Roland 
mężczyzna, Hajnówka, status: Czytelnik, ostatnio widziany 14 godzin temu
Teraz czytam
  • Śpiące królewny
    Śpiące królewny
    Autorzy:
    W przyszłości tak realistycznej i bliskiej, że mogłaby być współczesnością, coś dziwnego dzieje się z kobietami, które zasypiają: szczelnie owija je zwiewna substancja przypominająca kokon. Gdy ktoś j...
    czytelników: 3269 | opinie: 218 | ocena: 6,81 (1104 głosy) | inne wydania: 1

Pokaż biblioteczkę
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-15 17:46:34
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam, Posiadam
 
2018-10-15 17:30:21
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Maggie O'Dell (tom 0.5)

Kryminalne aperitife

Czasami warto zacząć od początku. Chyba tak na wstępie można podsumować „Przedsmak zła” , powieść stanowiącą początek przygód Maggie O’Dell w świecie psychopatycznych morderców. Alex Kava dała się poznać jako autorka wciągających, mrocznych oraz enigmatycznych thrillerów psychologicznych. Owszem tak w istocie było w przypadku jej pierwszych powieści z cyklu o...
Kryminalne aperitife

Czasami warto zacząć od początku. Chyba tak na wstępie można podsumować „Przedsmak zła” , powieść stanowiącą początek przygód Maggie O’Dell w świecie psychopatycznych morderców. Alex Kava dała się poznać jako autorka wciągających, mrocznych oraz enigmatycznych thrillerów psychologicznych. Owszem tak w istocie było w przypadku jej pierwszych powieści z cyklu o Maggie O’Dell. Jednakże w miarę upływu lat autorka bardziej brnęła w kierunku sensacji niż thrillera i co tu dużo ukrywać poziom jej kolejnych książek w najlepszej ocenie był przeciętny. Wyjściem z tak patowej sytuacji miało być rozpoczęcie nowego cyklu z udziałem Rydera Creeda, który w ogólnej mierze również przeszedł bez echa. Wydawać by się mogło, że wena autorki gdzieś przepadła, lecz w „Przedsmaku zła” Alex Kava wraca do korzeni i efektywnie jej się to udało. Powieść początek całej historii swą stylistyką, atmosferą oraz podłożem psychologicznym nawiązuje poziomem do pierwszych powieści autorki, które pokochały miliony czytelników.

Często zdarza się w cyklach kryminalnych, że główny bohater ma swego antagonistę. Ucieleśnienie wszelkiego zła oraz dokładne przeciwieństwo wiodącej postaci. Zazwyczaj rozgrywka miedzy nimi jest motorem napędowym nie tylko jednej, a nawet kilku powieści, aż do ostatecznego końca ich wzajemnej rozgrywki. Takie tworzenie pary złożonej z protagonisty oraz antagonisty z jednej strony stwarza warunki do napędzania fabuły w kolejnych tomach, z drugiej strony wymusza na czytelnikach sięganie po kolejne powieści by móc dowiedzieć się jak to się wszystko zakończy.

W przypadku cyklu stworzonego przez Alex Kavę również taki antagonista występuje. Albert Stucky – wyrachowany, mroczny i piekielny umysł, który dokonywał bestialskich zbrodni. Jednakże w odróżnieniu do innych podobnych tematycznie cykli, ten stworzony przez Alex Kavę nie prezentował nam początków pierwszego kontaktu miedzy Maggie O’Dell a Albertem Stuckym. Począwszy od pierwszego tomu obserwowaliśmy jedynie ich dalsze starcia w mniejszym lub większym stopniu. Jednak nie mieliśmy szansy poznać początków ich konfrontacji. Jedynie na podstawie urywków umieszczonych w poszczególnych tomach mieliśmy fragmentaryczny obraz początków kariery Maggie O’Dell. Aż do teraz. Cóż, Alex Kava długo kazała czekać swym czytelnikom na pełnoprawną powieść o początkach całej tej historii. Jednak warto było czekać.

Maggie O’Dell, początkująca agenta FBI do tej pory wnikała w umysły morderców z biurka swojego pokoju. Bohaterka po raz pierwszy wyrusza do pracy w terenie, gdzie ma za zadanie stworzyć profil człowieka, przez którego giną kolejne ofiary. Nieoczekiwanie jednak, zabójca zaczyna interesować się agentką i rozpoczyna z nią śmiertelną grę.

Albert Stucky, czyli powieściowy psychopata-zabójca to postać, która potrafi wywołać przerażenie oraz obrzydzenie jednocześnie. Alex Kava w stylu dobrze znanym czytelnikom jej książek, przedstawia umysł seryjnego zabójcy, którego wypaczona psychika, niszczy i unicestwia ludzkie życia. Swoiste polowanie na swoje ofiary, zostawianie na miejscu zbrodni części ciał innych osób i to przerażające opanowanie mordercy, potrafią pobudzić wyobraźnię. Autorka w pełnej krasie ukazała mroczną stronę ludzkiej natury, której okrucieństwo budzi strach a zarazem fascynację.

„Przedsmak zła” uważany jest za prequel „Dotyku zła”, czyli książki rozpoczynającej całą serię z Maggie O’Dell w roli głównej. Jednakże wprawdzie w związku ze swą stylistyką, cechami nawiązującymi do świetnych pierwszych tomów oraz przede wszystkim historią-początkiem całej serii, spokojnie może być uważany za pierwszy tom, poniekąd spychając „Dotyk zła” na drugie miejsce. W przypadku nowych czytelników, „Przedsmak zła” stanowi świetne rozpoczęcie cyklu z Maggie O’Dell w roli głównej, bowiem jest napięcie, jest wartka akcja i świetnie wykreowana kreacja psychologiczna mordercy, która za pomocą narracji pierwszoosobowej, jeszcze bardziej wydaje się realna. W przypadku stałych czytelników autorka stanęła przed nie lada wyzwaniem, bowiem jak tchnąć coś świeżego, a tym samym zachwycić czytelników wydarzeniami, których przebieg poniekąd znanym z fragmentów poszczególnych tomów?

Ciekawie czyta się o czymś co tak na prawdę gdzieś się już czytało, ale tym razem w pełnej okazałości. Poprzez fascynację jednej ze stron, główną bohaterkę łączy pewnego rodzaju więź z antagonistą, co skutkuje, że czytelnik jeszcze bardziej chce się zagłębić w to co dzieje się w umysłach poszczególnych bohaterów. Wprawdzie stali czytelnicy znają ostateczny finał całej historii, lecz autorce udało się kilka razy zaskoczyć niespodziewanymi zwrotami akcji oraz mrożącymi krew w żyłach scenami , które nie pozawalają na nudę podczas lektury. Gratką dla stałych czytelników stanowi również obserwacja życia prywatnego bohaterki, możliwość obserwacji jaka była zanim kolejne zbrodnie odcisnęły na niej swe piętno. Po za tym fajnie było zaobserwować Maggie O’Dell na początku swej kariery zawodowej, jej pierwsze śledztwo w terenie, pierwsze prawdziwe niebezpieczeństwo oraz pierwszy strach.

Podsumowując, świetny thriller psychologiczny stanowiący preludium do całej serii o Maggie O’Dell pozwoli stałym czytelnikom poszerzyć wiedzę o początkach pracy głównej bohaterki oraz jej konfrontacji z wysublimowanym przeciwnikiem a w przypadku nowych czytelników będzie stanowić idealne wprowadzenie do całego cyklu. Smaczne rozpoczęcie uczty serwowanej prze Alex Kavę.

pokaż więcej

 
2018-10-12 18:50:34
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Myron Bolitar (tom 9)

Paryskie tajemnice

Harlana Cobena żadnemu, szanującemu się czytelnikowi, przedstawiać nie trzeba. Autor wielu powieści, w których lekki styl, zawiłe intrygi, dynamiczne tempo akcji oraz czarny humor zaskarbiły rzesze czytelników. Coben nie tworzy wysublimowanych thrillerów, gdzie intryga osiąga górne poziomy zawiłości, czy też każdy szczegół jest istotny, nie tworzy też psychologicznie...
Paryskie tajemnice

Harlana Cobena żadnemu, szanującemu się czytelnikowi, przedstawiać nie trzeba. Autor wielu powieści, w których lekki styl, zawiłe intrygi, dynamiczne tempo akcji oraz czarny humor zaskarbiły rzesze czytelników. Coben nie tworzy wysublimowanych thrillerów, gdzie intryga osiąga górne poziomy zawiłości, czy też każdy szczegół jest istotny, nie tworzy też psychologicznie zawiłych powieści, gdzie czynnik ludzki odgrywa kluczową rolę, również poziom bestialstwa, czy też okropieństwa nie jest wyznacznikiem jego stylu. Można zadać sobie pytanie, co właściwie wyróżnia powieści Cobena wśród innych, jeśli nie wyżej wymienione czynniki? Oczywistą odpowiedzią wydaje się lekki styl, lecz chyba nie do końca byłaby to prawda. Chyba kwestia tkwi w tym, że autor po trochu korzysta z wyżej wymienionych czynników, łagodząc je na swój sposób przez co dociera do szerszego grona czytelników.

Powieści Cobena spełniają fundamentalną rolę, otóż dostarczają rozrywki. Owszem być może nie pozostają długo w naszej pamięci, lecz na daną chwilę świetnie umilają nasz wolny czas. W pewnym sensie Harlana Cobena można nazwać pionierem w podejściu do thrillera, a raczej jego odbioru. Sam thriller w swej naturze powinien być ciężki, mroczny oraz enigmatyczny. Ale czy musi być poważny? Powieści Cobena pokazują, że nie. Duża dawka humoru, czasami czarnego, zwłaszcza w cyklu z Myronem Bolitarem uświadamia nas, że thriller w gruncie rzeczy może być również zabawny. Rozrywkowość powieści Cobena sprawia, że pokochały go rzesze czytelników i mimo czasami słabych pozycji, większość i tak czeka na kolejne książki z pod jego pióra. Po prostu mają w sobie coś magnetycznego.

Ciężko jest oprzeć się dawnej kochance. Wie o tym Myron Bolitar, kiedy nad ranem odbiera telefon i słyszy słowa: „Przyjedź do Paryża”. Czy obietnica namiętnego weekendu jest całkiem bezinteresowna? Terese skrywa sekret, którego ujawnienie zmieni nie tylko ich dwoje, ale także losy całego świata.

Przywiązanie czytelnika do danego autora tudzież stworzonego przez niego bohatera odgrywa kluczową rolę w procesie czytania kolejnych powieści autora. Były sportowiec, agent śledczy, a obecnie agent sportowy i detektyw-amator, czyli Myron Bolitar, główna postać cyklu z jego udziałem. Cięte dialogi, świetne riposty, a do tego ostry umysł oraz charyzma przykuły uwagę czytelników do tej postaci. Owszem książka książce nie równa i również w tym cyklu zdarzały się pozycje bardzo słabe. Cóż, z Cobenem jest tak że na część słabych, czasami dobrych powieści przypada ta jedna bardzo dobra. Sam proces zastanawiania się oraz oczekiwania czy kolejna powieść autora dołączy do grona tych nielicznych bardzo dobrych, ma w sobie coś pociągającego. Śmiało można powiedzieć, że „Zaginiona” jak najbardziej powinna znaleźć się w tym zacnym gronie.

W przypadku „Zaginionej” mamy do czynienia z pełnoprawną sensacją niż thrillerem. Zaskakujące wątki, nieoczekiwane zwroty akcji, do tego nuta tajemniczości oraz niesamowici bohaterowie sprawilają, że powieść jest wciągająca i intrygująca. W utworach tego autora często spotykamy się z nierozwiązanymi sprawami z przeszłości, tak było i w tym wypadku. Jednym słowem klucz do rozwiązania zagadki, znajduje się w przeszłości, a bohaterowie muszę zewrzeć szyki by móc go odnaleźć. Owszem wszystkie te elementy można było znaleźć w poprzednich powieściach autora. Jednak Harlan Coben wprowadza kilka nowych rzeczy, które wyłapią stali czytelnicy. Fabuła nie orientuje się wokół danej dziedziny sportu, jak to miało miejsce w początkowych pozycjach. Akcja ściśle związana jest z życiem osobistym bohaterów, a nie dotyczy obcych osób. Większa orientacja na rozwikłanie przeszłych wydarzeń niż znalezieniu sprawcy. Trzymając się nomenklatury kolejowej dynamizm wydarzeń w „Zaginionej” w porównaniu do poprzednich powieści autora można porównać do japońskich szybkich kolei. Akcja nie pędzi, nie gna lecz leci z prędkością światła, dzięki czemu książki się nie czyta, lecz pochłania.

