Roland 
mężczyzna, Hajnówka, status: Czytelnik, ostatnio widziany 49 minut temu
Teraz czytam
  • Sekret, którego nie zdradzę
    Sekret, którego nie zdradzę
    Autor:
    W kolejnej powieści z serii opowiadającej o detektyw Jane Rizzoli i lekarce sądowej Maurze Isles, która stała się inspiracją dla emitowanego na antenie TNT serialu Partnerki, prowadzący śledztwo kobie...
    czytelników: 1127 | opinie: 83 | ocena: 7,78 (440 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-08-12 16:47:19
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Rizzoli/Isles (tom 12)
 
2018-08-12 16:21:00
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Lincoln Rhyme (tom 12)

Pocałunek śmierci

Jeffery Deaver już dawno przyzwyczaił swych czytelników do wysokiego poziomu jakościowego własnych powieści z gatunku detektywistycznych. Owszem nie wszystkie jego powieści są na wybitnym poziomie, lecz razem ich średnia daje imponujący wynik. Jednym słowem czytelnik sięgający po kolejną powieść pana Deavera może być pewien, że czeka go ciekawa podróż czytelnicza z...
Pocałunek śmierci

Jeffery Deaver już dawno przyzwyczaił swych czytelników do wysokiego poziomu jakościowego własnych powieści z gatunku detektywistycznych. Owszem nie wszystkie jego powieści są na wybitnym poziomie, lecz razem ich średnia daje imponujący wynik. Jednym słowem czytelnik sięgający po kolejną powieść pana Deavera może być pewien, że czeka go ciekawa podróż czytelnicza z zaskakującymi zwrotami akcji. Szczególnie powieści z duetem Lincoln Rhyme oraz Amelia Sachs zapewniają niezłą gimnastykę szarych komórek. Wnikliwa analiza najdrobniejszych zebranych śladów, doszukiwanie się połączeń tam, gdzie praktycznie nie istnieją , częste zwroty akcji oraz finał, który wywraca nasze podejrzenia do góry nogami są nieodzownymi cechami stylu Jeffery,ego Deavera.

Najwyrazistszą cechą jest umiejętne łączenie dynamizmu akcji ze statycznością wnikliwych opisów. Chociaż należy przyznać, że amerykańskiemu pisarzowi w dwunastym już tomie przygód Rhyma i Sachs nie do końca udało się utrzymać odpowiednie proporcje. Jednym słowem „Pocałunek stali” jest miejscami zbyt statyczny, przez co może wydawać się nużący. Nieco leniwy początek, w dalszej części mocne przyspieszenie i zaskakujący finał. Choć wydarzenia tzw. po finałowe również nabywają statycznych cech. Owszem w tym tomie również otrzymamy to wszystko z czego słynie styl Jeffery’ego Deavera, lecz jakby w lekko przytłumionej formie, co raczej nie spowoduje, że osiągnie on poziom najwybitniejszych powieści autora. Jednak w porównaniu do innych podobnych powieści dostępnych na rynku niniejsza książka jest warta przeczytania.

Kiedy w centrum handlowym na Brooklynie detektyw Amelia Sachs próbuje zatrzymać podejrzanego o zabójstwo, dochodzi do tragicznego wypadku: do układu napędowego schodów ruchomych wpada mężczyzna. Gdy Sachs rzuca się na pomoc, podejrzany ucieka. W sprawę angażuje się życiowy partner Sachs, Lincoln Rhyme, ekspert kryminalistyki, który niedawno zakończył współpracę z nowojorską policją. Wkrótce oboje przekonują się, że wypadek był dziełem przestępcy – pierwszym z serii okrutnych ataków. Zespół Rhyme’a rozpoczyna wyścig z czasem, by wytropić sprawcę, zanim ten znów zabije.

"Pocałunek stali" nawiązując do tematyki tomu ósmego, czyli „Rozbitego okna” traktuje o zagrożeniach płynących z tzw. nowoczesności. Z tych wszystkich udogodnień, z który na co dzień korzysta każdy z nas, a na które nieraz już nawet nie zwraca się uwagi. Internet rzeczy otacza i osacza nas już z każdej strony. Deaver niejako krytykuje obecny rozwój technologii, przez który społeczeństwo zapomina o – idącym na równi z pewnymi ułatwieniami – zagrożeniu. W każdej powieści tego autora widać ogrom pracy, jaką włożył w zbadaniu danego tematu. Nie inaczej jest tym razem, dostajemy bowiem mnóstwo szczegółów na temat tego, jak działają sprzęty codziennego użytku najnowszej generacji. I nie są to w żadnej mierze informacje przynoszące spokój.

Deaver próbuje tchnąć nieco świeżości w swój cykl przygód Lincolna Rhyme'a. Dlatego też wśród postaci znanych już z poprzednich części pojawia się całkiem nowa bohaterka, która całkiem sporo namiesza w życiu Lincolna. Z jednej strony rozumiem potrzebę czegoś nowego, jakiegoś urozmaicenia. Z drugiej strony istnieje obawa, że zdominuje duet, który tak przyciągał czytelników. Szczęśliwie pojawienie się nowej postaci nie zmienia roli jaką odgrywają osoby poznane w poprzednich częściach cyklu. Kolejną zmianą są wewnętrzne rozterki i wątpliwości, które targają Rhymem, a każdorazowo kończą się pytaniem: czy warto kontynuować swoją pracę kryminalistyka. Zaletą stylu w jakim pisze Jeffery Deaver jest niezwykle umiejętne kontynuowanie wątków z poprzednich części w taki sposób, że można każdą część czytać oddzielnie. Każdorazowo wszystkie postacie występujące w książce są pokrótce scharakteryzowane, co tym którzy czytają po raz pierwszy pozwoli ich lepiej poznać, a tym którzy czytali poprzednie części przypomni ich sylwetki.

W większości powieści Deavera należy zaznaczyć, że nie tworzy on tzw. „sensacji”, a buduje przed czytelnikiem obraz spokojnego, wręcz mozolnego śledztwa. Owszem pościgi, czy po prostu wybuchy występują, lecz nie są dominującą stroną w jego powieściach. Opisy badania śladów, połączone z typowymi dla tego pisarza „tablicami”, na których bohaterzy podsumowują swoje odkrycia, to swoista wędrówka po świecie kryminalistyki. Nie wszystkim musi się ona oczywiście podobać, lecz osobom, które poszukują powieści, w których analityczny umysł jest kluczem do rozwiązania śledztwa, a nie łut szczęścia z pewnością powieści Deavera się spodobają.

Jak zawsze w jego historii pojawia się jakiś haczyk, który zaskakuje czytelnika. No cóż, Deaver już nie raz udowodnił, że jest mistrzem zaskakujących rozwiązań. Zwrot akcji pojawia się zresztą nie tylko w rozwiązaniu kryminalnej sprawy. Autor przygotował też dla czytelników niespodziankę z życia prywatnego głównych bohaterów cyklu. Choć po tak szokującym finale, następuje rozdział bardzo statyczny, który rozwiązuje drobne wątki, nie przynosząc nic istotnego, przez co obniża wydźwięk samego finału.

Podsumowując, „Pocałunek stali” jest ultra poprawną powieścią autora, akcja potrafi trzymać w napięciu, finał zaskoczy nie jednego czytelnika, co w przypadku świeżych czytelników jest jak najbardziej odpowiednie. Jednak stali czytelnicy poczują, że owszem jest to nadal świetna powieść, lecz zabrakło jej przysłowiowego pazura, zaciętości czy też hardości, która byłaby bardziej wciągająca. Jednym słowem „Pocałunek stali” wypada mniej więcej w połowie stawki powieści autora, które i tak przypominam są wszystkie razem na wysokim poziomie.

pokaż więcej

 
2018-08-06 19:13:04
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Pomnik Cesarzowej Achai (tom 3)

Podążając w nieznane

Zatracenie się autora we własnym wymyślonym świecie może przynieść dwojakie skutki. Z jednej strony ma on możliwości tworzenia kolejnych wątków, dzięki czemu cała historia rozrasta się nie tylko pod względem ilości tomów, ale także ich objętości. Z drugiej strony w tak wielowątkowym uniwersum zwiększa się ryzyko na wszelakie mankamenty od powielania schematów...
Podążając w nieznane

Zatracenie się autora we własnym wymyślonym świecie może przynieść dwojakie skutki. Z jednej strony ma on możliwości tworzenia kolejnych wątków, dzięki czemu cała historia rozrasta się nie tylko pod względem ilości tomów, ale także ich objętości. Z drugiej strony w tak wielowątkowym uniwersum zwiększa się ryzyko na wszelakie mankamenty od powielania schematów począwszy na wodolejstwie skończywszy. Wyraźnie widać to na przykładzie „Pomnika Cesarzowej Achai”, gdzie Andrzej Ziemiański stworzył interesującą koncepcje, co raz bardziej brnąc w wymyślonej historii, oczywiście z różnym skutkiem. Owszem znajdą się osoby, które będą jedynie doszukiwać się samych mankamentów w pentalogii Ziemiańskiego, być może wynika to z ich natury lub po prostu wysoko ustawionej poprzeczki co do oczekiwań czytelniczych. Rada jest dosyć prosta, jeśli wcześniejsze tomy bardzo nie przypadły do gustu to po co dalej brnąć w kolejne tomy, które do malutkich nie należą. Co można napisać o trzecim tomie opowiadanej historii? Być może początkowe rozdziały nie porażają istotnością fabuły czy też zwrotami akcji, lecz wydarzenia z ostatnich rozdziałów rekompensują ten początkowy niedosyt i sugestywnie zachęcają po kolejny tom. Jednym słowem, jeśli komuś podobały się poprzednie tomy to w przypadku tego, też powinien być usatysfakcjonowany.

Kai, Tomaszewski i Wyszyńska przeszukują opuszczony statek MS „Gradient”, którego załoga zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Jedynym tropem na jaki natrafiają, są rolki filmów nakręconych przez osoby znajdujące się na jednostce. Doktor Siwecki odkrywa, iż jego kolega po fachu prowadzi eksperymenty na dzikusach z lasów. Natomiast Shen i jej przyjaciółki szukają biblioteki Zakonu, w której zbiorach mogą odkryć odpowiedzi na nurtujące je pytania. Rand poszerza siatkę swoich szpiegów, a czarownicy przygotowują się do wyprawy na tereny tubylców. Wszystkie drogi prowadzą w jedno miejsce, do pomnika cesarzowej Achai. Czy bohaterowie wreszcie odkryją tajemnicę tego monumentu?

Ewidentnie tom trzeci można podzielić na mniej więcej dwie równe części. Pierwsza nazwijmy ją szpiegowska oraz druga dotycząca wyprawy do świątyni dzikusów. Pierwszy tom cyklu był ogromnym powiewem świeżości w dziedzinie polskiej fantastyki. Uczynienie z Polski mocarstwa, które styka się antyczną cywilizacją znaną z trylogii „Achaja” niosło w sobie nie tylko możliwość powrotu do znanego uniwersum autora, ale również możliwość wglądu na styk dwóch różnych cywilizacji. Reperkusje z tym związane, elementy militarystyczne, z których znany jest autor oraz powierzchowne zarysowanie dalekosiężnej tajemnicy stanowiło świetne rozpoczęcie cyklu. W przypadku drugiego tomu, autor trochę zrezygnował z części militarystycznej, bardziej zagłębiając się w materii przenikania dwóch różnych kultur oraz tworzenia wszelkich knowań, intryg itp., jednocześnie określając pobieżnie w jaką stronę może iść cała fabuła.

