Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Roland 
mężczyzna, Hajnówka, status: Czytelnik, ostatnio widziany 18 godzin temu
Teraz czytam
  • Nawałnica mieczy #2: Krew i złoto
    Nawałnica mieczy #2: Krew i złoto
    Autor:
    Siedem królestw rozdarła krwawa wojna, a zima zbliża się niczym rozwścieczona bestia. Ludzie z Nocnej Straży przygotowują się na spotkanie z wielkim chłodem i żywymi trupami, które mu towarzyszą. Do i...
    czytelników: 26787 | opinie: 513 | ocena: 8,51 (15948 głosów) | inne wydania: 4

Pokaż biblioteczkę
Aktywności
2017-06-23 18:45:49
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Cykl: Pieśń Lodu i Ognia (tom 3.2)
 
2017-06-23 18:37:46
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Historia pewnej pszczoły

Każde żywe stworzenie ma swe miejsce w ekosystemie. Naturalna sieć powiązań między gatunkami sprawia, że gdy jedno ogniwo cierpi lub jest blisko całkowitej eliminacji, wówczas cały łańcuch zaczyna drżeć. Co raz większą popularnością w mediach, ale nie tyko, cieszą się pszczoły, lecz bynajmniej nie wynika to z ich pożytecznej pracy, lecz tragicznego końca jaki może...
Historia pewnej pszczoły

Każde żywe stworzenie ma swe miejsce w ekosystemie. Naturalna sieć powiązań między gatunkami sprawia, że gdy jedno ogniwo cierpi lub jest blisko całkowitej eliminacji, wówczas cały łańcuch zaczyna drżeć. Co raz większą popularnością w mediach, ale nie tyko, cieszą się pszczoły, lecz bynajmniej nie wynika to z ich pożytecznej pracy, lecz tragicznego końca jaki może je czekać. Dodatkowo teoria głosząca, że gdy zginie ostatnia pszczoła, ludzkość za ileś lat czeka zagłada, swoją drogą jest błędna, lecz podsyca zainteresowanie. Człowiek sobie poradzi, lecz świat po wymarciu pszczół zmieni się niewyobrażalnie a sama egzystencja będzie utrudniona. Niewątpliwe szum wokół tych owadów jest jak najbardziej słuszny. Nie próżnują w tej kwestii także pisarze. Laline Paull wpadła na pomysł, aby akcję swej powieści umieścić w ulu, a główną bohaterką uczynić pszczołę. Porównywanie powieści „Rój” do słynnego „Folwarku zwierzęcego” jest moim zdaniem, drodzy współczytelnicy, dużym nieporozumieniem. Niniejszej powieści daleko do przypowiastki filozoficznej pełnej symboli oraz alegorii do ludzkości, bardziej trafniejszym określeniem byłoby nazwanie jej prostą powieścią sensacyjną, pełną intryg, osadzoną na fundamentach wiedzy biologicznej.

Flora 717 to twarda sztuka. Wywodząca się z rodu sprzątaczek, najniższej warstwy totalitarnej społeczności ula, dla Królowej gotowa jest na każde poświęcenie. Wychodzi cało z wewnętrznych pogromów, czystek religijnych i przerażających napaści drapieżnych os. Z każdym aktem odwagi zyskuje coraz mocniejszą pozycję, dzięki czemu poznaje ukrytych wrogów oraz mroczne tajemnice ula. Istnieje jednak coś silniejszego nad oddanie i posłuszeństwo, czyli naczelną zasadę rządzącą życiem wszystkich pszczelich sióstr. To własne dziecko …

„Podporządkowanie, Posłuszeństwo, Służba” – to często powtarzane hasło daje nam wgląd w umysły pszczół, które nie tylko nie mogą, ale także nie chcą myśleć samodzielnie. Każda z nich, przynależna do wyznaczonej z góry grupy społecznej, wykonuje jedynie zadania, do których została przeznaczona. Tak działa ul: bezrefleksyjnie, lecz perfekcyjnie. Aż do czasu, gdy pojawia się w nim realne zagrożenie – choroba czy atak z zewnątrz. Paull skupia się właśnie na tych najbardziej alarmujących wydarzeniach w życiu pszczół, by tchnąć w historię odrobinę akcji, ale także refleksji na temat opresyjnego społeczeństwa, wymagającego bezwzględnego posłuszeństwa.

