Roland 
mężczyzna, Hajnówka, status: Czytelnik, ostatnio widziany 5 godzin temu
Teraz czytam
  • Kwiat śliwy, mroczny cień
    Kwiat śliwy, mroczny cień
    Autor:
    Opowieść o miłości i wojnie oraz o walce kobiety o własne miejsce w świecie mężczyzn. Jej tłem jest historia rewolucji w Japonii, równie ważnej jak rewolucja francuska, a nieznanej szerzej w Europie....
    czytelników: 445 | opinie: 13 | ocena: 5,95 (98 głosów)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-12-12 18:05:18
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
 
2018-12-12 17:58:40
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam, Ulubione

Tak daleko jak nogi poniosą

Krok za krokiem. Prosta czynność, którą wielokrotnie powtarzamy w ciągu dnia. Niby nic nadzwyczajnego, lecz bez ruchu nie ma życia. Fascynują nas maratony, ultra maratony czy też inne ekstremalne formy ścigania się. Podziwiamy ludzi, którzy wgrywają takie biegi, ponieważ dokonują nadludzkich czynności, cały czas przesuwając granicę ludzkich możliwości. Takie...
Tak daleko jak nogi poniosą

Krok za krokiem. Prosta czynność, którą wielokrotnie powtarzamy w ciągu dnia. Niby nic nadzwyczajnego, lecz bez ruchu nie ma życia. Fascynują nas maratony, ultra maratony czy też inne ekstremalne formy ścigania się. Podziwiamy ludzi, którzy wgrywają takie biegi, ponieważ dokonują nadludzkich czynności, cały czas przesuwając granicę ludzkich możliwości. Takie ponadludzkie wysiłki zawsze przyciągają uwagę, lecz co można powiedzieć o zwykłym marszu. Ot, taka prozaiczna czynność, więc ciężko nam wyobrazić sobie, że na podstawie tak banalnej czynności można stworzyć wciągającą powieść. Owszem, drodzy współczytelnicy, można stworzyć piekielnie dobrą powieść jeśli jest się Stephen Kingiem. Proste pytanie, które zadał sobie autor z Maine, czyli co jeśli od zwykłego marszu zależałoby nasze życie?- przyczyniło się do powstania jednej z najlepszych powieści w jego twórczości.

Interesującym faktem jest, że ludzi od zawsze fascynowała śmierć. Interesuje ona nas nie tylko ze względu na to, że wszystkich nas dotyczy, ale przyciąga również jako forma rozrywki, gdyż w większości nas istnieje coś głęboko w środku co każe patrzeć, intrygować, a nawet w pewnym stopniu zachwycać się krwią, brutalnością czy też definitywnym kresem ludzkiej istoty. Chleba i igrzysk, tak wołały tłumy, którym wystarczały te dwa elementy do zaspokojenia podstawowych potrzeb a przecież na arenie rozgrywały się krwawe, ludzkie dramaty. Owszem mogą podnieść się głosy sprzeciwu, że czasy się zmieniły, wtedy była bezrozumna tłuszcza. Oczywistym jest, że nie mamy współczesnego Koloseum, lecz czy zewsząd nie jesteśmy bombardowani okropieństwami w postaci relacji z miejsc kaźni, zbrodni. Sama kultura również dostarcza nam wszelkiej maści horroru. Jak widać czasy za bardzo się nie zmieniły, jedynie nośnik obserwacji czyjejś śmierci się zmienił. Stephen King, używając swojego alterego, stworzył zatem opowieść, która łączy ludzkie instynkty zaintrygowane śmiercią innych z naszym zamiłowaniem do podglądania. W ten sposób powstał „Wielki Marsz”, będący wybitnym dokonaniem Richarda Bachmana i zarazem jedną z najlepszych powieści Stephena Kinga.

Jednowątkowa fabuła wydaje się bardzo prosta. Wyobraźcie sobie nieodległą przyszłość i Stany Zjednoczone, w których rozrywki dostarczają brutalne reality show. W najpopularniejszym reality show w tym kraju przyszłości jest tytułowy Wielki Marsz. Wybiera się do niego stu chłopców, którzy od momentu startu non-stop idą (bez przerwy na potrzeby fizjologiczne, sen itd.). Meta jest tam, gdzie padnie przedostatni z nich. Każde zwolnienie poniżej 6 km/h kończy się upomnieniem, a kto uzbiera trzy, niestety musi przywitać się z kulami żołnierskich karabinów. Głównym bohaterem „Wielkiego Marszu” jest Ray Garraty i to właśnie z jego perspektywy śledzimy kolejne etapy morderczej rywalizacji. Kibicujemy mu, chcemy żeby wygrał, ale mimo tego wciąż czuć na plecach oddech podążającej za uczestnikami kostuchy.

Mimo, że jednowątkowa fabuła nie jest skomplikowana to i tak jest świetnym motorem napędowym książki. Po jakimś czasie na pierwszy plan wychodzą relacje między uczestnikami marszu. Zawiązują się znajomości, antypatie itd., przez co śmierć każdego kolejnego chłopca staje się bardziej dojmująca. Uczestnicy poruszają także tematy dotyczące przyjaźni, miłości, zaufania, ale i śmierci. Każdy z nich chce wygrać, chociaż tak naprawdę nie wiadomo co jest nagrodą. I czy patrzenie na bezsensowną śmierć dziewięćdziesięciu dziewięciu pozostałych uczestników daje satysfakcję z wygranej. Ta powieść wciąga, owszem jesteśmy obserwatorami zmagań chłopców, lecz zaczynamy czuć z nimi więź, z każdym kilometrem ona się pogłębia. Fascynuje nas jak człowiek zmienia się pod wpływem nieustannego zagrożenia, z oddechem śmierci na karku. Jednocześnie burzy nasz wewnętrzny spokój ten bezrozumny tłum kibicujący chłopcom na trasie marszu, który zachowuje się tak jak ta starożytna tłuszcza obserwująca zmagania gladiatorów.

Jednowątkowa fabuła, krótkie zdania, brak nadmiernie rozciągniętych opisów, żywe i bardzo często pełne wulgaryzmów dialogi, a także nieustanne poczucie przejmującej grozy, emanujące z każdej strony to elementy kluczowe tej powieści. Dodatkowo „Wielki Marsz” to także wyśmienite studium mrocznej strony ludzkiej osobowości, ukazujące nie tylko zachowanie człowieka w warunkach skrajnych, ale także obrazujące to z jaką fascynacją nasz gatunek patrzy na morderczą rywalizację, jak podnieca ludzi obcowanie ze śmiercią bliźniego. Podczas lektury czuć nie tylko wzrastające zmęczenie zawodników, ale i świadomość, że przecież wygrany może być tylko jeden. Paradoksalnie śmierć jest alternatywą lepszą, ponieważ wygrana najprawdopodobniej przyniesie ze sobą obłęd. A życie ze świadomością, że w pewien sposób jest się współwinnym śmierci dziewięćdziesięciu dziewięciu osób, to katorga znacznie większa niż samo uczestnictwo w Wielkim Marszu.

„Wielki Marsz” w swej prostocie wypada wybitnie. Mimo jednowątkowej fabuły potrafi cały czas trzymać w napięciu. Stephen King vel Richard Bachman świetnie oddał mroczny klimat, jednocześnie wplatając liczne spostrzeżenia na temat człowieczej natury. Mimo, iż „Wielki Marsz” pozbawiony jest elementów nadnaturalnych to tkwi w nim czysta esencja grozy. Czysty strach, panika, wstręt i beznadzieja, a wszystko zagwarantowane dzięki ciemnej stronie naszej osobowości. Same wyobrażenie, że mielibyśmy iść bez odpoczynku, dzień, dwa, trzy z ustaloną odgórnie szybkością mając do dyspozycji jedynie wodę i koncentraty, wywołuje gęsią skórkę. Szokuje nas, że tak prozaiczna czynność może okazać się dla uczestnika jedynym, prawdziwym światem, otoczonym ułudą. Dobrze, że King pozostawił otwarte zakończenie, dzięki czemu każdy czytelnik może ustalić, gdzie i czy kiedykolwiek kończy się Wielki Marsz, alegorycznie również ten dotyczący naszego życia.

Podsumowując, mroczna wizja świata przyszłości, gdzie historia zatacza koło, ponownie wynosząc na światło dzienne pierwotne ludzkie instynkty. Na pierwszy rzut oka prosta historia, lecz w głębi niosąca niezmierzone pokłady emocji. Jednym zdaniem, niepokojąca i genialna zarazem.

pokaż więcej

 
2018-12-09 12:18:49
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Joanna Chyłka (tom 6)

Zawirowania

Czasami, gdy sięgamy po kolejne tomy serii musimy wrócić bynajmniej do poprzedniego by przypomnieć sobie jak to się wszystko potoczyło. Ewidentnym plusem twórczości pana Mroza jest fakt, że w większości jego powieści możemy otrzymać spora dawkę zaskakujących zakończeń, zwłaszcza w przypadku jego cykli. Zakończenie „Inwigilacji” pozostawiło czytelników z wielką niewiadomą i...
Zawirowania

Czasami, gdy sięgamy po kolejne tomy serii musimy wrócić bynajmniej do poprzedniego by przypomnieć sobie jak to się wszystko potoczyło. Ewidentnym plusem twórczości pana Mroza jest fakt, że w większości jego powieści możemy otrzymać spora dawkę zaskakujących zakończeń, zwłaszcza w przypadku jego cykli. Zakończenie „Inwigilacji” pozostawiło czytelników z wielką niewiadomą i wręcz wymusiło sięgnięcie po kolejny tom by móc naocznie sprawdzić jak autor poradził sobie z powieściowym impasem. Rzeczą wiadomą jest, że seria z Joanną Chyłką i Kordianem „Zordonem” Oryńskim ma swe jasne i ciemne odcienie. Jednak w większości przypadków poszczególne składowe wspólne dla wszystkich tomów trzymały odpowiedni wysoki poziom.

To co piękne w twórczości płodnych autorów to możliwość zabierania swych czytelników w kolejne literackie podróże. Remigiusz Mróz wielokrotnie wspominał, że nigdy nie może być pewien, że po raz ostatni opisuje przygody swych bohaterów czy też definitywnie potwierdzić, że jest to koniec wielotomowej historii. Gdyż bohaterowie opowiadanych historii domagają się głosu i tylko oni jedynie mogą ogłosić koniec historii. Z jednej strony wśród entuzjastów publikacja kolejnej książki wywołuje uśmiech na twarzy, z drugiej strony obawy, czy nie otrzymamy miałkiego, powielonego schematu z małą możliwością zaskoczenia. Jak widać Remigiusz Mróz ma pomysłów bez liku, lecz w przypadku „Oskarżenia” nie obyło się bez wpadek, które mogą rzutować na słabszą ocenę tejże powieści w porównaniu do innych tomów prawniczego cyklu.

Od serii brutalnych morderstw pod Warszawą minęły cztery lata. Sprawcę ujęto, skazano, a potem osadzono w więzieniu. Dowody wskazujące na dawną legendę „Solidarności” były nie do podważenia. Mimo to pewnego dnia mecenas Joanna Chyłka otrzymuje list od żony skazańca, w którym twierdzi, że odkryła nowe dowody na niewinność męża. Prawniczka przypuszcza, że to jedna z wielu spraw, którym nie warto poświęcać uwagi, przynajmniej do czasu, aż kobieta ginie. W dodatku wszystko wydaje się w jakiś sposób związane z Kordianem Oryńskim …

Analizując po kolei wszystkie tomy, można wysnuć wniosek, że seria, a właściwie jej koncepcja bardzo się zmieniła na przestrzeni sześciu części. Te pierwsze były nastawione przede wszystkim na pokazanie konkretnej sprawy i wszelkie zwroty akcji, czy też chęć zaskoczenia czytelnika dotyczyły właśnie jej, natomiast z każdym kolejnym tomem coraz bardziej wgłębiamy się w życie głównych bohaterów, przede wszystkim Chyłki i Zordona, a to co się dzieje w sferze zawodowej coraz bardziej wpływa na ich życie osobiste. Oczywiście w przypadku stałych czytelników zmierzanie w stronę osobistych dramatów bohaterów jeszcze bardziej pozwala się zżyć ze swymi ulubionymi postaciami. Nowi czytelnicy mogą odczuć niedosyt z powodu zubożonej warstwy sensacyjno-prawniczej a pogłębionej emocjonalnej. Jednakże i w tym wypadku istnieje pewna granica, którą niestety autor niechybnie przekroczył. Opisana na okładce historia jest jedynie tłem dla dziejących się na pierwszym planie dramatów Chyłki i Zordona.

Z perspektywy stałego czytelnika rozwój dramatycznych wydarzeń w życiu głównych bohaterów, będzie dobrze odbierany jakby to nie brzmiało. Owszem wiadomym było, że skoro autor w poprzednich tomach nie szczędził trudności Joannie Chyłce, w końcu kolej przyszłaby na Kordiana Oryńskiego. Pojawienie się znanego czytelnikom Piotra Langera i większe niż dotychczas skupienie się na głównych bohaterach sugerowało, że w połączeniu z prawdopodobnie dobrze rozwiniętą warstwą kryminalną otrzymamy poważnie dobry tom cyklu. Jednak skończyło się na sugestiach i rozbudowane wątki osobiste nie mogą w pełni ratować ogólnego poziomu powieści.

