Nasza strona internetowa wykorzystuje cookies (pol.: ciasteczka)

W celu sprawnego i szybkiego działania serwisu, zapewnienia wygody podczas jego przeglądania, dostosowywania funkcjonalności do indywidualnych potrzeb użytkowników, a także w celach statystycznych oraz reklamowych, używamy informacji zapisanych za pomocą cookies. Korzystanie z serwisu jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz tutaj.
Gracjan Triglav 
Za pośrednictwem serwisu zaspakajam potrzebę wymiany wrażeń po lekturze. _______________________________________________________________ Natłukłem 250 stron czcionką dwunastką coś, co jest hybrydą "Opisania Świata" Marco Polo z reportażami Góreckiego. Fantasy, ale bez ziejących ogniem smoków i magii. Nie beletrystyka, ale charakterystyka świata: pseudo-ziemi, ze swoją historią, fauną i florą. Na tyle wtórna względem kanonu by każdy kto lubi klimaty opowieści o karłach, długouchych i przygodzie czuł się podczas lektury swojsko, ale jednocześnie na tyle realistyczna, by sprawiała wrażenie jakiejś alternatywnej, faktycznie istniejącej rzeczywistości. Został mi do opracowania ostatni kontynent (szacunkowo jakieś 80 stron). Do tej pory pisałem dużo „do szuflady” – w ramach ćwiczeń, dla siebie, tysiące stron w plikach RTF; z tym tekstem sprawy mają się jednak inaczej. Chcę się tym podzielić. Jak? Mam różne koncepcje - ale będę wdzięczny za wszelkie rady i sugestie, przedłożone np. poprzez serwisową skrzynkę.
30 lat, mężczyzna, Warszawa, status: Czytelnik, dodał: 6 książek, ostatnio widziany 3 godziny temu
Aktywności
2017-05-22 17:36:57
Dodał książkę na półkę: Przeczytane

„Widmopis. Powieść w dziewięciu częściach” – debiut Davida Mitchella z 1999 r. Rzecz dla wytrwałych, i to nie tyle koneserów ambitnej literatury, co ludzi skłonnych przymykać oko na wiele niedociągnięć, dysponujących sporą ilością wolnego czasu i chcących poznać początki twórczości autora. Dla reszty – katorga.

Kiedy czyta się opinie nt. tej książki, wiele z nich porównuje ją do „Atlasu...
„Widmopis. Powieść w dziewięciu częściach” – debiut Davida Mitchella z 1999 r. Rzecz dla wytrwałych, i to nie tyle koneserów ambitnej literatury, co ludzi skłonnych przymykać oko na wiele niedociągnięć, dysponujących sporą ilością wolnego czasu i chcących poznać początki twórczości autora. Dla reszty – katorga.

Kiedy czyta się opinie nt. tej książki, wiele z nich porównuje ją do „Atlasu Chmur”. I ten drugi w ocenach czytelników zdecydowanie wygrywa. Teksty dzieli tylko pięć lat, a między nimi autor napisał jeszcze inną książkę... ale dzięki tym dwóm pozycjom doskonale widać jak przez ten czas się rozwinął. Tam, pomysł jest trochę inny, bo mamy bardzo wyraziste stylizacje i nieco odmienną konstrukcję... ale mimo że autorowi parę razy podwinęła się noga, nie znajdziemy w „Atlasie” takiego nagromadzenia wpadek jak tu, a te można podzielić na ogólny chaos zamysłu, nierówne proporcje ról jakie rozpisał narratorom i ich towarzyszom, oraz niekonsekwencje co do formy (poza cz.4 akcja wszędzie idzie wyraźnie naprzód, w cz.9 nie ma pierwszoosobowego narratora, czytelnik otrzymuje odstający od reszty epilog...). Wiele z tego co miało być grą z odbiorcą, wprowadza tylko niepotrzebny bałagan – powtarzanie określonych słów, wspominanie o pewnych przedmiotach, markach, nazwiskach... nic za sobą nie niesie, a bohaterowie plotą niekiedy zwyczajne bzdury, zamiast przekazać coś mocnego, sensownego, co przykuje uwagę czytelnika i nakreśli kierunek opowieści (najgorsze są chyba te wstawki o Ewie i wężu z części szóstej). Finał i wątki sensacyjne wypadają słabo. Są nieprzekonujące. Jak z filmów klasy B. Aby to właściwe nakreślić, trzeba by pewnej wiedzy specjalistycznej, albo styczności z osobami które takie informacje posiadają... inaczej dostajemy tylko pewne wyborażenie.

Przeplatanie się wątku głównego z reminiscencjami jest ciekawym zabiegiem, stopniującym napięcie i wzbogacającym opowieść... ale kiedy przeszłość i teraźniejszość rozdzielają akapity (niezbyt rzucające się w oczy), a nie wyraźne przerwy... jakieś gwiazdki (***) czy inne elementy graficzne, to czytelnik się gubi. Bohatera pochłania opisywana akcja... a tu nagle rozpatrywana jest całkiem inna kwestia, w innym czasie i przestrzeni. Narrator tego wyraźnie nie zaznacza. I człowiek duma – rozkojarzyłem się? Co jest? To się niekiedy czyta tak jakby Mitchell napisał osobno wątek główny, osobno wspomnienia, i metodą wytnij i wklej umieścił je w tekście. Wyraźny minus kompozycyjny... W części „Nocny Pociąg” mijają kolejne lata... a dialogi nie są jakkolwiek rozdzielone... jaki redaktor coś takiego puszcza? O ile przy akapitach pewnie pisarz mógłby się uprzeć, to w przytoczonym przykładzie z cz.9 jest to wyraźny błąd!

Czy warto sięgnąć po tę książkę? Z czystym sumieniem można ją odradzić. Są lepsze rzeczy do czytania. Prawdę mówiąc nie mam nawet pomysłu jak można by ją poprawić na poziomie literackim... To trzeba by pisać na nowo. Na pewno dałoby radę zrobić z tego mini-serial, bo tam to co ważne w książce ma mniejsze bądź marginalne znaczenie. Co się tyczy stylu Mitchella, który możemy poznać tylko za pośrednictwem tłumaczenia (ja czytałem wersję Marii Gębickiej-Frąc), to nie jest źle. Człowiek ma wrażenie że wersja angielska musi być przyzwoita, że pewne wyrażenia, żarty, odniesienia – ewidentnie zacierają się w tłumaczeniu, ale w oryginale jest pewnie OK. Podobnie z rytmem wypowiedzi. Bo choćby taki nietoperz... po angielsku „bat”, w mowie anglosasów brzmi krótko i nadaje się na radiowy pseudonim, a po polsku to już trzy sylaby...
„Widmopis” nie porywa czytelnika. Kiedy ten nie dostrzega sensu opowieści a narrator nie przykuwa naszej uwagi ani humorem, ani błyskotliwością czy przejawem swojej głębi... to nieuchronnie rodzi się w nim pytanie – po co ja to trzymam w ręku? Na półce nie leży nic innego?

Mitchell w „Widmopisie” wykorzystuje dokładnie ten sam patent co Guillermo Arriaga, scenarzysta świetnie przyjętych dramatów, wyreżyserowanych przez Alejandra Gonzáleza Iñárritu: „Amorres Perros” (2000), „21 gramów” (2003) i „Babel” (2006). (Ten ostatni obraz, z uwagi na fakt iż akcja rozgrywa się tu na trzech kontynentach, pośród bohaterów z różnych krajów i warstw społecznych, pasuje tu szczególnie). Książka przywodzi też na myśl tryptyk filmowy Wong Kar-Waia: „Dni naszego szaleństwa” (1991), „Spragnieni miłości” (2000), „2046” (2004). Tempo opowieści i tematyka rozterek są podobne. I tak samo jak „Widmopis”, filmy wydają się nie do końca dobrze przemyślane.

Ciężko rozszyfrować tytuł. Albo ma on związek z ghostwritingiem, profesją narratora londyńskiej historii, albo też ze snuciem opowieści przez duchy (tj. rdzenie jestestwa, dusze). Tłumaczenie go na „Widmopis” wydaje się mieć tyle sensu co shitburgera na kałburgera (zakładam że w oryginale to musiał być shitburger), albo i jeszcze mniej*. Na stronie 286 pada: „akt wspominania jest aktem widmopisania”. Jak to rozumieć? Tj. odbieraniem świata subiektywnymi odczuciami i skojarzeniami, zwodząca nas pamięcią, a może fantazją (czy też poprzez duszę)? Jak tę grę słów rozumie native english speaker?

Wielu zadaje sobie pytanie czym jest ta książka, i nie znajduje odpowiedzi. A ta jest dość prosta. O wszystkim i o niczym. O ludzkich celach i dążeniach, oraz świecie w jakim żyjemy (tj. globalnej wiosce). Zagrożeniach przed jakie sami dla siebie stanowimy. Pierwszoosobowe narracje sprzyjają wielu intymnym spojrzeniom na sprawy wspólne dla wszystkich mieszkańców Ziemi... ale tutaj ich nie uświadczymy. Większość patrzy dość wąsko, i zajęta jest swoimi sprawami. Podobnie jak my.

CZAS AKCJI
Książka pojawiła się na rynku anglosaskim w 1999. Sposób narracji sugeruje że opisywane wydarzenia rozgrywają się „współcześnie” tj. w okolicach roku wydania, na przełomie wieków. Od tego momentu minęło sporo czasu, i świat się zmienił.