Nie da się nie wspomnieć o komicznych dialogach. Sarkastyczne zwroty w połączeniu z błyskotliwością i mądrością bohaterów to element, którego nie mogłoby zabraknąć. Żarty i ironiczne powiedzonka, czasami w nieadekwatnych sytuacjach, nie raz wywołają uśmiech na twarzy czytelnika.

W miarę zbliżania się do końca powieści zauważymy, że zaczyna przybierać ona formę bardziej globalną. Coben tak jak każdy z nas jest obserwatorem otaczającego świata, więc nie powinno nas dziwić, że inspiracje oraz własne przemyślenia pochodzące z tych obserwacji przemyca do swych powieści. „Zaginiona” porusza temat terroryzmu. Żyjemy w smutnych czasach, gdzie mało jest miejsc uznawanych za w pełni bezpieczne. Przeraża fakt, że ludzie potrafią tak pogrążyć się w jakiejś ideologii, często prowadząc do fanatyzmu. Wynika to z prostego faktu, że każdy chce mieć monopol na prawdę, a wystarczy sobie uświadomić, że prawda jest pojęciem względnym. Żeby każdy żył według zasady – żyj tak jak chcesz i pozwól żyć innym – świat może byłby lepszy.

Podsumowując, spójna, zrozumiała, dynamiczna i sensacyjna fabuła. Nieoczekiwany kierunek zakończenia, w pełni zrealizowany rozrywkowy charakter książki. Lekki, humorystyczny styl, bardzo szybka możliwość przeczytania to tylko niektóre elementy doborowej powieści w dorobku autora.

pokaż więcej

 
2018-10-07 16:24:19
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Niezwykła sieć powiązań

Jeszcze parę lat temu, jeśli ktoś powiedziałby, że prym wśród najczęściej czytanych pozycji zajmie książka o drzewach to na nie jednej twarzy ukazałby się wyraz konsternacji. „Sekretne życie drzew” było przełomem, który otworzył szeroko drzwi dla tzw. książek przyrodniczych. To nie tak, że wcześniej one nie istniały, lecz nie niosły w sobie takiej dawki rozgłosu....
Niezwykła sieć powiązań

Jeszcze parę lat temu, jeśli ktoś powiedziałby, że prym wśród najczęściej czytanych pozycji zajmie książka o drzewach to na nie jednej twarzy ukazałby się wyraz konsternacji. „Sekretne życie drzew” było przełomem, który otworzył szeroko drzwi dla tzw. książek przyrodniczych. To nie tak, że wcześniej one nie istniały, lecz nie niosły w sobie takiej dawki rozgłosu. Sukces „Sekretnego życia drzew” nie tylko tkwił w wielu ciekawostkach rozsianych na każdej stronie, lecz w wywróceniu naszego myślenia o drzewach o sto osiemdziesiąt stopni. W dużej mierze zależny był on od autora leśnika - pasjonaty, który całe życie poświęcił przyrodzie. To co wyróżnia książki Petera Wohllebena to nie tylko umiejętność wyjaśniania skomplikowanych procesów w prosty sposób, czy też łączenie języka nauki z codziennym, dzięki czemu dociera do szerszego grona odbiorców, lecz spora dawka emocjonalna. Czytając kolejne książki autora dosłownie czujemy potężną dawkę emocji z jakimi chce się podzielić człowiek, którego urzekła przyroda, a tym samym pośrednio wpłynąć na odbiór czytelnika.

Obecnie książki przyrodnicze przeżywają swój renesans, również dzięki Peterowi Wohllebenowi. I słusznie, gdyż człowiek w swej ingerencji poszedł o krok za daleko. Póki istnieje jeszcze szansa, możemy z tej drogi zawrócić, bo nie tylko chodzi o fakt, że przyszłe pokolenia też powinny cieszyć się dobrodziejstwami natury tak jak my, ale z bardzo prostej przyczyny, gdy raz coś zostanie utracone nigdy już nie powróci. Aby móc zawrócić z destrukcyjnej drogi musi wzrosną świadomość ekologiczna, gdzie wiedza potoczna jest niewystarczająca, a nawet miejscami błędna, przez co często funkcjonują błędne mity a pokutuje przyroda. Takim punktem w wyrabianiu innego spojrzenia na świat flory i fauny są chociażby pozycje autorstwa Petera Wohllebena.

Kiedy czytamy książki Petera Wohllebena, wiemy, że jest to człowiek, który kocha przyrodę i który chce ją chronić. Mówi nam, jak jest niezwykła i jak podobna do nas. Opowiada o tym, że bez niej, człowiek nie istnieje i nie będzie istniał. W swej kolejnej pozycji autor przybliża nam niezwykłą sieć pozwiązań, która charakteryzuje każdy ekosystem. O ile w swych poprzednich książkach skupiał się albo na drzewach („Sekretne życie drzew”), albo na zwierzętach („Duchowe życie zwierząt”) to w przypadku „Nieznanych więzi natury” jak sama nazwa wskazuje skupia się na wzajemnych relacjach pomiędzy poszczególny gatunkami, co może wywierać bardzo zaskakujący wpływ nie tylko na nie same ale również na całą naturę.

Autor udowadnia nam, że las jest organizmem, który działa dobrze tylko wtedy, kiedy wszystkie elementy, które go budują, są obecne. Zarówno kornik jak i wilk, a nawet pojedyncza bakteria, czy grzyb, wszystkie te organizmy wspólnie budują leśny ekosystem. Jakby tego było mało, mogą istnieć tylko i wyłącznie wzajemnie od siebie współzależąc. Tak jak sam autor pisze we wstępie, naturę można porównać do mechanicznego zegarka, który składa się poszczególnych zależnych od siebie części. Tak samo w przyrodzie każdy gatunek jest składową ekosystemu, natomiast próby eliminacji lub wdrożenia czegoś nowego kończą się tak samo jak próby naprawy mechanizmu zegara przez amatora, czyli kompletnym fiaskiem. Petera Wohlleben walczy z mitem szkodliwości danych gatunków, argumentując to w prosty sposób. Otóż, jeśli dany gatunek naprawdę byłby szkodliwy i zbędny, natura w drodze ewolucji sama by go wyeliminowała. Autor próbuje uzmysłowić czytelnikom, że lepiej należy doszukiwać się praprzyczyn zaistniałych niekorzystnych sytuacji, które mogą być odległe zarówno w czasie i przestrzeni, a których u podstaw często znajduje się człowiek. Autor daje prostą receptę – tak jak precyzyjne skonstruowany zegar nie wymaga interwencji, tak przyroda również zbytnio nie wymaga naszej angażacji. Chyba warto zaufać naturalnemu mechanizmowi, które trwa od milionów lat i nadal funkcjonuje.

Większość rozdziałów „Nieznanych więzi natury” ma podobną strukturę, czyli autor szokuje na początku czytelników niezwykłym, a nawet na pierwszy rzut oka absurdalnym powiązaniem, by móc następnie wraz z kolejnymi stronami objaśniać krok po kroku kolejne zależności, które doprowadziły do tak śmiałej początkowej tezy. Autor oprócz wyjaśniania tych zależności czyni częste dygresje, wtrącając ciekawostki przyrodnicze dotyczące poszczególnych gatunków, ale również własne przemyślenia odnośnie ochrony przyrody i kierunków w jaką stronę powinna przebiegać. Wpływ wilków na drzewa, dżdżownic na liczebność dzików, obecność łososi w drzewach, czy wpływ żurawi na produkcję szynki w Hiszpanii to tylko niektóre zależności, które są same w sobie szokujące i zmuszają czytelnika by z nimi się zapoznać. Natomiast, gdy autor przedstawi nam krok po kroku jak do takich powiązań doszło, pozostaje nam niedowierzanie, że byliśmy zdziwieni z tak prostych i logicznych relacji między gatunkami.

Jednakże, żeby być sprawiedliwym, nie wszystkie rozdziały są tak szokujące, jak chociażby te przez mnie wymienione. Może wynika to z faktu, że im bliżej końca książki, tym autor nie przytacza tak spektakularnych powiązań, bądź też stracił swój początkowy impet. Owszem każdy znajdzie coś dla siebie, lecz ten ogólny trend jest widoczny. Pogłębia go fakt, że autor czasami przytacza te same informacje co w swych poprzednich książkach, co dla nowych czytelników jest nieistotne a dla tych, którzy przeczytali poprzednie pozycje staje się mankamentem. Ileż to można czytać o podróży autora do Laponii i Norwegii i jego obserwacjach, czy stwierdzeniu, że świerk jest gościem w naszych lasach, czy też ciągle o tych bukach. Osoba zarażona pasją oraz pełna miłości do tego co robi, może nie zauważać, że zaczyna powtarzać to samo, lecz gdzie byli pierwsi recenzenci, redaktorzy a wreszcie wydawnictwo, które takich powtórzeń nie wyłapało. Chyba to jest największy mankament tej książki, nie częsty, ale jednak.

Piękne fotografie autorstwa Grzegorza Leśniewskiego oraz Krzysztofa Onikijuka są miłym uzupełnieniem książki. Większość fotografii dostosowana do tematyki danego rozdziału pokazuje nie tylko piękno polskiej przyrody, ale są również są ucztą wizualną dla naszych zmysłów. Warto poświęcić im chwilę, by nie tylko nacieszyć zmysły, ale zrozumieć, że w otaczającej nas przyrodzie tkwi dzikość i piękno, które warto zobaczyć na własne oczy a wystarczy zrobić jeden krok.

Podsumowując, mimo występujących powtórzeń znanych wcześniej informacji, warto sięgnąć po książkę tego niezwykłego leśnika, człowieka, obrońcy przyrody, który w taki niezwykły sposób próbuje zwrócić uwagę świata na jej problemy i potrzebę ochrony środowiska naturalnego, które jest domem nie tylko dla niego, ale także dla nas wszystkich.

pokaż więcej

 
2018-10-03 19:53:02
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Ulubione
Cykl: Harda (tom 2)

Więcej niż królowa

O tym, że w suche fakty historyczne można tchnąć fabularnego ducha, przekonała nas Elżbieta Cherezińska. Autorkę często określa się mianem polskiej królowej powieści historycznej, która dość szybko zasiadła na owym tronie i bynajmniej nie zamierza z niego ustąpić. Mogą podnieść się głosy, zwłaszcza wśród historycznych purystów, dla których w książkach liczą się...
Więcej niż królowa

O tym, że w suche fakty historyczne można tchnąć fabularnego ducha, przekonała nas Elżbieta Cherezińska. Autorkę często określa się mianem polskiej królowej powieści historycznej, która dość szybko zasiadła na owym tronie i bynajmniej nie zamierza z niego ustąpić. Mogą podnieść się głosy, zwłaszcza wśród historycznych purystów, dla których w książkach liczą się jedynie potwierdzone dane, że powieści pani Cherezińskiej znajdują się w obrębie historii, a niej w jej centrum. Owszem autorka pisze o tych faktach, które są znane, lecz białe karty historii wypełnia własnymi domysłami. Jednak większość czytelników doceni nie tylko styl, ale ogrom pracy jaki włożyła autorka w stworzeniu każdego swego dzieła. Nie ma się zresztą czemu dziwić, autorka nie dość, że w dużym stopniu opanowała plastyczność słowa, wyrobiła sobie styl, to w dodatku w swych dziełach odkopuje często zapomniane, przemilczane relikty przeszłości.

Drodzy współczytelnicy, nie sztuką jest napisanie kolejnej powieści historycznej o wydarzeniach, które zostały dobrze udokumentowane, lecz o takich, gdzie więcej nie wiemy niż wiemy. Jeśli dodatkowo autor czyni swe domysły wielce prawdopodobne co do przebiegu zapomnianych zdarzeń to wówczas śmiało możemy mówić o świetnej powieści bez względu na jej formę. To co muszą przyznać zarówno zwolennicy i przeciwnicy twórczości Cherezińskiej to fakt, że w pewien sposób wymusza fascynację danym okresem historycznym, bo nie znając historii nie możemy myśleć o przyszłości.

Fabuła ,,Królowej” pokazuje nam kolejne etapy życia siostry Bolesława Chrobrego, której nie omijają cierpienia, troski, zdrady, ale też chwile szczęścia i dumy z osiągnięć synów. Wraz z główną bohaterką podróżujemy kolejno z Północy z powrotem do Polski, by potem pożeglować aż do średniowiecznej Anglii.