„Oskarżenie” wyjątkowo wolno się rozpędza. Po takim finiszu, jaki zgotowała czytelnikowi „Inwigilacja”, można było się spodziewać znacznie mocniejszego uderzenia. Tymczasem na pierwszych stronach powieści akcja toczy się dość leniwie, dialogi jakoś się nie kleją, a rozwijająca się intryga związana z byłym opozycjonistą sprawia wrażenie wręcz wtrąconej na siłę, żeby jakoś przełamać spadek życiowej formy głównych bohaterów. Zamiast intrygi kryminalnej i sądowniczej otrzymujemy cały zestaw scen, w których główni bohaterowie miotają się w rzewnej rozpaczy, próbując ratować jedno od więzienia, drugie od siebie samego. Czytelnik powoli żegna się wizją soczystej fabuły z fascynującymi morderstwami z przeszłości w tle. Gdyby autor wątek ten wyeksponował, zamiast niepotrzebnie rozmyć, „Oskarżenie” byłoby tak samo ostre i świetne, jak pierwsze książki cyklu.

Główny wątek wbrew pozorom początkowo rozwijał się bardzo dobrze, może nawet lekko ocierał się o zagmatwanie. Faktem jest, że rozwijał się on bardzo powoli, ale może zawodzić jego naturalne ujście, czyli zakończenie. Zazwyczaj autor bardzo zaskakiwał swych czytelników, choćby miało to miejsce w ostatnim rozdziale. W „Inwigilacji” rozwiązanie zagadki wykłada czytelnikowi autor. Nie przypominam sobie, aby autor korzystał z rozwiązań typu „tak ma być i koniec”, jedynie streszczając prawidłowy przebieg wydarzeń. Jeśli to czynił to chyba w nielicznych przypadkach. Tożsamość prawdziwego mordercy nie wywoła zaskoczenia, gdyż została wprowadzona ad hoc. Może rozczarowywać niepotrzebne wodzenie za nos czytelnika w zakończeniu, rozbitym niejako na co najmniej dwie, jeżeli nie trzy części. Zupełnie jakby Remigiusz nie mógł się zdecydować, gdzie chce zamknąć tę opowieść.

Podsumowując, nie ma co ukrywać, że „Oskarżenie” to książka niemal wyłącznie dla entuzjastów tego prawniczego duetu, którzy zżyli się ze swymi czytelnikami na przestrzeni lat. Stali czytelnicy łakomie będą czytać fragmenty dotyczące rozwijającej się fabuły w życiu osobistym bohaterów a na wątek kryminalno-prawniczy przymkną oko. Nowi czytelnicy znacznie lepiej zrobią zaczynając od wcześniejszych tomów cyklu, które porwą ich bez reszty.

pokaż więcej

 
2018-12-02 14:27:43
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Pomnik Cesarzowej Achai (tom 5)

Koniec podróży

W czytelnikach pochłoniętych danym cyklem powieściowym istnieją dwie przeciwstawne siły. Z jednej strony cieszy ich możliwość spotkania ze swymi ulubionymi bohaterami kolejny już raz. Z drugiej strony istnieje chęć poznania zakończenia opowiadanej historii. W momencie, w którym do rąk czytelnika trafi ostatni tom, wówczas jego oczekiwania względem końca opowieści, wpłyną...
Koniec podróży

W czytelnikach pochłoniętych danym cyklem powieściowym istnieją dwie przeciwstawne siły. Z jednej strony cieszy ich możliwość spotkania ze swymi ulubionymi bohaterami kolejny już raz. Z drugiej strony istnieje chęć poznania zakończenia opowiadanej historii. W momencie, w którym do rąk czytelnika trafi ostatni tom, wówczas jego oczekiwania względem końca opowieści, wpłyną nie tylko na ocenę tegoż tomu, ale również całego cyklu. Tak jak w przypadku innych długich cykli powieściowych, również w przypadku „Pomnika Cesarzowej Achai” zdarzały się momenty bardzo dobre, ale także te słabsze. Jednak to co wyróżnia cykl autora od innych to fakt, że mniej więcej wszystkie jego składowe trzymały podobny poziom. Pan Andrzej Ziemiański nie wydałby tylu tak obszernych powieści, gdyby nie umiał pisać w sposób niezwykle zajmujący, wciągając tym samym swojego czytelnika w wykreowany przez siebie świat. Jednym słowem Andrzej Ziemiański w ostatnim tomie „Pomnika Cesarzowej Achai” zaoferował to co było rozpoznawalne w poprzednich tomach, jednocześnie dobrnął do końca swej historii, ale to już od poszczególnego czytelnika zależy czy sprostał jego oczekiwaniom względem zakończenia.

Wszystko zmierza ku końcowi, lecz losy świata wciąż są nierozstrzygnięte. Cicha wojna szpiegów przenika na wylot oba wojenne obozy. Chaos w jednostce specjalnej sięga zenitu. Sama cesarzowa nie jest pewna już swojej pozycji ani przyszłości. Polskie oddziały na obcych ziemiach zaczynają realizować podstępny plan, którego chyba nie spodziewał się nikt. Wyścig po Magię Bogów trwa w najlepsze. Kto ją posiądzie, kto rozwiąże odwieczną zagadkę, która może przyczynić się do rzeczy, o których lepiej nie myśleć…

„Pomnik Cesarzowej Achai” to cykl, mogłoby się wydawać, całkowicie odrębny od „Achai”, jednak jak tu nie porównać obu tych serii, skoro akcja dzieje się w tym samym uniwersum, a w ostatnim tomie dostajemy niezłą dawkę czasów Wielkiej Cesarzowej. „Achaja” była oryginalna i kontrowersyjna. „Pomnik Cesarzowej Achai” jest dziełem absolutnie bardziej bogatym, aczkolwiek nieco mniej kontrowersyjnym, bardziej przygodowym a mniej magicznym. Seria z pewnością jest bardziej opisowa i co za tym idzie, zdecydowanie obszerniejsza od trylogii Achai. Ziemiański stworzył świat bardzo rozbudowany, dokładnie opisany. Zawierając w nim dwie całkowicie odrębne kultury, musiał poświęcić im niesamowicie dużo pracy i miejsca. Owszem taka rozbudowa opisywanego świata zawsze niesie w sobie ryzyko, że nie zabraknie w niej tzw. „wypełniaczy”, fragmentów nic nie wnoszących, czy po prostu pisząc nudnych. Niewątpliwie takie fragmenty również w przypadku „Pomnika Cesarzowej Achai” istnieją, lecz takie są prawidła obszernych tomów. Obszerność ostatniego tomu niesie w sobie pewien pozytyw, otóż pozwala na dłużej cieszyć się ostateczną fabułą oraz umożliwia autorowi na zamknięcie rozległych wątków.

Ziemiański trzyma równy poziom przez wszystkie tomy, nie można mu zarzucić nic jeśli chodzi o warsztat, styl i sposób budowania swojego uniwersum. Jeśli chodzi o akcję, ta ma wiele oblicz. Fabularnie cały cykl jest niezwykle obszerny, więc mamy istny kalejdoskop. Fabuła pokazywana jest z różnych stron, nie jest prosta i przewidywalna lecz toczy się na kilku płaszczyznach. Mamy na zmianę relację z wysoko rozwiniętej technologicznie Polski jak i z zacofanych, aczkolwiek magicznych miast Cesarstwa. Każdy patrzy na rozwój wydarzeń w inny sposób, a multum pobocznych bohaterów i naprawdę mnóstwo punktów widzenia sprawia, że całość jest realna i dopracowana.

Patrząc z szerokiej perspektywy możemy dojść do wniosku, że mimo swej obszerności w piątym tomie aż tak wiele się nie dzieje. Owszem znajdziemy w nim rodzącą się rewolucje, walki wywiadów, akcje agentów, bitwy morskie i powietrzne, czy ponowny wyścig dwóch przeciwstawnych obozów, lecz tym razem na biegun, który ma kryć odpowiedzi na wszystkie pytania. Jednak i tak umysły większości czytelników będą zaprzątały wydarzenia na biegunie, na które muszą bardzo długo czekać. Można odnieść wrażenie, że w toku fabuły autor wykorzystał podobne schematy co w poprzednich tomach, lecz nie zawsze z pozytywnym skutkiem. Nie sposób też pozbyć się wrażenia, iż niektóre wątki autor chciał pociągnąć w nieco inną stronę, niż ostatecznie to uczynił, niekoniecznie z korzyścią dla efektu.

Autor bynajmniej nie ułatwia zadania czytelnikom, gdyż w swych tomach nie koniecznie odwołuje się do przypomnień, za jedynie jednym wyjątkiem. Taki brak przypomnień sprawia, że czasami możemy nie orientować się kim jest dana postać, lub co też ważnego dokonała w poprzednich tomach, przez co trudniej nawiązać z nią więź. Tym jednym wyjątkiem jest ponowne dawanie odpowiedzi kim są tajemniczy Ziemcy, kim Cisi Bracia, a kim tak zwani bogowie oraz czym jest tytułowy pomnik i do czego jest bohaterom w zasadzie potrzebny.

Aspektem, w którym pojawiło się najwięcej zgrzytów, była sama fabuła i wszelkie intrygi z nią związane. Z jednej strony nie można wyjść z podziwu nad rozległością wątków i nie pogubieniu się w działalności wszystkich stronnictw, ale z drugiej, bohaterom cudownie udawało się zbyt wiele rzeczy. Razi też w oczy pewna bezcelowość niektórych fragmentów, które mimo swej czasami żywszej akcji nie wniosły nic odkrywczego w główny nurt fabularny. Warto zauważyć, że jest jedna rzecz bardzo wyróżniająca ten cykl od innych. Mianowicie chodzi o śmiertelność wśród bohaterów. Zauważmy drodzy współczytelnicy, że w większości długich cykli powieściowych niejednokrotnie przychodzi nam rozstawać się nie tylko antagonistami, ale również czasami z naszymi ulubionymi postaciami, bez względu czy jest to główna czy poboczna postać. Owszem wówczas pomstujemy na autora, że tak uczynił, lecz sama fabuła dzięki temu jest bardziej emocjonalna a nasza więź z nią jeszcze większa. W przypadku „Pomnika Cesarzowej Achai” Andrzej Ziemiański przez całe pięć tomów czyni rzecz odwrotną, nie tylko nie uśmierca głównych ani pobocznych postaci ale również tzw. postaci trzeciego planu. Na koniec coś w te kwestii czyni, ale jest to kropla w morzu potrzeb. Cóż, kilka śmierci więcej wyszłoby całemu cyklowi na lepsze.

Andrzej Ziemiański długo przygotowywał swych czytelników do końca swej opowieści. Drodzy współczytelnicy mieliśmy prawo oczekiwać wystrzałowego zakończenia, lecz niestety obyło się bez fanfar. Zakończeniu zabrakło po prostu epickości. Wprawdzie wszelkie wątki zostają domknięte, lecz bez polotu. Owszem tożsamość szpiega w sztabie marynarki oraz kwestia jego rozwiązania mogą wywołać zaskoczenie. W kwestii planu bogów, ich miasta, technologii dostajemy zbiór informacji, które poznaliśmy w poprzednich tomach. Natomiast w przypadku pomnika cesarzowej, cóż został odnaleziony i tyle. Szkoda, że autor nie rozbudował tego wątku, skoro nazwa całego cyklu pozwalała sugerować, że będzie on jeśli nie motorem napędowym fabuły to kulminacją wszelkich wątków. Wprawdzie autor pozostawił sobie furtkę na ewentualną kontynuację, lecz nie koniecznie musi z niej skorzystać. Cóż, ewidentnie zakończenia cykli Ziemiańskiemu nie wychodzą. Wprawdzie jest lepiej niż w przypadku zakończenia „Achai”, lecz nadal nie jest to satysfakcjonujący poziom.

Podsumowując, może boleć fakt, że autor zawodzi i zwodzi nieco zbyt długo szczególnie tych, którzy darzyli pierwotną historię pewnym sentymentem. Choć nie wszystkie zabiegi i rozwiązania fabularne zasługują na wysoką ocenę, książka sama w sobie nie jest zła, a czasu spędzonego nad jej stronami nie można uznać za całkowicie stracony. Jeden zasadniczy fakt na pewno przyciągnie czytelników do zapoznania się z jej treścią, przecież jest to koniec wcześniej rozpoczętej wspólnej podróży.

pokaż więcej

 
2018-11-18 15:47:27
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Myron Bolitar (tom 10)

Rodzinne sekrety

Każdy szanujący się autor, który na swym koncie ma cykle powieściowe składające się co najmniej z kilku tomów, dociera do momentu, w którym musi przedstawić dokładną przeszłość głównego bohatera, jeśli do tej pory tego nie zrobił. Harlan Coben zaskarbił sobie rzesze czytelników, nie tylko dobrze skrojonymi thrillerami (chociaż z tym bywa różnie), szybko poprowadzoną...
Rodzinne sekrety

Każdy szanujący się autor, który na swym koncie ma cykle powieściowe składające się co najmniej z kilku tomów, dociera do momentu, w którym musi przedstawić dokładną przeszłość głównego bohatera, jeśli do tej pory tego nie zrobił. Harlan Coben zaskarbił sobie rzesze czytelników, nie tylko dobrze skrojonymi thrillerami (chociaż z tym bywa różnie), szybko poprowadzoną narracją, czy zaskakującymi zakończeniami, lecz charyzmatyczną postacią w osobie Myrona Bolitara. Chociaż dokładniej można powiedzieć duetu - Myron Bolitar oraz jego przyjaciel Windsor Lockwood, w skrócie Win. Ich poczucie humoru, ironiczne oraz sarkastyczne dialogi, czasami naiwne, ale przez to urokliwe były ratunkiem dla niekiedy słabszych pozycji autora.

Dziesiąty tom przygód Myrona Bolitara oraz Wina oprócz podstawowego schematu obecnego we wszystkich tomach, czyli wielopoziomowej zagadki, której klucz tkwi w przeszłości, niesie w sobie kilka nowych cech. Mianowicie Harlan Coben we „Wszyscy mamy tajemnice” w dużej mierze skupia się na wątku osobistym dotyczącym naszego bohatera, przez co niniejszy tom nabiera bardzo obyczajowego wymiaru. Dodatkowo w zamiarze ten tom pełni oraz miał pełnić dwojakie funkcje. Pełni funkcję wprowadzenia nowej postaci, która rozpocznie własne przygody w nowym cyklu. Z kolei miał być zakończeniem cyklu, co początkowo miało nadawać bardziej sentymentalnego wydźwięku zakończeniu, lecz jak na chwilę obecną wiemy, Harlan Coben nie powiedział ostatniego zdania w tej kwestii.

Największe skandale wybuchają w sieci… Przekonuje się o tym była tenisistka, Suzze Trevantino, dawna niegrzeczna dziewczynka, która – o dziwo – ustatkowała się u boku gwiazdy rocka, Lexa Rydera. I jest w ciąży! Po tym, jak w sieci ukazuje się anonimowy wpis, który podaje w wątpliwość, że ojcem jej dziecka jest Lex, ten znika. Do kogo Suzze może się zwrócić z prośbą o pomoc, jeśli nie do Myrona Bolitara? W trakcie śledztwa Myron odnajduje też kogoś, kogo wcale nie szukał. I niespodziewanie dostaje szansę na znalezienie zaginionego brata. Wcześniej jednak będzie musiał zmierzyć się z kłamstwami, również własnymi, które w jakiś sposób mogą łączyć się z historią Suzze i Lexa.

Obiektywnie pisząc, „Wszyscy mamy tajemnice” w gruncie rzeczy bardziej przeznaczone jest dla stałych czytelników twórczości Cobena. I nie chodzi o kwestie nawiązań do poprzednich tomów, zresztą jest ich niewiele, lecz wymiaru obyczajowego powieści, gdzie tak naprawdę warstwa kryminalna została zepchnięta na dalszy plan. Informacje o przeszłości Myrona Bolitara, o sekretach, które miała jego rodzina są jedynie istotne dla stałych czytelników, ponieważ dla nowych owszem intryga kryminalna może okazać się intrygująca, a nawet wciągające, lecz nie pasjonująca. Wyraźnie widać, że Coben próbował nie tylko pożegnać się ze swym głównym bohaterem, ale również z wiernymi czytelnikami, przez co sprawa kryminalna jest jedynie dodatkiem do warstwy obyczajowej. Jak wspomniałem w którejś recenzji, czasami bohaterowie danych cykli domagają się głosu i to oni definitywnie zaznaczają, kiedy ma nastąpić koniec całej opowieści.

Początkowy impet powieści nie bierze się z morderstwa jak to ma miejsce w przypadku innych książek, lecz prób zrozumienia jak wyglądała przeszłość naszego głównego bohatera. Wprowadzenie nowych postaci z rodziny Myrona Bolitara, rzuca nie co inne światło na postać głównego bohatera. Dobrym zabiegiem jest rozwarstwienie wątków pobocznych, przez co autor może wieloma drogami poprowadzić fabułę oraz mieć większe szanse na zaskoczenie czytelnika rozwiązaniami niektórych z nich. Obyczajówka obyczajówką, lecz w pewnym momencie powieści uświadamiamy sobie, że zaczyna zbytnio dominować nad warstwą kryminalną powieści. W momencie, gdy dochodzimy do połowy powieści, a nie ma dotąd przysłowiowego trupa możemy czuć obawy, czy na pewno mamy do czynienia z thrillerem. Drodzy współczytelnicy, nie powinniście się obawiać, trup się pojawia, im bliżej końca, tym wydarzenia nabierają szybszego tempa a powieść zaczyna nabierać cech bardziej sensacyjnych niż kryminalnych.

W dużej mierze powieść składa się z powolnego odkrywania kolejnych sekretów członków rodziny Myrona Bolitara oraz rozwarstwiania się wątków pobocznych do momentu aż musi przyśpieszyć by dobrnąć do zakończenia. Jak wspomniałem ten aspekt rodzinny jest interesujący, ale do czasu. Sytuacje ratują niewątpliwie główne postaci cyklu, chociaż ich słynne sarkastyczne dialogi, tym razem wydają się wymuszone. Obserwując cały cykl widać jak on ewoluował. Od thrillerów skupiających się na danych dziedzinach sportu, co związane było z profesją Myrona , po te mające charakter ogólny, prawie kończąc na obyczajowo-rodzinnym z biznesem muzycznym w tle.

Im bliżej do zakończenia tym fabuła zaczyna bardziej przyśpieszać. Wątki zaczynają się łączyć, a klucz do rozwiązania zagadki jak zawsze u Cobena tkwi w przeszłości. Znów autor pokazuje, że czasem błahe wydarzenie z przeszłości, a nawet nieporozumienie może wydać nieoczekiwane owoce w nawet dalekiej przyszłości. Ciężko mówić o zaskakującym jednym zakończeniu, gdyż jest ono sumą zakończeń poszczególnych wątków, gdzie finalnie bardziej interesujący jest sposób ich poprowadzenia niż odpowiedzi jakie uzyskaliśmy. Jak zawsze to co sprawia, że powieści Cobena czyta się bardzo szybko to fakt, że większość rozdziałów jest krótka i treściwa, często przesycona krótkimi dialogami. „Wszyscy mamy tajemnice” tak jak inne powieści autora również ma taką strukturę.

Początkowo tom dziesiąty cyklu miał być jego zakończeniem. Jak wiemy tak się nie stało. Porównując do analogii filmowej, może dziwić sposób poprowadzenia scen po napisach, czyli wydarzeń po momencie kulminacyjnym finału. Zazwyczaj takie rozdziały przedstawiają co się działo z bohaterami po pewnym czasie od zakończenia głównych wydarzeń. Tak samo jest w przypadku „Wszyscy mamy tajemnice”. Skoro miał to być początkowy ostatni tom, który całym duchem ma wymiar obyczajowy oraz w pewien sentymentalny, dziwić może suche przedstawienie dalszych losów bohaterów. Coben pobieżnie opisuje wydarzenia, po prostu je wyliczając, co jeszcze bardziej nas dziwi jeśli przez całą powieść miał zamiar sentymentalnie i emocjonalnie pożegnać się z całym cyklem.

Każdy z nas ma własne sekrety. Potrzeba posiadania pewnych zdarzeń, słów, sytuacji itp. tylko dla siebie jest rzeczą wszechmiar naturalną. Mówi się, że prawda oczyszcza. Owszem jest to prawda, lecz nie wspomina się, jakie może to mieć skutki. Coben w swej powieści też nie daje prostej odpowiedzi, czy trzeba wszystko ujawnić. Czasami może to przynieść pozytywne skutki, a czasami nie. Stwierdzenie momentu, kiedy trzeba coś wyjawić, a kiedy trzeba to zachować dla siebie jest wielkim wyzwaniem dla każdego z nas, gdy staniemy przed takim wyborem.

Podsumowując, Coben szykował emocjonalną bombę, która w swym zamiarze miała z przytupem zakończyć cały cykl. Oparcie fabuły na warstwie obyczajowo-rodzinnej dotyczącej głównego bohatera było oczkiem puszczonym do stałych czytelników. Jednak rozpatrując tą powieść pod względem thrillera to obiektywnie ujmując otrzymaliśmy przeciętną książkę z niewypałem w postaci pseudo-sentymentalnego zakończenia. Całe szczęście, że na chwilę obecną wiemy, że autor nie powiedział ostatniego zdania względem tego cyklu.

pokaż więcej

 
2018-11-15 16:57:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Dr David Hunter (tom 5)

Mokradła umarłych

Śmierć, czyli nieodwołalne ustanie naszej egzystencji jest nieodzowną częścią ludzkiej natury, o której w codzienności staramy się zapomnieć. Śmierć sama w sobie jest paradoksalna, z jednej strony budzi w nas strach co do kruchości naszego życia oraz stu procentowego przeświadczenia, że nas spotka, z drugiej strony wzbudza zainteresowanie, bo jak najlepiej pokonać...
Mokradła umarłych

Śmierć, czyli nieodwołalne ustanie naszej egzystencji jest nieodzowną częścią ludzkiej natury, o której w codzienności staramy się zapomnieć. Śmierć sama w sobie jest paradoksalna, z jednej strony budzi w nas strach co do kruchości naszego życia oraz stu procentowego przeświadczenia, że nas spotka, z drugiej strony wzbudza zainteresowanie, bo jak najlepiej pokonać własne obawy niż stawić im czoła. W związku z tą świadomą lub podświadomą fascynacją śmiercią, co rusz powstają powieści należące do odrębnej rodziny thrillerów, w których prym wiodą rozkład, zgnilizna, praca wśród umarłych, patomorfolodzy, czy antropolodzy. W każdym z nas jest Eros symbolizujący miłość, życie i dobro oraz Tanatos symbolizujący mrok, zło i śmierć. By żyć w zgodzie z własną naturą, co jakiś czas musimy „karmić” te dwa popędy, więc nie powinien nas dziwić taki czytelniczy urodzaj powieści w obrębie medycyny sądowej.

Simon Beckett swym cyklem o doktorze Davidzie Hunterze wkomponował się świetnie w czasie z pierwszą swą powieścią, czyli „Chemią śmiercią” w momencie powrotu do łask thrillerów wszelkiej maści. To co niewątpliwie wyróżnia Becketta to klimat jaki tworzy w swych powieściach oraz momentami plastyczne i dosadne opisy nie tylko zwłok w różnej formie rozkładu, ale również ogromu pracy jaką muszą włożyć ludzie, by poznać tajemnice śmierci. Czasami opisy były zbyt dosadne, wręcz obrzydliwe i degustujące, lecz na swój sposób frapujące, intrygujące oraz innowacyjne. Owszem nie samymi opisami powieść żyje, lecz również fabułą, pełną zwrotów akcji oraz zaskakujących zakończeń. Nic dziwnego, że cykl rozrósł się już do pięciu tomów. Zarzuca się, że kolejne tomy cyklu charakteryzowały się trochę przekombinowaną fabułą. Być może tkwi w tym ziarnko prawdy, lecz powieścią „Niespokojni zmarli”, zresztą na którą długo nam było czekać, Simon Beckett wraca do korzeni swego cyklu oferując nam klimatyczną, mroczną oraz nieprzewidywalną fabułę.

Piątkowy wieczór, konsultant w dziedzinie medycyny sądowej, doktor David Hunter, odbiera telefon inspektora Lundy’ego z komendy w Essex. Na wybrzeżu wyspy Mersea znalezione zostają zwłoki w stanie głębokiego rozkładu. Miejscowa policja prosi Huntera o pomoc przy ich wydobyciu i identyfikacji. Śledczy podejrzewają, że to ciało Leo Villersa, syna wpływowej miejscowej rodziny, który zaginął wiele miesięcy temu. Istnieją przypuszczenia, że miał romans z mężatką, Emmą Derby, pozbył się kochanki, a sam popełnił samobójstwo.

Dobrym atutem cyklu o Davidzie Hunterze jest fakt niezbyt ścisłego powiązania między kolejnymi tomami, tzn. że czytelnik nie musi znać przebiegu wydarzeń w poprzednich tomach, gdyż każda powieść ma swą własną odrębną fabułę. Owszem powiązania istnieją, lecz nie mają wiodącej roli. Czytelnik bardzo szybko wraz z doktorem Hunterem zostaje skonfrontowany z daleko posuniętymi w rozkładzie wodnymi zwłokami. Wierzcie mi opisy są bardzo dosadne. Jednak następne strony przykuwają większą uwagę i to nie z powodu toczącego się śledztwa. Ośrodkiem centralnym książki, który napędza czytelnika do impulsywnej lektury jest klimat. A ten przeraża i poraża swoją posępnością, chłodem i grozą. Autor płynnie, wiarygodnie i z niebywałą lekkością pióra zatraca się w ponurym i wyludnionym nadmorskim otoczeniu. Simon Beckett opisał krajobraz – z nieustannymi uderzeniami wiatru, śpiewem fok, słonym morskim powietrzem – w taki sposób, że czujemy się, jakbyśmy razem z Hunterem prowadzili śledztwo.

