulacji brzegów, tonażowi przewożonych towarów oraz prawnym uwarunkowaniom żeglugi, podczas gdy kwestia samego taboru jest mniej lub bardziej zmarginalizowana (za wyłączeniem drewnianych galarów, o których akurat jest tu całkiem sporo). Po trzecie - autorzy obu opracowań na każdym kroku podkreślają brak źródeł i wycinkowość wiedzy, co tylko utwierdza w przekonaniu, że ich teksty są przyczynkowe i mogą co najwyżej stanowić bazę do dalszych poszukiwań w archiwach i prasie. I nie zmienią tego stanu rzeczy rozliczne tabelki, a nawet rysuneczki kształtu rzeki w jej górnym biegu.

Do kompletu wydawca dorzucił - chyba w ostatniej chwili, bo tekst nie jest nawet spaginowany - wyliczankę określeń jednostek pływających. Od czółna do pogłębiarki wielonaczyniowej kubłowej. Niby esej został pomyślany jako językoznawczy, ale ani dokładniej nie są opisane jednostki, których dotyczą podawane nazwy (owszem, są tutaj ich słownikowe definicje, ale trudno na tej podstawie wyobrazić sobie kształt samej jednostki), ani nie porywają podawane w telegraficznym skrócie informacje etymologiczne, ani tematyka eseju nie pasuje do tytułu książki, skoro tyczy się czasów dawnych, przeważnie staropolskich, niemal zupełnie nie zahaczając o okres międzywojnia.

Innymi słowy - lektura dla bardzo wąskiego grona odbiorców.

pokaż więcej

 
2018-01-26 16:19:46
 
2018-01-23 23:58:47
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Marynistyka, Posiadam
Autor:

Pionierska praca o wrześniowych losach marynarzy z Flotylli Pińskiej, wydana jeszcze za PRL-u, gdy tematyka walk na Kresach była skrzętnie pomijana w historycznych opracowaniach. Pertek również musiał trochę się nagimnastykować, żeby nie wyeksponować zbytnio roli Rosjan w ostatecznym rozstrzygnięciu choćby sprawy polskich oficerów, ale otwarcie już pisał o bandyterce ukraińskich chłopów i... Pionierska praca o wrześniowych losach marynarzy z Flotylli Pińskiej, wydana jeszcze za PRL-u, gdy tematyka walk na Kresach była skrzętnie pomijana w historycznych opracowaniach. Pertek również musiał trochę się nagimnastykować, żeby nie wyeksponować zbytnio roli Rosjan w ostatecznym rozstrzygnięciu choćby sprawy polskich oficerów, ale otwarcie już pisał o bandyterce ukraińskich chłopów i zbrodni w Mokranach, a także ogólnej ówczesnej sytuacji militarnej na terenach wchłoniętych wkrótce przez ZSRR.

Dzisiaj, w świetle nowszych (wciąż nielicznych!) opracowań i stopniowo wypływających na wierzch zdjęć, książeczka jawi się raczej jako przyczynek do solidniejszego, szerzej zakrojonego opracowania, wciąż jednak imponuje ogromem zebranej wiedzy i umiejętnością zapanowania nad mocno rozproszonym, często wzajemnie się wykluczającym materiałem wspomnieniowym. A ponieważ autorem książeczki był nie kto inny, jak Pertek, rzecz czyta się gładko i z zainteresowaniem, nawet gdy stronice toną w powodzi nazwisk i dat.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
2289 214 1242
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (5)

Ulubione cytaty (2)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd