Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Jadąc do Babadag

Seria: Poza serią
Wydawnictwo: Czarne
6,7 (1417 ocen i 103 opinie) Zobacz oceny
10
54
9
139
8
216
7
456
6
269
5
157
4
44
3
57
2
12
1
13
szczegółowe informacje
data wydania
ISBN
8389755017
liczba stron
321
kategoria
Literatura piękna
język
polski

Książka o podróży przez zapomnianą Europę. Polska, Słowacja, Węgry, Rumunia, Słowenia, Albania, Mołdawia przez te kraje wiedzie trasa. Samochodem, autostopem, pociągiem. Ale jednocześnie jest to podróż w głąb świadomości mieszkańca tej części Europy, która zawsze była uważana za gorszą, zapóźnioną, prymitywną i zacofaną.

 

źródło opisu: http://czarne.com.pl/

źródło okładki: http://czarne.com.pl/

książek: 166
Gracjan Triglav | 2014-11-07
Na półkach: Przeczytane
Przeczytana: 06 listopada 2014

Proza poetycka i proza męcząca zarazem. Książkę trzeba czytać w skupieniu z wypoczętym umysłem, bądź słuchać w czyjejś interpretacji – wtedy, kiedy wybrzmiewa każde słowo, może okazać się bardzo przyjemną przygodą z umysłem i wrażliwością autora, no i rzecz jasna z tematem jego przemyśleń, tą gorszą częścią Europy gdzie Rzymianie nie doszli, bądź ustanowili tylko peryferyjne prowincję i szło im gorzej niż na południu (choć akurat ziemie Illirów są blisko serca imperium, ale jak już pojawiliśmy się tam My – Słowianie, zrobił się typowy dla naszej nacji bałagan, i rzymskie dziedzictwo trochę ucierpiało).
Europa Wschodnia Europą Wschodnią, niemniej Stasiuk jest na pierwszym planie, bo to przez jego oczy i serce patrzymy na dawną Scytję i Sarmację, Dację i Dalmację... jego opinie i odczucia są dla czytelnika kluczowe – nolens volens – na nich opiera się konstrukcja poszczególnych tekstów, z których każdy może funkcjonować niezależnie od całości. Każdy jest trochę inny – łączą je te same zabiegi artystyczne. Od razu widać że to zbiorek wcześniejszych publikacji, nie zaś Opus Magnum z prologiem i epilogiem, klecone jako zwarta całość. Miejscami książka jest genialna, obszerne fragmenty to niestety bełkot, ocierający się o rozwlekłą grafomanię...
Autor wie co pisze, i świadomie kleci te swoje monstrualne, kameralne i średnio wyrośnięte absurdy, każdy więc kto powie, że to niedopracowane barachło, zrobi z siebie idiotę... jednak niekiedy poziom absurdu i złożoności jest tak duży, że czytelnik może się trochę gubić.
I w brzydocie może być piękno, i w przesadnej formie. W zależności od stanu naszej percepcji, umiejętności dostrzeżenia misternych trudów autora co do splotów faktów, obserwacji i wniosków, pewnej wariackiej logiki, czy mniej lub bardziej przypadkowej złożoności rzeczywistości (która sama w sobie urzeka) oddanej z impresjonistycznym zacięciem – zależy jak będziemy się bawić.
Opisy są magiczne, rzeczywistość po bliższej analizie ciekawsza niż na pierwszy rzut oka, czy też tysięczny któryś, milionowy – autochtona któremu się opatrzył, i pewnych rzeczy nie dostrzega. To peany na cześć nieporządku, pomieszania z poplątaniem, a zarazem krytyka wsączającego się do archaicznych i post-komunistycznych osad plastikowego świata konsumpcji, dotychczas oaz starego porządku, jak i zachwyt nad adaptacja tegoż przez tubylców do własnych potrzeb. O przemijaniu i pamięci.
Co by jednak nie mówić, nader często nużąca to lektura, a książka nuży kiedy jest niezrozumiała (wtedy reagujemy sennością, tak to jest), niestety w tych partiach które aż pęczniały od wyrażeniowych potworków i stylistycznych eksperymentów, moja uwaga ulegała osłabieniu. Nie zawsze – ale często. Tego było po prostu zbyt wiele... to trochę jak łyżka soli w jajecznicy albo kilo cukru w kubku herbaty... ciężko przyswajalne. Inaczej się mają kwestie w których mniej jest opisów wizualnych, transcendentalnych a więcej tych prostszych – rzeczowych zajść (tak zapadł mi w pamięć tekst o Mołdawii).
W książce nie ma za dużo akcji, przygód – składa się ona głównie z odczuć, przeżyć, wrażeń, i są to bardzo osobiste, małe odczucia, takie które ma każdy z nas. Książka jest chaotyczna, ale ta chaotyczność jest misternie pleciona z rozmysłem, tylko w pewnym stopniu wspomaganym przypadkowym natchnieniem i fantazją. Podróż z autorem nie ma wyraźnej chronologii zdarzeń, możemy się tylko domyślać co, kiedy i jak, w przybliżeniu. Sam autor niekiedy nie wszystko jest w stanie osadzić w konkretnych ramach czasowych, przyporządkować do określonych miejsc. Wielokrotnie zaznacza jak naturalnym dla człowieczego umysłu jest taki stan rzeczy: dostrzega wtórności, podobieństwa i zbieżności natury ludzkiej w obrębie różnych wschodnich narodów, różnych czasów, i niekiedy uogólnia. Często wręcz twierdzi że czas się zatrzymał i że rządzi się swoimi prawami, to rzecz jasna tylko metafora odnośnie kultury i mentalności. Mamy więc przed sobą tysiące wspomnień, monet, fotografii, pamiątek, ciśniętych jak gdyby na środek stołu i o każdym autor coś mówi, każdy przedmiot coś mu przypomina, snuje opowieści czyniąc jednocześnie dygresje.
Dlatego dobrym sposobem obcowania z tekstami zawartymi w „Jadąc do Babadag” jest aplikowanie sobie ich pojedynczo, raz na jakiś czas, w przerwie między innymi lekturami, albo choć podzielenie książki na 3-4 porcje. To chyba trochę jak z alkoholem, w małych dawkach idzie się tym delektować, może to wpływać pozytywnie na samopoczucie, jednak obaliwszy litrową butelkę na jeden raz, kunszt gorzelnika nam umknie i jeszcze się pochorujemy. Nie wiem czy to nie naciągane porównanie... ale ilustruje pewne fakty. Umiar to cnota.