Pierwsza część tomu trzeciego jest powieleniem schematów znanych z poprzednich tomów. Walki, podchody, spiski, przesłuchania, szpiegowanie – te wszystkie elementy pojawiały się już we wcześniejszych częściach. Problem części szpiegowskiej tomu trzeciego polega na tym, że mimo iż jest ciekawie napisana i widać w niej wielki talent autora, to ewidentnie w fabule dominuje przysłowiowe lanie wody. I o ile w pierwszych dwóch tomach było to w jakiś sposób uzasadnione, w pierwszej części tomu trzeciego cała spowolniona akcja zaczyna w pewnych momentach dosłownie nużyć. Jednakże wszystkie te mankamenty rekompensuje dalsza część powieści, w której od nadmiaru akcji nie powinniśmy narzekać. Wyścig dwóch grup – Tomaszewskiego oraz czarowników – do świątyni potworów nie tylko urozmaica fabułę, ale przypomina, że wątki bitewne zawsze Ziemiańskiemu wychodziły. Po prostu ten swoisty wyścig zachęca nas, aby przeczytać kolejne strony, by móc się dowiedzieć, która ze stron dotarła pierwsza, ponieważ zżera nas ciekawość.

O ile w przypadku dwóch pierwszych tomów autor powierzchownie rysował nam w jakim kierunku mogła przebiec fabuła, natomiast w przypadku tomu trzeciego wszystko stało się bardziej klarowniejsze. Jednym słowem druga część tomu trzeciego przebiega pod znakiem wyjaśniania wielu kwestii. Owszem autor nie robi tego od razu. Powoli z rozdziału na rozdział potwierdza nasze przypuszczenia, by móc w ostatnich rozdziałach zaserwować całe pandemonium rozwiązań. Wreszcie dowiadujemy się o prawdziwej naturze „inżynierów”, celowości wyprawy, powiązań między światami, istotności świątyni dzikusów, znaczeniu w całej tej historii pomnika cesarzowej Achai, ale przede wszystkim zostaje rozwiązana w niekonwencjonalny sposób kwestia mitycznych Ziemców, których ślad pojawia się chociażby w trylogii „ Achaja”. Jednak, gdy dochodzi do nadmiaru szokujących odpowiedzi, pojawiają się nowe pytania i wątki, które wręcz wymuszają od czytelników, aby dowiedzieli się jak to się wszystko potoczy, najlepiej sięgając po kolejny tom.

Niewątpliwym walorem pozycji okazała się ewolucja niektórych postaci – głównie Shen i Kai. Autor sprawił jednak, że bohaterka nareszcie zaczęła się zachowywać jak na symbol narodu przystało. Wzięła sprawy w swoje ręce i przestała być pionkiem w rękach innych osób, pokazała swój pazur, co niewątpliwie wpłynęło na ocieplenie jej wizerunku. A Kai? Przestała być delikatną dziewczyną, a zaczęła zachowywać jak kobieta. Wprawdzie nie od razu, ale nawet ona pokazała swoją ciemniejszą stronę.

Ważnym elementem są również opisy – i tutaj nastąpiła pewna zmiana. O ile pierwsza dwa tomy były przesycone naturalizmem, realizmem czy nawet brutalizmem, tak ta część została oddarta z tego wszystkiego. Ziemiański skupił się na opisach zachowań, miejsc, potyczek. Każdy kto zarzucał autorowi to, iż w swoich dziełach używa za dużo wymienionych przeze mnie wyżej elementów, powinien być ukontentowany, tutaj pojawia się ich znikoma ilość.

Podsumowując, miłośników prozy Andrzeja Ziemiańskiego nie trzeba namawiać do sięgnięcia po kolejny tom „Pomnika cesarzowej Achai”. Skoro spodobały im się jego wcześniejsze dzieła, lektura kolejnego również nie powinna zawieść ich czytelniczych oczekiwań. Owszem gdyby podkręcić tempo akcji w pierwszej części tomu, książka okazałaby się o wiele ciekawsza i miejscami łatwiejsza w odbiorze. Jednak satysfakcjonujące rozwiązania części drugiej tomu w pełni wyrównują poziom całej powieści.

pokaż więcej

 
2018-07-28 19:21:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Parowozik

Co może sprawić, że dorosły czytelnik sięga po książeczki dla dzieci? Cóż, odpowiedź może wydać się dosyć oczywista, czyli fakt posiadania dzieci. Jednakże w sytuacji, gdy nie posiada dzieci w swym najbliższym otoczeniu sprawa wydaje się bardziej skomplikowana. Jedynym rozwiązaniem wydaje się fakt niezwykłości danej książeczki lub całej otoczki związanej z jej powstaniem. W...
Parowozik

Co może sprawić, że dorosły czytelnik sięga po książeczki dla dzieci? Cóż, odpowiedź może wydać się dosyć oczywista, czyli fakt posiadania dzieci. Jednakże w sytuacji, gdy nie posiada dzieci w swym najbliższym otoczeniu sprawa wydaje się bardziej skomplikowana. Jedynym rozwiązaniem wydaje się fakt niezwykłości danej książeczki lub całej otoczki związanej z jej powstaniem. W przypadku „Charlie Ciuch-Ciuch” już dawno czytelnicy odkryli, że autorem tejże krótkiej historyjki jest sam Stephen King, który nie raz w swej twórczości ukrywał się pod pseudonimem. Jak widać, mistrz z Maine jest autorem wszechstronnym, który nie boi się wyzwań i potrafi stworzyć książeczkę dla dzieci, która zadowoli również jego dorosłych czytelników.

„Charlie Ciuch-Ciuch” to krótka i urocza historia o parowozie o imieniu Charlie i jego maszynisty Boba. Historia z uniwersalnym przesłaniem na temat przyjaźni, a także oddania i tego, że nowe, nie zawsze oznacza lepsze. Na tyle krótka, że dla maluchów jest to książeczka na jeden wieczór i na tyle wciągająca, że z pewnością każde dziecko poruszy i zaciekawi.

Ma zaledwie 19 stron, z czego miejsce zajmują głównie prześliczne ilustracje Neda Damerona. Są plastyczne, są oryginalne, kolorowe, ale w swych barwach stonowane do brudnych pasteli, wyglądające jakby książkę wygrzebano ze strychu, gdzie dziadkowie włożyli swoje lektury z dzieciństwa. Jest to efekt zamierzony, bo jak twierdzi informacja zamieszczona na czwartej stronie okładki, jest wydanie wzorowane na książeczce z 1942.

Opowiadanie można było przeczytać w całości w „Mrocznej Wieży”, teraz jednak w ramach promocji ekranizacji cyklu Stephena Kinga, została wydana pod autorstwem „Beryl Evans”, która swoją drogą jest fikcyjną autorką tejże opowiastki w świecie „Mrocznej Wieży”. Książeczka po raz pierwszy pojawiła się na konwencie San Diego Comic Con, gdzie rozdano 150 jej egzemplarzy. Spotkać tam można było również Beryl Evans, w którą wcieliła się aktorka Allison Davies. Jak widać Stephen King potrafi „powołać” do życia swe fikcyjne literackie postaci. Słowa Kinga umieszczone na okładce – „Gdybym kiedykolwiek napisał książkę dla dzieci, to dokładnie taką, jak ta!”- nadają tej całej akcji słodkiej przewrotności.

Dorośli czytelnicy mogą traktować „Charliego Ciuch – Ciuch” jako swoistego rodzaju ciekawostkę, nie pierwszą, ani nie ostatnią, którą serwuje swym czytelnikom Stephen King. Jak widać kocha on pisać, a przede wszystkim kocha nawiązywać więź ze swymi czytelnikami, co jakiś czas obdarowując ich takimi prezentami. Czytelnik zaznajomiony z cyklem „Mroczna Wieża” dostrzeże w tekście kilka smaczków nawiązujących do tego uniwersum. Mid-World, Susannah, czy zdanie „świat poszedł naprzód” to tylko niektóre z nich. W przypadku najmłodszego czytelnika „Charlie Ciuch –Ciuch” jest świetną opowieścią o przyjaźni, ale także uczy szacunku do starości. Nigdy nie można odstawić kogoś na boczny tor, bo sami nie wiemy, czy w jakimś momencie naszego życia nie znajdziemy się w takiej sytuacji lub czy nie będziemy musieli skorzystać ze skarbnicy doświadczeń takiej osoby.

Podsumowując, „Charlie Ciuch-Ciuch” z pewnością spodoba się małym czytelnikom, o ile nie przestraszą się złowieszczo wyglądającej lokomotywki, ale także i fanom twórczości Stephena Kinga, dla których historyjka o parowozie z marzeniami będzie nie lada gratką i unikatowym gadżetem związanym z „Mroczną Wieżą”. Być może opowieść o parowozie Charlie będzie dla najmłodszych świetnym wstępem do twórczości Stephena Kinga, którą pogłębią w przyszłości.

pokaż więcej

 
2018-07-26 20:09:47
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Ulubione

Wewnętrzny mrok

Umiejętnie napisane powieści traktujące o ludzkiej naturze nie pozwalają na powierzchowne przejrzenie treści. Ich esencja jest ukryta głęboko, tak samo jak głęboko bywa ukryta prawda o człowieku. Dodatkowo powieści, których głównym celem jest obnażenie mrocznej strony człowieka, same w sobie cechują się mroczną, duszna atmosferą. Powieść „Margo” niewątpliwie należy do...
Wewnętrzny mrok

Umiejętnie napisane powieści traktujące o ludzkiej naturze nie pozwalają na powierzchowne przejrzenie treści. Ich esencja jest ukryta głęboko, tak samo jak głęboko bywa ukryta prawda o człowieku. Dodatkowo powieści, których głównym celem jest obnażenie mrocznej strony człowieka, same w sobie cechują się mroczną, duszna atmosferą. Powieść „Margo” niewątpliwie należy do tych dzieł, gdzie nie brutalność opisywanych scen jest najgorsza, lecz brutalna prawda o nas samych, jaką w trakcie lektury odkrywamy.

Życie nie zawsze jest usłane różami, nie raz spotykają nas wątpliwe moralnie sytuacje. Owszem, drodzy współczytelnicy, możecie powiedzieć, że skoro i tak świat jest pełen cierpienia, to po co kalać swój umysł mrocznymi, ciężkimi psychologicznie powieściami. Cóż, przewrotnie napiszę, że lepsza jest cała prawda niż półprawda. Istota ludzka posiada zarówno szlachetne cechy, jest zdolna do wspaniałych czynów, ale też jest zdolna do niewyobrażalnego zła. Jedynie zaznajamiając się z powieściami traktującymi o dwóch przeciwstawnych stronach człowieka, wówczas możemy otrzymać obraz jego całego. Powieść „Margo” na pozór wydaje się przeznaczona dla młodzieży, chyba tej wyrośniętej, ale również dorosły czytelnik dostrzeż w niej potencjał. To nie tylko książka o wymierzaniu sprawiedliwości, ale również o przyczynach, dlaczego w jednych ludziach wewnętrzna bestia jest uśpiona, a u innych dochodzi do głosu.

Życie Margo od zawsze było inne niż jej rówieśników. Nastolatka nie ma przyjaciół, a każdy jej dzień wygląda tak samo. Pewnego dnia w jej rodzinnym mieście ginie dziewczynka. W tym samym czasie Margo zaprzyjaźnia się z Judahem, bo choć chłopak mieszka blisko niej, to nigdy nie zamieniła z nim nawet słowa. Jednak w jej głowie jest tylko jedna myśl – znaleźć mordercę dziewczynki i wymierzyć sprawiedliwość. Oko za oko, krzywda za krzywdę, ból za ból …

Pierwszym wyraźnym wyznacznikiem powieści jest specyficzny, mroczny klimat. Autorka skupia się na tym , aby przedstawić czytelnikowi miasteczko Bone jako ponure, z którego każdy o zdrowych zmysłach chciałby uciec. Miejsce pozbawione miłości, przyjaźni, troski o innych. Klimat, który w ogromnej mierze powieść zawdzięcza bardzo obrazowym opisom. Wręcz poczuć można tę szarość i beznadzieję, które oplatają podczas czytania. Ten klimat z jednej strony potrafi przytłoczyć, a z drugiej intryguje tym, iż prawie można poczuć stęchliznę zapleśniałych pomieszczeń czy woń kurzu unoszącego się w powietrzu. Nasza bohaterka wychowywana przez matkę prostytutkę, każdego dnia patrzyła jak pogubieni ludzie krzywdzą swoich bliskich i samych siebie.