Sama książka składa się z trzech części, które odpowiadają kolejnym etapom życia Świętosławy, Sigridy Storady, Sventoslavy, Saintslaue, Hardej Pani – jednej kobiety, o tylu twarzach. Matka, żona, kochanka... Zdradzona, upokorzona, a ostatecznie triumfująca królowa – taka właśnie wyłania się Świętosława podczas trwania akcji ,,Hardej” i „Królowej”. Cherezińska, co zresztą czyni we wstępie, cyklem „Harda” oddaje hołd tym wszystkim kobietom, nie zawsze księżniczkom, które często zostały zapomniane, a to dzięki nim historia potoczyła się tak a nie inaczej. Smutny jest fakt, że również imię siostry Bolesława Chrobrego jest domysłem, gdyż w polskich kronikach nie występuje, jedynie w skandynawskich. Po przeczytaniu „Hardej” i „Królowej” nie jeden czytelnik będzie się zastanawiał, dlaczego historia prawie zapomniała o tak barwnej postaci, która w pewien sposób tworzyła podwaliny naszej państwowości. Dzięki Bogu, Elżbieta Cherezińska swą dylogią rehabilituje kronikarzy dawnych czasów, którzy zapomnieli o tak znaczącej postaci.

„Królowa” rozpoczyna się tam, gdzie skończyła „Harda”, bezpośrednio kontynuując wątki z poprzedniej części. Autorka sprawnie radzi sobie z narracją, raczy czytelnika ciekawostkami, daje zasmakować w dynamicznych scenach walki, pojedynków, niełatwych perypetii bohaterów, a przy tym nie zapomina, że w intrydze utworu najważniejsze nierzadko okazują się, intrygujące momenty, a losy postaci często zmierzają okrężną drogą do celu. O ile oczywiście uda się im w ogóle do niego dotrzeć, bo przeszkód Cherezińska pozostawiła przed nimi wiele – i niemal co do joty, wszystkie śmiertelne. To co rzuca się w oczy to fakt, że cała dylogia opowiadana jest z perspektywy różnych postaci, z różnych kręgów kulturowych, dzięki czemu możemy obserwować ten sam fakt pod każdym możliwym kątem. Cherezińska taką narracją uzmysławia prosty fakt, że nie ma jednego punktu widzenia, wiele zdarzeń historycznych było od siebie zależnych.

Świat przedstawiony to niezwykle barwne, znakomicie i rzetelnie odtworzenie średniowiecznych realiów XI wieku. Detaliczność i dbałość o najmniejsze akcenty to znak rozpoznawczy prozy Cherezińskiej, więc w przypadku literackiego rekonstruowania nie było mowy o potraktowaniu tematu po macoszemu. Obyczajowość różnych warstw społecznych oraz rozmaitość różniących się od siebie kultur także stanowi powód do zachwytu. Autorka zarówno w „Hardej” oraz w „Królowej” odchodzi od mieszania fantasy z prawdziwymi historycznymi faktami, jak to miało miejsce w cyklu „Odrodzone Królestwo”, co było mankamentem dla oponentów twórczości autorki, a dla reszty czytelników miłym urozmaiceniem fabuły. Jednakże nie brak w „Królowej” mistycyzmu, proroctw, wizji, czy rozmów z duchami co nadaje dodatkowej aury tajemnicy, której interpretacje autorka pozostawia czytelnikom. Zarzuca się, że ostatni rozdzialik oderwany jest od rzeczywistości i zbytnio poszedł w kierunku fantasy. Moim zdaniem jest świetnym uwieńczeniem całej historii, nadając jej pewien patos, a przede wszystkim wzbudza w czytelnikach dumę, że taka osoba stała u podwalin naszego rodzącego się państwa, a tym samym była częścią naszej historii, czyli nas samych.

Owszem autorka oddaje głos różnym postaciom, nawet w środkowej części można odnieść wrażenie, że głównym bohaterem staje się Bolesław Chrobry, lecz królowa może być tylko jedna. Na pierwszym planie króluje Świętosława, mądra, bezpardonowa i zmierzająca do swych celów monarchini. Nie jest to jednak pusty portret sylwetki, rysy psychologiczne zostały tutaj wprawnie napisane – doskonale znamy skomplikowaną historię jej losów, nie obce są nam jej motywacje, pragnienia i obawy – wszystko to jest znakomicie wyjaśnione, a sama bohaterka posiada zarówno zalety, jak i wady. Co pozwala odbiorcą swoiście się z nią identyfikować. Świętosława była kimś więcej niż królową, była kobietą, która w świecie zdominowanym przez mężczyzn nie bała się zawalczyć o swoje, dzięki czemu wygrała. Korona nie czyni kogoś królem, czy królową, jedynie fakt posiadania wewnętrznej siły i majestatu, a Świętosława była przede wszystkim harda.

Podsumowując, Cherezińska utrzymuje poziom poprzedniej części i stanowi znakomity przykład tego, że kontynuacje mogą być równie dobre jak wcześniejsze tomy. Nie brak w niej ciekawych postaci historycznych, emocjonujących wydarzeń, dworskich intryg, wielkich starć oraz formowania się nowych granic państw. Wreszcie mamy okazję poznać ciekawą opowieść z czasów dynastii Piastów, a wizja Elżbiety Cherezińskiej przekonuje.

pokaż więcej

 
2018-09-26 18:04:25
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2018-09-24 19:32:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Pomnik Cesarzowej Achai (tom 4)

Nowe perspektywy

Nie tak łatwo jest napisać porywający cykl, w którym każdy kolejny tom będzie lepszy od poprzedniego. Same stworzenie tak pochłaniającego cyklu jest nie lada wyzwaniem, które z resztą Ziemiańskiemu się udało. Często zdarza się, że wraz ze wzrostem tworzonego uniwersum, nie tylko mnoży się ilość wątków głównych, ale również pobocznych, które miejscami potrafią...
Nowe perspektywy

Nie tak łatwo jest napisać porywający cykl, w którym każdy kolejny tom będzie lepszy od poprzedniego. Same stworzenie tak pochłaniającego cyklu jest nie lada wyzwaniem, które z resztą Ziemiańskiemu się udało. Często zdarza się, że wraz ze wzrostem tworzonego uniwersum, nie tylko mnoży się ilość wątków głównych, ale również pobocznych, które miejscami potrafią przytłoczyć fabułę. Większość znanych, długich cykli powieściowych posiada chociażby jeden tom, który jest swego rodzaju wytchnieniem dla autora, a zmorą dla czytelników, gdyż zazwyczaj mało co wnosi, jedynie domykając oraz otwierając poboczne wątki. Niewątpliwie czwartą część „Pomnika cesarzowej Achai” dopadł syndrom środkowego tomu. Niby coś się dzieje, niby występują zaskakujące wydarzenia, lecz w praktyce nic istotnego nie wnoszą, a cały cykl mógłby się obyć bez takiego tomu.

Znaczna część tomu czwartego napisana jest na zasadzie „po trochu” tzn. autor po trochu opisuje wydarzenia dotyczące poszczególnych postaci, pomiędzy nimi wklepując mało istotne wydarzenia. Pierwotna struktura, czy też zamysł na tom czwarty przypomina ten z trzeciego tomu. W poprzednim tomie początkowo również mało się działo, połowa tomu opisywała głównie przygotowania do wyścigu między dwoma siłami w Wojsku Polskim do świątyni dzikich. Jednakże od połowy powieści dostaliśmy multum wydarzeń, ale przede wszystkim sporo rozwiązań głównych wątków. Autor wyjaśnił wiele kwestii dotyczących Ziemców, świątyń dzikich, czy też wreszcie sławetnego pomnika cesarzowej Achai. W przypadku tomu czwartego dopiero dwieście stron przed końcem akcja nabiera rumieńców, wydarzenia przyśpieszają, a bohaterowie wreszcie do czegoś zmierzają. Wprowadzenie nowego gracza na scenę wydarzeń, poszerzenie świata Achai, bliskość zbliżającej się wojny totalnej tchnęły nowe perspektywy w prawdopodobny rozwój wydarzeń w przyszłym tomie. Jednym słowem tom czwarty jest tomem o „spóźnionym zapłonie”, gdyż dwieście ostatnich stron żywej i interesującej akcji nie rekompensuje miałkości poprzednich pięciuset stron.

Kolejna dawka intryg, knucia, militarnego wyścigu i walki z cesarstwem trwa. Shen próbuje porwać lud, by sprzeciwił się siłom władczyni, Kai i Nuk zostają wysłane ze specjalną misją, a Tomaszewski dalej próbuje odnaleźć poszczególne elementy układanki. Do tego wszystkiego dochodzi niecny plan Randa, który namiesza w cesarstwie, a wrogów przybywa, nie tylko z tego świata …

Poszukiwania Pomnika trwają nadal i tak naprawdę nikt nie jest choć o ciut bliżej do rozwikłania jego tajemnicy. W tomie numer cztery pojawiają się wszyscy bohaterowie znani z poprzednich części, jednak poznajemy i nowych. Tak jak wspomniałem we wcześniejszym akapicie, tom czwarty można podzielić na wydarzenia opisane na pięciuset stronach oraz dwieście ostatnich, które swym dynamizmem najbardziej przykuwają uwagę. Prym w całym tomie wiodą cztery grupy osób. Shen, bawiąca się w partyzantkę, Kai i Nuk przygotowujące się do misji na słabo zbadanym kontynencie, Tomaszewski miotający się pomiędzy bohaterami, próbujący zrozumieć sens tego wszystkiego oraz Rand, próbujący wpłynąć na zmianę całego cesarstwa. Jednakże wszystko skupia się w większości na przygotowaniach, czasem budząc czytelnika większym wydarzeniem. Dopiero ostatnie dwieście stron, gdzie dominują Kai, Nuk oraz Tomaszewski oraz ich poczynania na nieznanym kontynencie, przypominają dynamiką wcześniejsze tomy. Jednym słowem – pod koniec zaczyna się coś dziać interesującego.

Akcja w tomie czwartym jest liniowa oraz przewidywalna. Bohaterowie, do tej pory dobrze napisani i skonstruowani teraz są prowadzeni po nitce, od problemu do rozwiązania. O ile w poprzednim tomie zostaliśmy dosłownie zasypani wszelkimi rewelacjami to w tym tomie strzępy informacji jakie dostajemy i którymi musimy się zadowolić są słabe. Może wynika to z mnogości wątków i ich rozbudowanej formy. Niby coś się dzieje, jednak nie tyle, by była to epicka przygoda z wielkimi niebezpieczeństwami i wielkim skarbem na końcu drogi. Owszem, Pomnik Cesarzowej gdzieś na kogoś czeka, jednak po tym tomie można odnieść wrażenie, że bohaterowie są o krok dalej od jego znalezienia.

Jest jednak jeden zasadniczy problem tą częścią. Otóż, jak już napisałem wyżej mogłoby jej nie być i nic byśmy nie stracili. Oczywiście, mamy jakieś wydarzenia, które coś odkrywają, ale są to tylko małe ochłapy, które w większym problemie nic nie znaczą. Jednakże, żeby nie było tak pesymistycznie, możemy doszukać się w tym tomie kilku pozytywów. Najciekawszy w tym wszystkim jest jednak ów świat, który żyje i skrywa jakąś potężną tajemnicę. Ziemiański umiejętnie konstruuje poszczególne etapy jego odkrywania i pokazuje, że jego bohaterom dużo brakuje, by bez problemów narysować mapę całego globu. Wprowadzenie pod koniec tomu nowego gracza na arenie, ale również całego kontynentu wprowadza nowe perspektywy na rozwój przyszłych wydarzeń, co każe czytelnikom sugerować, że zakończenie całego cyklu powinno mieć znamiona epickości. Te ostatnie dwieście stron są symptomem, że być może Andrzej Ziemiański przebudził się z letargu jaki zaserwował swym czytelnikom przez większość czwartego tomu.

Styl autora jest naprawdę lekki i przekonywujący do tego stopnia, że pokaźne, ponad 700-stronicowe tomiszcze czyta się szybko i sprawnie. Język Ziemiańskiego jest osobnym indywiduum, które zmienia się w zależności od sytuacji - na jednej stronie możemy poczytać długie i szczegółowe opisy poszczególnych krain, a nawet działań bohaterów, by na następnej przeczytać siarczysty i brutalny dialog okraszony kilkoma wulgaryzmami.

