Dom żółwia. Zanzibar
(2011)
Ludzie i domy Zanzibaru.
Zamysł autorki (1936) był taki, aby opowiedzieć historię wyspy poprzez życiorysy osób związanych z Zanzibarem: tych, którzy tam przyszli na świat lub spędzili pokaźną część swojego życia – zawodowego i prywatnego – a także tych, dla których wyspa była główną bazą wypadową lub zaledwie jednym z odwiedzanych portów*.
Przypomina duże nazwiska, które zapisały się w historii Afryki i świata, a jednocześnie ratuje od zapomnienia te mniejsze, żywe już pośród nielicznych, głównie podstarzałych krewnych, sąsiadów i lokalnych specjalistów. Przeplatają się wzajemnie, niekiedy w swych losach oddalając terytorialnie od tytułowej wyspy, zwłaszcza na początku książki (ze Stanleyem zawędrujemy aż do Konga, z Livingstone’em będziemy podróżować wzdłuż Zambezi). Dopiero od krwawej rewolucji roku ‘64, bardziej zdecydowanie trzymamy się Zanzibaru, i tok wydarzeń sprawia wrażenie istotniejszego niż losy poszczególnych bohaterów.
Typowo reporterski patent opowieści o historii i przemianach politycznych poprzez skupienie na losach wybranych bohaterów, z różnych warstw społecznych, nie został tu w pełni prawidłowo wykorzystany, bo autorka skupią się również na żywotach prowadzonych poza Zanzibarem, z marginalnym związkiem z samą wyspą, w których włości sułtana znikają daleko za horyzontem... Butny Stanley i dr Livingstone to ciekawe postacie, ale pod kątem konstrukcyjnym, autorka poświęca im zbyt wiele miejsca – tak jakby była to książka na inny temat (o początkach europejskiej kolonizacji i zapełnianiu ostatnich białych plam, w środkowej i wschodniej Afryce).
Opowieść rozpoczyna się stosunkowo późno, kiedy Zanzibar jest już terytorium zależnym od Omanu (tj. po 1698 r.),a kończy w roku 2010 (jak można się domyślać, w czasie ostatniej wizyty reporterki). Brakuje wprowadzenia historycznego**, kilku zdań na temat pierwotnych mieszkańców, perskiej i arabskiej kolonizacji***. Wystarczyłaby jedna strona, albo dłuższe zdanie.
______________________
* Ośrodkiem handlu niewolnikami, skąd płynęli dalej do krajów arabskich, lub trafiali na lokalne plantacje goździków.
** Krótka historia Zanzibaru:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Zanzibar_(autonomia)#cite_note-PWN-1; https://pl.wikipedia.org/wiki/Zanzibar_(wyspa)
*** Gdyby tego nie pominięto, nazwa Partii Afroszyrazyjskiej (Afro-Shirazi Party),która nieprzypadkowo zawiera w sobie znajomo brzmiącą nazwę perskiego miasta, byłaby bardziej zrozumiała dla przeciętnego odbiorcy. (Odwołanie do perskiego osadnictwa pojawia się tylko raz, przy okazji opisu ruin, identyfikowanych jako pozostałość po ludności irańskiej). Skoro ruch polityczny obrał sobie taką nazwę, musi się to w jakiś sposób przekładać na autoidentyfikację części czarnych Zanzibarczyków, być elementem pewnej narracji tożsamościowej, a zatem czymś istotnym, o czym warto by napisać. Niestety temat jest niepodjęty. „The Afro-Shirazi Party (ASP) was an African nationalist and socialist Zanzibari political party formed between the mostly Shirazi Shiraz Party and the mostly African Afro Party” (https://en.wikipedia.org/wiki/Afro-Shirazi_Party). O Szirazyjczykach (Mbwera): „Modern academics reject the authenticity of the primarily Iranian origin claim, although recent genetic evidence points towards noticeable Iranian admixture. They point to the relative rarity of Iranian customs and speech, lack of documentary evidence of Shia Islam in the Muslim literature on the Swahili Coast, and instead a historic abundance of Sunni Arab-related evidence. The documentary evidence, like the archaeological, »for early Persian settlement is likewise completely lacking«”(https://en.wikipedia.org/wiki/Shirazi_people).
•
Językowo: 8/10 – czyta się naprawdę dobrze.