W zasadzie od pierwszych stron książki czytelnik wyczuwa, do czego to wszystko zaprowadzi. Antyutopijne społeczeństwo, warstwy społeczne, wśród których jedne pszczoły są bardziej uprzywilejowane od innych, kontrola umysłów za pomocą feromonowych rytuałów i religijnych obrządków. Wszystkie zdarzenia musiały skończyć się brutalną walką o władzę w ulu. Powieść „Rój” bardziej przypomina baśń wykorzystującą motyw, wedle którego mało znacząca postać staje się niezwykłym bohaterem. Tak naprawdę balansuje na granicy powieści o wydźwięku społecznym a baśni o silnym wewnętrznym przekazie.

Skomplikowane zadanie w postaci klarownego opisania sposobu życia i struktur społecznych ula, a nawet jego budowy i tego wszystkiego, co determinuje życie pszczoły, zrealizowane zostało nieco chaotycznie. Informacje rozrzucone są po całej książce i dopiero po lekturze całej powieści można w pełni się w tym wszystkim rozeznać. Jednakże w ogólnym rozrachunku książkę czyta się dobrze, a Florę 717 nie sposób nie polubić, dodatkowo czytelnik ma szansę dowiedzieć się kilu ciekawostek z pszczelego świata.

„Rój” to taka trochę baśniowa opowieść o determinacji i odwadze przeciwstawionych strachowi, na którym opiera się cały mechanizm ula. Ul jest uporządkowany, ale ceną tego uporządkowania jest podleganie najsurowszym prawom i najbardziej dramatycznym selekcjom. Świat zewnętrzny – uosabiany przede wszystkim przez wrogów – to świat pełnej swobody, beztroski, indywidualnego buntu, zawiści i złośliwości. U Laline Paull liczą się służba i porządek. Ta barwna historia stawia przed nami jedno z najbardziej mrocznych i ponadczasowych pytań: jak wiele własnej wolności jesteśmy w stanie poświęcić dla porządku i bezpieczeństwa?

Podsumowując, powieść „Rój” pokazuje, że sama natura dostarcza scenariuszy równie mocno trzymających w napięciu. Owszem być może nie jest to arcydzieło, można doszukać kilku nieścisłości, a porównywane do „Folwarku zwierzęcego” może okazać się złudne, lecz nie zmienia to faktu, że nabywamy wiedzy o zwyczajach oraz życiu pszczół, od których zależy tak wiele. Natomiast sięgając po miód inaczej spojrzymy na produkt tysięcy, drobnych owadów.

pokaż więcej

 
2017-06-17 13:49:28
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Ulubione
Autor:

Mlecz i Chryzantema

W przypadku, gdy autor tworzy wielowątkową fabułę pełną miejsc, postaci oraz akcji a jednocześnie czyni to w sposób zrozumiały i absorbujący czytelnika to wówczas nie ma mowy by taka powieść nie zaskarbiła sobie rzesze „stałych” pożeraczy książek. Nie bez powodu powieść Kena Liu zgarnęła trzy najważniejsze nagrody z dziedziny literatury fantasy. „Królowie Dary”...
Mlecz i Chryzantema

W przypadku, gdy autor tworzy wielowątkową fabułę pełną miejsc, postaci oraz akcji a jednocześnie czyni to w sposób zrozumiały i absorbujący czytelnika to wówczas nie ma mowy by taka powieść nie zaskarbiła sobie rzesze „stałych” pożeraczy książek. Nie bez powodu powieść Kena Liu zgarnęła trzy najważniejsze nagrody z dziedziny literatury fantasy. „Królowie Dary” posiadają to co najlepsze z zakresu tejże literatury, czyli odpowiednio rozbudowany świat, odpowiednią ilość charakterystycznych postaci, fabułę, która nie pozwoli się nudzić oraz wątek główny wraz z towarzyszącymi mu wątkami pobocznymi. Świat Dary oczarowuje już od pierwszych stron i paradoksalnie wraz z ostatnią przewróconą kartką odczuwamy żal, że to już koniec powieści. Czytelnikom, którym światy Śródziemia, Westeros czy Midgaardu nie są obce, kierunek w stronę świata Dary powinien być znany.

