Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
zaczytanawksiazkach 
zabookowanyswiatpauli.blogspot.com, , https://www.instagram.com/readforrhys/
status: Czytelnik, dodał: 14 cytatów, ostatnio widziany 1 dzień temu
Teraz czytam
  • Ogród małych kroków
    Ogród małych kroków
    Autor:
    Minęły trzy lata, odkąd Lily w wypadku straciła męża. Udaje jej się normalnie funkcjonować, nawet odnosi sukcesy jako ilustratorka w wydawnictwie, jednak wciąż bardzo tęskni za ukochanym. Jak ognia un...
    czytelników: 53 | opinie: 1 | ocena: 8 (3 głosy)

Pokaż biblioteczkę
Aktywności
2017-05-24 18:31:12
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2017

Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest widzieć tylko ciemność? Nie móc zobaczyć świata, rodziny, przyjaciół... nic, prócz nieustającej nocy. Parker Grant jest właśnie w takiej sytuacji. Jakby tego było mało, jest też sierotą. Mama zginęła w wypadku, a ojciec popełnił samobójstwo. Jedno jest pewne – życie niestety jej nie oszczędzało. Na szczęście ma przyjaciół, na których zawsze może liczyć.... Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest widzieć tylko ciemność? Nie móc zobaczyć świata, rodziny, przyjaciół... nic, prócz nieustającej nocy. Parker Grant jest właśnie w takiej sytuacji. Jakby tego było mało, jest też sierotą. Mama zginęła w wypadku, a ojciec popełnił samobójstwo. Jedno jest pewne – życie niestety jej nie oszczędzało. Na szczęście ma przyjaciół, na których zawsze może liczyć.

Cała historia, to kilka tygodni z życia Parker. Dziewczyna mimo tego, jak ją doświadczyło życie, nie traci hartu ducha, jest silna, twarda, za wszelką cenę stara się nie płakać. Mimo tego, że jest niewidoma, chodzi do normalnej szkoły, a nawet biega. I to lepiej niż niejeden widzący biegacz ze swojego liceum.

Co do samej bohaterki... podziwiam ją. Bardzo ją podziwiam. Nie widzi, straciła rodziców, jej jedyny chłopak, jakiego miała stracił jej zaufanie, ale ona się nie poddaje, nie załamuje się. Wręcz to Parker bywa wsparciem dla swoich przyjaciółek. Owszem, czasami jest szczera i to do bólu, zdarzy jej się zachować zołzowato, ale zawsze pomoże. Potrafi dać sobie radę sama i nie lubi nadmiernej troski ze strony innych. Podobało mi się to w niej – nie wykorzystywała ludzi, na rzecz swojej niepełnosprawności, ale starała się na tyle, na ile mogła – być samodzielną. Polubiłam Parker i coś czuję, że zaprzyjaźniłabym się z nią. Jej się w sumie nie da nie lubić. Podobało mi się też jej podejście do swojej ślepoty. Ma do siebie dystans i potrafi z siebie żartować. A to też ważna cecha ;) Ciekawą rzeczą w niej jest też to noszenie bandany, czy chustki na oczach.

Historia Parker wydaje się błahą opowiastką o nastolatce z problemami. Ale taka nie jest. „Do zobaczenia nigdy” jest bardzo pouczającą książką. Czasami my, którzy widzimy tak bardzo narzekamy na życie, a tymczasem są ludzie, będący w o wiele gorszej sytuacji i starają się żyć pełnią życia, nie złorzeczą na swój los, mimo tego, że przykładowo nie widzą. Nie chcę tutaj absolutnie nikogo pouczać, ale po prostu mówię jak ja to odebrałam. Myślę, że ze wszystkich zmysłów, stracenie wzroku jest najgorsze. Nawet słuch nie jest aż tak ważny. I mimo że wiem, iż Parker nie chciała by litości – jest mi jej żal.

„Do zobaczenia nigdy” pięknie pokazuje moc przyjaźni. Mówi się, że „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” i nawet pomijając, czas, kiedy ona straciła wzrok, to powiedzenie się sprawdza. Bo przyjaźń wyrażana jest w prostych gestach.

Jest to pierwsza książka, którą czytałam, a w której główny bohater jest niewidomy i wywarła na mnie dosyć spore wrażenie. Porusza ważne tematy, nie tylko niepełnosprawność, ale i wyżej wspomnianą prawdziwą przyjaźń, tolerancję, bezinteresowną pomoc drugiemu, ale i to, jak ważne jest zaufanie. Nie powinniśmy też zbyt szybko oceniać innych, bo czasami prawda jest inna niż nam się wydaje. A do tego bardzo przyjemnie się ją czyta. Uważam, że powinniście chociaż spróbować to przeczytać i przekonać się, jak wygląda świat, z perspektywy osoby, która go nie widzi. Takie osoby są także wśród nas, w prawdziwym życiu, i bardzo się cieszę, że znalazł się ktoś kto napisał o tym książkę. No i przede wszystkim, jest tu fajna regułka, dzięki której łatwiej zapamiętać definicje sinusów, cosinusów itd. :D A tak się składa, że z tym aktualnie się teraz męczę na matematyce ;P

pokaż więcej

 
2017-05-24 17:33:51
Dodał książkę na półkę: Teraz czytam
Autor:
 
2017-05-22 16:56:24
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2017

Ostatnio następuje u mnie jakiś przełom w sprawie polskich książek... „W rytmie passady” to moja druga polska książka w tym miesiącu... Do tego jest o tańcu, a ja za tańcem nie przepadam. A mimo wszystko opis fabuły mnie zaintrygował :D I wiecie co? Naprawdę zaczynam przekonywać się do naszych rodzimych autorów.

Julita kilka lat temu przeżyła niezbyt przyjemna sytuację, od tego czasu boi się...
Ostatnio następuje u mnie jakiś przełom w sprawie polskich książek... „W rytmie passady” to moja druga polska książka w tym miesiącu... Do tego jest o tańcu, a ja za tańcem nie przepadam. A mimo wszystko opis fabuły mnie zaintrygował :D I wiecie co? Naprawdę zaczynam przekonywać się do naszych rodzimych autorów.

Julita kilka lat temu przeżyła niezbyt przyjemna sytuację, od tego czasu boi się zaufać ludziom, boi się dotyku. Po tym co się stało, wraz z mamą przeprowadza się z Sopotu do Warszawy, gdzie mieszka jej kuzynka, a zarazem przyjaciółka – Ola. Dziewczyny chodzą razem na zajęcia zumby. Wkrótce Jula dostaje propozycję, można powiedzieć – nie do odrzucenia. Wystarczy, że zatańczy w konkursie kizomby, a przy okazji, ma szansę pokonać swój strach.

Marcel niedawno dowiedział się o chorobie swojej mamy, dla niej wrócił do Polski z Portugalii, gdzie aktualnie przebywał. Rucki jest tancerzem i instruktorem tańców latynoamerykańskich i gdy tylko dowiaduje się, że jest szansa na wygranie sporej sumy pieniędzy, ma nadzieję na wygraną, którą mógłby przeznaczyć, aby ulżyć mamie w cierpieniu. Tą okazją, jest konkurs kizomby,w której musi wystąpić z amatorem.

Przyznaję, z początku Julita lekko mnie irytowała tym, że jak tylko ktoś ja dotknął – ona zaraz leciała do łazienki przed porcelanowy tron. Ale potem zrozumiałam, że to jest fobia, z tym nie jest łatwo walczyć, a bynajmniej bardzo ciężko jest to zrobić samemu. Więc – to jej odpuszczam.

Bardzo mi się podobał stosunek Marcela do swojej mamy. Mimo że jest dorosłym facetem, widać, że jest mu ona naprawdę bliska i to, jak bardzo ja kocha i mu na niej zależy. Zrezygnował ze swoich marzeń, żeby być przy niej. Zresztą nie tylko dla mamy jest on taki dobry, również jest bardzo troskliwy w stosunku do Juli. Mimo gorszych momentów, nie zniechęca go jej fobia, stara się jej pomóc na ile tylko umie. Dzieli ich dosyć sporo lat, Jula jest jeszcze w liceum, a Rucki ma ponad dwadzieścia lat. Dużo i niedużo – każdy patrzy na to inaczej.