Początkowo nie dzieje się nic nadzwyczajnego, choć mając pojęcie jakim miejscem jest Bone, czytelnik ma świadomość, że nie będzie to lektura o niewinnej treści. Margo starając się uniknąć mroku otaczającego ją z każdej strony, budzi mrok w sobie. Podejmując walkę z niegodziwością, sama do niegodziwości musi się posunąć. „Margo” to poruszający obraz narodzin morderczyni, której poczynania od zabójstwa w afekcie ewoluują do zbrodni doskonałej. Ta początkowa ewolucja morderczyni jest fascynująca, to ona przyciąga czytelnika. Owszem późniejsze wydarzenia następują po sobie lawinowo, lecz ten proces budzenia się uśpionej bestii najbardziej przykuwa uwagę.

Z Margo trudno się identyfikować. To antybohaterka, to postać znajdująca się na równi pochyłej, coraz bardziej pogrążająca się w mroku. Autorka bardzo wiarygodnie ukazała jej psychikę, jej moralność i dylematy, z jakimi ta się zmaga. Tarryn Fisher tak zręcznie prowadzi czytelnika, że ten mimo świadomości zła jakie czyni Margo, nie tylko jej nie potępia, ale zaczyna uważać, że wymierzanie sprawiedliwości na własna rękę jest czymś właściwym. Pisarka tak manipuluje umysłem czytelnika, że ten zaczyna tracić poczucie moralności i to właśnie czyni powieść mroczną, nadając jej specyficzny charakter.

Dodatkowym atutem powieści oprócz krótkich rozdziałów, są wydarzenia rozgrywające się pod koniec książki, które powodują, że w głowie pojawia się tysiąc myśli i nie można oderwać się od czytania. Ostatnie strony to istne szaleństwo, które każe nam jeszcze raz spojrzeć na życie Margo. Jednak te ostatnie strony wysnuwają przerażający wniosek – skoro byliśmy w stanie zrozumieć umysł szaleńca, to czy w nas samych nie tkwi iskra szaleństwa?

Otoczenie, w którym się wychowujemy ma niebagatelny wpływ na to, jacy będziemy w przyszłości. Zazwyczaj, gdy wychowujemy się w kochanym, pełnym miłości środowisku wyrastamy na dobrych ludzi, na drugim biegunie jest patologia, która rodzi patologie. Jednakże jak wiemy nie zawsze tak jest. W dużej mierze zależy to od nas samych, jaki wpływ będzie miał na nas otaczający nas świat. Autorka, również nie sugeruje, że te przesiąknięte złem miasteczko było przyczyną narodzin morderczyni. Raczej impulsem, który ten wewnętrzny mrok w naszej bohaterce obudził. Po prostu tak jest, że niektórzy ludzie rodzą się źli i miejmy nadzieję, że nigdy ich nie spotkamy na swej drodze. To co podkreśla autorka to wpływ jaki mają dorośli na dzieci, to od nich w dużej mierze zależy dalszy rozwój młodego człowieka. Często się słyszy negatywne określenie – ta dzisiejsza młodzież, nie to co kiedyś . Cóż, drodzy współczytelnicy, sądzę, że takie rozumowanie jest błędne, dzisiejsza młodzież nadal ma takie same cele, głębokie pragnienia, jak kiedyś, to nie oni się zmienili, lecz to my dorośli.

Podsumowując, „Margo” to intrygująca powieść. To historia o tym, jak ogromny wpływ ma na człowieka otoczenie, w którym został on wychowany. To historia o złu, jakie mieszka w człowieku. To poruszająca opowieść, w której nie brakuje zaskakujących zwrotów akcji i która na długo pozostanie w pamięci.

pokaż więcej

 
2018-07-23 11:17:06
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Ulubione

Obieżywszechświat

Słysząc nazwisko Martin, większości z nas na myśl przyjdzie skojarzenie albo cyklu „Pieśni Lodu i Ognia”, albo superprodukcji HBO na jej podstawie. Tak, już jest drodzy współczytelnicy, że gdy dany autor stworzy dzieło, które zachwyca miliony czytelników, jego wcześniejsze literackie dokonania, często odchodzą w niepamięć. George R.R. Martin był i jest nadal płodnym...
Obieżywszechświat

Słysząc nazwisko Martin, większości z nas na myśl przyjdzie skojarzenie albo cyklu „Pieśni Lodu i Ognia”, albo superprodukcji HBO na jej podstawie. Tak, już jest drodzy współczytelnicy, że gdy dany autor stworzy dzieło, które zachwyca miliony czytelników, jego wcześniejsze literackie dokonania, często odchodzą w niepamięć. George R.R. Martin był i jest nadal płodnym pisarzem, który stworzył wiele dzieł zanim zaczął pracę nad swym cyklem opus magnum. Popularność autora ma swe plusy, gdyż w pewien sposób wymusza od wydawnictw, by prezentowały wcześniejsze dokonania autora. „Tuf Wędrowiec” na pierwszy rzut oka wydaje się prostą, lekką i inteligentną rozrywką. Jednakże, gdy przyjrzymy się bliżej dostrzeżemy, że autor potrafi odnaleźć się w różnych gatunkach literackich i poruszać ważne etyczne i moralne kwestie w lekkich z pozoru historiach.

Haviland Tuf jest podróżnikiem i rzetelnym, aczkolwiek drobnym międzygwiezdnym kupcem. Dzięki niezwykłemu splotowi zdarzeń staje się właścicielem wiekowego, długiego na wiele mil statku – bazy ziemskiego Inżynierskiego Korpusu Ekologicznego. Zbudowany jako śmiercionośna broń, statek ów chroni sekrety zapomnianej dziedziny nauki. Ekscentryczny, ale zawsze postępujący zgodnie z zasadami etyki, Tuf postanawia zmienić profesję i mianuje się inżynierem ekologiem, używając zasobów statku-bazy do rozwiązywania problemów nękających rozliczne światy.

„Tuf Wędrowiec” to zbiór siedmiu opowiadań spiętych postacią tytułową. Teksty te ukazywały się w różnych periodykach u schyłku lat 70-tych oraz do połowy 80-tych. O ile pierwsze z opowiadań to zabawna historia przygodowa pełna zwrotów akcji, humoru i laserów, wszystkie pozostałe będą w różny sposób dotykać problemu niemal nieograniczonej władzy i płynących z tego konsekwencji etycznych. Owszem jak to często w przypadku zbiorów bywa, a zwłaszcza pisanych na przestrzeni lat, poziom składowych opowiadań bywa zróżnicowany. Jednakże w przypadku „Tufa Wędrowca” Martinowi udało się utrzymać wszystkie opowiadania na jednym poziomie. Aczkolwiek jakieś tam niuanse można wyłowić. Jedne w większym, inne w mniejszym stopniu, ale przypadną nie jednemu czytelnikowi do gustu.

Haviland Tuf został przedstawiony najwyraźniej i najbardziej barwnie. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest postacią nietuzinkową: wysoki, łysy i otyły wielbiciel kotów stroni od ludzi i nienawidzi dotykania. Lubuje się w niezwykle rozbudowanych, lecz logicznych wypowiedziach, tworzonych za pomocą możliwie obiektywnego języka. Kupiec jest człowiekiem poczciwym, niezmiennie kierującym się zasadami etyki. Nigdy nie unosi się gniewem, ale potrafi postawić na swoim i umie negocjować warunki. uf stosunkowo szybko z kupca przemieni się w samozwańczego inżyniera ekologa, jedyną osobę w galaktyce, która może modyfikować warunki naturalne dowolnej planety. Rozpoczyna on swoją misję jako rodzaj współczującego anioła, wolnego od ludzkich namiętności, który potrafi znaleźć złoty środek w rozwiązywaniu problemów ekologicznych napotkanych planet, nie ulegając jednocześnie zepsuciu przez posiadaną władzę.

Lekki ton opowiadań sprawia, ze czyta się je nie tylko szybko, ale również z przyjemnością. Martin świetnie operuje językiem i potrafi stworzyć napięcie nawet w scenie z pozoru humorystycznej. Pod tym płaszczykiem lekkiego stylu Martin wbrew pozorom dotyka ważnych moralnie i etycznie kwestii. Kwestia prokreacji, a raczej jej nadmiernego rozpasania dominuje w trzech powiązanych ze sobą opowiadaniach. Martin wyraźnie podkreśla, że cienka jest granica między nieograniczoną wolnością danego człowieka a jej ograniczaniem, w celu wyższego dobra. Z jednej strony czasami trzeba narzucić radykalne środki, jednakże z drugiej strony kto daje prawo, aby móc decydować o losie chociażby drugiego człowieka. Cóż, z tych trzech opowiadań Martina wysnuwa się smutny wniosek, że niektóre cywilizacje są po prosu skazane na zagładę. Inne z kolei z opowiadań traktuje o ingerencji człowieka w środowisko i o mylnym przykładaniu ludzkiej skali rozumowania do otaczającego go świata. Martin dotyka również, problemów brutalnych walk zwierząt i dziwnie pojętego honoru rodów oraz odwołuje się do przekonań religijnych, ale tym razem kwestii narzucania ich innym, siłą.

Martin w pewnym momencie zacznie kwestionować postępowanie swojego bohatera, jednak w gestii czytelnika pozostaje rozsądzenie, kim jest i czym się stał Haviland Tuf. Dzięki mocnemu zakończeniu główny bohater zapisze się nam w pamięci jako postać zdecydowanie bardziej niejednoznaczna, niż blady grubasek z hodowlą kotów. Postać Tufa jest odzwierciedleniem wpływu władzy na człowieka. Owszem nasz kosmiczny podróżnik ze swym usposobieniem opiera się ciemniej strony władzy, czyli deprawacji, chociaż samo zakończenie nie jest już tak jednoznaczne. Warto zwrócić uwagę na słowa padające w trakcie lektury – władza deprawuje, ale władza absolutna deprawuje absolutnie.

Podsumowując, „Tuf Wędrowiec” to zbiór bardzo odmienny od pozostałych dzieł George’a R.R. Martina. Przyjemna i odświeżająca lektura, nie tylko dla wielbicieli „Pieśni Lodu i Ognia”, która pod płaszczykiem lekkości porusza ważne etycznie kwestie.

pokaż więcej

 
2018-07-13 19:21:00
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Granica zatracenia

Kara i nagroda. Wybawienie oraz zatracenie. Nieustanne elementy towarzyszące ludzkości od zarania dziejów. Od wieków człowiek próbuje nadać sens swemu istnieniu, zrozumieć czy i dlaczego jego bytność jest elementem otaczającego wszechświata. W związku z tym powstały poglądy, myśli, idee, dogmaty a wreszcie całe religie bazujące na istnieniu czegoś, jakiegoś miejsca,...
Granica zatracenia

Kara i nagroda. Wybawienie oraz zatracenie. Nieustanne elementy towarzyszące ludzkości od zarania dziejów. Od wieków człowiek próbuje nadać sens swemu istnieniu, zrozumieć czy i dlaczego jego bytność jest elementem otaczającego wszechświata. W związku z tym powstały poglądy, myśli, idee, dogmaty a wreszcie całe religie bazujące na istnieniu czegoś, jakiegoś miejsca, w którym znajdziemy się po naszej śmierci. Zasada jest dosyć prosta – czyniąc dobrze trafimy do dobrego miejsca, czyniąc źle do miejsca katuszy. Choć czasami granica między złem a dobrem może być bardzo cienka. W ten sposób docieramy do motywu piekła, które pojawia się w wielu pozycjach literackich.