W części trzeciej narrator ironicznie mówi o ludowej policji i towarzyszach, a w czwartej pada, że Hongkong znów jest chiński. (Miasto „powróciło do macierzy” w 1997 r.). Autor pisze o piosence Lionela Ritchie, o niewidomej dziewczynie (tj. idzie o „Hello” singiel z 1984) przy której narrator przeżył swój pierwszy raz. W chwili snucia historii ma 31 lat. Zatem 1984/85/86 minus (powiedzmy) 18 daje nam rocznik 66/67/68, dodając do 1984/85/86 lat naście, tak aby uzyskać wiek 30+ wychodzą okolice 1999.
Poza tym wspominany bohater ogląda „Szklaną Pułapkę 3” z 1995. Jeszcze parę tropów by się znalazło. (W „ Petersburgu” mowa jest o nabytku za niemieckie marki, te w 2002 zastąpiło euro). Na str. 284 wyrażony jest sąd „że w nowym milenium rynek dojrzał do odrobiny orientalnej mądrości” – co oznacza że albo ono niebawem nastanie, albo już się zaczęło. Wydarzenia opisane w książce rozgrywają się w ciągu kilku lat.

W książce mamy fikcyjne Amazon City, rozciągające się na obu brzegach Amazonki, tamtejszy las tropikalny jest wykarczowany, ziemie wyjałowione... mamy aluzje do Saddama Husajna i Muammara Kadafiego (nienazwanych z imienia) i interwencji zbrojnej w ramach sojuszu państwa Zachodu. Pierwsza wojna w Zatoce Perskiej to początek lat 90-tych, druga miała miejsce już po wydaniu „Widmopisu” (2003).

Na Bliskim Wschodzie zawsze było gorąco (dosłownie i w przenośni), niemniej czytelnikowi znającemu najnowszą historię (którą pewnie śledził na bieżąco, oglądając kolejne serwisy informacyjne i wertując gazety), może wydać się, że Mitchell trafnie przewidział rozwój wypadków.

(Dużym zgrzytem jest tu wprowadzenie hiper-zaawansowanej technologii AI, która wciąż jest bardzo odległa, oraz systemów orbitalnego ostrzału, które i dziś, w drugiej dekadzie XXI wieku, wydają się nieco futurystyczne).

Historia czwarta, wyłamuje się z zamysłu pozostałych, rozgrywa się w czasach II wojny światowej, rewolucji kulturalnej, po śmierci Mao i w czasach reform Xiaopinga, a kończy współcześnie.

No dobra – ale jaki był świat kiedy pierwsze egzemplarze „Widmopisu” wyszły z drukarni?
W 1999 wchodzi do kin Matrix. Wieże WTC stoją. Na przełomie wieków pliki mp3 są już w użyciu, ale ludzie chodzą jeszcze w walkmanami. Hitem są discmany. (Technologia MD się nie przyjęła). Najmodniejszy krój jeansów to straight i loose. Nie ma FB. YouTube wystartuje dopiero w 2005. Króluje standard kaset VHS. Montowane w komputerach czytniki CD nie są jednocześnie nagrywarkami (!). Klawiatury, myszki i obudowy PC są białe lub kremowe. Komórki mają wyświetlacze jak z czarno-białych gameboyów i antenki. Telewizory są kineskopowe, nie da się ich przynieść pod pachą do domu. Najmodniejszy kolor obudów sprzętu RTV to srebrny. Na listach przebojów króluje muzyka pop z USA i euro-dance. Sudan jeszcze niepodzielny, Gruzja i Ukraina też są całe.


KONSTRUKCJA POWIEŚCI
(1) Okinawa – narrator: Kwazar, członek niebezpiecznej sekty
(2) Tokio – narrator: młody Japończyk, sprzedawca w sklepie płytowym
(3) Hongkong – narrator: zmęczony codziennością brytyjski prawnik
(4) Święta Góra (Chiny) – narrator: wspominająca swe życie stara Chinka**
(5) Mongolia – narrator: dusza bytująca poza swym ciałem
(6) Petersburg – narrator: pracownica muzeum, oszustka i materialistka (kawał suki)
(7) Londyn – narrator: ghostwriter i muzyk-hobbysta, lekkoduch
(8) Wyspa Clear (Irlandia) – narrator: genialna pani naukowiec, fizyczka kwantowa
(9) Nocny pociąg (NYC) – narrator: brak, tutaj mamy tylko dialogi radiowca ze słuchaczami i pracownikami rozgłośni (a można było między nie wpasować jego myśli!)
(10) Metro (3,5-stronicowy epilog) – narrator: ponownie wariat Kwazar