W odróżnieniu od swych poprzedniczek autor nie skupia się jedynie na samym wątku kryminalnym. W celu urealnienia powieści Simon Beckett wplata wątki obyczajowe, co oddaje ducha smutnego żywota ludzi zamieszkujących te tereny. Mrożące krew w żyłach sceny wzbogacone zostały cieniem wątku miłosnego, co wywołuje dwojaki oddźwięk. Z jednej strony powieściowy suspens zostaje ocieplony, a wraz z ludzkim wizerunkiem głównego bohatera czyni to powieść wiarygodną i niezmiernie przystępną w odbiorze. Z drugiej strony przez te elementy obyczajowo-romansowe powieść miejscami jest przegadana i zbędnie rozciągnięta w czasie. Warto zauważyć, że przez mniej więcej dwieście stron jakie dzieli początkowe odkrycie zwłok a dalsze makabryczne odkrycia nic aż tak istotnego dla śledztwa się nie dzieje. W dużej mierze przez te dwieście stron dominuje wątek obyczajowy oraz rodzący się romans, co może wywoływać obawy , że autor może oprzeć całą opowieść jedynie na jednych zwłokach. Jednakże dalsze strony wynagradzają wszystko z nawiązką.

Wyraźnie widać, że Simon Beckett zaplanował powieść z najwyższą dbałością o detale. Wraz z kolejnymi stronami uświadamiamy sobie, że sprawa robi się co raz bardziej zagmatwana, a nasz stosunek do pewnych osób zaczyna zmieniać się w czasie. Spójna, wiarygodna oraz mało przewidywalna fabuła prowadzi nas do naprawdę zaskakującego zakończenia. Zakończenia śledztwa w Essex trudno się domyślić, a Beckett pokazuje, że z góry przyjęte założenie może mieć fatalne skutki. Dodatkowo nakładające się na to obrazowe i niejednokrotnie wstrząsające opisy ludzkich zwłok w pełnym rozkładzie czynią z powieści rzecz frapującą. Beckett ujawnia nam jeszcze jedną prawdę, że brak akceptacji nie tylko względem siebie samego, ale również w stosunku do innych z naszego otoczenia, nigdy nie kończy się dobrze i to nie koniecznie w najbliższej przyszłości.

Podsumowując, powrót do serii o antropologu sądowym okazał się ciekawym , pełnym niespodzianek doświadczeniem. „Niespokojni zmarli” to przystępny thriller z rozplanowaną fabułą oraz zapadającą w pamięć aurą grozy i niepewności.

pokaż więcej

 
2018-11-08 17:46:16
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Ryder Creed (tom 3)

Psi nos

Każdy czytelnik ma oczekiwania względem danej powieści, czy też danego autora jeśli jest już poniekąd zaznajomiony z jego twórczością. Alex Kava zasłynęła mrocznymi thrillerami z odpowiednią dawką emocji oraz zaskakujących zwrotów akcji. Jednak ta sytuacja dotyczyła jej wcześniejszych powieści. Ostatnimi laty jej powieści coraz bardziej zaczęły oddalać się od thrillera w...
Psi nos

Każdy czytelnik ma oczekiwania względem danej powieści, czy też danego autora jeśli jest już poniekąd zaznajomiony z jego twórczością. Alex Kava zasłynęła mrocznymi thrillerami z odpowiednią dawką emocji oraz zaskakujących zwrotów akcji. Jednak ta sytuacja dotyczyła jej wcześniejszych powieści. Ostatnimi laty jej powieści coraz bardziej zaczęły oddalać się od thrillera w kierunku obyczajowej sensacji. W twórczości pani Kavy można doszukać się pewnego paradoksu. Otóż, o ile w przypadku innych często wydających autorów można zauważyć pewien progres w stosunku do ich pierwszych dzieł to w przypadku Alex Kavy możemy mówić o regresie. Owszem również tym progresywnym autorom zdarzają się powieści przeciętne, lecz naszej autorce zaczęło to się zdarzać nagminnie.

Wyjściem z takiej sytuacji miało być stworzenie nowego cyklu z udziałem Rydera Creeda, lecz również ten nowy projekt literacki oscyluje jedynie w granicach przeciętności. Być może przejście z thrillerów w kierunku sensacji, łagodzenie emocji swych powieści, czy też chęć jak najszybszego zakończenia rozpoczętej powieści mogły się przyczynić się do spadku formy pani Kavy. Można byłoby się pokusić o stwierdzenie, że Alex Kava straciła wenę, lecz jej niedawna powieść nawiązująca do początków twórczości, czyli „Przedsmak zła” pokazała, że sięgając do korzeni ,autorka potrafi wrócić na właściwe, znakomite tory. Można sobie zadać pytanie, jeśli autorka w swym najnowszym dorobku nie wychodzi poza przeciętność, to po co brnąć dalej? Być może wynika to z sentymentu do jej wcześniejszych pozycji oraz tlącej się w czytelnikach nadziei, że może następna powieść przypomni za co ją tak bardzo lubiliśmy.

W Chicago młody mężczyzna skacze z osiemnastego piętra luksusowego hotelu. W Alabamie młoda kobieta napełnia kieszenie kamieniami i wchodzi do rzeki. Dwa samobójstwa, dwie sprawy dla lokalnej policji. Jednak gdy okazuje się, że zmarli byli nosicielami zmutowanego wirusa, śledztwo przejmuje FBI i wywiad wojskowy. Przydzielona do sprawy agentka Maggie O’Dell nawiązuje współpracę z Ryderem Creedem, by razem dopaść osoby zagrażające całemu światu.

Po przeczytaniu opisu na okładce można sądzić, że będzie to mrożący krew w żyłach dreszczowiec, że akcja będzie biegła w zawrotnym tempie. Pomysł mimo, że nie nowatorski, sama autorka już wykorzystała go we swym wcześniejszym dziele, nadal ma w sobie ogromny potencjał. Czyhające niebezpieczeństwo, walka z czasem, śmiercionośny wirus, który może doprowadzić do pandemii. Szkoda tylko, że na pomyśle się zakończyło, gdyż wykonanie wypada dosyć blado. Nie trzeba porównywać tej powieści do powieści innych autorów o podobnej tematyce, gdyż różnica między „Zabójczym wirusem” Alex Kavy a „Epidemią” jest kolosalna, na niekorzyść tej ostatniej.

„Epidemia” ściśle połączona jest z wcześniejszą powieścią tego cyklu, czyli „Ściśle tajne”, można wręcz uznać, że jest kontynuacją historii rozpoczętej w poprzednim tomie. Zresztą w toku powieści otrzymujemy częste nawiązania co do przebiegu zdarzeń w powieści „Ściśle tajne”. Oczywiście może to być dwojako odbierane. Dla osób, które dawny czas temu przeczytały poprzednią powieść takie częste przypominanie pozwoli odświeżyć pamięć, poukładać fakty i lepiej zrozumieć przebieg wydarzeń w niniejszym tomie. W przypadku osób, które dosyć niedawno zakończyły lekturę „Ściśle tajne” takie częste przypominanie znanych informacji może wydać się irytujące.

Kilka aspektów powieści jak najbardziej jest pozytywnych. Rozpoczęcie powieści, dopracowany wątek roznoszenia wirusa, jak i bliższe poznanie dramatu zarażonych osób satysfakcjonuje czytelnika szukającego w książce niecodziennych tematów. Na plus można również zaliczyć przedstawienie pracy specjalnie szkolonych psów, które są w stanie rozpoznać u człowieka chorobę. Być może wydaje się to fikcją literacką, lecz autorka w posłowiu wyjaśnia, że rzeczywiście są specjalnie wyszkolone psy, które potrafią wykryć u ludzi na przykład różne rodzaje raka w bardzo wczesnym stadium. Jak widać świat zwierząt jest zadziwiający, człowiek nieudolnie próbuje wzorować się na naturze, ale tego wzorca nie prześcignie, co widać na przykładzie fenomenu psiego nosa. Nie trzeba czegoś imitować wystarczy mądrze korzystać z otaczającej nas natury, nie łamiąc jej praw. Ogólnie rzecz biorąc cyklem z udziałem Rydera Creeda stoi pod znakiem naszych czworonożnych przyjaciół, co dla ich miłośników jest ogromnym plusem tego cyklu. Ostatnią nieodzowną zaletą wszystkich powieści Alex Kavy są bardzo krótkie rozdziały, co przyśpiesza sam proces czytania.

Po przeczytaniu „Epidemii” można czuć jeden wielki niedosyt. Mało tutaj wyrazistego celu, dynamicznej akcji, o zwrotach możemy pomarzyć, zabrakło ogólnie rzecz biorąc głębszego rozwinięcia a im bliżej końca tym wydaje się pisane na szybcika, borykając się z logicznością. Nie ma jednak żadnych ważniejszych wydarzeń związanych z życiem prywatnym bohaterów. Z jednej strony to plus, dzięki któremu książkę możemy czytać nie mając wiedzy z poprzednich tomów. Można odnieść wrażenie, że ciekawy i obiecujący wątek zagrożenia epidemią został rzucony w znany schemat dobrzy kontra źli w strukturach agencji rządowych, popychany do przodu, skleconymi na szybko zbiegami okoliczności, a przybity wyjątkowo mało emocjonującą końcówką.

Podsumowując, cóż jeśli jesteście stałymi czytelnikami twórczości Alex Kavy to i tak sięgnięcie po jej powieść. Innych czytelników nie zachęcam do rozpoczynania czytelniczej przygody od tej powieści, gdyż autorka ma w swym dorobku o wiele lepsze.

pokaż więcej

 
2018-11-05 17:46:08
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Ulubione
Cykl: Komisarz Forst (tom 5)

Grande Finale

Tworzenie danych cykli powieściowych ma to do siebie, że kiedyś musi nastąpić ich kres. Owszem wiele razy zdarzało się, że pozorny koniec opowieści okazuje się początkiem nowej, bądź też przedłużeniem poprzedniej. Remigiusz Mróz sam wspomina, że historia Wiktora Forsta miała zakończyć się na trzech tomach, lecz bohaterowie jego wyobraźni domagali się głosu. Tak samo jak w...
Grande Finale

Tworzenie danych cykli powieściowych ma to do siebie, że kiedyś musi nastąpić ich kres. Owszem wiele razy zdarzało się, że pozorny koniec opowieści okazuje się początkiem nowej, bądź też przedłużeniem poprzedniej. Remigiusz Mróz sam wspomina, że historia Wiktora Forsta miała zakończyć się na trzech tomach, lecz bohaterowie jego wyobraźni domagali się głosu. Tak samo jak w codziennym naszym życiu, czasami możemy mieć przeświadczenie, że czegoś do końca nie wykonaliśmy, coś nas nurtuje, jakaś sprawa jest niedokończona, wówczas czujemy wewnętrzny przymus, by daną rzecz definitywnie zakończyć. Podobnie jest w przypadku pisarzy, zwłaszcza tych płodnych literacko, a Remigiusz Mróz niewątpliwe do nich należy, również oni czują wewnętrzny przymus, wręcz imperatyw by oddać głos swym bohaterom i to oni w dużej mierze decydują kiedy nastąpi właściwy koniec opowieści.

Takie są prawa twórcy, że jego dzieło może rozrastać się w jego wyobraźni. Owszem skutek dalszego przedłużania na pozór zakończonej historii może być dwojaki. Albo czytelnicy odczują, że kolejne tomy są pisane na siłę, brak w nich polotu oraz świeżości, albo uwierzą, że dana historia ma jeszcze w sobie potencjał. Początkowa trylogia Remigiusza Mroza rozrosła się do rozmiarów pentalogii, ale jak wspomniałem na początku, wszystko ma swój kres. Chociaż w przypadku tego autora nie możemy być w stu procentach pewni. „Zerwa” czyli finał przygód Wiktora Forsta w zestawieniu do swych poprzedniczek nie tylko wypadła wyśmienicie, ale również uwypukliła te cechy, dzięki którym ten cykl był uwielbiany. Remigiusz Mróz stanął na wysokości zadania, godnie i solidnie kończąc cykl z Wiktorem Forstem.