Podsumowując, czwarty tom „Pomnika cesarzowej Achai” można traktować jako przystanek w podróży do końcowego celu, czyli finału całego cyklu. Niby coś się działo, niby było o wszystkim, ale tak naprawdę o niczym istotnym, dopiero pod koniec coś drgnęło. Jeśli pochłonął nas świat Achai to każdy kolejny tom, nawet mimo swej słabości, będzie miłym powrotem do tego uniwersum. Jeśli dotarliśmy do tego etapu czytelniczej podróży, niewątpliwie sięgniemy po ostatni tom, by móc naocznie sprawdzić jak to wszystko się skończyło

pokaż więcej

 
2018-09-16 18:57:41
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Autor:
Cykl: Kłamca (tom 5)

Jednostka do zadań anielskich

Czytelnikowi obeznanemu z polską literaturą fantastyczną obiło się pewnie o uszy nazwisko Ćwiek. Autor wszechstronny, lubujący się bawić konwencją gatunkową, garściami czerpiący z popkultury, stworzył wiele dzieł w tym najbardziej znany cykl – „Kłamca”. Prosty przekaz, łatwy styl, dynamiczne historie pełne humoru oraz zawadiacki bohater to niektóre...
Jednostka do zadań anielskich

Czytelnikowi obeznanemu z polską literaturą fantastyczną obiło się pewnie o uszy nazwisko Ćwiek. Autor wszechstronny, lubujący się bawić konwencją gatunkową, garściami czerpiący z popkultury, stworzył wiele dzieł w tym najbardziej znany cykl – „Kłamca”. Prosty przekaz, łatwy styl, dynamiczne historie pełne humoru oraz zawadiacki bohater to niektóre wyznaczniki cyklu historii o nordyckim bogu kłamstwa – Lokim, pełniącym służbę na garnuszku aniołów. Zabawa słowem, humorystyczne podejście do opowiadanych historii, wymieszanie wielu mitycznych postaci pozwoliło autorowi stworzyć własne uniwersum, które pokochały rzesze czytelników. Czasami chęć powrotu do stworzonego świata jest silniejsza niż definitywny koniec danej historii. Jakub Ćwiek nie kontynuuje ostatecznie zakończonego cyklu, lecz dzięki „Stróżom” pokazuje, że powrót jest możliwy i nic nie kończy się ostatecznie ani tylko na jeden sposób.

Książka przybliża zmiany zachodzące w anielskiej społeczności, które wywołał swoim niekonwencjonalnym stylem bycia i pomysłowymi metodami pracy cyngiel od brudnej roboty – Loki. To właśnie przez niego pierzaści odkryli, że te wszystkie ich regulaminy i przepisy można interpretować na rozmaite sposoby, a nawet lekko naginać bez podpadania przełożonym. Jednakże żadne zwierzchnictwo nie lubi, gdy ktoś próbuje omijać zasady. Aby takie sytuacje nie miały miejsca powstała WINA – Wydział Interwencyjny Nadzoru Anielskiego – i właśnie o pracownikach tej agencji jest niniejsza książka.

Gdybyśmy mieli trzymać się chronologii wydarzeń, historie opisane w „Stróżach” można umieścić między wydarzeniami drugiego a trzeciego tomu „Kłamcy”. Lektura wcześniejszych pozycji nie jest niezbędna, gdyż autor owszem wzbogaca wcześniej stworzone uniwersum, lecz opowiadane historie żyją niezależnie od siebie i szybko pozwalają zorientować się w opisywanym przez autora świecie. Jednocześnie „Stróże” są zapowiedzią rozpoczęcia nowego cyklu, co może być świetną okazją do zapoznania się z wcześniej powstałymi pozycjami. Sam autor między końcem opowiadanych historii a dodatkiem umieszcza krótką notatkę o kontynuacji rozpoczętej historii, nawet podając tytuł drugiego tomu, co tylko może utwierdzić czytelników w przekonaniu, że powrót do wydawałoby się zakończonej historii jest możliwy.

Z technicznego punktu widzenia „Stróże” składają się z : wstępu wyjaśniającego przyczyny powstania książki, czterech opowieści, epilogu, notki zapowiadającej kolejny tom oraz miłego bonusu dla czytelników twórczości Ćwieka, o którym później. Autor sięga do swojej sztandarowej formy, czyli opowiadań powiązanych głównymi bohaterami, tak jak to miało miejsce w dwóch pierwszych tomach „Kłamcy”. Historie są proste, czasem nawet za bardzo, ale mimo to nadal intrygują, wciągają i bawią czytelnika. Chociaż nie są to historie wżynające się w pamięć, ich głównym zadaniem jest jedynie dostarczenie rozrywki. Owszem czasami są przewidywalne, czasami brak w nich logiczności,czasami brak im wyrazistości, czy przysłowiowego pazura, lecz możemy zauważyć, że im dalsza opowieść tym bardziej wydaje się dopracowana, lecz należy na to wszystko przymknąć oko, gdyż taka jest konwencja całego uniwersum stworzonego przez Ćwieka.

Przedstawiciele W.I.N.A., Butch i Zadra, to nasi główni bohaterowie. "Stróże" mają w sobie nutkę kryminału - wszak bohaterowie prowadzą kolejne śledztwa, zarówno w ludzkim, jak i nadnaturalnym świecie, a w jednym i drugich miesza bóg kłamstwa - Loki. W całej książce Kłamca pojawia się jako epizodyczna postać, często w charakterze kogoś w rodzaju szarej eminencji pociągającej za sznurki z ukrycia. Dzięki takiemu rozwiązaniu możemy poobserwować stworzony przez Ćwieka świat z innej perspektywy niż tylko Lokiego, co daje tylko świeżości nowemu cyklu.

Ćwiek mocno rozwija anielską hierarchię i wypełnia białe plamy pozostawione w poprzednich książkach o Kłamcy, co dla stałych czytelników może być okazją do poszerzenia wiedzy o znanym wydawałoby się świecie. Całość przepełniona jest licznymi nawiązaniami do współczesnej popkultury, co może być frajdą samą w sobie, gdy takie nawiązania dostrzeżemy.

To nie wszystko, ponieważ w książce Jakub Ćwiek umieścił dla swoich Czytelników bonus w postaci obszernego opowiadania łączącego światy Lokiego, „Chłopców” oraz „Dreszcza”. To liczące niemal 100 stron opowiadanie "Chyba śnisz" będzie nie lada gratką dla każdego fana twórczości autora. W tej jednej historii spotykają się bowiem najbardziej popularni bohaterowie Jakuba Ćwieka. Raczej należy traktować ten dodatek jako literacki żart, a nie potwierdzenie, że bohaterowie jego książek funkcjonują w jednym uniwersum i być może czeka nas dalsza zapowiedź ich wspólnych przygód, zwłaszcza, gdy spojrzymy na dedykację, z której jasno wynika, że tekst powstał z powodu rzuconego wyzwania. Tekst jest zwariowany i dowcipny, wszyscy bohaterowie pozostają sobą, a całość idealnie wplata się w popkulturowo-mityczne uniwersum. Ten bonus jest miłym dodatkiem potwierdzającym, że autor nie boi się bawić jedynie popkulturą, ale nawet własnymi książkami.

Podsumowując, miły powrót do wcześniej stworzonego uniwersum, oferujący smaczki dla czytelników z nim obeznanych, a dla nowych stanowiący interesujące zaproszenie do świata „Kłamcy”. Nie doszukujmy się w „Stróżach” czegoś głębszego, gdyż za zadanie mają dostarczyć frajdy i przyjemności i z tego zadania się wywiązują.

pokaż więcej

 
2018-09-12 19:47:38
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Nie znacie dnia ani godziny

Każdy z nas ma własne inspiracje. Nie inaczej jest w przypadku Remigiusza Mroza, który niejednokrotnie nie ukrywał, że jest stałym czytelnikiem twórczości Stephena Kinga. Koniec końców, również nasz rodzimy autor postanowił zmierzyć się z trudną materią jaką jest wywoływanie grozy, czyli jednym słowem, spróbował swych sił na gruncie horroru. Motyw...
Nie znacie dnia ani godziny

Każdy z nas ma własne inspiracje. Nie inaczej jest w przypadku Remigiusza Mroza, który niejednokrotnie nie ukrywał, że jest stałym czytelnikiem twórczości Stephena Kinga. Koniec końców, również nasz rodzimy autor postanowił zmierzyć się z trudną materią jaką jest wywoływanie grozy, czyli jednym słowem, spróbował swych sił na gruncie horroru. Motyw nadprzyrodzonych sił nieczystych, wstępujących podstępnie w ludzi i stanowiących zapowiedź nadchodzącej apokalipsy, wybrał autor na główny wątek „Czarnej Madonny”. W gwoli sprostowania, tanim chwytem marketingowym jest szumne określanie tejże powieści polską prozą na miarę Stephena Kinga. „Czarna Madonna” nijak, ani stylistycznie, ani tematycznie, ma się do twórczości pisarza z Maine. Po prostu Mróz ma swój własny niepowtarzalny styl.

„ Czarna Madonna” chyba znów ze względów marketingowych nazwana została horrorem religijnym. Cóż, można zrozumieć aspiracje autora do zmierzenia się z naturą horroru, lecz bardziej niniejsza powieść przypomina thriller z dreszczykiem osadzony w realiach religijnych. Należy przyznać, że autor miał ambitny cel i nie bał się skoczyć na głęboką wodę jaką jest motyw końca świata oraz egzorcyzmów. Wykreowanie spójnej i interesującej powieści traktującej o czasach ostatecznych nie jest łatwe, ze względu na sporą ilość dostępnych źródeł współczesnej kultury. Motyw końca świata połączony z tematem egzorcyzmów wypadł ciekawie, motyw religijny jest spójny i niezwykle niepokojący. Jak to ma miejsce w przypadku twórczości Mroza, czytelnik może być pewny, że autor dokładnie zgłębi dany temat i uraczy nas wieloma ciekawostkami.

Niestety, drodzy współczytelnicy, powyższy akapit zawiera wszystko to co jest dobre w tej powieści. Jednym słowem jest tego nie dużo, gdyż największym mankamentem jest dalsze poprowadzenie fabuły. Największą bolączką powieści jest jednoczesne umiejscowienie jak największej liczby wątków, pomysłów w jak najszybciej pędzącej fabule. Efektem tego może być jedynie przekombinowanie, lakoniczne zamykanie rozpoczętych wątków oraz dysproporcja między tym co ważne a tym co nie istotne. Remigiusz Mróz słynny jest z zaskakujących zakończeń, w których ostatnie rozdziały potrafią wywracać postrzeganie całej powieści. Cóż, chyba po raz pierwszy muszę stwierdzić, że zakończenie „Czarnej Madonny” jest mało emocjonujące, przekombinowane oraz po prostu słabe.

Boeing 747 należący do irlandzkich linii lotniczych i przewożący 520 osób powinien wylądować w Tel Awiwie o trzeciej w nocy. Nigdy jednak nie dotarł do miejsca przeznaczenia. Kontakt z maszyną utracono nad Morzem Śródziemnym. Filip nie może uwierzyć w to co się stało. Na pokładzie samolotu znajdowała się jego narzeczona, która miała odbyć pielgrzymkę do Bazyliki Grobu Świętego. Z rozpaczą słucha komunikatów na temat samolotu przedstawianych przez media. Nic nie wskazuje na zamach, ale faktem jest, iż samolot przepadł bez wieści. Od czasu do czasu do kontroli lotów dociera sygnał z transpondera z różnych części kraju.Gdzie się podział boeing 747? Czy zniknięcie boeinga 747 jest połączone ze zniknięciami innych samolotów? I co wspólnego ma z nim obraz Matki Bożej nazywany Czarną Madonną? Czy Filipowi uda się odkryć związek pomiędzy zniknięciami samolotów, wysyłanymi sygnałami i obrazem?

Wystarczy kilka stron powieści, by akcja zaczęła poruszać się w typowym dla Remigiusza, wariackim tempie. Typowym dla Mroza jest ucinanie rozdziałów w kluczowym momencie, bądź też kończenie ich zatrważającą informacją, co poniekąd wymusza by czytelnik przeczytał jeszcze jeden, i jeszcze jeden rozdział. Bez dwóch zdań książkę czyta się bardzo szybko, co do tego nie ma wątpliwości. Również początek powieści przykuwa uwagę i wciąga. Jednak im dalej w las tym zaczyna być gorzej.

Ciężko zliczyć jakie elementy dostarcza swym czytelnikom autor. Zniknięcia samolotów, dziwne znaki, przywoływanie duchów, podróże astralne, aż wreszcie egzorcyzmy. To i tak tylko wierzchołek tego co oferuje niniejsza powieść. Autor najzwyczajniej w świecie przekombinował, chcąc w jednej książce poruszyć wątki religijne, katastroficzne, paranormalne i historyczne, co ostatecznie dało dość groteskowy efekt, konfundując odbiorcę. Przez to niestety czytelnik może się czuć nieco oszołomiony, a innym razem nieco nienasycony. Mróz otwiera wątki, które później dość lakonicznie domyka. Chociażby przewodni wątek Czarnej Madonny zostaje sprowadzony do prostego, naprędce napisanego rozwiązania.

