Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Wzgórze psów

Seria: Nowa proza polska
Wydawnictwo: Świat Książki
7,47 (979 ocen i 172 opinie) Zobacz oceny
10
86
9
163
8
297
7
243
6
98
5
29
4
20
3
23
2
11
1
9
Edytuj książkę
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
9788380313507
liczba stron
864
język
polski
dodała
helensan

Mroczny thriller, którego akcja dzieje się w niewielkim mieście, w zamkniętej hermetycznie społeczności. Prowincja Polski jako miejsce, gdzie schowana jest pewna metafizyczna prawda o polskim losie. Jaka w rzeczywistości jest pamięć o krzywdzie? Czy karę za zło można karać innym złem? Gdzie jest granica moralnej racji w wymierzaniu sprawiedliwości? Co kryje się pod powierzchnią?

 

źródło opisu: http://www.swiatksiazki.pl/ksiazki/wzgorze-psow-jakub-zulczyk-4944076/

źródło okładki: http://www.swiatksiazki.pl/

Brak materiałów.
książek: 55
Marcin | 2017-05-05
Na półkach: Przeczytane, Posiadam
Przeczytana: 02 maja 2017

Dwie prawdy ze „Wzgórza psów” (kolejność nieznacząca)

Prawda pierwsza

Poprzednia powieść Żulczyka, „Ślepnąc od świateł”, kończy się czarnym deszczem, „Wzgórze” jest prawie całe ulepione z tego deszczu, który nic nie zmywa, tylko chlapie gęstym jak smoła złem.

Pierwsza prawda jest o tym, że ta powieść pożera od głowy po pięty, nie nuży na żadnej z 862 stron, że gdy wstajesz rano to tylko przemywasz oczy i natychmiast siadasz do czytania, resztę świata ogarniasz pomrukami i gestami pełnymi zniecierpliwienia, że dziękujesz Bogu i chromemu państwu za długi weekend, za to, że możesz połykać ten czarny deszcz po 250 stron dziennie i nie masz dość; że Żulczyk napisał to z trzewi, z żołądka to mu wyszło, włożył się caluteńki w tę powieść, że musiało go boleć wszystko przy pisaniu; że napisał to uczciwie, bez żadnych kalkulacji, a ty to czujesz i wciągasz całym sobą, ten czarny deszcz, to błoto i węglem rozmazane krajobrazy, te zdania, w których nie ma chwili na oddech, aż oczy wyskakują z gał, żeby pędzić jeszcze szybciej; że to historia stara jak świat, historia walki dobra ze złem. Zła jest tu tyle, że Żulczyk każe ci napinać każdy nerw w cieniutkiej nadziei, że ten świat się nie rozpadnie, że to brawurowo rozpisany mit mordu założycielskiego, mordu, z którego wzięliśmy się wszyscy, mordu, na którym stoi każda wspólnota. Żulczyk rozpina wszystko na jednej strunie, na której pulsuje piekło i słabiutka drobina światła, to piekło cię ogląda, a ty oglądasz się w tym piekle i tylko to, że ta powieść ciągle trwa, że tak ciąży swoją ceglastą objętością w rękach, daje nadzieję, nic, kurwa, więcej. I że nawet jeśli coś w tej prozie zgrzyta to myślisz sobie, że może to ty coś źle czytasz, że za szybko łykasz te strony, że może trzeba się zatrzymać.

...no i o tym ta pierwsza prawda, że gatunek, który wziął sobie Żulczyk na warsztat (thriller) jest tylko ramą do powiedzenia czegoś istotnego o brudzie i złu, których nie przykryją kolejne megatony asfaltu i stali za tę ostatnią kasę z Unii.

...no i ten język, niepodrabialny Żulczykowy styl, ogromny jak Bajkał talent, lekkość (jakby napisał te wszystkie strony na raz, na jednym wydechu), te mocne, ostre jak brzytwa obrazy – siedzą mocno w głowie i pod kłującym splotem słonecznym.

...no i że chcesz się najebać w połowie, do nieprzytomności, ale nie możesz, bo musisz czytać dalej.