Czyżby koszmar powrócił? Zbocza gór znów spłynęły krwią. W środku sezonu turystycznego na Rysach odnalezione zostają zwłoki starszego mężczyzny, a sposób działania sprawcy prowadzi wyłącznie do jednego wniosku: wrócił ten, którego wszyscy się obawiali. W mieście i na szlakach wybucha panika, tymczasem Wiktor Forst budzi się w zakopiańskim szpitalu. Nie pamięta, co działo się z nim, od kiedy opuścił Polskę, by sprawdzić, co znajduje się w pewnej skrytce pocztowej …

Tom piąty i ostatni zaczyna się tam, gdzie zakończył się tom czwarty. Tak jak w przypadku poprzedniego tomu autor wrzuca swych czytelników w sam środek wydarzeń. Jednakże w odróżnieniu do tomu czwartego, w którym czytelnik dopiero po pewnym czasie orientował się, że część opisywanych wydarzeń toczyło się w przeszłości, co swoją drogą wywoływało zamierzony mętlik w głowie, to w przypadku „Zerwy” mamy wyraźny podział na wzajemnie się przeplatające wydarzenia teraźniejsze oraz przeszłe, które krok po kroku doprowadziły do tych współczesnych. Jest to zabieg na tyle dobry, że nie pozwala czytelnikowi, ani na chwilę zapomnieć o powieści i cały czas zmusza do analizy nowych wątków. Z technicznego punktu widzenia można dodać, że tom piąty najsilniej jest powiązany z tomem trzecim, a po dalszym rozwoju fabuły również z tomem czwartym.

Tom piąty jak na koniec przystało jest najbardziej enigmatyczny oraz tajemniczy ze wszystkich. O ile niektóre poprzednie tomu porównywano do jazdy na kolejce górskiej, to w przypadku „Zerwy” jest to jazda bez trzymanki. Remigiusz Mróz nie tylko w tym cyklu lubi ucinać rozdziały w kulminacyjnych momentach, bądź też pozostawiać czytelników z niedowierzaniem lub zaskoczeniem na twarzy. Z jednej strony wymusza to na czytelnikach przeczytanie jeszcze jednego rozdziału i jeszcze jednego, i jeszcze jednego … aż zanim się obejrzymy docieramy do końca powieści. Z drugiej strony taki chwyt literacki jest wyznacznikiem wciągających powieści kryminalnych.

We wcześniejszym akapicie wspomniałem, że Remigiusz Mróz lubuje się w kończeniu poszczególnych rozdziałów zaskakującym zwrotem akcji. Azaliż jest to prawda. Jednak o ile w przypadku poprzednich tomów autor dawał swym czytelnikom i bohaterom chwilę wytchnienie, to w „Zerwie” nie tylko fabuła gna na łeb na szyję, ale dosłownie każdy najmniejszy rozdzialik kończy się zwrotem akcji, a im bliżej końca tym te zwroty są co raz bardziej zaskakujące. Wszak gdy poznajemy odpowiedź na poszczególne wątki pojawiają się następne, lecz autor robi to w sposób systematyczny, pozwalając czytelnikowi na orientację w fabule. Jednakże pod względem pojawiających się znaków zapytania jest to najbardziej enigmatyczny tom.

W dużej mierze cały cykl jest walką miedzy Wiktorem Forstem a złem otaczającego go świata, uosobionym w postaci Bestii z Giewontu. Historia Bestii oraz Olgi Szrebskiej, miłości Forsta, wydawać by się mogło, że zakończyła się wraz z tomem trzecim, lecz w „Zerwie” autor czyni wielki powrót, lecz czy aby na pewno?. Remigiusz Mróz tak często przenicowuje nasze przemyślenia, że gdy domyślamy się, że ktoś wrócił lub żyje, to parę rozdziałów później autor zasiewa w nas ziarno zwątpienia. I tak przez całą powieść nie wiemy, czy wrócił, czy też nie, czy żyje, czy też nie. Autor nie czyni tego tylko wobec jedynie głównych postaci, ale również kilku pobocznych. Wywołuje to taki mętlik i dezorientację, że wydźwięk zakończenia jest jeszcze bardziej zaskakujący. Na szczęście Remigiusz Mróz zamyka wszelkie wątki, wyjaśnia niedopowiedzenia i udziela odpowiedzi na najważniejsze pytania.

Ewidentnie widać, że Remigiusz Mróz nie jest konserwatywnym pisarzem, którego bohaterowie nie wychodzą po za ramy danego cyklu. Widać, że tworzone przez niego uniwersum tworzy całość, składającą się z poszczególnych cykli. Dlatego też bohaterowie jednego cyklu mogą odgrywać epizodyczne role w poszczególnych tomach innego cyklu. Nie inaczej jest w przypadku „Zerwy”, lecz tym razem udział postaci z innego cyklu jest o wiele większy niż epizodyczny. Jaka to postać? Tego, drodzy współczytelnicy wam nie zdradzę.

Przede wszystkim cykl z udziałem Wiktora Forsta należy traktować nie co z przymrużeniem oka jako swego rodzaju pastisz powieści sensacyjnych. Konwencja tego cyklu pozwala na dużą swobodę w kreacji świata przedstawionego i autor z tej możliwości w pełni korzysta. Dodatkowo okraszając to wszystko czarnym humorem głównego bohatera. Dlatego nader dziwne wydają się utyskiwania niektórych czytelników nad realizmem powieści. Autor od samego początku nie ukrywał, że będzie naginał realizm na rzecz dostarczenia czytelniczej rozrywki, więc może dziwić brnięcie w kolejne tomy z nastawieniem jedynie na doszukiwanie się mankamentów. Toż to wówczas czytelnicza katorga.

Podsumowując, fascynująca analiza ludzkich zachowań w sytuacjach ekstremalnych oraz moc porywającej akcji i wielkiej przygody – oto, co wypełnia karty książki, która na koniec funduje nam świetną lekturę. „Zerwa”, to ze wszech miar udane zwieńczenie cyklu o komisarzu Forście. Wszak cykl definitywnie dobiegł końca, lecz Wiktor Forst nie da o sobie zapomnieć.

pokaż więcej

 
2018-10-28 18:03:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Posiadam

Uśpione piękno

Nikt nie zaprzeczy, że Stephen King jest jednym z filarów współczesnej literatury. Nie tylko osiągnął pewien wybitny poziom, gdzie próżno szukać kogoś kto nie słyszałby jego nazwiska, lecz ma możliwość tworzenia tego czego chce. Owszem każdy autor tworzy to co mu przyniesie wyobraźnia, lecz większość z nich porusza się w ramach pewnej konwencji, wobec której tworzą bądź...
Uśpione piękno

Nikt nie zaprzeczy, że Stephen King jest jednym z filarów współczesnej literatury. Nie tylko osiągnął pewien wybitny poziom, gdzie próżno szukać kogoś kto nie słyszałby jego nazwiska, lecz ma możliwość tworzenia tego czego chce. Owszem każdy autor tworzy to co mu przyniesie wyobraźnia, lecz większość z nich porusza się w ramach pewnej konwencji, wobec której tworzą bądź też zostali zaszufladkowani przez czytelników. Stephen King dzięki swej renomie już dawno wyszedł poza ramy „króla grozy”, zwłaszcza widoczne jest to w ostatnich latach, gdzie eksperymentował skłaniając się albo w stronę refleksyjnych powieści bądź też detektywistycznych. Nie oznacza to jednak, że autor z Maine nie lubi powracać do tego co znane w jego twórczości.

Historia rozgrywająca się w małym miasteczku, której bohaterami są wiarygodnie przedstawieni, różnorodni mieszkańcy pełni przywar, postawieni do tego w niemożliwej sytuacji, jest typem opowieści, które Stephenowi Kingowi wychodzą najlepiej. Owszem, drodzy współczytelnicy możecie powiedzieć, że na okładce jest Kingów dwóch. Jednego z synów Kinga znamy. Joe Hill, bo tak brzmi jego pseudonim, wyrobił swoją markę, własny styl, być może nie jest literacką kopią swego ojca, lecz tak jak on rozgościł się w literaturze grozy. Natomiast o Owenie mogliśmy mało słyszeć, bądź też wcale, gdyż mało wydał, a w Polsce jego książek nie uświadczyliśmy. Sama zapowiedź ich wspólnej powieści wywołała nie lada zamieszanie w świecie czytelników, a na usta cisnęło się pytanie jak pisze ten drugi King? Cóż, drodzy współczytelnicy, po przeczytaniu „Śpiących królewien” zobaczycie , że jest to bardzo spójna powieść, jakby wyszła spod pióra jednego autora. Co nasuwa jeden wniosek, otóż literacka spuścizna Stephena Kinga nie zaginie, gdyż ma on nie jednego a już dwóch godnych następców.

„Śpiące królewny” zapoczątkował pomysł Owena Kinga, który uznał, że to temat pasujący do jego ojca. Jednak ich współpraca była tak pełna, że na próżno możemy doszukiwać się fragmentów, które zostały stworzone przez ojca, a które przez syna. Jednak to pomysł Owena skłonił ojca do powrotu na stare śmieci. Sam motyw śpiączki i wynikające z tego rozmaite sytuacje w świecie mężczyzn to bardzo ciekawy i obiecujący pomysł, szczególnie, że akcja długiej powieści rozgrywa się w zamkniętej, małomiasteczkowej społeczności a to coś za co tak wielu uwielbia Kinga. Nieporozumieniem jest nazywanie tej powieści horrorem, owszem rozumiem reguły rządzące marketingiem, ale ważniejsze jest przedstawianie rzeczywistości taką jaka jest. King, zarówno ojciec i syn, zaserwowali swym czytelnikom powieść z elementami fantasy, gdzie ważniejszy jest aspekt społeczny niż tworzenie atmosfery grozy.

Witajcie w Dooling, małym, sielskim (a jakże) miasteczku, w którym każdy zna każdego. Miejscowa szeryf, po nieprzespanej nocy, jedzie na miejsce dziwnego zdarzenia. Ponoć konsultantka Avonu zabiła dwóch facetów, przy okazji rozwalając ścianę przyczepy głową jednego z nich. Lila szybko znajduje kobietę, która pasuje do rysopisu. Jednak wyciągniecie z niej jakichkolwiek informacji okazuje się zadaniem nie do wykonania, gdyż Evie zdaje się żyć w zupełnie innym świecie. Szybko trafia do więzienia dla kobiet, pod opiekę tamtejszego psychiatry. Na razie nikt nie łączy tego wydarzenia z epidemią Aurory - śpiączką dotykającą tylko kobiety. Jednak niebawem wszystko się zmieni.

Kingowi nieraz udało się zamienić banalną fabułę w prawdziwy majstersztyk. Tym razem, łącząc siły ze swoim synem, stworzył solidną, choć niepowalającą powieść, w której na pierwszy plan wysuwa się nie historia, nie postaci, nawet nie język, który stanowi siłę utworów mistrza grozy, lecz problem społeczny, niezwykle aktualny i palący. Zdołali bowiem pokazać jednocześnie świat bez kobiet i świat bez mężczyzn. Możecie zgadywać, który z nich zaczął się rozpadać, trawiony bezsensownymi walkami.

Typowo dla Kinga seniora, akcja umieszczona jest w niewielkim mieście, powoli zaznajamiani jesteśmy z jego mieszkańcami, przeskakując z osoby na osobę. Osób tych jest sporo, co niektórym może przeszkadzać, gdyż autorzy mnożą je nieustraszenie i ciężko spamiętać ich imiona i funkcje. „Śpiące królewny” pod względem schematu porównuje się do „Pod kopułą”. W obydwu tych powieściach mamy rzesze postaci, z których z czasem zostaje główna czołówka. Zarówno w jednej i drugiej powieści małomiasteczkowa społeczność zostaje skonfrontowana z czymś irracjonalnym, niemożliwym i umykającym logicznemu myśleniu, a to Kingowi wychodzi najlepiej. Jak widać, od teraz dwóm.

Autorzy tajemnice wyjawiają nieśpiesznie, dawkują je stopniowo, czasem grając nam na nosie, ale nigdy nie zwlekając z wyjawieniem prawdy na tyle długo, by stało się to irytujące. Na szczęście sekretów jest sporo, więc gdy dowiadujemy się jednej rzeczy, pojawia się zaraz następna, która może nas zaciekawić i pobudzić do dalszego przewracania stron. Akcja nie pędzi, lecz zmierza do końca na tyle szybko, by czytelnik nie czuł się znużony. Poza tym autorzy pokazują sytuację z punktu widzenia różnych bohaterów, a dzięki temu tworzą wrażenie ciągłego ruchu. Nie można jednak powiedzieć, by działo się tam wiele. Ponad 300 pierwszych stron to przedstawienie bohaterów i zarysowanie dziwnej sytuacji kobiet, wprowadzenie atmosfery rosnącego niepokoju. Ostatnia jedna czwarta powieści silnie przykuwa uwagę, akcja nabiera rumieńców prowadząc do ostatecznej konfrontacji, która częściowo bywa lekkomyślna.

Głównym tematem powieści jest rola kobiet w społeczeństwie, ich pozycja oraz relacje z mężczyznami i wspólne koegzystowanie obu płci. Kingowie pochylili się bardzo mocno przede wszystkim na złym traktowaniu kobiet przez mężczyzn, ich uprzedmiotowieniu, obniżaniu ich roli i wartości. Uwypuklono też mocno seksualne podejście mężczyzn do kobiet. Ale trzeba zaznaczyć, że pomimo że Kingowie bardzo mocno napiętnują tutaj mężczyzn, można powiedzieć, że czasami idą aż w skrajności, to jednocześnie wcale nie robią z kobiet niewiniątek, słabych ofiar ciemiężonych przez silniejszą, okrutniejszą i bardziej zepsutą płeć. Tutaj nie ma podziału na białe i czarne, na dobro i zło. Wszystkie postacie niezależnie od płci nie są tylko dobre lub tylko złe.