„Czarna Madonna” pełna jest przeciwności z jednej strony opisy egzorcyzmów, zwłaszcza ujawnienia obecności demona mogą budzić dreszczyk emocji. Z drugiej strony otrzymujemy opis osoby zwanej Istniejącym (przypominającej Chrystusa, ale czy to on? Tego nie zdradzę)wysiadającej z samolotu, co jedynie wywołuje uśmiech na twarzy i niedowierzanie co dziwnego wymyśli autor. Jeszcze innym przykładem przeciwności jest moment uzmysłowienia przez bohaterów, że doszło do opętania i potrzebne są egzorcyzmy. Czytelnik już wiele stron wcześniej wie, że doszło do opętania, więc dziwi fakt takiej opieszałości zwłaszcza ze strony bohatera, byłego księdza. Jednocześnie z drugiej strony autor zaskakuje nas prawdziwą naturą, tudzież tożsamością osoby opętanej, co jest jednym z większych zaskoczeń powieści. Jak widać „Czarna Madonna” pełna jest podobnych przeciwności, co jedynie pogłębia istniejący miszmasz.

Na pochwałę jak zawsze u Mroza należy się skrupulatne podejście do tematu. Warto docenić ogrom pracy, jaką Remiugiusz Mróz włożył w odpowiednie przygotowanie do „Czarnej Madonny”. Wszystko się tutaj zgadza. Rys historyczny, zagadnienia teologiczne, elementy liturgii… nie sposób się do czegokolwiek przyczepić. Widać, że autor odrobił też lekcję z opętań i egzorcyzmów, a także objawień, studiując znane Kościołowi przypadki. Owszem być może miejscami powieść jest prowokująca, balansująca na granicy herezji, ale nigdy obrazoburcza. Remigiusz Mróz dostarcza wiele smaczków, mało znanych szerszej publiczności. Chociaż czasami dialogi wypadają przez to sztucznie, a nawet komicznie, zwłaszcza scena, gdy demony opisują niektóre wydarzenia z historii Kościoła. Niewątpliwie nie jeden czytelnik będzie próbował sprawdzić niektóre podane w powieści fakty w innych źródłach.

Podsumowując, historia zapowiadała się nietuzinkowo, lecz z powodu ogólnego rozgardiaszu, nadmiaru wątków w przeładowanej, pędzącej fabule, mało satysfakcjonującego zakończenia, elementów komicznych, pełnych niedowierzań w z natury mającej być horrorem książce, otrzymaliśmy powieść plasującą się na nizinach twórczości autora. Cóż, po przewróceniu ostatniej strony zamiast satysfakcji i zaskoczenia , zadamy sobie pytanie – co to właściwie było?

pokaż więcej

 
2018-09-07 16:46:03
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, Ulubione

Przekrój zagubionej twórczości

Zaistnienie w świecie literatury, zwłaszcza fantastycznej jest nie lada wyzwaniem, nie tylko ze względu na możliwość powielania i tak już istniejących schematów, lecz ze względu na trudność w stworzeniu czegoś nowego, czegoś co niesie w sobie przesłanie. Każdy gatunek literacki ma pionierów, którzy przecierali szlaki swym następcom. Niewątpliwie takim...
Przekrój zagubionej twórczości

Zaistnienie w świecie literatury, zwłaszcza fantastycznej jest nie lada wyzwaniem, nie tylko ze względu na możliwość powielania i tak już istniejących schematów, lecz ze względu na trudność w stworzeniu czegoś nowego, czegoś co niesie w sobie przesłanie. Każdy gatunek literacki ma pionierów, którzy przecierali szlaki swym następcom. Niewątpliwie takim pionierem wśród współczesnych jest Jarosław Grzędowicz, który dał się poznać jako autor, nie bojący się przekraczać granic ramowych danej konwencji. To co wyróżnia autora od grona pozostałych, to fakt, że jego twórczość fantastyczna jest specyficzna, gdyż mniej nakierowana jest na bawienie, a bardziej na myślenie. Niemal w każdym utworze, czy to mniejszym czy większym, autor stara się coś przekazać, coś uzmysłowić swym czytelnikom.

Potrzeba dostarczenia czegoś, co nie tylko bawi, ale i uczy sprawia, że dany autor więcej czasu spędza na stworzeniu danego dzieła. Owszem odbija się to na częstotliwości wydawanych pozycji, jednym słowem czytelnicy długo muszą czekać na ukazanie się kolejnej książki. Jednakże takie oczekiwanie zazwyczaj zostaje wynagrodzone dojrzałymi przemyśleniami. Takim twórcom jest Jarosław Grzędowicz, który wydaje niezbyt często, ale za to z przytupem. Dał się on poznać jako autor głównie opowiadań, który czerpiąc garściami z konwencji fantastyki, niejednokrotnie ją łamał. Nadszedł też czas, że zauroczył czytelników czterotomowym „Panem Lodowego Ogrodu”, monumentalnym dziełem, które wyznaczyło nowy kurs w polskiej fantastyce. Po latach literackiej posuchy otrzymaliśmy „Hel-3”, które było pierwszym zasadniczym faux pas ze strony autora. „Hel-3” zbierał mieszane recenzje, a w oczach wielu czytelników wspomniana powieść była rozczarowaniem. Aż wreszcie, drodzy współczytelnicy, dotarliśmy do tego etapu wspólnej literackiej podróży z autorem, gdzie znaleźliśmy jego azyl zagubionej twórczości.

„Azyl” jest zbiorem opowieści, które zaginęły w pomroce (nie tak dawnych) dziejów. Fabryce Słów udało się zebrać dziewięć utworów Jarosława Grzędowicza, które zaginęły, autor nie miał ich fizycznie i sama praca wykopania ich ze starych pism nie należała do najprostszych. Tym samym czytelnik, dzięki tej książce ma możliwość prześledzić nie tylko rozwój twórczości autora na przestrzeni lat, ale po prostu poznać pełną jego twórczość, a to nie zdarza się dość często, nawet wśród poczytnych pisarzy. Jednym słowem „Azyl” jest dopełnieniem studium wczesnej twórczości jednego z najważniejszych polskich pisarzy fantastycznych.

Właściwie czytelnik ma do czynienia z ośmioma opowiadaniami, w tym z debiutanckim „Azylem dla starych pilotów” oraz mikropowieścią „Przespać piekło”. Oprócz nich można natknąć się na „Ruletę”, „Śmierć szczurołapa”, „Dom na Krawędzi Światła”, „Enter i jesteś martwy”, „Rozkaz kochać!” oraz „Chwila przed deszczem”. Całość spina przedmowa Grzędowicza „Lista zaginionych”, która wyjaśnia cel zbioru i fakt, dlaczego do tej pory nie ukazały się w żadnych cyklach; druga rama to posłowie napisane przez Krzysztofa Sokołowskiego w opisowy, ale i w niektórych miejscach interpretacyjny sposób przedstawiającego historię oraz proces wydawniczy zawartych w tomie opowieści. W ramach ciekawostki na końcu zbioru został umieszczony fragment „Bramy Światłości” Mai Lidii Kossakowskiej, żony autora.

W przekroju zbiór jest po prostu różnorodny. Są to opowieści o rozmaitej estetyce oraz treści udowadniające, że Grzędowicz już na wczesnym etapie twórczości lubił się bawić konwencjami, często łamał utarte schematy. Drodzy współczytelnicy, żeby nie zdradzać ich treści, mogę wspomnieć, że otrzymacie w tym zbiorze sporo science-fiction, trochę fantasy, garść dramatu a wszystko zakończone pre-apokaliptycznym klimatem.

„Azyl” jest wyjątkowy z jeszcze jednego powodu, daje nam możliwość wglądu na twórczość autora na przestrzeni lat. Jak sam wspomina jest trzech różnych autorów tego zbioru – nastoletni-nieupierzony, młody-obiecujący oraz dojrzały twórca. Każde z opowiadań opatrzone jest opisem okoliczności powstania, autokrytyką Grzędowicza, co jest cenne same w sobie, ale nadaje również całemu zbiorowi bardzo personalny charakter. Są one oczywiście lepsze i gorsze. Być może początkowe, debiutanckie teksty autora mogą wywoływać obawę odnośnie niedociągnięć, zbytnich uproszczeń, braku puenty, czy też prostego języka. Owszem różnice między początkowymi tekstami, a tymi późniejszymi mogą być widoczne, ale nawet te pierwsze trzymają dobry poziom, którego nie jeden domorosły twórca pozazdrościłby. Jednocześnie większość z nich to ciekawe pozycje dla osoby niezaznajomionej z innymi książkami twórcy. Bezspornie łączy je udowodnienie, że w krótkiej formie można zawrzeć mikroskopijny świat, którego szczegóły zależne są od wyobraźni czytelnika.

„Azyl” stał się uzupełnieniem układanki twórczości Jarosława Grzędowicza, pozwalającej prześledzić literacką ścieżkę pisarza, poszukiwania przez niego drogi wyrażania swych myśli oraz odkrycia, że najlepiej czuje się w łamaniu wszelkich konwencji oraz gatunków. Tylko od nas czytelników zależy, czy skorzystamy z „Azylu” jaki oferuje nam autor.

pokaż więcej

 
2018-09-02 17:56:20
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Komisarz Forst (tom 4) | Seria: Mroczna strona

Powrót bohatera?

Czytelnik przystępujący do lektury powieści traktujących o poczynaniach komisarza Forsta w pewien sposób musi zgodzić się na ustępstwa, jeśli ma cieszyć się lekturą. Remigiusz Mróz skorzystał ze znanych schematów kryminalnych funkcjonujących w literaturze, stwarzając na ich podstawie detektywa po przejściach, z nałogami, ciętą ripostą, ale też pewną nonszalancją, który...
Powrót bohatera?

Czytelnik przystępujący do lektury powieści traktujących o poczynaniach komisarza Forsta w pewien sposób musi zgodzić się na ustępstwa, jeśli ma cieszyć się lekturą. Remigiusz Mróz skorzystał ze znanych schematów kryminalnych funkcjonujących w literaturze, stwarzając na ich podstawie detektywa po przejściach, z nałogami, ciętą ripostą, ale też pewną nonszalancją, który potrafi wybrnąć z naprawdę trudnych sytuacji. W czym tkwi istota tak różnych ocen właśnie tego cyklu stworzonego przez Mroza? Kwestia tkwi w rozwoju samej fabuły. Autor nie poskąpił iście kaskaderskich wyczynów na kartach swych powieści, a sytuacji, z których Wiktor Forst wyszedł obronną ręką, nie powstydziłby się sam James Bond. Jedni krytykowali takie podejście za zbytnie igranie z naiwnością czytelników, drudzy wychwalali, że dzięki takiemu rozwiązaniu fabuła była żywsza i pełna zwrotów akcji. Jednakże jedni i drudzy potwierdzali, że oddanie majestatu polskich gór oraz umiejscowienie w nich kryminału było dobrym rozwiązaniem.

Niewątpliwie czytelnicy, którzy zawierzyli autorowi i przymknęli oko na czasem kuriozalne wydarzenia w świecie bohaterów, otrzymali wiele czytelniczych godzin świetnej rozrywki przepełnionej zwrotami akcji oraz zaskakującymi finałami. Tym, którzy do całego cyklu podeszli obojętnie lub negatywnie, cóż, próby nakłonienia sięgnięcia po kolejny tom spełzną na niczym. Pierwotnie przygody komisarza Forsta miały być trylogią. Zakończenie trzeciego tomu oferowało wiele emocji i w gruncie rzeczy można by było określić je mianem epickim. Jednym słowem dalsza historia miała toczyć się w umysłach czytelników. Jak widać bohaterowie stworzeni przez Remigiusza Mroza domagali się aby ten ich wysłuchał i podzielił się tym co mają do powiedzenia, ze swymi czytelnikami. Ewidentnie widać, że „Deniwelacja” jest nowym otwarciem wcześniej zamkniętej trylogii, wprawdzie nawiązując do historii poprzedniczek, lecz opowiadając zupełnie nową opowieść.

