Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji

Wydawnictwo: W.A.B.
7,42 (45 ocen i 11 opinii) Zobacz oceny
10
3
9
4
8
9
7
24
6
4
5
0
4
1
3
0
2
0
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788328027459
liczba stron
320
słowa kluczowe
grecja, uchodźcy, emigracja, grecka,
kategoria
literatura faktu
język
polski

Jak Polacy dali uchodźcom z Grecji drugi dom. Dionisios Sturis, potomek uchodźców z pogrążonej w wojnie domowej Grecji, podąża śladami swojej rodziny i innych rodaków, których przyjęły polskie władze pod koniec lat czterdziestych XX wieku. Tworzy portret ludzi oderwanych od swojej ziemi i swojej kultury, świadomych, że powrót do ojczyzny – przynajmniej przez jakiś czas – będzie dla nich...

Jak Polacy dali uchodźcom z Grecji drugi dom.

Dionisios Sturis, potomek uchodźców z pogrążonej w wojnie domowej Grecji, podąża śladami swojej rodziny i innych rodaków, których przyjęły polskie władze pod koniec lat czterdziestych XX wieku. Tworzy portret ludzi oderwanych od swojej ziemi i swojej kultury, świadomych, że powrót do ojczyzny – przynajmniej przez jakiś czas – będzie dla nich niemożliwy, próbujących odnaleźć się w nowym miejscu. Nowe życie. Jak Polacy pomogli uchodźcom z Grecji to także portret Polaków gotowych – mimo własnych problemów politycznych i ekonomicznych – wesprzeć tych, którzy znaleźli się w trudniejszej sytuacji.

 

źródło opisu: gwfoksal.pl

źródło okładki: gwfoksal.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 628
moi | 2017-07-11
Na półkach: Przeczytane, Posiadam