Cwany i czarujący hulaka Kuni Garu oraz stanowczy i nieustraszony Mata Zyndu zdają się zupełnymi przeciwieństwami . Mimo to, gdy niezależnie od siebie występują przeciwko cesarzowi, szybko zawiązują się między nimi przyjaźń. Łączy ich upór w dążeniu do celu i walka ze wspólnym wrogiem. Po obaleniu władzy ich drogi rozchodzą się w dramatycznych okolicznościach. Dzielą ich wizje co do kierunku, w którym powinien zmierzać świat oraz … pojęcie sprawiedliwości.

Tak jak w każdej wielowątkowej oraz wielopoziomowej opowieści czytelnik zderzony zostaje z wizją świata zaprezentowanego przez autora. Niewątpliwie te pierwsze rozdziały są swoistym zaproszeniem do fabuły oraz momentem poukładania sobie w głowie schematu świata, jego wierzeń, organizacji oraz powiązań między bohaterami itp. Owszem w odróżnieniu do chociażby anglojęzycznych powieści o podobnej tematyce, w przypadku „Królów Dary” proces zapamiętania poszczególnych postaci może być dłuższy, ze względu na dalekowschodnio brzmiące imiona oraz nazwiska. Mi osobiście drodzy współczytelnicy, wszelkie nazwy oraz imiona w świecie Dary przywodzą na myśl język koreański. Jednakże bez względu, kto byłby autorem, cechą świetnych powieści fantasy z mnóstwem postaci jest fakt, że czytelnik nie tylko szybko orientuje się we wszelkich powiązaniach, ale przede wszystkim zżywa się z bohaterami. W przypadku „Królów Dary” ta cecha została jak najbardziej spełniona, gdyż bohaterowie zawładną umysłami czytelników. Dobrym posunięciem ze strony wydawcy było umieszczenie mapy przedstawiającej cały świat Dary oraz listę najważniejszych bohaterów oraz ich funkcji przez co można jeszcze bardziej orientować się w opisanym świecie.

Odnośnie świata Dary, realistycznie przypominałby świat z okresu naszego średniowiecza, gdzie panował feudalizm, wojny pomiędzy królami były na porządku dziennym, intrygi na dworze były normalnością a całe nieszczęścia jak zawsze spotykały najuboższych. Jednakże świat Dary przepełniony jest mistycyzmem oraz ogólnie pojętym duchem Orientu. Nie tylko pod względem nazw i imion, ale również filozofii wschodu oraz przywiązania do wartości takich jak honor czy sprawiedliwość, które nie są jedynie pustymi sloganami. Dara to również magia, lecz nie jest tak wyeksponowana jak w przypadku innych powieści, raczej jest subtelna czy to w postaci danych umiejętności, sztuki wróżenia, wizji, uzdrawiania czy władania dymem i mgłą, nie ma tu mowy o typowych zaklęciach. Świat Dary to również bogowie, którzy nie są jedynie opisywanymi, niepojętymi bytami a normalną cząstką świata. Na swój sposób ingerują w życie bohaterów, nie są tak bezstronni jak by się wydawało. Obserwacja wydarzeń z ich perspektywy pokazuje, że bytami nieśmiertelnymi targają takie same emocje oraz tak samo potrafią być małostkowi jak zwykli śmiertelnicy. Dara przypomina połączenie Westeros Martina oraz Midgaardu Grzędowicza, lecz na swój sposób jest jakże odmienna.

Drodzy współczytelnicy, w trakcie lektury „Królów Dary” nie powinniście się nudzić. Praktycznie cały czas się coś dzieje, liczba wątków jest ogromna. Owszem istnieją momenty uspokojenia fabuły, lecz autor nie pozwala na dłuższy „oddech”. Znamienitą cechą jest to, że nie mamy wrażenia chaosu wywołanego nadmierną liczbą wątków, gdyż autor płynnie przechodzi od jednego do drugiego. Jednocześnie nie zarzuca nas na raz wielką liczba wątków pobocznych, lecz rozpoczyna jedne, kończy je, a potem otwiera następne. Cechą wyróżniającą powieść „Królowie Dary” jest fakt, że pod względem liczby wątków oraz pomysłów autor spokojnie mógłby stworzyć dwie, a może nawet trzy powieści. Można byłoby napisać, że sceny batalistyczne odgrywają kluczową rolę w powieści. Owszem procentowo jest ich bardzo dużo, a niektóre są naprawdę niesamowite, lecz walka to nie wszystko. Jedynym takim minusem, jest fakt, że autor czasami chaotycznie przyśpiesza przebieg wydarzeń, żeby to tylko chodziło o te mniej ważne, to pal go licho.

Walka z tyranią, mechanizmy polityczne, braterstwo i rywalizacja zdolna obrócić wniwecz wszystko, co cenne a pośród tego dwójka naszych głównych bohaterów, którzy stanowią oś całej powieści. Kuni Garu porównywany do „mlecza” oraz Mata Zyndu porównywany do „chryzantemy”. To właśnie oni przykuwają uwagę, zaskarbiają sobie przychylność czytelników. Pochodzący z dwóch różnych światów, walczący wspólnie w imię wspólnych ideałów, lecz w pewnym momencie ich wizje kierunku zmiany świata się rozchodzą. Ich definicja sprawiedliwości zmienia się w trakcie trwania rewolucji. Wydawać by się mogło, że tylko jeden z nich jest szlachetny, niezmienny i wierny swym ideałom do końca. Wydawać by się mogło, że autor jednego z nich wywyższa, ale czy na pewno? Koniec jakże smutny, ale również pełen patosu, przesiąknięty duchem wartości zmienia nasze postrzeganie jednej z tych postaci. Nasz stosunek do jednej z nich ewoluuje, od przywiązania, pełnego naszego poparcia po chłód, postrzeganie jako wroga, by na koniec współczuć i poczuć żal, że tak to się potoczyło.

Człowiek u szczytu władzy narażony jest na pokusy, które są zdolne go zdeprawować. Jednakże jeśli ktoś był przesiąknięty jedynie chęcią władzy, to wówczas jego zachowanie po jej zdobyciu nie powinno nas dziwić. Takich postaci w świecie Dary jest wiele. Lecz zastanówmy się nad tymi, którym przyświecała idea, a osiągnęli władzę. Czy zawsze cel musi uświęcać środki? Czy wzniosłe ideały muszą zawsze nieść ze sobą pewną dozę przelanej krwi? Chyba raczej nie, zwykli ludzie marzą jedynie o spokojnym życiu. Owszem czasami trzeba przelać krew by zmienić świat, lecz nie wojna jest najtrudniejsza, lecz należyte utrzymanie zmienionego świata. Zapytajmy siebie kiedy zaczyna się deprywacja? Chyba w momencie, gdy władca przestaje się czuć jak sługa swych poddanych. Najsmutniejszym momentem całej powieści jest ten w którym, jeden z naszych bohaterów uświadamia sobie, że zaczął hołdować tym zasadom, z którymi walczył przez całe życie.

Warto zwrócić uwagę na okładkę. Osobiście uważam, że niesie ona w sobie pewien symbolizm. Tak jak mlecz, niepozorna roślina, która potrafi przetrwać wiele, w końcu triumfuje i przebija hełm, tak samo nawet nic nie znaczący człowiek jest w stanie zmienić oblicze świata, a życie zwycięża śmierć.

Podsumowując, króciutko, drodzy współczytelnicy, tak jak nasiona dmuchawca potrafią przemierzyć wiele mil, tak nie pozwólcie dłużej czekać swej wyobraźni by mogła przemierzyć krainy Dary.

pokaż więcej

 
2017-06-08 18:09:04
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:

Apokaliptyczne intrygi

Czemu służy groza? Odpowiedzi może być wiele, począwszy od przyśpieszenia akcji serca, skończywszy na swego rodzaju oczyszczeniu z kumulowanych emocji. Niewątpliwe od wieków człowieka ciągnęło do ciemności. Kusi ona nas swą tajemniczością oraz niepojętnością. Dlatego też od zarania ludzkości powstawały baśnie, mity, opowieści a wreszcie same powieści, których...
Apokaliptyczne intrygi

Czemu służy groza? Odpowiedzi może być wiele, począwszy od przyśpieszenia akcji serca, skończywszy na swego rodzaju oczyszczeniu z kumulowanych emocji. Niewątpliwe od wieków człowieka ciągnęło do ciemności. Kusi ona nas swą tajemniczością oraz niepojętnością. Dlatego też od zarania ludzkości powstawały baśnie, mity, opowieści a wreszcie same powieści, których zadaniem był zarówno strach jak i przestroga słuchacza/czytelnika. W związku z tym powstały swego rodzaju główne podwaliny motywów grozy. Jednym z takich motywów, teraz współcześnie szczególnie rozpowszechnionym jest tematyka zombie. Raczej trzeba by mówić, że jest ona połączeniem dwóch innych ważnych motywów, czyli epidemii oraz strachu przed śmiercią. Przeświadczenie, że epidemia może dotknąć każdego, a śmierć może nie koniecznie okazać się najlepszym rozwiązaniem, pozwoliły na zagoszczenie zombie w popkulturze.

Wydawać by się mogło, że wiele napisano, nakreślono, czy zekranizowano w związku z ożywieniem nieumarłych. Stworzenie czegoś nowego, a tym bardziej nie opartego jedynie na zabijaniu i hektolitrach krwi jest rzeczą trudną, lecz nie niemożliwą. Mira Grant już pierwszym tomem trylogii „Przegląd Końca Świata” pokazała, że jeszcze wiele można dodać w tejże tematyce. Mniej rozlewu krwi, lepszy opis świata po epidemii, mniej zombie, więcej intryg, więcej codzienności niż niesamowitości sprawiły, że wraz z pierwszym tomem otrzymaliśmy tak naprawdę thriller polityczny z zombie w tle. Osoby, które miały już okazję zapoznać się z „Feed” wiedzą, że trylogia Grant, to niecodzienny thriller z umarłymi w tle. Nie walka z zombie gra tutaj pierwsze skrzypce jak można by sądzić, a rozwikłanie światowego spisku. Drogi współczytelniku, jeśli liczysz tylko na rozlew krwi i „latające” flaki co kilka stron to lepiej odłóż powieść na półkę, natomiast jeśli oczekujesz czegoś więcej to brnij dalej przez kolejne strony.

Króciutko o fabule drugiego tomu. Po dramatycznych wydarzeniach ostatnich miesięcy Shaun Mason stał się wrakiem, zaledwie cieniem człowieka, jakim był kiedyś. Igranie ze śmiercią przestało być już tak zabawne, a życie straciło swój słodki, lekko zgniły smak. Kiedy w drzwiach Shauna pojawia się pewien naukowiec, który według ostatnich doniesień powinien być martwy, wszystko staje na głowie. Wiedza nieoczekiwanego gościa jest ekstremalnie niebezpieczna. Co więcej, to jedyna nadzieja na pokonanie potworności, która zagraża życiu na Ziemi. Tym razem nie będzie to jednak powłóczący nogami umarlak, ale wciąż żywy spisek.

Nastała apokalipsa zombie - wydawać by się mogło coś całkowicie niemożliwego wręcz absurdalnego, a jednak sposób w jaki pisarka ją przedstawia jest niesamowicie realny. Już w pierwszym tomie dostajemy mnóstwo informacji o przeszłości, rozwoju wirusa i zwykłym funkcjonowaniu społeczeństwa w tak trudnych warunkach. Grant jednak na tym nie poprzestaje i w tej części przedstawia nam coraz to więcej szczegółów dotyczących obecnej rzeczywistości. Mamy szansę jeszcze dogłębniej poznać strukturę tego osobliwego wirusa, która niejednokrotnie nas zaskoczy.

Choć w książce dużo się dzieje, to ciężko jest mówić o płynności akcji. Przyśpieszające bicie serca fragmenty poprzecinane są długimi akapitami o codziennych problemach bohaterów książki. Czy to źle? Zależy od oczekiwań. „Deadline” zapewnia nam dość obszerny i w miarę realistyczny obraz życia po Powstaniu, który niejednemu przypadnie do gustu. W porównaniu do poprzedniego tomu, tym razem autorka mniej zorientowała powieść na spisek polityczny, a bardziej na ogólnie pojęty spisek. W przypadku „Feed” można było wyróżnić głównego oponenta, to w przypadku „Deadline” ciężko mówić o pojedynczej jednostce, a raczej o instytucji, czyli Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom ( w skrócie CZZC). Wszechobecna groza wywołana przez zombie, tak fantastycznie przedstawiona w „Feed”, tu zastąpiona została paranoją dotyczącą CZZC. Poza tym, wątek spiskowy jest bardzo dobrze poprowadzony, choć faktycznie brakuje mu tych wyraźnych znamion thrillera, jakie były odczuwalne w poprzedniej części.

Przy „Feed” pojawiły się głosy rozczarowanych czytelników, zdaniem których w książce za mało było żywych trupów. W przypadku „Deadline” te opinie mogą pojawić się ponownie, bo zombie tu tyle, co kot napłakał. Owszem, słyszymy o kolejnych atakach, a kilka zombie spotykamy w budynkach i na pustych drogach, jednak emocjonujących starć z nimi jest tutaj niewiele. I tak właściwie, to nie ma się co dziwić, bo prawdziwy sens książki leży gdzie indziej.

Początkowe rozdziały rozwijają się dość wolno, pisarka długo i szczegółowo zawiązuje akcje, przez co czasami można poczuć się odrobinę znużonym. Owszem akcja później trochę przyśpiesza, lecz liczba tzw. zapychaczy stron jest zbyt ogromna by zniwelować uczucie, że akcja stoi w miejscu. Mason(owie) wraz z ekipą postaci pobocznych podróżują od miejsca do miejsca, rozmawiają z przeróżnymi osobami, sprawiają, że budynki wybuchają, ale nie ma już tego napięcia i uczucia ekscytacji z pierwszego tomu. „Deadline” spotkał taki sam los jaki innych środkowych części danego cyklu, niby coś wprowadza, niby coś się dzieje, ale na kulminację i rozwiązanie trzeba czekać do kolejnej części.

Niewątpliwym atutem „Deadline” tak jak to miało w przypadku tomu pierwszego jest zakończenie. Akcja się zagęszcza oraz przyśpiesza, a ostatnie strony wciskają czytelnika w fotel. Jednym słowem wypełniło swoje podstawowe zadanie, że mimo niedociągnięć całej powieści ma się ochotę na więcej.

Podsumowując, wielu czytelników zachwyconych „Feed” odczuje pewnie niedosyt, ale książka wciąż ma swój urok i można ją przeczytać bez poczucia straty czasu. Ewidentnie widać, że „Deadline” pełni rolę łącznika, a raczej przygotowuje nas do wydarzeń w kolejnym tomie. Jednym słowem uczucie niedosytu sprawia, że chcemy ziścić nasze doznania literackie kolejnym tomem.

pokaż więcej

 
2017-06-01 18:45:27
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Kathryn Dance (tom 4)

Psychologia tłumu

Granica między tzw. ucywilizowaniem a pierwotnymi instynktami jest bardzo płynna. Głównym czynnikiem potrafiącym przekroczyć tą barierę jest przetrwanie. W momencie zagrożenia, człowiek odrzuca wszelkie konwenanse, bariery postawione przez cywilizację, by móc poddać się wręcz zwierzęcym instynktom. A co się dzieje gdy obawa śmierci oraz ogólnego zagrożenia dotyka...
Psychologia tłumu

Granica między tzw. ucywilizowaniem a pierwotnymi instynktami jest bardzo płynna. Głównym czynnikiem potrafiącym przekroczyć tą barierę jest przetrwanie. W momencie zagrożenia, człowiek odrzuca wszelkie konwenanse, bariery postawione przez cywilizację, by móc poddać się wręcz zwierzęcym instynktom. A co się dzieje gdy obawa śmierci oraz ogólnego zagrożenia dotyka wielu? Cóż, wówczas wybucha panika, a tłum ludzi przeradza się w nieprzebraną masę potrafiącą zniszczyć wszystko i wszystkich na swej drodze. Trzymając kolejną powieść Jeffery’ego Deavera, która skupia się na słabo do tej pory zbadanym ludzkim zachowaniu, czyli panice, potencjalny czytelnik ma prawo oczekiwać rasowego thrillera. Drodzy współczytelnicy, cóż można napisać o „Panice”, owszem pomysł fabularny jest interesujący, fabuła wciągająca, pojawiają się zwroty akcji, jednakże przewracając kolejne strony można odnieść, że autor gdzieś zatracił swój polot, swoją ikrę, która powodowała, że jego powieści zrzucały czytelników z foteli. Powieść dobra, ale nie wybitna, raczej nie plasująca się w pierwszej piątce najlepszych książek autora.

Podczas koncertu w klubie muzycznym Solitude Creek w Monterey dochodzi do tragedii. Widzowie – zaalarmowani o wybuchu pożaru – wpadają w panikę i próbując uciec, tratując się nawzajem. Są ofiary śmiertelne i wielu rannych. Kathryn Dance, agentka biura śledczego Kalifornii, odkrywa, że ktoś chciał wzbudzić w ludziach strach, nad którym nie sposób zapanować. Kathryn Dance postanawia odnaleźć i powstrzymać przebiegłego przestępcę, który nie zostawia śladów. W prowadzonym przez funkcjonariuszy służb stanowych wielowątkowym śledztwie musi ona polegać przede wszystkim na swoich umiejętnościach wykrywania kłamstw oraz intuicji.

Jeffery Deaver do tej pory stworzył dwa bardziej liczące się cykle. Pierwszy, wielotomowy z udziałem Amelii Sachs oraz Lincolna Rhym’a oraz drugi złożony z kilku tomów z udziałem właśnie Kathryn Dance. W sumie są one jak ogień i woda, aż trudno uwierzyć, że pochodzą od tego samego autora. Pierwszy duet w swych śledztwach skupia się na skrupulatnym badaniu wszelkich śladów, mniej skupiając się na psychologicznych aspektach. Natomiast w przypadku książek z udziałem Kathryn Dance, rzecz jest odmienna, jako profesjonalistka w zakresie kinezyki, skupia się na gestach, komunikacji pozawerbalnej oraz ogólnie pojętej psychologii. Jednakże niezmiennym wspólnym mianownikiem obydwu cykli była wciągająca fabuła, mnóstwo zwrotów akcji oraz powalające zakończenie. Jednak w przypadku „Paniki” owszem te elementy występują, lecz w bardzo nierównym poziomie, co sprawia, że odczuwamy, iż powieść jest „rozmyta” i nie jest to ten styl, do którego przyzwyczaił nas autor.

Skoro jest to powieść z udziałem Kathryn Dance to według wszelkich prawideł powinniśmy dostać świetne spostrzeżenia psychologiczne, smaczki z zakresu kinezyki oraz arcytrudnego przeciwnika. Początek powieści, dotyczący wybuchu paniki w klubie wygląda obiecująco, lecz później jest trochę gorzej. Smaczków z zakresu kinezyki dostajemy bardzo mało, widocznie autor uznał, że jeśli to kolejny tom cyklu to nie będzie bardziej przybliżał tego tematu. Początki śledztwa to istny popis umiejętności bohaterki, lecz w miarę rozwoju fabuły zaczynają się pojawiać co raz bardziej sporadycznie. „Panika” należy do tego gatunku thrillerów, w których czytelnicy znają tożsamość sprawcy, a ich zadaniem jest obserwacja zmagań bohaterów.