Jak to się składa w całość: w cz.1 (Okinawa) poznajemy jednego ze sprawców zamachu w tokijskim metrze, dowiadujemy się że rzekomo nadchodzą czasy ostateczne, i potem wiele razy w rozdziałach mowa jest o komecie (aczkolwiek niekoniecznie w ujęciu apokaliptycznym). W cz.2 (Tokio) przybliżone są nam losy młodego melomana, pracownika sklepu płytowego, który się nagle zakochuje, i z wybranką swego serca udaje się do jej rodzinnego Hongkongu; W cz.3 (Hongkong) poznajemy poirytowanego prawnika, męża Katy Forbes którą spotykamy potem w cz.7 (Londyn). Ów widział na mieście chłopka z Tokio i jego dziewczynę, co nie daje mu spokoju i skłania do różnych przemyśleń nad własnym życiem. (Tutaj pojawia się po raz pierwszy nazwisko Gregorski, Cavendish i Llewellyn). Ma w mieszkaniu poltergeista, ducha dziewczynki, co jest istotne, bo duchy się w tej książce od czasu do czasu pojawiają. Regularnie odwiedza go chińska pokojówka. Losy rodziny tej pani przybliża nam cz.4 (Święta Góra, Chiny), tam też pojawia się bohater z cz.5 (Mongolia), który trafia do osady wraz z ojcem narratorki. W cz.5 narrator przedstawia nam pracownika mongolskich służb bezpieczeństwa, który odgrywa też pewną rolę w cz.6: (Peteresburg). Tam pojawia się znowu nazwisko Gregorski, czytelnik zetknie się też z Jeromem, byłym szpiegiem i fałszerzem, którego śmierć zasmuci dwójkę kochanków z cz.7. Rozdział o Londynie (7) to spotkanie z Cavendishem, bohaterem „Atlasu Chmur”, jak wspomniano wyżej pojawia się tu eks-żona prawnika, a narrator-ghostwriter ratuje od śmierci pod kołami samochodu fizyczkę kwantową, Irlandkę z wyspy Clear. Cz.8 należy w całości do niej, to kilka dni na rodzinnej wyspie u południowych wybrzeży Irlandii, wspomnienia z ucieczki przed chlebodawcami, podczas której spotyka bohaterów z trójki (Llewellyn, prawnik), piątki (podróżnicy, kobieta od „grubej książki”) i oczywiście siódemki. (Poznajmy tu bliżej Teksańczyka z cz.7). Cz.9 rozgrywa się w nowojorskim studiu, gdzie nadawany jest program dla nocnych marków. Tutaj ma miejsce kulminacja – radiowiec rozmawia z programem (AI) określonym w blurbie (wyd. Mag, 2014) jako „bóstwo” (???), wytworem fizyczki kwantowej (8), który ratuje świat przed nuklearną zagładą. Kobieta pojawia się w rozmowach, wspomina się także guru Serenpedity i Teksańczyka... w radiu gra chłopak z cz.2 (meloman Satoru), do audycji dzwoni Luisa Rey, bohaterka znana z „Atlasu Chmur”, a po kilku latach radiowiec puszcza poświęcony jej pamięci kawałek. (Co do imienia tej pani, zajrzyj na str. 6). W cz.10 cofamy się do wydarzeń poprzedzających przybycie Kwazara na Okinawę... w chwili opuszczania wagonu metra ma on wizję podczas której symbolicznie zarysowuje mu się przyszłość, tj. treść książki. Jest to jednak tak toporne i nie pasujące do reszty... że śmiało można by z tego zrezygnować.
(Szczegółowe streszczenie fabuły książki jest tu: https://en.wikipedia.org/wiki/Ghostwritten).

Oprócz postaci, wielu nazw geograficznych (będących też tytułami poszczególnych części) w książce jest masa bardzo filmowych powtórzeń. Wyglądałby dobrze na ekranie, ale w powieści nie mają tak do końca sensu... Np. zoom na obraz Delacroix, który okazuje się nie obrazem z galerii (6) a reprodukcją z londyńskiego mieszkania pani Forbes (7) w filmie byłby fajnym mrugnięciem okiem. Tutaj jednak nie ma żadnej roli, nie stoi za tym żadna logika. Podobnie z wzorem z nefrytu i bursztynu (cz.4 i 6) który nie ma kompletnie żadnego znaczenia dla fabuły. Identycznie z naczyniami stołowymi Weggwood (cz.6 – filiżanka, cz. 7 – maselniczka). Kiedy dowiadujemy się że pan Ikeda była dla jednego narratora wuefistą a dla drugiego wychowawcą – myślimy: ależ ten świat mały, ale kiedy czytamy o zamachowców Kwazarze, i potem w kolejnym rozdziale autor sugestywnie używa tego terminu astronomicznego w zwykłym porównaniu, bez związku z jego postacią... wypada to tak sobie, niby element gry z czytelnikiem... ale potęguje jedynie ogólny chaos. Podobnie z anchois i problemami z automatem do kawy... Inne słowa klucze to np. królik obdarty ze skóry, historia trzech zwierząt, nietoperz, kometa, muzyka przypadku (band i jako określenie).

.