Połączenie motywu piekła oraz thrillera już samo w sobie sugeruje czytelnikom, że dana powieść wystawi ich na próbę, może zszargać ich zmysł estetyczny. W istocie thriller Przemysława Piotrowskiego „Droga do Piekła” w gruncie rzeczy przeznaczona jest dla czytelników o mocnych nerwach. Autor zebrał najgorsze koszmary, zbrodnie, horrory oraz pomysły, na jakie ludzie mogą wpaść i wrzucił to wszystko do tej książki. Owszem można zrozumieć, że koncepcja powieści wręcz wymaga epatowania najgorszym bestialstwem, lecz są pewne granice, po przekroczeniu, których powieść staje się odpychająca. Miejscami autor taką granicę przekracza. Jednakże, jeśli na chwilę z całej powieści zdejmiemy tą otoczkę okrucieństwa to wówczas dostrzeżemy, że autor zaserwował nam całkiem interesujący thriller z wartką akcją, ciekawym stylem oraz interesującym zakończeniem.

John Pilar jest byłym amerykańskim żołnierzem. Zostaje skazany na śmierć, ponieważ zamordował swoją rodzinę. Młodszy brat, Lukas, nie wierzy w jego winę. Dzięki pracy jako detektyw dowiaduje się wielu rzeczy, które utwierdzają go w przekonaniu, że John jest niewinny. Wraz z pewną kobietą coraz bardziej angażuje się w tę sprawę…

Rozpoczęcie powieści wypada obiecująco. Cela śmierci, chwile przed egzekucją, sam moment egzekucji, ciemność i nagle czujemy zapach siarki. Taki wstęp niewątpliwie przyciąga czytelnika. Od tego interesującego wstępu powieść przebiega dwutorowo. Zarówno jesteśmy obserwatorami wydarzeń w tzw. „Piekle” oraz równolegle w Nowym Jorku. Oczywiście wraz ze zbliżaniem się powieści do finału, oba wątki co raz bardziej będą sobie bliższe, aż dojdzie do ich nieuchronnego połączenia. Wątek piekielny początkowo swą mroczną atmosferą wręcz kusi czytelnika, co powoduje, że z ochotą przewracamy kolejne strony. Jednakże ze strony na stronę autor co raz bardziej szokuje swych czytelników. Można odnieść wrażenie, że stara się wymyślać jeszcze bardziej ohydne formy okropieństwa. Biorąc do rąk niniejszą powieść czytelnik musi chociażby podświadomie być przygotowany na różne formy bestialstwa. W tym aspekcie odbiór powieści będzie zależny od wytrzymałości naszej wyobraźni od opisywanych scen. A im dalej brniemy w fabułę, tym bardziej jesteśmy otaczani takimi scenami. Natomiast sceny finałowe są istnym pandemonium okropieństwa.

Granice zatracenia mogą przybrać różna formę. Granica zatracenia się w powieści jest jak najbardziej pożądana. Granica bestialstwa jest bardzo cienka, tak samo jak granica dobrego smaku. Każdy z nas drodzy współczytelnicy ma własne granice wytrzymałości tego co może przeczytać. Przemysław Piotrowski z jednej strony oddany swej powieści, zbytnio zatraca się w opisywaniu jak najbardziej obrzydliwych scen. Niestety w tym aspekcie mamy największy minus powieści, gdyż autor pokusił się badać granice wytrzymałości czytelników, niejednokrotnie je łamiąc. Tak, drodzy współczytelnicy, każdy z nas znajdzie fragment, który może zadecydować, że rzucimy książkę w kąt. Oczywiście zależne jest to od naszej wytrzymałości. Osobiście uważam, że sceny dotyczące dzieci, były zbytnio za ohydne, nie potrzebne, po prostu poruszyły moją osobistą granicę.

Jeślibyśmy spojrzeli na powieść jedynie z perspektywy thrillera, możemy dojrzeć interesującą fabułę, dzięki czemu nie będziemy się nudzić. Pojawiające się co rusz zwroty akcji, a przede wszystkim lekki styl pozwalają chłonąć każde słowo. Nie można zarzucić, że autor nie ma talentu słowotwórczego. Nawet częste dygresje, czy opisy nie nużą, gdyż plastyczność słowa sprawia, że czytelnik z łatwością chłonie to co stworzył autor. Jednak ma to również swa ujemną stronę, a mianowicie opisy wszelkich okropieństw są bardzo sugestywne. Również zakończenie jak na thriller akcji jest przyzwoite. Wyjaśnia cały wątek piekła, są wybuchy, główna konfrontacja, chwile grozy oraz moment kulminacji. Owszem wszystko w porządku, tylko te nieszczęsne zatracenie się w opisach ohydztwa.

Utwór pokazuje, że ludzie potrafią postępować w sposób bardzo niemoralny, że potrafią zrobić wszystko, aby zaspokoić tylko własne potrzeby, nie patrząc na innych. Najsmutniejszy w tym wszystkim jest fakt odpowiadający prawdzie, że człowiek w celu spełnienia swych chorych żądz jest w stanie zrobić wszystko. Owszem można szybko odłożyć powieść na półkę i o niej zapomnieć, lecz nadal w naszych umysłach będzie tkwiło ziarno, które zasiał autor. Obserwując nasz współczesny świat, można dojść do wniosku, że gdzieś tam na świecie rozgrywają się podobne sceny, a rodzaj ludzki tworzy własne piekło na Ziemi.

Podsumowując, z jednej strony ciekawy, wartki thriller, z stylem, który łatwo trafia do wyobraźni czytelnika. Z drugiej strony z nagromadzeniem takiej liczby koszmarów, bestialstwa oraz okropieństw, że nawet ramy koncepcyjne fabuły nie utwierdzają co do stosowności ich ilości. Ocena byłaby wyższa, gdyby nie fakt, że pewnych granic się nie przekracza.

pokaż więcej

 
2018-07-06 17:46:09
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam
Autor:

Wierny przyjaciel człowieka

Uczucie miłego zaskoczenia ma w sobie coś niepowtarzalnego. Każdemu z nas robi się od razu cieplej na sercu, gdy nagle otrzymamy coś niespodziewanego. Czasami wystarczy drobnostka, aby sprawić komuś radość, a gdy płynie to z bezinteresownego serca, cóż takie uczucie może być po dwakroć silniejsze. Możemy jedynie sobie wyobrazić, co może odczuwać stały...
Wierny przyjaciel człowieka

Uczucie miłego zaskoczenia ma w sobie coś niepowtarzalnego. Każdemu z nas robi się od razu cieplej na sercu, gdy nagle otrzymamy coś niespodziewanego. Czasami wystarczy drobnostka, aby sprawić komuś radość, a gdy płynie to z bezinteresownego serca, cóż takie uczucie może być po dwakroć silniejsze. Możemy jedynie sobie wyobrazić, co może odczuwać stały czytelnik danego autora, gdy otrzyma od niego kolejny tekst, a w dodatku, gdy okaże się on darmowy, no cóż, chyba słowo błogostan, byłoby najbliższe takiemu określeniu. King w swym dorobku zawsze podkreślał, że w jego wszystkich tekstach najważniejszy jest czytelnik, a on sam jest jedynie przewodnikiem po historii, która znajduje się gdzieś w jego podświadomości.

Szacunek względem czytelnika sprawia, że King nie tylko tworzy nowe powieści, czy też angażuje się w nowe projekty, lecz potrafi sprawiać niespodzianki. Właśnie taką niespodzianką było ukazanie się krótkiej historii zatytułowanej „Laurie” przy okazji premiery powieści „Outsider”. Być może nie byłoby to rzeczą niezwykłą, że Stephen King napisał kolejne opowiadanie, gdyby nie fakt, że sam autor całkowicie za darmo upowszechnił je dla wszystkich czytelników. Stephen King jest już na takim poziomie, że zysk nie jest dla niego najważniejszy. Po prostu kocha to co robi, kocha bawić się słowem i chyba kocha fakt, że dzięki temu może pielęgnować swoistą więź między nami a nim. Po raz kolejny chce zostać naszym przewodnikiem, a nam wiernym czytelnikom pozostaje się zgodzić, by oprowadził nas po historii pewnego staruszka i jego psa.

Wracając do samego opowiadania. Lloyd Sunderland, wdowiec, pozbawiony sensu życia po śmierci żony, dostaje od siostry prezent. Szczeniaczka. Suczkę. Mieszańca collie i mudy. Nie chce jej, ale przegrywa z uporem siostry i emocjonalnym szantażem. Nazywa ją Laurie. Czy popełnił błąd, przyjmując tą spokojną sunię pod swój dach? Czy litość nad bezdomnym szczeniaczkiem zaowocuje niespodziewanym uczuciem? Czy odzyska sens życia? Czy Laurie będzie jego ciężarem, czy wyzwoleniem?

Oczywiście w swym dorobku Stephen King napisał przeróżne teksty. Jedne bardziej przykuwające uwagę, inne mniej. Drodzy współczytelnicy, w przypadku „Laurie” nie nastawiajmy się na Kinga, który straszy co kilka stron, Kinga, który przeraża, Kinga, który zaskakuje zakończeniem. Niniejsza opowieść świetnie wpisuje się w obraz współczesnego Kinga – bardziej sentymentalnego, mniej przerażającego, patrzącego na wszystko z perspektywy lat, chcącego przekazać swym czytelnikom coś istotnego, a nie tylko samą grozę. Owszem „Laurie” nie jest tekstem aspirującym do wyżyn twórczości autora. Jej statyczny, spokojny klimat może działać usypiająco. Jednak ta fasada spokojności pęka pod koniec, by pokazać swe bardziej dramatyczne pazurki. Fakt może spiłowane, lecz nadal pazurki. Jednym słowem „Laurie” jest tekstem, który ma otulić serce czytelnika i sprawić, że zrobi się mu cieplej na duszy.

Mimo tak krótkiej formy, King nadal potrafi zaprezentować swe gawędziarstwo. Być może niektórym opisy scen mogą wydać się rozwlekłe, lecz w pełni oddają klimat opowiadania. Wdowiec, pozbawiony sensu życia na swej drodze spotyka szczeniaczka. Początkowa niechęć oraz antypatia powoli przeradzają się w wielką przyjaźń. Owszem można się zgodzić, że przez całe opowiadanie nic się nie dzieje, lecz jak wspomniałem King próbuje przekazać coś ważnego, a mianowicie fakt, że nawet w najtrudniejszych chwilach jest ktoś kto nas kocha, kto może być naszym wsparciem, kto wyciągnie pomocną dłoń (w tym przypadku łapę). Nigdy nie wiemy co nas spotka, na każdym etapie naszego życia może pojawić się coś niespodziewanego.

Trudno tu nie wspomnieć o tytułowej Laurie, suczce, dzięki, której ta opowieść ma rację bytu. King swym opowiadaniem oddał hołd czworonogom, które nieustannie są z nami na dobre i na złe. Ten włochaty przyjaciel nigdy nas nie zawiedzie, a ta głębia oczu wyrażających bezdenną miłość, może nas pochłonąć. Być może statyczność tego tekstu może działać usypiająco, lecz ostatnie trzy strony serwują nam taką dramatyczność wydarzeń, że czytamy je z zapartym tchem. Jednocześnie modląc się, aby King nie poszedł w kierunku swej mrocznej strony, aby nie zniszczył tej atmosfery, którą stworzył. Całe szczęście, zakończenie okazuje się szczęśliwe, co zresztą nie jest tak częste w przypadku Kinga, dzięki czemu cały tekst ma tak podbudowujący charakter.