Jedną z najczęściej wymienianych zalet Stephena Kinga była fantastyczna umiejętność tworzenia bohaterów. Bohaterowie zawsze byli niezwykle wyraziści, ciekawi, charakterystyczni, z bogatą przeszłością. Często stawali się bardzo bliscy lub budzili skrajne emocje. Stephen i Owen mimo tego, że osadzili akcję w małym miasteczku, że znaczna część akcji rozgrywa się tylko w więzieniu to wprowadzili zbyt dużo postaci. I co ogromnie zaskakujące wszystkie one stoją w jednym, długim szeregu. Nikt tutaj nie wyróżnia się niczym szczególnym, nikt tutaj nie jest bardziej lub mniej ważny, nikt nie jest osobą, z którą można się zżyć. Chociaż wydarzenia po wielkim finale nadają lekkiej wyrazistości niektórym nijakim bohaterom We wspomnianej już „Pod kopułą” także mieliśmy mnogość bohaterów a jednak byli oni bardzo charakterystyczni, każdy był po prostu kimś. W przypadku „Śpiących królewien” to najbardziej rzucający się w oczy mankament.

Podsumowując, baśniowa nuta nadaje fabule świeżego rysu, który odróżnia ją od podobnych apokaliptycznych wizji. Owszem, świat bez kobiet zaprezentowany przez Kingów jest przerażający, zmierzający prosto ku zagładzie. Powieść ma swoje słabości, ale jest to porządna lektura, napisana po mistrzowsku, poruszająca istotny temat w nietypowy sposób.

pokaż więcej

 
2018-10-15 17:30:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Maggie O'Dell (tom 0.5)

Kryminalne aperitife

Czasami warto zacząć od początku. Chyba tak na wstępie można podsumować „Przedsmak zła” , powieść stanowiącą początek przygód Maggie O’Dell w świecie psychopatycznych morderców. Alex Kava dała się poznać jako autorka wciągających, mrocznych oraz enigmatycznych thrillerów psychologicznych. Owszem tak w istocie było w przypadku jej pierwszych powieści z cyklu o...
Kryminalne aperitife

Czasami warto zacząć od początku. Chyba tak na wstępie można podsumować „Przedsmak zła” , powieść stanowiącą początek przygód Maggie O’Dell w świecie psychopatycznych morderców. Alex Kava dała się poznać jako autorka wciągających, mrocznych oraz enigmatycznych thrillerów psychologicznych. Owszem tak w istocie było w przypadku jej pierwszych powieści z cyklu o Maggie O’Dell. Jednakże w miarę upływu lat autorka bardziej brnęła w kierunku sensacji niż thrillera i co tu dużo ukrywać poziom jej kolejnych książek w najlepszej ocenie był przeciętny. Wyjściem z tak patowej sytuacji miało być rozpoczęcie nowego cyklu z udziałem Rydera Creeda, który w ogólnej mierze również przeszedł bez echa. Wydawać by się mogło, że wena autorki gdzieś przepadła, lecz w „Przedsmaku zła” Alex Kava wraca do korzeni i efektywnie jej się to udało. Powieść początek całej historii swą stylistyką, atmosferą oraz podłożem psychologicznym nawiązuje poziomem do pierwszych powieści autorki, które pokochały miliony czytelników.

Często zdarza się w cyklach kryminalnych, że główny bohater ma swego antagonistę. Ucieleśnienie wszelkiego zła oraz dokładne przeciwieństwo wiodącej postaci. Zazwyczaj rozgrywka miedzy nimi jest motorem napędowym nie tylko jednej, a nawet kilku powieści, aż do ostatecznego końca ich wzajemnej rozgrywki. Takie tworzenie pary złożonej z protagonisty oraz antagonisty z jednej strony stwarza warunki do napędzania fabuły w kolejnych tomach, z drugiej strony wymusza na czytelnikach sięganie po kolejne powieści by móc dowiedzieć się jak to się wszystko zakończy.

W przypadku cyklu stworzonego przez Alex Kavę również taki antagonista występuje. Albert Stucky – wyrachowany, mroczny i piekielny umysł, który dokonywał bestialskich zbrodni. Jednakże w odróżnieniu do innych podobnych tematycznie cykli, ten stworzony przez Alex Kavę nie prezentował nam początków pierwszego kontaktu miedzy Maggie O’Dell a Albertem Stuckym. Począwszy od pierwszego tomu obserwowaliśmy jedynie ich dalsze starcia w mniejszym lub większym stopniu. Jednak nie mieliśmy szansy poznać początków ich konfrontacji. Jedynie na podstawie urywków umieszczonych w poszczególnych tomach mieliśmy fragmentaryczny obraz początków kariery Maggie O’Dell. Aż do teraz. Cóż, Alex Kava długo kazała czekać swym czytelnikom na pełnoprawną powieść o początkach całej tej historii. Jednak warto było czekać.

Maggie O’Dell, początkująca agenta FBI do tej pory wnikała w umysły morderców z biurka swojego pokoju. Bohaterka po raz pierwszy wyrusza do pracy w terenie, gdzie ma za zadanie stworzyć profil człowieka, przez którego giną kolejne ofiary. Nieoczekiwanie jednak, zabójca zaczyna interesować się agentką i rozpoczyna z nią śmiertelną grę.

Albert Stucky, czyli powieściowy psychopata-zabójca to postać, która potrafi wywołać przerażenie oraz obrzydzenie jednocześnie. Alex Kava w stylu dobrze znanym czytelnikom jej książek, przedstawia umysł seryjnego zabójcy, którego wypaczona psychika, niszczy i unicestwia ludzkie życia. Swoiste polowanie na swoje ofiary, zostawianie na miejscu zbrodni części ciał innych osób i to przerażające opanowanie mordercy, potrafią pobudzić wyobraźnię. Autorka w pełnej krasie ukazała mroczną stronę ludzkiej natury, której okrucieństwo budzi strach a zarazem fascynację.

„Przedsmak zła” uważany jest za prequel „Dotyku zła”, czyli książki rozpoczynającej całą serię z Maggie O’Dell w roli głównej. Jednakże wprawdzie w związku ze swą stylistyką, cechami nawiązującymi do świetnych pierwszych tomów oraz przede wszystkim historią-początkiem całej serii, spokojnie może być uważany za pierwszy tom, poniekąd spychając „Dotyk zła” na drugie miejsce. W przypadku nowych czytelników, „Przedsmak zła” stanowi świetne rozpoczęcie cyklu z Maggie O’Dell w roli głównej, bowiem jest napięcie, jest wartka akcja i świetnie wykreowana kreacja psychologiczna mordercy, która za pomocą narracji pierwszoosobowej, jeszcze bardziej wydaje się realna. W przypadku stałych czytelników autorka stanęła przed nie lada wyzwaniem, bowiem jak tchnąć coś świeżego, a tym samym zachwycić czytelników wydarzeniami, których przebieg poniekąd znanym z fragmentów poszczególnych tomów?

Ciekawie czyta się o czymś co tak na prawdę gdzieś się już czytało, ale tym razem w pełnej okazałości. Poprzez fascynację jednej ze stron, główną bohaterkę łączy pewnego rodzaju więź z antagonistą, co skutkuje, że czytelnik jeszcze bardziej chce się zagłębić w to co dzieje się w umysłach poszczególnych bohaterów. Wprawdzie stali czytelnicy znają ostateczny finał całej historii, lecz autorce udało się kilka razy zaskoczyć niespodziewanymi zwrotami akcji oraz mrożącymi krew w żyłach scenami , które nie pozawalają na nudę podczas lektury. Gratką dla stałych czytelników stanowi również obserwacja życia prywatnego bohaterki, możliwość obserwacji jaka była zanim kolejne zbrodnie odcisnęły na niej swe piętno. Po za tym fajnie było zaobserwować Maggie O’Dell na początku swej kariery zawodowej, jej pierwsze śledztwo w terenie, pierwsze prawdziwe niebezpieczeństwo oraz pierwszy strach.

Podsumowując, świetny thriller psychologiczny stanowiący preludium do całej serii o Maggie O’Dell pozwoli stałym czytelnikom poszerzyć wiedzę o początkach pracy głównej bohaterki oraz jej konfrontacji z wysublimowanym przeciwnikiem a w przypadku nowych czytelników będzie stanowić idealne wprowadzenie do całego cyklu. Smaczne rozpoczęcie uczty serwowanej prze Alex Kavę.

pokaż więcej

 
2018-10-12 18:50:34
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Myron Bolitar (tom 9)

Paryskie tajemnice

Harlana Cobena żadnemu, szanującemu się czytelnikowi, przedstawiać nie trzeba. Autor wielu powieści, w których lekki styl, zawiłe intrygi, dynamiczne tempo akcji oraz czarny humor zaskarbiły rzesze czytelników. Coben nie tworzy wysublimowanych thrillerów, gdzie intryga osiąga górne poziomy zawiłości, czy też każdy szczegół jest istotny, nie tworzy też psychologicznie...
Paryskie tajemnice

Harlana Cobena żadnemu, szanującemu się czytelnikowi, przedstawiać nie trzeba. Autor wielu powieści, w których lekki styl, zawiłe intrygi, dynamiczne tempo akcji oraz czarny humor zaskarbiły rzesze czytelników. Coben nie tworzy wysublimowanych thrillerów, gdzie intryga osiąga górne poziomy zawiłości, czy też każdy szczegół jest istotny, nie tworzy też psychologicznie zawiłych powieści, gdzie czynnik ludzki odgrywa kluczową rolę, również poziom bestialstwa, czy też okropieństwa nie jest wyznacznikiem jego stylu. Można zadać sobie pytanie, co właściwie wyróżnia powieści Cobena wśród innych, jeśli nie wyżej wymienione czynniki? Oczywistą odpowiedzią wydaje się lekki styl, lecz chyba nie do końca byłaby to prawda. Chyba kwestia tkwi w tym, że autor po trochu korzysta z wyżej wymienionych czynników, łagodząc je na swój sposób przez co dociera do szerszego grona czytelników.

Powieści Cobena spełniają fundamentalną rolę, otóż dostarczają rozrywki. Owszem być może nie pozostają długo w naszej pamięci, lecz na daną chwilę świetnie umilają nasz wolny czas. W pewnym sensie Harlana Cobena można nazwać pionierem w podejściu do thrillera, a raczej jego odbioru. Sam thriller w swej naturze powinien być ciężki, mroczny oraz enigmatyczny. Ale czy musi być poważny? Powieści Cobena pokazują, że nie. Duża dawka humoru, czasami czarnego, zwłaszcza w cyklu z Myronem Bolitarem uświadamia nas, że thriller w gruncie rzeczy może być również zabawny. Rozrywkowość powieści Cobena sprawia, że pokochały go rzesze czytelników i mimo czasami słabych pozycji, większość i tak czeka na kolejne książki z pod jego pióra. Po prostu mają w sobie coś magnetycznego.

Ciężko jest oprzeć się dawnej kochance. Wie o tym Myron Bolitar, kiedy nad ranem odbiera telefon i słyszy słowa: „Przyjedź do Paryża”. Czy obietnica namiętnego weekendu jest całkiem bezinteresowna? Terese skrywa sekret, którego ujawnienie zmieni nie tylko ich dwoje, ale także losy całego świata.

Przywiązanie czytelnika do danego autora tudzież stworzonego przez niego bohatera odgrywa kluczową rolę w procesie czytania kolejnych powieści autora. Były sportowiec, agent śledczy, a obecnie agent sportowy i detektyw-amator, czyli Myron Bolitar, główna postać cyklu z jego udziałem. Cięte dialogi, świetne riposty, a do tego ostry umysł oraz charyzma przykuły uwagę czytelników do tej postaci. Owszem książka książce nie równa i również w tym cyklu zdarzały się pozycje bardzo słabe. Cóż, z Cobenem jest tak że na część słabych, czasami dobrych powieści przypada ta jedna bardzo dobra. Sam proces zastanawiania się oraz oczekiwania czy kolejna powieść autora dołączy do grona tych nielicznych bardzo dobrych, ma w sobie coś pociągającego. Śmiało można powiedzieć, że „Zaginiona” jak najbardziej powinna znaleźć się w tym zacnym gronie.

W przypadku „Zaginionej” mamy do czynienia z pełnoprawną sensacją niż thrillerem. Zaskakujące wątki, nieoczekiwane zwroty akcji, do tego nuta tajemniczości oraz niesamowici bohaterowie sprawilają, że powieść jest wciągająca i intrygująca. W utworach tego autora często spotykamy się z nierozwiązanymi sprawami z przeszłości, tak było i w tym wypadku. Jednym słowem klucz do rozwiązania zagadki, znajduje się w przeszłości, a bohaterowie muszę zewrzeć szyki by móc go odnaleźć. Owszem wszystkie te elementy można było znaleźć w poprzednich powieściach autora. Jednak Harlan Coben wprowadza kilka nowych rzeczy, które wyłapią stali czytelnicy. Fabuła nie orientuje się wokół danej dziedziny sportu, jak to miało miejsce w początkowych pozycjach. Akcja ściśle związana jest z życiem osobistym bohaterów, a nie dotyczy obcych osób. Większa orientacja na rozwikłanie przeszłych wydarzeń niż znalezieniu sprawcy. Trzymając się nomenklatury kolejowej dynamizm wydarzeń w „Zaginionej” w porównaniu do poprzednich powieści autora można porównać do japońskich szybkich kolei. Akcja nie pędzi, nie gna lecz leci z prędkością światła, dzięki czemu książki się nie czyta, lecz pochłania.

