Nie ma to jak w domu

Bartek Czartoryski
05.07.2020

Do niedawna szczelnie zamknięci po domach, praktycznie odizolowani od świata - rozumianego jako bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem - faktycznie, jak ktoś napisał, mogliśmy poczuć się niczym niepyszni bohaterowie powieści Stephena Kinga. Ba, może i niektórzy nawet tym bardziej docenili swoje cztery kąty, ale fakt faktem, że gdziekolwiek się nie utkwiło, rodziło to różnorakie problemy natury praktycznej. Miastowi mieli sklepy pod nosem i jedzenie na dowóz, a kto z prowincji, ten mógł odetchnąć pełną piersią bez żywego ducha na horyzoncie. Coś za coś.

Nie ma to jak w domu

Lecz co to ma wspólnego z książkami? Otóż dużo. Już tłumaczę. Rzadko kiedy można bowiem napotkać kogoś, który byłby całkowicie zadowolony z miejsca, gdzie mieszka. Innymi słowy, człowieka z metropolii ciągnie gdzieś do wiejskich chałup, tych z mniejszych miejscowości - do dużych. Ale, jak tłucze nam do głowy od lat amerykańska literatura grozy, siedźmy na tyłkach, bo przeprowadzka nigdy nie jest dobrym wyborem, niezależnie od tego, czy z wielkiej płyty przenosimy się na przedmieścia, czy małomiasteczkowy spokój zamieniamy na penthouse na kredyt. Migracja niejako zapisana jest w tamtejszym kodzie genetycznym, z czego horror, tak przecież dynamicznie reagujący na społeczne zmiany i żerujący na kulturowych modach, uczynił niemalże archetypiczny schemat fabularny. Czytając pewne książki, jeszcze docenimy izolację.

Reklama

Szklane pułapki

Lata siedemdziesiąte nie oszczędzały przeciętnego nowojorczyka. Kryzys paliwowy, bezrobocie rosnące równie szybko, co słupki przestępczości, śmieci walające się po ulicach i szalejąca korupcja. Wtedy to klasa średnia uciekała stamtąd na potęgę (o czym za moment), a niektórzy autorzy literatury grozy aż nie mogli się doczekać zbawiennej fali gentryfikacji (jak choćby Thomas F. Monteleone przypisujący jej na stronach powieści „Night Train” niemalże okultystyczne moce), która wymiecie element. Dlatego też nieprzypadkowo pisarze, którzy w owym okresie tworzyli tak zwaną złotą erę amerykańskiego horroru, rzadko pomijali aspekty ekonomiczne. Ba, chyba nieprzypadkowo na nowojorskie mieszkanie na prestiżowym Upper West Side, gdzie co prawda grasowali kieszonkowcy, ale nadal było jakby luksusowo, stać u Jeffreya Konvitza, odpowiedzialnego za nadal niewydane u nas „The Sentinel”, jest jedynie bogatą modelkę (potem powstał jeszcze osadzony w tym samym miejscu sequel). Ale częstokroć złe bywało samo miasto.

Fritz Lieber na kartach powieści „Our Lady of Darkness” przedstawił koncept „megapolisomancji” (tłum. moje), czyli koncepcji zakładającej, że cała miejska infrastruktura zbudowana jest nieprzypadkowo tak, a nie inaczej, gdyż wszystkie ulice, rury i tunele metra (same będące settingiem dla niejednego horroru) tworzą wzory ku chwale czarnej magii. Ale to jednak San Francisco, powróćmy jeszcze na moment do Nowego Jorku, jakby nie było, stolicy świata.

Zanim bowiem napisano powyższe książki, powstał przecież żelazny klasyk gatunku, gdzie nie potrzebowano ani zaplatać naszej rzeczywistości z innymi wymiarami (ponownie „Night Train”), ani otwierać bram piekieł na piętrze kamienicy (raz jeszcze „The Sentinel”). Mowa o nadal fenomenalnym „Dziecku Rosemary”, powieści satanicznej, ale i satyrycznej, bo przecież, jak pisał zresztą Chuck Palahniuk, tamtejsze potwory w świetle dnia wyglądają cokolwiek groteskowo, a dom Usherów stanął na skraju Central Parku. Powieść Iry Levina to znakomity przykład miejskiej powieści gotyckiej, do tego niepozbawionej komentarza społecznego i akcentującej paranoję zrodzoną z samotności pośród szkła, betonu i stali. Brzmi znajomo? I słusznie, bo, jako że pod koniec każdego podrozdziału polecę książkę polskiego autora, która nawiązuje do podejmowanego tematu, to przypominam o „Świętym Wrocławiu” Łukasza Orbitowskiego.