Czemu taki tytuł a nie inny? Po lekturze tekstu w którym padają i inne nazwy miejscowości gdzie autor spędził od kilku minut do kilku godzin – przejeżdżając przez nie bądź traktując jako stacje przesiadkowe, można dojść do wniosku że mógłby równie dobrze brzmieć: Jadąc do Sokołowa czy Huși*. A są tam i miejscowości znaczące dla niego więcej. Babadag po prostu dobrze brzmi, Stasiuk pisze o tej mieścinie zaledwie w kilku linijkach, a sama nazwa w tekście pada bodajże dwa razy... nie licząc kart tytułowych i rozdziałowych....

Kilka razy Stasiuk wspomina o różnych osobnikach którzy sprawiają wrażenie osób spod ciemnej gwiazdy, okazują się jednak nad wyraz pomocni – czy to stosując taryfę ulgową względem podróżnika, czy to bezinteresownie pomagając. Jest to trochę wzięcie w obronę tych ludzi i pokazanie że pozory mogą mylić, że nie można z góry się uprzedzać, że życie zaskakuje. Książka może zmusić do refleksji osoby deprecjonujące Bałkany i tę biedniejszą, wschodnią cześć naszego kontynentu (do której Zachód zalicza i nasz kraj, choć się nam nie podoba i nader często zdarza nam się sprzeciwiać). Zachwyci tych we Wschodzie rozkochanych i zanudzi tych szukających prostej rozrywki. To nie jest reportaż, ani standardowa książka podróżnicza jak twierdzą niektórzy, i nie można na to patrzeć w tych kategoriach, to raczej artystyczne objawienie więzi i meandrów myśli. Takie intymne.
Nie jestem w pełni zadowolony z lektury, uważam że tekst można byłoby lepiej zredagować, wcisnąć w niego więcej, odciążyć z nadmiaru tego o czym była mowa wyżej – artystycznych, quasi-poetyckich pęczniejących hiper-form, który wymykały się autorowi spod kontroli i zaczynały żyć ważnym życiem (albo raczej chciał aby czytelnik odnosił takie wrażenie). Ale czy wtedy byłaby to ta sama książka? Czy nie w tym właśnie jej siła?

Mój egzemplarz to III wydanie z 2008 roku, znaczy to że spotkała się z dobrym odbiorem. Więc czytało ją wiele osób i zapewne robiono poprawki. I niestety nie wszystko wychwycono.
Stasiuk pisze o rwaniu drewna w lesie, by zdanie potem rzec o jego wycince piłą mechaniczną. Wspomina o pewnym Japończyku-kolekcjonerze strojów ludowych, potem znowu się doń odnosi, podkreślając że chodzi wyłącznie o stroje kobiece – tak jakby wcześniej było to zaznaczone, a nie było. No i błąd stylistyczny na 184 stronie. Trochę to zgrzyta, zważywszy że książka dostała Nike w 2005. Poza tym jedna literówka. Tyle ewidentnych błędów, choć jakieś jeszcze mogły umknąć podczas lektury. Ta wyliczanka to nie małostkowość, to tylko próba rzetelnego wykazania że tekst jest w dużej mierze dopracowany, choć irytować mogą pewne powtarzające się niekiedy frazy, określenia, kalki z samego siebie.


*Węgierskie Huszváros i niemiecki Hussburg, szkoda że autor nie zasypuje czytelnika bogactwem wariantów różnych nazw tych samych miejsc, wpisywałoby się to w jego gawędę. Dało szerokie pole do popisu odnośnie prezentacji wielokulturowości wschodnich obszarów. To akurat nie jest najlepszy przykład, najbardziej reprezentatywny. Ale są konkretniejsze.

Pokaż wszystkie opinie o tej książce
Trwa wyszukiwanie najtańszych ofert.
Moja Biblioteczka
Jeżeli chcesz dodać książkę do biblioteczki, wybierz półkę, oceń lub napisz opinię.
Przeczytane
loading

Opinie czytelników


O książce:
Młody bóg z pętlą na szyi. Terapia u Doktorka

"Jenny, mam na imię Jenny. Co w jej głowie siedzi - wiem tylko ja"... Nie wiem czy pamiętacie ten refren pewnej piosenki sprzed lat. Za...

zgłoś błąd zgłoś błąd