Nie da się nie wspomnieć o komicznych dialogach. Sarkastyczne zwroty w połączeniu z błyskotliwością i mądrością bohaterów to element, którego nie mogłoby zabraknąć. Żarty i ironiczne powiedzonka, czasami w nieadekwatnych sytuacjach, nie raz wywołają uśmiech na twarzy czytelnika.

W miarę zbliżania się do końca powieści zauważymy, że zaczyna przybierać ona formę bardziej globalną. Coben tak jak każdy z nas jest obserwatorem otaczającego świata, więc nie powinno nas dziwić, że inspiracje oraz własne przemyślenia pochodzące z tych obserwacji przemyca do swych powieści. „Zaginiona” porusza temat terroryzmu. Żyjemy w smutnych czasach, gdzie mało jest miejsc uznawanych za w pełni bezpieczne. Przeraża fakt, że ludzie potrafią tak pogrążyć się w jakiejś ideologii, często prowadząc do fanatyzmu. Wynika to z prostego faktu, że każdy chce mieć monopol na prawdę, a wystarczy sobie uświadomić, że prawda jest pojęciem względnym. Żeby każdy żył według zasady – żyj tak jak chcesz i pozwól żyć innym – świat może byłby lepszy.

Podsumowując, spójna, zrozumiała, dynamiczna i sensacyjna fabuła. Nieoczekiwany kierunek zakończenia, w pełni zrealizowany rozrywkowy charakter książki. Lekki, humorystyczny styl, bardzo szybka możliwość przeczytania to tylko niektóre elementy doborowej powieści w dorobku autora.

pokaż więcej

 
2018-10-07 16:24:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Niezwykła sieć powiązań

Jeszcze parę lat temu, jeśli ktoś powiedziałby, że prym wśród najczęściej czytanych pozycji zajmie książka o drzewach to na nie jednej twarzy ukazałby się wyraz konsternacji. „Sekretne życie drzew” było przełomem, który otworzył szeroko drzwi dla tzw. książek przyrodniczych. To nie tak, że wcześniej one nie istniały, lecz nie niosły w sobie takiej dawki rozgłosu....
Niezwykła sieć powiązań

Jeszcze parę lat temu, jeśli ktoś powiedziałby, że prym wśród najczęściej czytanych pozycji zajmie książka o drzewach to na nie jednej twarzy ukazałby się wyraz konsternacji. „Sekretne życie drzew” było przełomem, który otworzył szeroko drzwi dla tzw. książek przyrodniczych. To nie tak, że wcześniej one nie istniały, lecz nie niosły w sobie takiej dawki rozgłosu. Sukces „Sekretnego życia drzew” nie tylko tkwił w wielu ciekawostkach rozsianych na każdej stronie, lecz w wywróceniu naszego myślenia o drzewach o sto osiemdziesiąt stopni. W dużej mierze zależny był on od autora leśnika - pasjonaty, który całe życie poświęcił przyrodzie. To co wyróżnia książki Petera Wohllebena to nie tylko umiejętność wyjaśniania skomplikowanych procesów w prosty sposób, czy też łączenie języka nauki z codziennym, dzięki czemu dociera do szerszego grona odbiorców, lecz spora dawka emocjonalna. Czytając kolejne książki autora dosłownie czujemy potężną dawkę emocji z jakimi chce się podzielić człowiek, którego urzekła przyroda, a tym samym pośrednio wpłynąć na odbiór czytelnika.

Obecnie książki przyrodnicze przeżywają swój renesans, również dzięki Peterowi Wohllebenowi. I słusznie, gdyż człowiek w swej ingerencji poszedł o krok za daleko. Póki istnieje jeszcze szansa, możemy z tej drogi zawrócić, bo nie tylko chodzi o fakt, że przyszłe pokolenia też powinny cieszyć się dobrodziejstwami natury tak jak my, ale z bardzo prostej przyczyny, gdy raz coś zostanie utracone nigdy już nie powróci. Aby móc zawrócić z destrukcyjnej drogi musi wzrosną świadomość ekologiczna, gdzie wiedza potoczna jest niewystarczająca, a nawet miejscami błędna, przez co często funkcjonują błędne mity a pokutuje przyroda. Takim punktem w wyrabianiu innego spojrzenia na świat flory i fauny są chociażby pozycje autorstwa Petera Wohllebena.

Kiedy czytamy książki Petera Wohllebena, wiemy, że jest to człowiek, który kocha przyrodę i który chce ją chronić. Mówi nam, jak jest niezwykła i jak podobna do nas. Opowiada o tym, że bez niej, człowiek nie istnieje i nie będzie istniał. W swej kolejnej pozycji autor przybliża nam niezwykłą sieć pozwiązań, która charakteryzuje każdy ekosystem. O ile w swych poprzednich książkach skupiał się albo na drzewach („Sekretne życie drzew”), albo na zwierzętach („Duchowe życie zwierząt”) to w przypadku „Nieznanych więzi natury” jak sama nazwa wskazuje skupia się na wzajemnych relacjach pomiędzy poszczególny gatunkami, co może wywierać bardzo zaskakujący wpływ nie tylko na nie same ale również na całą naturę.

Autor udowadnia nam, że las jest organizmem, który działa dobrze tylko wtedy, kiedy wszystkie elementy, które go budują, są obecne. Zarówno kornik jak i wilk, a nawet pojedyncza bakteria, czy grzyb, wszystkie te organizmy wspólnie budują leśny ekosystem. Jakby tego było mało, mogą istnieć tylko i wyłącznie wzajemnie od siebie współzależąc. Tak jak sam autor pisze we wstępie, naturę można porównać do mechanicznego zegarka, który składa się poszczególnych zależnych od siebie części. Tak samo w przyrodzie każdy gatunek jest składową ekosystemu, natomiast próby eliminacji lub wdrożenia czegoś nowego kończą się tak samo jak próby naprawy mechanizmu zegara przez amatora, czyli kompletnym fiaskiem. Petera Wohlleben walczy z mitem szkodliwości danych gatunków, argumentując to w prosty sposób. Otóż, jeśli dany gatunek naprawdę byłby szkodliwy i zbędny, natura w drodze ewolucji sama by go wyeliminowała. Autor próbuje uzmysłowić czytelnikom, że lepiej należy doszukiwać się praprzyczyn zaistniałych niekorzystnych sytuacji, które mogą być odległe zarówno w czasie i przestrzeni, a których u podstaw często znajduje się człowiek. Autor daje prostą receptę – tak jak precyzyjne skonstruowany zegar nie wymaga interwencji, tak przyroda również zbytnio nie wymaga naszej angażacji. Chyba warto zaufać naturalnemu mechanizmowi, które trwa od milionów lat i nadal funkcjonuje.

Większość rozdziałów „Nieznanych więzi natury” ma podobną strukturę, czyli autor szokuje na początku czytelników niezwykłym, a nawet na pierwszy rzut oka absurdalnym powiązaniem, by móc następnie wraz z kolejnymi stronami objaśniać krok po kroku kolejne zależności, które doprowadziły do tak śmiałej początkowej tezy. Autor oprócz wyjaśniania tych zależności czyni częste dygresje, wtrącając ciekawostki przyrodnicze dotyczące poszczególnych gatunków, ale również własne przemyślenia odnośnie ochrony przyrody i kierunków w jaką stronę powinna przebiegać. Wpływ wilków na drzewa, dżdżownic na liczebność dzików, obecność łososi w drzewach, czy wpływ żurawi na produkcję szynki w Hiszpanii to tylko niektóre zależności, które są same w sobie szokujące i zmuszają czytelnika by z nimi się zapoznać. Natomiast, gdy autor przedstawi nam krok po kroku jak do takich powiązań doszło, pozostaje nam niedowierzanie, że byliśmy zdziwieni z tak prostych i logicznych relacji między gatunkami.

Jednakże, żeby być sprawiedliwym, nie wszystkie rozdziały są tak szokujące, jak chociażby te przez mnie wymienione. Może wynika to z faktu, że im bliżej końca książki, tym autor nie przytacza tak spektakularnych powiązań, bądź też stracił swój początkowy impet. Owszem każdy znajdzie coś dla siebie, lecz ten ogólny trend jest widoczny. Pogłębia go fakt, że autor czasami przytacza te same informacje co w swych poprzednich książkach, co dla nowych czytelników jest nieistotne a dla tych, którzy przeczytali poprzednie pozycje staje się mankamentem. Ileż to można czytać o podróży autora do Laponii i Norwegii i jego obserwacjach, czy stwierdzeniu, że świerk jest gościem w naszych lasach, czy też ciągle o tych bukach. Osoba zarażona pasją oraz pełna miłości do tego co robi, może nie zauważać, że zaczyna powtarzać to samo, lecz gdzie byli pierwsi recenzenci, redaktorzy a wreszcie wydawnictwo, które takich powtórzeń nie wyłapało. Chyba to jest największy mankament tej książki, nie częsty, ale jednak.

Piękne fotografie autorstwa Grzegorza Leśniewskiego oraz Krzysztofa Onikijuka są miłym uzupełnieniem książki. Większość fotografii dostosowana do tematyki danego rozdziału pokazuje nie tylko piękno polskiej przyrody, ale są również są ucztą wizualną dla naszych zmysłów. Warto poświęcić im chwilę, by nie tylko nacieszyć zmysły, ale zrozumieć, że w otaczającej nas przyrodzie tkwi dzikość i piękno, które warto zobaczyć na własne oczy a wystarczy zrobić jeden krok.

Podsumowując, mimo występujących powtórzeń znanych wcześniej informacji, warto sięgnąć po książkę tego niezwykłego leśnika, człowieka, obrońcy przyrody, który w taki niezwykły sposób próbuje zwrócić uwagę świata na jej problemy i potrzebę ochrony środowiska naturalnego, które jest domem nie tylko dla niego, ale także dla nas wszystkich.

pokaż więcej

 
2018-10-03 19:53:02
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Ulubione
Cykl: Harda (tom 2)

Więcej niż królowa

O tym, że w suche fakty historyczne można tchnąć fabularnego ducha, przekonała nas Elżbieta Cherezińska. Autorkę często określa się mianem polskiej królowej powieści historycznej, która dość szybko zasiadła na owym tronie i bynajmniej nie zamierza z niego ustąpić. Mogą podnieść się głosy, zwłaszcza wśród historycznych purystów, dla których w książkach liczą się...
Więcej niż królowa

O tym, że w suche fakty historyczne można tchnąć fabularnego ducha, przekonała nas Elżbieta Cherezińska. Autorkę często określa się mianem polskiej królowej powieści historycznej, która dość szybko zasiadła na owym tronie i bynajmniej nie zamierza z niego ustąpić. Mogą podnieść się głosy, zwłaszcza wśród historycznych purystów, dla których w książkach liczą się jedynie potwierdzone dane, że powieści pani Cherezińskiej znajdują się w obrębie historii, a niej w jej centrum. Owszem autorka pisze o tych faktach, które są znane, lecz białe karty historii wypełnia własnymi domysłami. Jednak większość czytelników doceni nie tylko styl, ale ogrom pracy jaki włożyła autorka w stworzeniu każdego swego dzieła. Nie ma się zresztą czemu dziwić, autorka nie dość, że w dużym stopniu opanowała plastyczność słowa, wyrobiła sobie styl, to w dodatku w swych dziełach odkopuje często zapomniane, przemilczane relikty przeszłości.

Drodzy współczytelnicy, nie sztuką jest napisanie kolejnej powieści historycznej o wydarzeniach, które zostały dobrze udokumentowane, lecz o takich, gdzie więcej nie wiemy niż wiemy. Jeśli dodatkowo autor czyni swe domysły wielce prawdopodobne co do przebiegu zapomnianych zdarzeń to wówczas śmiało możemy mówić o świetnej powieści bez względu na jej formę. To co muszą przyznać zarówno zwolennicy i przeciwnicy twórczości Cherezińskiej to fakt, że w pewien sposób wymusza fascynację danym okresem historycznym, bo nie znając historii nie możemy myśleć o przyszłości.

Fabuła ,,Królowej” pokazuje nam kolejne etapy życia siostry Bolesława Chrobrego, której nie omijają cierpienia, troski, zdrady, ale też chwile szczęścia i dumy z osiągnięć synów. Wraz z główną bohaterką podróżujemy kolejno z Północy z powrotem do Polski, by potem pożeglować aż do średniowiecznej Anglii.