W „Deniwelacji” towarzyszymy to Forstowi w jego tajnej misji, to prokurator Dominice Wadryś-Hansen prowadzącej w Polsce śledztwo, to mordercy. A właściwie morderczyni, której zawdzięczamy makabryczne odkrycie na zboczach Giewontu, jakże blisko miejsca, w którym cały cykl się zaczął. Nie wiadomo, kim są kobiety, których ciała odnaleziono, co je łączyło i jak to możliwe, że nie zgłoszono ich zaginięcia. Śledczy błądzą po omacku, wspominając Bestię z Giewontu, która swego czasu pozostawiła po sobie wiele ofiar w tamtych rejonach. Na językach znajduje się także Wiktor, bo nie da się zignorować faktu, że jedna z ofiar jest ubrana w jego koszulę i czapkę, którą pożyczył niegdyś od znajomego policjanta. A gdzie jest sam Forst?

„Deniwelacja” wpasowuje się w schemat znany z poprzednich tomów. Wiktor Forst obrywa, morderca grasuje w Tatrach, trup ścieli się gęsto i nie obejdzie bez zagadek z numizmatyką w tle. Autor czyni wiele nawiązań do wydarzeń znanych z poprzednich tomów, lecz czyni to w tak umiejętny sposób, że czytelnik nie zaznajomiony z poprzednimi częściami, nie musi martwić się o wyjaśnienie bardzo kluczowych kwestii. Można odczuć, że nowe otwarcie przygód Forsta straciło nie co impet. „Deniwelacja” jest zdecydowanie mniej dynamiczna (zwolennicy bardziej logicznych wydarzeń będą w sumie zadowoleni), objętościowo spora, jednak z wciągającą fabułą. Możliwość obserwacji wydarzeń z perspektywy Forsta, prokurator Wadryś-Hansen oraz zabójczyni sprawia, że czytelnicy usilnie starają się dociec jak to wszystko razem się łączy.

Również w tym tomie nie brakuje sytuacji, z których Wiktor Forst wychodzi prawie bez szwanku, lecz nie jest ich tak dużo jak to miało miejsce w poprzednich tomach. To co się rzuca w oczy to fakt, że nasz bohater stracił pazur, choć nie powinno dziwić, ze względu na to ile przeszedł. Nie dziwi, ale i pozbawia fabułę mocnego punktu, bo jednak jego energia, siła i bezczelność nadawały temu cyklowi charakteru. To co jasno świeci w tejże powieści to długie utrzymywanie czytelnika w niewiedzy jaki te wszystkie wydarzenia mają ze sobą związek, dzięki czemu czujemy wewnętrzny przymus by przewracać kolejne strony. Dwa zasadnicze wielkie zaskoczenia świadczą na korzyść powieści. Pierwszym jest zabawa autora z chronologią opisywanych wydarzeń, dzięki czemu wywodzi czytelnika w pole. Naprawdę dobre rozwiązanie. Drugie wielkie zaskoczenie wywołuje prawdziwa tożsamość sprawcy. Oczywiście jak to u Mroza bywa ostatni rozdział, a nawet strony zostawiają czytelnika z wielką niewiadomą, którą możemy odkryć dopiero w następnym tomie.

Ocenę tego tomu świetnie obrazuje jego tytuł. Czymże jest tytułowa deniwelacja? Słownikowo jest to różnica wysokości pomiędzy najwyżej i najniżej położonym punktem na określonym terenie. Analogicznie w tej powieści znajdziemy to co najlepsze w stylu Mroza, ale również to co już trąci zbytnim schematem, to co spowszedniało, to co nas już nie zaskakuje, jednym słowem najniższe elementy stylu. Przez te fluktuacje dobrych i złych elementów, ocena tejże powieści znajduje się gdzieś po środku. Czwarty tom z Forstem w roli głównej to lektura lekka, z rodzaju tych, które szybko się czyta, ale niestety nie porywa w takim stopniu, w jakim porwać potrafiły poprzedniczki. Schemat się powtarza, motyw symboli nie ma już takiej symboliki, został wciśnięty na siłę, jedynie te pozytywne wcześniej wymienione elementy wypośrodkowują całą powieść.

Podsumowując, czasami historie, które miały być niedopowiedziane powinny zostać niedopowiedziane. „Deniwelacją” Remigiusz Mróz bynajmniej nie zniwelował tego stwierdzenia. Owszem miejscami było dobrze, a nawet bardzo dobrze, lecz można odnieść wrażenie, że czwarty tom jest echem swych poprzedniczek. Cóż, zobaczymy czy Remigiusz Mróz odpowiedział na te echo i wspiął się na szczyt możliwości w kolejnym tomie?

pokaż więcej

 
2018-08-27 18:58:41
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

Poradnik odkrywcy lasu

Ostatnimi czasy możemy zauważyć rozkwit pozycji traktujących o przyrodzie. Co raz częściej książki te zaczynają przypominać bardziej opowieści przesycone naukowymi informacjami niż same suche fakty przyrodnicze, dzięki takiemu podejściu mogą trafić do szerszego grona odbiorców. Książki, zwłaszcza pasjonatów przyrody, jakim niewątpliwe jest Peter Wohlleben,...
Poradnik odkrywcy lasu

Ostatnimi czasy możemy zauważyć rozkwit pozycji traktujących o przyrodzie. Co raz częściej książki te zaczynają przypominać bardziej opowieści przesycone naukowymi informacjami niż same suche fakty przyrodnicze, dzięki takiemu podejściu mogą trafić do szerszego grona odbiorców. Książki, zwłaszcza pasjonatów przyrody, jakim niewątpliwe jest Peter Wohlleben, uświadamiają nam jak wiele tajemnic skrywa przyroda, jak wiele mitów i fałszerstw funkcjonuje wokół niej i przede wszystkim jakże pasjonująca może być. Chyba największym sukcesem tychże pozycji jest wzbudzenie w czytelniku ciekawości do szerszego zgłębienia tematu, a gdy pojawi się chęć żywego obcowania z naturą to wówczas książka spełniła najśmielsze zadanie. Rzeczą wszechmiar słuszną jest, że co raz więcej takich pozycji powstaje, gdyż przyroda jest częścią nas, a my jesteśmy częścią przyrody. Takie książki są niczym soczewka, która zarówno uwypukla wszelkie zagrożenia czyhające na środowisko, z drugiej strony skupia nasze myśli na prostym fakcie, że gdy raz coś w przyrodzie utracimy, nigdy nie odzyskamy, a tym samym stracimy cząstkę siebie.

„Instrukcja obsługi lasu” żadną instrukcją nie jest, gdyż las nie jest maszyną. Owszem marketingowo tytuł przykuwa uwagę, lecz to co w niej najważniejsze, to gawęda o lesie, a dar opowiadania autor posiada, dowiódł tego we wcześniejszych pozycjach. Peter Wohlleben jest wielkim pasjonatem przyrody, o tym nikogo nie trzeba przekonywać, jego książki mówią same za sobie. Lata pracy w lesie, miłość do tego co się robi oraz rzesze oprowadzanych, najróżniejszych ludzi sprawiły, że autor posiadł rzadki dar opowiadania rzeczy ważnych w łatwy i przystępny sposób. „Instrukcja obsługi lasu” może pretendować do tytułu poradnika, gdyż wiele w niej przydatnych i praktycznych wskazówek jak poruszać się , zachowywać i na co zwrócić uwagę podczas pobytu w lesie. Jednakże nie jest to także sam poradnik, gdyż autor wiele kwestii podaje czasem w żartobliwy sposób, ale nie brak również gorzkich refleksji autora nad współczesną gospodarką leśną.

Wieloaspektowe podejście do lasu jest głównym wyznacznikiem stylu autora. Peter Wohlleben postrzega las jako złożoną przestrzeń, w której spotykają się biologia, geologia, psychologia człowieka oraz aspekty społeczne, kulturowe i prawne. Początek książki jest zatem poświęcony bardziej „technicznym” informacjom na temat lasu, zamieszkujących je zwierząt i porastających roślin. Środkowa część skupia się na tradycyjnych i nowych funkcjach, jakie las pełni w kulturze i świadomości człowieka – jak chociażby lasy cmentarne. W końcowej części autor zabiera nas na spacer po lesie w różnych porach roku.

„Instrukcja obsługi lasu” łączy w sobie informacje, które czytelnik może znać, informacje, które są mu zupełnie nie znane, informacje, które poznał, we wcześniejszych pozycjach autora, a wszystko okraszone refleksjami nad współczesnym leśnictwem. Tutaj w dużej mierze ocena czytelników będzie zależna od posiadanej wiedzy przyrodniczej, kontaktu z przyrodą oraz lekturze wcześniejszych książek autora. W przypadku czytelnika mającego wątły kontakt z leśną przyrodą, który nie znał innych pozycji autora , „Instrukcja …” może okazać się arcyciekawą książką. Ci, którzy poznali inne jego dzieła, owszem mogą dowiedzieć tego co już przeczytali wcześniej, chociażby o współpracy grzybów z drzewami, ale znajdą również fragmenty, które ich zaskoczą. W moim odczuciu „Instrukcja obsługi lasu” nie jest pozycją tak samo dobrą jak chociażby „Sekretne życie drzew”, gdyż jako mieszkańca polskiej puszczy, wiele informacji nie zaskoczyło, ponieważ znałem je z własnego doświadczenia obcowania z przyrodą, a te, które nie znałem, poznałem dzięki lekturze wcześniejszych książek autora. Chociaż muszę przyznać, że były fragmenty, które wywołały wielkie zdziwienie. Chociaż raczej wszyscy dostrzegą, fragmenty, które są oczywistą oczywistością – chyba nikomu nie trzeba wyjaśniać, że przed wejściem do schroniska, hotelu, pensjonatu czy domu trzeba oczyścić buty z błota, jeśli są zabrudzone, ot taka niepotrzebna wstawka. Może powtarzanie co kilka rozdziałów niczym mantrę, o nienaturalności monokultur świerkowych wydaję się drażniące. Raz ewidentnie by wystarczał.

To co odróżnia „Instrukcje obsługi lasu” od wcześniejszych książek, to przewijająca się gorzka refleksyjność autora. Peter Wohlleben wykorzystał tu szansę, by podzielić się ze światem tym nad czym najbardziej ubolewa. Chodzi o rabunkową gospodarkę leśną, wycinanie starodrzewów, nasadzanie jednogatunkowych plantacji leśnych, uszkadzanie gleby ciężkimi maszynami leśnymi, karygodne zwyczaje myśliwych czy zostawianie śmieci w lesie. Opisuje to wszystko, z naciskiem wyjaśniając, co jest niewłaściwe. Jak najbardziej autor ma słuszność, gdyż raz niszcząc coś w przyrodzie możemy tego już nie odzyskać. Z drugiej strony nie możemy też zachowywać się jakbyśmy nie byli jej częścią.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze inny aspekt, a mianowicie na ewolucje podejścia autora do leśnictwa we własnej gminie oraz innych krajach. W recenzji „Sekretnego życia drzew” pisałem, że autor wszelkie negatywne elementy leśnictwa przedstawiał na przykładzie krajów Europy Wschodniej, niejednokrotnie idealizując własną gminę. Jednakże pod koniec książki, również u siebie „dostrzegł” pewne problemy. I tak w istocie było. „Instrukcja obsługi lasu” jest zwrotem o sto osiemdziesiąt stopni. Większość gorzkich rozmyślań autora dotyczy poczynań w jego własnym kraju, a nawet gminie, więc początkowy obraz jego rodzinnej miejscowości nie jest tak krystaliczny. Jednakże najważniejszy jest fakt, że negatywne procesy przyrodnicze mogą zajść wszędzie, tylko trzeba je dostrzec.

Komu jest więc potrzebna „Instrukcja obsługi lasu” i czy w ogóle jej potrzebujemy? Autor porusza, wiele różnorodnych, ciekawych tematów, nie unikając tych drażliwych. Dlatego bez dwóch zdań każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli nie pełną informację, to jej zalążek, a przy okazji – przeczyta o kilku innych ciekawostkach. Jednakże, jeśli pod wpływem tejże książki najdzie nas chęć do poobcowania z przyrodą, to wówczas śmiało możemy powiedzieć o jej wielkim sukcesie.

pokaż więcej

 
2018-08-22 20:00:57
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Joanna Chyłka (tom 5)

Prawo ogółu czy jednostki?

Napisanie wciągającego thrillera prawniczego jest sztuką samą w sobie. Trudność tkwi w umiejętnym zobrazowaniu batalii toczących się na salach sądowych, które z natury są statyczne, wraz z dostarczeniem odpowiedniej ilości tzw. akcji, która ożywi fabułę powieści. Ewidentnie Remigiusz Mróz lśni na tym trudnym poletku literackim, gdyż jego cykl z Joanną Chyłką...
Prawo ogółu czy jednostki?

Napisanie wciągającego thrillera prawniczego jest sztuką samą w sobie. Trudność tkwi w umiejętnym zobrazowaniu batalii toczących się na salach sądowych, które z natury są statyczne, wraz z dostarczeniem odpowiedniej ilości tzw. akcji, która ożywi fabułę powieści. Ewidentnie Remigiusz Mróz lśni na tym trudnym poletku literackim, gdyż jego cykl z Joanną Chyłką oraz Kordianem Oryńskim nie tylko dostarcza skomplikowanych oraz intrygujących potyczek sądowych, ale przede wszystkim uzupełnia je o szybką i przepełnioną zwrotami akcję, zazwyczaj w formie sensacji. Jednym słowem jego thrillery prawnicze są bardziej angażujące, więc jeśli do tego dołożymy lekki styl, skupienie na akcji, zwrotach, zaskoczeniach oraz dialogach, to nie powinno nas dziwić, że każdy kolejny tom, mimo swej opasłości czyta się naprawdę szybko. Owszem cały cykl nie jest równomierny, różnice mogą wynikać z przewidywalności, intrygi fabularnej, poruszanego tematu, wtórności wykorzystywanego schematu, na nastawieniu czytelnika kończąc.

Czasami zarzuca się autorowi, że jego cykl prawniczy zaczyna cechować się powtarzalnością. Drodzy współczytelnicy, zastanówmy się, czy powtarzalność musi być negatywnie odbierana? Sądzę, że nie. Po pierwsze znamy wielu znakomitych autorów, którzy stworzyli świetne cykle, czy też powieści na bazie podstawowych, powielanych schematów, a mimo to mają rzesze fanów. Po drugie czytelnik może się spodziewać, jakie elementy otrzyma w kolejnym tomie bez jakiś eksperymentalnych twistów. Po trzecie czytelnicy, którzy uwielbiają dany cykl, czy też styl autora, tak naprawdę nie zwrócą uwagi na taką kwestie. Po czwarte i najważniejsze, nikt nikogo do czytania nie zmusza, więc czytajmy to co lubimy. Owszem gdyby każdy kolejny tom tworzony przez Mroza byłby wręcz idealną kopią schematów, wątków czy rozwiązań poprzedniego, wówczas sprawa nie byłaby tak sielankowa, lecz w przypadku tego cyklu widać, że ewoluuje.

W „Inwigilacji” znajdziemy wszystkie te elementy, dzięki którym cykl stał się tak popularny: lingwistyczne popisy narratora i bohaterów, żywe dialogi Chyłki z Oryńskim, nawiązanie do aktualnych problemów dręczących społeczeństwo, sądowe rozgrywki, ataki na dwójkę głównych bohaterów, z których ci muszą jakoś się wyplątać i robią to z mniejszą lub większą gracją, wreszcie fabularne twisty i zakończenie, które nie tylko zaskakuje, lecz także zmusza fanów Chyłki do niecierpliwego odliczania czasu do premiery kolejnego tomu. „Inwigilacja” w porównaniu do swych poprzedniczek wypada w połowie stawki, w głównej mierze za sprawą różnego poziomu zakończenia wątku prawniczo-sensacyjnego oraz dotyczącego życia osobistego bohaterów. Cóż, wątek sensacyjno-prawniczy, a raczej jego zakończenie nie dostarcza tylu emocji jak cały jego przebieg w toku fabuły, być może wynika to z przewidywalności, czy też uczucia, że rozwiązanie pojawia się niczym królik z kapelusza. Natomiast to wątek osobisty, w głównej mierze jest bardziej zaskakujący i tak jak w poprzednim tomie zostawia czytelnika z wielką niewiadomą, kusząc go by sięgnął po kolejny tom.

Tym razem Chyłka podejmuje się obrony muzułmanina podejrzanego o planowanie ataku terrorystycznego. Fahad al-Hassan twierdzi, że jest podejrzany tylko ze względu na swoje wyznanie. Ale już od pierwszych chwil wiadomo, że to nie jest prosta sprawa o terroryzm. Dowody wskazują, że to właśnie Fahad jest polskim chłopcem, który zaginął kilkanaście lat wcześniej podczas wakacji w Egipcie. Zrozpaczeni rodzice rozpoznają w nim swojego syna, Przemka, muzułmanin twierdzi jednak, że nie ma z nimi nic wspólnego. Prawniczka chętnie bierze tę sprawę, bo wierzy, że przyniesie jej rozgłos. I tak się faktycznie dzieje.

Jednym z elementów gigantycznego rynkowego sukcesu cyklu prawniczych thrillerów Mroza jest fakt, iż w niemal każdym przypadku doskonale wpisują się one w aktualne nastroje społeczne. Remigiusz porusza w swoich książkach kwestie, które w rzeczywistości rozpalają debatę publiczną i popychają do skrajności. Być może brak w jego powieściach pewnego uniwersalizmu, gdyż porusza w swych powieściach aktualnie palące kwestie, które za iks lat mogą być nie istotne, ale cóż, żyjemy przecież w danej chwili.

Każdy kolejny tom cyklu widnieje pod znakiem określonych nadrzędnych kwestii. W przypadku „Inwigilacji” autor porusza tematykę kontroli obywatela przez państwo, czyli tytułową inwigilację oraz nasz stosunek do imigrantów, a raczej naszego strachu do tego, czego nie znamy. Boimy się imigrantów, jest to temat, z którym nadal musimy się w taki czy inny sposób mierzyć. Nadal kwestia obcych w naszym kraju budzi sporo kontrowersji – ma ona tyluż samo zwolenników, co przeciwników. Dokładnie ten problem, został mocno nakreślony w „Inwigilacji” – sprawa, której podejmuje się Chyłka, dotyczy nie tylko osoby, która jest innego wyznania, ale też jest ona podejrzana o planowanie ataku terrorystycznego. W książce został też zatem nakreślony nie tylko problem odmienności ale też tolerancji, zrozumienia i myślenia stereotypowego.

Kwestia obcego, tolerancji oraz stereotypów, to jednak nie jest jedyny problem, który Remigiusz Mróz postanowił zawrzeć w swojej powieści. Mamy tu też doskonałe zobrazowanie tego, na ile państwo może sobie pozwolić, aby chronić swoich obywateli. Balansowanie na granicy prawa, stosowanie najróżniejszych metod oraz ocena tego, czy są one zgodne z prawem czy też nie. Ileż jesteśmy w stanie zrezygnować ze swej wolności, aby móc poczuć się iluzorycznie bezpiecznym. Przez całą powieść wybrzmiewa odwieczne pytanie co jest ważniejsze dobro, a tym samym prawo jednostki, czy też dobro wszystkich. Remigiusz Mróz nie daje nam jednoznacznej odpowiedzi - jego własnego zdania w tej kwestii, możemy się jedynie domyślać. Ta bezstronność, przemawia na plus całej powieści – to czytelnik ma sobie wyrobić opinię, a nie ma mu ona zostać narzucona.

W przypadku „Inwigilacji” widać, że to główni bohaterowie kradną całą naszą uwagę. Owszem sama fabuła jest interesująca. Jak zawsze batalia sądowa jest arcytrudna, a zatem jakże interesująca, pojawiające się zwroty akcji również przyciągają uwagę, tajemniczość muzułmanina pogłębia naszą ciekawość. Jednakże w miarę zbliżania się do zakończenia zauważamy, że Mróz nie zaskakuje nas w kliku kwestiach, sprawa zaczyna tracić polot, a prawdziwa tożsamość Fahada dla wprawnych czytelników okaże się przewidywalna. Jak wspomniałem Chyłka i Oryński dominują nad fabułą w tym tomie. Dostajemy to, na co tak długo czekaliśmy – mianowicie bardzo emocjonalną i bardzo otwartą relację bohaterów, która nabiera innego znaczenia. Widać, że to, co do tej pory przeszli, zaczyna odbijać się piętnem na ich relacji. Nadal nie brakuje tu humoru – być może jest go nawet więcej, niż miało to miejsce w poprzednich częściach. Być może czasami jest on przejaskrawiony, lecz w połączeniu z zatrważającą ilością dialogów, sprawia, że szybko wertujemy kolejne strony powieści. I chyba kwestia najważniejsza – dramatyczność kończącego powieść wątku obyczajowo-osobistego sprawia największe zaskoczenie, wywołuje szereg emocji, tym samym zachęcając by dowiedzieć się jak to wszystko się potoczy w kolejnym tomie.

Podsumowując, „Inwigilacja” raczej jest pozycją dla czytelników zaznajomionych z poprzednimi częściami cyklu, gdyż większy efekt zaskoczenia wywołują wątki osobiste bohaterów, które były rozwijane w poprzednich tomach. Owszem aspekt prawniczy stoi na wysokim poziomie, lecz otoczka sensacyjności pod koniec nabiera cech przewidywalności, przez co cały tom piąty pod względem poziomu wypada w połowie stawki w stosunku do poprzednich.

pokaż więcej

 
2018-08-17 18:49:18
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Rizzoli/Isles (tom 12)

Praprzyczyna

Każda kolejna odsłona danego cyklu jest nie lada wyzwaniem dla samego autora. Musi on nie tylko stworzyć coś nowego, co nie będzie wielokrotnym powtórzeniem danego schematu, ale również usatysfakcjonować zarówno stałych czytelników jego twórczości oraz zaskarbić serca nowych. Rzeczą zrozumiałą jest, że nie zawsze kolejna następna pozycja danego cyklu jest lepsza od...
Praprzyczyna

Każda kolejna odsłona danego cyklu jest nie lada wyzwaniem dla samego autora. Musi on nie tylko stworzyć coś nowego, co nie będzie wielokrotnym powtórzeniem danego schematu, ale również usatysfakcjonować zarówno stałych czytelników jego twórczości oraz zaskarbić serca nowych. Rzeczą zrozumiałą jest, że nie zawsze kolejna następna pozycja danego cyklu jest lepsza od poprzedniej. W przypadku „Sekretu, którego nie zdradzę” owszem otrzymaliśmy zgrabne połączenie wszystkich postaci, sukcesywnie i klarownie odsłaniającą się prawdę, aurę tajemnicy oraz ociekające krwią sceny, ale można odnieść wrażenie, że Tess Gerritsen nie zrobiła nic nadzwyczajnego. Jest zbrodnia, jest śledztwo, są problemy osobiste głównych bohaterów, itd. ot kolejne elementy schematu gatunkowego. Jednakże styl z jakim autorka stworzyła niniejszą powieść, dodatkowo uzupełniając go o nutkę grozy, sprawia, że powieść nie wybitna, lecz napisana poprawnie w swym gatunku, po prostu przykuwa uwagę i czyta się ją z przyjemnością.

Ginie młoda dziewczyna – producentka filmowa. Znaleziona w swoim łóżku, wygląda jakby właśnie zapadła w sen. Kiedy jednak podejdziemy bliżej, okazuje się, że coś jest nie tak – w końcu ludzie, przeważnie, nie trzymają w dłoniach swoich gałek ocznych, a ich pierś unosi się lekko. Dziewczyna nie żyje, co stanowi jakiś problem, który jednak pogłębia się z każdą chwilą, gdyż Maura Isles – kobieta, która czyta w martwych ciałach jak w otwartych księgach – nie potrafi wskazać przyczyny śmierci młodziutkiej denatki. Okazuje się, że oczy wyłupione zostały już po śmierci i zupełnie nic nie wskazuje na to, by ofiara się broniła.

Kiedyś Tess Gerritsen została szumnie okrzyknięta królową thrillerów medycznych. Owszem w przypadku pierwszych powieści z cyklu o doktor Maurze Isles oraz detektyw Jane Rizzolli, ten przymiotnik – „medyczne”- jak najbardziej był uzasadniony, lecz wraz z upływem lat styl autorki ewoluował, więc można napisać, że tworzy po prostu wciągające thrillery. We współczesnej literaturze kryminalnej, aby o danej powieści było głośno, albo musi epatować przeróżnymi zbrodniami, niekiedy ocierając się o wynaturzenie, albo musi cechować się częstymi zwrotami akcji, zawiłą fabułą, albo bohaterowie należą do nietuzinkowych, bądź też zakończenie wywraca rozumowanie powieści o sto osiemdziesiąt stopni. W przypadku powieści Tess Gerritsen śmiało można napisać, że autorka poniekąd znalazła złoty środek, umieszczając po trochu z każdej z wyżej wymienionych cech w swych powieściach, różnicując je większą ilością, któregoś z elementów. Chyba ta stałość odpowiedniego stylu sprawia, że książki Gerritsen są tak poczytne.

W przypadku „Sekretu, którego nie zdradzę” również otrzymamy ciekawe wprowadzenie, interesującą fabułę, pojawiające się i znikające wątki oraz skrupulatnie prowadzone śledztwo, a to wszystko owiane aurą tajemnicy. Co na pewno cieszy, to fakt, że wraz z kolejnymi rozdziałami obserwujemy, jak poszczególne elementy układanki zaczynają do siebie pasować, a sprawa co raz bardziej nawiązuje do przeszłych wydarzeń. Niewątpliwie to co należy przyznać twórczości Tess Gerritsen to fakt, że czytelnik może być świadomym uczestnikiem dochodzenia, tzn. na podstawie podanych przez autorkę faktów, może próbować domyślić się, kto jest odpowiedzialny za daną zbrodnię. Jednym słowem nie musi czekać na łaskawe zaserwowanie wszystkiego przez autora pod koniec powieści, nie musi czekać na rewelacje w zakończeniu, czy też obserwować przez całą powieść pościgu między policją a znanym czytelnikom sprawcą, jak to ma miejsce w niektórych powieściach. Dzięki takiemu współgraniu z tokiem powieści, w przypadku twórczości Tess Gerritsen, czytelnik ma możliwość rewidować swe poglądy w trakcie lektury. Jak to wypada w odniesieniu do „Sekretu, którego nie zdradzę”? Cóż, zależne jest to od stopnia „wsiąknięcia” w kryminały, obeznany czytelnik szybko zorientuje się, co tak naprawdę mogło wydarzyć się w przeszłości oraz kto może być odpowiedzialny za zbrodnie. Chociaż w przypadku jednej osoby otrzymamy spore zaskoczenie. Jednak również mało wprawieni czytelnicy dostrzegą pod koniec powieści, że autorka zaserwowała zbyt łatwe tropy i chyba ta łatwość zakończenia psuje nie co odbiór powieści. Owszem finał jest dramatyczny, nostalgiczny oraz przynosi smutne refleksje, lecz nie zmienia to faktu, że jest na poły przewidywalny.

Dwa zasadnicze aspekty odróżniają „Sekret, którego nie zdradzę” od innych powieści z cyklu. Pierwszym jest nawiązanie do grozy i nie chodzi tu tylko o same zbrodnie, czy sceny rozgrywające się w prosektorium. Takich scen w powieściach Gerritsen nie brakuje i jak na lekarkę przystało, czyni to z iście anatomiczną precyzją, więc miłośnicy mocniejszych wrażeń, w jej powieściach również znajdą coś dla siebie. Wcześniej wspomniane nawiązanie dotyczy atmosfery grozy, która przewija się przez cała powieść, ale również horrorów, jako wyznacznika jednego z elementów naszej kultury. W podziękowaniu autorka sama wyznaje, że filmy grozy są dla niej osobiście ważne, więc autorskie analizy znanych horrorów i częstych nawiązań do klasyki są oczkiem puszczonym do miłośników tego gatunku.

Drugim widocznym aspektem to fakt, że „Sekret, którego nie zdradzę” stoi pod znakiem fabularności, tzn. najwięcej w nim jak dotychczas elementów dotyczących wątków osobistych naszych bohaterów. Oczywiście, zwłaszcza w przypadku cykli nie samym kryminałem czytelnik żyje, również otoczka fabularna jest wszech miar potrzebna. Z punktu stałego czytelnika wątki w niniejszej książce są istotne, pozwalają zorientować się jak przebiega i może przebiec życie naszych bohaterów, natomiast z punktu nowego czytelnika są jedynie odskocznią od części kryminalnej. Chociaż wątek dotyczący Maury Isles oraz jej matki, a wręcz jego prawdopodobnie zakończenie przykuje uwagę obydwu grup.

„Sekret, którego nie zdradzę” silnie nawiązuje do przeszłości, pokazuje, że raz podjęte decyzje mogą wywrzeć ogromy wpływ na przyszłość nawet tą bardzo odległą. Wszystko ma swoją praprzyczynę, czasami nie zdajemy sobie sprawy, czy też ignorujemy fakt, że nawet błahe powody, czy też wydarzenia mogą spowodować taki ciąg przyczynowo skutkowy, który zaowocuje niewyobrażonymi zdarzeniami. Autorka porusza jeszcze coś bardzo istotnego, czyli naturę zła. Czy czasami stajemy się źli pod wpływem wydarzeń? Czy mamy przebłyski zła? Czy są ludzie, którzy rodzą są źli? Po przeczytaniu „Sekretu, którego nie zdradzę” wysnuwa się wniosek twierdzący. W każdym z nas tkwi cząstka dobra i zła, lecz niektórzy rodzą się z przewagą zła, lecz wówczas od otaczającego środowiska zależy czy się uwidoczni. Jednak Gerritsen podsuwa jeszcze jeden straszny wniosek, a mianowicie istnieją jednostki, które są złem wcielonym od urodzenia, bez względu na wpływ środowiska, wówczas twierdzenie –„że to tylko dziecko” – nie jest żadnym usprawiedliwieniem.

Podsumowując, jak najbardziej wciągająca, poprawnie napisana ze świetnym stylem powieść, przynosząca wiele rozmyślań. Starzy wyjadacze kryminałów obniżą jej ocenę ze względu na przewidywalność niektórych końcowych wątków, świeżutkim czytelnikom się spodoba, więc dadzą górnolotne oceny, dzięki czemu ogólna ocena powieści dorówna innym książkom z cyklu.

pokaż więcej

 
2018-08-12 16:21:00
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Cykl: Lincoln Rhyme (tom 12)

Pocałunek śmierci

Jeffery Deaver już dawno przyzwyczaił swych czytelników do wysokiego poziomu jakościowego własnych powieści z gatunku detektywistycznych. Owszem nie wszystkie jego powieści są na wybitnym poziomie, lecz razem ich średnia daje imponujący wynik. Jednym słowem czytelnik sięgający po kolejną powieść pana Deavera może być pewien, że czeka go ciekawa podróż czytelnicza z...
Pocałunek śmierci

Jeffery Deaver już dawno przyzwyczaił swych czytelników do wysokiego poziomu jakościowego własnych powieści z gatunku detektywistycznych. Owszem nie wszystkie jego powieści są na wybitnym poziomie, lecz razem ich średnia daje imponujący wynik. Jednym słowem czytelnik sięgający po kolejną powieść pana Deavera może być pewien, że czeka go ciekawa podróż czytelnicza z zaskakującymi zwrotami akcji. Szczególnie powieści z duetem Lincoln Rhyme oraz Amelia Sachs zapewniają niezłą gimnastykę szarych komórek. Wnikliwa analiza najdrobniejszych zebranych śladów, doszukiwanie się połączeń tam, gdzie praktycznie nie istnieją , częste zwroty akcji oraz finał, który wywraca nasze podejrzenia do góry nogami są nieodzownymi cechami stylu Jeffery,ego Deavera.

Najwyrazistszą cechą jest umiejętne łączenie dynamizmu akcji ze statycznością wnikliwych opisów. Chociaż należy przyznać, że amerykańskiemu pisarzowi w dwunastym już tomie przygód Rhyma i Sachs nie do końca udało się utrzymać odpowiednie proporcje. Jednym słowem „Pocałunek stali” jest miejscami zbyt statyczny, przez co może wydawać się nużący. Nieco leniwy początek, w dalszej części mocne przyspieszenie i zaskakujący finał. Choć wydarzenia tzw. po finałowe również nabywają statycznych cech. Owszem w tym tomie również otrzymamy to wszystko z czego słynie styl Jeffery’ego Deavera, lecz jakby w lekko przytłumionej formie, co raczej nie spowoduje, że osiągnie on poziom najwybitniejszych powieści autora. Jednak w porównaniu do innych podobnych powieści dostępnych na rynku niniejsza książka jest warta przeczytania.

Kiedy w centrum handlowym na Brooklynie detektyw Amelia Sachs próbuje zatrzymać podejrzanego o zabójstwo, dochodzi do tragicznego wypadku: do układu napędowego schodów ruchomych wpada mężczyzna. Gdy Sachs rzuca się na pomoc, podejrzany ucieka. W sprawę angażuje się życiowy partner Sachs, Lincoln Rhyme, ekspert kryminalistyki, który niedawno zakończył współpracę z nowojorską policją. Wkrótce oboje przekonują się, że wypadek był dziełem przestępcy – pierwszym z serii okrutnych ataków. Zespół Rhyme’a rozpoczyna wyścig z czasem, by wytropić sprawcę, zanim ten znów zabije.

"Pocałunek stali" nawiązując do tematyki tomu ósmego, czyli „Rozbitego okna” traktuje o zagrożeniach płynących z tzw. nowoczesności. Z tych wszystkich udogodnień, z który na co dzień korzysta każdy z nas, a na które nieraz już nawet nie zwraca się uwagi. Internet rzeczy otacza i osacza nas już z każdej strony. Deaver niejako krytykuje obecny rozwój technologii, przez który społeczeństwo zapomina o – idącym na równi z pewnymi ułatwieniami – zagrożeniu. W każdej powieści tego autora widać ogrom pracy, jaką włożył w zbadaniu danego tematu. Nie inaczej jest tym razem, dostajemy bowiem mnóstwo szczegółów na temat tego, jak działają sprzęty codziennego użytku najnowszej generacji. I nie są to w żadnej mierze informacje przynoszące spokój.

Deaver próbuje tchnąć nieco świeżości w swój cykl przygód Lincolna Rhyme'a. Dlatego też wśród postaci znanych już z poprzednich części pojawia się całkiem nowa bohaterka, która całkiem sporo namiesza w życiu Lincolna. Z jednej strony rozumiem potrzebę czegoś nowego, jakiegoś urozmaicenia. Z drugiej strony istnieje obawa, że zdominuje duet, który tak przyciągał czytelników. Szczęśliwie pojawienie się nowej postaci nie zmienia roli jaką odgrywają osoby poznane w poprzednich częściach cyklu. Kolejną zmianą są wewnętrzne rozterki i wątpliwości, które targają Rhymem, a każdorazowo kończą się pytaniem: czy warto kontynuować swoją pracę kryminalistyka. Zaletą stylu w jakim pisze Jeffery Deaver jest niezwykle umiejętne kontynuowanie wątków z poprzednich części w taki sposób, że można każdą część czytać oddzielnie. Każdorazowo wszystkie postacie występujące w książce są pokrótce scharakteryzowane, co tym którzy czytają po raz pierwszy pozwoli ich lepiej poznać, a tym którzy czytali poprzednie części przypomni ich sylwetki.

W większości powieści Deavera należy zaznaczyć, że nie tworzy on tzw. „sensacji”, a buduje przed czytelnikiem obraz spokojnego, wręcz mozolnego śledztwa. Owszem pościgi, czy po prostu wybuchy występują, lecz nie są dominującą stroną w jego powieściach. Opisy badania śladów, połączone z typowymi dla tego pisarza „tablicami”, na których bohaterzy podsumowują swoje odkrycia, to swoista wędrówka po świecie kryminalistyki. Nie wszystkim musi się ona oczywiście podobać, lecz osobom, które poszukują powieści, w których analityczny umysł jest kluczem do rozwiązania śledztwa, a nie łut szczęścia z pewnością powieści Deavera się spodobają.

Jak zawsze w jego historii pojawia się jakiś haczyk, który zaskakuje czytelnika. No cóż, Deaver już nie raz udowodnił, że jest mistrzem zaskakujących rozwiązań. Zwrot akcji pojawia się zresztą nie tylko w rozwiązaniu kryminalnej sprawy. Autor przygotował też dla czytelników niespodziankę z życia prywatnego głównych bohaterów cyklu. Choć po tak szokującym finale, następuje rozdział bardzo statyczny, który rozwiązuje drobne wątki, nie przynosząc nic istotnego, przez co obniża wydźwięk samego finału.

Podsumowując, „Pocałunek stali” jest ultra poprawną powieścią autora, akcja potrafi trzymać w napięciu, finał zaskoczy nie jednego czytelnika, co w przypadku świeżych czytelników jest jak najbardziej odpowiednie. Jednak stali czytelnicy poczują, że owszem jest to nadal świetna powieść, lecz zabrakło jej przysłowiowego pazura, zaciętości czy też hardości, która byłaby bardziej wciągająca. Jednym słowem „Pocałunek stali” wypada mniej więcej w połowie stawki powieści autora, które i tak przypominam są wszystkie razem na wysokim poziomie.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
623 411 22924
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (177)

Ulubieni autorzy (18)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (16)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd