Bartlox 
mężczyzna, status: Czytelnik, ostatnio widziany 9 minut temu
Aktywności (z ostatnich 3 miesięcy)
2018-10-15 19:06:00
Ma nowego znajomego: chrispu
 
2018-10-14 14:36:41
Cykl: Joanna Chyłka (tom 2)

Fanem cyklu Chyłkowego to ja chyba nigdy nie zostanę. Tzn. ta powieść jest na pewno lepsza od katastrofalnie moim zdaniem złej Kasacji, mogłaby nawet uchodzić za niezłą, ale...

Ale mam duży dysonans gdy o niej myślę, miałem duży dysonans w trakcie jej czytania. Z jednej strony napisane po Mrozowemu sprawnie, lekko, czyta się szybko to i nawet przyjemnie. Z drugiej fabuła w znacznej części...
Fanem cyklu Chyłkowego to ja chyba nigdy nie zostanę. Tzn. ta powieść jest na pewno lepsza od katastrofalnie moim zdaniem złej Kasacji, mogłaby nawet uchodzić za niezłą, ale...

Ale mam duży dysonans gdy o niej myślę, miałem duży dysonans w trakcie jej czytania. Z jednej strony napisane po Mrozowemu sprawnie, lekko, czyta się szybko to i nawet przyjemnie. Z drugiej fabuła w znacznej części leży. Właśnie tak, sam najprościej pojmowany rozwój akcji często zwyczajnie nie trzyma się kupy. Poczynając od pierwszego pytania - "Ale skąd ona właściwie miała do niej numer telefonu", poprzez to, że ja naprawdę nie rozumiem, czemu ten który zginął zginął, po fakt, że rozwiązanie akcji to w znacznej części deus ex machina. Chyba jednak nie powinno tak być. Co razi jeszcze bardziej to to, że nie czujemy nijak tego, co się wydarzało w tej rodzinie. Nic, zero. Po prostu zostajemy poinformowani o ich dramacie, w żaden sposób nie mogąc jakoś pobyć z nimi w ich specyficznej sytuacji. To się często udawało w twórczości Najpłodniejszego, można się było wczuć w postacie, w ich uwikłania. Tu nie. Co ciekawe wygląda na to, że Mróz zrobił to w pełni świadomie, rozbudowując watek sądowy postanowił spłycić to, jak odbieramy dramat, którym się prawnicy zajmują. "Bo nie mogę pisać o wszystkim na raz, a zależy mi, by jakże oryginalnie jak na polskie warunki stworzyć powieść sądową". Ale nawet jeżeli zrobił to całkowicie świadomie to to go moim zdaniem nijak nie broni.

Nieco lepiej było z wczuwaniem się w Chyłkę i Zordona, tu ta ogólna lekkość stylu Najpłodniejszego bardzo pomogła powieści. Ale wprowadzenie do ich relacji elementu erotycznego było moim zdaniem błędem. Atmosfera sali sądowej oddana nieźle, acz nie jakoś genialnie. Zwroty akcji to też nie było jakieś mistrzostwo świata, ale zrobione sprawnie. Za to duży plus za klimat miejsc, czuć ten północny wschód naszego kraju, te pola, domy i jeziora, to się Mrozowi zazwyczaj udaje, ta powieść nie jest wyjątkiem.

Końcowy dramat Chyłki totalnie niewykorzystany, i to w dwójnasób, bo i decyzja i jej skutki nie poruszają. Wprowadzono go na siłę, by czytelnik miał większą ochotę sięgnąć po kolejną część cyklu. I... podziałało, mam tę ochotę :) Mróz to jednak stara (choć nie wiekiem) pisarska wyga :)

pokaż więcej

 
2018-10-10 17:35:30

Wiecie co, to jest aż dziwne, że powieść, do której mogę zgłosić tyle konkretnych zastrzeżeń uznaję za aż tak dobrą. Że tyle razy coś mi lekko zgrzytało w tekście, tyle razy podczas lektury miałem wrażenie, że coś jest trochę nie tak, a mimo to czytałem z taką przyjemnością, miałem z tego tekstu taką frajdę.

Pozostaje krótko omówić zastrzeżenia. Po pierwsze sama historia jakoś tak nie...
Wiecie co, to jest aż dziwne, że powieść, do której mogę zgłosić tyle konkretnych zastrzeżeń uznaję za aż tak dobrą. Że tyle razy coś mi lekko zgrzytało w tekście, tyle razy podczas lektury miałem wrażenie, że coś jest trochę nie tak, a mimo to czytałem z taką przyjemnością, miałem z tego tekstu taką frajdę.

Pozostaje krótko omówić zastrzeżenia. Po pierwsze sama historia jakoś tak nie angażowała. Jakoś tak nas nie interesowała. Sprawa z trupem dziewczyny była, miałem przynajmniej takie wrażenie, ledwo zaznaczona, ledwo ją czułem. Jest jakaś zamordowana studentka... i już. Odruchowo chciałem dopisać "jest jakieś śledztwo", ale go właśnie nie było :) Nic nie było. Sprawa ze śląskim wampirem sprzed lat - ok., tu śledztwo jest, ale czy ktoś się przejął jego losem? Czy ktoś kibicował, by go oczyścili/nie oczyścili z zarzutów? Ja nie. Skoro już jesteśmy przy wampirze, to cały opis spotkania z nim, gdzie jest kreowany na inteligentnego manipulatora był... no właśnie, długo się wydawało, że był nie wiadomo po co. Co ciekawe w pewnym momencie w tekście mamy naśmiewanie się z takiej kreacji morderców w popkulturze, gdy dostajemy dostęp do myśli jednej z postaci :) W sumie to dość zabawne, w kontekście kreacji powieściowego mordercy. Ok., pod koniec dostajemy wyjaśnienie, nawet ciekawe, ale czy wiarygodne?

Efektem ubocznym tego, że w powieści praktycznie nie mamy przedstawionego śledztwa jest fakt, że postać policjanta wypada blado. Jest w książce scena, w której spotyka się on z naszą dzielną antropolożką, aż się prosiło, by ten moment, w którym ich drogi się splatają był poprzedzony równolegle prowadzonymi historiami ich zmagań z tą samą sprawą. Jakimś "lustrem", "lustrowym" prowadzeniem ich wątków. Nie ma niczego takiego.

Nie do końca rozumiem, czemu autorzy tak się upierają, by myśleć o tym cyklu jako o etnokryminałach. Już w wypadku Ślebody miałem tę wątpliwość, tu powróciła ona ze znacznie większą siłą. Elementów etno nie było wiele, prawdę mówiąc były ledwo zaznaczone, i to raczej we wczesnych partiach tekstu. Nie jest to zarzut, bo czytałem to jako kryminał, zwyczajnie stwierdzenie faktu.

Plus za wstawki z zakresu antropologii kultury, wplecione w dialogi bohaterów, jednoznacznie na plus, zaciekawiały, zachęcały do własnych poszukiwań i nie brzmiały sztucznie. Obraz zdeprawowanej młodzieży i zgnębionej klasy robotniczej w porządku. Wstawki z przeszłości wampira intrygujące. Również opis tych "nieszczęśliwych na swój własny, konkretny sposób" rodzin jednoznacznie na plus. Atmosfera powieści jest o wiele mroczniejsza niż w "Ślebodzie", ale to też nie jest przecież wadą książki. Miłosne przeprawy dwojga głównych bohaterów troszkę mnie zmęczyły, ale obiektywnie pewnie mogły się podobać.