(Wcześniejsze wydanie „Widmopisu” jest z roku 2003, ukazało się nakładem Wydawnictwa Literackiego, jego tłumaczem był Janusz Margański; za translację wydawnictwa Mag z 2014, do którego odnosi się poniższa wyliczanka, odpowiada Marią Gębicka-Frąc).
Co umknęło korekcie/tłumaczce/autorowi (nie uwzględniając małych potknięć stylistycznych – które od czasu do czasu się pojawiają): str. 28 – herbarzy (herbaty); str. 43 – „październikowy obój głosu” (???); str. 45 – „Popołudnie wcześnie zamykało sklepy” (???); str. 49 – jakeś (jakieś); str. 71 – misce klozetowej (muszli?); str. 77 – McDonaldzie (McDonaldem); str. 104 – narrator patrzy na swojego rolexa, którego nie ma – tj. lepiej byłoby napisać ze spojrzał na nadgarstek; str. 117 – lewie (ledwie); str. 120 – mowa jest o tym że ojciec umrze za kilka tygodni, a on żyje i żyje; str. 123 – wszytską (wszystko); str. 124 – „odeszli, biegnąc we mgle” – słowo odeszli można różnie rozumieć, ale w takim zestawieniu brzmi to jak sprzeczność; str. 125 – herbarzy (herbaty); str. 134 – przebiega (przebiegła); str. 140 – „dzień przeszedł w pobliżu” (???); str. – Zetlandia (Zelandia); str. 155 – ludzi (ludzie); str.158 – jąknąć (jęknąć); str. 161 – zjedzenia (jedzenia); str. 172 – kupców mięsem (mięsnych kupców, kupczących mięsem); str. 175 – garnituru (garnitura – bo idzie o określenie faceta); str.177 – pożył (położył); str.178 – Moj (Mój); str. 202 – jeżykiem (językiem), szaf (szef); str. 206/207 – pojawią się wątek polski w osobie Tatiany Makuch (chyba autor nie ma świadomości że Tatiana to imię typowo ruskie, w Polszy rzadkie, więc dobór średni (dobrze że nie Swieta albo Nadieżda), no i to fikcyjne muezum; str.209 – perę (parę); str. 212 – na nabrzeżu Anglijskaja (idzie pewnie o Angielski bulwar, każdy Polak, nawet nieznający ruskiego, „czuje” że idzie o rodzaj żeński, a tu pewnie przełożono z angielskiego i automatycznie przypisano tę samą nazwę); str. 219 – „warszawski barszcz” – (?) warszawskie to mogą być flaki albo pyzy; str. 232 – „świętsza niż papież” – Rosja jest prawosławna, oni mają swojego zwierzchnika... takie porównanie tamtejszej babeczce by nie przyszło do głowy; str. 247 – tnki (tkanki); str. 256 – muszli kloszowej (klozetowej); str. 260 – 8 linijka II akapitu... ciężko pojąć co autor miał na myśli; str. 276 – liczba mnoga zamiast pojedynczej; str.284 – Moj (Mój); str. 295 – kształcę (kształcie); str. 297-298 – Irańczyk to nie Arab (!) – co prawda narrator może być idiotą, ale musi to być jakoś zaznaczone... a tak – zwyczajna wtopa; str. 305 – mastyfom (mastifom); str. 306 – Kamela (Kemala); str. 338 – „Wiatr wznosił się i opadał jak góry na morzu” – tj. fale?; str. 363 – dzisiej (dzisiaj); str. 372 – Nowym (Nocnym) ; str. 388 – w starożytności nad brzegami Eufratu nie siano kukurydzy... nie raczono się też ziemniakami, kakao czy pomidorami; str. 389 – 11 linijka od końca, brakuje zaimka „który”; str. 400 – stellity (satelity); str. 419 – ddzieli (dzieli); str. 221 – Cape Clear (oryginał angielski – „Cape Clear Island”, tłumaczenie polskie „Wyspa Clear”), brak translacji.
W sumie sporo tego... (Jeśli kogoś zastanawia po co marnowałem czas na wynotowywanie tego i wklepywanie w Worda – po to żeby każdy mógł wyrobić sobie opinie co do jakości tego wydania i czy warto nań wydawać ciężko zarobione pieniądze, ja uważam że nie; nawet jeśli książka jest do dupy, nie usprawiedliwia to takiej niechlujności).

Dodatkowo – w alternatywnej z naszej perspektywy przyszłości dochodzi do zalania Europy Zachodniej i kłopotu z uchodźcami, tj. nie ma chęci przyjęcia ich przez Europę Wschodnią... ALE... o jakie zalanie idzie? I czemu tak? Skoro to lokalny problem... chodzi pewnie o jakąś powódź. Wyżyn jednak we Francji i Niemczech nie brakuje, miejsce do ewakuacji zatem jest. Zaraz obok jest wzmianka o głodzie w Bangladeszu... ale ani słowa o zalaniu jego terytorium... a gdyby doszło do podniesienia się poziomu wód – to między innymi ten kraj ucierpiałby najbardziej. A zaraz potem Nowy Jork, skąd nadaje radiowiec Bat Segundo... tymczasem o tym że tam kogoś podtapia, że metro zalane... też ani słowa (choć mowa jest o dużej śnieżycy i stanie wojennym)... Jakieś to nieprzemyślane. No i czemu miałaby ich przyjmować Europa Wschodnia??? Nie ma tu sensu – tak z punktu prawa jak i środków materialnych jakimi dysponuje tzw. Europa Zachodnia. Zresztą Polska nie była jeszcze wtedy nawet w UE.

Stworzenie sztucznej inteligencji na poziomie Hala z „Odysei Kosmicznej” jest obecnie wciąż w sferze marzeń... a co dopiero na przełomie wieków i w pierwszych latach nowego tysiąclecia. (Bodajże Parowski pisał o tym że to się nigdy nie uda...). Gdyby to miało miejsce za 50 lat... może można by to przełknąć, ale obecna technika na to nie pozwala.

* Jednak żyjemy w czasach kiedy angielskie wyrażenia – takie jak skyline czy design, singiel – trwale wchodzą do języka i są powszechnie rozumiane. Naród ma też świadomość nieprzekładalności pewnych niuansów, stąd też co jakiś czas pozostawia się w spokoju angielskie tytuły filmów... i może to jest dobry trend?

** Święta Góra. Koleje losu biednej Chinki automatycznie przywodzą na myśl książkę
Liao Yiwu „Prowadząc umarłych” (2002) i film „Żyć!” („Huo Zhe”) z 1994 (wedle biegle mówiącego po mandryńsku Polaka, mieszkającego na stałe w Pekinie – w ChRL zakazany).

PS Powyżej padają same mankamenty. Wady i bzdury które zniechęcają do kontynuacji lektury. Co jednak jest na plus? Zaczyna się całkiem OK, jesteśmy wrzuceni w sam środek akcji i musimy sami wyczuć w jak dużym stopniu członek sekty ma wyprany mózg i co jest jego życzeniem i wiarą, a co faktem... i o co tak naprawdę idzie. Opowieści melomana Satoru też się całkiem nieźle czyta. Ma swój urok, nawet pewien czar. Trójka razi językiem, ale sama historia, opowiedziana inaczej, bardziej przybliżająca intrygujący Hongkong* – byłaby świetna. Czwórka, jako dramat – jest bardzo dobra. Z jednej strony taka magia, specyficzne spojrzenie prostej kobiety z prowincji, z drugiej wielkie wydarzenia która kosztowały życie tysiące istnień. To mogłoby być bardzo dobre opowiadanie. Piątka jest także na swój sposób ciekawa, też ma potencjał jako osobna nowelka. Dobrze czytało mi się część ósmą – z jednej strony sympatyczny klimat małej społeczności, udany humor... z drugiej blisko już było do końca... i miałem nadzieje na jakiś sensowny finał... niestety...
* Kto miał figurki dinozaurów z tłoczonym na brzuchu MADE IN HONG KONG, oglądał filmy sensacyjne z mistrzami sztuk walki w ciemnych okularach, kurzącymi jednego papierosa za drugim i ścigających bandytów w kanciastych sportowych autach, w cieniu wielkich wieżowców... ten wie o czym mówię. Tak, jest to szczeniacka perspektywa.

pokaż więcej

 
2017-05-20 02:01:23
Wypowiedział się w dyskusji: Powstanie nowy serial o Wiedźminie

Geralt to mój ulubiony bohater literacki, ale zawsze miałem kłopoty z uwierzeniem w jego świat z uwagi na te wszystkie mrugnięcia okiem i nazewnictwo pożyczone z naszych realiów.
O ile Mahakam mało komu przywodzi na myśl rzekę z Azji Południowo-Wschodniej, to już Skellige, Brugge, Kerack czy Poviss to zbyt oczywiste pożyczki, to samo z imionami bohaterów (np. Vivaldi).

To jest literatura...
Geralt to mój ulubiony bohater literacki, ale zawsze miałem kłopoty z uwierzeniem w jego świat z uwagi na te wszystkie mrugnięcia okiem i nazewnictwo pożyczone z naszych realiów.
O ile Mahakam mało komu przywodzi na myśl rzekę z Azji Południowo-Wschodniej, to już Skellige, Brugge, Kerack czy Poviss to zbyt oczywiste pożyczki, to samo z imionami bohaterów (np. Vivaldi).

To jest literatura głównie rozrywkowa. Można się tym zachwycić... ale ciężko żyć Wiedźminem. Ważniejsze jest to wszystko co "zbudowało" świat Nordlingów.

Ja np. po przeczytaniu Tolkiena dowiedziałem się że inspirował się Kalevalą, Beowulfem itd. - i nagle okazało się że zgłębianie mitologii poszczególnych nacji, ich legend i wierzeń, a także historii... jest ciekawsze niż proza Tolkiena.

Wiedźmina czytałem w LO, hurtem. Tolkiena wcześniej (Na H byłem za stary, WP był w sam raz a S czytałem bez przyjemności, ale z podziwem dla koncepcji i warsztatu).
Teraz przypominam sobie prozę Sapkowskiego słuchając mniej i bardziej udanych słuchowisk (tj. tych "superprodukcji" Audioteki) i
dzięki growym materiałom z YT (patrz: np. "Growe Historie"). Obejrzałem całkiem niezłe (jak na potrzeby gry) cut-scenki, i prawdę mówiąc mimo pewnej przesady i przerysowań - poszczególne części gry pięknie pokazały te realia, ten pseudo-renesansowy misz-masz...