Nasi Obcy


Czy sześćdziesiąt parę lat to dużo? To trzy pokolenia. Stosunkowo niedużo, by przechować pamięć, bo zwykle pamiętamy swoich dziadków. A przecież niewielu ludzi pamięta dziś w Polsce 14 tys. Greków, dla których Polska stała się drugą ojczyzną. Na długo, bo trawiona bratobójczymi walkami Grecja, przez wiele nie była przyjaznym miejscem, by żyć i wychowywać dzieci. Nie była nim, gdy rządy objęli prawicowi przywódcy, którzy z pomocą Wielkiej Brytanii i USA urządzali czystki polityczne. Pozorną odwilż, która niosła nadzieję na powrót do kraju, przerwał pucz wojskowy w 1967 roku, który znowu na długi czas zamroził stosunki polityczne z Grecją. Większość przybyłych w latach 50-tych do Polski Greków opuściła nasz kraj dopiero w latach 80-tych: stan wojenny był często czynnikiem przyśpieszającym wyjazd. Dziś w Polsce mieszka 3600 osób deklarujących narodowość grecką, w tym 1083 uznających swoją narodowość grecką za pierwszą, a 657 – za jedyną. W liczbie tej znajduje się 525 Macedończyków, których rząd grecki do dziś nie chce uznać z mniejszość narodową.
Pierwsze przyjechały dzieci. Jeśli wierzyć ówczesnym spisom było ich 3934 chłopców i dziewczynek, od 3 do 14 lat, w tym 113 wojennych sierot i 620 półsierot. Do dziś w Grecji trwają spory, czy było to pedomazoma, czyli siłowe odbieranie dzieci rodzicom i wysyłanie jako zakładników oraz w celu indoktrynacji przez greckich komunistów do krajów socjalistycznych, czy pedososimo - ratowanie dzieci i ich ewakuacja z terenów najostrzejszych walk (od czasownika sozo – ratuję). Łącznie Grecję opuściło ok. 30 tys. dzieci. Czy były to ewakuacje przeprowadzone ze względów humanitarnych, czy politycznych? Spory te są do dziś nierozstrzygnięte.
Za dziećmi przyjechali do Polski dorośli: 6587 – to liczba bojowników i bojowniczek greckiej wojny domowej, którzy przyjechali do naszego kraju wprost z piekła wojny, ratując się przed represjami i prześladowaniami. Nie mieli ze sobą nic prócz menażki i podniszczonego munduru. 2800 – to liczba ciężko rannych greckich partyzantów komunistycznych, często bez rąk, nóg, oczu, wymagających leczenia, rehabilitacji. Polskie władze zorganizowały dla nich osobny szpital w Dziwnowie na wyspie Wolin – świetnie wyposażony, nowoczesny, z kadrą znakomitych specjalistów. Pomysł wyszedł od Bolesława Bieruta, a realizacją zajął się generał Wacław Komar. Do tej liczby należy dodać 2613 cywilnych uchodźców ewakuowanych w ogarniętej wojną Grecji.
Polska, z cichym przyzwoleniem ZSRR, zaopiekowała się nimi w najlepszy sposób. Był początek lat 50-tych, w kraju były olbrzymie braki zaopatrzeniowe, ale dzieci zgromadzone w Państwowych Ośrodkach Wychowawczych (z których największy był w Policach) miały wszystko. Do tego stopnia, że kierowcy autobusów w Policach, zatrzymując się na przystanku przy POW-ie krzyczeli: „Kanada, wysiadać!”. Dzieciom nie brakowało niczego pod względem materialnym, zawsze mogły też liczyć na opiekę i uwagę dorosłych wychowawców, jednak w wojennym chaosie zostały rozdzielone ze swoimi rodzicami, rodzeństwem, innymi krewnymi. Akcja łączenia rodzin zajęła wiele kolejnych lat, w niektórych przypadkach trwała blisko dekadę! Gdy w końcu rodziny się odnajdywały – o prawdziwa bliskość było niezwykle trudno. Nie rozdzielała ich jednak żelazna kurtyna, jak w przypadku tych rodzin, z których część pozostała w Grecji. Ich rozłąka trwała całe dekady i tą tragedią nie zajął się żaden Czerwony Krzyż, nie było happy endu.
Greccy uchodźcy w Polsce otrzymywali mieszkanie, pracę, kursy dokształcające oraz wsparcie w kultywowaniu swoich greckich tradycji. Roczna dotacja RSW „Prasa” na wydawanie greckiego pisma Dimokratisa wynosiła 956 tys. złotych. Działały greckie kluby i stowarzyszenia. Wszystkiemu towarzyszyło społeczne przyzwolenie. Żaden Grek nie bał się chodzić ciemnymi ulicami, żadnego nie pobito, bo miał zbyt ciemną karnację, czy dlatego, że mówił z obcym akcentem. Do żadnej greckiej kobiety, noszącej tradycyjnie czarną chustę na głowie, nikt nie krzyknął, by ją zdjęła. Żadnemu uchodźczemu dziecku nie dokuczali szkolni koledzy. Grecy i Macedończycy żyli u nas w spokoju. Początkowo obok Polaków, potem razem z Polakami. Drzwi w drzwi, podwórko w podwórko – jako sąsiedzi, potem przyjaciele. Z tych przyjaźni narodziło się wiele mieszanych małżeństw. Oraz wiele cennych inicjatyw. Wystarczy wspomnieć Thanasisa Kamburelis, geniusza, który po studiach matematycznych na Uniwersytecie Wrocławskim zatrudnił się w zakładach Elektronicznych Elwro i był „mózgiem” polskich komputerów – bez niego nie byłoby pierwszego polskiego komputera, czyli ODRY.
Od dzisiejszych uchodźców Polska odwraca się plecami, Zamyka przed nimi granice i żałuje paru groszy na pomoc. To z podszeptów władz bierze się świadome mylenie uchodźców z terrorystami albo z nielegalnymi imigrantami. Sugeruje się nam, że uchodźcy roznoszą choroby, będą gwałcić i mordować, zabiorą nam pracę. Rasizm i ksenofobia znalazły w Polsce sprzyjający czas. Trzeba więc tym bardziej, jak najszybciej wrócić do pamięci tamtych lat, gdy w Chojnowie, Wałbrzychu, Zgorzelcu, Legnicy, Ścinawie, Świdnicy, Wrocławiu, Łodzi, Warszawie, w Małopolsce i Wielkopolsce, na Podkarpaciu i Pomorzu roiło się od uchodźczych, greckich wysp - większych i mniejszych, tworzących osobliwy miniświat, przenikający się z naszym. Czy potrafimy powrócić do tamtej wrażliwości, myślenia i działania, by otworzyć się na drugiego człowieka? Podobnie jak tamtejsi Grecy - wygnanych z domów, z własnej kultury, upodlonych, wymęczonych, zdanych na laskę i niełaskę obcych ludzi i państw, żebrzących o wszystko? Czy potrafimy być inni, jak kiedyś?

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Otchłań

Dałbym 8 za świetnie skonstruowany kryminał, dorzucę punkt extra za zakończenie trylogii o Brodzkim. Warto było czekać. Zabrakło psycholog Marty, możn...

zgłoś błąd zgłoś błąd