Wsi spokojna, wsi wesoła

Odetchnąć od miejskiego zgiełku nie jest łatwo. Zwłaszcza, jeśli nie ma się kasy (choć bez niej to i ze wszystkim trudno). Nie chcę znowu eksplorować kwestii ekonomicznych, lecz niekiedy są one, jak udowadniałem, kluczowe. Bo przecież, na przykład, młode małżeństwo z „Całopalenia” nie stać by było nawet na wakacje za miastem, gdyby nie podejrzanie atrakcyjna oferta starszych gospodarzy (zresztą na podobny haczyk musiała się złapać nosząca pod sercem diabelskie dziecko Rosemary, bo aż trudno uwierzyć, że jej mąż, drobny aktor, mógł sobie na podobny wypas pozwolić; podobnie tanio, jak pamiętamy, Lutzowie kupili dom w podmiejskim Amityville).

Zresztą powieść Roberta Marasco, niejako inicjująca cały nurt książek o domach z piekła rodem, z początku pomyślana jako czarna komedia, to rzecz przewrotna, bo, jakby nie było, opowiada o posiadłości wysysającej energię (i życie) z mieszkających tam ludzi. Choć Marasco uważał, że część humorystyczna mu nie wyszła (ba, uznał ją za nieobecną), to jednak jest to świetna metafora pogoni za materializmem kosztem siebie i bliskich; innymi słowy: harujemy, tracąc z oczu to, co najważniejsze. Nie tak subtelna jest Anne Rivers Siddons, autorka innego klasyka z tamtego okresu, literacko lepszego „The House Next Door”. Tam nowoczesny dom na przedmieściach Atlanty (zanim wytkniecie mi, że przedmieścia to jeszcze nie wiejskie rejony, spójrzcie, jakie są tam przestrzenie) niszczy życia kolejnych właścicieli, samemu rosnąc w siłę.

Ale chyba esencjonalną powieścią o, mówiąc prosto, przeprowadzce z miasta na prowincję jest wydany przed ćwierćwieczem i u nas „Pan żniw” Toma Tryona, gdzie mamy niemalże klasyczny schemat fabularny: małżeństwo z dzieckiem przenosi się na wieś, a tamtejsi mieszkańcy, rzecz jasna nieprzychylni nowym sąsiadom, mają dla nich niemiłą niespodziankę. Książka, co wydaje się naturalne, wykorzystuje mocne elementy horroru ludowego. A czy u nas wyszło coś chociażby odrobinkę w tym klimacie? Ależ oczywiście. Spróbujcie przeczytać debiutancki „Dom na Wyrębach” Stefana Dardy, bodaj jednego polskiego autora tak konsekwentnie korzystającego z lokalnego - podkarpackiego - kolorytu jako integralnego tła wydarzeń przyprawiających o ciarki.

Małomiasteczkowe piekło

Można by szybko urwać temat i rzec, że król, nomen omen, jest tylko jeden. Bo Stephen King to faktycznie mistrz horroru małomiasteczkowego, który uczynił z Nowej Anglii niemalże jądro ciemności, lecz tradycja ta trzyma się mocno niezależnie od aktualnej formy mistrza. Wyżej napomknąłem o „Amityville Horror”, ale to jednak bardziej powieść o nawiedzonym domu, bo sama miejscowość nie ma tam nic do rzeczy (choć, oczywiście, książka Jaya Ansona na swój sposób zadaje kłam mitowi „przyjaznych przedmieść”). Wymieniłem też nazwisko Iry Levina, które teraz powróci. Napisał on bowiem także „Żony ze Stepford”, rzecz o małym miasteczku, gdzie wszystkie kobiety chodzą jak zegarki, nastawione oczywiście przez mężczyzn. Prześmiewcze ostrze satyry wymierzone jest tutaj przede wszystkim w maczystowskie lęki przed feminizmem.

Nie zawsze jednak groza czai się na miastowych tam, gdzie by tylko nie wyjechali. Weźmy na przykład niedocenioną - i, niestety, jedyną - powieść Joan Samson „The Auctioneer”. Co prawda książka ta opowiada o jak najbardziej realnej grozie, związanej z horrorami faszyzmu i autorytarnej władzy silnej ręki, ale jej źródłem jest tajemniczy przybysz z miasta żerujący na zubożałych miejscowych. Jeśli mieliście do czynienia z „Loterią” Shirley Jackson, ostatnio zresztą wydaną u nas jako komiks, albo ze „Sklepikiem z marzeniami”, ech, Stephena Kinga, też załapiecie, o co chodzi. Mało? No to weźmy jeszcze „The Abyss” Jere’a Cunninghama, gdzie podupadające górnicze miasteczko okazuje się być bramą do, zgadliście, piekła. Nieprzypadkowo to tę powieść przywołuję na końcu, bo pozwoli mi to gładko przejść do polecenia polskiej książki, mianowicie „Ćmy”  Jakuba Bielawskiego, również osadzonej na podupadającej prowincji, acz rodzimej.

Jeśli myślicie, że już dość się nasiedzieliście u siebie i planujecie niebawem wycieczki i wakacyjne urlopy, a może nawet, o zgrozo, przeprowadzki, zostaliście ostrzeżeni.

Zostańcie w domach.

Reklama

komentarze [23]

Sortuj:
238
0
14.07.2020 09:22

"Dom na Wyrębach" to Lubelszczyzna, nie Podkarpacie.


349
52
10.07.2020 22:47

a ja do tej kolekcji dołożyłabym Edgara Allana Poe.


3963
3723
10.07.2020 22:23

Mi się Ćma bardzo podoba


16
2
10.07.2020 00:13

Znaleźć się w tak zacnym gronie, no no. Bez zbędnych ceregieli poklepuję się po plecach. Bardzo dziękuję za wspomnienie. Myślałem, że już Ćma wybrzmiała, komu się miała spodobać temu się spodobała, a kto się od niej odbił miał już okazję przeczytać coś lepszego. Takie zainteresowanie, ponad rok po premierze, to coś czego się nie spodziewałem, ale za co jestem wdzięczny.

...

więcej

497
17
08.07.2020 08:46

"Ćma" Bielawskiego ma się nijak do reszty wymienionych książek.. za to według mnie brakuje Grzędowicza, który genialnie posłużył się folklorem Suwalszczyzny oraz Jozefa Kariki opisującego grozę Rużomberka czy Trybecza


374
23
06.07.2020 16:01

Nie wiem czy to kac po wczoraj czy ten artykuł naprawdę ciężko się czyta


656
605
06.07.2020 09:54

Czemu niemieckie słowo "tapet" (oznaczające tapetę, ale błędnie użyte, bo bez rodzajnika), zamiast polskiej tapety?
https://translate.google.pl/?hl=pl#view=home&op=translate&sl=de&tl=pl&text=tapet

Ja rozumiem prywatne sentymenty profesora Bralczyka związane z niemczyzną, ale nie stanowią one jeszcze (i na szczęście) normy językowej.


472
14
07.07.2020 11:50

Bo w języku polskim, niezależnie od czyichkolwiek sentymentów, rzeczy bierzemy nadal "na tapet", a nie "na tapetę" :)
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/na-tapet-czy-na-tapete;15076.html


656
605
07.07.2020 15:47

A ja pisałem, że germańskie sentymenty jakiegoś Bralczyka czy Bańki (nie pamiętam nigdy, który to z nich), nie stanowią reguły języka polskiego. "Na tapecie" - choćby na zasadzie uzusu, jest już całkowicie poprawnym i zrozumiałym określeniem. Spróbuj napisać na maturze "na Tapet" (bo niemieckie rzeczowniki to tylko dużą literą) i sprawdź ocenę za coś takiego....

więcej

1041
74
05.07.2020 17:30

I tylko w PRL-owskich blokach z wielkiej płyty rzadko straszy - może dlatego, że te bloki to był horror sam w sobie. Jak się drzwi same otwierały (ze zgrzytem), to nie był żaden duch, tylko zwykła fuszerka.


3963
3723
05.07.2020 17:37

W moim bloku dwaj bracia straszą.


1041
74
05.07.2020 17:39

Razem czy na przemian? ;)


3963
3723
05.07.2020 17:40

Raz jeden raz drugi zygzakiem wraca do domu :-)

A wracając do tematu.Lubię też książki obyczajowe.Gdzie mamy dom na wsi.


1760
251
05.07.2020 22:28

"Domofon" Miłoszewskiego dzieje się w bloku i"Zostań w domu" Agnieszki Pietrzyk też.


3963
3723
05.07.2020 22:35

Świnia Edward Lee,też mamy pewny dom


1041
74
05.07.2020 22:37

@betsy - tych nie znam, ale skoro tak, to może poczytam :)


1760
251
05.07.2020 22:42

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4879549/zostan-w-domu/opinia/51836024#opinia... ma proroczy tytuł i nie tylko...
A "Domofon" to chyba debiut Zygmunta Miłoszewskiego i jedyny horror, jaki napisał.


366
45
06.07.2020 04:48

ten Domofon całkiem nieźle Miłoszewskiemu wyszedł, podobno nawet Machulski miał to ekranizować


227
205
05.07.2020 10:59

Oj bałam się deczko słuchając powieści Stefana Dardy 😨


3963
3723
05.07.2020 17:37

Ja zamówiłem Dardy Jedna Krew.A autor ,bardzo dobrze opisuję.Stare domy.Choćby Na Wyrębach.


227
205
05.07.2020 21:40

Czytałam książki o Wyrębach autorstwa Pana Dardy, stąd mój taki komentarz ;)


3963
3723
05.07.2020 10:45

I tak King, potrafi dokładnie opisywać.Groze w małych miasteczkach.
Podobnie też dobrze robi to, Edward Lee.
Do dziś mile wspominam.Folk Czarny & Piotrowski.Historia Kiwity, która.Wyjezdza w Bieszczady.Jest poruszająca i mroczna


zgłoś błąd