Podsumowując, być może nie jest to zapierający dech w piersi tekst, lecz umieszczenie w tak krótkim tekście opowieści o stracie, miłości, samotności, przyjaźni, przemijaniu i starości było nie lada wyzwaniem. Cóż, nic dodać, nic ująć, nacieszcie się tą drobną niespodzianką ze strony Stephena Kinga.

pokaż więcej

 
2018-07-05 18:42:11
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Poświęcenie

Fala popularności z jaką zetknęły się bardziej współczesne powieści Cobena spowodowała, że co jakiś czas wznawiane są jego pierwsze dzieła. Owszem nie jest to rzeczą nadzwyczajną, jeśli dany autor staje się popularny, to wówczas zaczyna objawiać się „moda” na wydaniu wszystkiego co w swym twórczym dorobku stworzył. Początki pisarstwa bywają różne. Znajdą się zarówno autorzy...
Poświęcenie

Fala popularności z jaką zetknęły się bardziej współczesne powieści Cobena spowodowała, że co jakiś czas wznawiane są jego pierwsze dzieła. Owszem nie jest to rzeczą nadzwyczajną, jeśli dany autor staje się popularny, to wówczas zaczyna objawiać się „moda” na wydaniu wszystkiego co w swym twórczym dorobku stworzył. Początki pisarstwa bywają różne. Znajdą się zarówno autorzy natchnieni, którzy już od pierwszych swych dzieł urzekają czytelników. Natomiast z drugiej strony są zarówno tacy, których twórczość z powieści na powieść dojrzewa, gdzie zmysł literacki dopiero się wyostrza. Niewątpliwie Harlana Cobena można zaliczyć do drugiej grupy. Wyraźnie to widać w przypadku porównywania jego początkowych powieści z tym współczesnymi, gdzie te pierwsze prezentują twórczość jeszcze nieokrzesanego w świecie literatury pisarza.

„Klinika śmierci” należy do grupy pierwszych dzieł autora, ale mimo tego to już w niej możemy dostrzec przebłyski stylu z jego najbardziej znanych bestsellerów. Nie jest ona jeszcze doskonała, ma wiele niedociągnięć i momentami zawiera sprzeczne informacje, w dodatku poruszana tematyka straciła już nieco na aktualności, ale dzięki „Klinice śmierci” czytelnik ma okazję zaobserwować jak ewoluowała twórczość jednego z najbardziej znanych pisarzy literatury sensacyjnej. Sama fabuła nie jest zbyt skomplikowana i uważny czytelnik jest w stanie domyślić się rozwiązania akcji, ale to co ukryte między wersami, całe tło wydarzeń odgrywają kluczową rolę dla naszych ewentualnych przemyśleń.

Akcja umiejscowiona jest w latach 80tych. Tytułowa klinika to ośrodek założony przez dwóch amerykańskich lekarzy, chcących wynaleźć skuteczny lek na szerzącą się epidemię AIDS. Ich praca przerwana jest przez serię tajemniczych morderstw. Ktoś morduje homoseksualistów leczonych w klinice. Czy to owładnięty niechęcią do gejów morderca, czy bezwzględny zabójca, chcący przeszkodzić lekarzom w wynalezieniu leku?

Stałych czytelników do tejże pozycji nie trzeba zachęcać, a w przypadku nowych tytułowanie jej pierwszym thrillerem medycznych w dorobku autora może działać przyciągająco. Jednakże w przypadku tej powieści używanie wyrażenia thriller okazuje się nad wyrost. Owszem aspekt medyczny prosperuje w powieści pełna parą, lecz więcej jest w niej sensacji niż kryminału. Właściwie sam autor we wstępie napisał, że jeśli to pierwsza książka, po jaką się sięga, to radzi jej odłożenie - i tutaj nie należy się dziwić, bo jednak w porównaniu z innymi thrillerami "Klinika śmierci" jest dosyć dobra, ale nie najlepsza. Początkowo powieść, można nawet wydać się nużąca, akcja rozkręca się powoli, czytelnik może wręcz mieć wrażenie, że opis na tylnej stronie okładki streścił połowę powieści. W końcu akcja nabiera tempa, pojawia się kilka zawirowań, lecz nie obyło się bez wątków, postaci oraz dialogów, które nic nie wniosły do tejże powieści. Można by tę książkę z powodzeniem skrócić o jedną trzecią. Zminimalizować liczbę wątków, wyciąć niektórych bohaterów. To tylko przyspieszyłoby całą akcję, dodało jej wartkości, doskonale wpłynęło na nasze zainteresowanie.

Jednak jest w tej powieści coś urokliwego, a mianowicie element naiwności jeszcze młodego pisarza. Raczej naiwna wiara autora, że czytelnik uwierzy w możliwość takiego przebiegu danych wydarzeń. Zwłaszcza rozwiązanie wątku seryjnego mordercy zostało tak napisane, że chyba trzeba je przeczytać z przymrużeniem oka. Z jednej strony ta nieokrzesaność młodego autora wyzierająca z kart powieści wpływa na jej słaby odbiór, z drugiej strony w pewien sposób przyciąga, gdyż pokazuje nam, jak za młodu człowiek patrzył na wszystko przez „różowe okulary”, wierząc w ludzką ufność. Nadużyciem z mojej strony byłoby napisanie, że w tejże powieści autorowi nie udaje się zaskoczyć czytelnika. Otóż końcowa tożsamość osoby pociągającej za sznurki wywołuje niedowierzanie. Być może nie są to takie „fajerwerki” do jakich przyzwyczaił nas Coben w późniejszych swych powieściach, ale zakończenie „Kliniki śmierci” jest krokiem w tą stronę.

Niezmiernie ciekawe jest tło społeczne, które teraz, oglądane z dystansu czasowego, może dostarczyć nam ciekawych obserwacji. Otóż w „Klinice śmierci” mamy lata 90-te dwudziestego wieku i AIDS traktowane jest jeszcze wyłącznie jako choroba gejów i narkomanów, a więc ludzi odsuwanych często na margines społeczeństwa. W ostatniej dekadzie minionego wieku powszechnym było przekonanie, że AIDS jest niejako swoistą karą dla tych ludzi i, choć brzmiało to bardzo brutalnie, dzięki tej chorobie można będzie wyeliminować w przyszłości osoby, w tak jawny sposób nie dopasowujące się do ogółu. W swojej powieści Coben znakomicie uchwycił nastroje społeczne i można przypuszczać, że napisał tę książkę niejako w formie sprzeciwu na taką postawę. Drugim widocznym elementem powieści jest odwieczny dylemat poświęcenia. Zarówno ile dany człowiek jest w stanie poświęcić, ale także co jest w stanie poświęcić aby osiągnąć cel? Czy zawsze cel uświęca środki? Każdy z nas ma własną granicę moralności, granicę, która wyznacza co jesteśmy, a co nie, zrobić aby coś osiągnąć. Jedni maja ją wyraźnie zaznaczoną, inni mniej, lecz wszystkich nas łączy fakt, że raz ją przekroczywszy nigdy nie będziemy tacy sami.

Podsumowując, „Klinika śmierci” w sumie jest … w porządku. Widać w niej zarysowujące się cechy stylu Cobena. Nie jest doszczętnie zła, zakończenie może się spodobać, lecz zabrakło w niej zwrotów akcji oraz dreszczyku emocji, który powinien towarzyszyć przy czytaniu thrillerów. A tak, pozostała nam urokliwość „nieupierzenia” w literackie piórka młodego pisarza.

pokaż więcej

 
2018-06-28 20:34:31
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Zielone światło

Co sprawia, że daną powieść można zaliczyć do klasyki? Być może wyszukany język - owszem tak, lecz istnieją pozycje szczycące się prostym językiem, który bardziej dociera do wnętrza czytelnika. To może styl, piękne porównania oraz metafory. Być może też, lecz nawet książki bardzo brutalne a zarazem realne w gronie klasyków można znaleźć. To chociażby czas powstania albo...
Zielone światło

Co sprawia, że daną powieść można zaliczyć do klasyki? Być może wyszukany język - owszem tak, lecz istnieją pozycje szczycące się prostym językiem, który bardziej dociera do wnętrza czytelnika. To może styl, piękne porównania oraz metafory. Być może też, lecz nawet książki bardzo brutalne a zarazem realne w gronie klasyków można znaleźć. To chociażby czas powstania albo rozmach z jakim została powieść napisana kwalifikują ją do klasyki. Współcześnie też powstają powieści-klasyki, a rozmiar nie zawsze odgrywa rolę. Co w takim razie jest źródłem klasyki? Chyba wartości jakie z sobą niesie, prawdy jakie odgrywa oraz możliwość dosięgnięcia ludzkiej duszy sprawiają, że dana powieść będzie zawsze oddziaływać na czytelnika bez względu na czas i miejsce w jakim się znajduje.

„Wielki Gatsby” mimo ogromnej prostoty jest godny uwagi. Zdawałoby się, że głównym tematem tej książki jest los nieszczęśliwego Gatsby’ego, wokół którego splata się cała akcja, wciągając także narratora. Jednakże pan Fitzgerald stworzył powieść „owoc”, gdyż po nacięciu „skórki” fabularnej, ukazuje się nam soczysty „miąższ” przemyśleń, ale tylko wytrwali dotrą do wnętrza skrywającego „pestkę” pożądanych wartości. Owszem miejscami powieść może zadziwiać oraz irytować, zwłaszcza gdy zaczynamy dziwić się irracjonalnym zachowaniom niektórych bohaterów. Możemy złożyć to na karb czasów w jakich powstała powieść, choć ciężko wyzbyć się współczesnego etosu zachowania w stosunku do etosu z lat 20-tych XX wieku. Moglibyśmy od tej powieści oczekiwać więcej, lecz i w tak skromnej formie każdy znajdzie coś dla siebie.

Lata dwudzieste, Nowy Jork i jazz, a wśród tego Jay Gatsby błyszczy jak diament, urządza niesamowite przyjęcia w swym ogromnym domu, gdzie panuje tylko i wyłącznie przepych. Ale sam pan domu skryty jest za mgłą tajemnicy, owszem, opowiada Nickowi, narratorowi powieści, swoją historię, ale czy jest ona prawdziwa? Czy cokolwiek, co otacza tego mężczyznę jest prawdziwe? Błyszcząca historia, iskrzący szampan i zniewalający jazz wydają się być jedynie senną marą, która skrywa za sobą tajemnicę, bolesną tajemnicę, a oczy Gatsby’ego uważnie wypatrują tej jednej, która niegdyś miała być jego.

Nie można zdradzić zbyt wiele na temat fabuły, gdyż nieuświadomiony czytelnik wiedziałby za dużo, a jednak „Wielki Gatsby” to książka, w której efekt zaskoczenia jest bardzo pożądany i wyczekiwany. Fitzgerald przedstawia nam fakt, że świat jest brutalny i nie za każdym razem wszystko musi się pięknie układać: są wzloty i upadki. Mimo, że autor pokazał nam dawny świat pełny przepychu, blichtru, ludzi bogatych na wskroś egocentrycznych oraz zachłannych to można zauważyć, że nasz współczesny niewiele się zmienił od tamtych czasów.

„Wielki Gatsby” to przede wszystkim piękna i wzruszająca lektura o miłości, która przetrwa wszystko i której nie da się utopić w morzu pieniędzy. Mimo tego, że Gatsby był niesamowicie bogaty i mógł mieć niemal wszystko, to wcale nie był z tym szczęśliwy. Można być miliarderem, jednak bez swojej miłości i bliskich osób nigdy tak naprawdę nie jest to idealne życie, gdyż za pieniądze nie kupimy tego, co jest najważniejsze. „Wielki Gatsby” to przede wszystkim piękna i wzruszająca lektura o miłości, która przetrwa wszystko i której nie da się utopić w morzu pieniędzy. Jednakże w tę historię wpisuje się pewnego rodzaju tragizm. Gatsby nie rozumie, że przez upływ czasu ludzie zmieniają się i to, że jego ukochana także się zmieniła przez co ich związek nie ma racji bytu. On z miłości oraz dla idealnego związku zrobi wszystko, a ona wplątała go w złą sytuację, która zakończyła się tragicznie.