Chyba wielkim grzechem tej powieści jest wielowątkowość. Nie żeby Jeffery Deaver nie stosował wcześniej wielowątkowości i to z udanym skutkiem. Jednakże tym razem chyba się pogubił w tym co chciał napisać. Otóż w przypadku innych powieści autor często oprócz głównego śledztwa opisywał inne pozornie nie związane ze sprawą wątki, by móc na koniec je połączyć i zaszokować czytelnika. Podobne oczekiwania mogliśmy mieć w przypadku „Paniki”. Główny wątek powieści, czyli sprawca powodujący wybuchy paniki, inny wątek dotyczący gangów oraz wątek dotyczący rodziny Kathryn każą sugerować, że czeka nas „trzęsienie ziemi” na zakończenie powieści. Cóż, nic bardziej mylnego, gdyż każdy wątek mógłby być osobną historią, a tak razem chaotycznie wpływają na siebie.

Jedynym takim motorem napędowym są sceny związane z wybuchem paniki w wybranym miejscu. Niektóre są naprawdę ekscytujące, zwłaszcza ta dotycząca windy szpitalnej na pewno zapadnie w pamięci. Jednak autor przerywa je albo wątkiem związanym z gangiem, gdzie liczba śledczych może przyprawić czytelnika o ból głowy, albo wątkiem związanym z dziećmi Kathryn, bądź też scenami z jej życia codziennego. Czasami autorzy po emocjonujących scenach opisują kilka łagodniejszych na uspokojenie emocji. Jednak w przypadku „Paniki” jest ich za dużo, przez co można mieć wrażenie, że czasami mamy do czynienie z książką obyczajową. Owszem dowiadujemy się wiele o życiu prywatnym bohaterki, lecz odnosimy wrażenie, że autor nie wiedział jak dalej pociągnąć fabułę, więc wplótł takie sceny. Jednym słowem uzyskał efekt odwrotny, zamiast uspokojenia otrzymujemy znużenie. Jedynie sceny z wybuchami paniki oraz śledztwami po każdym z nich przypominają nam starego, dobrego Deavera.

Zakończenie, a raczej zakończenia należy rozpatrzyć osobno. Wątek główny, owszem dochodzi do momentu kulminacyjnego, mamy nagłe przerwanie w kluczowym momencie, przygotowujące nas do rozwiązania samej sprawy. Sposób w jaki bohaterowie wpadają na trop sprawcy wydaje się trochę naiwny, skoro wcześniej zachowywali się jak dzieci we mgle. Dodatkowo zachowanie sprawcy po zatrzymaniu również wydaje się naiwne, skoro wcześniej był tak przebiegły, perfidny i sprytny, a po zatrzymaniu potulny jak baranek. Wątek dotyczący gangu, zakończenie zaskakujące, ale blaknące na tle braku wyrazistego podkreślenia takiej liczby śledczych. Ostatni wątek obyczajowy dotyczący dzieci Kathryn, cóż sprawdza się powiedzenie z dużej chmury, mały deszcz.

Należy przyznać, że autor świetnie przedstawił drogę jaka wiedzie od pożądania do obsesji. Każdy z nas czegoś głęboko pragnie. W jakiś sposób próbuje zaspokoić swoje pragnienie. Jednakże to od naszej psychiki zależy, czy jesteśmy w stanie zapanować, czy też kontrolować własne pragnienia. Owszem niektóre są niegroźne, jednak co jeśli człowiek wyzwoli te najbardziej mroczne. Jeszcze jedno takie spostrzeżenie, mimo rozwoju cywilizacji, społeczeństwa oraz idei, że jesteśmy czymś więcej niż zwierzętami, autor niniejszą powieścią zadaje wielki cios takiemu myśleniu, pokazując, że w każdym z nas tkwi pierwotny, zwierzęcy instynkt.

Podsumowując, autor tym razem nie stworzył powalającej powieści, może jedynie dobrą. Owszem czyta się ją dobrze, lecz w trakcie lektury można odnieść wrażenie, że iskra zapalona na początku powieści, gdzieś po drodze zaczęła się jedynie tlić. Cóż, nie każda powieść autora musi być wybitna, może to i dobrze, gdyż popadlibyśmy w rutynę oczekiwań.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
552 338 15658
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (138)

Ulubieni autorzy (17)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (16)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd