Między fikcją a prawdą, czyli o prawdziwym życiu na kartach komiksów

Bartek Czartoryski
28.06.2020

Płakałaś po Kapitanie Ameryce? Cieszyłeś się na ślub Spider-Mana? A może pociekła ci po policzku łezka, kiedy Doktor Doom zapłakał po zamachach z 2001 roku? Nie wstydź się, bo choć komiksy to czysta fantazja, niekiedy przecinają się z tak zwanym prawdziwym życiem.

Między fikcją a prawdą, czyli o prawdziwym życiu na kartach komiksów
Reklama

Nic dziwnego, bo żadna sztuka nie powstaje w próżni, a komiks, z racji na swoją formę i dynamiczny cykl wydawniczy, może reagować na bieżące wydarzenia z godną pozazdroszczenia regularnością. Zresztą taka zawsze była polityka Marvela, a raczej Stana Lee, który przed przeszło półwieczem – razem z genialnym Jackiem Kirbym – zrewolucjonizował myślenie o komiksie superbohaterskim, osadzając historie o zamaskowanych stróżach prawa i sprawiedliwości (gra słowna nie do końca zamierzona) w naszym nie takim znowu szarym świecie. Nowatorskie myślenie o przygodach stworzonych przezeń postaci pozwoliło odnosić się do problemów znanych z pierwszych stron gazet. I tak Marvel, a potem też konkurencyjne DC, ubogacali swoje komiksy kontekstami społecznymi, politycznymi i kulturowymi, omawiano protesty studenckie końcówki lat sześćdziesiątych i przestrzegano, czasem łopatologicznie, przed prochami i gorzałą.

Bywały też momenty prawdziwie ikoniczne, szczególne godne zapamiętania, kiedy to obie rzeczywistości, komiksowa i ta, nazwijmy ją, prawdziwa, nałożyły się na siebie: albo superbohaterowie zeszli z papierowych stronic, albo przyjęli do siebie gości „od nas”. Oczywiście ich wybór jest z natury rzeczy subiektywny, ale poniżej znajdziecie krótkie omówienie głośnych wydarzeń, które najlepiej, przynajmniej według mnie, splotły komiksowe fantazje i codzienność.

Reklama

Barack Obama na okładce ze Spider-Manem

Marvel, choć z rzadka jawnie opowiadający się po którejś ze stron politycznego sporu, nie ukrywał swojego entuzjazmu, kiedy wybory w Stanach Zjednoczonych wygrał Barack Obama. Tuż przed styczniowym zaprzysiężeniem prezydenta-elekta, podejrzliwy Spider-Man obnażył złowieszczy plan Kameleona, który podszył się pod głowę państwa. Pająkowi udało się udaremnić knowania złoczyńcy i wystawić go agentom Secret Service. Na ceremonię Obamę (tego prawdziwego) zdążył dowieźć Joe Biden. Prezydent podziękował Spider-Manowi i przyznał, że jest jego fanem. Okładka z Obamą do dzisiaj jest bodaj jedną z najbardziej rozpoznawalnych, a sam komiks zaraz po swojej premierze sprzedał się na pniu. Zeszło ponad 350 tysięcy egzemplarzy i dodrukowywano go pięciokrotnie. Odnotujmy, że Donald Trump również przewijał się od czasu do czasu przez komiksy Marvela: raz zastawił przejazd karetce, innym razem skazał na pewną śmierć całą Roosevelt Island, gdzie rozprzestrzeniało się kosmiczne choróbsko.

Śmierć Kapitana Ameryki

Pamiętam jak dziś, kiedy przed trzynastoma laty nawet polskie serwisy informacyjne mówiły o śmierci Kapitana Ameryki. Zupełnie szczerze, pomyślałem wtedy, że jednak podjąłem słuszną decyzję, nie odmawiając sobie regularnej lektury przygód trykociarzy, wydawanych wówczas u nas z mniejszą niż dzisiaj intensywnością, bo, skoro mówi o tym nawet telewizja, jest to rzecz istotna, prawda? Pytanie jest, oczywiście, retoryczne. Amerykanie z autentycznym żalem informowali o zamachu na życie fikcyjnego bohatera, z którym zdążyli przecież już dawno utożsamić swoją definicję pojęcia sprawiedliwości i heroizmu. Komiks ze scenariuszem Eda Brubakera (niedawno ukazało się jego polskie wydanie, „Śmierć Kapitana Ameryki”, zresztą przełożone przeze mnie) przekroczył granicę między fikcją i prawdą, wywołując autentyczne i szczere emocje. Joe Simon, w 2007 roku 93-letni współtwórca postaci, słysząc o śmierci Kapitana Ameryki, miał powiedzieć „Cholera, że też musiał odejść akurat teraz”. U nas pukano się w głowę.