Dla jasności - powieść jest naprawdę dobra, wciągająca, ciekawa, z wyrazistymi bohaterami, świetnie napisana. I, co ważne na tle współczesnych kryminałów, tu był pomysł.

pokaż więcej

 
2018-10-08 21:38:54
Ma nowego znajomego: Marzena
 
2018-10-08 20:42:36
Autor:

Pod wieloma względami jest to chyba najbardziej cobenowata książka w dziejach. Gdyby jakiś bardzo zdolny pisarz, nie będący Cobenem, chciał napisać powieść podszywając się pod niego, to tak by ona zapewne wyglądała. :) I w stylu (który tak kocham, dlatego nigdy nie dam cobenowatemu Cobenowi mniej niż siedem gwiazdek) i w sposobie prowadzenia akcji i po prostu w samej warstwie fabularnej to... Pod wieloma względami jest to chyba najbardziej cobenowata książka w dziejach. Gdyby jakiś bardzo zdolny pisarz, nie będący Cobenem, chciał napisać powieść podszywając się pod niego, to tak by ona zapewne wyglądała. :) I w stylu (który tak kocham, dlatego nigdy nie dam cobenowatemu Cobenowi mniej niż siedem gwiazdek) i w sposobie prowadzenia akcji i po prostu w samej warstwie fabularnej to jest tak cobenowaty Coben, że już chyba bardziej nie można. Nawet szczególiki tego tekstu widzieliśmy już wcześniej w jego dziełkach: motyw z odkupieniem win, motyw z kobietą, która zniknęła z życia mężczyzny a potem nagle się pojawia, nawet taki detal jak motyw z skrzynką mailową dla dwóch osób (w tej samej powieści co poprzedni :)).

Luki fabularne rażą, co ciekawe to samo pytanie - "Ale jak ona w ogóle go odnalazła?" - można zadać dwa razy co do dwóch różnych sytuacji. Albo kwestia tego, jak właściwie wyglądało zakończenie pierwszej sceny, czy ktoś po lekturze całości umie je sobie wyobrazić? Chyba jednak po lekturze powinniśmy łatwo potrafić to zrobić. Ponadto źli byli trochę nijacy, trudno ich było naprawdę znielubić, trudno było myśleć o nich jako o cudownie wrednych s****synach, trudno było w ogóle o nich jakoś myśleć. Nie do końca udało się też wykreowanie Leo na niezbyt pozytywną postać, myślę, że gdyby autor zrobił to trochę jednak bardziej jednoznacznie to wyszłoby to powieści na dobre. Przecież prawie się prosiło, by Nap w pewnym momencie zaczął myśleć o źle, które w sobie nosi, a które przecież mieliśmy już w ekspozycji tej postaci jako o odbiciu cech swojego brata. Zmarnowany potencjał?

Tak, mam tak jak wszyscy (no, w każdym razie większość), gdyby to był mój pierwszy Coben, to byłoby to objawienie, tak jest seryjna produkcja, najlepszej marki, bo język i świat wykreowany są niesamowite (choć bywało lepiej, fajerwerków jednak nie ma), ale jednak trudno nie myśleć o tej książce jako o czymś w olbrzymim stopniu obarczonym grzechem bycia produkcyjniakiem.

No i propsy dla tłumacza za uniknięcie popularnego błędu językowego na 336. stronie :)

pokaż więcej

 
2018-10-04 08:42:53
Ma nowego znajomego: Jolanta
 
2018-10-03 18:03:52

Nawet dość długo zastanawiałem się nad tym jakim przymiotnikiem obdarzyć tę powieść na początek, jak nazwać problem, który z nią mam. I myślę, że najlepszym sformułowaniem będzie tu "powieść wyspowa". Tak, tekst Zielkego składa się z wysp, wysp dobrego, bardzo dobrego niekiedy tekstu, rozdzielonych jednak jakimś dziwnym morzem. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zbiór opowiadań, ani nawet... Nawet dość długo zastanawiałem się nad tym jakim przymiotnikiem obdarzyć tę powieść na początek, jak nazwać problem, który z nią mam. I myślę, że najlepszym sformułowaniem będzie tu "powieść wyspowa". Tak, tekst Zielkego składa się z wysp, wysp dobrego, bardzo dobrego niekiedy tekstu, rozdzielonych jednak jakimś dziwnym morzem. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zbiór opowiadań, ani nawet powieść zbliżająca się do formuły zbioru opowiadań, mamy tu jedną ciągłą historię, nawet dość wciągającą, ale w tej historii trafiamy be przerwy na te "wyspy" i to "morze".

Nie widzimy logicznego rozwoju większości istotnych dla rozwoju fabuły spraw. Nie czujemy w ogóle tego, czemu dziennikarka będąca główną bohaterką książki zmienia zdanie o biznesmenie, o którym pisze. Od początku wiemy, że zmieni zdanie i to się oczywiście dzieje, ale dlaczego, jak - tego w gruncie rzeczy nie pojmujemy. Podobnie nie wiemy czemu zaczyna wątpić w winę oskarżonych. Znowuż, od początku wiadomo, że to się wydarzy, ale co właściwie wpłynęło na jej osąd - tego nawet się nie domyślamy. I tak dalej, tyczy to bardzo wielu spraw w tej książce. Jest "wyspa" gdy biznesmen jest fajny i sympatyczny, a potem ta, gdy jest podejrzany, obie napisane bardzo sprawnie, ale co było pomiędzy nimi?

Nieco lepiej jest w końcówce powieści, zmiana narracji z dwu- (ok., tak naprawdę trzy-) na wieloosobową sprawie, że naprawdę się w to angażujemy, naprawdę chcemy wnikać w tę historię. Tak, dosłownie siedziałem nad książką i chłonąłem kolejne strony. Ale i tu czujemy pewne takie niedopowiedzenie w wątkach.

Autor miał niewątpliwie kilka ciekawych pomysłów, czujemy, jakby żonglował nimi wręcz nonszalancko, widzimy, jak podrzuca ciekawe tropy jak by chciał pokazać - "patrzcie ile rzeczy mógłbym tu zrobić". Ta nonszalancja, wręcz brawura pisarza nijak nie razi, to działa jednoznacznie na korzyść książki.

Za to minus za kreację świata - obraz środowiska dziennikarskiego jest niewiarygodny. To zresztą w pewnym sensie grzech pierworodny, takie dziennikarskie śledztwo nie mogłoby mieć dziś miejsca, takie reportaże już się nie ukazują. A już na pewno nie w gazetach zbliżających się profilem do tabloidu. Co za tym idzie także w relacji dziennikarki z szefem było coś wręcz... naiwnego. Podobnie obraz drogi życiowej porywaczy - jest niewiarygodny, zwyczajnie naciągany. Co więcej, ich świat jakoś tam czujemy tylko w pierwszych partiach tekstu, potem już w ogóle. I, tak, tu też powraca wzmiankowany już grzech wyspowości.

Plusik za wątki seksualne, nie raziły, choć balansowały na granicy wulgarności. Podobnie sprawa choroby psychicznej jednej z postaci i ledwo zarysowane watki demoniczne - były dobrze i ciekawie zrobione.

Czytało się przyjemnie, pod koniec nawet bardzo, ale powieści przydałoby się jeszcze trochę obróbki. Wiem, że to częsty zarzut względem polskich pisarzy, ale w tym wypadku jest szczególnie aktualny. Wtedy mogłaby z tego wyjść jedna z najlepszych powieści kryminalnych ostatnich lat.

pokaż więcej

 
2018-09-26 23:40:20
Ma nowego znajomego: romy
 
2018-09-26 22:35:54
Został fanem autora: Pierre Boulle
 
2018-09-26 22:25:04
Ma nowego znajomego: Jacek
 
2018-09-25 17:02:32
Cykl: Trylogia pomorska (tom 1)

Czasem recki na lc rozpoczynają się od słów "Ależ mam problem z tą książką" albo jakichś zbliżonych. Tak, to jest właśnie moje odczucie gdy próbuję jakoś ocenić "Wiatraki". Albo nieco inaczej, nie "Ależ ja mam problem z tą książką" tylko "Ileż ja mam problemów z tą książką", ile tu jest spraw, które trudno jest jednoznacznie ocenić.