Sam niesławny serial (a tym bardziej film) zebrał zasłużone baty, ale jeśli idzie o grę aktorską, to co słyszymy, gesty... kunszt Żebrowskiego, Zamachowskiego, Chyry, Dymnej, Kozłowskiego... to jest to miłe mej duszy. Po prostu na przełomie wieków powinno powstać słuchowisko...
O tym już zresztą wszystko powiedziano i napisano.

Szkoda że Sapkowski nie zgodził się na kontynuacje rozmowy z Beresiem... szkoda że nie skusi się na drugie podejście...
Cholernie chciałbym aby przynajmniej ukazywały się z nim regularne wywiady... czy to w wersji audio, czy tekstowej...

Odpowiadanie ciągle na te same pytania na konwentach/spotkaniach czytelniczych jest nudne... i dla niego, i dla jego sympatyków. A przecież ma sporo do powiedzenia, w różnych kwestiach.

pokaż więcej

więcej...
 
2017-05-08 17:10:37
Dodał książkę na półkę: Przeczytane
Seria: Mundus

Yōkai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej (2015)

Książka ma konstrukcje tekstu akademickiego, ale napisana została językiem przystępnym, z pominięciem uczelnianego żargonu i fachowej terminologii. Utrzymana jest w tonie popularnonaukowym. (Umieszczone w tekście refleksje nad pracami jednego z japońskich kolegów po fachu zdecydowanie tłumaczą taki krok).

Tekst na ogół wypada dobrze....
Yōkai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej (2015)

Książka ma konstrukcje tekstu akademickiego, ale napisana została językiem przystępnym, z pominięciem uczelnianego żargonu i fachowej terminologii. Utrzymana jest w tonie popularnonaukowym. (Umieszczone w tekście refleksje nad pracami jednego z japońskich kolegów po fachu zdecydowanie tłumaczą taki krok).

Tekst na ogół wypada dobrze. Szpecą go jedynie nazbyt częste, nieuzasadnione powtórzenia stylistyczne, jakby autorowi brakło synonimów albo coś szwankowało w translacji. Niekiedy wydają się czynione celowo – ale wypadają źle. Do tego dochodzą powtórzenia informacji (zapętlenia). Mimo to odbiór tekstu jest pozytywny. Książka jest bardzo użytkowa, informacyjna, klarowna – i to chyba z uwagi na taki charakter czytelnik nie będzie zbytnio zwracał uwagi na wspomniane mankamenty. Rzecz jasna można i trzeba by to poprawić, ale dramatu nie ma. Za polskie tłumaczenie odpowiada Agnieszka Szurek (2017). Nie wydaje się aby znacząco odstawało od oryginału.

Angielski tytuł to: „The Book of Yōkai. Mysterious Creatures of Japanese Folklore” (tj.
„Księga Yōkai. Tajemnice stwory japońskiego folkloru”). Polskie tłumaczenie brzmi dobrze, ale po co modyfikować tytuł w przypadku kiedy jego translacja nie nastręcza żadnych trudności? Jedyne co tłumaczy taki krok to chęć uniknięcia użycia słowa FOLKLOR, (folk lore – wiedza ludowa)... choć z uwagi na fakt, że termin ten mocno zakorzenił się w naszym języku, i jest powszechnie rozumiany, jest to mało sensowne.

Autor podchodzi do zagadnienia bardzo obiektywnie i na wielu poziomach, dzięki czemu rzuca trochę światła na to co pozornie może wydawać się zachodniemu odbiorcy dość niezwykłe i osobliwe. A przecież analogie do tego co znajdujemy w naszym folklorze są często uderzające. Równie ciekawe jest studiowanie etymologii imion czy procesu kształtowania się wizerunków danych postaci, w ogóle ukazanie tego jako zjawiska żywego i wciąż ewoluującego. Często aspekt kreacji jest w opracowaniach wierzeń ludowych ledwo muśnięty bądź pomijany, a tu wykłada się nam kawę na ławę – ktoś usiadł i wymyślił, za tym mogło stać to czy to...

W książce brakuje mapki Wysp Japońskich z podziałem na prefektury, a w indeksie yōkai powinny być jakoś wyróżnione konkretne hasła z bestiariusza, np. poprzez wyboldowanie, (podanie wszystkich strony gdzie pojawia się nazwa danego ducha/demona utrudnia szybkie wyszukiwanie). Przypisy są bardzo obszerne, i mogłyby zagracać dół wielu stron, jednak umieszczenie ich na końcu książki utrudnia powiązanie rozwinięcia myśli z tekstem głównym. Poza adresami stron internetowych i tytułami opracowań, pada ich trochę. W związku z takim rozwiązaniem, większość czytelników je zwyczajnie pominie.

.