Każdy z nas, drodzy współczytelnicy, do czegoś dąży, czegoś pragnie, jednym słowem gonimy za naszym marzeniem. W takich sytuacjach zawsze będzie toczyła się wewnętrzna walka między realnym pragnieniem a wyobrażeniowym marzeniem. Rzeczą naturalną jest, że wraz z upływem czasu nasze marzenia, a raczej wyobrażenia o kimś/o czymś ulegają idealizacji. W powieści symbolem wyidealizowanych dążeń, pragnień oraz marzeń Gatsby’ego było zielone światełko na przeciwległej przystani. Każdy z nas, drodzy współczytelnicy, wpatruje się we własne „zielone światełko” , ale tylko nielicznym okazuje się ono prawdziwe.

Podsumowując, mimo swych niewielkich rozmiarów, smutna i przygnębiająca historia Jay’a Gatsby’ego zapada głęboko w pamięci. Nie tylko traktuje o wartościach, o których warto cały czas przypominać, lecz pozwala czytelnikom spojrzeć na własne życie, a to jest rzadka cecha nawet wśród powieści klasycznych.

pokaż więcej

 
2018-06-25 18:33:27
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Pomnik Cesarzowej Achai (tom 2)

Prawda jest ukryta

Na początku była „Achaja”, bez względu na to czy miała za sobą czytelników-zwolenników, czy też przeciwników, na pewno odcisnęła piętno w dziedzinie rodzimej fantasy. Wydawać by się mogło, że koniec pierwotnej trylogii, który swoją drogą mógłby być lepszy, nie dawał światełka nadziei na przebieg dalszych losów bohaterów. Jednakże Andrzej Ziemiański nie potrafił...
Prawda jest ukryta

Na początku była „Achaja”, bez względu na to czy miała za sobą czytelników-zwolenników, czy też przeciwników, na pewno odcisnęła piętno w dziedzinie rodzimej fantasy. Wydawać by się mogło, że koniec pierwotnej trylogii, który swoją drogą mógłby być lepszy, nie dawał światełka nadziei na przebieg dalszych losów bohaterów. Jednakże Andrzej Ziemiański nie potrafił rozstać się z wykreowanym światem i w ten sposób stworzył cykl „Pomnik Cesarzowej Achai”. Owszem początkowe obawy związane z fabułą dziejącą się tysiąc lat później co do pierwotnej trylogii, wprowadzenie konfrontacji dwóch różnych światów, możliwość wtórności pomysłów oraz logicznego połączenia tego w całość, mogło sprawić niepewność co do rozpoczętego przez autora cyklu. Jednakże pierwszy tom stał się świetnym wprowadzeniem do nowej historii, która silnie czerpie z poprzedniej trylogii, a wszelkie obawy okazały się bezpodstawne. Zetknięcie się kultur, powrót do świata wykreowanego w „Achai” , wprowadzenie aury tajemnicy, oczywiście naturalny, czasami brutalny styl, tchnęło nowego ducha w koncepcję świata Achai.

Z wszelkimi cyklami jest tak, że każdy kolejny tom stanowi nowe wyzwanie dla autora. Autor musi nie tylko udowodnić jakość swojego warsztatu i logicznie pociągnąć rozpoczęte wątki, ale przede wszystkim rozbudzić w czytelniku ciekawość, by ten z niecierpliwością oczekiwał na tom ostatni. Czasami to się udaje, innym razem nie. W przypadku tomu II „Pomnika cesarzowej Achai” można śmiało napisać, że dosięgnęła go częsta przypadłość tomów środkowych danych cykli, czyli zmniejszenie dynamiki fabuły na rzecz większego skupienia uwagi na mniej spektakularnych wydarzeniach. Wynikiem tego jest większe rozbudowanie wątków pobocznych, natomiast główna oś fabularna nieznacznie posuwa się do przodu. Chociaż w tym tomie aspekt mistyczny oraz nawiązanie do tytułu całego cyklu nabierają większego znaczenia. W tym tomie większy nacisk położono na relacje międzyludzkie oraz intrygi, co pozwala spojrzeć na powieść pod zupełnie innym kątem.

Kolejna część opowiada o dalszych przygodach bohaterów znanych z pierwszej książki cyklu. Shen zostaje niesłusznie oskarżona o zdradę i trafia do więzienia; Kai oraz Tomaszewski docierają na dwór cesarzowej, gdzie poznają Randa, z którym zawierają umowę dotycząca obustronnej pomocy; Siwecki ratuje życie umierającemu księciu. Każda z przygód protagonistów jest małym puzzlem układanki – połączone w jedną całość tworzą pełną powieść, w której poszczególne elementy przeplatają się ze sobą.

W tej części większą rolę odgrywa polityka i zakulisowe rozgrywki pomiędzy dwoma wywiadami. I chociaż są opisy walk, nie ma ich aż tak dużo, jak w tomie pierwszym. Bohaterowie przechodzą metamorfozę pokazując inne oblicza – Shen przeistacza się w sprawnego oficera i ikonę rewolucji, Tomaszewski pokazuje, że nieprzypadkowo pracuje da wywiadu, a Kai dorasta do bycia poważną czarownicą. Niektóre przemiany zachodzą zbyt szybko (przede wszystkim ewolucja Shen), ale to wyjątek, bo pozostałe postacie autor kreuje w dość przekonywujący sposób.

Jeślibyśmy mieli, drodzy współczytelnicy, określić drugi tom cyklu jednym słowem to wyraz intryga stałby na pierwszym miejscu. Intrygi, a raczej zakulisowe działania są motorem napędowym całej powieści. Ziemiański starał się pokazać, jak często za wielkimi wydarzeniami kryją się postaci w cieniu, dzięki, którym mogły one przybrać dany a nie inny obrót. Owszem być może drugi tom nie ma tej świeżości, która wynikła ze styku dwóch odmiennych cywilizacji, ponieważ z każdym kolejnym tomem jesteśmy świadomi tego zetknięcia, więc nasza uwaga będzie się skupiała na związanych z tym reperkusjach. Tak niewątpliwie autor czyni w tomie drugim, który skupia się na zakulisowych intrygach jednego mocarstwa względem drugiego, a tym samym kolejnych krokach rodzącej się rewolucji. Autor również pokazuje zmiany, jakie zaszły w uzbrojeniu miejscowej ludności po przybyciu reprezentantów Rzeczpospolitej. Jednym słowem ewolucja broni oraz idąca za nią w parze rewolucja są wyznacznikiem tomu drugiego.

Zdecydowanym atutem powieści, poza szerokim wachlarzem osobowości bohaterów, jest bardzo dobrze stworzony świat wykreowany. To zestawienie współczesności (technologii) z przeszłością (antykiem) okazało się strzałem w dziesiątkę. Może nie jest to nowatorski pomysł, ale bynajmniej do tej pory Ziemiański świetnie prezentuje jak jedna cywilizacja wpływa na drugą. Jednakże nie jest tak, że w tym tomie wszystko jest udane. Owszem spowolnienie fabuły jest istotne dla całego cyklu, aby czytelnik mógł nabrać tchu przed istotniejszymi wydarzeniami. Jednak przez większość część tomu drugiego ciężko uzmysłowić sobie w jakim chociażby ogólnym kierunku to wszystko zmierza. Bohaterowie czasami miotają się bez celu, niektóre wydarzenia opisywane są tak samo, tylko innymi słowami, jakby autor nie wiedział co dalej począć z fabułą. Dopiero pod koniec, powieść nabiera rumieńców, lecz z części poświęconej intrygom, skupia się na aspekcie mistycznym. Zamiast przybliżyć do zagadki, gmatwa fabułę i dodaje mnóstwo innych wątków, przez co można odnieść wrażenie, że poszukiwanie pomnika pozostaje sprawą daleką, drugorzędną i tak naprawdę nic nie znaczącą.

Warto zwrócić uwagę, że w przypadku tomu drugiego stwierdzenie, że ta powieść nie mogła wyjść z pod ręki tego samego autora może przybliżać czytelników do jego potwierdzenia. Kwestia leży w odmienności charakterystycznych elementów stylu Ziemiańskiego nie tylko w stosunku do poprzedniego tomu, ale nawet poprzedniej trylogii. Otóż, autor epatował bardzo realnym, a nawet brutalnym stylem, gdzie wszelkie wynaturzenia, czy dokładne opisy tortur były na porządku dziennym. Natomiast w tomie drugim taka brutalność jest wręcz niezauważalna. Również wulgarność języka zmalała, czyniąc ten tom wręcz świętoszkowatym w stosunku do poprzedniego cyklu czy też tomu. Traktowanie postaci kobiecych jako jedynie chodzących narządów rozrodczych również znika. Również kwestia militarystyczna ulega zmianie, zamiast skupianiu się na każdym ruchu jednostki na polu walki, co mogło trwać nawet przez wiele rozdziałów, jesteśmy świadkami ewolucji broni. Owszem działania stricte wojenne pod koniec powieści się pojawiają, lecz mają wymiar bardziej dywersyjny. Jak widać autor zrobił duży zwrot w swoim stylu, co osobiście uważam za bardzo obiecujące.

Podsumowując, po lekturze drugiego tomu czytelnikowi nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na rozwiązanie zagadki w kolejnych częściach. Miejmy tylko nadzieję, że historia, która wszak lubi się powtarzać, nie zrobi tego tym razem i kolejne tomy doprowadzą nas do świetnego, finałowego zwieńczenia opowieści.

pokaż więcej

 
2018-06-15 19:44:53
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Zakazany owoc

William P. Young swą powieścią „Chata” wywołał zamęt w świecie literackim. Czytelnicy podzielili się na zwolenników oraz przeciwników jego powieści. Mimo, że jedni zatracali się w jego słowach, a drudzy kwestionowali każdy wers, autor połączył obie grupy skupiając ich uwagę na osobistej relacji z Bogiem. Tematyka bytności, sensu istnienia od zarania dziejów towarzyszyła...
Zakazany owoc

William P. Young swą powieścią „Chata” wywołał zamęt w świecie literackim. Czytelnicy podzielili się na zwolenników oraz przeciwników jego powieści. Mimo, że jedni zatracali się w jego słowach, a drudzy kwestionowali każdy wers, autor połączył obie grupy skupiając ich uwagę na osobistej relacji z Bogiem. Tematyka bytności, sensu istnienia od zarania dziejów towarzyszyła ludzkości. Pan Young po prostu zasiała ziarno, które dało obfity plon. Jednym słowem jego powieść spróbowała wpłynąć na ludzką duchowość.

Autorowi niewątpliwe tematy dotyczące ludzkiej egzystencji oraz duchowości są bliskie, więc rzeczą oczywistą było, że jego kolejna powieść o takowych będzie traktować. „Ewa” bo o niej mowa nie aspiruje do miana powieści przewartościowującej ludzkiego ducha, tak jak to określano „Chatę”, gdyż tematycznie znajduje się na drugim krańcu rozważań autora. Powieść „Ewa” w głównej mierze skupia się na początkach ludzkiego istnienia ,bazując na Piśmie Świętym oraz na błędnych interpretacjach zatruwających międzyludzkie relacje. Cóż, drodzy współczytelnicy powieść „Ewa” sukcesu swej poprzedniczki raczej nie osiągnie, gdyż za dużo jest w niej elementów fantastyczno-baśniowych, ogólnego chaosu, a za mało wartościowych przemyśleń, dążenia do określonego celu oraz możliwości zatracenia się w niej przez czytelnika. Ot, po prostu taka baśń okraszano kilkoma wartościowymi przemyśleniami oraz ciekawostkami dotyczącymi aktu stworzenia.

