Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Maladie i inne opowiadania

Wydawnictwo: superNOWA
7,18 (1003 ocen i 62 opinie) Zobacz oceny
10
68
9
90
8
228
7
318
6
213
5
56
4
13
3
15
2
2
1
0
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788375780468
liczba stron
356
język
polski
dodała
Oceansoul

Najlepsze z najlepszych. Barwne i przewrotne. Zbiór zawiera dziesięć opowiadań Andrzeja SAPKOWSKIEGO pisanych w różnych okresach życia i poruszających tematy czasem bardzo od siebie odległe. Jest więc i klasyczna fantasy, i SF, i political fiction, a groza bywa rozładowywana przez żart bądź literacką aluzję. Wszystkie z nich poprzedzone zostały przedmowami, w których SAPKOWSKI dowcipnie opisał...

Najlepsze z najlepszych. Barwne i przewrotne. Zbiór zawiera dziesięć opowiadań Andrzeja SAPKOWSKIEGO pisanych w różnych okresach życia i poruszających tematy czasem bardzo od siebie odległe. Jest więc i klasyczna fantasy, i SF, i political fiction, a groza bywa rozładowywana przez żart bądź literacką aluzję. Wszystkie z nich poprzedzone zostały przedmowami, w których SAPKOWSKI dowcipnie opisał tajniki swojego warsztatu i okoliczności, w jakich owe opowiadania powstawały.

 

źródło opisu: superNOWA, 2012

źródło okładki: http://www.supernowa.pl/

pokaż więcej

Brak materiałów.
książek: 290
Yumeka | 2013-06-10
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 10 czerwca 2013

Czytałam już kiedyś zbiór "Coś się kończy, coś się zaczyna", pożyczony od kolegi. Tym większą przyjemność mi sprawiło przeczytanie go ponownie, przypomnienie sobie stylu narracji, dzięki któremu pokochałam książki w ogóle jako takie. Jako że nie mogłam sobie pozwolić na zakupienie czerwonego wydania serii wiedźmińskiej, zadowolić się musiałam jednym "Maladie". (Ci zaś, którzy są w posiadaniu starego wydania zbioru, z pewnością będą rozeźleni za wydane pieniądze, ale kto rozgarnięty kupiłby zbiór opowiadań bez choćby przejrzenia spisu treści?)

"Droga, z której się nie wraca"
Siłą tego opowiadania jest to, że sprawdza się zarówno jako dodatek do serii o uwielbianym przez wielu białowłosym zabójcy potworów, jak i opowiadanie niezależne, o ile ma się zbawienną niekiedy tendencję do akceptowania świata fantasy takim, jakim się go kreuje, bez zbędnych pytań.
Osobiście "Drogę..." lubię nie tyle nawet przez bohaterów (gadatliwego i obojętnego na cudzą śmierć Korina czy poważną, jakby stale zmartwioną Visennę) czy świat (magów, bandy rozbójników na iście średniowiecznych traktach, zagadkową rasę vranów). Przede wszystkim cenię ją za warstwową akcję, cień fabuły, której nie pozwolono się rozwinąć, ale obecnej w pozornie liniowym przebiegu wydarzeń.
Ktoś zdradził, ktoś zaplanował, coś już było wcześniej, jest odległy powód i oczekiwany skutek. To wszystko jest bazą, której nie zgłębiamy, bo akcja skupia się wyłącznie na tym, by oczyścić szlak z zagrożenia i ponownie otworzyć drogę (do której się powraca).
8/10

"Muzykanci"
to opowiadanie, które zapamiętałam najlepiej od poprzedniego czytania, co jest dość dziwne, bo chyba nie budzi we mnie takich emocji, jakie powinno. To jest revenge tale, przynajmniej powinno być, tak sądzę. Zgadzam się z koncepcją - katuje się bezbronne zwierzęta, tak że ktoś wrażliwszy ma ochotę nasłać na dręczycieli ich największy koszmar, wobec którego oni będą bezbronni i zginą w męczarniach. Rozumiem. Dziwi mnie tylko stanowisko zwierząt. To, że mimo wszystko bronią ludzi przed żywym koszmarem zza Zasłony. Czy czują się winne, że veehal ją rozdziera? To pytanie nie pada w tekście, nie ma też na nie odpowiedzi. Muzykanci, którzy łatają swą muzyką Zasłonę, są podzieleni co do stopnia winy ciążącej na ludziach, ale generalnie szkoda im naszej rasy. Trochę to dla mnie niepojęte.
"Zemsta, która na was spadnie nie pochodzi od nas, chcemy was przed nią bronić. Pójdziemy do Bremy i na zawsze zamkniemy zasłonę. A co do was, waszych kamieni i kijów, i rozpędzonych kół samochodów, które zadają nam ból i śmierć... Nie prosimy nawet o to, żebyście przestali. Nawet o tym nie myślimy, bo wiemy, że nigdy nie przestaniecie. Po prostu będziemy was strzec." Tak to widzę.
7 to za mało, 8 to za dużo. 7,5/10