Sama książka składa się z trzech części, które odpowiadają kolejnym etapom życia Świętosławy, Sigridy Storady, Sventoslavy, Saintslaue, Hardej Pani – jednej kobiety, o tylu twarzach. Matka, żona, kochanka... Zdradzona, upokorzona, a ostatecznie triumfująca królowa – taka właśnie wyłania się Świętosława podczas trwania akcji ,,Hardej” i „Królowej”. Cherezińska, co zresztą czyni we wstępie, cyklem „Harda” oddaje hołd tym wszystkim kobietom, nie zawsze księżniczkom, które często zostały zapomniane, a to dzięki nim historia potoczyła się tak a nie inaczej. Smutny jest fakt, że również imię siostry Bolesława Chrobrego jest domysłem, gdyż w polskich kronikach nie występuje, jedynie w skandynawskich. Po przeczytaniu „Hardej” i „Królowej” nie jeden czytelnik będzie się zastanawiał, dlaczego historia prawie zapomniała o tak barwnej postaci, która w pewien sposób tworzyła podwaliny naszej państwowości. Dzięki Bogu, Elżbieta Cherezińska swą dylogią rehabilituje kronikarzy dawnych czasów, którzy zapomnieli o tak znaczącej postaci.

„Królowa” rozpoczyna się tam, gdzie skończyła „Harda”, bezpośrednio kontynuując wątki z poprzedniej części. Autorka sprawnie radzi sobie z narracją, raczy czytelnika ciekawostkami, daje zasmakować w dynamicznych scenach walki, pojedynków, niełatwych perypetii bohaterów, a przy tym nie zapomina, że w intrydze utworu najważniejsze nierzadko okazują się, intrygujące momenty, a losy postaci często zmierzają okrężną drogą do celu. O ile oczywiście uda się im w ogóle do niego dotrzeć, bo przeszkód Cherezińska pozostawiła przed nimi wiele – i niemal co do joty, wszystkie śmiertelne. To co rzuca się w oczy to fakt, że cała dylogia opowiadana jest z perspektywy różnych postaci, z różnych kręgów kulturowych, dzięki czemu możemy obserwować ten sam fakt pod każdym możliwym kątem. Cherezińska taką narracją uzmysławia prosty fakt, że nie ma jednego punktu widzenia, wiele zdarzeń historycznych było od siebie zależnych.

Świat przedstawiony to niezwykle barwne, znakomicie i rzetelnie odtworzenie średniowiecznych realiów XI wieku. Detaliczność i dbałość o najmniejsze akcenty to znak rozpoznawczy prozy Cherezińskiej, więc w przypadku literackiego rekonstruowania nie było mowy o potraktowaniu tematu po macoszemu. Obyczajowość różnych warstw społecznych oraz rozmaitość różniących się od siebie kultur także stanowi powód do zachwytu. Autorka zarówno w „Hardej” oraz w „Królowej” odchodzi od mieszania fantasy z prawdziwymi historycznymi faktami, jak to miało miejsce w cyklu „Odrodzone Królestwo”, co było mankamentem dla oponentów twórczości autorki, a dla reszty czytelników miłym urozmaiceniem fabuły. Jednakże nie brak w „Królowej” mistycyzmu, proroctw, wizji, czy rozmów z duchami co nadaje dodatkowej aury tajemnicy, której interpretacje autorka pozostawia czytelnikom. Zarzuca się, że ostatni rozdzialik oderwany jest od rzeczywistości i zbytnio poszedł w kierunku fantasy. Moim zdaniem jest świetnym uwieńczeniem całej historii, nadając jej pewien patos, a przede wszystkim wzbudza w czytelnikach dumę, że taka osoba stała u podwalin naszego rodzącego się państwa, a tym samym była częścią naszej historii, czyli nas samych.

Owszem autorka oddaje głos różnym postaciom, nawet w środkowej części można odnieść wrażenie, że głównym bohaterem staje się Bolesław Chrobry, lecz królowa może być tylko jedna. Na pierwszym planie króluje Świętosława, mądra, bezpardonowa i zmierzająca do swych celów monarchini. Nie jest to jednak pusty portret sylwetki, rysy psychologiczne zostały tutaj wprawnie napisane – doskonale znamy skomplikowaną historię jej losów, nie obce są nam jej motywacje, pragnienia i obawy – wszystko to jest znakomicie wyjaśnione, a sama bohaterka posiada zarówno zalety, jak i wady. Co pozwala odbiorcą swoiście się z nią identyfikować. Świętosława była kimś więcej niż królową, była kobietą, która w świecie zdominowanym przez mężczyzn nie bała się zawalczyć o swoje, dzięki czemu wygrała. Korona nie czyni kogoś królem, czy królową, jedynie fakt posiadania wewnętrznej siły i majestatu, a Świętosława była przede wszystkim harda.

Podsumowując, Cherezińska utrzymuje poziom poprzedniej części i stanowi znakomity przykład tego, że kontynuacje mogą być równie dobre jak wcześniejsze tomy. Nie brak w niej ciekawych postaci historycznych, emocjonujących wydarzeń, dworskich intryg, wielkich starć oraz formowania się nowych granic państw. Wreszcie mamy okazję poznać ciekawą opowieść z czasów dynastii Piastów, a wizja Elżbiety Cherezińskiej przekonuje.

pokaż więcej

 
2018-09-26 18:04:25
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Cykl: Historia Targaryenów (tom 1.1)
 
2018-09-24 19:32:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Pomnik Cesarzowej Achai (tom 4)

Nowe perspektywy

Nie tak łatwo jest napisać porywający cykl, w którym każdy kolejny tom będzie lepszy od poprzedniego. Same stworzenie tak pochłaniającego cyklu jest nie lada wyzwaniem, które z resztą Ziemiańskiemu się udało. Często zdarza się, że wraz ze wzrostem tworzonego uniwersum, nie tylko mnoży się ilość wątków głównych, ale również pobocznych, które miejscami potrafią...
Nowe perspektywy

Nie tak łatwo jest napisać porywający cykl, w którym każdy kolejny tom będzie lepszy od poprzedniego. Same stworzenie tak pochłaniającego cyklu jest nie lada wyzwaniem, które z resztą Ziemiańskiemu się udało. Często zdarza się, że wraz ze wzrostem tworzonego uniwersum, nie tylko mnoży się ilość wątków głównych, ale również pobocznych, które miejscami potrafią przytłoczyć fabułę. Większość znanych, długich cykli powieściowych posiada chociażby jeden tom, który jest swego rodzaju wytchnieniem dla autora, a zmorą dla czytelników, gdyż zazwyczaj mało co wnosi, jedynie domykając oraz otwierając poboczne wątki. Niewątpliwie czwartą część „Pomnika cesarzowej Achai” dopadł syndrom środkowego tomu. Niby coś się dzieje, niby występują zaskakujące wydarzenia, lecz w praktyce nic istotnego nie wnoszą, a cały cykl mógłby się obyć bez takiego tomu.

Znaczna część tomu czwartego napisana jest na zasadzie „po trochu” tzn. autor po trochu opisuje wydarzenia dotyczące poszczególnych postaci, pomiędzy nimi wklepując mało istotne wydarzenia. Pierwotna struktura, czy też zamysł na tom czwarty przypomina ten z trzeciego tomu. W poprzednim tomie początkowo również mało się działo, połowa tomu opisywała głównie przygotowania do wyścigu między dwoma siłami w Wojsku Polskim do świątyni dzikich. Jednakże od połowy powieści dostaliśmy multum wydarzeń, ale przede wszystkim sporo rozwiązań głównych wątków. Autor wyjaśnił wiele kwestii dotyczących Ziemców, świątyń dzikich, czy też wreszcie sławetnego pomnika cesarzowej Achai. W przypadku tomu czwartego dopiero dwieście stron przed końcem akcja nabiera rumieńców, wydarzenia przyśpieszają, a bohaterowie wreszcie do czegoś zmierzają. Wprowadzenie nowego gracza na scenę wydarzeń, poszerzenie świata Achai, bliskość zbliżającej się wojny totalnej tchnęły nowe perspektywy w prawdopodobny rozwój wydarzeń w przyszłym tomie. Jednym słowem tom czwarty jest tomem o „spóźnionym zapłonie”, gdyż dwieście ostatnich stron żywej i interesującej akcji nie rekompensuje miałkości poprzednich pięciuset stron.

Kolejna dawka intryg, knucia, militarnego wyścigu i walki z cesarstwem trwa. Shen próbuje porwać lud, by sprzeciwił się siłom władczyni, Kai i Nuk zostają wysłane ze specjalną misją, a Tomaszewski dalej próbuje odnaleźć poszczególne elementy układanki. Do tego wszystkiego dochodzi niecny plan Randa, który namiesza w cesarstwie, a wrogów przybywa, nie tylko z tego świata …

Poszukiwania Pomnika trwają nadal i tak naprawdę nikt nie jest choć o ciut bliżej do rozwikłania jego tajemnicy. W tomie numer cztery pojawiają się wszyscy bohaterowie znani z poprzednich części, jednak poznajemy i nowych. Tak jak wspomniałem we wcześniejszym akapicie, tom czwarty można podzielić na wydarzenia opisane na pięciuset stronach oraz dwieście ostatnich, które swym dynamizmem najbardziej przykuwają uwagę. Prym w całym tomie wiodą cztery grupy osób. Shen, bawiąca się w partyzantkę, Kai i Nuk przygotowujące się do misji na słabo zbadanym kontynencie, Tomaszewski miotający się pomiędzy bohaterami, próbujący zrozumieć sens tego wszystkiego oraz Rand, próbujący wpłynąć na zmianę całego cesarstwa. Jednakże wszystko skupia się w większości na przygotowaniach, czasem budząc czytelnika większym wydarzeniem. Dopiero ostatnie dwieście stron, gdzie dominują Kai, Nuk oraz Tomaszewski oraz ich poczynania na nieznanym kontynencie, przypominają dynamiką wcześniejsze tomy. Jednym słowem – pod koniec zaczyna się coś dziać interesującego.

Akcja w tomie czwartym jest liniowa oraz przewidywalna. Bohaterowie, do tej pory dobrze napisani i skonstruowani teraz są prowadzeni po nitce, od problemu do rozwiązania. O ile w poprzednim tomie zostaliśmy dosłownie zasypani wszelkimi rewelacjami to w tym tomie strzępy informacji jakie dostajemy i którymi musimy się zadowolić są słabe. Może wynika to z mnogości wątków i ich rozbudowanej formy. Niby coś się dzieje, jednak nie tyle, by była to epicka przygoda z wielkimi niebezpieczeństwami i wielkim skarbem na końcu drogi. Owszem, Pomnik Cesarzowej gdzieś na kogoś czeka, jednak po tym tomie można odnieść wrażenie, że bohaterowie są o krok dalej od jego znalezienia.

Jest jednak jeden zasadniczy problem tą częścią. Otóż, jak już napisałem wyżej mogłoby jej nie być i nic byśmy nie stracili. Oczywiście, mamy jakieś wydarzenia, które coś odkrywają, ale są to tylko małe ochłapy, które w większym problemie nic nie znaczą. Jednakże, żeby nie było tak pesymistycznie, możemy doszukać się w tym tomie kilku pozytywów. Najciekawszy w tym wszystkim jest jednak ów świat, który żyje i skrywa jakąś potężną tajemnicę. Ziemiański umiejętnie konstruuje poszczególne etapy jego odkrywania i pokazuje, że jego bohaterom dużo brakuje, by bez problemów narysować mapę całego globu. Wprowadzenie pod koniec tomu nowego gracza na arenie, ale również całego kontynentu wprowadza nowe perspektywy na rozwój przyszłych wydarzeń, co każe czytelnikom sugerować, że zakończenie całego cyklu powinno mieć znamiona epickości. Te ostatnie dwieście stron są symptomem, że być może Andrzej Ziemiański przebudził się z letargu jaki zaserwował swym czytelnikom przez większość czwartego tomu.

Styl autora jest naprawdę lekki i przekonywujący do tego stopnia, że pokaźne, ponad 700-stronicowe tomiszcze czyta się szybko i sprawnie. Język Ziemiańskiego jest osobnym indywiduum, które zmienia się w zależności od sytuacji - na jednej stronie możemy poczytać długie i szczegółowe opisy poszczególnych krain, a nawet działań bohaterów, by na następnej przeczytać siarczysty i brutalny dialog okraszony kilkoma wulgaryzmami.

Podsumowując, czwarty tom „Pomnika cesarzowej Achai” można traktować jako przystanek w podróży do końcowego celu, czyli finału całego cyklu. Niby coś się działo, niby było o wszystkim, ale tak naprawdę o niczym istotnym, dopiero pod koniec coś drgnęło. Jeśli pochłonął nas świat Achai to każdy kolejny tom, nawet mimo swej słabości, będzie miłym powrotem do tego uniwersum. Jeśli dotarliśmy do tego etapu czytelniczej podróży, niewątpliwie sięgniemy po ostatni tom, by móc naocznie sprawdzić jak to wszystko się skończyło

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
631 419 23717
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (179)

Ulubieni autorzy (18)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (16)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd