Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Nadejście nocy

Cykl: Trylogia Zimnego Ognia (tom 2)
7,63 (195 ocen i 14 opinii) Zobacz oceny
10
22
9
34
8
45
7
57
6
22
5
12
4
1
3
2
2
0
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788374800921
liczba stron
551
język
polski

Trylogia zimnego Ognia. Tom 2 Specyfika działania fae powoduje, że złożone mechanizmy i przedmioty nie zawsze działają zgodnie ze swoim przeznaczeniem i ich funkcjonowanie jest nieprzewidywalne, co powoduje stopniowe odejście od zaawansowanej technologicznie cywilizacji do poziomu średniowiecza, a wszystkie zaawansowane technologie stały się legendą i niedoścignionym wzorem dla potomków...

Trylogia zimnego Ognia. Tom 2
Specyfika działania fae powoduje, że złożone mechanizmy i przedmioty nie zawsze działają zgodnie ze swoim przeznaczeniem i ich funkcjonowanie jest nieprzewidywalne, co powoduje stopniowe odejście od zaawansowanej technologicznie cywilizacji do poziomu średniowiecza, a wszystkie zaawansowane technologie stały się legendą i niedoścignionym wzorem dla potomków pierwszej ekspedycji.

 

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 1491
Sonea | 2014-01-23
Na półkach: Przeczytane

Polecana autorka, polecany cykl.
Liczyłam na poziom Czarnego Maga albo i lepiej, niechby było też poważnie i głęboko, poza tym, że ciekawie.

No i niezbyt się udało.

Przedstawione realia - świat hen, w odległej galaktyce, namiastka starej dobrej Ziemi, koloniści-osiedleńcy borykający się z dodatkowym elementem wrażej natury pod tytułem magia - sympatyczne, nie powiem; zwłaszcza, że świat ten poznajemy kilka wieków po kolonizacji przez Ziemian, nastąpiła asymilacja, a magia jest używana w - nomen omen - zbożnych celach, nie brak bowiem wrogów, którzy (o ile dobrze rozumiem zamysł fabularny) najchętniej pozbyliby się najedźców, żeby mieć planetę całą dla siebie.
I niby fajnie, a jednak nie. Bo przecież są jeszcze bohaterowie...

Głównych mamy w zasadzie dwóch: ten dobry, kapłan i mag w jednym, który przypadkiem wplątuje się w aferę pt. "trzeba uratować ludzkość i to właśnie ja" oraz ten zły, który się przypałętał całkiem prywatnie i już został, bo mimo wszystko podoba mu się mieszkanie na tej planecie, polowanie na ludzi, więc też może uratować, a co. Czysty pragmatyzm. W dodatku jest absolutnie przepotężny, co sprawia, że niechętny mu kapłan zmuszony jest do sojuszu.
Ok, mamy wrogów, mamy zmieniającą się scenerię, co jakiś czas się okazuje, że ani ten kapłan taki słaby, ani zły Łowca - potężny, bo istnieją takie rejony i aspekty magii, których rozum ludzki nie ogarnie. A ci źli źli tylko czekają na potknięcie ratowników.
Mimo to jednak akcja posuwa się do przodu, bohaterowie pokonują pomniejszych przeciwników i szukają Da Bossa.

Co zatem nie gra?

Oj no bo łomatko, oj... Autorka okrutnie chciała pokazać, że nie ma istot tylko dobrych i tylko złych, że w wielu sytuacjach jest nader mgliście i dobry uczynek polega na wyborze mniejszego zła. Cenna to by była nauka, jakkolwiek wtórna, gdyby tylko nie była tak cholernie monotonna. Nasz etatowy dobry zły, Tarrant Łowca, żywi się bowiem ludzkim strachem i stąd czerpie swoje moce. Oznacza to zwykle, że musi sobie ubić ze dwa tuziny, żeby funkcjonować. Nasz dobry dobry kapłan Vryce patrzeć wręcz na to nie może, ale jednak może, bo przecież bez pomocy Tarranta uratuje co najwyżej własny tyłek, a i to niekoniecznie. I średnio co 5 stron czytelnik staje się świadkiem zmarszczenia brwi, grymasu dezaprobaty lub wręcz kaśliwej uwagi słownej pod adresem Tarranta i jego upodobań.
Ile można, pytam się?
Dochodzi do sytuacji, kiedy przeskakuję wzrokiem Sceny Wyrzutów, mamrocząc pod nosem "a weź się już odczep" i pałam zdecydowaną sympatią do Łowcy, co chyba nie do końca było intencją pani Friedman.
Na dobrą sprawę, autorka sama sobie przeczy, każąc się bohaterom trochę lubić, a trochę nie i wywlekając w kółko te same powody. Nie buduje to niczego fajnego, a tylko wnerwia, jak to zwykle bywa z dreptaniem w miejscu. Ratowanie sobie wzajemnie życia po wielokroć, dokopywanie się do pokładów zaskakującej wrażliwości i nic z tego nie wynika?

Do tego doliczmy manierę zarzynania bohaterów drugoplanowych z fajnym potencjałem, rozmaite nielogiczności na zasadzie wprowadzania nowej formy magii, która wygrywa ze starszą formą magii, która potem się okazuje mieć drugie dno, które wygrywa z nową formą magii, która w międzyczasie wyewoluowała i...

To przeszkadza, robi się niespójnie, a przez to nudno.

Wybaczam i brnę dalej, bo mnie ciekawi pomysł na wielki finał, ale przysięgam, jeśli w następnym tomie Vryce się będzie dalej boczył, to ciepnę w kąt. Nie ma nic gorszego od świętej hipokryzji.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Woda, która niesie ciszę

Gdy czytałam tę książkę miałam mnóstwo przemyśleń, ale teraz, gdy już skończyłam nie wiem co napisać. Nie da się. Po raz kolejny autorka zabrała mnie...

zgłoś błąd zgłoś błąd