Poczynając od samego pomysłu na akcję - niby był, niby...
Czasem recki na lc rozpoczynają się od słów "Ależ mam problem z tą książką" albo jakichś zbliżonych. Tak, to jest właśnie moje odczucie gdy próbuję jakoś ocenić "Wiatraki". Albo nieco inaczej, nie "Ależ ja mam problem z tą książką" tylko "Ileż ja mam problemów z tą książką", ile tu jest spraw, które trudno jest jednoznacznie ocenić.

Poczynając od samego pomysłu na akcję - niby był, niby niegłupi, niby sprawnie do czasu prowadzony, ale trudno jednak uznać, że to się udało. Mieliśmy podrzucane tropy, mogliśmy domyślać się co się tam właściwie wydarzyło, szło dobrze, a potem wszystko to zostało w pewnym momencie spalone. Sposób w jaki dowiadujemy się, kto jest mordercą, nagły, jakby narrator po prostu w pewnym momencie postanowił: "to teraz wam to zdradzę" psuje cały efekt, całą frajdę z tego, że możemy (my czytelnicy) tropić zabójcę razem z głównym bohaterem. Ponadto, umówmy się, ten motyw to nie jest jednak coś takiego bardzo bardzo oryginalnego.

Szkatułkowa konstrukcja książki - w końcu mamy tu tak naprawdę dwie opowieści - nie przeszkadza, przez cały czas pamiętamy o obu wątkach. Za to przeszkadza, i o tym po prostu muszę wspomnieć, skrajnie nikłe prawdopodobieństwo psychologiczne w postępowaniu bohaterów. Tak, mam na myśli tą jedną decyzję, tu widać to szczególnie wyraźnie, ale też kilka innych, gdzie było to może mniej rzucające się w oczy.

Podobnie z językiem, stylem w jakim to napisano. Niby przejrzysty i wciągający, ale mielizny się zdarzają. Ponadto... momenty, w których autor chyba chciał, by język był z trochę wyższej półki niż to zazwyczaj bywa w literaturze popularnej nie wybrzmiewają. Nie tyle może męczą, co po prostu widzimy, że autor się stara, a nas to nijak nie rusza. Całkowicie za to nie udały się pisarzowi wcale liczne momenty rozpierduchy, sceny bijatyk, pościgów itd. Miały angażować, trzymać czytelnika w napięciu, a tymczasem nie dość, że czasem chce się je przeskoczyć (skoro i tak wiadomo, jak się cała akcja skończy...) to jeszcze dla ich zrozumienia potrzeba więcej uwagi i skupienia na tekście niż w innych jego partiach. No, chyba to nie takie było zamierzenie.

Za to duży plus za atmosferę powieści - naprawdę czujemy to małe miasteczko i jego duchotę, naprawdę czujemy tych ludzi, wreszcie naprawdę czujemy zapach środkowopomorskich pól. Czytając powieść żałowałem, że pisarz nie rozbudował trochę bardziej wątku magicznego (tak, chodzi mi o wzmianki o sabacie czarownic :)), ale w perspektywy czuję, że nierozwinięcie tego motywu wyszło tekstowi na dobre. Choć rzecz jasna samo jego istnienie też na plus, jest klimatycznie. Za to kiepsko wyszedł główny bad-guy, szef lokalnej mafii. Jest go dużo, dużo robi, dużo krzyczy i macha rękami, a nas to nijak nie rusza.

Był moment podczas lektury, kiedy myślałem, że tę reckę zacznę od stwierdzenia, że to upadek z wysokiego konia. Cóż, koń był wysoki, w końcu mamy tu kilka nawet historii o zemście, o męskiej przyjaźni, o poświęceniu itd., styl też chyba miał być w zamierzeniu autora w wielu miejscach artystyczny. A czy upadek... Cóż, daję sześć gwiazdek.

pokaż więcej

 
2018-09-16 11:07:31
Został fanem autora: Michał Kuźmiński
 
2018-09-16 11:07:13
Został fanem autorki: Małgorzata Fugiel-Kuźmińska
 
2018-09-14 20:19:04
Autor:
Cykl: Robert Hunter (tom 1) | Seria: Thriller

W taki więc sposób wygląda powieść, która Waszym zdaniem jest super-hiper doskonałym, znakomitym thrillerem, tak? Hmmm, to zastanówmy się, co ja mam jej do zarzucenia:

1) Główny bohater wykreowany na nadczłowieka bez wad, herosa który sam jeden zwalcza zło. Sceny służące wykazaniu jego doskonałości wręcz śmieszyły, ta ze zgadywanką w barze jest tu chyba najlepszym przykładem. I nie, to nie...
W taki więc sposób wygląda powieść, która Waszym zdaniem jest super-hiper doskonałym, znakomitym thrillerem, tak? Hmmm, to zastanówmy się, co ja mam jej do zarzucenia:

1) Główny bohater wykreowany na nadczłowieka bez wad, herosa który sam jeden zwalcza zło. Sceny służące wykazaniu jego doskonałości wręcz śmieszyły, ta ze zgadywanką w barze jest tu chyba najlepszym przykładem. I nie, to nie jest tak, że autor zmniejszał jego idealność w tych kilku punktach, w których usiłował to robić (pewna-taka-nieporadność w kontaktach z kobietą, sknocona sprawa z przeszłości itd.). Carter chciał może tego efektu, ale go nie osiągnął. Hunter jest bez-wad-do-porzygu, taka prawda. Do tego ta jego relacja z Sancho-Pansą... Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do tego motywu jako takiego. Ale tu to wcielenie giermka zachwyca się swoim doskonalszym kolegą do przesady, naprawdę. Można zrobić dobrego protagonistę tak by był człowiekiem, dając mu nawet nie wady, ale ludzkie cechy. Nie w tej książce.

2) Język, styl. Jak z powieści dla dzieci, serio. Wszystkie te "Powiedział patrząc groźnie" albo "Dogryzł mu po koleżeńsku" w partiach dialogowych, to nawet nie jest wzięte z książek dla nastolatków, w każdym razie nie tych starszych. Same dialogi też mnie bawiły, sorry, taka prawda. Co gorsza często stylistycznie było sucho, nie w tym sensie w którym zazwyczaj używa się tego słowa, nie tak, że nieśmiesznie, tylko... no zwyczajnie sucho.

3) Brak atmosfery. Brak tej grozy. Opisy przestępstw są naprawdę makabryczne, może do przesady, jest w tym wręcz jakieś epatowanie okrucieństwem, a zaraz potem... świeci słoneczko i ogrzewa naszym bohaterom twarze. Przecież zła siła poluje na nich, zagraża im i całemu miastu. A oni w tym - metaforycznym rzecz jasna - słoneczku. To nawet nie jest tak, że te elementy makabry kontrastują z akcją jako taką. Po prostu nijak nie przenoszą się na to przyjemne życie opisane w lwiej części tekstu.

Sama fabuła? Ot historia zabójcy kierującego się takimi-a-takimi pobudkami. Dwa wątki połączone dość sztucznie. Brakowało mi w teście jakiegoś pogłębienia relacji głównego bohatera z szefem, miałem wrażenie, że autor chciał, by była ojcowsko-synowska a potem zwyczajnie sobie to odpuścił. Zakończenie nawet mogłoby trochę tą fabułę uratować, ale tylko gdyby końcowa rozróba nie była tak nagle przerwana, gdyby powstrzymanie zabójcy wynikło bardziej z samej sytuacji.