Pod kątem informacyjnym: 7/10 – ciekawa. W oparciu o lekturę, można zyskać podstawy niezbędne do zrozumienia lokalnej historii i powiązania z procederem niewolnictwa (nawet pomimo braków, przemilczenia okresu sprzed arabskiej kolonizacji, oraz tego, jak ta przebiegała na przestrzeni stuleci). Napisanie książki wymagało zapoznania się z dużą ilością materiałów, odbyciem wielu rozmów, a liczne przypisy sugerują skrupulatność i rzetelne podejście. (W materiale promocyjnym wydawnictwa Znak z 2011, autorka wspomina, że kilka lat przed podjęciem tematu nie widziała nawet gdzie leży Zanzibar [https://www.youtube.com/watch?v=Ag6ctCag7ns]. Pisząc tę książkę nadrobiła zaległości z nawiązką).
Konstrukcyjnie, patrząc na tekst pod względem obranej koncepcji: 5/10 – młodszemu reporterowi, bez wyrobionego nazwiska, raczej zwrócono by uwagę odnośnie zaburzonych proporcji, odejścia od tematu i pominięcia istotnego wprowadzenia historycznego.
Summa summarum: 6.5 lub naciągane 7/10. Warto przeczytać (jeśli skupiamy się na walorze informacyjnym – ten jest wysoki, nawet pomimo pewnych luk; natomiast konstrukcyjnie to i owo poszło źle, wymknęło się spod kontroli, i nie jest to dobry wzór dla adeptów sztuki reportażu).
•
Małgorzata Szejnert*: „Podczas pierwszego nurkowania [u wybrzeży Zanzibaru], spotkałam, na głębokości mniej więcej dwudziestu metrów, dwa ogromne żółwie zielone. […] To było tak cudowne, te-te żółwie, które się poruszały jak bańki mydlane... […] żółw zielony, może złożyć jaja, tylko tam gdzie przyszedł na świat. […] I zdałam sobie sprawę, że te żółwie – jeżeli to były żółwice – które widziałam, w wodzie, to one nie mają przed sobą wielkiej szansy złożenia jaj na Zanzibarze, dlatego że, cała plaża – jest pełna ludzi, że… zabudowuje się hotelami, te hotele są otoczone murami, i właściwe jest niewielka szansa, że jeżeli żółwica przyszła tu na świat, to będzie mogła w tym miejscu złożyć jaja […]. […] zaczęłam więcej myśleć o powierzchni Zanzibaru, niż o tym co jest w wodzie. I, pojechałam przede wszystkim obejrzeć ten Zanzibar. […] Pojechałam do stolicy Zanzibaru […] i zobaczyłam tam, zdumiewające rzeczy. Zobaczyłam, stare pałace posułtańskie, zobaczyłam dom z którego Livingstone wyruszał w jedną ze swoich wypraw, i inny dom w którym złożono jego zwłoki, jak…. umarł w Afryce i trzeba go było przewieźć je do Anglii. Zobaczyłam, miejsca w których kupował koraliki Stanley […]. Zobaczyłam miejsce po dawnym targu niewolników, gdzie zbudowano katedrę anglikańską. Zobaczyłam stary letni pałac w którym wychowała się księżniczka Salme, która potem uciekła do Europy ze swoim niemieckim... kochankiem a potem mężem […]. Zobaczyłam… wielki gmach, w którym urzędował jako [francuski] konsul, w XIX wieku, polski poeta romantyczny Henryk Jabłoński. I zdałam sobie sprawę, że Zanzibar jest miejscem niezwykle ważnym dla świata. O którym my właściwe, no ja w każdym razie, prawie nic nie wiedziałam. […] Pracowałam dwa lata nad tym. Byłam trzy razy na Zanzibarze. […] I książce dałam tytuł Dom żółwia. Dlaczego Dom żółwia? Dlatego, że… przejęłam się bardzo bezdomnością tego żółwia. I zdałam se sprawę, że ta bezdomność jest… niezwykle symboliczna dla całego Zanzibaru. To była bezdomność niewolników. To była później bezdomność elit arabskich które zostały podczas rewolucji przegnane z Zanzibaru. To jest dzisiejsza bezdomność ludzi z wiosek, które są wypychane przez przemysł turystyczny. Czy ci ludzie są wypychani z tych wiosek, wioski są spychane, przez wielkie hotele, przez jakieś korporacje międzynarodowe prowadzące ten… także tak się stało, że podczas pierwszego nurkowania złowiłam temat, który […] zyskał efekt w postaci tej książki”**.
_______________________
* W roku, w którym książka poszła do druku, autorka miała 75 lat.
** Małgorzata Szejnert o Zanzibarze i swojej książce "Dom żółwia" [2011]
https://www.youtube.com/watch?v=Ag6ctCag7ns (spisywane ze słuchu)
•
‘64: MORD ZAŁOŻYCIELSKI CZARNEGO ZANZIBARU
„– Czy wiadomo, gdzie znajdują się groby?
