Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Zgłosuj na książki roku 2017

Wojna o Ferrin

Cykl: Kroniki Ferrinu (tom 4)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
6,37 (147 ocen i 18 opinii) Zobacz oceny
10
25
9
8
8
16
7
24
6
29
5
16
4
8
3
5
2
1
1
15
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788308054147
liczba stron
400
słowa kluczowe
literatura polska
język
polski

Autorka ponad dwudziestu bestsellerów po raz kolejny zabiera nas do tajemniczego świata magii i zmysłów. „Słowa bogini sprawiły, że Anaela uniosła na nią pociemniałe ze zgrozy oczy. - Nadchodzi wojna. Najkrwawsza jaką znał ten świat. Jedna z was musi poprowadzić do niej Ferrin: ty, albo twoja córka. Wiedz, że tym razem nie będzie to Wielka Gra, a wielka rzeź. I to tobie wielkodusznie dajemy...

Autorka ponad dwudziestu bestsellerów po raz kolejny zabiera nas do tajemniczego świata
magii i zmysłów.

„Słowa bogini sprawiły, że Anaela uniosła na nią pociemniałe ze zgrozy oczy.
- Nadchodzi wojna. Najkrwawsza jaką znał ten świat. Jedna z was musi poprowadzić do niej Ferrin: ty, albo twoja córka. Wiedz, że tym razem nie będzie to Wielka Gra, a wielka rzeź. I to tobie wielkodusznie dajemy wybór. Więc, Anaelo dell’Idarei…?”

Jaką decyzję podejmie Anaela? Kto poprowadzi Ferrin i sprzymierzeńców do decydującej bitwy? Kto zwycięży? I za jaką cenę?

Wojna o Ferrin to czwarta część pięciotomowego cyklu fantasy, o bogatej i żywej fabule, zaskakujących zwrotach akcji, której bohaterowie są intrygującymi i niepokojącymi postaciami. Targają nimi wielkie namiętności: żądza władzy, miłość i nienawiść.

 

źródło opisu: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

źródło okładki: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 156
Linoskoczek | 2015-09-24
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 24 września 2015

Książka z wojną w tytule, w której wojny nie uświadczysz. Katarzyna Michalak przyzwyczaiła już czytelników, że robi takie rzeczy, o których innym autorom się nie śniło, więc kolejny cud dziwić nie powinien.
A przecież wciąż zdumiewa.

Autorka kwestionuje zwykły porządek. Fabuła w gruncie rzeczy jest pretekstowa i niestety, zdarzyć się może wszystko. Absolutnie. I mimo, że to fantasy, jednak źle, bo nie chodzi przecież o samo zaskakiwanie (ono bardzo pożądane), ale brak jakichkolwiek reguł. Żadna wolta dokonana przez bohaterkę (bo o nią tylko idzie), choćby niezwykle mało prawdopodobna i jeszcze mniej umotywowana, jak najbardziej może nastąpić. Lecz dlaczego tak dzieje się, pisać nie zamierzam. Raz wstrzymałem się z powiedzeniem do końca czemu w Ferrinie ludzka logika nie obowiązuje i słowa sobie danego dotrzymam. Nieprzyzwoite byłoby grzebać się w tym temacie. Jednakże mimo powyższego ograniczenia i tak zdumiewa owa łatwość pomijania sensowności ludzkich poczynań. Mogłoby się wydawać w związku z tym, że Anaela nie jest człowiekiem, bo tak mało w niej zwykłej racjonalności. Sama Anaela twierdzi, że jej serce nieodgadnione. W sumie – jak każdego, ale też każdy pozwalając rządzić sercu, używa rozumu, by takie rządy stały się możliwe.
I jeśli chodzi o rządzenie, to przecież Anaela jest władczynią. Taką niesłychanie impulsywną i zmienną. Życie dworu z kimś takim to prawdziwy horror. Nikt nie może być pewien co taki pan zrobi. Rysuje się wręcz obrazek żywcem wzięty z historii samodzierżawia. Takiej carycy Katarzyny. Ona była władcza, do łóżka brała kogo chciała, ale jak ktoś ośmielił się z tego powodu nadużyć swobody wypowiedzi, to jak uroczo śpiewa Kaczmarki, kazała gnać go nagiego dookoła Kremla.
Stąd wniosek mnastępujący, że władcy, ani władczyni obrażać nie wolno.
Natomiast Anaela nazywana jest suką. Bezkarnie.
A może to nie taka caryca, a na przykład nasza premierka? Aż strach bierze, że nam się podobna Anaela trafiła, która też sama siebie pochwali, a co zrobi jutro, to Bóg Wszechmogący nie wie. Choć wie wszystko.
Horror!

Ale spokój. Można odetchnąć. Anaela nie rządzi. Ona króluje. Czyli niebagatelna różnica. Nosi gwiazdkę na czole. Panuje na dworze, gdzie na znak żałoby wiesza się flagi. Czyli jakiś szczątek dworskich obyczajów znajdziemy. I nic ponadto!

Co to jest dwór? Ceremoniał przede wszystkim. Nie tylko flagi żałobne, bo flagi zawsze. Szlachetni się chełpią pochodzeniem. Ponadto dwór to także rozbieranie i ubieranie władcy, czemu towarzyszą wielcy panowie. Życie panującego naznaczone było takimi obyczajami, bo powstawały nawet kodeksy dotyczące zachowania dworskiego. Bodajże hiszpański był najwyżej ceniony, ale i inne nacje także sroce spod ogona nie wypadły. Nie chciały pozostawać w tyle. Zatem król to w takim wypadku nie tylko osoba, a właściwie najmniej, to urząd, kwintesencja państwa. Nic więc dziwnego, że taki jeden powiedział, że państwo to ja. Miał prawo.

A dwór Anaeli poza jakimś zbiorem anonimowej służby? Czysta kpina! To absolutny chaos, w którym nie sposób szukać rytuałów, jakie życiu dworskiemu nadawałby sens. Feria przypadkowych wybryków władczyni, której nic nie usprawiedliwia. Takich władców nazywano szalonymi. Władcy dążą do ustanowienia jasnych reguł, by było wiadomo za co nagroda, a za co kara. Niekonsekwencja ich największym wrogiem. Tu wspomnę o pewnej anegdotce z życia króla Fryderyka Wielkiego. Ów władca, już w podeszłym wieku, przechadzający się po Berlinie, dojrzał strwożonego przechodnia, który próbował się ukryć. Ale do jakichkolwiek drzwi by nie doskoczył, te okazywały się zamknięte. Król wypytał go o tak przedziwne zachowanie. Dowiedział się, że ono wynika ze strachu przed panem. Fryderyk wziął lagę i stłukł biedaka, wrzeszcząc: masz mnie kochać, a nie bać się, bydlaku! Ładne, prawda?
Ale wbrew pozorom nie takie znowu dziwactwo. Żołnierz, który boi się dowódcy, wypełnia rozkazy. Dywizje NKWD na tyłach dowiodły w czasie II wojny światowej, że to wciąż metoda skuteczna. Ale żołnierz, który wodza kocha, rzuci się za nim w ogień, a pilnować go nie trzeba, środki tracąc, które potrzebne gdzie indziej. Czyli rządzenie przy pomocy miłości, to racjonalność najwyższa.
Wynikałoby z powyższego wywodu, że Anaela jak najbardziej racjonalna, bo ona rządzi za sprawą miłości.
Sirden jednak ją rani, Sellinaris ucieka, Karin buntuje, Amre znika. Choć zarazem w innym wypadku Sirden chce życie oddać, Sellinaris nigdy nie opuścić, Karin posłusznie wykonywać rozkazy, zaś Amre nie odstępować.
Że te zwroty sensu nie mają? Że to miotanie się od ściany do ściany nieprzekonujące? Aha, Raskara – smoka też trzeba dołączyć do wymienionego już kółka adoracyjnego. Anaela niewoli, po czym bardzo prędko odpycha od siebie wszystkich tych mężczyzn i to z przerażającą częstotliwością, która nawet u furiata by zadziwiała. Tak nawet dzieci nie bywają zmienne.
A trzeba tu zaznaczyć, że podczas dziania się tych wszystkich ekscesów romansowych wojna się toczy.
To znaczy ma wybuchnąć.
Z początku to nawet nie wiadomo z kim. Ale Anaela wie, że do wojny dojdzie. Więc co robi po przybyciu?
Oczywiście na samym początku wszystkich porzuca. Musi to zagrożenie odnaleźć. To bardzo logiczne. Myślicie pewnie, że współpracownicy przerażeni, bo dowiadują się o mającej nastąpić wojnie? Oczywiście, że są przerażeni, ale z powodu lekko odmiennego. Anaela im znikła.
I tak nieustannie.
A sama wojna? Jaki jej przebieg?
Przez całe czterysta stron to zaledwie jeden okręt Lanorów zza bezkresnego morza, którego przepłynięcie zabiera rok. Bardzo to znamienna liczba, cały rok. Symbolicznie. Ale ze spraw praktycznych, to ciekawe czy żeglarze zabrali ze sobą kapustę kiszoną, by uniknąć szkorbutu? I ile żywności, bo wszystkie jednostki pływające Lanorów miały posiadać po tysiąc załogi? I gdzie ona się pomieściła? To bardzo zajmujące kwestie. Ale może elfów, morze bezkresne głodem i szkorbutem nie zmoże, bo to elfów takie duperele się nie imają? Może żywią się światłem, powietrzem i orzeźwiającą bryzą? Bardzo interesujący to pomysł, by podczas rocznej morskiej wyprawy podróżnicy nie doświadczali żadnych utrapień. I niesamowicie życiowy. Każdy wilk morski chętnie poświadczy, że rok bez zawijania do portu to rozkosz, po prostu.

Autorka bez cienia żenady korzysta z najbardziej poniżających twórcę rozwiązań typu deux ex machina. Kiedy dotychczasowe zagrożenie inwazją Lanorów przestaje wystarczać, nagle okazuje się, że ich król potrafi czytać myśli Anaeli i planować kolejne podstępne kroki. No, ale wystarczy obręcz z niezawodnym tytanianem (przypomnijmy materiałem, który twardszy niż stal, ale przecina się go łatwo jak włos) i po kłopocie. W pewnej chwili zagrożenie inwazją to mało, więc z nieba musi spaść jakieś coś (po co komu wiedza jakie dokładnie. Jakieś!), by Ferrin pogrzebać. Dodawanie skali zagrożeń do dotychczasowych tak naprędce majstrowane, że jakikolwiek cień sensu umyka, gdzie pieprz rośnie.

A teraz z innej beczki.
W cyklu ferrińskim bardzo wiele wypowiada się słów o miłości. Jaka to miłość?
Anaelę kochają: Sellinaris, Sirden, Amre, Karin. Tak ją kochają, że od niej uciekają lub sobie nawzajem zarzucają zdradę, także wtedy kiedy wojna za pasem. Tak wielokrotnie napadają na siebie nawzajem, że kolejne oskarżenie o zdradę nie czyni żadnego wrażenie, bo jedyną zmienną okazuje się, który z nich zostanie w danej chwili wskazany palcem przez pozostałych. Ta sławiona miłość to taka, która wyraża się agresją i zarzutami. Najlepiej prześledzić ten zabieg na przykładzie Sellinarisa.
Na początku to postać odrażająca. Zgwałcił córkę Anaeli. Ale Anaela go kocha. Nie może oprzeć się fizycznemu pociągowi. Ulega, przekonuje się do niego. Odnajduje ludzkie cechy, tzn. elfie. A później co uczyni?
Oczywiście, że odpędzi, nie wiadomo czemu.
Odchodzącemu Sellinarisowi drogę zastępuje Sirden, bo Anaela tak oczyma nakazuje. Doprawdy trudno dociec o co chodzi w całej scenie, choć później okaże się, że Anaela, choć kochanka wypędziła, to jednakże postanowiła go zatrzymać.
Czyli mamy tak:
- kocha,
- ale przepędza,
- ostatecznie nie pozwala odejść.
Gdzie indziej dowiadujemy się, że zachodzi z tym Sellinarisem w ciążę, zarzucając mu przy tym jakieś pierdoły, on w rewanżu odpowiada, że jest dla niego nikim. Anaela natychmiast grozi, że usunie płód.
Widać tu postępującą eskalację gniewu, okrucieństwa, wręcz bezrozumnej nienawiści.
Jeśli taki związek jakoś opisywać to łatwiej byłoby na zasadzie sadomasochizmu.
Podobnie dzieje się z pozostałymi postaciami. One wszystko kurczowo trzymają się Anaeli, są dopuszczane bliżej, po czym odpychane, nie słucha się ich, nie współpracuje. Bohaterka nigdy nie tłumaczy swoich poczynań. Wymaga bezgranicznego podporządkowania.
Jeśli by odnieść się do przytoczonego uprzednio porównania do carycy Katarzyny w wersji zaproponowanej przez Kaczmarskiego, to on do opisu związków imperatorowej używał dwóch określeń: rozkosz i ból, splatając je ze sobą w węzeł iście gordyjski.
Czyli mielibyśmy Anaelę jako dominę. Okrutną, rządzącą mężczyznami, którzy ją wielbią, grającą na uczuciach.
Może nawet byłoby to interesujące, a na pewno nietypowe i odważne, tylko kłopot z tym zalewem lukru, jaki potopem opływa Anaelę taką ckliwą, głupią, dziecinną adoracją całego świata. Czyli Anaela to nawet nie domina – to nie wiadomo co. Chaos.

Książka jest wyzbyta elementów humorystycznych. Bo takimi nie można nazwać odzywek głównej bohaterki do jednorożca w stylu: koniku lub kłapouchu. Ponadto razi nieprawdopodobną infantylnością. Bo w następstwie to dalej smok będzie zwał się Kazi, lwiana okaże się przytulanką, zaś jednorożec osłem.
Wprost idiotycznie przedstawiane sceny batalistyczne, to znaczy ta z okrętem Lanorów zza morza, bo w całej tej „Wojnie o Ferrin” bitew nie uświadczysz, panie dzieju. Podczas starcia na okręcie Anaela zostaje oczywiście wzięta do niewoli. Zabieg jest tak sztuczny, nieprzygotowany i bezsensowny, że konia z rzędem temu, kto w historii wojen przytoczyłby podobną bzdurę z udziałem władcy, który decyduje się ryzykować własną osobę w imię nieznanych powodów. Chyba, że chodzi o zdobycie pistoletu. Tak, na jego podstawie inżynierowie mają armaty konstruować.
Dobry Boże, takie uzasadnienie na poważnie?
Podobnie idiotyczne są przygotowania do odparcia inwazji z nade wszystko konieczną osobą Sirdena, którego władczyni, po tym jak go straciła w Międzywymiarze musi odnaleźć. By Sirden oczywiście zawiódł.
Wojna wydaje się być zajęciem dość racjonalnym (choć w rzeczywistości zdarzają się przykłady niepojętego bohaterstwa jednostek poświęcających się za przyjaciół), z ostrzeliwaniem wroga z daleka, przygotowywaniem zasadzek, odcinaniem linii zaopatrzenia itp., tu zaś oglądamy ją jako splot niczym nieuzasadnionych, przypadkowych, wręcz chaotycznych działań.
Za to mnóstwo zwrotów akcji, które po pierwsze nie posiadają żadnych sensownych przyczyn, a po drugie nie niosą jakichkolwiek konsekwencji. Nie ma znaczenia, że Anaela znalazła się w niewoli. Jak przypadkowo do niej trafiła, tak cudownie się wyzwoli. Każdy to wie. Niestety, najbardziej czytelnik.

„Wojna o Ferrin” logicznie przedstawia się wyjątkowo niezbornie. Przypadkowości rozwoju akcji towarzyszą nieprawdopodobni charakteriologicznie bohaterowie, z ich wyjątkowym niezróżnicowaniem w postaci niezapowiadanych przeskoków od miłości do nienawiści. Humoru ewidentnie brak. Śladowe i niezajmujące opisy. Stopniowanie napięcia nie istnieje, bo w scenach nie da się doszukać ludzko zrozumiałego sensu. A napięcie musi wyrastać z jakiegoś porządku. Zagrożenia pojawiają się nagle i z niebytu, metody ich rozwiązywania są sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. W sumie tej książki nie da się ocenić w sposób rozumowy. Ona wymyka się wszelkim kryteriom.
Określić ją jednak można.
To absolutny bałagan. Pomieszanie z poplątaniem, z wyraźnym dodatkiem chaosu, nad którym nawet symbolicznie nie starano się zapanować. Jako komunał wszędzie wrzucając miłość, która tłumacząc absolutnie wszystko, wszystko trywializuje.
Absolutnie zasłużona –
gwiazdka:
jedna!

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Gwoździe do ich trumien

Nie będę się rozpisywał. Kolejna solidna powieść o Harrym Schulzu, choć z nieco prostszą fabułą niż trzy poprzednie. Niestety,po raz kolejny autor z j...

zgłoś błąd zgłoś błąd