Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Dziewczyna, którą kochały pioruny

Tłumaczenie: Agata Kowalczyk
Książka jest przypisana do serii/cyklu "Struck". Edytuj książkę, aby zweryfikować serię/cykl.
Wydawnictwo: Amber
6,65 (803 ocen i 102 opinie) Zobacz oceny
10
65
9
58
8
121
7
182
6
193
5
101
4
36
3
32
2
7
1
8
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
tytuł oryginału
Struck
data wydania
ISBN
9788324146000
liczba stron
368
język
polski
dodała
Sherry

Mia Price to dziewczyna, którą kochają pioruny. Los Angeles jest jednym z niewielu miejsc, gdzie czuje się bezpieczna. Do czasu gdy trzęsienie ziemi niszczy miasto. Wokół panuje chaos. Plaże zmieniają się w gigantyczne wioski namiotów. Śródmieście jest rumowiskiem. Nocami w opuszczonych budynkach odbywają się dzikie imprezy. Ich uczestników przyciąga w ruiny moc, której nie potrafią się...

Mia Price to dziewczyna, którą kochają pioruny. Los Angeles jest jednym z niewielu miejsc, gdzie czuje się bezpieczna. Do czasu gdy trzęsienie ziemi niszczy miasto. Wokół panuje chaos. Plaże zmieniają się w gigantyczne wioski namiotów. Śródmieście jest rumowiskiem. Nocami w opuszczonych budynkach odbywają się dzikie imprezy. Ich uczestników przyciąga w ruiny moc, której nie potrafią się oprzeć. Dwie walczące ze sobą sekty gromadzą coraz więcej wyznawców. I obie widzą w Mii klucz do wypełnienia dwóch apokaliptycznych proroctw… Tajemniczy Jeremy obiecuje ją chronić, lecz czy jest tym, za kogo się podaje? Mia nie jest tego pewna. Wie tylko, że jego dotyk jest bardziej elektryzujący niż uderzenie pioruna…

Jennifer Bosworth jest autorką scenariuszy i producentką filmów krótkometrażowych. Razem z mężem reżyserem stanowią zespół, który ma już na koncie kilka nagród filmowych. W 2012 roku Jennifer postanowiła spróbować swoich sił w powieściopisarstwie. Dziewczyna, którą kochały pioruny, debiut literacki młodej autorki, przypomina gotowy scenariusz filmu. Wypełniona akcją i brawurowym tempem romantyczna powieść zdobyła uznanie krytyków najważniejszych magazynów poświęconych książkom i czytelniczek zachwyconych wartką fabułą i elektryzującą historią miłości.

“Iskrząca chemia łączy młodych zakochanych, którzy zmierzą się z niebezpieczeństwem jak z Igrzysk śmierci i wyborem jak z Niezgodnej – w działającej na wyobraźnię scenerii katastroficznego filmu.” – Kirkus Reviews

 

źródło opisu: http://www.wydawnictwoamber.pl

źródło okładki: http://www.wydawnictwoamber.pl

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 1209
Sophie | 2013-12-24
Na półkach: 2013
Przeczytana: 24 grudnia 2013

Los Angeles to miasto, w którym rzadko pada. Wszyscy w to wierzą, ponieważ w końcu o tym mówi ta sławna piosenka: "Nigdy nie pada w Kalifornii, ale dziewczyno, nie ostrzegli cię? Jak już leje, to leje", więc musi to być prawda. Uciekająca przed przeszłością Mia, zamieszkuje tam wraz z rodziną i wreszcie zaczyna się czuć w miarę bezpiecznie. Potem jednak nadeszło trzęsienie ziemi.

Książka mnie fascynowała. Zasiadałam do lektury z niemałym optymizmem, który szybciutko zaczął mnie opuszczać już po pierwszym rozdziale, a mój zapał do czytania malał z każdą stroną, co przeniosło się potem na żółwie tempo lektury. Ostatecznie skończyło się na błagalnym wpatrywaniu się w numer kartek i odliczaniu ile zostało ich do końca oraz motywującym myśleniu o przyszłych, dobrych lekturach. Powstrzymywałam się siłą woli, żeby nie przeskakiwać całych akapitów. Z ulgą przeczytałam ostatnie zdanie, zamknęłam książkę i wrzuciłam ją do szafy(tam gdzie trafiają moje książki nielubiane). Jesteście ciekawi, co tak bardzo mi się nie spodobało?

Zacznijmy od głównej bohaterki. Widzę już wyobraźnią małe zrozumienie na Waszych twarzach, bo dobrze wiecie, jakie potrafią być heroiny w powieściach młodzieżowych. Powinnam uściślić, jak straszne potrafią być i wywoływać w czytelniku chęć popełnienia na nich mordu. Nasza postać ma na imię Mia i jest biednym dzieckiem skrzywdzonym przez los. Jednak to nie z tego powodu jest zdrowo kopnięta. Przyciąga ona błyskawice i w sumie podoba jej się to uczucie, gdy miliony woltów zostają wchłonięte przez jej ciało, choć z tego powodu ma blizny na całym ciele i nosi grube swetry, długie spodnie i rękawiczki. W Kalifornii. Jak się przyjrzycie okładce, to zauważycie takie małe czerwone paseczki na jej rękach. Ja nie tego zauważyłam za pierwszym razem, ale ostatecznie stwierdziłam, że należy się za to jeden punkt do oceny. Autorka odrobiła lekcje i wiedziała, co taka ilość czystej energii robi z ludzkim ciałem. Jednak nie znalazła wytłumaczenia, czemu Mia wciąż żyje. Czyli była to historia z cyklu: moja heroina ma fajną moc, ale nie potrafię jej jakoś w miarę logicznie wyjaśnić. Nie potrzebowałam na to fizycznych przykładów, czy skomplikowanego objaśnienia. Wydaje mi się, że autorka nie miała po prostu na to pomysłu; tak było i... to właściwie tyle.

Drugi punkt należy się za opis uczuć, których Mia doświadczała za każdym razem, gdy trzasnął ją piorun. Wspomnienia, wyczuwanie burzy(a dziewuszka wciąż sprawdzała prognozę, choć jej ciało czuło, kiedy zbliża się ulewa, logika). Było to niesamowicie fascynujące, ale też równocześnie bardzo niepokojące. Nie zrozumiecie dopóki nie przeczytacie. Powiem, że autorka potrafi pisać z pasją, a w tym szczególnym momencie wyszło to nawet na plus. W innych już nie.

Czytając "Dziewczynę, którą kochały pioruny" miałam ochotę bez przerwy śmiać się z niedorzeczności, ale ostatecznie skończyło się na nieustannym tzn. "face palm". Moje zażenowanie przy czytaniu dawno nie sięgnęło tak wysoko, a to nawet nie był erotyk, więc rozumiecie, że było bardzo, aż powtórzę bardzo, bardzo źle. Najlepszy przykład to miasto po zniszczeniu. Autorka celowała w antyutopijny świat, czego można się domyślić nawet bez tego porównania do "Igrzysk Śmierci" i "Niezgodnej" na okładce. Nietrafionego zresztą, jakby ktoś pytał. Chciała przestawić taki właśnie świat; praktycznie całkowicie zniszczone miasto, nie ostał się nawet jeden wieżowiec; ludzie ledwo wiążący koniec z końcem i mieszkający na plaży w skupisku namiotów. Cudem budynek heroiny zachował się cały, ale nie tylko; mają dwa auta i benzynę(Mia potrafi sobie siedzieć godzinkę z włączonym silnikiem i rozmyślać, ale najwidoczniej stacje benzynowe wciąż działają, czy coś tam); wraz z bratem chodzi normalnie do szkoły, gdzie wydzielane jest jedzenie. Uwaga ogłaszam krytyczny poziom zażenowania. Autorka chciała stworzyć zniszczony świat, ale bohaterka żyła ponad stan(jak na obecną sytuację), przecież nie mogło nic jej się stać. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, to rząd USA był akurat zajęty czymś innym, a nie całkowicie zniszczonym LA.

To jednak nie koniec! Mamy tutaj utopię religijną, bo to jeszcze nie dość atrakcji! Objawia się Prorok(z dużej, bo to nazwisko), który przepowiedział trzęsienie, a teraz przepowiada koniec świata. Za trzy dni. I ma dziennie trzy godzinne audycje w kablówce, co pewnie teraz jest za darmo, co ja tam w końcu wiem o milionowych cenach za 30-sekundowe reklamy. Zapomniałam. Mia ma oczywiście też TV i laptopa(choć internet często zamula). Nie wiedziałam ostatecznie, czy bardziej mnie śmieszy cała ta akcja z Prorokiem(miał nawet swoich apostołów), czy żenuje. Jednak zdecydowanie mi się to nie spodobało. Nie była to siła w stylu prezydenta Snowa, który był tak realny dla czytelnika, że aż strach. Nie, to było komiczne. W negatywnym sensie. Nie wspominając o tym, że byli tam też Tropiciele, ale to już inna, śmieszna organizacja.

Wisienka na torcie to romans. Kim może być ten tajemniczy chłopak? Dowiecie się tego w kilku pierwszych rozdziałach, ponieważ jest to równanie w stylu 1+1. "Dziewczyna, którą kochały pioruny" to jedna z najbardziej przewidywalnych książek, jakie w życiu czytałam. Choć autorka dla ułatwienia też postanowiła załączać "wizje przyszłości", które oczywiście spełniały się w najbardziej oczekiwany sposób. Zagadka, tajemnica, cokolwiek? Nie w tej książce moi drodzy, wszystkie "wskazówki" rażą po oczach. Pisałam o romansie, ma on wiele wspólnego właśnie z tą przewidywalnością, a poza tym nic ciekawego nie można o tym powiedzieć. Wszyscy wiedzą, jak to się skończy. Powiem, że chłopak był bezbarwny, jak woda, całkowicie nieekscytujący, ale za to miał fajne okulary w stylu Clarka Kenta. Co z resztą było wskazówką. UPS.

Żałuję, że w ogóle zainteresowałam się tą książką i chciałam się z nią zapoznać. Zignorowałam kiepskie oceny, które wystawiła tytułowi poprzednia właścicielka i nie mogłam się doczekać lektury. Dawno się tak nie zawiodłam. Pod koniec marzyłam tylko o tym, żeby książka wreszcie się skończyła, a ostatnie strony były czystą torturą czytelniczą. "Dziewczyna, którą kochały pioruny" to tytuł, którego zdecydowanie nie polecam. Nie mówiąc o tym zabawnym fakcie, że kolejna część(niestety!) będzie dopiero w 2016 roku.

Ogólna ocena: 2/10.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia

Oczekiwałam od tej książki czegoś więcej, ale się zawiodłam. Książka niby ciekawa, niekiedy wciągnie czytelnika na chwilkę ale brak jej tej iskry. Ale...

zgłoś błąd zgłoś błąd