– Nie, i nikt nie dociekał. To jest Afryka” (str. 329).
„Masakra Arabów na Zanzibarze – masowe egzekucje, gwałty i tortury ludności arabskiej dokonane przez bojówki Partii Afroszyrazyjskiej i Umma oraz lokalną czarnoskórą ludność podczas rewolucji na Zanzibarze w styczniu 1964 roku.
Nie jest znana dokładna liczba ofiar, historycy szacują, że zginęło ok. 13–20 tys. Arabów, a tysiące kolejnych zostało wygnanych do Omanu.
Zdaniem niektórych naukowców, działania te nosiły znamię ludobójstwa [przepraszam, tu są jakieś wątpliwości?].
[…]
W efekcie zamordowano tysiące nieuzbrojonych arabskich cywilów. Wiele hinduskich sklepów zostało splądrowanych i spalonych, a niektórzy Hindusi (element miejscowej elity handlowej) zostali zabici. Majątki Arabów zostały wywłaszczone. Po ukierunkowanej rzezi tysiące kolejnych umieszczono w obozach, a później przymusowo deportowano do Omanu.
Niszczone było również kojarzone z Arabami islamskie dziedzictwo Zanzibaru. Większość arabskich rękopisów znajdujących się w Archiwach Narodowych Zanzibaru została zniszczona. Na ulicach symbolicznie palono Korany, mimo że 98 procent populacji Zanzibaru stanowili muzułmanie.
Zabijanie arabskich cywilów i grzebanie ich zwłok w masowych grobach zostały udokumentowane przez włoską ekipę realizującą w helikopterze sceny do dokumentu Africa Addio, a ta sekwencja filmu jest jedynym znanym, wizualnym udokumentowaniem zbrodni” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Masakra_Arab%C3%B3w_na_Zanzibarze).
To mogłoby być w jakimś stopniu zrozumiałe, i jednocześnie spodziewane w latach ucisku, jeszcze 150-200 lat temu, w ramach spontanicznego zrywu, w odpowiedzi na realną potrzebę wolności, dramatyczne warunki życia, brak perspektyw... w ramach realnej walki o przeżycie. Ale po zniesieniu niewolnictwa? Tuż po ogłoszeniu niepodległości? Przy proporcjach społecznych w których czarni mają miażdżącą większość i mogą sparaliżować wyspę podczas zwykłego protestu?
(Co zrobił PRL po tej czystce etnicznej? Nawiązał relacje dyplomatyczne z czarnym reżimem. Ręce opadają).
•
To co uderza odbiorcę podczas lektury, to znajomy model historyczny, typowy dla praktycznie całej postkolonialnej Afryki. Biali usuwają się w cień, przekazują władzę autochtonom – a ci rozpoczynają bratobójcze walki lub krwawe czystki etniczne. Jak u Orwella w Folwarku zwierzęcym, następuje zamiana miejsc: samozwańczy oswobodziciele stają się kastą pasożytniczą która wprowadza zamordyzm, usuwa jednostki niewygodne, piętnuje je lub brutalnie spycha na margines – w nędzę i zapomnienie; kwitnie korupcja, nepotyzm, układy i układziki. Zamiast sukcesu gospodarczego, jest głód i klepanie biedy. Fundamentalizm religijny nie pomaga, podobnie jak kompletny brak sensownej kontroli narodzin i nieprzemyślana, źle realizowana edukacja publiczna.
Zapewne byłoby dla Zanzibaru lepiej, gdyby pozostał sułtanatem związanym z Wielką Brytanią. Gdyby stopniowo dochodził do pełnej demokratyzacji, zaczynając od wprowadzenia powszechnej, darmowej i obowiązkowej edukacji. Wykształcenia wielopokoleniowych, czarnych elit, lokalnych specjalistów i świeckich społeczników, sensownego zagospodarowania zajmowanej przestrzeni, zbudowania sieci trwałych połączeń gospodarczych, i wejścia w rolę pomostu między Afryką a światem islamu.
Lokalna ludność i potomkowie niewolników nie ulegli arabizacji, nie pochłonęło ich muzułmańskie dziedzictwo, a jednocześnie, paradoksalnie – zachłysnęli się islamem. I dziś, ze szkodą dla siebie, swoich matek, żon, córek i sióstr, tworzą jedną z bardziej konserwatywnych, zacofanych społeczności.
_______________________
* Nawet dziś, to co jest tam architektonicznie i kulturowo najatrakcyjniejsze, to pozostałości po potomkach przybyszy z Omanu i Brytyjczykach, stawiających budynki w stylistyce muzułmańskiej.