Ślub Spider-Mana

Stan Lee przez całe życie próbował wypchnąć panteon Marvela na duży ekran. Ba, nawet przeniósł się do Kalifornii, aby na miejscu móc lobbować u hollywoodzkich dygnitarzy. Na niewiele się to zdało, bo aż do późnych lat 90. Marvel musiał łykać gorzkie pigułki, kiedy kina podbijało DC Comics. Lecz czego jak czego, rozmachu Lee nie dało się odmówić. I kiedy na kartach komiksu Peter Parker brał wyczekiwany ślub z Mary Jane, na nowojorskim stadionie Shea (tym samym, gdzie Beatlesi zagrali słynny koncert) zorganizował nielichą ceremonię. Co prawda tuż przed meczem, dlatego na trybunach siedziało ponad czterdzieści tysięcy ludzi, ale jednak. Mary Jane i Peter, a raczej Spider-Man, bo na ślub przybył odpowiednio ubrany, przepraszam, przebrany, złożyli sobie przysięgę na oczach rozweselonej gawiedzi. I choć złośliwi wytykali, że Marvela nie stać było na większy stadion Jankesów, wybór ten wyjaśniono zgrabnie: otóż Peter to fan drużyny Mets, która swoje mecze rozgrywa na Shea. Można? Można.

Bohaterowie i 9/11

„Gdzie byłeś?”, „Jak mogłeś na to pozwolić?”, pytają Spider-Mana spanikowani nowojorczycy zaraz po tym, jak zawaliły się bliźniacze wieże World Trade Center. Ówczesny redaktor naczelny wydawnictwa Marvel, Joe Quesada, zdecydował, że jego przebierańcy również muszą zareagować na to, co wydarzyło się jedenastego września. Zeszyt z Pająkiem, z którego kwestie cytuję powyżej, pokazujący reakcję niektórych postaci ze świata Marvela na tragedię, ukazał się z pamiętną czarną okładką. Ale przede wszystkim zapamiętamy dwa komiksy, „Heroes” oraz „A Moment of Silence”, z których dochód przeznaczono na cele charytatywne. Ten pierwszy przedstawia wspólny trud nowojorskich służb ratunkowych i superbohaterskiej braci, drugi to milczący hołd oddany herosom bez peleryn, strażakom, policjantom i lekarzom. Ale bodaj najczęściej kolportowaną pamiątką sprzed prawie dwudziestu już lat nie są jednak owe głośne publikacje Marvela, lecz słynny obraz Alexa Rossa, który trafił na okładkę okolicznościowego komiksu DC, przedstawiający Supermana stojącego przed muralem poświęconym służbom.

Reklama

Superman kontra Muhammad Ali

Człowiek ze stali stykał się na przestrzeni lat z rozmaitymi osobowościami ze świata telewizji czy polityki, ale to jednak jego starcie z 1978 roku z Muhammadem Alim mam za iście kultowe. O ironio, kiedy po licznych opóźnieniach komiks nareszcie trafił na stojaki z prasą i sklepowe półki, słynny bokser zdążył już stracić mistrzowski pas, co ujmowało publikacji nieco prestiżu. Obaj panowie tłuką się na ringu ku uciesze międzygalaktycznej telewizji (pomijam fabularne szczegóły), a starcie z pozbawionym mocy Supermanem wygrywa poprzez nokaut Ali i zostaje oficjalnie namaszczony na ziemskiego czempiona. Znakomita jest okładka komiksu, bo na trybunach znaleźli się i ówczesny prezydent Jimmy Carter, i Frank Sinatra, i Andy Warhol, i pracownicy DC, i superbohaterowie, i złoczyńcy. Po latach wydawnictwo wypuściło reedycję pamiętnego komiksu, a do sprzedaży trafiły nawet figurki Aliego i bokserskiej wersji Supermana. Co ciekawe, nie był to jedyny raz, kiedy Człowiekowi ze stali spuszczono niezłe manto na ringu. Kilkanaście lat wcześniej został z niego bowiem dosłownie wyrzucony przez supersilnego zapaśnika Antonino Roccę.

I to by było na tyle? Bynajmniej. Koniecznie podzielcie się swoimi komiksowymi refleksjami.

Reklama

komentarze [5]

Sortuj:
40
0
25.06.2020 15:17

Zapraszam do dyskusji.


3940
3700
28.06.2020 10:47

Nawet w komiksie,który (tak mi się wydaję ) ma być rozrywka.Wkrada się polityka.


842
423
28.06.2020 11:06

Wygląda to arcy-komicznie. Lepiej, kiedy bohaterowie są bohaterami i nie wplątują się w negatywną politykę.


1026
72
29.06.2020 13:36

Tak jakby ktokolwiek szukał w komiksach prawdziwego życia... Jak chcesz czytać o życiu, to nie bierzesz się za historyjki o facetach w głupich maskach i niegustownych kolorowych rajtkach.


386
101
29.06.2020 14:31

Tam jest znacznie więcej życia niż w reportażach. Taki "Transmetropolitan" mówi więcej o świecie niż roczny zestaw książek z Czarnego.


zgłoś błąd