Po kilku tygodniach wspólnych treningów tańczenia passady (passada=kizomba) zaczyna się rodzić między nimi miłość. Podobało mi się to, że autorka odeszła od schematu i nie było czegoś takiego, że dzisiaj się poznali, a za tydzień już są parą. Nie, tutaj rozwijało się to powoli. Jednak czy licealistka i dorosły mężczyzna odnajdą wspólny język i dadzą radę być razem? (Hej, trochę niepewności musicie mieć ;P)

Sama tytułowa passada była bardzo ciekawie przedstawiona, nawet po skończeniu książki, szukałam na internecie filmików z tym tańcem. Okay, przyznaję, że czytając o nim, wydawał mi się ciekawszy, ale to tak tylko nawiasem.

„W rytmie passady” jest naprawdę ciekawą książką o pokonywaniu własnych słabości, problemach, o radzeniu sobie ze stratą bliskiej osoby. Jednocześnie kocham ją... i nienawidzę. Nie powiem dlaczego, bo nie chcę niczego naprawdę ważnego zdradzać, ale ja byłam w szoku. Totalnie się tego nie spodziewałam. Nie do końca podobało mi się to zakończenie. Ale i tak, „W rytmie passady” jest książką, którą naprawdę warto przeczytać. ;)

pokaż więcej

 
2017-05-19 22:01:33
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2017
Autor:

„Lato Eden” zapragnęłam przeczytać po samym przeczytaniu zapowiedzi. Okay... Nie ukrywam, że ta okładka tez zrobiła swoje ;) Może i jest bardzo podobna okładki innej, ale dzięki kilku detalom – nie taka sama. Czy moje przeczucie dotyczące tej książki okazało się słuszne? W dużej mierze tak, ale aby poznać moje dłuższe zdanie – zapraszam do lektury ;)

Jess jak co dzień idzie do szkoły. Jednak...
„Lato Eden” zapragnęłam przeczytać po samym przeczytaniu zapowiedzi. Okay... Nie ukrywam, że ta okładka tez zrobiła swoje ;) Może i jest bardzo podobna okładki innej, ale dzięki kilku detalom – nie taka sama. Czy moje przeczucie dotyczące tej książki okazało się słuszne? W dużej mierze tak, ale aby poznać moje dłuższe zdanie – zapraszam do lektury ;)

Jess jak co dzień idzie do szkoły. Jednak po wejściu do budynku zaczynają się dziwne spojrzenia i ukradkowe szepty. Na dodatek w szkole nie ma jej przyjaciółki Eden, a podczas drogi do liceum, mijała zapłakaną matkę Eden. Jess zostaje wezwana do dyrektorki i tam poznaje prawdę – Eden zniknęła.

Nikt nie ma pojęcia gdzie jest, co się z nią stało. W głowie pojawiają się czarne myśli – a może jej się coś stało? Tym bardziej, że Eden, mimo upływu kilku miesięcy, nadal zmaga się ze śmiercią bliskiej osoby. Jess wie, że każda minuta jest cenna, obawia się, że każda kolejna minuta to mniejsze szanse na znalezienie przyjaciółki.

Razem z Jess wyruszamy na poszukiwania zaginionej dziewczyny. Opisy wydarzeń z teraźniejszości, przeplatają się ze wspomnieniami bohaterki. Poznajemy ich historię, przygody, a także przebieg zdarzenia, które przytrafiło się Jess. Pod tym względem, było to bardzo ciekawie opracowane. Nie czytamy całą książkę tylko o tym, jak przyjaciółka szuka przyjaciółki, ale też w interesujący sposób odkrywamy ich przeszłość.

W „Lecie Eden” bardzo mi się podobało przedstawienie przyjaźni obu dziewczyn, stanowi ona główny wątek historii. Jess podczas poszukiwań wspomina swoją przyjaciółkę, przypomina sobie te radosne, ale i te smutne chwile z nią. Z pomocą tego, co o niej wie, stara się przewidzieć, gdzie szukać Eden. Dowiaduje się też, że Eden nie zawsze była z nią szczera... nie, może inaczej – że Eden nie mówiła jej wszystkiego.

Jednakże doszukałam się pewnego minusika... Eden i Jess mają 15 lat, ale ich zachowanie wcale na to nie wskazuje. Ja im dawałam około siedemnastu... Okay, chodzą do liceum, jednak wydawało mi się, że są one trochę zbyt poważne, jak na swój wiek. Nie wiem, czy tylko ja na to zwróciłam uwagę, może Wam to nie przeszkadzało, ale mi trochę tak...

Cała fabuła rozgrywa się w ciągu tego jednego dnia. Czy Eden została odnaleziona? Żywa? Czy martwa? O nie, zakończenia nie zdradzę ;) I niech Was nie zmylą pozory. Jedna doba, poszukiwania... Wydaje się, że to zwyczajna młodzieżówka. Otóż nie, w tej swojej prostocie, „Lato Eden” jest przepiękną historią o sile przyjaźni, porusza kilka ważnych tematów, jak np. śmierć bliskiej osoby. Nie jest to ciężka lektura, wręcz przeciwnie – jest ona bardzo lekka i przyjemna, idealna na te ciepłe majowe dni. Ja ja przeczytałam w niecałe półtorej dnia, ale jeśli bym miała cały dzień na czytanie – spokojnie bym ją machnęła szybciej ;)

pokaż więcej

 
2017-05-17 20:52:41
Ma nowego znajomego: Elfik Book
 
2017-05-17 20:50:43
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2017
Cykl: Wielkie Płaszcze (tom 1)

Uwielbiam fantasy, uwielbiam książki z motywem rycerstwa, walk na miecze, z klimatem średniowiecznym. Po przeczytaniu opisu fabuły „Ostrza zdrajcy” wiedziałam, że mi się spodoba, że to coś dla mnie. I nie pomyliłam się.

Głównym bohaterem, a zarazem narratorem, jest Falcio val Mond – były pierwszy kantor Wielkich Płaszczy, niegdyś przyjaciel króla Paelisa. Wielkie Płaszcze to swojego rodzaju...
Uwielbiam fantasy, uwielbiam książki z motywem rycerstwa, walk na miecze, z klimatem średniowiecznym. Po przeczytaniu opisu fabuły „Ostrza zdrajcy” wiedziałam, że mi się spodoba, że to coś dla mnie. I nie pomyliłam się.

Głównym bohaterem, a zarazem narratorem, jest Falcio val Mond – były pierwszy kantor Wielkich Płaszczy, niegdyś przyjaciel króla Paelisa. Wielkie Płaszcze to swojego rodzaju rycerze, którzy nie składają przysięgi królowi, lecz prawu. Zostały utworzone, a właściwie wskrzeszone po około stu latach, właśnie przez króla Paelisa. Jednak władca został przed pięcioma laty zabity, a Płaszcze – rozwiązane i rozpędzone na cztery wiatry. Falcio i jego przyjaciele – Brasti i Kest, jedni z najlepszych wojowników (w przypadku Brastiego - łuczników) skończyli jako straż przyboczna Lorda Karawanu, od którego nawet nie dostają zapłaty. Sprawy komplikują się tym bardziej, że Lord okazuje się być martwy, a główne podejrzenie spada właśnie na nich.

Falcio, Brasti i Kest zaczynają przygodę w świecie pełnym intryg, niebezpieczeństw i spisków. Na dodatek ludzie nienawidzą trattarich (trattari – obraźliwe określenie Wielkiego Płaszcza). Natrafiają na karawanę, z która mogliby uciec, jednak samo dostanie się do niej nie jest takie proste. I więcej nie powiem, ponieważ chcę uniknąć zaspoilerowania Wam czegoś.

Nie wiem, czy mam rację, ale wydaje mi się, że książek z tego gatunku z narracją pierwszoosobową jest bardzo mało. W „Ostrzu zdrajcy” występuje taki właśnie styl i muszę przyznać, że bardzo mi się to podobało. Falcio świetnie się spisuje w roli narratora, podobały mi się jego przemyślenia, czy też zwroty bezpośrednio do czytelnika. Szczególnie przypadły mi do gustu opisy walk i samej techniki. Pod tym względem Sebastien wykonał kawał dobrej roboty, gdyż nieczęsto spotyka się tak szczegółowe opisy. Dzięki temu, było mi o wiele łatwiej sobie wyobrazić taką walkę, a z tym zawsze miewałam problemy, bo zazwyczaj są one opisane powierzchownie.
Falcio opisuje wydarzenia obecne, ale też często wraca do wspomnień, dzięki czemu w ciekawy sposób poznajemy przeszłość bohaterów i różne ważne informacje.

Nie mogę też nie wspomnieć o bohaterach. Falcio, Kest, Brasti – ich nie da się nie polubić, każdy w nich ma w sobie to „coś”. Każdego z nich polubiłam, jednak najbardziej chyba Kesta... Ich dialogi były bardzo często zabawne, z nutą sarkazmu. Lubię, kiedy książki są z humorem, a ta zdecydowanie go miała. Jest też Aline – dziewczynka, która straciła wszystko, poza odwagą, czy Valiana, której życie nie jest dokładnie takie, jak cały czas myślała...

Sebastien de Castell stworzył świat z nutką magii, interesujących bohaterów i połączył to wszystko ciekawą historią. Efektem końcowym jest bardzo przyjemna lektura, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, intryg, sarkazmu i nieraz – szoku. Do tego skończyła się tak, że już nie mogę się odczekać kolejnego tomu, bo jestem strasznie ciekawa ich dalszych losów. Jeśli lubicie takie klimaty, to nie ma co się zastanawiać, tylko czytać ;)

pokaż więcej

 
2017-05-17 20:50:13
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2017
Autor:
Seria: Kwiaty Edenu

Zazwyczaj nie czytam książek, których akcja dzieje się na początku XXw. Sama nie wiem czemu. Jednak zdarzają się wyjątki od reguły i takim wyjątkiem jest ta książka. Po przeczytaniu opisu fabuły byłam zaintrygowana. Czy słusznie?

Akcja dzieje się w 1930 roku. Jest lato, od bardzo dawna nie spadł deszcz, więc susza niszczy uprawy i co za tym idzie – są bardzo małe zbiory. Bryony Linwood...
Zazwyczaj nie czytam książek, których akcja dzieje się na początku XXw. Sama nie wiem czemu. Jednak zdarzają się wyjątki od reguły i takim wyjątkiem jest ta książka. Po przeczytaniu opisu fabuły byłam zaintrygowana. Czy słusznie?

Akcja dzieje się w 1930 roku. Jest lato, od bardzo dawna nie spadł deszcz, więc susza niszczy uprawy i co za tym idzie – są bardzo małe zbiory. Bryony Linwood mieszka z dwiema siostrami i dziadkiem na farmie. Ich ojciec zginął kilkanaście lat wcześniej podczas wojny, od śmierci matki też minęło już kilka lat. Rodzina z trudem wiąże koniec z końcem, a do tego ma długi u właściciela tych ziemii. Bry postanawia pójść do pana Heatha i uprosić pomoc. W końcu kończy się tym, że zawiera z nim umowę i zaczyna pracować w jego posiadłości jako pokojówka.

Michael Heath jest przykładem tego, co wojna potrafi zrobić z człowiekiem. Mimo że minęło już dwanaście lat – on nadal boryka się z jej koszmarami. Poczucie winy, a do tego z problemy z płucami sprawiły, że stał się odludkiem, samotnikiem. Jego jedynym zajęciem, które naprawdę sprawia mu radość, jest rysowanie. Michael nie dogaduje się z byt dobrze z ojcem, gdyż ten nie potrafi zrozumieć pasji syna i tego, że ten nie chce zarządzać rodzinnym spadkiem.

Podczas tradycyjnego rysowania na świeżym powietrzu, Michael poznaje dziewczynę. Wkrótce znowu na nią wpada (i to dosłownie) przed wejściem do swego domu. Bryony i Michael pozornie więcej dzieli niż łączy. Ale serce nie sługa. Czy między nimi do czegoś dojdzie? Czy w ogóle związek bogatego mężczyzny i prostej, wiejskiej dziewczyny jest możliwy?

„Upragniony deszcz” to książka, która pokazuje nam wiele bardzo ważnych spraw, problemów. Czasami chcąc chronić osoby, które są nam bliskie, zapominamy o własnym szczęściu. Zapominamy o tym, żeby dać szansę na spełnienie marzeń także sobie, a nie tylko ukochanym osobom. Myra Johnson w swojej książce pokazała też jedną istotną rzecz, która obrazuje to, co ja zawsze powtarzam – pieniądze to nie wszystko. Można mieć co tylko się zapragnie, pieniędzy w bród, ale nie mieć miłości. Można też nie mieć praktycznie nic – ale mieć miłość oraz ludzi, który się ona są martwią, kochają nas i czekają na nasz powrót, gdy nas nie ma w domu.

Cóż mogę powiedzieć... Ta książka jest cudowna. Przesłanie, które w sobie niesie, ale i sama treść. Napisana prostym, językiem, dzięki czemu naprawdę szybko się ją czyta. Klimat dwudziestego wieku jest zachowany, ale nie w jakiejś ogromnej ilości, co mnie się bardzo podobało. Naprawdę warto sięgnąć po tę historię w te ciepłe dni i na kilka godzin przenieść się kilkadziesiąt lat wstecz i przeżyć te kilka miesięcy z życia Bryony, Michaela oraz reszty. Zobaczyć, że ludzie mogą i potrafią się zmienić. Że nie ma sytuacji bez wyjścia i zawsze po suszy spadnie deszcz, po ciemnych chmurach - wyjdzie słońce.

pokaż więcej

 
2017-05-15 14:28:37
Ma nowego znajomego: Book Emperor
 
2017-05-07 11:20:44
Dodał książkę na półkę: Przeczytane, 2017

W dzisiejszych czasach utarło się, że „nie czytam polskich autorów. Bo tak.” Nie wiem skąd się to wzięło, ale przyznaję ja sama jeszcze do niedawna tak myślałam. W podstawówce czytywałam praktycznie same książki naszych pisarzy, aż nagle przestałam. Nie wiem, może to gimnazjalny okres buntu ;P Jednak ostatnio, w zapowiedziach zobaczyłam „Luonto” i po przeczytaniu opisu – z miejsca zapragnęłam... W dzisiejszych czasach utarło się, że „nie czytam polskich autorów. Bo tak.” Nie wiem skąd się to wzięło, ale przyznaję ja sama jeszcze do niedawna tak myślałam. W podstawówce czytywałam praktycznie same książki naszych pisarzy, aż nagle przestałam. Nie wiem, może to gimnazjalny okres buntu ;P Jednak ostatnio, w zapowiedziach zobaczyłam „Luonto” i po przeczytaniu opisu – z miejsca zapragnęłam go przeczytać. Jakież było moje zdziwienie, kiedy odkryłam, że zostało ono napisane przez naszą rodzimą autorkę, kryjącą się pod pseudonimem.

Wyobrażacie sobie, ta tragedię, kiedy rodzice wysyłają was do ciotki na wieś? A Wy za żadne skarby nie macie ochoty na ten pobyt? Bo przecież tam nie ma Aska, Snapa, Facebooka, Instagrama – jak tak żyć?! Siedemnastoletnia Chloris, którą rodzice posłali na kilka dni do ciotki, ma właśnie taki problem. Gdyby tylko mogła wiedzieć, że to, to ledwie odrobinka w porównaniu z tym, co ją czeka.

Gdy po kłótni z ciotką ucieka w las, nagle ziemia zaczyna pod nią drżeć. Zaczyna się trzęsienie ziemi, dziewczyna ostatkiem sił chwyta się podłoża. Wtem ratuje ją pewien chłopak. Nie, ptak. Ale przecież widziała nadgarstek z bransoletką z rzemieni.

Dwudziestoletni Gratus jest Homanilem – pół człowiekiem, pół zwierzęciem. W przypadku skrajnych emocji – zamienia się w orła. Podczas jednej ze swych „misji” na Ziemii, coś, lub raczej ktoś – każe mu ratować dziewczynę imieniem Chloris.

Gratus zabiera Chloris do Luonto, krainy, którą można określić mlekiem i miodem płynącej. Ludzie, którzy w niej mieszkają, tak jak Gratus – są Homanilami i żyją w zgodzie z Matką Naturą. W Luonto nie ma wi-fi, telefonów, samochodów, telewizji czy czego tam jeszcze. Nie ma astmy, alergii, czy innych chorób. Środowisko w żadnym stopniu nie jest w tym miejscu skażone, a szansę na przeżycie mają w nim wszystkie zagrożone gatunki z naszej planety.

Między naszymi bohaterami, mimo że opni się od tego wzbraniają – wkrótce rodzi się uczucie.
Jest jedno ale. Związek między Homanilem, a człowiekiem jest zakazany, co więcej – ci ludzie mają z góry narzucone, z kim mają być. Czy mimo wszystko, Gratus i Chloris będą razem? Czy odnajdą sposób na szczęście? Czy uratują Ziemię? I przede wszystkim – czy miłość dwójki nastolatków zdoła przetrwać zemstę Żywiołów?

„Luonto” to powieść z pozoru błaha. Ot chłopak ratuje dziewczynę, staje się jej bohaterem, zakochują się w sobie i żyją razem długo i szczęśliwie. Motyw jakich wiele. Ano nie do końca ;) Ta z pozoru zwykła młodzieżówka, w rzeczywistości jest historią, która daje wiele do myślenia. Która otwiera oczy, na największy problem współczesnego świata.

Melissa Darwood odwaliła kawał dobrej roboty. Oryginalny pomysł na fabułę (bo przyznajcie sami, Homanilii jeszcze nigdzie nie było), świetne wykonanie, bardzo dobrze wykreowani bohaterowie. W „Luonto” nie ma czasu na nudę, od początku jest wartka akcja. A i niespodziewany zwrot wydarzeń się trafi – i to taki, że mi paszczęka opadła i musiałam na chwilę przerwać czytanie, żeby ją z podłogi pozbierać. Co jak co, ale za nic bym tego nie przewidziała.

Jedynie przyczepić mogę się do zakończenia. Dlaczego? Ja. Się. Pytam. D L A C Z E G O ? Po skończeniu byłam w szoku. W czystym szoku. Tak mnie wciągnęło, że jak skończyłam, patrzę na zegarek – a tu 00:18 i takie... „eee, że co?” No więc ten... Końcówka zwala z nóg i w ogóle. Byłam zbyt pochłonięta, żeby uronić łzę. Ale niewiele brakowało, żebym się poryczała.

Same plusy jak na razie wymieniłam. A jakiś minus? Otóż – nie ma. Naprawdę, jak dla mnie „Luonto” nie ma minusów. Teoretycznie szłoby pod to podpisać zakończenie, ale to byłaby raczej taka pozytywna wada (istnieje w ogóle coś takiego? ;P).

Cóż mam jeszcze powiedzieć. Uważam, że powinniście to przeczytać. Ta książka pokazuje, co człowiek robi z Ziemią, środowiskiem i w bardzo dobitny sposób – co przez to możemy spowodować, jakie mogą być tego konsekwencje. Im bardziej cywilizacja się rozwija, tym bardziej zapominamy o tej najprostszej rzeczy, dzięki której żyjemy. Natura wi-fi może i nam nie da, ale daje nam życie. Bez jej przychylności – człowiek jest zgubiony.

Melisso, biję pokłony. Przywróciła mi Pani wiarę w naszych autorów i obiecuję, że będę czytać więcej polskich książek. „Luonto” nieprędko zapomnę i naprawdę Wam polecam. Ta książka jest genialna. Oczekiwałam zwykłej, lekkiej i przyjemnej młodzieżówki, a dostałam coś o wiele lepszego.
I POD ŻADNYM POZOREM NIE ZAGLĄDAJCIE NA OSTATNIĄ STRONĘ!

pokaż więcej

 
2017-05-07 11:11:04
Dodał cytat z książki: Luonto
Znam wielu ludzi, ale żaden z nich nie okazał się na tyle ludzki, by okazać mi tak dużo dobroci, uwagi i szacunku,co ty.
 
2017-05-07 11:10:25
Dodał cytat z książki: Luonto
Pasja to podstawa, bez niej człowiek gnuśnieje, a tak ma o czym marzyć.
 
2017-05-07 10:25:31
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
 
2017-05-07 10:24:50
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Cykl: Szóstka wron (tom 1)
 
2017-05-07 10:24:48
Dodał książkę na półkę: Chcę przeczytać
Cykl: Czerwona Królowa (tom 1)
 
2017-05-07 10:23:12
Ma nowego znajomego: Anda
 
Moja biblioteczka
78 51 321
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (40)

Ulubieni autorzy (3)
Lista ulubionych autorów
Ulubione cytaty (111)
lista cytatów
zgłoś błąd zgłoś błąd