W folklorze europejskim znane są błędne ogniki i tajemnicze zniknięcia. Japończycy mają swoje odpowiedniki tych zjawisk i ich interpretacje. W latach 90-tych, na Zachodzie (w tym również w Polsce) miał miejsce wysyp medialnych i książkowych publikacji nt. porwań przez tzw. szaraki i inne, zakapturzone postaci, nocnych odwiedzin, badań, dziwnych obserwacji, wizji, ogólnie – kontaktów z „nieznanym”. To jest bardzo ciekawe, jak podobne były te zjawiska. Dawnymi czasy ludzi porywały yōkai, elfy i gobliny... a nie tak dawno wzięli się za to kosmici. Folklor się zmienia – myślenie człowieka pozostaje niezmienne. Dopatrywanie się w tym jakiegoś ziarenka realności i ogólnej logiki też ma swój urok. (Wszyscy lubimy tajemnice i dobrze opowiedziane historie z dreszczykiem). Kluczowym łącznikiem między fantastycznymi stworami z przeszłości a rzekomymi załogantami NOLi jest ich bytność w naszym najbliższym otoczeniu, tuż za progiem, ale i tuż obok, za plecami, w ciemnym pokoju, za szafą...

.

Wyjąwszy sygnalizowane wyżej stylistyczne wpadki, jeśli kiedyś będzie „wydanie II poprawione”, warto skorygować kilka detali: str. 12 – polski tytuł pada w dwóch wariantach; tamże stoi „miękka władza” tj. w oryginale zapewne SOFT POWER, i tak powinno zostać (nadgorliwość translatorska); str. 123 – złe przeniesienia adresu www; str. 130 – 15 linijka, brak W; str. 195 – cudzysłów jest niedomknięty; str. 227 – „Taiwan” – tj. Tajwan, Formoza?;
str. 254 – kropka po znaku zapytania.

.

W tekście wymienione kilka tytułów anime, gdzie można zobaczyć yōkai w akcji, między innymi: „Mój sąsiad Totoro” (1988), „Szopy w natarciu” (1994), „Księżniczka Mononoke” (1997) i „Spirited Away: W krainie bogów” (2001). Warto poszerzyć tę listę o świetny „List do Momo” (2011) i „Hotarubi no Mori e” (2011).

To są dość specyficzne filmy. Estetycznie mogą być dla wielu ambiwalentne, bo z jednej strony rozmach i bogactwo szczegółów, z drugiej pewien kanon przedstawień postaci, pewne kody i męczące epatowanie egzaltacją... Stwarzają jednak ciekawą możliwość wejrzenia w dusze Japończyków, w ich mentalność i detale życia codziennego. W bogactwo wyobraźni. W „Totoro” wieje nudą, to produkcja dla dzieci. W „Szopach” mamy nie szopy, a jenoty (tanuki), i całą plejadę yōkai udawanych przez te stworzenia*. Bardzo inteligentny komediodramat. „Księżniczka Mononoke” ma pewne elementy która można uznać za ciekawe, ale nie wszystkich porwie. „Spirited Away” wizualnie powala na kolana, a polski dubbing jest całkiem udany i to też wpływa korzystnie na odbiór całości**.
„List do Momo” to przyjemna obyczajówka, ze standardowymi elementami wielu anime, powtarzanymi do znudzenia***; yōkai tam zaprezentowane są wyjątkowo paskudne ale bardzo bliskie tym o których pisze Foster. „Hotarubi no Mori e” – trochę leśnych stworów się tam włóczy między pniami i w koronach, animacja jest dosyć krótka. (Najlepsze są te sceny, w których dziewczynka obrywa drągiem, a poza tym, to strasznie to łzawe).

* W animacji wszystkie spasione tanuki-samczyki biegają z jądrami na wierzchu, a gdy trzeba – robią ze swojej legendarnej moszny użytek, rozciągając ją do wielkich rozmiarów. Oczywiście polski lektor nie nazywa rzeczy po imieniu (mowa jest o „torbie na brzuchu”). To zaskakujące, że to co w naszej kulturze jest pomijane wstydliwym milczeniem, np. wydalanie, kobiece krwawienie, nagość – w japońskich produkcjach skierowanych do młodszego odbiorcy pokazywane jest bez nadmiernego skrępowania, i nikogo nie szokuje. Zupełnie inne podejście do ciała.
** Lin, pracowniczka łaźni i opiekunka głównej bohaterki, odegrana przez Monikę Kwiatkowską – jest cudna!
*** Główną bohaterką jest mała, zagubiona dziewczynka-outsiderka, fabuła zaczyna się od wyjazdu na prowincje, gdzie ma miejsce kontakt ze sferą bytu zamieszkałą przez tajemnicze istoty (yōkai), choroba płuc protagonistki albo jej rodzica jest bodźcem do zmiany otoczenia i ważnym elementem narracji.

pokaż więcej

 
Moja biblioteczka
159 157 1494
Porównaj książki w Waszych biblioteczkach.
Sprawdź oceny wspólnych książek.
Tyle książek ma ten użytkownik w swojej biblioteczce.
Tyle opinii dodał ten użytkownik.
Tyle plusów otrzymał ten użytkownik za swoje wypowiedzi.
Znajomi (0)
Lista jest pusta
zgłoś błąd zgłoś błąd