Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Kraina traw

Tłumaczenie: Teresa Komłosz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
6,97 (303 ocen i 24 opinie) Zobacz oceny
10
17
9
31
8
64
7
97
6
41
5
32
4
9
3
8
2
1
1
3
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Tideland
ISBN
9788374693356
liczba stron
184
język
polski

Po śmierci matki jedenastoletnia Jeliza-Rose opuszcza Los Angeles i wraz z ojcem wyrusza do Teksasu. Ucieczka od trudnego dzieciństwa prowadzi ją w świat fantazji: rozmawia z główkami swych ułomnych lalek Barbie, widzi budzącego się o zmierzchu Człowieka z bagien, przerażają ją czyhające w trawie potwory. Jej jedynym przyjacielem jest upośledzony umysłowo Dickens.

 

Brak materiałów.
książek: 913
bibliofilka | 2012-03-26
Przeczytana: 26 marca 2012

Kojarzycie takie sceny z westernów - kiedy rewolwerowiec wchodzi do saloonu, za nim trzaskają drzwiczki, a wszystkie głowy tam obecne (barmana, mężczyzn pijących whisky, dam do towarzystwa) obracają się w stronę przybysza?
W taki właśnie sposób odwróciły się wszystkie głowy w sklepie prowincjonalnego amerykańskiego miasteczka, kiedy to próg przekroczyła 11-lenia dziewczynka, dość niechlujnie ubrana i jej ojciec, długowłosy mężczyzna w ogromnych przeciwsłonecznych okularach.

Wyglądali dość dziwnie, to prawda. Właśnie przemierzyli drogę z Los Angeles do Teksasu.

Jeliza-Rose nie była przeciętną jedenastolatką, która bawi się lalkami i przebiera się w sukienki. Już w wieku dziesięciu lat została obarczona obowiązkami. Jak myślicie jakim? sprzątaniem swojego pokoju, wynoszeniem śmieci, wyjmowaniu naczyń ze zmywarki? Nic z tych rzeczy! Zaraz po przebudzeniu Jeliza-Rose nabierała trochę heroiny ze schowka na herbatę, rozpuszczała brązowy proszek na łyżeczce z gorącą wodą i sproszkowaną witaminą C, podgrzewała to nad palnikiem, wciągała roztwór do strzykawki i zanosiła ojcu, który sobie to wstrzykiwał, a potem resztki zanosił matce. Po czym Jeliza-Rose miała cały dzień dla siebie, bo do szkoły nie chodziła, nikt jej po prostu nie zapisał. Mogła godzinami oglądać telewizje. O jedzenie też musiała się sama zatroszczyć. Na śniadanie jadła dwa lody z zamrażalnika, na obiad nadziewane ciasteczka, batony Milky Way, cynamonowe tosty, a wszytko popijała colą. Wieczorem miała jeszcze jeden przykry obowiązek - masowała nogi matce i odkażała strzykawki.

Tak wyglądał każdy dzień dziewczynki, dopóki ojciec - niespełniony muzyk rockowy - podał matce za silną dawkę narkotyku. Chcąc uniknąć odpowiedzialności za śmierć żony, zabiera córkę do Teksasu, do opuszczonej farmy What Rocks, na której mieszała kiedyś babcia dziewczynki.

Krajobraz nie jest tu również przyjemny. Na wpół zrujnowana farma, z połamanymi meblami i wystającymi gwoździami. Jeliza-Rose tworzy sobie własny świat, mieszając rzeczywistość z wyobraźnią. Wszystko ma posmak narkotycznych wizji. W każdym kącie domu, za kępą traw, w króliczej norze może kryć się coś mrocznego i przerażającego. Te wytwory fantazji nie mają tutaj nic wspólnego z pogodnymi opowieściami o dziecięcych przygodach, przyjaźniach, o księżniczkach, pałacach czy magicznych wróżkach. Tu jest Potwór z Bagien, który budzi się po zmroku, dookoła farmy - w zaroślach czyhają rekiny, wrak szkolnego autobusu wypełnia się raz dziećmi, raz znajduje się w oceanie, a raz pełen jest świetlików. Zabawki Jeliza-Rose też uczestniczą w wydarzeniach. Z tymże te zabawki, to nie pluszowy miś, czy lalka z błyszczącymi lokami. To same głowy lalek Babie, wygrzebane kiedyś w sklepie, z przeceny - Klasyczna, Magiczne Loki, Modne Dżiny, Krój i Szyk. Te głowy dziewczynka nabija sobie na palce i razem z nimi przemierza chaszcze wokół domu. I jak się okaże laki mają również problemy emocjonalne, kłócą się i godzą.

Wyobraźnia jedenastolatki jest wyolbrzymiona, zniekształcona i karykaturuje otoczenie, które już same w sobie jest groteskowe. Jeliza-Rose zamyka się w tym surrealistycznym świecie. Ubarwianie takiego otoczenia można porównać do nieudolnego makijaż na twarzy. Dziewczyna sama zresztą taki makijaż wykonuje, na swoim ojcu, który nie wybudził się z narkotycznego transu. Jeliza-Rose maluje mu rumieńce, bo stwierdziła, że jest za bardzo siny. Zadziwia tu jedynie spokój dziewczynki, tak jakby byłby pozbawiona wszelkich emocji. Zamyka wszytko wewnątrz siebie.

"Zobaczyłam siebie płynącą przez niezmierzone podwodne przestrzenie, coraz głębiej i głębiej, jak pieniążek wrzucony do Stuletniego Oceanu...albo jak Alicja spadająca powoli, do króliczej nory, rozglądająca się i myśląca o tym, co ją może za chwilę spotkać".

Choć końcówka zapowiada się optymistycznie i pojawia się szansa na powrót do cywilizowanego świata, to zostało utracone coś najcenniejszego - szczęśliwe dzieciństwo, poczucie bezpieczeństwa, ciepła, rozumienia, zatracona została niewinność.

Często piszę, że pewne książki są urzekające. Ta z pewnością taka nie jest - ta jest przerażająca, dająca do myślenia, groteskowa, surrealistyczna. Ciężko od niej się oderwać, można się w niej zatracić, wpaść w trans wizji Jeliza-Rose, coraz głębiej i głębiej. Poczuć się jak Alicja, która spadała do króliczej nory. Tylko dobrze by było, gdyby po dotknięciu już podłoża, na nami roiło się od świetlików.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Lodowy Smok

Martin w wydaniu "dla najmłodszych" to nadal Martin, czyli cząsteczka brutalności i tak obecna jest w tej krótkiej, choć porywającej histo...

zgłoś błąd zgłoś błąd