•
UWAGI (wyd. 2011): str. 19 – „siódmego – ósmego” (siódmego-ósmego); str. 27 – wówczas jeszcze nie indonezyjskich, Indonezja powstanie po II wojnie światowej; str. 62 – ta ozdoba (widoczna na sąsiedniej stronie) nie wygląda jak korona, to raczej splot roślinny; str. 66 – to nie ściana, ale rozwijane tło (sugeruje to specyfika pracy w zakładzie fotograficznym, oraz lewa strona zdjęcia); str. 70 – przesiedział się (przesiedział sobie?); str. 73 – po co pada tu bezsensowna uwaga o naturze śmierci, zdanie powinno się kończyć po słowach „potwierdza tę teorię”; str. 76 – Anglika (Szkota); str. 84-85 – na fotografii widzimy słupek do cumowania, to sugeruje że patrzymy na nadbrzeże, a być może pokład jednostki, nie wnętrze pokoju, w tle jest olinowanie (na str. 374, w spisie fotografii, czytamy, że mężczyzna znajduje się na pokładzie statku Malwa!); str. 100 – Anglikiem (Brytyjczykiem/Walijczykiem); str. 113 – Arabia Saudyjska powstała dziesięć lat po śmierci Kirka; str. 168 – „Stolica Zanzibaru, Zanzibar, leży, jak wiemy, na wschodnim brzegu wyspy Ungui” – miasto znajduje na zachodnim brzegu, po drugiej stronie cieśniny jest kontynent; str. 173 – Zambii (Rodezji Północnej); str. 181 – „[…] dzieci od trzech różnych żon” (...z trzech różnych żony?); str. 199 – „Boże, zbaw Królową”, tj. God Save the Queen, Boże, chroń Królową – „zbawić” to wg słownikowej definicji „ocalić, uratować, odkupić (od potępienia wiecznego)” (https://sjp.pl/zbawić) i w tym trzecim rozumieniu używa się go najpowszechniej, „save” to najczęściej zachować, zapisać, uratować; str. 210 – nie pochodzący (niepochodzący); str. 208 – przez (przed); str. 314 – niewielką-niewielki (brzydkie powtórzenie); str. 333 – kontynuacja wypowiedzi Matyldy od kolejnego myślnika (nawet jeśli są to osobne całości, nie ma powodu by nie skleić ich w jedną).
Wszystkie przypisy, umieszczone na końcu książki, oznaczone są w tekście gwiazdkami (nie numerkami) – co za idiotyczny pomysł?
OPINIE i DYSKUSJE o książce Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy
Książka godna uwagi, nietuzinkowe kobiety, każda z nich swoim życiem stworzyła barwną opowieść. Wszystko dzięki determinacji i sile, która prowadziła w nieznane, na przekór ówczesnym społecznym oczekiwaniom wobec kobiet. Gorąco polecam
Książka godna uwagi, nietuzinkowe kobiety, każda z nich swoim życiem stworzyła barwną opowieść. Wszystko dzięki determinacji i sile, która prowadziła w nieznane, na przekór ówczesnym społecznym oczekiwaniom wobec kobiet. Gorąco polecam
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTa książka przywraca pamięć o podróżniczkach, które potrafiły przełamać stereotyp kobiety XIX wieku i na przekór konwenansom i opinii innych spełniać swoje marzenia o podróżach. Historie przestawionych kobiet są niezwykłe, bardzo odmienne od tych spisanych przez mężczyzn. Częścią bohaterek kierowała potrzeba zrobienia czegoś dobrego, inne po prostu realizowały swoje pasje ale wszystkie musiały same finansować swoje przedsięwzięcia, pokonać wiele przeciwności, były długo i uparcie lekceważone przez męski świat.
To bardzo potrzebna książka ALE: brakuje mi źródeł i przypisów (tych jest bardzo mało). Ciężko ocenić wiarygodność historii bez osobistych poszukiwań większej ilości materiałów (a w jednym miejscu z przypisu tłumaczki jasno wynika, że autor poszedł na skróty i całość oparł na dzienniku swojej bohaterki, który zawiera przekłamania i nie zostały one zweryfikowane - brawa dla tłumaczki za czujność). Kolejnym moim zarzutem jest to, że każdy rozdział jest samodzielnym bytem, opisuje na ogół jedną z bohaterek i nie koresponduje z innymi rozdziałami. Zdarza się wręcz, że fakty podane w jednym z rozdziałów przeczą tym z kolejnego (np. informacje dotyczące stanu cywilnego Florence Baker w trakcie pobytu w Afryce).
Pomimo wspomnianych wad warto poznać historie tych kobiet, przekonać się jak postępowe i nowoczesne poglądy wiele z nich reprezentowało.