Nie wracałem do lektury z bólem, było to jakoś przemyślane, jakoś stworzone, pewne elementy były wręcz bardzo dobre (rozmieszczenie w czasie kilku wskazówek dla czytelnika), ale żaden świetny thriller to nie jest. Aha i plusik za ciekawie, czy może raczej po prostu fajnie, zrobiony opis miejskiego półświatka.

pokaż więcej

 
2018-09-11 17:35:07
Cykl: Lipowo (tom 9)

Ależ mnie to wszystko nie obeszło. Jakaś nastolatka w związku ze starszym facetem, jej dziwnie dystansujący się od swojej córki rodzice, jakieś eksperymenty na bezdomnych, ośrodek kierowany przez charyzmatycznego przywódcę, ciała znalezione w studni - wszystko to, niezależnie od jakości samej fabuły, od samej zagadki kryminalnej, powinno angażować. Nie angażowało. Ściana. Przepaść między mną a... Ależ mnie to wszystko nie obeszło. Jakaś nastolatka w związku ze starszym facetem, jej dziwnie dystansujący się od swojej córki rodzice, jakieś eksperymenty na bezdomnych, ośrodek kierowany przez charyzmatycznego przywódcę, ciała znalezione w studni - wszystko to, niezależnie od jakości samej fabuły, od samej zagadki kryminalnej, powinno angażować. Nie angażowało. Ściana. Przepaść między mną a tymi ludźmi. Kurde, przecież to są potencjalne samograje, nawet z tej krótkiej powyższej wyliczanki to widać. Powinno. Nie angażowało. Nic nie czułem gdy działy się wszystkie to rzeczy, które powinny mnie ruszać, które tak często mnie ruszają w powieściach.

Co ciekawe w pełni przeniosło się to też na wątki pozakryminalne. Sprawa z SMSem - nic. Ani nie współczułem jednej z pań, ani nie potępiałem (czy też usprawiedliwiałem) drugiej. Nawet śmierć psa mnie nie doświadczyła. Może najbardziej poruszył psychopata, choć też tylko pod koniec, całe budowanie atmosfery grozy w jego zachowaniach pisarka położyła równo. Ok., jeszcze pani doktor od mrocznych eksperymentów jakoś tam się broniła. Za to dramat Wiery został zmarnowany totalnie.

W pełni ujawniła się tu najgorsza cecha pisarstwa Puzynskiej - rozwiązania zagadek znikąd. Po prostu w pewnym momencie dowiadujemy się kto co zrobił i tyle. Zero szans, byśmy sami jakoś rozwiązywali zagadkę z powieściowymi policjantami, po prostu nijak nie da się tego robić.

Już najlepiej wyszły sceny fleshbeckowe, może dlatego, że były naprawdę szybkie, "widzieliśmy" tylko migawki. Ale i tu zastrzeżenie, nie czułem - tak, znowu to samo - narodzin polskiego kapitalizmu w latach dziewięćdziesiątych, choć bohaterami byli przedsiębiorcy, ludzie tworzący biznesy, i po prostu nie ma wątpliwości co do tego, że autorka chciała ten klimat narodzin kapitalizmu oddać.

Wreszcie - czy ktoś może mi wytłumaczyć, po co autorka użyła tej teatralnej otoczki, tak bardzo ją podkreślając, skoro w powieści nie było wątków teatralnych, to co było to jakieś pojedyncze nawiązanie do teatru?

Ewentualne zalety? Do czasu dwa przemiennie prowadzące do czasu wątki były w miarę fajnie zrobione, choć też nie było to jakieś mistrzostwo świata. I jeszcze niezbyt wielka sympatyczność tytułowej bohaterki została sprawnie wykreowana.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
62 62 467
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (11)

Ulubieni autorzy (8)
Lista ulubionych autorów
zgłoś błąd zgłoś błąd