Prawda druga

Ta powieść jest tak naładowana testosteronem, że nawet jedna z głównych bohaterek gada jak twardziel, myśli jak twardziel i zachowuje się jak twardziel, że to taki lepszy scenariusz a-la Patryk Vega; że to nawet nie jest przetrącona popem manichejska idea walki dobra ze złem – to sen dorastającego chłopca o byciu silnym i jednoznacznie prawdziwym, sen o powstaniu z bruku wprost w niezłomność. Gdzieś w połowie bohaterowie się wypłaszczają, zaczynają przypominać postaci z kreskówki dla trudnej młodzieży. Nakreślona figura ojca głównego bohatera, Marvelowskiego Punishera, staje się równie wielka, co płaska, jest jak postać wycięta z kartonu pod białoruski komiks. Wszyscy tu plują na ziemię, albo komuś pod nogi, bez przerwy ktoś strzyka śliną,
spluwa, rozmazuje butem wydzielinę, wszędzie: na ulicach, w domach, w szpitalu, a potem skaczą sobie do gardła nawzajem, przemoc i wrzaski niemal w każdym dialogu. To, co najciekawsze: czyli realistyczna obserwacja rzeczywistości prowincji, której przerysowanie nie przeszkadza, wręcz przeciwnie: daje szansę na wydobycie czegoś istotnego, zgrzyta i ostatecznie psuje się, jak zardzewiały wiejski rower: w oczywistościach, w banałach i w prawdach spod technikum leśnego. Jest tu tyle nostalgii za młodością, za pierwszym piwem, jointem, speedem, za pierwszym seksem, że ma się wrażenie powrotu do „Zrób mi jakąś krzywdę” (debiut Żulczyka), a nie wykroczenie poza dojrzałą i świetną prozę jaką jest „Ślepnąc od świateł”. Pada tu zbyt dużo płaskich zdań, felietonowych prawd, chłopięcych wyobrażeń o świecie, złu, dobru i życiu; że na końcu... (nie, nie można spojlerować takiej powieści).

I łapię się na tym, że więcej prawd o polskiej prowincji wlał we mnie Collin Barrett, Irlandczyk, który debiutanckim i arcydzielnym zbiorem krótkich opowiadań „Młode skóry” (genialne tłumaczenie Agnieszki Pokojskiej) dotknął wszystkiego tego, czego, wydaje się, chciał dotknąć Żulczyk ponad wybitnie napisanym i skonstruowanym thrillerem, a pisał, Collin Barrett, o prowincjonalnym miasteczku na Wyspach...

I tak bardzo nie chciałbym już czytać o młodym mężczyźnie, który topi się w spoconym dygocie – w tym z kim spała jego pierwsza dziewczyna, to jest nużące, jałowe i wyczerpane; udało się to tylko Philipowi Rothowi w arcymistrzowskim „Wzburzeniu” i wystarczy, lepiej się nie da; że wolałbym wreszcie przeczytać historię chłopca, tak jak tu niepewnego i pełnego kompleksów, ale jakoś tam bystrego, który w miarę przytomnie przyjmuje los, zsyłający mu mądrzejszą od niego dziewczynę, która go wybrała i chce z nim być; i jeśli on ma to spieprzyć to jakoś inaczej niż przez pusty i koniec końców prostacki „topos” ścigania się z fiutem jej byłego.
---
A teraz plujcie na fejsbuk i sięgnijcie po "Wzgórze psów, żeby sprawdzić, która z tych prawd jest prawdą, a która gówno prawdą, bo niezależnie od tego, co tu piszę i co napiszą inni (a niektórzy napisali już takie farmazony, że chyba mieli w ręku chiński przekład) „Wzgórze psów” to powieść warta uwagi, najwyższej uwagi. I dajcie znać – chętnie się wreszcie dowiem.

Jakub Żulczyk, „Wzgórze psów”, Świat Książki, 2017.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Już teraz nowa funkcja: pakiety. Dowiedz się więcej jak kupić kilka książek w najlepszej cenie >>>
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading
Exodus

Opinie czytelników


O książce:
Natarcie

Całkiem niezła militarna space opera. Powiela schematy tego gatunku, ale fabuła trzyma się kupy. Dość dużo "machania sztandarem". Napisana s...

zgłoś błąd zgłoś błąd