Ta książka przywraca pamięć o podróżniczkach, które potrafiły przełamać stereotyp kobiety XIX wieku i na przekór konwenansom i opinii innych spełniać swoje marzenia o podróżach. Historie przestawionych kobiet są niezwykłe, bardzo odmienne od tych spisanych przez mężczyzn. Częścią bohaterek kierowała potrzeba zrobienia czegoś dobrego, inne po prostu realizowały swoje pasje...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDziewiętnastowieczne kobiety, w odróżnieniu od krwiożerczych mężczyzn nie odkrywały nowych terenów by narzucać władzę lecz by poznawać, pomagać, odkrywać, chronić. Fascynująca monografia. Zwłaszcza zadziwiła mnie pani podróżująca by poszerzać swoją przebogatą kolekcję motyli. Pionierka entomologii. Szacun !
Dziewiętnastowieczne kobiety, w odróżnieniu od krwiożerczych mężczyzn nie odkrywały nowych terenów by narzucać władzę lecz by poznawać, pomagać, odkrywać, chronić. Fascynująca monografia. Zwłaszcza zadziwiła mnie pani podróżująca by poszerzać swoją przebogatą kolekcję motyli. Pionierka entomologii. Szacun !
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka mająca nam udowodnić, że kobiety też potrafią, nie bacząc na przeciwności w postaci szeregu konwenansów, kiedyś tak bardzo ograniczających 'kobiecą energię' skierowaną do dokonywania rzeczy wielkich. Autor pokazuje, że jeśli chcą (w gorsecie i krynolinie),to potrafią zdumieć świat zdominowany przez mężczyzn; bo to o nich się powszechnie mówi, że zdobyli nowe dla Europejczyków ziemie, mimo że wiele zasług mają w tym właśnie płeć piękna. Część z nich została wymieniona w tym zbiorze mającym nam przybliżyć ich życie, burząc częściowo przy okazji utrwalony za ich życia wizerunek pań jako 'aniołów domowego ogniska' – co zaś mogło się przełożyć na szybszą emancypację kobiet; koniec ery podwójnej moralności. Ich historie pokazują ponadto, że wiele odkryć geograficznych nie musiało prowadzić do rozlewu krwi, a to suma summarum za sprawą podejścia do drugiego człowieka jak człowiek: z próbą zrozumienia tej drugiej strony i rozmawiania z nim jak równy z równym. Opisane nam podróżniczki obrały w większości takie metody, dzięki czemu udało im się uzyskać coś, co nieraz było nie do zdobycia dla członków tej drugiej płci, czyli tzw. samozwańczych gentlemanów odbiegających swoim zachowaniem od przyjętych dla tego słowa przymiotów. Rozchodzi się mianowicie o zaufanie. To za jego sprawą mogły wtopić się nieznane społeczności i wdrążyć się w ich kulturę. Mężczyźni
wolący często wybierać rozwiązania siłowe antagonizowali jedynie do siebie nowo poznane ludy, sprawiając, że okres odkrywania reszty świata przez białych jest raczej ciemną kartą w historii Europy. Szkoda, bo jak widać, dało się wypracować inne podejście, które być może nie zaowocowałoby degradacją szeregu kultur.
Biografia każdej z podróżniczek jest niezaprzeczalnie na swój sposób unikalna, ale uważam, że książka wcale nie odda części chwały jej bohaterkom. Wszystek przez natłok informacji. Przechodzimy z historii do historii, a jest ich niemało, bo kilkanaście. Zbijają się one przez to w jedną masę i w efekcie stają się powtarzalne, nużą wręcz. Nie broni tego nawet lekkie pióro Wolfa Kielicha, któremu nie zabiorę tego, że poradził sobie świetnie z tematem. Po prostu sama forma tej książki pomimo pozornej przystępności jest szalenie niepraktyczna. Żadne nazwisko przez tą właśnie niepraktyczność nie wbiło mi się w pamięć. Nie mamy możności, by przywyknąć do żadnej z podróżniczek. Ciągle przychodzi kolejna i to jej losy pochłaniają naszą uwagę. Z tego powodu odradzam ten tekst. Lepiej będzie kupić i przeczytać książkę poświęconej jednej z tych postaci (może tak ich własnego autorstwa). Mam wrażenie, że tylko w ten sposób na mapie naszych myśli o odkryciach geograficznych znajdą się jakieś damy. Po przeczytaniu mam jedynie poczucie odbębnienia tematu, zapoznania ze streszczeniem przed klasówką, które po godzinie i tak mi wypadnie z głowy.
Nie spodobała mi się jeszcze stronniczość, z jaką twórca podszedł do opisywania poszczególnych bohaterek a tak właściwie to jednej – Marianne North. Rozumiem, że autor może mieć swoje osobiste poglądy, ale nie powinny się one przekładać na efekty pracy. Takie dziecinne docinki pod jej adresem i odbieranie zaszczytów jedynie przez wzgląd na różnice światopoglądowe sprawiają jedynie, że całość traci na wiarygodności. Sam się z nią pod żadnym pozorem nie zgadzam i potępiam jej niektóre postawy, ale nie zmienia to jednego: jest jedną z bardziej interesujących osobistości na kartach tego tytułu i w związku z tym chciałbym zgłębić wiedzę o niej. Dlatego też zupełnie nie rozumiem tej próby obrzydzenia jej czytelnikowi poprzez nadmierne umniejszanie. Cóż, papier przyjmie wszystko.
No to przechodząc do sedna: tytułowe podróżniczki unaoczniają przede wszystkim, jaka siła drzemie w człowieku, jeśli ten jest wystarczająco zdeterminowany do osiągnięcia wyznaczonego celu. Oczywiście można powiedzieć, że ich osiągnięcia wynikają w większości przypadków z klasy społecznej, z której się wywodzą, ale nie można pominąć całego kontekstu odnośnie do pozycji kobiet w tamtych latach. Każda robiła coś na swój sposób przełomowego, oszukała odgórnie narzucone przeznaczenie, torując przy tym drogę następnym pokoleniom. Skoro one potrafiły dokonać takich rzeczy, nie zważając na nacisk, jakie kładło na nie społeczeństwo, to co w zasadzie ogranicza ludzi w XXI wieku, niespętanych sztywnymi zasadami i ze światem stojącym otworem? Ich życie może być czynnikiem inspirującym dla wielu z nas. Nigdy wcześniej nie byliśmy wolni do tego stopnia, więc powinniśmy to wykorzystać, jak najlepiej się da.
Książka mająca nam udowodnić, że kobiety też potrafią, nie bacząc na przeciwności w postaci szeregu konwenansów, kiedyś tak bardzo ograniczających 'kobiecą energię' skierowaną do dokonywania rzeczy wielkich. Autor pokazuje, że jeśli chcą (w gorsecie i krynolinie),to potrafią zdumieć świat zdominowany przez mężczyzn; bo to o nich się powszechnie mówi, że zdobyli nowe dla...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKażda kobieta powinna to przeczytać. Fantastyczna książka.
Każda kobieta powinna to przeczytać. Fantastyczna książka.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka o niesamowitych kobietach, odważnie przekraczających granice. Może autor nie porywa stylem i sposobem snucia opowieści, ale bohaterki tej książki są tak ciekawe, że warto po nią sięgnąć.
Książka o niesamowitych kobietach, odważnie przekraczających granice. Może autor nie porywa stylem i sposobem snucia opowieści, ale bohaterki tej książki są tak ciekawe, że warto po nią sięgnąć.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toŚwietna książka, fajnie się czyta. Opisuje życie kobiet w poprzednim wieku i jak kobieta musiała być zdeterminowana i sprytna bu dotrzeć tam gdzie dotarły bohaterki książki.
Świetna książka, fajnie się czyta. Opisuje życie kobiet w poprzednim wieku i jak kobieta musiała być zdeterminowana i sprytna bu dotrzeć tam gdzie dotarły bohaterki książki.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo, bardzo fajna książka! Czytałam ją naprawdę długo, bo każda historia i każda kolejna bohaterka były tak barwne i intrygujące, że po każdej miałam potrzebę pomyśleć, powtórzyć, poszperać w internecie w poszukiwaniu jakichś szczegółów.
Każda jedna z opisywanych bohaterek była niesamowitą osobowością i fakt, że dzisiaj niemal nikt o nich nie pamięta wywołuje we mnie oburzenie pomieszane z niedowierzeniem. Każda z nich jest też ogromną inspiracją - ich siła, odwaga i radość życia w obliczu trudności z jakimi musiały się mierzyć sprawia, że wszystkie codzienne problemy wydają się totalnie bez znaczenia.
Wolf Kielich pisze naprawdę dobrze - nie idealizuje swoich bohaterek, zaznacza ich wady, ale zawsze oddaje należyty szacunek. Dobrze wypośrodkowuje płynną, przygodową narrację z oddaniem historycznych faktów. I budzi pewien rodzaj nostalgii za światem, w którym wciąż było wiele do odkrycia i w którym podróże mogły zmieniać życie.
Jedyne zastrzeżenie, które mam do tej książki, dotyczy braku przypisów przy podawaniu źródeł i cytatów. Nie wiem czy to przewina autora czy polskiej redakcji, ale było irytujące, że widząc np. fragment listu nie wiedziałam gdzie można znaleźć całość. Bibliografia z tyłu trochę ratuje sytuację, ale zabrakło mi też jakiegoś wskazania (tu już rzecz zdecydowanie po stronie wydawnictwa) czy cokolwiek z tego zostało przetłumaczone na język polski.
Polecam książkę każdemu. I po to żeby przeżyć w wyobraźni niesamowite przygody w egzotycznych krainach i po to, by ocalać od zapomnienia niesamowite kobiety.
Bardzo, bardzo fajna książka! Czytałam ją naprawdę długo, bo każda historia i każda kolejna bohaterka były tak barwne i intrygujące, że po każdej miałam potrzebę pomyśleć, powtórzyć, poszperać w internecie w poszukiwaniu jakichś szczegółów.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKażda jedna z opisywanych bohaterek była niesamowitą osobowością i fakt, że dzisiaj niemal nikt o nich nie pamięta wywołuje we mnie...
W ciągu minionych dwustu lat świat skurczył się, niepokojąco zmalał, tracąc na tajemniczości i egzotyce. Dziś jest na wyciągnięcie ręki i nie trzeba wiele, by poznać jego najodleglejsze zakamarki, bo zdobyliśmy i opisaliśmy wszystko, ścierając białe plamy z map Afryki, Australii, Azji i obu Ameryk. Nieznane dawniej rzeki, jeziora, pasma górskie, gatunki zwierząt i roślin zyskały nowe nazwy oraz wyczerpujące opisy w podróżniczych i naukowych opracowaniach. My, biali, żyjących w izolacji od cywilizacji skazaliśmy na kolonizację równoznaczną nawet z unicestwieniem. Dla rozrywki i by zaspokoić żądzę posiadania przetrzebiliśmy naturę. Dziewiętnaste stulecie można by bez przesady nazwać czasem nasilonej eksploracji świata. Wyścigowi w jego odkrywaniu, podbijaniu i eksploatowaniu tylko niekiedy towarzyszyła refleksja, że wcześniej był już czyjąś własnością. Wnioski te, w sumie banalne i powszechnie znane, a mimo to bolesne, nasuwa lektura książki „Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy” Wolfa Kielicha i „Notatek myśliwskich z Dalekiego Wschodu. Cejlon” hrabiego Józefa Mikołaja Potockiego.
Oprócz mężczyzn „przez tropikalną dżunglę przedzierały się odziane w spódnice do kostek, w wysoko sznurowane bluzki, często jeszcze w kapeluszach na głowie” poszukiwaczki przygód, zazwyczaj z wyższych sfer, z zamożnych rodzin, bo sfinansowanie wyprawy do źródeł Nilu wymagało naprawdę sporych środków finansowych. Angielki na Syberii i w Japonii, Holenderki w Chartumie, wiedenki u kanibali, Szkotki i Irlandki w Afryce – oto o czym opowiada fascynująca książka Wolfa Kielicha. Napisana ze współczesnego punktu widzenia jednoznacznie potępia kolonializm, przytaczając (z małymi wyjątkami) biografie nieprzeciętnych, postępowych kobiet, które pasja podróżowania popchnęła ku życiu w drodze.
Zdobywając szczyty Himalajów, zamieszkując wśród afrykańskich lub australijskich autochtonów, ratując chorych na trąd w carskiej Rosji zrywały z wizerunkiem kobiety zniewolonej przez konwenanse, słabej, niesamodzielnej. „Od nazwiska Mary Kingsley noszą nazwę trzy nowe gatunki ryb, które ona odkryła. Od nazwiska Marianne North otrzymało nazwy pięć nowych gatunków roślin. Ekspedycja Alexandrinne Tinne w okolicach Rzeki Gazeli zaowocowała paroma publikacjami naukowymi w czasopismach geograficznych oraz odkryciami kilku nowych okazów roślin” . Kate Marsden z ramienia Czerwonego Krzyża pomagała w Jakucji trędowatym. Mary Slessor osiadła wśród afrykańskiego plemienia Okoyongo, aby leczyć je i bronić przed ekspansją białych. Daisy Bates badała kulturę Aborygenów, by ostatecznie opowiedzieć się po ich stronie. Uważano je za fanatyczki dotknięte tropikalnym bzikiem . Pisały listy, dzienniki, wspomnienia, książki i artykuły, dzięki którym ich portrety są pełne i wiarygodne.
Dziewiętnastowieczne podróżniczki zazwyczaj zabierały w drogę wszystko to, do czego przywykły w cywilizowanym świecie, w zamożnych europejskich domach co najmniej sfery mieszczańskiej. Holenderka Alexandrinne Tinne marzyła o dotarciu do wciąż nieodkrytych źródeł Nilu, a po drodze – do Chartumu. Jej karawana składała się ze stu wielbłądów, trzydziestu miejscowych tropicieli i sześciu przewodników, a bagaż „składał się (…) między innymi z 800 funtów szterlingów, w miedzianym bilonie (…) dźwiganych przez dziesięć wielbłądów, czterdziestu beczek wody, sześciu namiotów, żelaznych łóżek, materaców, broni i wszystkiego, co przysłano z Hagi w trzydziestu dwóch skrzyniach: mebli, ubrań, książek, luster” .
Jednak były wyjątki. Daisy Bates, badaczka wierzeń i obyczajów Aborygenów, niemal z nimi zamieszkała, biwakując w pobliżu ich obozowisk. „Uczyła się ich języka i tworzyła listę poznanych słów. Dzieliła się zabranymi ze sobą konserwami i jadła to, co oni mieli jej do zaproponowania: pieczone na ogniu jaszczurki, mrówki miodowe, tłuste larwy chrząszczy. Bawiła się z dziećmi, a wieczorami siadywała ze wszystkimi przy ognisku z czarnym niemowlęciem w ramionach” . Słuchała mitów i legend, choćby o czasach, gdy Księżyc był jeszcze człowiekiem. Właśnie ta historia, o białej kobiecie żyjącej wśród Aborygenów, poruszyła mnie najbardziej. Rozbudowana o komentarze przypominające okoliczności zdobycia Australii dla brytyjskiej Korony oraz o wolne od upiększeń opisy stopniowej eksterminacji Aborygenów jest jednoznacznym oskarżeniem kolonizatorów, którzy odebrali tubylcom tereny łowieckie, uniemożliwili dostęp do roślin nadających się do jedzenia oraz do wody, urządzali na nich polowania, na siłę europeizowali, zarażali chorobami. Całkowite niezrozumienie odmienności kultury stworzonej przez Aborygenów sprawiło, że niewielu białych traktowało ich jak równych sobie. Daisy Bates jako jedna z nielicznych starała się tę odrębność poznać i zrozumieć. Nazywali ją Kabbarli, czyli babcią, uważali za prastarego ducha. Było to niezwykłe wyróżnienie, zważywszy na fakt, że wierzyli w istnienie duchów, które krążą nad ziemią, „roznosząc wszędzie życie (…). Duch dotykał kamienia, drzewa, groty, wody, a wszystkiemu, czego dotknął, udzielała się odrobina mocy. Mogła ona przechodzić na inne przedmioty lub istoty żyjące. Wielkie praduchy przeszłości przyjmowały postać zwierzęcia: kangura, węża, jaszczurki” . To Aborygeni zwykli mawiać: „Zapach białych zabija nas”.
dalej na blogu: http://czas-bezpowrotnie-miniony.blogspot.com/2016/06/zapach-biaych-zabija-nas.html
W ciągu minionych dwustu lat świat skurczył się, niepokojąco zmalał, tracąc na tajemniczości i egzotyce. Dziś jest na wyciągnięcie ręki i nie trzeba wiele, by poznać jego najodleglejsze zakamarki, bo zdobyliśmy i opisaliśmy wszystko, ścierając białe plamy z map Afryki, Australii, Azji i obu Ameryk. Nieznane dawniej rzeki, jeziora, pasma górskie, gatunki zwierząt i roślin...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo ciekawie napisana książka o XIX wiecznych podróżniczkach - kobietach pełnych temperamentu , odwagi i hartu ducha. Tam ,gdzie diabeł nie może kobietę pośle , i faktycznie nasze panie brodzą po pas w bagnach , zwalczają chmary moskitów i śpią na klepiskach w opuszczonych szałasach.
Książkę czyta się jednym tchem , świetnie ,lekko napisana a postaci opisane to sama śmietanka ówczesnych światłych kobiet.
Jedna z ciekawszych pozycji jakie miałem przyjemność przeczytać a raczej pochłonąć :)
Polecam
Bardzo ciekawie napisana książka o XIX wiecznych podróżniczkach - kobietach pełnych temperamentu , odwagi i hartu ducha. Tam ,gdzie diabeł nie może kobietę pośle , i faktycznie nasze panie brodzą po pas w bagnach , zwalczają chmary moskitów i śpią na klepiskach w opuszczonych szałasach.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążkę czyta się jednym tchem , świetnie ,lekko napisana a postaci opisane to sama...