"Tandaradei!"
Kocham, po prostu kocham tę historię.
Monika jest nieładna. Nie brzydka, po prostu nieładna. Z powodu swojej nieładności ma dużo czasu by czytać dawne niemieckie pieśni pradawnym mocom. Dlatego została wybrana. Wybrana do tego, by się przebudzić i żeby świat legł u jej stóp. Żeby władać tajemną mocą. Żeby być piękną. I będzie.
Opowiadanie jest dziurawe, i to strasznie. Nie potrafię jednak nie żywić do niego samych pozytywnych emocji. Pomimo nieco schizofrenicznych fragmentów snu (a może właśnie dzięki nim), pomimo pobieżnego załatwienia kwestii Wychudłego (a może właśnie dzięki temu), pomimo nierozwiniętej postaci starej wiedźmy (o której istnieniu w ogóle zapomniałam od poprzedniego czytania) daję subiektywne, bardzo emocjonalne
9/10.

"W leju po bombie"
zaczyna się tak, że nie sposób nie czytać dalej. Osobiście czułam się jak złapana na haczyk ryba.
Generalnie nie lubię militarnych klimatów, zawsze wydają mi się jakieś takie sztuczne, napompowane. Tutaj tego nie ma. Cywile nie mają wyboru, każdy chce żyć, każdy chce mieć łatwiej, zapisywanie się do stronnictw i partii, w których za przywileje płaci się strzelając z danego karabinu i nagle przestaje być cywilem - to norma. Nikt nie pomaga obcokrajowcowi, którego wiesza na drzewie banda uzbrojonych podrostków. Nikogo nie dziwi huk spadających bomb, jest to po prostu sygnał, na który trzeba wykonać kilka wiadomych czynności. Absurdalne prawo się ignoruje albo stara obejść za wszelką cenę, głównie łapówkami. Zna się i rozmawia w pięciu językach jednocześnie, by dogadać się w razie czego z każdym, kto cię napadnie. Nie ma w tym za grosz patetyczności. Nie ma w tym bohaterstwa. Świat się sypie, płoną granice, miasta i ulice tracą nazwy, a bohaterowie zbywają to wzruszeniem ramion. Takie życie, po prostu. Trzeba sobie radzić. Nawet jeśli oznacza to czasem przesiedzenie całego dnia w leju po bombie.
10/10

"Coś się kończy, coś się zaczyna"
Każdy aktywny fan czegokolwiek musiał się natknąć na coś, co zwie się fanfiction. Twórczość taka mniej lub bardziej przysługująca się oryginałowi, kanonu z reguły trzyma się rzadko, choć zdarzają się przyjemne wyjątki. Dla mnie "Coś się kończy, coś się zaczyna" jest właśnie takim ff. Różnica polega na tym, że napisał je po prostu autor oryginalnej sagi wiedźmińskiej.
Geralt i Yennefer biorą ślub. Jest bard Jaskier ze swoją skłonnością do picia i biesiady, jest wiedźminka Ciri ze swoim zamiłowaniem do tańca z mieczem, jest horda znanych z opowiadań i powieści postaci, jest zamieszanie, jest gwarno, jest typowy wiedźmiński klimacik, ten prześmiewczy.
Raczej dla fanów serii, po przeczytaniu serii. O ile nieobeznani mogą się pośmiać z ogólnego zamieszania, to prawdziwy smaczek tego prywatnego żartu raczej umknie.
7/10

"Battle Dust"
Podobnie jak wyżej, ta "fałszywa space opera" jest prywatnym żartem autora. Urywek historii, która nigdy nie zostanie opowiedziana, traktuje o skazaniu na pewną śmierć sporego oddziału najemników, którzy zatrudnieni zostali w wojnie, którą właśnie zakończono. Tyle że przeciwnik nie ma w zwyczaju brać jeńców.
Jak na kogoś, kto nie ma zamiaru nigdy napisać space opery, Sapkowski prezentuje całkiem wyraźny zarys i spory arsenał, który w głównej mierze poruszał moją wyobraźnię. Fragment nadaje się do środka książki albo na koniec pierwszego tomu. Na początek bym tego nie dała, bo szkoda jednak motywu międzygalaktycznej wojny. Fani gatunku musieli gorzko zapłakać, gdy dowiedzieli się, że z tego nic więcej nie będzie.
7/10

"Złote popołudnie"
Kotom wolno wszystko. Nawet ocalić umierającą dziewczynkę, która w narkotycznym śnie błądzi po Wonderland. Zwłaszcza jeśli się jest kocim królem, Chesterem. I nie ma sensu pytać o powód.
Inne spojrzenie na znaną "Alicję w Krainie Czarów" nie niesie w sobie śladu niewinności oryginału. Do polecenia dla tych, którzy lubią leczyć się z nostalgicznych wspomnień bajek z dzieciństwa... oraz miłośników kotów, oczywiście.
8,5/10 (za koty)

"Zdarzenie z Mischief Creek"
Kolejna historia zemsty. Sapkowskiemu nawet dobrze wychodzą takie rzeczy. Zgrabnie wprowadza w świat, od patrzenia na który gotuje się w żyłach i świerzbią ręce, a potem umiejętnie przelewa krew tych, co trzeba.
Pościg za kobietą oskarżoną o czarnoksięstwo trafia do dziwnej osady na odludziu, w której rządy sprawują kobiety, a mężczyźni to ułomne na umyśle narzędzia do wykonywania ciężkich prac. I to ich ostatni przystanek, bo znaleźli się na terenie wroga.
Zakończenie jest dość przewrotne, chodzi mi o samą rozmowę babci i wnuczki.
8+1 = 9/10, za satysfakcję.

"Spanienkreuz"
Pewnie gdyby było w zbiorze, który czytałam wcześniej, w ogóle bym go nie zrozumiała. Traz było dobrze, bycie świadkiem zmieniania się historii w zależności od tego, kto o niej mówi, nie jest dla nie zaskoczeniem, a potwierdzeniem własnych obserwacji (też zresztą niezbyt odkrywczych). Uderzyło mnie ostatnie zdanie. Ironia losu...
Ciekawe, czy ten film powstał...
6/10

"Maladie"
Nie znam legendy o królu Arturze. Ledwo orientuję się w sytuacji z rycerzami Okrągłego Stołu. Avalon to tylko zasłyszana nazwa. Merlin kojarzy mi się ze zwariowanym staruszkiem w tiarze w gwiazdy i księżyce.
Tym nie mniej doceniam dokładność tego fanfica, bo zrozumiałam, jak sądzę, absolutne maksimum z tego, co było do zrozumienia. Doceniam łagodny klimat historii, zatopiony w oczekiwaniu śmierci i niespełnionej miłości, jak kwaśne a kandyzowane jabłko. Doceniam postaci, które wróciły po śmierci, by legenda się dopełniła. Doceniam, że Sapkowski pozwolił im przeżyć i odejść, dla ich własnej legendy. Nie wiem, na ile to się łączy z oryginałem, ale tragizm całej tej miłosnej katastrofy zostawia daleko w tyle dzieła pokroju "Romeo i Julia". Tym większe brawa. A w połączeniu z darem Sapkowskiego do opisu walk, nawet jeśli są tylko dwie i to krótkie, "Maladie" jest dość silnym bodźcem do poznania oryginalnej legendy.
9/10


Podsumowując, nie ma w zbiorze (prócz historycznego "Spanienkreuz", ale to zwyczajnie nie mój klimat) opowiadania, które by mi się nie podobało. Każde ma swój szczególny klimat, mimo charakterystycznego stylu Sapkowskiego (który na szczęście objawia się też w przedmowach, a nie tylko w twórczości).
Śliczna okładka.
Tradycyjnie u mnie, wyciągając średnią z poszczególnych ocen: 8/10.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Faza pierwsza: Niepokój

"GONE zniknęli faza pierwsza - niepokój" Michael Grant “GONE Zniknęli. Faza Pierwsza. Niepokój” to początek sześciotomowego cyklu , który...

zgłoś błąd zgłoś błąd