Kiedy na brzeg wyspy położonej pomiędzy naszym a następnym światem fale wyrzucają kontener, Jan Zbieracz znajduje w nim młodą kobietę – poobijaną, zmarzniętą i ledwie żywą. Z pomocą Uzdrowicieli i Uczonych Jan nadzoruje jej powrót do zdrowia i wkrótce odkrywa, że dzieli ona kod genetyczny z każdą znaną ludzką rasą. Nikt nie domyśla się, co będzie oznaczało jej przetrwanie .

Skąd jesteśmy? Skąd pochodzimy? Jaki jest sens i cel naszej ziemskiej wędrówki? Te jedne z fundamentalnych pytań towarzyszą ludzkości od zawsze. Być może nigdy się tego nie dowiemy, ale sama dążność do odpowiedzi na te pytania sprawia, że powstaje tak wielkie pole na własne dywagacje. William P. Young z takiej sytuacji skorzystał i spróbował przedstawić własną wizję aktu stworzenia w dużej mierze bazując na Piśmie Świętym. Sądzę, że każdy człowiek ma prawo do własnych opinii i poglądów i powinno to być jedno z niezbywalnych ludzkich praw. Dlaczego o tym piszę? Otóż powieść bazuje na chrześcijańskiej wizji stworzenia świata oraz pierwszych ludzi oraz po prostu na łączących nasz gatunek relacjach międzyludzkich. Dla chrześcijan pierwszy aspekt powieści może być oczywisty i wówczas mogą czerpać z całej powieści. Natomiast jaka rada może być dla osób innych wyznań, poglądów, czy też po prostu niewierzących?. Cóż, może nie odrzucenie powieści z powodu warstwy chrześcijańskiej, którą można wówczas potraktować jako baśń, ale skupienie się na warstwie dotyczącej ludzkich relacji.

O ile „Chata” w głównej mierze bazowała na relacjach człowieka z Bogiem, gdzie w toku powieści pojawiało się wiele trudnych pytań, natomiast warstwa fabularna była mniej istotna. W przypadku „Ewy” właśnie warstwa fabularna jest bardzo rozbudowana, co paradoksalnie zakłóca odbiór powieści. Nawet pokuszę się o stwierdzenie, że książka do połowy może być odstręczająca z powodu zbytniej ilości chaosu, który wkrada się do początków powieści, bardziej przypominających fantasy niż powieść o wartościach. Przestrzenie między światami, portale, dziwne istoty, tajemnicza społeczność, a wszystko okraszone dużą warstwą enigmatyczności. Oczywiście w pewnym momencie zaczynamy rozumieć sens fabularny powieści, ale dochodzimy do wniosku, że ta warstwa fantasy była w ogóle nie potrzebna. Przyznam się szczerze, że podczas czytania części dotyczących fabularnych wydarzeń w czasie rzeczywistym bohaterów, myślami pragnąłem fragmentów dotyczących wydarzeń w Edenie, bo w nich tkwi istota powieści.

Odnośnie warstwy nazwijmy ją biblijnej nie doświadczymy jakiegoś wielkiego szoku, czy przewartościowania naszego życia. Autor w dużej mierze opera się na przekazie biblijnym, tylko w kilku kwestiach dostarczając własnych interpretacji wydarzeń w akcie stworzenia. Proces odwrócenia się od Boga nie wywołało zjedzenie zakazanego owocu (w Biblii nie podaje się, że to było jabłko), gdyż to był skutek już istniejącego procesu. Również rola węża zdaniem autora była jedynie skutkiem wcześniej istniejącego procesu. Proces ten zapoczątkowało odwrócenia się Adama w jedynym możliwym kierunku, gdzie nie mógł widzieć miłosiernego oblicze Boga, czyli w głąb siebie, gdzie poczuł się samotny. „Odwrócił się w głąb siebie”, cóż czy w nie w tym tkwi istota naszej samotności oraz niedostrzegania tego co na zewnątrz.

Jak sam tytuł wskazuje, powieść w dużej mierze dedykowana jest nie tylko Ewie, ale ogólnie kobietom. Autor z własną wizją odwrócenia się człowieka zapoczątkowaną przez Adama próbuje nie co zdjąć stygmatyzację jaką uległy kobiety, „bo przecież Ewa podała jabłko”. Owszem autor nie wybiela postaci Ewy do końca, ona również uległa odwróceniu, ale sugeruje, że wina była raczej obopólna. Tym samym twierdząc, że błędna interpretacja tych wydarzeń doprowadziła do tego, że cała historia ludzkości miała i ma patriarchalny wymiar. Jest w tym pewna doza prawdy, ponieważ kobiety i mężczyzn powinny łączyć jednakowo równe relacje, gdyż „jedno w drugim się dopełnia”.

Ostatni rozdział powieści jest swoistego rodzaju szokiem fabularnym, gdyż autor podważa całą otoczkę fabularną powieści. Chociaż pod koniec powieści autor również w warstwie biblijnej tworzy interpretacyjny miszmasz. Czyżby to był jedynie wytwór chorego umysłu? Miejmy nadzieję, że nie, bo jaki byłby sens tego wszystkiego, jeśli nie istniałaby obietnica, że po tej drugiej stronie jednak coś na nas czeka.

Podsumowując, tym razem raczej powieść William Younga przejdzie bez echa jako fantasy baśń bazująca na Biblii jedynie okraszona kilkoma interesującymi interpretacjami.

pokaż więcej

 
2018-06-11 19:34:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Ulubione
Cykl: Odrodzone królestwo (tom 3)

Powrót dawnej chwały

Możemy ją kochać lub nienawidzić, możemy z zapartym tchem wpatrywać się w jej oblicze lub przejść obok niej obojętnie, lecz nie zmieni to faktu, że wszyscy jesteśmy jej dziećmi. Mowa oczywiście o historii, zarówno tej odległej, która kształtowała przeszłe pokolenia, ale również tej bliskiej kształtującej nas samych. Wielkim wyzwaniem jest uzmysłowienie, że wszak...
Powrót dawnej chwały

Możemy ją kochać lub nienawidzić, możemy z zapartym tchem wpatrywać się w jej oblicze lub przejść obok niej obojętnie, lecz nie zmieni to faktu, że wszyscy jesteśmy jej dziećmi. Mowa oczywiście o historii, zarówno tej odległej, która kształtowała przeszłe pokolenia, ale również tej bliskiej kształtującej nas samych. Wielkim wyzwaniem jest uzmysłowienie, że wszak historia to nie są tylko daty oraz nazwy, czy nazwiska, ale przede wszystkim ludzie z krwi i kości, którzy kiedyś przed nami żyli na tym świecie, tak samo czuli, mieli podobne pragnienie, ambicje, którzy zostawili po sobie trwały ślad, abyśmy my potomni uczyli się na ich porażkach oraz sukcesach. Ludzie pełni pasji w pewien sposób zarażają swą pasją innych. Niewątpliwie do takiego grona należy Elżbieta Cherezińska, która tyle serca włożyła w cykl „Odrodzone Królestwo”, że czytelnicy mimowolnie zżywają się z jej powieściami. Odnosząc się do kolejnych tytułów trylogii można śmiało napisać, że „Płomienna korona” jest świetnym ukoronowaniem całego cyklu.

Książę Władysław powrócił z banicji i Kraków otworzył przed nim swe bramy. Królestwo nadal jest podzielone, a jego sercem, Starszą Polską, włada surowy Henryk z Głogowa. Branderburczycy nie spuszczają oka z Poznania. Krzyżacy wikłają wszystkich w grę o Pomorze, które rozpęta gdańskie piekło. Przeciwności losu nie omijają także podwójnej królowej Rikissy. Na to wszystko nakłada się niepojęty świat pradawnej magii. Nadchodzi czas rozstrzygnięcia.

Już pierwszy tom cyklu, czyli „Korona śniegu i krwi” był czytelniczym wyzwaniem, które zasugerowało, że czeka nas wyśmienita trylogia. Cherezińska udowodniła, że historia Polski może być materiałem na interesującą powieść pełną intryg, zdrad, skrytobójców, ale i honoru, miłości, i oddania. Kolejny tom tą tezę podtrzymał, a ostatni tom definitywnie potwierdził. Jednakże największym atutem całego cyklu jest wzbudzanie dumy w czytelnikach, bo przecież te tomy traktują o naszych przodkach, których poczynania stworzyły świat, w którym żyjemy. Być może autorka traktuje o odległych wydarzeniach, ale kamień wrzucony do jeziora wywołuje daleko rozchodzące się fale. Jak wspomniałem na wstępie, osoby posiadające w sobie pasje, zarażają nią innych. Elżbieta Cherezińska nie stworzyła powieści przepełnionych suchymi datami i faktami. Powieściowi bohaterowie ożywają na naszych oczach, emocje grają główną rolę, czytelnicy zaczynają przejmować się losem swych ulubieńców, jakby byli tuż obok nas. Owszem nad autorką wisi jeden, nieprzekraczalny dogmat, czyli wierność faktom historycznym. Jednak tam , gdzie historia milczy oddała ona swój głos, dzięki czemu cała trylogia ożywa.

Autorka dokonuje niemożliwego. Mimo, że wiadomo, iż Mały Książę ukoronuje się w Krakowie i zjednoczy Królestwo, to jednak każde kolejne wydarzenie czytelnik będzie śledził z ogromną uwagą. Niepowodzenia, bunty, zdrady i skrytobójstwa utrudniają oderwanie się od czytania z przysłowiowymi wypiekami na twarzy. Owszem nie twierdzę, że nie znajdą się nudnawe fragmenty, zależne jest to od sympatii czytelnika do poszczególnych postaci. Duży pokłon należy się autorce, za ogrom pracy jaki włożyła w stworzenie tego cyklu. Elżbieta Cherezińska nie przedstawia tylko historii Polski. Opowiada w dużej mierze o tym, co się dzieje w ościennych królestwach, ponieważ wydarzenia tam rozgrywające się mają niebagatelny wpływ na Polskę. W głównej mierze oprócz wydarzeń w Królestwie, powieść skupia się na wydarzeniach w Królestwie czeskim, w Zakonie Krzyżackim, a przez pewien moment nawet w kurii papieskiej. W pierwszej chwili wydawać się może, że nie trzeba aż tak bardzo się rozwodzić nad tym, co się dzieje poza granicami Polski, lecz Cherezińska udowadnia, że nie ma jednego punktu widzenia, a czasami na jedno wydarzenie ma wpływ wiele różnych czynników. Chęć jak najwierniejszego ukazania tych czynników, sprawiła, że autorka oddała głoś naprawdę wielkiej rzesze postaci, tym samym powodując, że „Płomienna korona” osiągnęła kolosalne rozmiary, bynajmniej poprzednie tomy do ułomków nie należały. Jednakże dzięki pasji, jaką oddała w swej powieści autorka, czytelnik tak zatraca się w stworzonym przez nią świecie, że wraz ze zbliżaniem się do końca powieści, paradoksalnie będziemy chcieli jeszcze więcej. Jedyny minus jaki można odnieść do ponad tysięcznej liczby stron to nieporęczność w utrzymaniu w dłoniach.

Przeplatanie się świata realnego i tego, co niepojęte, istnienie dwóch sił, zarówno wśród wyznawców Chrystusa, jak i Starszej Krwi dodaje całości niewątpliwego smaczku. Owszem tutaj można zrozumieć pewien fakt, który zarzuca się autorce. Otóż Elżbieta Cherezińska nie stworzyła typowej powieści historyczno-przygodowej, lecz wzbogaciła ją o elementy fantasy, więc ożywiające herbowe bestie, magia, ludzie Starszej Krwi, a nawet pewien smok nie powinny dziwić. Niektórym ten fakt się spodoba innym nie. Elementy fantasy w „Płomiennej koronie” nie są rozbudowane ani przeszarżowane i nie odciągają uwagi od tego, co najważniejsze. To po prostu miły dodatek dla czytelniczych zmysłów, który sprzyja urokowi tej serii. Chociaż tzw. wątek pogański okazuje się największym rozczarowaniem. Przez większość powieści czytelnik jest obserwatorem rozgrywek , które mają doprowadzić do ostatecznej konfrontacji między poganami a resztą Królestwa, czy też Zakonem Krzyżackim. Niestety docierając do finału nic się istotnego w kwestii pogańskiej się nie dzieje, bo przecież wiadomym jest co tak naprawdę jest momentem kulminacyjnym powieści. Cóż, szkoda, chociaż w posłowiu autorka sugeruje, że nie powiedziała ostatniego zdania w tej kwestii.

„Płomienna korona” to przede wszystkim historia o Władysławie Łokietku. W powieści daje się poznać jako osoba o ogromnej determinacji i harcie ducha, która wyciągnęła wnioski z wcześniejszych porażek, by teraz być dojrzalszym i mądrzejszym księciem, a później królem. Dzielnie znosi przeciwności losu i wytrwale dąży do upragnionej korony. Jest też przy tym cierpliwy i nie śpieszy się. Nie sposób nie podziwiać jego uporu i determinacji. Owszem w powieści przewija się cała plejada postaci, które w mniejszym lub większym stopniu doprowadzają do tego zasadniczego kulminacyjnego punktu całej trylogii. Podniosłość w opisie momentu koronacji, odczucie, że jest to zwieńczenie wszelkich działań, odczuwalny majestat chwili sprawiają, że finał robi piorunujące wrażenie i nie jednemu czytelnikowi zakręci się łezka w oku z powodu rozpierającej go dumy.

Podsumowując, wiadomo, że nie jest to podręcznik historii. Jednak zgrabność i duże obeznanie Cherezińskiej w opisywanych wydarzeniach sprawia, że wszystko jest niesamowite i zarazem prawdobodobne. Niewątpliwie cały cykl sprzyja przywróceniu ogółowi pamięci o niezwykłych, choć zamierzchłych dziejach. Polska historia potrafi zaskakiwać i fascynować, szczególnie, gdy do jej opisywania zasiądzie pisarka tego formatu co Elżbieta Cherezińska. Śmiało można pokusić się o stwierdzenie, że na skroniach Elżbiety Cherezińskiej powinna spocząć korona polskiej autorki powieści historycznych

pokaż więcej

 
2018-05-20 16:37:26
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Ulubione
Cykl: W kręgach władzy (tom 2)

Polityczne fajerwerki

Fenomen Remigiusza Mroza na rodzimym rynku wydawniczym jest znany i chyba nie trzeba tego przypominać. Interesujący styl, pełen zaskakujących zwrotów akcji, świeże podejście do tematu, ucinanie powieści w kulminacyjnych momentach, sprawia, że czytelnik, któremu dana powieść Mroza się spodobała z niecierpliwością oczekuje na jej kontynuację. Rozpoczynając cykl „W...
Polityczne fajerwerki

Fenomen Remigiusza Mroza na rodzimym rynku wydawniczym jest znany i chyba nie trzeba tego przypominać. Interesujący styl, pełen zaskakujących zwrotów akcji, świeże podejście do tematu, ucinanie powieści w kulminacyjnych momentach, sprawia, że czytelnik, któremu dana powieść Mroza się spodobała z niecierpliwością oczekuje na jej kontynuację. Rozpoczynając cykl „W kręgach władzy” Remigiusz Mróz podjął się nie lada wyzwania. W społeczeństwie, w którym słowo polityka raczej przywodzi na myśl negatywne skojarzenia, a w najlepszym razie stosunek zwykłych obywateli może być ambiwalentny, stworzenie powieści garściami czerpiącej z życia elit politycznych mogło okazać się strzałem w stopę. Jednakże „Wotum nieufności” był strzałem w dziesiątkę. Wyraziści bohaterowie, gnająca fabuła, niewyobrażalne hipotetyczne, polityczne sytuacje, ukazanie kulis rządzenia, a do tego częste zwroty akcji oraz wybuchowe zakończenie przyczyniło się do faktu, że osoby nawet stroniące od polityki śmiało mogły podziwiać styl autora w jego powieści. Jednym słowem powieść „Wotum nieufności” okazał się udanym prawdziwym z krwi i kości political fiction na miarę naszego rynku wydawniczego.

Znakiem rozpoznawczym Remigiusza Mroza jest fakt, że dosyć często swe powieści a zwłaszcza kolejne tomy cykli kończy w taki sposób, by zostawić czytelnika z wielką niewiadomą co do dalszych losów bohaterów. Z jednej strony możemy być pewni, że autor na koniec zaserwuje nam twist wywracający wszystko do góry nogami, natomiast z drugiej strony zżera nas niecierpliwość co do oczekiwania na ukazanie się kolejnego tomu. Chociaż w przypadku tego autora na kolejne powieści nie trzeba nam długo czekać. Istotnie tak samo było w przypadku „Wotum nieufności”. Drugi tom „W kręgach władzy” można śmiało zaliczyć do udanych kontynuacji, chociaż kilka mankamentów również się znalazło. „Większość bezwzględną” można porównać do fajerwerków. Autor zapalił nam lont, a my czytelnicy przewracając strona za stroną z niecierpliwością czekaliśmy na kulminacyjny moment spektakularnego wybuchu.

Akcja zaczyna się miesiąc po finale pierwszego tomu. W kręgach władzy trwa kryzys, afera goni aferę, a niedługo w Polsce ma odbyć się międzynarodowy szczyt. Pojawią się doniesienia o rzekomym zagrożeniu terrorystycznym, w sejmie panuje zamęt, powstają układy i układziki, politycy sięgają po różnego rodzaju manipulacje i pakty, aby tylko osiągnąć swoje cele. A wszystko to osadzone jest w realiach naszego polskiego systemu prawnego.

O ile oś fabularna pierwszego tomu kręciła się wokół kampanii prezydenckiej oraz jej uczestników to w przypadku drugiego tomu fabuła skupia się na parlamencie w dobie kryzysu a szczyt międzynarodowy pełni rolę dodatku. Faktem jest, że akcja w „Większości bezwzględnej” pędzi dosyć szybko, co jakiś czas zaskakując czytelników zwrotami akcji, czy też nagłymi cięciami w kulminacyjnych momentach. Jednakże paradoksalnie można odnieść wrażenie, że mozolnie pnie się do przodu. Być może wynika to z faktu, że w przypadku pierwszego tomu czytelnik wiedział do czego prowadzi cała fabuła, w przypadku tego nie mamy ewidentnie chociaż zarysowanego zalążka celu. Owszem częste zaskakujące rozwiązania podsycają naszą ciekawość odnośnie dalszego przebiegu fabuły, lecz nie ustrzegły one od wtórności, która pojawiła się w połowie powieści. Jednakże w miarę zbliżania się do końca książki, można odnieść wrażenie, że autor zaserwuje nam coś bardziej spektakularnego niż to miało miejsce w zakończeniu pierwszego tomu. I tak jest w istocie.

Połączenie dwójki bohaterów z dwóch przeciwnych biegunów nie tylko politycznych, ale również charakterologicznych samo w sobie jest dobrym rozwiązaniem. Remigiusz Mróz zastosował starą jak świat zasadę – wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Wspólne zmagania dwójki bohaterów w celu obalenia skorumpowanego rządu początkowo zachwycają. Autor w powieściach nie oszczędza swych bohaterów. Nie inaczej jest w przypadku „Większości bezwzględnej” gdzie uosobieniem czarnego charakteru jest skorumpowany premier Chronowski. Owszem próby obalenia rządu oraz kolejne kłody pod nogi rzucane bohaterom są pasjonujące, ale jak wcześniej wspomniałem w połowie powieści pojawia się wtórność, gdyż możemy przewidzieć schemat, w który popadł autor, czyli bliski moment obalenia, pojawiająca się przeciwność, znów poszukiwanie sposobu na przegłosowanie wotum nieufności. Chyba największy mankament tego tomu; może jeszcze szumna zapowiedź z okładki pojawienia się nowego gracza, który okazał się jedynie epizodyczną, płonną nadzieją.

Postaci, które znamy z „Wotum nieufności” przechodzą ogromne metamorfozy. Daria Seyda, dotąd poważny i nieustępliwy polityk, ukazuje swoją słabszą, człowieczą twarz. Widzimy, jak Daria pomału traci rezon i zastanawiamy się, co powinna zrobić, by przysłużyć się zarówno Polsce, jak i samej sobie. Ludzką twarz pokazuje też dotąd cyniczny i bezkompromisowy Patryk Hauer. Zmuszony do walki z własnymi słabościami, chorobą, brakiem poparcia w Unii Republikańskiej, musi podjąć własną, niezwykle ryzykowną grę. Mróz prezentuje w powieści całą galerię różnych polityków z ich przywarami, ich obłudą, ich nieczystymi gierkami. Dzieli ich wiele, ale łączy jedno – dla władzy są w stanie zrobić wszystko i z całą pewnością nie są uczciwi.

Jednak Remigiusz Mróz nie próbuje wybielić swych bohaterów, gdyż oni też mają swoje za uszami. Polityka to brudna gra, która w pewien sposób zniewala człowieka. Cykl stworzony przez Mroza przypomina taką grę o tron, gdzie chęć posiadania władzy jest sama w sobie silniejsza niż dobro państwa. Próżno szukać w powieści Remigiusza Mroza „uczciwego” człowieka parającego się polityką. Są za to cyniczni manipulanci, myślący głównie o władzy samej w sobie. Upaja ich jak narkotyk i zaślepia. Ta zabawa jest prowadzona dla samej gry, walka toczy się, by zwyciężyć, upokorzyć przeciwnika, przechwycić ośrodki decyzyjne. Ale co potem?

Warto zwrócić uwagę, że tom drugi cyklu „W kręgach władzy” ma jeszcze większy aspekt edukacyjny niż miało to miejsce w przypadku pierwszego tomu. Autor w przystępny sposób wyjaśnia wszelkie niuanse dotyczące parlamentaryzmu, nawet te dotyczące bardzo hipotetycznych sytuacji. Owszem być może dialogi, w których bohaterowie wyjaśniają pewne kwestie niczym definicje z Wikipedii wypadają dosyć sztucznie, ale cóż, można na to przymknąć oko.

Wreszcie dotarliśmy do kwestii zakończenia. Zakończenia, które można napisać, że śmiało przebija te zawarte w tomie pierwszym. Jednakże początkowo nic na to nie wskazuje, a nawet wręcz może być odwrotnie. Wplecenie w powieść aspektu terrorystycznego nadaje nowy charakter fabule, jednocześnie pokazuje, że autor garściami czerpie z sytuacji współczesnego nam świata. Jednak gdy dochodzimy do momentu kulminacji możemy poczuć zawód. Czyżby szumne zapowiedzi czegoś co ma się wydarzyć spełzły na niczym? Jednakże drodzy współczytelnicy, pamiętajmy, że Remigiusz Mróz jest mistrzem ostatniego rozdziału. Szybko przekonamy się, że te pseudo-zakończenie było jedynie zmyłką do ostrego, wybuchowego prawdziwego zakończenia. Autor nie pozostawił czytelnikom wiele, jak jedynie z niecierpliwością oczekiwać na kolejny tom cyklu, a którego powstanie zapowiedział w posłowiu.

Podsumowując, krótko i na temat. „Większość bezwzględną” można polecić z czystym sumieniem.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
610 399 21709
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (171)

Ulubieni autorzy (18)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (16)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd